Dlaczego nie traktuję Lechii Gdańsk jako poważnego kandydata do mistrzostwa

lechia

Fot. Wikimedia Commons

Obejrzawszy jak Wisła Kraków zlała w sobotę Lechię Gdańsk, zwierzyłem się na Twitterze, że takie właśnie mecze sprawiają, że nie traktuję Lechii jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Wywołałem oburzenie, którego skali się nie spodziewałem. Będąc na co dzień z dala od Gdańska, nie odnotowałem, jaka musiała tam nastąpić eskalacja przekonania o wielkości Lechii. Traktowanie jej w walce o mistrzostwo Polski z przymrużeniem oka zostało odebrane jako zbrodnia, co skłoniło mnie do gruntownego zastanowienia się, jakie mam podstawy, by tak sądzić i czy przypadkiem gdańszczan nie krzywdzę.

Zachwiana równowaga 

 Na pewno mamy do czynienia z ciekawą drużyną, mającą mądrego trenera i dobrych piłkarzy, zwłaszcza w ofensywie. Natomiast oglądając ją od blisko roku – pod wodzą Piotra Nowaka – mam wrażenie, że to zespół grający dość mocno naiwnie. Doceniam, że Lechia gra już rozważniej w obronie niż na wiosnę, niemniej dalej akcenty wydają się bardzo zachwiane na rzecz formacji ofensywnych. Z przodu Lechia ma na tyle dobrych – na polskie warunki – piłkarzy, by regularnie okładać słabszych od siebie, natomiast dla mądrego trenera, to może być rywal stosunkowo łatwy do skontrowania, co skutecznie pokazały m.in. Bruk-Bet Termalica Nieciecza i ostatnio Wisła. Jest więcej niż pewne, że coraz więcej drużyn będzie szło tą drogą. I nie są bez szans powodzenia, bo umiejętności  indywidualne akurat obrońców Lechii nie powalają na kolana. Do tego dochodzi kwestia  bramkarza. Drużyna, która sięgała po mistrzostwo, praktycznie zawsze miała przynajmniej solidnego bramkarza. Vanja Milinković-Savić bywa spektakularny, ale solidnym trudno go nazwać.  Mecz z Legią Warszawa pokazał natomiast, że potencjał ofensywny Lechii wcale nie jest tak mocny, by stłamsić innego silnego rywala. Pokazał też, że Lechia nie ma planu B. Jeśli nie zmiażdży rywala siłą ofensywy, niczego innego nie jest na dziś w stanie wymyślić.

To pretendent udowadnia siłę

 W kierowanych do mnie zarzutach padało często pytanie czy inne drużyny w ekstraklasie nie rozegrały w tym sezonie słabego meczu, który by je dyskwalifkował. Oczywiście, Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie całe mnóstwo słabych spotkań. Jednak to Lechia jest tutaj pretendentem do tytułu. A to pretendent do tytułu musi udowodnić, że jest dość silny, by móc podejrzewać go o szansę na zbicie mistrza. Legia tytułu broni. Jej siła jest już więc sprawdzona i potwierdzona. Jeśli Lechia ma być traktowana jako poważny kandydat do mistrzostwa, musi przekonać większość osób, że jest silniejsza od Legii.

Przeciętna gra z czołówką

 Jedną z podstaw mojego braku pełnego przekonania, co do siły Lechii, jest fakt, że gdańszczanie nie rozegrali jeszcze naprawdę wielkiego meczu, przeciwko wielkiemu rywalowi. Zapomnijcie o bajkach, że mistrzostwo zdobywa się w meczach z Górnikiem Łęczna, a nie z Legią. Nie w Polsce, nie w systemie ESA 37. W Polsce mistrzostwo zdobywa się w bezpośrednich starciach z innymi rywalami należącymi do szerokiej czołówki. Dlatego umiejętność rozbijania innych kandydatów do tytułu, byłaby dla przyszłego mistrza pożądana. Lechia bezdyskusyjnie poległa z Legią, w dwumeczu ma gorszy bilans od Wisły, nie dała rady Niecieczy. Ograła wprawdzie Lecha, lecz na tyle szczęśliwie, że nie rozwiała moich wszelkich wątpliwości, czy byłaby w stanie to powtórzyć. Trzynaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe z rywalami z czołowej ósemki to wynik niezły, ale nie powalający. Gdyby Lechia w fazie finałowej, tak, jak w fazie zasadniczej, przegrała trzy mecze z rywalami z czołówki, raczej nie zdobyłaby mistrzostwa.

Szczęście (na razie) sprzyja Lechii

 Tyle o odczuciach. Obiektywne, choć nie idealne, wskaźniki mierzące wpływ szczęścia na wyniki w futbolu wskazują, że Lechia jest drużyną ekstraklasy, która najbardziej w tym sezonie skorzystała na szczęściu. A szczęście, wbrew bzdurnemu powiedzonku, nie sprzyja lepszym. Nie sprzyja nikomu. Jest szczęściem, czyli na dłuższą metę zwykle się wyrównuje.

Nie spełnia kryteriów 

 W poprzednich trzech latach, czyli odkąd wprowadzono system ESA 37, mistrz Polski zawsze miał: najmniej straconych goli, najwięcej strzelonych, najmniej porażek w całym sezonie i najwięcej punktów na wyjazdach. Każdy mistrz od momentu wprowadzenia tego systemu spełniał każdy z tych warunków. Oczywiście, próbka jest dopiero trzyletnia, ale już coś mówi. Aktualnie Lechia traci więcej goli od Jagiellonii, Legii, Lecha i Zagłębia, strzela mniej goli od Jagiellonii, Legii, Pogoni i Wisły Kraków i na wyjazdach punktuje gorzej od Jagiellonii, Zagłębia, Legii, Bruk-Betu i Śląska. Nawet jeśli razem z Jagiellonią ma na koncie najmniej porażek w lidze, nie wygląda na przyszłego mistrza. Biorąc pod uwagę te kryteria, spełnia je póki co tylko… Jagiellonia.

Pod każdym względem gorsza od Piasta 2015

 Przed rokiem pisałem podobny tekst, o tym dlaczego traktuję Piasta Gliwice jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Piast ostatecznie mistrzostwa nie zdobył, natomiast miał na nie szanse do ostatniej kolejki, co oznacza, że był poważnym pretendentem. Gdyby porównać dzisiejszą Lechię, do zeszłorocznego Piasta:

  • Piast miał od niej cztery punkty więcej;
  • Zajmował pierwsze miejsce, a nie drugie;
  • miał siedem punktów przewagi nad wiceliderem, zamiast straty gorszym bilansem bramkowym;
  • wygrał trzynaście meczów, a nie jedenaście;
  • strzelił 34 gole, a nie 28;
  • zdobył u siebie 88% możliwych punktów, a nie 81%;
  • zdobył na wyjazdach 67% możliwych punktów, a nie 52%

 W praktycznie każdym kryterium, traktowany mało poważnie Piast, był lepszy od dzisiejszej Lechii. Oczywiście nie jest wykluczone, że Lechia się rozwinie, że Piotr Nowak znajdzie sposób, by poprawić skuteczność, by drużyna lepiej broniła, by lepiej grała na wyjazdach, a w zimie ściągnie kilku dobrych obrońców i bramkarza, co sprawi, że drużyna znajdzie równowagę. W ten sposób patrząc, jeśli Lechia poprawi się w wielu aspektach, może oczywiście zdobyć mistrzostwo Polski. Wtedy zacznę ją traktować jako poważnego kandydata do tytulu. Jeśli się nie poprawi, może oczywiście zająć jedno z czołowych miejsc, natomiast dziś jest wiele przesłanek, by sądzić, że raczej nie pierwsze. Mam nadzieję, że co mniej zacietrzewieni gdańszczanie zrozumieją teraz, co miałem na myśli. Bo ta drużyna, choć obiecująca, to nie jest znowu taki cud.

