Ciągła wymiana elit. Kariera trenerska krótsza niż piłkarska

elity

Jacques Bertaux – Prise du palais des Tuileries – Wikimedia Commons

Regularnie, przy kolejnych zmianach trenerskich, gdy w mediach pojawiają się nazwiska kandydatów przymierzanych do danego klubu, słychać wszechobecne stękania: „znów ci sami”, „cały czas te same nazwiska”, „dlaczego nikt nie daje szansy młodym/nowym/świeżym/nieuwikłanym w układy?”. W tym tonie często wypowiadają się też prezesi, którzy, zatrudniając kogoś nieznanego, tłumaczą, że chcieli wyjść poza „zamknięty krąg” czy sięgnąć po kogoś „spoza karuzeli”. Przekonanie o istnieniu tej właśnie karuzeli, z której, gdy się już na nią wsiądzie, ciężko wypaść, bo ona cały czas się kręci i wyrzuca następnych trenerów w kolejnych klubach, jest bardzo silnie zakorzenione w umyśle polskiego kibica.

Dekada – inna epoka

Ale to mit. Nie ma czegoś takiego jak karuzela trenerska, a przynajmniej nie na tak długą metę, jak niektórzy chcieliby to widzieć. I wypaść z niej niezwykle łatwo. By to udowodnić, sięgnąłem do ligi sprzed dziesięciu lat. Uznałem, że to dobry okres, by zauważyć odpowiednie tendencje. Jeśli ktoś utrzymuje się w lidze przez dziesięć lat, to znaczy, że wyrobił sobie renomę niezależną od pojedynczych niepowodzeń czy zmian trendów. Samemu trudno było mi uwierzyć, że zaledwie przed dziesięcioma laty pracowali w polskiej lidze Bogusław Baniak, Czesław Jakołcewicz, Przemysław Cecherz, Marek Piotrowicz czy Zdzisław Podedworny. Wymienianie tych nazwisk brzmi, jak podawanie składu z meczu Polska – Brazylia na mundialu w 1938 roku. Prehistoria.

Pięć lat – inna epoka

Spośród trzydziestu trzech trenerów (!), którzy w sezonie 2006/2007 pracowali w ekstraklasie, tylko pięciu prowadzi kluby z naszej najwyższej ligi także obecnie. To Czesław Michniewicz, Waldemar Fornalik, Jacek Zieliński, Michał Probierz i Kazimierz Moskal. Na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dziesięć lat to jednak zbyt długi okres i w ciągu pięciu lat to już na pewno niewiele się zmieniło – też będzie w błędzie. Z ekstraklasy sprzed Euro 2012 (przecież to było wczoraj!) wytrwało do dziś tylko sześciu szkoleniowców – oprócz pięciu wymienionych wcześniej także Mariusz Rumak. W ciągu pięciu lat, tylko 22% trenerów pracuje w elicie dalej. Blisko 80% z niej wypada. To było ledwie pięć lat temu, a w lidze pracowały tak dziś oddalone od niej nazwiska jak Andrzej Pyrdoł, Robert Kasperczyk, Tomasz Wieszczycki czy Rafał Ulatowski. Nie wspominając, o Tomaszu Hajcie. W porównaniu do najlepszych lig europejskich, Polska zalicza się do tych krajów, w których zmian następuje najwięcej. Przegrywa pod tym względem tylko z Bundesligą, która jest absolutnym ewenementem. W lidze niemieckiej nie pracuje obecnie żaden trener, który byłby w niej przed dziesięcioma laty – najwięcej meczów ma na koncie 43-letni Thomas Tuchel. W pozostałych przypadkach różnice są kosmetyczne. Zwraca uwagę ogólna tendencja: na najstabilniejszym rynku francuskim i tak 80% trenerów sprzed dziesięciu lat zniknęło z ligi.

