„Werder wzmocnił skład, a kasa i tak została w budżecie”

294336535_b1954acf83_z

Werder Brema to jeszcze jakiś czas temu był poważny kandydat do czołowych miejsc w Bundeslidze. W ostatnich latach, z powodu problemów finansowych, klub popadł w przeciętność i nierzadko musiał drżeć do samego końca o utrzymanie. W lecie doszło w Bremie do zmiany na stanowisku dyrektora sportowego, co zawsze rodzi nowe nadzieje. Czy Werder w końcu rozpoczął drogę do odbudowy dawnej potęgi? Pytam o to dzisiaj, w dniu inauguracji Bundesligi, w której Bayern Monachium podejmie właśnie bremeńczyków, Mariusza Mońskiego, kibica Werderu, prowadzącego twitterowy, polskojęzyczny profil na temat tego klubu.

monski

Lata minęły od czasów, kiedy Werder Brema ostatni raz liczył się choćby w walce o europejskie puchary. Widzisz chociaż jakieś światełko w tunelu, że bremeńczycy będą powoli wracać do czołówki?

Mariusz MOŃSKI: – Bardziej liczyłem przed meczem w Pucharze Niemiec (Werder odpadł ze Sportfreunde Lotte – przyp. MT). To był dla mnie trochę kubeł zimnej wody przed nowym sezonem. Ale generalnie, Frank Baumann, nowy dyrektor sportowy, zrobił fantastyczną robotę. W jedno okienko zrobił więcej dobrego niż Thomas Eichin przez całą karierę. Mam poczucie, że wzmocnił skład, a kasa i tak została w budżecie. Przyszło bardzo dużo nowych piłkarzy, jest cała nowa obrona. Jest na czym opierać nadzieję.

W poprzednim sezonie posada trenera Viktora Skripnika parę razy wisiała na włosku. Jesteś zadowolony, że jednak z klubu odszedł dyrektor sportowy Eichin, a nie trener?

- Jeżeli mają do niego szczere zaufanie, to jestem zadowolony. A jeżeli mają już kogoś innego nagranego, a tylko czekają na jego wpadkę, to moim zdaniem nie ma to sensu. Jeśli go nie zwolnią po kilku nieudanych meczach, to będzie znaczyło, że jest częścią jakiegoś planu. Ma w końcu pięciu nowych piłkarzy. Nie da się zrobić tak, żeby wszystko grało od razu. Zwłaszcza, że to zmiany w obronie. W ofensywie to można sobie jeszcze pokombinować, ale w defensywie zawodnicy muszą się choć trochę nawzajem znać. Z czasem pewnie defensywa będzie wyglądać lepiej, ale na inaugurację, z Bayernem Monachium, może być łomot…

Zachwycałeś się transferami Baumanna. Dlaczego?

- Odniosłem wrażenie, że wszystkie były przemyślane. Nie kupował ludzi tylko do zapełnienia składu, ale na konkretne pozycje. Kadra jest teraz bardzo liczna. Moim zdaniem zbyt liczna. Jeszcze z dziesięciu piłkarzy trzeba wytransferować lub przynajmniej wypożyczyć. 33 graczy do grania na jednym froncie, to za dużo. Szkoda na to pieniędzy. W ostatnich dniach okienka transferowego trzeba usiąść i zacząć ostre wycinanie. Przy takiej liczebności kadry, zbyt dużo byłoby ludzi niezadowolonych, siedzących wiecznie na trybunach.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „NIE ZABOLAŁA MNIE STRATA LEROYA SANEGO. ZA ROK MÓGŁBY PRZEJŚĆ DO BAYERNU”

Kilku piłkarzy też odeszło. Którego będzie ci brakować najbardziej?

- Na pewno boli strata Jannika Vestergaarda, bo to był prawdziwy lider defensywy. Gdy przychodził, różnie się o nim mówiło, ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Zarówno na nim, jak na Anthonym Ujahu, Werder zarobił kupę pieniędzy. Obaj musieli odejść, bo Bremy nie stać, by odrzucać takie wielomilionowe oferty. Ale z nazwisk wynika, że następcy powinni być dobrze. Kompletnie się nie spodziewałem, że Baumann tak szybko załata te ubytki. I to nie piłkarzami nie wiadomo skąd, tylko konkretnymi, o realnej wartości. Gdy dany zawodnik odchodził, dwa dni później przychodził nowy. Widać, że dyrektor sportowy działał z planem.

Po którym ze wzmocnień obiecujesz sobie najwięcej?

- Będę mało obiektywny – po Florianie Kainzu. Oglądam go już wielu lat w austriackiej lidze. Dla mnie to najlepszy piłkarz austriackiej Bundesligi obok Jonathana Soriana z Salzburga. Kainz musi w Niemczech nabrać trochę masy, bo na razie może mieć syndrom Marcina Kamińskiego w Stuttgarcie. Ma umiejętności, ale twardzi obrońcy z Bundesligi go zniszczą. Podobnie było z Kevinem Kamplem po transferze z Austrii do Niemiec – w Borussii Dortmund przepadł, ale w Bayerze Leverkusen zaczął grać bardzo dobrze. Jeżeli Skripnik chwilę poczeka, da mu czas, to będzie z niego pożytek. Zresztą chyba tak będzie, bo nie ma potrzeby, by od razu go wstawiać, skoro jest chociażby Fin Bartels. Z tym że Kainz to dla mnie piłkarz o klasę lepszy od Bartelsa. Ciekaw jestem też nowych francuskich obrońców. Lamine Sane w Bordeaux podobno był długo liderem obrony, ciepło mówili o nim spece od Ligue 1. Niklas Moisander to były kapitan Ajaksu Amsterdam, co ma swoją wymowę. Swego czasu to był świetny obrońca. Pytanie, jak jest dzisiaj. Umiejętności zostają, ale szybkość może już nie być ta. Szybkim testem będzie mecz Bayernem.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „TO MOŻE BYĆ PRZEŁOMOWY SEZON BAYERU LEVERKUSEN”

Gdzie w tej kadrze widzisz największe braki, które z czasem mogą być problemem Werderu?