Ekstraklasowy powiew normalności

probierz

Ligowi prezesi chyba zmądrzeli. Wiem, że teza jest straszliwie ryzykowna, ale chyba prawdziwa. Nie wszyscy i pewnie nie na dobre, ale tendencji nie sposób nie zauważyć. Zwłaszcza, że powtarza się drugi rok z rzędu. Na półmetku fazy zasadniczej, pracę straciło tylko pięciu trenerów ekstraklasowych – czterech zostało zwolnionych, a Dariusz Wdowczyk sam podał się do dymisji. Rok temu na tym samym etapie sezonu, wyrzuconych też było pięciu. Dwa takie sezony z rzędu jeszcze się w XXI wieku nie zdarzyły. Bywało, w 2001 i 2007 roku, że po 15 kolejkach tylko czterech trenerów traciło pracę, ale to były lata wyrwane z kontekstu – wkrótce po nich następowało masowe wylewanie trenerów z kąpielą. Dość powiedzieć, że już w 2008 roku po piętnastej kolejce zmieniło się aż 12 trenerów.

Sześć autorskich projektów

 Dwa lata z rzędu z umiarkowanymi zwolnieniami pozwalają jednak zauważyć jakiś malutki trend. Mamy aktualnie sytuację dawno w Polsce niespotykaną. W aż pięciu klubach, trenerzy pracują już dwa lata lub dłużej. Absolutny rekordzista Marcin Kaczmarek, wznosi Wisłę Płock już od blisko czterech i pół roku. Michał Probierz dobija w Jagiellonii Białystok do trzech lat. A ponad dwa lata pracują także Piotr Stokowiec w Zagłębiu Lubin, Grzegorz Niciński w Arce Gdynia i Waldemar Fornalik w Ruchu Chorzów. W przypadku pracującego w Cracovii od półtora roku Jacka Zielińskiego, też można mówić o autorskim projekcie drużyny. W ponad 1/3 ekstraklasy, szkolą obecnie trenerzy, którzy dostali czas na spokojne wpajanie drużynie swojej wizji.

Szansa na wyjście z dołków

 Co jednak najbardziej budujące, coraz więcej prezesów nauczyło się wytrzymywać ciśnienie, gdy nie ich zespołom się nie wiedzie. Posada Probierza w Białymstoku wisiała na włosku, gdy wiosną nie awansował do grupy mistrzowskiej. Został i dziś Jagiellonia jest liderem ekstraklasy. Kaczmarek i Niciński notują ostatnio kiepskie serie, ale trzymają się posad dość pewnie. Fornalik jest z Ruchem w strefie spadkowej i zwolnienia też raczej nie musi się obawiać. A Zieliński, który rozbudził oczekiwania prezesa Janusza Filipiaka zeszłym sezonem, też jeszcze dziesięć lat temu nie przetrwałby zjazdu do dolnej części tabeli i nie pomogłyby tłumaczenia, że zwolnienie byłoby absurdalne. Dziś trzyma się mocno i nikt nawet nie myśli o wyrzucaniu go.

Bieda to nie wytłumaczenie

 Pozytywnych przykładów jest więcej. Wdowczyk dziś wprawdzie zrezygnował z pracy w Wiśle, ale przed chwilą klub pozwolił mu pracować dalej, mimo siedmiu przegranych z rzędu, czyli najdłuższej serii porażek w historii klubu. Analogiczną historię przeżywał we Wrocławiu Mariusz Rumak. Prawdopodobnie w obu klubach przeczekano trudny okres ze względu na kiepską sytuację finansową, ale to wytłumaczenie tylko połowiczne, bo jak świat światem, w polskiej lidze grały biedne drużyny, co nie przeszkadzało im w notorycznych zmianach trenerów. Dotychczas nigdy nie brakowało pieniędzy akurat na zwalnianie trenerów. Co najważniejsze, obaj obdarzeni zaufaniem szkoleniowcy, zdołali podnieść swoje drużyny z kryzysów. Już dawno temu w Polsce pojawiła się książka „Futbol i statystyki”, dowodząca, że efekt nowej miotły nie istnieje i w większości przypadków drużyna wpadająca w dołek wychodzi z niego w podobnym czasie, niezależnie od tego czy trener zmieni się czy nie. Te rewolucyjnie w Polsce brzmiące tezy, nigdy nie mogły zostać przetestowane w praktyce, bo efekt nowej miotły był dla wielu klubów jedynym pomysłem na utrzymywanie się w lidze. Dzięki Wiśle i Śląskowi wiemy, że zwolnienie trenera nie jest jedynym sposobem wyjścia z kryzysu.

Nieedukacyjne przykłady Podbeskidzia i Górnika

 Oczywiście, zarządzanie klubem byłoby dużo łatwiejsze, gdyby była chociaż jedna reguła niezawodnie prowadząca do sukcesu. Na wiosnę okrutnie pokazały to przypadki Podbeskidzia Bielsko-Biała i Górnika Łęczna. W Podbeskidziu młody prezes nie chciał zachowywać się, jak tradycyjni działacze, którzy pierwsze, co robią, to zwalniają trenera. Dlatego, choć Tomasz Mikołajko nie miał do Roberta Podolińskiego przekonania jeszcze w przerwie zimowej, trwał z nim na stanowisku aż do ostatniej kolejki. Równolegle Górnik Łęczna zadziałał tradycyjnie i w podbramkowej sytuacji złapał się brzytwy, z braku laku zastępując trenera jego asystentem, chcąc zmienić choćby cokolwiek. Ta historia nie miała waloru edukacyjnego dla polskiej piłki, bo w ostatecznym starciu Łęczna wiedziona efektem nowej miotły (?) spuściła Podbeskidzie z ligi. Ale i w Górniku zasłużyli później na – póki co ostrożne – pochwały za to, że nie ulegli pokusie i pozwolili tymczasowemu trenerowi pracować dłużej i mimo obecności w strefie spadkowej, nadal się go trzymają.

Jest jak w Europie

 Każdy przypadek jest inny. Całą sztuką jest umieć rozróżnić przyczyny kryzysu. Kiedy drużyna przegrywa, bo ma pecha, a kiedy trener naprawdę jest zagubiony. Ale najważniejsze, że w Polsce ktoś w ogóle zaczął się zastanawiać nad przyczynami kryzysów, a skończyło się wyrzucanie trenerów niemal z automatu, po trzech porażkach. Staliśmy się pod tym względem normalnym europejskim rynkiem. W niektórych klubach prezesi są bardziej w innych mniej cierpliwi, ale generalnie zmiany trenerów powinny być zdecydowaną mniejszością. W Polsce drugi rok z rzędu są. W najsilniejszych ligach wprawdzie nadal zwalnia się rzadziej, ale już nieznacznie – w Bundeslidze i La Liga były dotychczas cztery zwolnienia, we Serie A i Premier League po trzy, a w Ligue 1 – dwa. Ale też w Polsce rozgrywki są w bardziej zaawansowanej fazie, więc statystyki mogą się jeszcze wyrównać.