 

Pozycja

Liga Odsetek trenerów sprzed dziesięciu lat, którzy aktualnie pracują w lidze
1 Ligue 1 21,00%
2 Premier League 20,00%
3 La Liga 16,00%
4 Ekstraklasa 15,00%
Serie A 15%
6 Bundesliga 0,00%

Polski przypadek pokazuje, że ekstraklasowych trenerów możemy podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią szkoleniowcy nietykalni. Mogą być zwalniani, mogą podpadać prezesom, ale na rynku bronią się od dekady. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jest ich tylko czterech. To Probierz, Michniewicz, Zieliński i Fornalik. Probierz i Zieliński pracowali w lidze w każdym z ostatnich dziesięciu sezonów, Michniewicz w dziewięciu, Fornalik w siedmiu, ale gdyby nie był przez dwa lata selekcjonerem, wynik byłby podobny. Od dziesięciu lat, najdłuższy okres bezrobocia Probierza wynosił pół roku. Cokolwiek się o nim myśli, to imponujący, zasługujący na szacunek, wynik.

Pracują na renomę

Druga grupa to trenerzy o uznanej pozycji na polskim rynku, ale jeszcze za wcześnie, by z całkowitą pewnością stwierdzić, że żaden wiatr ich nie ruszy. Takich szkoleniowców też jest tylko czterech. To Mariusz Rumak, Piotr Stokowiec, Kazimierz Moskal i Radoslav Latal. Wszyscy pracują trzeci sezon lub dłużej. Mylący może być jedynie przypadek Moskala, który teoretycznie pracuje w lidze już w piątych rozgrywkach, ale w praktyce poprowadził jedynie 59 meczów (o jeden więcej od Latala). Wynika to z faktu, że przez lata bywał w Wiśle Kraków trenerem tymczasowym, co sprawiło, że liczba sezonów, w których pracował, wygląda imponująco, ale długo nie przekładało się to na prawdziwą szansę. Zwraca uwagę, że spośród aktualnie pracujących trenerów, tylko sześciu ma na koncie ponad sto meczów w ekstraklasie.

Połowa ligi nowa

Trzecią grupę tworzą absolutni nowicjusze, nie mający na koncie jeszcze ani jednego przepracowanego sezonu. Co pewnie dla wielu zaskakujące, to połowa ligi! Aż ośmiu obecnych trenerów, pojawiło się w ekstraklasie ledwie w zeszłym sezonie. Rok temu o tej porze nie było w ekstraklasie: Jacka Magiery, Piotra Nowaka, Macieja Bartoszka, Andrzeja Rybarskiego, Nenada Bjelicy, Grzegorza Nicińskiego, Radosława Sobolewskiego i Marcina Kaczmarka. Jak się okazuje, to także tendencja ogólnoeuropejska. Ligę angielską kojarzymy zwykle z długodystansowcami jak Arsene Wenger czy kiedyś Alex Ferguson, ale w rzeczywistości rotacja na ławkach jest tam najwyższa (nie mylić z częstymi zmianami trenerów w konkretnych klubach; chodzi raczej o zatrudnianie ludzi spoza danej ligi).

 

Pozycja

Liga Odsetek aktualnych trenerów, którzy w ostatnich dziesięciu latach pracowali w danej lidze tylko w jednym sezonie lub krócej
1 Premier League 60,00%
2 Bundesliga 56,00%
3 Ekstraklasa 50,00%
4 La Liga 45,00%
5 Ligue 1 40,00%
6 Serie A 35,00%

Sporą płynność wśród ekstraklasowych trenerów na tle lig europejskich widać także w statystyce średnio przepracowanych sezonów. Polski szkoleniowiec pracuje w naszej lidze przeciętnie ledwie przez 2,5 sezonu. We Francji jest to trochę ponad cztery lata. To nadal bardzo mało. Tyle zwykle trwa pobyt trenera na topie i to w najbardziej optymistycznym wariancie. Nielicznym udaje się wytrwać na szczycie dłużej. W pięciu najlepszych ligach europejskich jest tylko dwóch trenerów, którzy pracowali w ostatnich dziesięciu latach w każdym sezonie: Arsene Wenger i Mark Hughes (Stoke City). Pozostali wiedzą, co to długie oczekiwanie na pracę zgodną z oczekiwaniami. Polskie przypadki Probierza i Zielińskiego są na tle europejskim wielką rzadkością.