- Trudno powiedzieć o brakach, ale moim zdaniem największym błędem Skripnika jest to, że Sambou Yatabare jest ustawiany jako prawy, a nie defensywny pomocnik. W Belgii grał tylko i wyłącznie na środku pomocy. On nie ma technicznych umiejętności, kreatywności i szybkości na skrzydłowego. Jeżeli trener dalej będzie tak robił – a w Pucharze Niemiec tak zrobił – to wyrządzi krzywdę zarówno drużynie, jak i chłopakowi, wystawiając go cały czas na nie jego pozycji. W środku pomocy mógłby sobie świetnie poradzić. Nie znam Roberta Bauera, wziętego z Ingolstadt, ale Santiago Garcia przynajmniej będzie czuł, że ma na prawej obronie jakiegoś zmiennika. Ważne, że na każdej pozycji są po dwaj zawodnicy, nikt – poza Claudiem Pizarrem – nie ma pewnego miejsca w składzie.

Nie boisz się o obsadę bramki?

- Mam nadzieję, że Raphael Wolff szybko spakuje walizki. Doszedł Jaroslav Drobny, który swoim doświadczeniem może bardzo pomóc Feliksowi Wiedwaldowi na treningach. Może nie poprawi jego bramkarskich umiejętności, ale przekaże trochę doświadczenia. Jeśli Wiedwald będzie bronił tak, jak w końcówce poprzedniej rundy, to nie mam się czego obawiać. W dużej mierze to on uratował Werderowi miejsce w Bundeslidze. Trudno, żebym teraz wieszał na niego psy, skoro bronił całkiem niedawno rewelacyjnie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „PISZCZEK OPIERA SIĘ ODMŁODZENIU W BORUSSII, BŁASZCZYKOWSKI MUSIAŁ ODEJSĆ”

Najgłośniejszym nazwiskiem, które trafiło do Werderu, był niewątpliwie Max Kruse. Czego się po nim spodziewasz?

- Wydaje mi się, że wszystko zależy od tego, jak będzie szło drużynie. Jeśli będą punkty i atmosfera, to powinien szybko – po wyleczeniu kontuzji – wpaść w swój rytm. Jeśli zespół będzie przegrywać, od niego będzie się natychmiast wymagało bramek, nie dadzą mu kilku meczów na złapanie formy. Kosztował bardzo duże – jak na Werder – pieniądze. Jeśli początek sezonu będzie jak za Robina Dutta i bremeńczycy będą dostawać od każdego bęcki, będzie problem. Wiadomo, że z Bayernem przegrają, ale później w miarę może się to ułożyć. A wtedy Kruse będzie bardzo silnym punktem zespołu, bo to klasowy piłkarz. Generalnie, w Werderze napastnicy z Bundesligi generalnie nie zawodzą. Ten klub wypromował kilku napastników. Niektórzy w Werderze się sprawdzali, a w innych klubach już nie. Ale nigdy nie było problemu z tym, żeby napastnicy strzelali dla Werderu gole.

Znów wszystko się będzie kręcić wokół nieśmiertelnego Claudia Pizarra?

- Myślę, że nie. Poprzedni sezon miał rewelacyjny, choć zawodnicy w tym wieku, po 60 minutach powinni być zmieniani. A on był za bardzo eksploatowany przez cały sezon. Od niego wymaga się za dużo, dlatego grał prawie bez przerwy. Myślę, że teraz to skutkuje kontuzjami. Jeśli będzie zdrowy, to on nie musi biegać, żeby strzelić gola. Wie, gdzie stać, ma umiejętności. Ale Werder ma teraz taką możliwość rotacji, tylu napastników, że powinien się trochę od Peruwiańczyka uniezależnić. Pytanie, czy Skripnik będzie potrafił z tych napastników korzystać.

PRZECZYTAJ TAKŻE

„Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego”

Mario Goetze, tylko bardziej. Transfer, który wstrząsa Niemcami

selke

Davie Selke (w środku) był centralną postacią juniorskich reprezentacji Niemiec.

Ktoś, kto wypuszcza taką informację, musi nie mieć wyczucia. Bo nawet w każdy inny dzień trudno byłoby w nią uwierzyć. A jednak się zdarzyło i żartem nie było. Davie Selke ma latem zostać zawodnikiem RB Lipsk.

Sam transfer jest ciekawy nie ze względu na piłkarską wartość zawodnika – choć też – ale ze względu na dokonującą się tu i teraz, na naszych oczach, zmianą mapy Niemiec. Od kiedy runął mur berliński, zachodnioniemieckie kluby kupowały ze wschodu wszystkich najlepszych zawodników. Za bezcen. Zachodnie kluby się bogaciły i były coraz lepsze, a wschodnie biedniały i były coraz gorsze. Drugi etap to pojawienie się na wschodnioniemieckiej scenie RB Lipsk, który zaczął od pozostałych, zbiedniałych wschodnich klubów zbierać najzdolniejszych rejonów i przestał ich oddawać na zachód. Pojawienie się trzeciego etapu było nieuchronne, wieszczono je od dawna i właśnie nadeszło.

Oczywiście, Lipsk dokonywał już wcześniej dużych transferów, znanych zawodników, na których pewnie skusiłby się ktoś z zachodu. Ale będę się upierał, że akurat transfer Selkego jest przełomowy. Dotychczas Lipsk skupował najzdolniejszych juniorów, ale takich, których normalni ludzie raczej jeszcze niezbyt dobrze znają. Te nazwiska nie poruszały wyobraźni, nawet jeśli dla klubów było wielkim ciosem tracić swoich najzdolniejszych juniorów na rzecz Red Bulla.