Czas na środowisko

 Pole, w którym jest jeszcze wiele do zrobienia, to ogólna świadomość środowiska, które nadal bardzo często w zmianie trenera widzi jedyny lek na całe zło. Kibice w wielu miastach wciąż, po dwóch porażkach, domagają się głów i powtarzają bzdury o „braku chemii w drużynie”. Dziennikarze spekulują czy trener gra o posadę, a eksperci sugerują nieuchronność zmian (sztandarowy przykład: Remigiusz Jezierski zastanawiający się w dzisiejszym „Sporcie” czy Ruch nie powinien przesunąć Fornalika na stanowisko dyrektora sportowego, jakby nie zauważając, że jedynym, co Ruch w tej chwili ma, jest bardzo dobry trener). Te połączone naczynia wywierają ciśnienie, które nie każdy prezes potrafi wytrzymać. Ale jest dla polskiej piłki nadzieja, że i to się z czasem zmieni. To mały kroczek do normalności.

Znakomita akcja Wisły Kraków

Choć Wisła Kraków przeprowadziła pod wodzą Kazimierza Moskala sporo znakomitych akcji – moją ulubioną, niezmiennie ta z Gdańska zakończona golem piętką Barrientosa – żadna nie była tak dobra, jak rozpoczęta wczoraj akcja „Wisła Kraków to nasza historia”.

Podoba mi się, że Wisła nie ukrywa, że nie jest najlepiej. Na grafikach pokazuje spadek pozycji w tabeli, jaki nastąpił w ostatnich latach. Pokazuje tracone bramki z APOEL-em czy niedawno z Jagiellonią Białystok i Śląskiem Wrocław. Wszyscy doskonale wiedzą, że Wisła to potęga dość mocno podupadła i sportowo i finansowo, ale klub mógłby iść w zaparte i wciskać wszystkim kit, że wszystko jest różowo i kolorowo.

W tej akcji Wisła szczerze przyznaje: nie, nie jest. „Za marzenia o Lidze Mistrzów płacimy do dziś”. Jest w tym filmiku dobrze pokazana potęga, a potem bolesny upadek.

Znalazłszy się w takiej sytuacji, Wisła mogłaby płakać, że nie ma wsparcia miasta. Płakać, że nikt nie chce sponsorować piłki. Generalnie płakać i nic nie robić, próbując przy tym udawać, że wszystko jest jak dawniej. Zamiast tego jednak, zdecydowała się na zmobilizowanie całej społeczności. Sfrustrowani kibice od lat wypisują na forach narzekania, jak jest źle. Teraz dostali możliwość działania, a nie gadania. Dostali możliwość przysłużenia się swojemu klubowi. Często powtarza się puste hasła: „Ja za ten klub oddałbym życie”. Na co klub: „Życie sobie zostaw, ale kup, proszę, koszulkę z Henrykiem Reymanem”. Świetne.

W momentach kryzysowych wyzwala się kreatywność, jak przed laty Real Oviedo, który będąc na skraju bankructwa zaczął za bezcen emitować swoje akcje, a wkrótce nabyło kawałki zasłużonego hiszpańskiego klubu bez mała pół świata. Przy wydatnym wsparciu kibiców od lat funkcjonuje też choćby niemieckie FC St. Pauli.

Akcja jest jednak świetna przede wszystkim dlatego, że porusza osobiste emocje. Czy ktoś jest kibicem Wisły czy nie, ma z nią związane jakieś wspomnienia. A jeśli jest urodzony na początku lat 90, jak ja, to te wspomnienia są w większości pozytywne. Nie byłem kibicem Wisły, ale na myśl o meczach z Saragossą, Parmą, Lazio, Barceloną, Schalke, ale też choćby Beitarem, mam głowę pełną obrazów. Jestem przekonany, że te same obrazy ma połowa pokolenia. Jak kiedyś Górnik, Legia czy Widzew, tak klubem naszej młodości była Wisła. Nawet jeśli w weekendy chodziliśmy na mecze innych, swoich klubów – choć ja pierwszy raz ekstraklasę widziałem właśnie na Wiśle – w 2005 roku z Górnikiem Łęczna –  w środku tygodnia, w pucharach oglądaliśmy Wisłę. Odwołując się do takich ludzi, Wisła łapie zasięgiem pół Polski, nie tylko swoich kibiców.

Świat nie kocha tylko tych, którym się udaje. Kocha też tych, którym się nie udaje, ale przynajmniej tego nie ukrywają. Brawa dla Wisły, że zachowała się w momencie kryzysowym nietypowo, niekonwencjonalnie. Zachowała się jak wielki klub, którym dalej pozostaje, mimo wszelkich przejściowych kłopotów. Bo „Wisła to historia, która nie pozwala na przeciętność”.

Szczegóły akcji „Wisła Kraków to nasza historia” TUTAJ.

Nie potrafię się oburzać na Wisłę

wisla

Sporo ostatnio dyskutuje się o Wiśle Kraków, która pozbyła się swojej zdolnej ponoć młodzieży. Dziewięciu zeszłorocznych mistrzów Polski juniorów zostało wypuszczonych. Za darmo. W sytuacji, w której Wisła nie ma pieniędzy i nie ma zawodników. – Jeśli ktoś w wieku 20 lat nie jest gotowy do gry w ekstraklasie, powinien odejść – mówi prezes Robert Gaszyński.

U wielu osób, sposób, w jaki Wisła potraktowała swoich wychowanków budzi oburzenie. Zwłaszcza, jeśli przypomnimy sobie, że Krzysztof Mączyński, Dariusz Trela, Michał i Mateusz Makowie też przy Reymonta szans nie dostali – chociaż w zupełnie innych czasach, gdy w pierwszej drużynie Wisły grali lepsi piłkarze.

Mówi się, że juniorzy Wisły nawet nie dostali szansy. Na szansę jednak trzeba zasłużyć. Żeby była jasność – większości z tych zawodników nie widziałem w grze, ale przypominam sobie bardzo trafne zdanie Adama Nawałki, jeszcze jako trenera Górnika Zabrze. Jego też swego czasu krytykowano, że przestał wpuszczać do Górnika młodych, na co stwierdził, że jeśli zawodnik idzie na wypożyczenie do I/II/III ligi i chce wrócić do ekstraklasy, musi swoją ligę przerastać. Nie grywać od czasu do czasu. Nie nie odstawać. Przerastać.

Gdy spojrzymy na statystyki tych młodych w rezerwach, nikt nie powala na kolana, by zwrócić uwagę lepszych klubów. Michał Bierzało w Limanovii, spadkowiczu z II ligi, zagrał wiosną dziewięć meczów. Dominik Kościelniak w Głogowie, średniaku I ligi, 19 razy wychodził w pierwszym składzie. Tomasz Zając w tym samym klubie zagrał 9 razy, strzelił dwa gole, a jest napastnikiem. Dawid Kamiński z Niecieczą wprawdzie awansował do ekstraklasy, ale w pierwszym składzie wyszedł pięć razy. Żaden z tych zawodników nie przerastał swojej ligi. Co więcej, w podstawowym składzie w seniorskiej piłce grali tylko ci, którzy zostali w III-ligowych rezerwach.

Franciszek Smuda podkreślał, że najbardziej przygotowanym do seniorskiego futbolu z całej gromady młodzieżowych mistrzów jest Piotr Żemło. W zimowych sparingach bardzo dojrzale grał na środku obrony u boku Arkadiusza Głowackiego. Zapracował na grę w ekstraklasie w podstawowym składzie przeciwko Górnikowi Zabrze. Ten chłopak ma szansę, by zostać piłkarzem. Nie jest to pewne, może skończyć jak Michał Czekaj, ale dał przynajmniej sygnał, by w niego zainwestować. I co? Akurat z nim Wisła kontrakt przedłużyła.