Pozycja Liga Liczba sezonów przepracowanych średnio przez trenera w danej lidze
1 Ligue 1 4,13
2 Premier League 4,07
3 Serie A 4
4 La Liga 3,4
5 Ekstraklasa 2,6
6 Bundesliga 1,7

Przyznając sześć punktów za dorobek świadczący o największej wymianie na ławkach i jeden za najmniejszą rotację, w każdej z tych trzech kategorii, można uzyskać zbiorczy obraz tego, w której lidze najszybciej następuje wymiana trenerskich elit. W tym umownym zestawieniu, ekstraklasa jest druga, jedynie za Bundesligą. Co jednak chyba najbardziej zadziwia – nawet w przypadku Francji nie można powiedzieć o istnieniu jakiejś trenerskiej elity, która tylko wymienia się stołkami. Nawet tam, cykl pracy topowego trenera jest stosunkowo krótki. Mówi się, że kariera trenera jest długa. Zwykle w ligach pracują szkoleniowcy w wieku pomiędzy 40 a 70 lat. Błędne byłoby jednak stwierdzenie, że kariera trenera trwa około trzydziestu lat. To dotyczy nielicznych, wybitnych jednostek, utrzymujących się w każdej lidze na powierzchni przez różne epoki. W zdecydowanej większości, trenerzy kształcą się, zbierają doświadczenia, wydają pieniądze, nie śpią po nocach po to, by przez maksymalnie cztery lata zbierać tego owoce, a przez pozostałe 26 tułać się po niższych ligach, chwytać posad asystentów, dyrektorów sportowych, komentatorów telewizyjnych albo w ogóle pracować poza piłką (vide Bartoszek zarządzający niegdyś wysypiskiem śmieci). Nie ma karuzeli trenerskiej, ani w Polsce, ani za granicą. Dla większości jest tylko pięć minut chwały. Ekstraklasowa kariera szkoleniowa jest krótsza niż piłkarska. Kolejny dowód na to, że zawód trenera piłkarskiego jest jednym z najtrudniejszych na świecie.

Pozycja Liga Liczba punktów (im wyższa, tym bardziej „przewiewny” światek trenerski)
1 Bundesliga 17
2 Ekstraklasa 13
3 Premier League i La Liga po 10
5 Serie A 8
6 Ligue 1 4

Obliczenia własne. Dane ze stron 90minut.pl, transfermarkt.de, sklady.hostmix.pl

W czym Nawałka jest lepszy od Fornalika

Jak większość, przeglądam łapczywie wszystkie kandydatury na selekcjonera, jakie przewijają się w mediach. Większość wygląda niepoważnie, bo jak można inaczej traktować – przepraszam za wyrażenie – Dicka Advocaata czy Avrama Granta? Z polskich kandydatów, wymienianie Skorży traktuję jako żart, a Wdowczyka jako czarny humor.

Wygląda na to, że najpoważniej wygląda sprawa z Nawałką. Z wymienianych, to w ogóle chyba najpoważniejsza kandydatura.

Wiem, że większości z was ciężko będzie teraz spojrzeć na fakty, bo Fornalik już – do czasu, kiedy jak Smuda zacznie osiągać dobre wyniki w ekstraklasie – został zaszufladkowany jako człowiek, który nie zna się na niczym. Mimo to, spróbujcie. Twarde fakty.

Kariera piłkarska

Obrońca Fornalik rozegrał od Nawałki pomocnika więcej meczów w ekstraklasie (233 do 190). Obaj zdobyli po jednym mistrzostwie Polski, ale Fornalik nigdy nie zagrał w reprezentacji Polski, a Nawałka uzbierał 34 mecze. Był nawet na mundialu w 1978 roku i generalnie nie ulega wątpliwości, że piłkarzem był od wciąż obecnego selekcjonera lepszym. Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale czasem się taki argument podnosi. Jeden był solidnym ligowcem, drugi więcej niż solidnym.