Teraz Werder pozbywa się jednego z najzdolniejszych piłkarzy w całym niemieckim futbolu, na którego chrapkę mieli najwięksi. Selke był objawieniem mistrzostw świata U-19, które Niemcy wygrali, królem strzelców turnieju i bezsprzecznie jedną z z największych nadziei w niemieckim ataku. Ba, mówimy o jednym z najzdolniejszych młodych graczy w Europie. Selke właśnie rozgrywa w Bundeslidze debiutancki sezon. Viktor Skripnik odważnie na niego postawił, a on stworzył znakomity duet z Frankiem Di Santem, który sprawił, że Brema znów może marzyć o pucharach, a kibice Werderu o lepszych czasach. Ich najzdolniejszy wychowanek jesienią przedłużył kontrakt do 2018 roku. Podkreślał, że z Bremy nie chce się ruszać, choć mówiło się o zainteresowaniu nim niemieckich wielkich firm.

Parę dni temu gruchnęło, że Werder na tyle dramatycznie potrzebuje pieniędzy, że potrzebuje się go pozbyć. Już i teraz. Oferował go różnym klubom – m.in. Bayerowi Leverkusen, Borussii Moenchengladbach, Borussii Dortmund i VfL Wolfsburg. Najwięcej, osiem milionów dał, Lipsk. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, jeden z największych talentów europejskiego futbolu będzie w przyszłym sezonie grał w 2. lidze. Z własnego wyboru, bo – jak to ujął Thomas Eichin, dyrektor sportowy Werderu – „Daviego ujęły sportowe perspektywy projektu RB Lipsk”.

W Bremie od tego czasu wrze. Selke na trening musiał przyjść pod obstawą goryli z ochrony. Śmiercią grożono nawet jego fryzjerowi. Najbliższe miesiące, te przed przenosinami do Lipska, będą dla młodego napastnika niezwykle trudne. Można się spodziewać, że nawet kibice jego drużyny będą mu ubliżać. Czyli mamy do czynienia z kolejną odsłoną serialu o Mario Goetzem. Tyle, że tamten przypadek dziwił mniej – Goetze szedł w górę, do wąskiej europejskiej czołówki. Selke idzie do drugiej ligi.

Co najgorsze, nie może nawet powiedzieć, że od dziecka marzył o grze w tym klubie. Choć jest bardzo młody, to i tak 14 lat starszy od swojego nowego klubu.

Północny wzlot?

skripnik

Przez długie miesiące wydawało się, że nie ma takiej siły, która sprawiłaby, że Werder i Hamburg tym razem wywiną się od spadku. Jedynym racjonalnym argumentem za ich pozostaniem w Bundeslidze była ograniczona liczba miejsc spadkowych, a do zdegradowania – oprócz nich – nadawały się przecież Paderborn, Stuttgart, Freiburg, a i bardzo często Dortmund. Tak, gdyby było pięć miejsc spadkowych, nie uniknęłaby północ katastrofy, a że są tylko dwa, psim swędem da się uciec. Hamburg zresztą ma doświadczenie. W zeszłym roku przecież nie spadł, mimo że robił wszystko, by spaść. Nigdy wcześniej 27 punktów w 34 meczach nie starczyło do utrzymania.

W momencie gdy cała północ sięgnęła bruku, władze obu zadłużonych po uszy klubów zareagowały tak samo – dały drużynę kompletnym nowicjuszom. To miało sens. Po pierwsze, z oszczędności. Wiadomo, że trener drużyny rezerw czy młodzieżowej przyjmie kontrakt za samą możliwość pracy w Bundeslidze. I nie będzie specjalnie kwękał, że nie ma transferów i brakuje gwiazd. I wiadomo, że tacy nie mają nic do stracenia, a ktokolwiek już wypracował jakąś renomę mógł sobie w Bremie i Hamburgu w bardzo prosty sposób zszargać nazwisko.

Stajnia Augiasza wydawała się w obu klubach ciężka do ruszenia. Ale przepuszczanie rzeki przez cały bajzel idzie Viktorowi Skripnikowi i Josefowi Zinnbauerowi zaskakująco dobrze. Nigdzie wiosna nie zaczęła się tak dobrze, jak na północy. I nigdzie nie jest to większą niespodzianką.

Werder na razie robi to, co przepowiadano Borussii Dortmund – serią zwycięstw odbija się od dna i goni strefę pucharową. W tym roku w Bundeslidze jest to wyjątkowo łatwe. Jeśli w finale Pucharu Niemiec zagrają dwie drużyny z czołowych sześciu miejsc – a jest to przecież bardzo prawdopodobne, zdarzyło się choćby rok temu – siódme miejsce da awans do pucharów. Różnica między osiemnastym a siódmym miejscem wynosi… osiem punktów. W trzy mecze z pewnego spadkowicza można się zmienić w kandydata do pucharów. I odwrotnie.

Lista zasług Skripnika w Bremie jest tak długa, jak długa była lista grzechów Robina Dutta. Porównanie Werderu Dutta i Werderu Skripnika jeszcze bardziej potęguje wrażenie, że Dutt jest trenerem wybitnie nieutalentowanym. Drużyna, która wtedy wyglądała na pozbawioną jakichkolwiek umiejętności piłkarskich i jakiejkolwiek ambicji, która przyjmowała baty gdziekolwiek jechała lub ktokolwiek do niej przyjeżdżał, teraz nie tylko walczy, ale też gra. Ofensywnie, ciekawie, skutecznie.