Osobną kwestią są pieniądze. Tak głęboko zakorzeniła się w naszej świadomości myśl o tym, że piłkarze muszą zarabiać więcej niż normalni ludzie, że tracimy czasem poczucie rzeczywistości. Samemu zdarzyło mi się zresztą w te sidła wpaść. Jako całkowicie początkujący dziennikarz, podstawiałem chętnie dyktafon pod nos zawodnikom jakiegoś Ruchu Radzionków czy Polonii Bytom, czekając aż puszczą im bębny hamulcowe i dając im się wypłakać, jak to w klubie im mało płacą, zapominając jednocześnie, że cała redakcja czekała na wypłaty tyle, że PZPN już dawno powinien był rozwiązać nasze umowy z winy klubu. Daliśmy się porwać myśli, że za sam fakt bycia piłkarzem, należy się więcej.

Rozumiem wysokie zarobki gwiazd futbolu. Rozumiem nawet gwiazd ligi polskiej. Przełknę nawet wysokie w skali kraju zarobki ekstraklasowych przeciętniaków. Jednak – nie chcę brzmieć populistycznie – dlaczego ktoś, kto jeszcze absolutnie nic nie osiągnął i dopiero jest potencjalnym kandydatem na piłkarza, ma zarabiać na poziomie np. dyrektora szkoły? I dlaczego jako środowisko mamy mu jeszcze współczuć?

zajac

20-letni Tomasz Zając, który jeszcze nic nie osiągnął i nie dał w przeciwieństwie do Żemły powodów, by w niego inwestować, dostaje od Wisły, klubu, o którym prawdopodobnie marzył, ze swojego miasta, mając doskonałą szansę na wypromowanie się w ekstraklasie, pensję, która pozwala mu:

1. Wynająć mieszkanie

2. Kupić samochód

3. Nalać do tego samochodu benzyny

4. Mieć jeszcze 500 złotych na życie

Jego rówieśnicy, nie mniej zdolni, którzy nie mniej czasu poświęcili, by dostać się np. na studia:

1. Jeśli wynajmują mieszkanie, to w pięciu, za pieniądze rodziców. Czasem akademik.

2. Jeśli mają dojechać do Myślenic, wsiadają w Szwagropol.

3. Nie mają własnych 500 złotych na życie.

A my mamy jeszcze kopać Wisłę, że źle potraktowała 20-letniego kandydata na piłkarza? To nie jest człowiek z innej planety, jak Cristiano Ronaldo czy nawet Semir Stilić. On na stadion Wisły nie ściągnie 4 tysięcy ludzi, tylko maksymalnie swoją rodzinę i dziewczynę. Niczym nie różni się od swoich rówieśników, którzy nie grają w piłkę.. Jeśli dostaje od nich lepsze propozycje finansowe, to tylko dlatego, że przyjęło się, że w piłce płaci się więcej niż gdziekolwiek indziej. Ale nie potrafię mieć pretensji do Wisły, że komuś z tak głęboko ukrytym talentem zaproponowała tak „uwłaczająco niską” pensję. Jeśli Wisła nie ma pieniędzy, niech inwestuje w 17-latków, a nie w 20-latków. Z tego co wiem, klub tak właśnie zamierza uczynić. I bardzo mądrze.

PS. Na zakończenie kilka cytatów z dzisiejszego świetnego wywiadu z Cezarym Kucharskim w Gazecie Wyborczej.

„Kto koncentruje się na pieniądzach” w tak młodym wieku, nie ma wielkich szans na sukces. Wtedy trzeba myśleć o tym, jak strzelać gole. Gdy grałem w Orlętach Łuków, nie zajmowała mnie pensja, chciałem dorównać Dziekanowskiemu. Z Siarką w ogóle nie negocjowałem, wziąłem, co dawała”.

„- Gdy Lewandowski odchodził ze Znicza, spytałem, ile chce zarabiać w Lechu. Gdy usłyszałem odpowiedź, wiedziałem, że to mało. W Poznaniu dostał 14 razy więcej. Nie zajmował się biznesem, tylko sportem. Nie wydzwaniał do zawodników Lecha i nie pytał, ile tam się zarabia.”

„Nasi młodzi piłkarze prezentują postawę: stwórzcie mi warunki, a pokażę, co potrafię. Jak im nie wyjdzie, to wymówkę znajdą w sekundę. Wymagają więcej od otoczenia niż od siebie. To nie zwiastuje zrobienia kariery.”

Z dedykacją dla młodych piłkarzy odchodzących z Wisły i tych święcie na nią oburzonych.

Wisła nie szanuje Kazimierza Moskala. A powinna

wisla

Chociaż książki w stylu „Futbol i statystyki” czy historie Midjtylland i Brentford wznoszonych w oparciu o liczby, coraz mocniej uświadamiają kibicom rolę przypadku w futbolu, wciąż jego wszechwładzy się nie docenia. A nie wzięcie pod uwagę szczęścia czy pecha przy podejmowaniu ważnych decyzji, może fatalnie skutkować dla klubów.

Analitycy prowadzący Midjtylland i Brentford klasyfikują europejskie kluby nie na podstawie osiąganych wyników, bo te kłamią. Oglądają mecze i oceniają liczbę stworzonych i dopuszczonych pod własną bramką idealnych, bardzo dobrych i dobrych sytuacji. Wychodzą z założenia, że przypadek czasem sprawia, że tzw. sytuacja stuprocentowa nie zostaje wykorzystana. A realną siłę drużyn pokazuje dopiero spojrzenie na to, ile takich szans się stwarza.

Mówi się, że tabela nie kłamie, ale analitycy Matthew Benhama powiedzą co innego. Według ich obliczeń, Borussia Dortmund była jesienią drugą najlepszą drużyną w Niemczech i czwartą w Europie. Tymczasem leżała na dnie tabeli Bundesligi, a wszyscy zastanawiali się, co jest przyczyną kryzysu. Mówili o podatności na kontuzje, zmęczeniu, nieudanych transferach, wyczerpaniu formuły Juergena Kloppa. Benham powiedziałby: Dortmundowi brakowało szczęścia. Po prostu.

Nie zamierzam nikogo przekonywać, że ten model na pewno nie ma wad i jest idealny. Nie można przeginać. Sam nie mam wrażenia, by model, który wskazuje jesienny Dortmund jako czwartą najlepszą drużynę w Europie, był wiele wart, ale chcę pokazać, że przypadek w futbolu ma wielką siłę.

Mam wrażenie, że w Wiśle Kraków o tym nie pamiętają. Prezes Robert Gaszyński nie był dziś w stanie wydusić z siebie deklaracji, że Kazimierz Moskal poprowadzi klub w przyszłym sezonie, choć trzy miesiące temu podpisał z nim kontrakt na półtora roku. Mówił, że o obsadzie pozycji trenera zdecyduje po tym, jak przeprowadzona zostanie inwentaryzacja, czyli analiza raportu, czytaj: jeśli znajdzie taniego, a niezłego trenera, to Moskala zwolni, a jeśli nie znajdzie, to nie zwolni. Moskal siedział obok i musiał czuć się wyjątkowo niezręcznie.

Czy Kazimierz Moskal poprawił wyniki Wisły? Nie. Średnią punktów ma gorszą niż Franciszek Smuda. Nie wprowadził zespołu do europejskich pucharów. W kilku meczach frajersko stracił punkty. Wpuszczane w końcówkach meczów bramki były trudne do wytrzymania. Zgoda.

