Cztery drużyny w grze o ekstraklasę. Podbeskidzie i Górnik już tylko o utrzymanie

statistics-227173_1280

Zapadła przerwa zimowa w I lidze. Piłkarze rozjadą się na urlopy, zimowe obozy w kraju i zagranicą, będą rozgrywać sparingi, a na tydzień przed rundą wiosenną, w całej Polsce, prezesi, trenerzy, piłkarze i prezydenci miast staną przed kibicami i dziennikarzami, by powiedzieć, że wszystko jest jeszcze możliwe, dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć, bo to jest sport i nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Szczególnie będą tak mówić w miastach, które są po jesieni najbardziej rozczarowane swoimi klubami – w Zabrzu i w Bielsku-Białej.

 Tak, wszystko jeszcze możliwe. Zajmujące dziewiąte miejsce w tabeli Podbeskidzie, liderem I ligi może zostać już 25 marca, po 23. kolejce. Tak, dopóki piłka w grze, najwcześniejszy możliwy awans może świętować już 6 maja, na pięć kolejek przed końcem. Tak, to jest sport, Podbeskidzie może ukończyć ligę z 26 punktami przewagi nad drugim miejscem. Które może zająć MKS Kluczbork. Bo nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Każdy wciąż może spaść, każdy może awansować. Za nami dopiero 19 kolejek. Tak będą przemawiać prezydenci i właściciele, pod takimi hasłami prezesi będą sprzedawać karnety, a trenerzy motywować piłkarzy.

 Porozmawiajmy jednak o tym, co jest realne.

 Zaplecze ekstraklasy przez trzynaście sezonów XXI wieku grało aktualnym, 18-zespołowym formatem. To na tyle długi okres, by dało się wychwycić pewne prawidłowości i z dużą dozą prawdopodobieństwa (jak wyżej – pewności nie ma), przewidzieć, kto jeszcze jest w grze o ekstraklasę, a kto tylko oszukuje się, że jest.

 W ciągu minionych trzynastu sezonów, aż jedenaście razy (!) drużyna, która prowadziła po dziewiętnastu kolejkach, kończyła rozgrywki w pierwszej dwójce. Chojniczankę może jeszcze nie wszyscy traktują poważnie w walce o ekstrakaslę, ale statystyka bije po oczach: 85 procent jej poprzedników lądowało w ekstraklasie. Aż dwanaście razy sezon w czołowej dwójce kończyła przynajmniej jedna drużyna, która po 19. kolejkach była na jednym z pierwszych dwoch miejsc. GKS Katowice lub Chojniczanka. Przyzwyczajajcie się do którejś z tych drużyn w ekstraklasie. Pozostałe miejsca nie mają tak wysokich odsetków sukcesów. Sześć razy w czołowej dwójce kończyła druga drużyna po 19. kolejkach, trzy razy trzecia, pięć razy czwarta, raz szósta (piąta ani razu!).

 Tu mowa jednak o pewnych powtarzalnych prawidłowościach, od których były wyjątki. Zawsze był jednak precedens, którego można by się chwycić. W analizowanym, trzynastosezonowym okresie, I-ligowe twarde, niezmienne, nienaruszalne reguły są inne:

  1. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto zajmowałby po 19. kolejkach miejsce gorsze niż szóste.
  2. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby mniej niż 31 punktów.
  3. Nigdy w czołowej dwójce sezonu nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby więcej niż cztery punkty straty do drugiego miejsca.

 Jak to się ma do aktualnej tabeli? Podbeskidzie i Górnik zajmują miejsca gorsze niż szóste (9. i 8.), więc nie spełniają pierwszego warunku. Mają odpowiednio 25 i 27 punktów, więc nie spełniają warunku drugiego. Tracą do drugiego miejsca odpowiednio 10 i 8 punktów. Nie spełniają żadnego z warunków. Mogą oczywiście awansować, nawet wspólnie (dopóki piłka w grze!), kto chce, niech wierzy.

 Takie kryteria eliminują nie tylko Podbeskidzie i Górnik. Według nich, o awansie mogą rozmawiać jeszcze tylko cztery drużyny – Chojniczanka, GKS Katowice, Zagłębie Sosnowiec i… Sandecja Nowy Sącz, która ma dwa zaległe mecze do rozegrania i jeśli zdobędzie w nich cztery punkty, spełni wszystkie kryteria.