Co więcej, Skripnik bardzo odważnie stawia na młodzież, która jest ostatnim, co w Bremie zostało na wysokim poziomie. I tym, co może ten klub postawić na nogi. Davie Selke potwierdza, że jest jednym z najlepszych nastoletnich napastników w Niemczech. Już wzbudza zainteresowanie możniejszych, ale dla dobra Werderu, niemieckiego futbolu i samego siebie, lepiej żeby jeszcze trochę w Bremie pograł i się rozwijał. Janek Sternberg zadomowił się na lewej obronie, pojawiają się kolejni. Aż szkoda, że nie może w tym uczestniczyć nasz Martin Kobylański, zesłany na wypożyczenie do II ligi jeszcze przez Dutta. Rozwijają się jednak nie tylko młodzi. Wyciągnięty z Hoffenheim, niezadowolony ze swojego statusu w tamtej drużynie Jannick Westergaard z miejsca został liderem obrony. Wyśmiewany Franco di Santo wyrósł na jednego z najlepszych snajperów w lidze, a przecież sporo czasu zabrała mu kontuzja. Przegapiłem moment, gdy Argentyńczyk stał się poważnym piłkarzem, ale pamiętam, że jeszcze pół roku temu powołanie go do szerokiej mundialowej kadry zakrawało na kpinę, a dziś byłoby w pełni zrozumiałe.

Co więcej, Skripnik pozbył się tych, którzy mieli duże nazwiska, kosztowali klub sporo, a zawodzili (Elia, Obraniak) bez najmniejszej szkody dla drużyny. I sprawił, że zespół nie jest uzależniony od jednej postaci. Nie grał Fritz? Żaden problem. Wypadał Junuzović, zastępował go ktoś inny. Wypadł wczoraj Di Santo, strzelał Selke. Działa drużyna, a nie pojedyncze nazwiska.

Werder przez długie miesiące kojarzył się z nudnym futbolem, słabą drużyną i beznadzieją. Teraz to powiew świeżości w lidze.

O Hamburgu, choć na papierze drużyna to chyba silniejsza, napisać tego samego się nie da. Zinnbauer nie odmienił drużyny dotknięciem Midasa. Poprawianie HSV idzie bardzo żmudnie. Najpierw starał się, by zespół sam nie strzelał sobie goli, później – gdy już się jako tako udało – długo próbował nauczyć piłkarzy zdobywać bramki. Jesienią HSV zdobyło ich najmniej w lidze. Wiosną dalej daleko od zachwytów. Dalej HSV marnie się ogląda. Ale jednak nie sposób nie zauważyć, że zespół nie jest już bandą zblazowanych ludzi wystawiających na pośmiewisko poważną firmę, ale charakterną, walczącą i biegającą grupą. W sobotnim meczu z Hannoverem 96 przebiegli łącznie 129 kilometrów, więcej niż jakakolwiek drużyna w tym sezonie Bundesligi. Zoltan Stieber przebiegł 13,94 km, najwięcej w historii pomiarów w niemieckim futbolu. Hamburg był piłkarsko słabszy, ale punkty wybiegał. Wygrał dwa razy z rzędu pierwszy raz od czasów króla Ćwieczka.

Dziś Werder jest ósmy, a HSV jedenaste. Widoki dawno nieoglądane. Tymczasem takie VfB, które w kryzysowym momencie teoretycznie zadziałało mądrzej, sięgając po starego lisa Steevensa, nadal nie daje znaków życia, jest ostatnie i nie gra ani o jotę lepiej niż parę tygodni temu. Jeśli czegoś nie da się zrobić, trzeba to zlecić komuś, kto nie wie, że się nie da? Skripnik i Zinnbauer potwierdzają.

Ale w tych wszystkich zachwytach nad północą trzeba pamiętać o jednym: osiem punktów. Osiem punktów między strefą ewentualnie pucharową, a ostatnim miejscem. Rok temu o tej samej porze zachwycaliśmy się Norymbergą Gertjana Verbeeka, która zaczęła rundę zachwycająco, strzelała dużo goli i grała efektownie, jak dzisiaj Werder. A później się zacięła i dziś jest w środku tabeli 2. Bundesligi. Skripnik i Zinnbauer zrobili wiele, ale tak jak możliwy był szybki wzlot, tak możliwy jest szybki upadek.

Viktor Skripnik. Bo gorzej już nie będzie

Jedni porównują go do Thomasa Tuchela. Inni do Thomasa Schaafa. Mnie kojarzy się z Viktorem Onopką:

onopko

Viktor Onopko.

Viktor Skripnik w sobotnim meczu z Mainz zadebiutuje jako trener Werderu Brema.

Kiedy Ukrainiec w 1996 roku przyjeżdżał do Niemiec, pewnie nie spodziewał się, że zostanie w Bremie tak długo. I że będzie nazywany ukraińskim Davidem Beckhamem, skoro wygląda tak:

skripnik

Dość powiedzieć, że Werder to nadal jedyny niemiecki klub, w którym pracował! Przez osiem lat występował jako obrońca bądź defensywny pomocnik od czarnej roboty, któremu brakowało umiejętności, ale nie charakteru, więc był przez kibiców i pracodawców ceniony. Po dublecie w 2004 roku zakończył karierę i zaczął szkolić młodzież. W poniedziałek został następcą Robina Dutta na stanowisku pierwszego trenera. – Każdy żołnierz marzy, by kiedyś być generałem – mówi 45-latek. Pierwszy mecz już wygrał. We wtorek, w Pucharze Niemiec, z III-ligowym Chemnitz. To sukces, bo przecież kończący serię dziewięciu meczów bez wygranej. Ale Dutt nie mierzył się z III-ligowcami, tylko z I-ligowcami. I w tym cały problem.

W niemieckich mediach huczy od porównań do Thomasa Tuchela, ale śmiem twierdzić, że Christianowi Heidelowi można w kwestii doboru trenerów zaufać trochę bardziej niż Thomasowi Eichinowi. Kibice Werderu porównują go do Thomasa Schaafa, bremeńskiej legendy, który też przejął klub w walce o utrzymanie, a później zrobił z niego główną siłę niemieckiego futbolu. Sam Skripnik obrał zresztą taki kurs retoryczny, że przypomina „dawne wartości Werderu, takie jak za Thomasa Schaafa – pasja, ofensywny futbol, kontrola nad meczem”, trochę odcinając się od dziedzictwa Dutta.