Gdyby jednak spojrzeć szerzej, Wisła grała w ciągu tych trzech miesięcy bardzo ciekawą piłkę. Momentami jedną z najlepszych w ekstraklasie. Dwukrotnie była lepsza od Legii Warszawa na Łazienkowskiej. Nie walcząc o nic, bardzo mocno postawiła się brnącemu po tytuł Lechowi Poznań. Dobrze wyglądała w wyjazdowych meczach z Jagiellonią Białystok. Stwarzała mnóstwo sytuacji, rozgrywała naprawdę efektownie, kilku zawodników doszło do dawno niewidzianej formy, jak Maciej Jankowski czy Rafał Boguski.

Jeśli Moskal zostanie zwolniony, to dlatego, że jego piłkarze nie mieli skuteczności. Dlatego, że Stilić w meczach z Legią i Śląskiem Wrocław, zamiast do pustej bramki, kopnął obok niej. Dlatego, że Jagiellonia, grając fatalny mecz, strzeliła Wiśle dwa gole, w tym jednego ze spalonego, choć gdy zrobiła to kilka tygodni później Lechii, to nikt nie chce zwalniać Jerzego Brzęczka. Dlatego, że sędzia uznał nieprawidłowe gole dla Legii. Dlatego, że Boban Jović nieszczęśliwie kopnął piłkę do własnej bramki. Moskala niszczy nagromadzenie nieszczęśliwych okoliczności. Mogą się temu dać zwodzić kibice, ale analizujący teoretycznie wszystko, jak w korporacjach, prezes, już nie powinien.

Mam wrażenie, że w wielu polskich klubach Moskal byłby uznawany za dobrego, normalnego trenera. Jego nieszczęściem jest jednak, że pracuje w Wiśle, gdzie wciąż jest uznawany za zapchajdziurę, którego traktuje się z lekkim przymrużeniem oka. Gdy wracał w marcu, wydawało się, że przychodzi z zupełnie innej pozycji. Jako trener, który mimo wszystko pokazał w Niecieczy i w Katowicach, że coś potrafi. Jako trener, a nie asystent trenera. Ale nic się nie zmieniło. Dla wielu dziennikarzy na konferencjach prasowych dalej jest „Kaziem”, dla zarządu klubu chyba niestety także.

W sytuacji, w jakiej Wisła się znajduje, trudno mi sobie wyobrazić dla tego klubu lepszego trenera. Gaszyński, z uporem maniaka wymaga, by Wisła grała efektownie i ładnie dla oka, choć piłkarze w Krakowie zostają coraz gorsi. Niewielu trenerów w Polsce jest w stanie to zagwarantować. Moskal tak. On ładną, ofensywną grę ma nie tylko na sztandarach, ale też na boisku. On jest swój, co może być atutem, a nie jak dotychczas wadą. Swój, czyli nie przestanie pracować, jeśli raz nie dostanie wypłaty. Będzie bardziej wyrozumiały niż trener z zewnątrz.

Moskal nie jest trenerem idealnym. Pewnie mógłby mieć twardszy charakter. Ale pewne jest, że pracował wiosną w skrajnie trudnych warunkach. Musiał prowadzić zawodników rozczarowanych niespełnionymi deklaracjami finansowymi prezesa, wciąż nie mając poczucia wsparcia z góry. W tej sytuacji Wisła powinna go sobie szanować, bo na lepszego trenera jej nie stać. W momencie, gdy ktokolwiek zaczął insynuować, że Wisła może zatrudnić Ojrzyńskiego, klub powinien zapewnić, że Moskal ma pełne poparcie. Była do tego idealna okazja. Moskal siedział dziś obok Gaszyńskiego. Mogły paść deklaracje, które umacniałyby pozycję trenera, a nie jeszcze bardziej ją podkopywały.

Mam wrażenie, że w – skądinąd nieistniejącym – planie budowy drużyny na fazę grupową europejskich pucharów Kazimierz Moskal przeszkadza akurat najmniej. Ale jego najłatwiej obarczyć winą i kupić sobie trochę czasu.

Ile dzieli Wisłę od Leverkusen

spahic

Piłkarsko wiele, a jeśli chodzi o standardy jeszcze więcej.

Niesamowite, jak szybko wszystko się potoczyło. Jeszcze w środę, jak zwykle od dwóch lat, Emir Spahić grał w meczu Bayeru Leverkusen przeciwko Bayernowi Monachium. Po meczu chciał do szatni wprowadzić grupę swoich znajomych, którzy nie mieli wymaganych akredytacji. Doszło do szamotaniny z porządkowymi stadionu w Leverkusen, w końcu Bośniak przywalił ochroniarzowi w zęby, ktoś to nagrał. Dziś, czyli w niedzielę, poinformowano, że klub rozwiązał z nim kontrakt.

Doprawdy, imponujące. Leverkusen, w trakcie morderczej walki o trzecie miejsce, premiowane bezpośrednią grą w Lidze Mistrzów, pozbywa się z własnej woli podstawowego stopera. I to bez zastanawiania się – trzy dni i jest decyzja. Spahić nie był oczywiście największą gwiazdą Bayeru, ale od transferu z Sevilli, przez dwa lata, budował środek obrony z Omerem Toprakiem i na ogół spisywał się dość przyzwoicie. Na pewno Bayer nie skorzystał z pretekstu, by pozbyć się piątego koła u wozu. Nie, pozbył się cennego gracza, do końca sezonu zostając na newralgicznej pozycji tylko z awaryjnym Kyrgiakosem Papadopoulosem i nominalnym bocznym obrońcą Tinem Jedvajem.

A jednak nikomu w Leverkusen ręka nie zadrżała. Wiedzą, że takie sytuacje pozostawiają niesmak. Psują wizerunek klubu. Nie pasują do akcji ściągających dzieci na stadion. Pewnych rzeczy profesjonalnemu piłkarzowi robić nie wypada, choćby nie wiem jak dobrze grał.

Zbiegło się to w czasie z informacjami o Łukaszu Gargule z Wisły Kraków, który ma 30 zarzutów korupcyjnych. Do winy się nie przyznaje, ale w tym tygodniu dobrowolnie poddał się karze, bo inaczej groziłaby mu dyskwalifikacja. Teraz pomocnik będzie dochodził swych racji przed sądem powszechnym. Wisła, choć przez lata jako jedna z niewielu polskich drużyn dbała o to, by słowo „korupcja” w ogóle się z nią nie kojarzyło, wstrzymuje się z decyzjami, do czasu wyjaśnienia sprawy. Oczywiście, nie ma w tym nic niezgodnego z prawem. Ale pozostawia niesmak, gdy widzi się, że jak gdyby nigdy nic wybiega w podstawowym składzie na mecz ligowy, choć właśnie poddał się karze za korupcję.

Wisła jest tu tylko przykładem, akurat się nawinęła, bo obie sprawy zdarzyły się w ostatnich dniach. Robią tak jednak wszyscy i żadne normy nie obowiązują. Skazani za korupcję i zamieszani w nią biegają po boiskach, prowadzą drużyny ligowe i są zapraszani do telewizji jako eksperci. Innych zaprasza się do pisania programów szkolenia dla młodzieży. Zero wyczucia. Możesz zrobić właściwie wszystko, a i tak cię ktoś przygarnie, ogłaszając, że „nikogo nie należy skreślać i jego przeszłość nas nie interesuje”.