Trenerskie początki

Przechodzimy do najważniejszych porównań.

Nawałka na początek kariery zdobył mistrzostwo i wicemistrzostwo z Wisłą Kraków, ale to wygląda znakomicie tylko na papierze. Za pierwszym razem przejmował drużynę w rundzie wiosennej po Wojciechu Łazarku, za drugim po Oreście Lenczyku. Ani razu nie przygotowywał (wice) mistrzowskiej drużyny do sezonu, ani nie odpowiadał za transfery.

Fornalik też wchodził w roli strażaka. Na pięć kolejek przed końcem sezonu przejął Górnik Zabrze na przedostatnim miejscu w lidze. W debiucie przegrał, ale później zanotował dwa remisy i dwa zwycięstwa. Na koniec Górnik utrzymał się nawet bez konieczności grania w barażach, a Fornalikowi pozwolono pracować już na stałe. W kolejnym sezonie jego Górnik zajął już 9. pozycję, w następnym już 7., a w końcu został zwolniony w rundzie wiosennej czwartego sezonu w Zabrzu, gdy zespół był na… siódmym miejscu. Przypomnijmy, że to były czasy, w których Górnik był jak obecny Widzew – zbieraniną szrotu, bez żadnych pieniędzy i perspektyw, a takie wyniki należy uznać za rewelacyjne. U Fornalika debiutował ceniony do dziś ligowiec Hernani, wybijali się też przyszli reprezentanci Polski – Andrzej Niedzielan czy Adrian Sikora.

Ciąg dalszy

Nawałka, po tym jak nie pozwolono mu samodzielnie prowadzić mającej wielkie aspiracje Wisły, trafił do Zagłębia Lubin, skąd odszedł z powodu słabych wyników po 9. kolejkach. Na koniec sezonu drużyna spadła z ligi. Debiutował u niego przyszły reprezentant Polski Grzegorz Bartczak.

Waldemar Fornalik z kolei terminował jako asystent u Macieja Skorży w Amice Wronki. Następną samodzielną pracę złapał w sezonie 2005/2006, gdy przyszedł do Wodzisławia posprzątać po Franciszku Smudzie, który rok wcześniej utrzymał Odrę w lidze dopiero po barażach. Za Fornalika klub spod czeskiej granicy zanotował jeden z najlepszych wyników w historii – zajął 6. miejsce. Znakomitą formą błyszczał wówczas m.in. młody i utalentowany Mariusz Pawełek, który trafił do Wisły Kraków.

Jak obu panom szło dalej?

Nawałka z Sandecją Nowy Sącz zajął 12. miejsce w III lidze, a później trafił do Jagiellonii Białystok. Miał z nią awansować do ekstraklasy, jednak został zwolniony, a zespołowi wówczas nie udało się wrócić. Wrócił do Wisły, gdzie był dyrektorem sportowym u Dragomira Okuki, którego w końcu zastąpił. Tym razem jednak nie sprawdził się jako strażak i znów został zwolniony za brak wyników i słaby styl. Wtedy, w 2007 roku zrobił sobie przerwę od ligowej piłki i został asystentem Leo Beenhakkera w reprezentacji Polski.

W tym czasie Fornalik przebywał – wyjątkowo dla siebie – poza Śląskiem. Z Odry zgarnął go budujący potęgę Polonii Warszawa Józef Wojciechowski. Zespół zajmował 14. miejsce w II lidze, gdy przejmował go obecny selekcjoner. Od tego czasu był jednak najlepszy na zapleczu ekstraklasy i po spektakularnej końcówce jesieni i rundzie wiosennej o mało nie awansował do najwyższej ligi (6. miejsce), co udało się w końcu przy zielonym stoliku. Fornalik był już jednak w Łodzi, gdzie został zwolniony z Widzewa po rundzie jesiennej, gdy… klub zajmował pozycję lidera. Nie o Fornaliku źle to świadczy.