Cały problem w tym, że Skripnik przejmuje drużynę po Duttcie, a nie po Schaafie.

Futbol uprawnia oczywiście do myślenia magicznego, ale racjonalnie, porównywanie do Schaafa to jakaś mrzonka i robienie trenerowi krzywdy. Jak już pisałem ostatnio, cała rzeczywistość Werderu Brema jest dziś smutna i szara. Drużyna jest tu chyba najmniejszym problemem.

Po pierwszej, jak grać ofensywnie, posiadając piłkę, kontrolując grę, gdy ma się tak ograniczoną jakościowo kadrę? Nadzieja: Skripnik gdzieś między populistyczne gadki o ofensywnej piłce, wcisnął wypowiedź o tym, że teraz najbardziej trzeba pracować nad obroną. To brzmi logiczniej.

Po drugie, to, że nie ma Dutta jest oczywiście dobrą wiadomością dla fanów Werderu. Ale pozostaje fajtłapowaty dyrektor sportowy Eichin (dobrze, że nie będzie już siedział na ławce, może będzie miał trochę mniejszy wpływ), walki o władze i długi. Jeden Skripnik, choćby nie wiem jak rewelacyjny był, obrazu całego klubu nie odmieni. Chyba że to Jezus lub Midas, ale tacy się raczej nie zdarzają.

Po trzecie, powiedzmy sobie jasno, choćby nie wiem jak ludzie z Werderu zaprzeczali: Skripnika wzięto nie dlatego, że taki fajny, tylko dlatego, że taki tani. Duttowi trzeba płacić za rozwiązanie kontraktu. Trenerowi z nazwiskiem, trzeba by płacić nie mało, zwłaszcza, że trzeba by go było jakoś zachęcić do wdepnięcia w takie dziadostwo. Werderu na to nie stać. Lepiej wziąć faceta z własnych szeregów, taniego, który nie będzie podskakiwał i liczyć na szczęście.

Po czwarte, gdyby Skripnik miał jednak być tym Midasem czy Jezusem, to czy z objawieniem czekałby do 45. roku życia? Skoro wcześniej nie dostał szansy, to chyba ktoś wtedy uznał, że na nią nie zasługuje. Tym się różni od sytuacji z Tuchelem w Mainz. Tam Heidel nie miał powodów, by wyrzucać ówczesnego trenera, który przecież wywalczył awans do Bundesligi. Jedyny powód, jaki miał, to fakt, że wiedział, iż ma u siebie potencjalnie świetnego trenera, któremu trzeba dać szansę, zanim zrobi to kto inny. W Werderze Skripnik okazał się fantastyczny dopiero wtedy, gdy Dutt okazał się beznadziejny. Jest różnica.

Pod pewnymi względami zatrudnienie Skripnika się jednak broni. Skoro Werder nie ma dziś nic, oprócz młodzieży, to może warto postawić na faceta, który pracował w klubie przez 10 lat z różnymi kategoriami wiekowymi i doskonale orientuje się, któremu warto dać szansę i którego gdzie ustawić. Zatrudnienie starego lisa typu Huub Steevens, dawałoby większe nadzieję na kilkumiesięczną przyszłość, ale Skripnik, jeśli okaże się dobry, może zrobić coś w dłuższej perspektywie. To ważne.

W ostatnich latach kilka niemieckich klubów postawiło na trenerów z własnych drużyn młodzieżowych czy rezerw. Oczywiście na fali sukcesu Tuchela w Moguncji. Markus Gisdol w Hoffenheim się udał.  Tak jak Sascha Lewandowski w Leverkusen i ewentualnie Jens Keller w Schalke. Z drugiej strony Thomas Schneider się Stuttgartowi raczej nie udał. Tak jak i Michael Wiesinger Norymberdze. Joe Zinnbauer z HSV jeszcze jest niezweryfikowany. O tym jednak, jak bardzo nie ma reguły, najlepiej świadczy przykład Freiburga. Tam, po odejściu – a jakże! – Robina Dutta, zatrudnili trenera rezerw Marcusa Sorga i o mało nie doszło do katastrofy. Zastąpiono go innym szkoleniowcem ze środka klubu – Christianem Streichem i trafiono w dziesiątkę. Nie sztuka wziąć trenera młodzieży. Sztuka wiedzieć, którego wziąć.

Wątpię czy akurat Thomas Eichin to wie.

Ile można zepsuć w dekadę

Dziesięć lat temu Werder Brema bił Bayern Monachium na wszystkich frontach. Był mistrzem, był zdobywcą Pucharu Niemiec, miał – grubego, bo grubego – ale króla strzelców. Trochę później nie awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów tylko dlatego, że Tim Wiese akurat w ostatniej minucie meczu z Juventusem irracjonalnie wypuścił piłkę z rąk, dając jedną z pierwszych zapowiedzi tego, co miał wyczyniać w Hoffenheim. Dekadę później nikogo nie dziwi sześć bramek straconych w Monachium i brak choćby jednego strzału na bramkę. Norma, logiczna konsekwencja. Przyzwyczailiśmy się już chyba wszyscy, że Brema, nie tak dawno wzór dla większości Bundesligi, to dziś symbol nieudacznictwa niemal tak wielki i rozpoznawalny jak nieodległy Hamburg.