Wisła, gdyby teraz wyrzuciła Gargułę, zostałaby z najwęższą kadrą w ekstraklasie i straciłaby całkiem niezłego pomocnika w przyzwoitej formie. Jest wyrachowana. Woli cynicznie wyczekać, aż Gargule skończy się kontrakt i będzie miała czyste ręce. Liczy, że zanim to się stanie, Garguła strzeli jeszcze jakiegoś ważnego gola. A przecież przewinienia są nieporównywalne. Bo chyba dla klubu mimo wszystko lepiej być kojarzonym z jednokrotnym uderzeniem porządkowego z byka niż z 30-krotnym oszukaniem kibiców? Nie ma znaczenia, że innego klubu.

Kibice Wisły, Kolczak i futbol w czystej formie

Smartfony nie służą rozwiązłości. Jako że rzeczy martwe są nie złośliwe, a okrutne, blog ostatnio trochę wegetował,  bo mając w perspektywie wstukiwanie swoich skomplikowanych tekstów w telefon, stwierdzałem, że po co się rozpisywać, skoro można wszystko skomentować jednym zdaniem na Twitterze. Ale jak już się dorwałem, to nie odpuszczę, bo palce świerzbiły, a trochę się narobiło zaległości.

Otóż w poniedziałek pierwszy raz w życiu byłem w Myślenicach. Myślenic to tam wiele nie widziałem, przeszedłem się raczej po obiektach treningowych Wisły Kraków i stwierdziłem, że jak by sytuacja krakowian nie była zła, to i tak zawodników zawsze w polskich warunkach ściągną. Naprawdę jest gdzie trenować i to wystarczy, by już robiło wrażenie. Ale ja nie o tym. Sporo się ostatnio działo w Wiśle, bo wszedł do klubu nowy prezes Robert Gaszyński. Wydaje się, że kandydat niemal idealny. Biznesmenom zarzuca się, że nie rozumieją piłki. Byłym piłkarzom, że nie rozumieją biznesu. Legionistom w Krakowie, że Legioniści. A Gaszyński to i były piłkarz, więc  ”wie jak pachną skarpety” i biznesmen, więc wie jak pachną krawaty. No i Wiślak. Ale to, że jest Wiślakiem, nie wygląda na jego największy atut, a… to już spory atut.

I sprawia Gaszyński wrażenie, jakby rzeczywiście była szansa na nowe otwarcie. Mówi jak jest. Obiecuje, ale realistycznie. Nie zalicza wpadek. Dba o szczegóły. Można się śmiać, ale doceniam, że o 16.00 widzę go w Myślenicach pod krawatem, a godzinę później w Krakowie – dalej eleganckiego – już bez krawata, z odpiętym ostatnim guzikiem koszuli. Na spotkaniu z kibicami lepiej nie wyglądać na zbyt sztywnego. Dobrze, że ma tego świadomość.

Ale trudno nie zesztywnieć, gdy się słyszy i widzi, co niektórzy „kibice” Wisły wyprawiają. W skrócie: stowarzyszenie obraziło się na prezesa, że w listopadzie, kiedy jeszcze nie był prezesem, nie chciał się z nim spotkać, a w styczniu, gdy już jest prezesem, zwołuje spotkanie otwarte, na które może przyjść każdy, nawet ten, kto nie należy do stowarzyszenia. Nastąpiło uwolnienie dostępu do prezesa. Każdy mógł zadać pytanie. Już nie można aż tak bardzo roztaczać aury tajemniczości, którą skwitowałoby się pięcioma magicznymi literami – KMWTW.

Teraz konfliktu jeszcze nie ma. Jest tylko napięta atmosfera, obrażanie pracowników klubu na spotkaniu, ostentacyjne opuszczanie pomieszczenia. Ale jako że kibice to najłatwiejsza do obrażenia grupa na świecie, konfliktu można się spodziewać. A przynajmniej tego, że na trybuny wrócą race, których od wyrzucenia z klubu Jacka Bednarza, przy Reymonta nie było. Jeśli tak się stanie, Gaszyński będzie musiał płacić za to, jak Wisła jako całość zachowała się względem Bednarza. Skoro pozwoliła wtedy kibicom decydować o obsadzie prezesa prywatnej spółki, to niech się nie dziwi, że dziś kibice chcą decydować o zmienianiu rzecznika prasowego. Ciąg dalszy niestety nastąpi.

Na wspomnianym spotkaniu, gdy obrażeni już wyszli, było momentami wesoło, momentami żenująco. Wesoło zrobiło się, gdy jakiś dziadzia zażądał odebrania akredytacji prasowych dziennikarzom Radia Kraków i Gazety Wyborczej, bo „dziennikarze jedzą za pieniądze Wisły, a kibicują Cracovii”. Pomijam, że po drugiej stronie Błoń myślą zgoła odwrotnie. Pomijam, że jakby dziennikarze żywili się tylko tym, co Wisła daje do jedzenia, nie byłoby już od dawna żadnych dziennikarzy w Krakowie. Rozbawiło mnie, że dziadzia dostał z sali brawa, bo to pokazało, jak bardzo w narodzie mocno zakorzenione jest pragnienie cenzury i jak wolność słowa niektórych boli. Ciekawostka i tyle.

Dziś krakowska Wyborcza sprawę rozbuchała, pisząc, że „nie ugnie się pod żądaniami kiboli”. Jakich kiboli? W Krakowie jest w każdej kolejce ligowej 552381821 zachowań kibolskich, które należałoby zwalczyć/napiętnować/ukarać, ale po wypowiedzi jednego dziadka, nie róbmy z siebie męczenników.

***

Podbeskidzie miało zrobić cztery porządne transfery i zapowiedzi wyglądały szumnie. Tematy Golańskiego, Malarczyka i Drygasa były, nawet jeśli każdy z nich teraz się tego wyprze. Leszek Ojrzyński ich chciał. Jako że radni miejscy jednak nie pozwolili utonąć Koronie, Golański i Malarczyk raczej zostaną w Kielcach. Drygas po pierwsze ma ważny kontrakt w Bydgoszczy, a Podbeskidzie przecież za niego nie zapłaci, po drugie jest ważnym zawodnikiem drużyny, która wciąż ma zamiar walczyć o utrzymanie, a po trzecie ponoć interesuje się nim Lech. Drużyna już jest na jednym obozie, za chwilę będzie na drugim, a wzmocnień niemal nie ma. Jak ktoś w końcu przyjdzie, znów będzie gadka o tym, że jest nieprzygotowany do sezonu. Klub wydaje mi się natomiast trochę nieprzygotowany do okienka.

Wyciągnięcie Kristiana Kolczaka ze Slovana Bratysława należy jednak uznać za plus. CV tego grajka nijak nie pasuje do bielskich warunków. Grał w najlepszym słowackim klubie, regularnie, także w europejskich pucharach, wygrywał trofea i to nie 13 lat temu, tylko teraz, niedawno, w zeszłej rundzie. No i nie ma 48 lat tylko dwa razy mniej. Nie będzie też problemów z aklimatyzacją.

Śmierdziała mi tylko forma transferu. Definitywny na pół roku, z opcją przedłużenia o dwa lata?

Okazało się, że Podbeskidzie po raz kolejny – tak jak robiło rok temu – na oficjalnej stronie podaje nie do końca prawdziwe informacje. Wtedy kontrakty okazywały się krótsze niż podawano na stronie. Teraz okazało się, że Kolczak jest do Bielska tylko wypożyczony, za pół roku kończy się jego kontrakt ze Slovanem, może wtedy definitywnie przejdzie do Bielska (ale może nie). Rozumiem, że nie o wszystkim trzeba informować, ale strona Podbeskidzia nie informuje niemal o niczym. O zwolnieniu trenera bramkarzy i asystenta trenera poinformowano jakieś 3 tygodnie po tym, jak podały to wszystkie media sportowe i tydzień po „Gościu Niedzielnym”. Zaznaczam, nie jest to raczej wina piszących na stronie, którzy tylko wypełniają przykazy z góry. Nie ma to jak budować przemyślaną strategię informacyjną klubu. Nie wiem, jaki interes klub ma w tym, żeby ludzie myśleli, że Kolczak jest w klubie na stałe, mimo że nie jest. Wiem tylko, że nie jest to pomyłka tego, który pisał newsa. I że nie jest to poważne traktowanie swoich kibiców, łapczywie próbujących czegokolwiek się dowiedzieć.