 To nie oznacza, że Podbeskidzie i Górnik nie mają już w tym sezonie o co grać. Wręcz przeciwnie. Być może czeka je gra o wszystko. W ostatnich trzynastu sezonach, pięć razy zespół zajmujący po 19. kolejkach miejsca 8-9, spadał z ligi. Historia daje im wachlarz miejsc od czwartego do szesnastego. Zabrze i Bielsko-Biała raczej sezonu nie skończą na podium, raczej nie zajmą też miejsc na samym dnie tabeli. Ale poza tym, wszystko jest dla nich jak najbardziej realne. Im szybciej sobie uświadomią zagrożenie, tym szybciej będą w stanie przed nim uciec. Zwłaszcza w Podbeskidziu powinni to dobrze rozumieć, bo w zeszłym sezonie większość uświadomiła sobie ryzyko spadku, gdy ten był już właściwie dokonany. W niedawnym komunikacie, Urząd Miasta przekazał, że cel (awans do ekstraklasy) się nie zmienia. Uczciwe postawienie sprawy nakazywałoby uznać za cel szybkie dobicie do liczby punktów dającej utrzymanie, a później skupienie się na budowaniu drużyny na kolejny rok. Więcej z tego sezonu nie da się wycisnąć.

Czy warto iść do Sosnowca

Skoro mamy nowy sezon, to w Sosnowcu mają nowe rozczarowania. Drużyna, która wiosną grała całkiem skutecznie pod okiem Jerzego Wyrobka i uratowała II ligę dla Zagłębia, od początku nowego sezonu znów zbiera razy od każdego, kto akurat przyjedzie na Ludowy. A to Rozwój Katowice, a to Lech Rypin. Kibice przeczuwają najgorsze, więc nie czekają aż zrobi się seria porażek i obrażają piłkarzy oraz trenera od pierwszego przegranego meczu. Ot, sosnowiecka specyfika końca sierpnia.

Wiadomo, że jak to w Polsce, skoro Wyrobek przegrał już dwa mecze, to trzeba szukać jego następcy. Dzisiejszy dziennik „Sport” podaje nazwisko Marka Mandli jako potencjalnego nowego trenera Zagłębia. Mam mieszane uczucia…

 Z jednej strony jestem entuzjastą tego pomysłu. Ależ wspaniała kandydatura. Przecież Marek Mandla to w moim prywatnym rankingu fantastycznych szkoleniowców nie do końca odkrytych to absolutny numer jeden. Mam wrażenie, że gdyby wszyscy trenerzy byli tacy jak on, zdecydowanie chętniej patrzylibyśmy na naszą piłkę kopaną. Mimo że nie jest już gołowąsem (dosłownie), pracował dotychczas w… trzech klubach. GKS-ie Katowice, Walce Zabrze i BKS-ie Stal Bielsko-Biała. W jednym 10 lat, w drugim 15, tylko w Bielsku skończyło się szybko, bo po pięciu latach, co i tak było rekordem w naszym regionie.

 Poznałem go za czasów pracy właśnie w Stali. Gdyby porównać tego III-ligowca do postaci filmowej, trzeba byłoby przywołać rycerza, który walczył na gościńcu z jednym z rycerzy króla Artura w „Świętym Graalu” Monty Pythona. Toczył się tam pojedynek. Rycerzowi odcięto w końcu jedną rękę, potem drugą, następnie nogę i drugą nogę. Rywal chciał go oszczędzić, ale kikut stojący już tylko na brzuchu wciąż chciał walczyć i wyzywał przeciwnika od tchórzy. W Stali Mandli co roku wyfruwało minimum dziesięciu najlepszych piłkarzy. Latem wydawało się, że ta drużyna będzie walczyć o utrzymanie. A potem co roku była w czołówce i gdyby klub było stać na awans, to pewnie by awansował. On jednak wiedział, że II liga piłkarska w klubie siatkarskim może przynieść więcej szkody niż pożytku. Ostatni sezon był jednak nieudany. BKS skończył w środku tabeli. Mandla odszedł, co uważam, za najgorsze możliwe rozwiązanie dla tego dawnego II-ligowca. Początki jego następcy Jana Furlepy pokazują zresztą, że to nie w Mandli był problem.

- Profesjonalizmu od Mandli mogą się uczyć trenerzy ekstraklasowi. On woli, żeby było biednie, ale uczciwie. Wszystko musi mieć na papierze. Nie zgodzi się na takie rozwiązanie, jakie często jest w niższych ligach, że prezesi podpisują z trenerem umowę śmieciową, żeby była, a pozostałe pieniądze płacą mu do ręki. U niego wszystko musi być poukładane, na piśmie. Nikomu nie mogła w szatni zadzwonić komórka. A Furlepa? Cóż, to trener III-ligowy – usłyszałem latem w BKS-ie. Dyscyplina, profesjonalizm, bez robienia czegokolwiek na wariackich zasadach. Mandla w każdym klubie chce być Fergusonem. Co więcej, jest trener skarbem dla dziennikarzy. Nieciekawe wypowiedzi niemal mu się nie zdarzają. O ile zwykle problemem jest, co można by wyciągnąć do tytułu, to po rozmowach z nim są kłopoty, ale bogactwa. To jednak tylko dodatkowy atut.