- Naszym największym błędem było, że myśleliśmy, że zawsze będzie tak szło – mówi Klaus-Dieter Fischer, bremeńska opoka, prezydent, który niedawno ogłosił rezygnację. Werder mógł sobie pozwolić na łamanie zasady „pieniądz nie śmierdzi”. Krytykował kluby, które żebrały o pieniądze u zewnętrznych inwestorów, a potem stawały się marionetkami w ich rękach – jak dziś HSV u Kuehnego. Dziś dyrektor sportowy Thomas Eichin mówi, że „każdy, kto chce zainwestować, jest mile widziany”. Bremeńska droga dobiegła końca.

Dziś każdy klub z ambicjami – na czele z Werderem – mówi, że chce być jak Dortmund. 10 lat temu Dortmund był tym złym, a każdy klub z ambicjami chciał być jak Werder. Nie każdy może być wszechpotężnym Bayernem, ale kto mądrze zarządza pieniędzmi i drużyną, może ten Bayern pobić na wszystkich frontach, jak Werder w 2004 roku.

Jakkolwiek drużyna jest odbiciem całego klubu, tak trzeba zaznaczyć, że mając dobry duet zarządzający drużyną, można poprawić obraz całego klubu. Tak było w Bremie przez lata. Dyrektor sportowy Klaus Allofs potrafił tanio kupić perełkę. Trener Thomas Schaaf wprowadzić ją do drużyny i oszlifować. Allofs drogo ją sprzedać, a zarządcy klubu głupio tej kasy nie wydać. Na Diego Werder zarobił 18,5 miliona euro. Na Özilu 12,7. Na Fringsie 8,4. Ismaelu 8. Klosem 7.  Pizarro 6,25. Mertesackerze 5,5. Sokratisie 4.5. Każdy z nich przychodził za grosze i odchodził za duże pieniądze. A na jego miejsce czekał już kolejny kupiony za grosze.

Kiedy się to wszystko zepsuło? Trzeba uważać, by nie pomylić skutku z przyczyną. Allofs i Schaaf odeszli, bo się zepsuło, a nie zepsuło się, dlatego, że odeszli Allofs i Schaaf. Wielu uważa, że przyczyną jest stadion. Akurat w czasach, gdy Werder regularnie grał w Lidze Mistrzów i miał z tego tytułu 30 milionów euro za sezon, w klubie wzięli się za remont stadionu. Liczba lóż biznesowych na Weserstadionie wzrosła o ponad 100 procent. W dachu zamontowano baterie słoneczne. Zbudowano niezbędną infrastrukturę. Pojemność miała się zwiększyć do 50 tysięcy, bo takie było wówczas zapotrzebowanie. Nie mogli w Werderze wiedzieć, że akurat w tym czasie miał wybuchnąć globalny kryzys finansowy, który wywindował cenę materiałów budowlanych. Z rozbudowy zrezygnowano, ale koszty i tak wzrosły o 25 procent. Modernizacja kosztowała łącznie około 80 milionów euro. Werder zabrał się za to sam. Bez pieniędzy z miasta, bez inwestorów z zewnątrz. Wszystko własnymi siłami.

Werder się wykrwawił. Do dziś płaci za to 6 do 8 milionów rocznie. Bez wsparcia nie najbogatszego miasta Bremy, które zresztą ostatnio sprzeciwiało się pokrywaniu kosztów obecności policji na meczach i w okolicy stadionu. Werder miałby przyjąć jeszcze jeden ciężar? Byłoby łatwiej, gdyby – tak jak w momencie rozpoczęcia modernizacji – na stadionie odbywało się dużo i to atrakcyjnych meczów. Liga Mistrzów, dalsze fazy Pucharu Niemiec. Tyle, że zaciskanie pasa poszło za daleko.

W pewnym momencie w Werderze zaczęto sprzedawać nie jak wcześniej – najlepszych – ale wszystkich, których się sprzedać dało. Cała Europa wiedziała, że klub jest na musiku, więc ceny znacząco spadły. Jakość drużyny też. W 2011 roku po raz pierwszy od siedmiu lat klub nie awansował do europejskich pucharów. W 2012 zwinął się dyrektor Allofs, czując, że w Bremie może sobie tylko zszargać nazwisko. Poszedł do mniejszego, ale bogatszego Wolfsburga. Rok później, po 14 latach, odszedł trener Schaaf.

Następcy? Wątpliwej jakości. Dyrektor sportowy Thomas Eichin wytrzaśnięty z hokeja. Jego opowieści o tym, że hokej na lodzie i futbol to podobne dyscypliny brzmiały cokolwiek nieprzekonująco. Podobnie jak zatrudnienie jako trenera Robina Dutta, którego talenty trenerskie nie zostały póki co zdiagnozowane, choć w Bundeslidze prowadził już Freiburg i Leverkusen. Z takim duetem u sterów, trudno się dziwić, że transfery były notorycznie nietrafione. Wiele mówi przykład dobrze nam znanego Obraniaka, na którego klub oglądający każdą centówkę wydał ponad milion euro i widział w nim szybkiego skrzydłowego, zanim się zorientował, że to wolny ofensywny pomocnik, który w dodatku porozumiewa się tylko w jednym języku. To tylko przykład pokazujący, gdzie zszedł Werder – pieniądze wydaje rzadko, ale jak już to robi, robi to źle.

Już w dwóch ostatnich sezonach Werder walczył o utrzymanie. Rok temu był najbardziej bezbarwną drużyną ligi. Nawet nie tak stare dzieci pamiętają wygrane z Bayernem, ale ostatnie cztery mecze z Bawarczykami to 24 stracone gole! Wczorajsze 0:6 nikogo nie dziwi, tak jak brak zwycięstwa w żadnym z ośmiu meczów i ostatnie miejsce.