***

Tuszowania rzeczywistości nie ma w Pucharze Narodów Afryki. Tam futbol jest szczery i piękny jak na podwórku. Pozostaje dla mnie nieodgadnione, dlaczego zawodnicy wychowani w Europie, nauczeni gry w piłkę w Europie, grający w europejskich klubach i w reprezentacjach prowadzonych przez europejskich trenerów, postawiwszy stopę na Czarnym Lądzie kompletnie zapominają o taktyce i po prostu ganiają za piłką. Mają przy tym fantastyczne umiejętności techniczne i fizyczne. To sprawia, że potrafią dużo i niemal sobie nawzajem nie przeszkadzają. Jak na podwórku – jeden wykop oznaczać może sytuację sam na sam, ale inaczej niż na podwórku – potrafią bardzo wiele. Wygrywają ci, którzy bardziej potrafią okiełznać żywioł. Dzisiaj lepiej zrobił to Gabon.

Po pierwsze, miał lepszego bramkarza. Burkiński Germain Sanou siedzi na co dzień na ławce w IV lidze francuskiej, więc gaboński Didier Ovono, podstawowy bramkarz ekstraklasowego belgijskiego Oostende wygląda przy nim jak Buffon. I tak też było – kilkoma szczęśliwymi interwencjami wybronił Gabonowi mecz. Aubameyang w europejskich warunkach to jeździec bez głowy, w Bundeslidze pewnie w takiej sytuacji jak dziś, nie strzeliłby gola, tylko zanim oddałby strzał, zabraliby mu piłkę obrońcy, ale w afrykańskich warunkach wyglądał całkiem przyzwoicie. Gabon potrafił czekać i kontrować. A że widok wyprowadzających kontrę Gabończyków działał na Burkińczyków jak laska Mojżesza na Morze Czerwone, okazji było sporo.

Druga bramka dla Gabonu, to kwintesencja Pucharu Narodów Afryki. Piękne rozpoczęcie Aubameyanga, genialne dośrodkowanie Bulota, niesamowity wyskok (z miejsca) Evuony i absolutny brak reakcji obrońców. Różnicę pomiędzy europejską a afrykańską piłką było dziś widać gołym okiem. Jakościowo na korzyść Europy, ale jeśli chodzi o frajdę, na korzyść Afryki. Na trzy tygodnie raz na dwa lata, lubię sobie przypomnieć czystą formę futbolu. Chociaż w kolejnych dniach może jej być trochę mniej, bo dziś grała zdecydowanie najsłabsza grupa. W kolejnych dniach PNA może być trochę bardziej europejski. I to dobrze. W PNA wszystko jest dobre, oprócz tego, że zwykle za szybko się kończy.

PS. Zanotowałem sobie nazwisko Bertranda Traore z Burkina Faso. Póki co ma 19 lat i gra w holenderskim Vitesee Arnhem, ale już zgarnęła go Chelsea. Na pierwszy rzut oka, wcale mnie to nie dziwi.

Co mi imponuje w Wiśle Kraków

Czekałem z tą refleksją do końca rundy, myśląc, że ktoś się może wyłamie od reguły, wysypie, czar pryśnie. Minęło już jednak większość podsumowań rundy i poważniejszych wyjątków właściwie nie widzę. W tym roku Wisła Kraków mi zaimponowała. Poczułem, że mamy do czynienia z naprawdę wielkim klubem. Nie w finansach czy na boisku. W świadomości ludzi. Nadal. Mimo wszystkich problemów i słabszych kilku sezonów.

Posłużę się przykładem z żeńskiej siatkówki. Jestem z miasta, które od zawsze dominowało w lidze. BKS Bielsko-Biała zawsze miał być mistrzem. Zawsze taki był cel, zawsze tylko to kogokolwiek zadowalało. Po ewentualnym wicemistrzostwie zwalniało się trenera. Po braku awansu do finału robiło się rewolucję w składzie, wyrzucając całą kadrę. A później znów ogłaszało się walkę o mistrzostwo.

Ale czasy się zmieniły, w lidze siatkarskiej wyrosło kilka innych, bogatszych ośrodków. BKS już nie miał najlepszych siatkarek. Oczekiwania się obniżały. Najpierw medal. Potem półfinał. Rok temu cieszono się z piątego miejsca. W tym roku po serii honorowych porażek słyszałem z ust siatkarek i trenera, że „mimo porażki udowodniły, że są w stanie rywalizować z najlepszymi”. A mnie uszy więdły. Choć klub niewątpliwie jest wielki, bardzo szybko całe środowisko zaakceptowało, że BKS nie jest w stanie wygrywać.

A potem wracałem po weekendach do Krakowa. I widziałem drużynę, która przeżywała analogiczną sytuację co BKS w lidze siatkarskiej. Też największe możliwości kadrowe i finansowe są gdzie indziej. Też ciężko Wiśle rywalizować o mistrzostwo. A jednak krakowianie zdali egzamin. Jako całość. Piłkarze i trener Wisły nie chodzili cali w skowronkach dlatego, że zespół ma niewielką stratę do podium. Kibice nie nosili z tego powodu piłkarzy na rękach. Dziennikarze nie pisali peanów, ale zwracali uwagę, że można było więcej.

Wyszło na to, że Wisła to Wisła. Może mieć nie przez wszystkich szanowanego trenera, dwóch haitańskich Balotellich na skrzydłach, tylko jedenastu porządnych zawodników, wielkie długi, ale i tak każdy będzie grał o mistrzostwo. Wiśle nie wypada się dziko cieszyć z trzeciego-czwartego miejsca. Można się uśmiechnąć, ale z poczuciem niedosytu.

Straciły to Górnik Zabrze czy Ruch Chorzów. Nikt normalny nie wymaga, by w dzisiejszych czasach biły się o mistrzostwo. Jasne, każdy by chciał, ale nikt nie wymaga. Za wiele chudych lat minęło. Sukcesy Wisły są jeszcze tak bardzo świeże, że nie pozwalają się cieszyć z bylejakości.

Każdy oczywiście zadeklaruje, że gra o mistrzostwo i powie, że w nie wierzy. Ja też po każdym zwycięstwie swojej drużyny będę patrzył, ile traci do lidera. Ale w praktyce – jeśli utrzyma się w lidze, będę pijany ze szczęścia. A po wielu rozmowach jestem pewny, że kibic Wisły tak nie ma. On może i wie, że Legia czy Lech mają lepsze drużyny, więcej pieniędzy i bardziej zorganizowane kluby. Ale w głębi duszy i tak szczerze nie tylko wierzy, lecz także liczy na to, że tu się jednym powinie noga, tu drugim i uda się zgarnąć mistrzostwo mimo wszystko.

To imponująca postawa, naprawdę. Wisła Kraków, dzięki tym wszystkim ludziom, którzy nie akceptują zmiany epoki, zyskała u mnie w ostatnich latach dużo szacunku. Słuchając tych wszystkich ludzi zaczynam się łapać na tym, że sam wierzę, że wystarczą zimą trzy-cztery dobre transfery, poskładanie tego jako-tako i wbrew logice Wisła to mistrzostwo zgarnie. Ta niezachwiana pewność siebie jest przekonująca.