 Uważam więc, że Zagłębie zrobiłoby znakomity interes biorąc byłego trenera swojej zgody. Znakomity. A trener też by początkowo nie stracił, bo przecież poszedłby do II ligi, czyli stosunkowo wysoko. Ale, no właśnie, początkowo…

 Doświadczenie uczy bowiem, że Zagłębie Sosnowiec to miejsce podobne do stołka selekcjonera reprezentacji Polski. Selekcjonerzy praktycznie dobrze nie kończą, tak jak trenerzy Zagłębia kończą zwykle źle. To nie jest cudotwórca, on nie zrobi nagle z Szatana Lewandowskiego, a z Matusiaka Iniesty. Nawet nie będzie próbował przekonywać, że zrobi. On gwarantuje solidną pracę u podstaw, umiejętne wprowadzanie młodych, generalnie wszystko to, co powinien gwarantować trener w normalnie funkcjonującym klubie. Ale czy ten klub jest normalny? Przegra z Gryfem Wejherowo, to go zwyzywają, ulegnie Jarocie Jarocin to mu skrzyczą rodzinę. Nie wiem, czy życzyć Mandli posady w Sosnowcu…

Gdzie spojrzę, dookoła dżungla

Byłem w Rio, byłem w Bajo, miałem bilet na Hawaje śpiewał w piosence o poetyckim tytule Wszystko Ch** fajniejszy z Sienkiewiczów. Z podmiotem lirycznym w tym dziele lidera Elektrycznych Gitar mógłby rywalizować Tomasz Stolpa. Większego podróżnika wśród polskich piłkarzy prawdopodobnie nie ma. Grał w krajach, które prawdziwy, sarmacki, dumny i nacjonalistyczny Polak uznaje za czerń, dzicz i koniec świata. Najdziksze wydarzenia spotkały go jednak w swoim, swojskim Sosnowcu.

Stolpa za młodu na pewno często oglądał bajkę Muminki, gdzie po raz pierwszy dojrzał idola milionów ludzi – Włóczykija. Czytałem ostatnio wypowiedź Radosława Majewskiego z Nottingham, który w chwili szczerości przyznał się, że Włóczykija również wielbił (któż go nie podziwiał!), za to, że „chodził taki zblazowany po świecie”. Stolpie też się musiała zamarzyć taka tułaczka. Zaczął po Bożemu, w klubie ze swojego miasta, strzelił dla Zagłębia 25 goli w 70 meczach, wydawał się być obiecującym snajperem. I wtedy odezwała się wędrownicza natura. Wyjechał z Sosnowca do… norweskiego Tromsoe, miasta położonego już za kołem podbiegunowym. Przeżył tam chyba najlepsze chwile kariery, zagrał w Pucharze UEFA. Na miejscu długo nie usiedział. Wypożyczono go do belgijskiego Eendracht Aalst. Później były kluby szwedzkie, fińskie, islandzki Knattspyrnudeild UMFG (pewnie za rok ogra naszą drużynę w pucharach) i wreszcie najbardziej egzotyczny kierunek – azerska Quabala. Stolpa zagrał w tej mocnej lidze 22 mecze, strzelił siedem goli, przeżył ciekawą przygodę, ale na łamach Magazynu Futbol narzekał, że nie było, co tam robić. Do Baku za daleko, a w Quabali miały być same małe sklepiki i… owce. Piłkarz stęsknił się za Polską, zaczepił się w swoim II-ligowym Zagłębiu.

Ponownie nie wytrzymał zbyt długo i został bohaterem afery ostatnich dni. Do późnych godzin nocnych przebywał w jednym z lokali, gdzie, jak twierdzi, został pobity przez jednego z „kibiców” Zagłębia. Klub nałożył na niego karę finansową, którą zawodnik zaakceptował i przyznał, że zachował się źle. Sprawę pobicia zgłosił jednak na policję. Oto, co było dalej (cytuję fragment oświadczenia piłkarza): Poprzez przedstawicieli klubu kibice próbowali dotrzeć do mnie i wymusić wycofanie sprawy. Na trening w dniu 14 października przyjechała grupa kilkunastu kibiców. W obecności prezesa Adamczyka, który zabrał mnie z treningu na rozmowę z przedstawicielami kibiców, wielokrotnie grożono mi połamaniem nóg, jeśli nie wycofam sprawy z policji, ubliżano mi wulgarnie, nazywano konfidentem. Dziwią mnie słowa prezesa Adamczyka w oświadczeniu dotyczącym ukarania mnie za naruszenie regulaminu klubu o rzekomym „tworzeniu klubu na profesjonalnych zasadach”, jeżeli jednocześnie dopuszcza, aby grupa bandydów była w stanie przerwać trening i grozić jego pracownikowi.

W piątek rozwiązano kontrakt z zawodnikiem.

Widzę, że piękna, polska tradycja odwiedzania zawodników przez kibiców jest nadal kultywowana. Tradycyjna nadwiślańska gościnność godna podziwu.

Ciekawe w który zakątek świata wywieje Stolpę tym razem. Podejrzewam, że daleko od Lechistanu.