Kluczowe pytanie – jakie argumenty za pozostaniem w lidze daje klub, który jakości nie ma na boisku, na ławce trenerskiej, na stołku dyrektora? Który trawią kłótnie o władze? Wreszcie, którego sytuacja finansowa jest dramatyczna? W cztery lata obroty Werderu spadły o 50 milionów euro. Klub przestał przynosić zyski, ale kolejny rok z rzędu przyniesie coraz większą stratę. Dwa sezony temu było to -7,9 miliona euro, teraz już 9 milionów. Kapitał własny w trzy lata spadł o 20 milionów. Werder potrzebuje zbawiciela z zewnątrz, ale zbawiciele z zewnątrz pukali do klubu, gdy był na szczycie. Tyle że wtedy ich nie wpuszczano, a dziś już nie pukają. Werder potrzebuje wyniku. Cztery sezony z rzędu nie ma go w europejskich pucharach, co nie zdarzyło się od początku lat 80.

Prawdziwa – choć bardzo realna katastrofa – to byłby jednak drugi spadek w historii. Jedyny sezon w 2. Bundeslidze Werder spędził w latach 1980/81. Wrócił od razu i jako beniaminek wszedł do Pucharu UEFA. Przy obecnym krajobrazie, spadek mógłby oznaczać upadek, jakiego nikt sobie nie wyobrażał. Tyle można zepsuć w dekadę.

Obraniak będzie gwiazdą Werderu

Widziałem dziś na żywo Werder Brema w Augsburgu i utwierdziłem się w przekonaniu, że to najbardziej mdła, nijaka, bezjajeczna i nieciekawa drużyna Bundesligi. Od patrzenia na jej grę bolą zęby. W ogóle, słowa drużyna używam tylko z przyzwyczajenia, bo ten zespół w niczym nie przypomina drużyny w rozumieniu grupy ludzi, których coś łączy i mają jakiś wspólny cel.

Werder niby postraszył rewelację ligi, bo przecież od początku prowadził, ale tak można by powiedzieć tylko jeśli się nie widziało meczu. Bo w praktyce Augsburg w 3. minucie sam „dla utrudnienia dodał jodyny”, strzelając sobie samobója bez żadnej pomocy Werderu, a później bez oporu Werderu wbił trzy gole już do właściwej bramki. Jasne, nie było Aarona Hunta, który generalnie jest zawodnikiem, na którym ewentualnie można zawiesić oko. Jasne, przez 45 minut Brema grała w dziesiątkę. Ale w jedenastkę nie wyglądała lepiej.

Obraniak będzie gwiazdą tej drużyny.

Oczywiście, nie wiadomo jak się zaaklimatyzuje, nie wiadomo jak sobie poradzi nie znając języka, oczywiście każdy transfer, zwłaszcza zagraniczny jest obarczony pewnym ryzykiem. Ale jeśli będzie grał tak, jak potrafi najlepiej, to piłkarsko będzie liderem Werderu. Zresztą jedynym argumentem, który z perspektywy Obraniaka mógł przemawiać za transferem, jest liga. Bo na pewno nie klasa drużyny i także nie pieniądze.

W Augsburgu Obraniak mógłby sobie natomiast nie poradzić. To znakomita, fascynująca drużyna. Zorganizowana, ale przy tym mająca w sobie jakąś pierwotną radość z gry w piłkę. Tych ludzi, na czele z dyrektorem Stefanem Reuterem i trenerem Markusem Weinzierlem, zwyczajnie cieszy ta fascynująca przygoda. Po siedmiu meczach bez porażki, po wskoczeniu do górnej części tabeli, wszyscy tu mają wypisane na twarzach: „Ale jaja, nie?”.

Nie mam wątpliwości, że bogatsi latem rozgrabią Augsburg. Pierwszy w kolejności do wzięcia jest Andre Hahn, który wyrósł na gwiazdę. Szybki, przebojowy, grający do końca. Na pewno jedno z objawień sezonu. Drugi w kolejności Kevin Vogt, 22-letni środkowy pomocnik nowego typu – który łączy w sobie zalety dawnych defensywnego i ofensywnego pomocnika. Dalej Matthias Ostrzolek. Ten, którego przymierza się do reprezentacji Polski. Nie wiem, jak inne względy, ale piłkarsko – nie mam wątpliwości – byłby wzmocnieniem. Jest lepszy od każdego lewego obrońcy, jakiego mamy. Bo i broni i świetnie atakuje. Jeden z ciekawszych młodych graczy na tej pozycji w Bundeslidze. O Daniela Baiera pewnie nikt się zabijać nie będzie, bo on ma już 30 lat. Ale to najlepszy i najważniejszy gracz Augsburga. Łączy obronę i atak w formacji 4-1-4-1, schodzi głęboko, by rozgrywać, podaje piłki na nos.

Dziś przyuważyłem ciekawą scenkę z jego udziałem. Ustawił sobie piłkę do rzutu wolnego. Widać, że będzie krótko podawał do szykującego się obok do strzału Wernera. Cała linia obrony Werderu szykuje się, by wyskoczyć do blokowania uderzenia. Baier markuje zagranie nogą – obrońcy wyskakują, on nie dotknął piłki. Sędzia ustawia obrońców jeszcze raz. I tak cztery – pięć razy. Za szóstym masz już wrażenie, że nigdy nie kopnie tej piłki. I wtedy kopie. Obrońcy wyskakują spóźnieni, nie blokują strzału. Za pierwszym razem skończyło się to słupkiem. Za drugim golem na 1-1.

W tym towarzystwie nie wybija się niestety ten jeden, na którym nam zależy. Fajnie, że gra, ale mijają miesiące, a wcale nie mam wrażenia, że Arkadiusz Milik bardziej pasuje do Augsburga niż w pierwszym meczu. Gra, walczy, stara się strzelać, ale często mam wrażenie, że nie za dobrze się ustawia, przez co do dużej ilości piłek dobiega spóźniony. Wygląda jak ciało obce w tym mechanizmie. Weinzierl cały czas daje mu szanse, ale obawiam się, że to już nie potrwa długo. Bobadilla czy Dong dają mocniejsze powody, by na nich stawiać. Altintop może i gra gorzej, ale gdy przychodzi co do czego, to strzela on, a nie Milik. Moelders rozczarowuje, lecz przynajmniej wiadomo, że potrafi walnąć 10 bramek w sezonie w Bundeslidze. O Miliku nikt tego nie wie.