Problem stadionowego chuligaństwa nie tkwi w ludziach

To jak rozmowa o Hobbesie i Rousseau. Zło tkwi w ludziach czy w instytucjach. Ja wczoraj uświadomiłem sobie, że stadionowe zło tkwi w zwyczajach i społecznych przekonaniach.

Tych „złych” na meczu Wisły z Ruchem nie było. W czasie derbów zarzucili boisko racami, więc ich trybuna została zamknięta, a nikt, kto na niej siedział, nie mógł wejść na spotkanie z Niebieskimi.

Ci „źli” dali, mimo to, pokaz swojej głupoty. Chociaż to było na swój sposób genialne. Ciekawi mnie, jak wystrzelili race spod Parku Jordana, że te spokojnie wylądowały na murawie. Na ile kontrolowali miejsce lądowania? Czy strzelali na oślep, nie wiedząc czy trafią na boisko, w trenera czy może sektor rodzinny? Nie wiem, ale to ciekawy problem, na który zwrócił uwagę Dominik Szarek na Twitterze:

Bo przecież każdy może sobie spacerować przez park Jordana i odpalić w nim fajerwerki, ale już wrzucić ich na stadion nie może. A kto ma temu zapobiegać? I jak? Zamknąć Błonia? Park Jordana? Kilometr wokół stadionu? A może wtedy wrzucą race na stadion z samolotów? Zastanawiające.

Pomijając jednak specyficzny geniusz, to jeszcze bardziej przeraża głupota tych, którzy idą pod stadion w sobotę wieczorem specjalnie po to, by zakłócić mecz, pokazać, że się nie dadzą i są tacy niezłomni. Jak ci herszci klasowi, którzy wymyślają coś super megaśmiesznego, a inni głupkowato się cieszą i naśladują.

Race sprzątnięto, niezłomni poszli opowiadać swoim kumplom, jaką akcję zrobili, wydawało się, że będzie spokój. Na stadionie zostali ci „dobrzy”, „normalni” kibice, o których zawsze się mówi, że „nie powinni być karani za głupotę grupki niezainteresowanej futbolem”. I co? Rynsztok.

Jeśli akurat nie ma derbów, z młyna wiślackiego pada zwykle stosunkowo niewiele bluzgów. Wczoraj „normalni” kibice kilkakrotnie intonowali „Cracovia K, Cracovia S, Cracovia starą k… jest”, dodając też, że „zawsze nad wami pier… Żydami” (chociaż oni raczej śpiewali z małej litery). Śpiewali też, że „Legia to stara k…” i oczywiście nadawali na Ruch. Na koniec, mimo bardzo dobrego sędziowania Pawła Raczkowskiego, krzyczeli „J…ć sędziego i całą rodzinę jego”.

Niby nic szokującego, słyszymy to zawsze na stadionach, ale raczej nie łączymy tego z normalnymi kibicami, którzy po prostu przychodzą obejrzeć mecz, a z tymi mitycznymi chuliganami. Wczoraj było czuć, że jeśli chodzi o stężenie bluzgów, lepiej jest w meczach z ultrasami niż bez nich.

Byłem tym, muszę przyznać, zaskoczony. I myślę, że ile byśmy zakazów i kar nie dali, rynsztok na naszych stadionach będzie, dopóki nie zmienimy społecznego postrzegania tych obiektów. Dzisiaj piekarnia to jest miejsce, w którym można kupić chleb, na myjni myje się samochód, na stacji benzynowej się tankuje, a na stadionie rzuca k…ami. Przekracza się bramy stadionu i hulaj dusza, piekła nie ma. Można zjechać każdego, każdym określeniem, które ślina na język przyniesie, nawet jeśli na co dzień jest się cnotliwym i poważanym panem z korporacji. Smutne.

Problem, jak się okazało, nie dotyczy tylko kibiców. Gdy sędzia nie uznawał gola dla Wisły, skakał koło mnie jakiś miejscowy dziennikarz, waląc pięścią w pulpit i wołając „Jak ja nienawidzę tych j…ch Hanysów” (choć on to krzyczał z małej litery). Wszyscy czują, że na stadionie mogą więcej niż gdzie indziej. A niby dlaczego?

Chciałem pochwalić kibiców. Nie pozwolili mi

Siedziałem dzisiaj na derbach Krakowa i myślałem, że ten świat jednak nie upada tak nisko. Po meczu na Wiśle sprzed dwóch lat, spodziewałem się wszystkiego najgorszego, na czele z tańcem nad grobami. A tu było jakoś tak… normalnie.

Wzdłuż całych Błoń stała zawsze eskorta smutnych policjantów, z twarzami pozasłanianymi jak u ortodoksyjnych muzułmanów. I pełno wozów, jakie widać z archiwalnych filmów ze stanu wojennego. A tutaj miłe zaskoczenie. Starsze panie, ludzie z dziećmi, psy (w sensie kynologicznym), zrzucający zbędne i niezbędne kilogramy biegacze. Jasne, gdzieś tam w tle hufce jak na polach grunwaldzkich, trochę policji, ale nie więcej niż na normalnym meczu ligowym.

Nikt nie rzucał racami w sektor rodzinny. Nikt nie forsował płotów. Nie śpiewał, że „Żydy, Żydy palą się”. „Człowiek nie rządził w Krakowie”, „Darek nie witał w naszym garnku”. Przesadą byłoby stwierdzić, że mecz toczył się w atmosferze papieskiego pojednania, nie sposób było nie zauważyć „AJ” na sektorze Wisły, ale nawet to było jakoś zamaskowane, tak że można było przypuszczać, że chodzi o „Armani Jeans” czy „Annę Jantar” ;) Bluzgi były standardowe, tradycyjne. Bluzgi są na każdym derbowym meczu świata i nic raczej nie jest w stanie tego zmienić. Gdy Wisła gra z Bogu ducha winnym przykładowym Świtem NDM i słyszę „strzelcie k… gola”, to wydaje mi się to przesadzone. No, ale nie sposób oczekiwać, by nie śpiewali tak o odwiecznym rywalu. I vice versa, takie już prawo natury.

Więc tak siedziałem błogo, delektując się całkiem niezłym meczem, gdy strumień rac poleciał na boisko (w kierunku wiślackiego bramkarza!). Znów ktoś pokazał, że Wisłę ma tak naprawdę w poważaniu, liczy się wrzucenie błyskotki na boisko. Prawie pełny stadion, dobre wyniki, znowu walka o wysokie cele, sprzyjająca pogoda. Wisła miałaby wszelkie szanse, by na następne mecze, jak ten z Ruchem, przyszło te 20 tysięcy widzów. Teraz klub dostanie na pewno gigantyczną karę finansową, a pewnie też zostanie zamknięty cały stadion bądź trybuna. W Warszawie byłoby to pewne, przy wojewodzie małopolskim może się upiecze.

Ale jeśli się upiecze, będzie to skandal.

Normalnie uważałem, że odpowiedzialność zbiorowa w postaci zamykania trybun, to idiotyzm, nawet za odpalenie rac. Ale za wrzucenie ich kilkunastu na boisko, nie powinno być litości. Niech im zamkną stadion, niech to odczuje klubowa kasa, może ktoś z tym zrobi porządek.

Kraków jest na dobrej drodze z barbarzyństwa do cywilizacji. Ale to niestety długa droga.