Polak nie może narzekać, że trafił na wypożyczenie w złe miejsce do rozwoju. Trafił w znakomite i dostał w nim szansę. Czy ją wykorzystał…?

Kryzys północy Niemiec

Pięć lat temu Werder Brema grał w finale ówczesnego Pucharu UEFA. Drużyna z północy Niemiec, której wyniki sportowe za stosunkowo niewielkie pieniądze przez lata gwarantował duet trener Thomas Schaaf – dyrektor sportowy Klaus Allofs, regularnie grała wówczas w Lidze Mistrzów. Potrafiła też pokonać Bayern w walce o mistrzostwo Niemiec. W pierwszej dekadzie XXI wieku Werder był jednym z najmocniejszych niemieckich zespołów, a w jego składzie grali – nie w tym samym momencie – tacy zawodnicy jak Miroslav Klose, Johan Micoud, Ailton, Diego czy Mesut Özil. Eintracht Brunszwik walczył wtedy o utrzymanie w III lidze. W niedzielę obie drużyny spotkały się w Bremie i Werder szczęśliwie uniknął porażki z najgorszą drużyną ligi.

 Hamburger SV – przy wsparciu linii lotniczych z Emiratów Arabskich – też próbował wznosić potęgę. HSV w XXI wieku nie miało tak spektakularnych sukcesów jak sąsiedzi z Bremy, niemniej i ono grało w Lidze Mistrzów, a także dwukrotnie dochodziło do półfinału Pucharu UEFA. Jak umiejętnie wydawać miliony miał hamburczykom wskazać Frank Arnesen, który miał bardzo szczęśliwą rękę do transferów w początkach ery Romana Abramowicza w Chelsea Londyn. Dziś HSV znajduje się w kryzysie organizacyjnym, finansowym, a przede wszystkim sportowym. Niedzielna klęska 0-3 przeciwko Schalke 04 Gelsenkirchen bardzo wyraźnie to uświadomiła.

 Wspomniany Brunszwik od początku sezonu – zgodnie z przewidywaniami – usadowił się na dnie tabeli. Choć drużyna Torstena Lieberknechta robi z tygodnia na tydzień wyraźne postępy, ewentualne utrzymanie nadal należałoby traktować w kategoriach cudu. Także Hannover 96, który akurat w ten weekend przekonująco wygrał, nadal musi oglądać się za siebie. A przecież jeszcze niedawno jak równy z równym walczył z Bayernem Monachium o miejsce w Lidze Mistrzów.

 Północ Niemiec jest w odwrocie. Tylko VfL Wolfsburg znajduje się w górnej połówce tabeli i nie musi drżeć przed spadkiem. Pierwsza wiosenna kolejka jeszcze uwydatniła dającą się zaobserwować już od dawna piłkarską zapaść tej części Niemiec.

 Najbardziej nerwowo jest w Hamburgu. HSV jest jedyną drużyną, która grała w Bundeslidze przez wszystkie 51 sezonów jej istnienia. To jednak nie daje gwarancji pozostania w lidze na 52. sezon. Nie tak dawno z ligi argentyńskiej spadło River Plate Buenos Aires i na północy nie na żarty obawiają się, że to samo stanie się z HSV. Zespół już w czasie letniego obozu trawiły konflikty, więc słabe wyniki na początku sezonu nikogo nie zdziwiły. Zapłacił za nie głową trener Torsten Fink. Wydawało się, że pożar udało się ugasić Bertowi van Marwijkowi. Aktualny wciąż wicemistrz świata z reprezentacją Holandii, w debiucie ograł na wyjeździe Norymbergę aż 5-0. Problemem jego drużyny jest jednak koszmarna gra na własnym stadionie. Obrońcy Marcelowi Janssenowi wyrwało się niedawno w chwili szczerości, że gdy drużyna wyjeżdża poza Hamburg, odczuwa jakby z ich pleców spadał jakiś wielki ciężar. Ten ciężar doskonale było widać we wczorajszym meczu przeciwko Schalke. HSV grało koszmarnie w defensywie i źle w ofensywie, a na dodatek straciło kolejnych zawodników z i tak już za wąskiej kadry. Pierre-Michel Lasogga wypada z gry tylko na dwa tygodnie, lecz klub i tak nie ma jego następcy, po tym jak Artjoms Rudnevs odszedł na wypożyczenie do Hannoveru. Zhi Gin Lam będzie pauzował około dwóch miesięcy. Dodatkowo, więzadła krzyżowe zerwał Maximilian Beister, a wciąż nie może grać reprezentacyjny bramkarz Rene Adler.

 Werder ma sytuację w tabeli lepszą, ale tylko odrobinę. Zespół Robina Dutta wydaje się mdły, nudny. Hamburg, gdy swój dzień mieli Hakan Calhanoglu, Rafael van der Vaart i wspomniani Beister oraz Lasogga, potrafił zagrać bardzo spektakularnie. Tak było w meczach z Norymbergą czy Hoffenheim. Werder w tym sezonie spektakularne ma tylko klęski, jak ta z Bayernem 0-7. Klaus Allofs – w najlepszych dla Werderu czasach – potrafił za małe pieniądze ściągnąć do klubu świetnych zawodników. Thomasowi Eichinowi to póki co nie wychodzi. Drużynie wydaje się brakować jakości w każdej – począwszy od bramki – formacji.

 Cztery kluby z północy czeka najcięższa wiosna od dawna. Spadek HSV i Werderu? Jeszcze pięć lat temu brzmiałoby to jak niedorzeczność. Dziś takiej opcji nie sposób nie rozpatrywać.