Ostatnie lata

Po pracy z kadrą, Nawałka trafił na Śląsk. Z biednym GKS-ie Katowice zdołał najpierw zająć 11. miejsce w I lidze, a później zajmował 7. miejsce po jesieni, gdy przyjął ofertę z Górnika Zabrze. Z zabrzanami awansował do ekstraklasy i w najlepszym sezonie (poprzednim) zajął w niej piąte miejsce. Dobrze grał u niego Robert Jeż, co potem się już nie zdarzało, a bramki strzelał nawet Daniel Sikorski.

Z kolei Fornalik objął Ruch Chorzów, z którym dwukrotnie doszedł do finału Pucharu Polski, zdobył trzecie miejsce i wicemistrzostwo Polski. Tutaj zadebiutował też w europejskich pucharach, co Nawałce – jako trenerowi – nigdy się nie udało. Fornalik przywrócił do żywych Niedzielana, wypromował Sobiecha, Sadloka, Piecha i Jankowskiego. U niego debiutował też Starzyński. Zaowocowało to posadą selekcjonera reprezentacji.

W czym Nawałka jest lepszy od Fornalika?

Nawałka zaczął być uznawany za cenionego fachowca dopiero kilka lat temu, kiedy powiodło mu się w GKS-ie Katowice. Górnik Zabrze to jego autorskie dzieło. Wcześniej miał jednak łatkę – jeśli nie nieudacznika – to trenera bardzo przeciętnego. Z drużyn, na które rzeczywiście miał wpływ, nie powiodło mu się w Lubinie, Nowym Sączu, Białymstoku. Jego zespoły na początku źle grały, długo się rozkręcały, a zawodnicy potrzebowali czasu, by go zrozumieć. To jedna z głównych przyczyn, dlaczego w Katowicach i w Zabrzu się udało, a gdzie indziej nie. Dali Nawałce czas i cierpliwość. Wytrzymywali ciśnienie. Tyle, że kadra to miejsce, gdzie trzeba działać na zasadzie czarodziejskiej różdżki. Już, teraz, natychmiast. Raz, że nie ma czasu, bo straty punktów na początku eliminacji ciężko potem odrobić. Dwa, że nie ma czasu, bo zawodników widujesz tylko na kilkudniowe epizody. Tymczasem nawet drużyny klubowe Nawałki, które miał na co dzień, rozkręcały się zwykle wolno (wyjątki – końcówki sezonów w Wiśle Kraków, która jednak wtedy przerastała kadrowo resztę ligi).

Trzeba też powiedzieć trochę o tych „sukcesach” w Zabrzu. Osiągał wyniki mniej więcej jak Fornalik w Górniku i dużo gorsze niż Fornalik w Ruchu. Mimo że Fornalik w Zabrzu pracował w zdecydowanie gorszych finansowo czasach (co nie znaczy, że te są dobre). W poprzednim sezonie wiosną zabrzanie przegrywali wszystko jak leci, dali się na finiszu wyprzedzić Piastowi Gliwice. Gdyby eliminacje kończyły się wiosną, nikt nie brałby Nawałki pod uwagę jako selekcjonera.

Fornalik natomiast, co zaskakujące, odnosił mniejsze lub większe sukcesy właściwie wszędzie. Uratował i ustabilizował Górnika, zanotował świetny wynik z Odrą, niesamowitą i widoczną poprawę z Polonią, był liderem w Łodzi i zanotował wyniki ponad stan w Ruchu. Co więcej, w większości z tych miejsc potrafił wybrać i wypromować zawodników, którzy wcześniej nie byli znani, czyli dobrze wychodziło mu coś na wzór selekcji. Nawałka oczywiście ma na swoim koncie Milika, Olkowskiego, Skorupskiego a także Nakoulmę, jednak ze stawianiem na młodzież jest u niego różnie. Można naliczyć wielu młodych, dobrych i utalentowanych zawodników, którym Nawałka nie dawał szans. Bo nie.

Fornalik nie odniósł wyniku tylko z reprezentacją. Mimo że wcześniej wszystko mu wychodziło. Smuda, czyli najbardziej utytułowany polski trener III RP, notował również i porażki. Fornalik pierwszą klęskę zaliczył w kadrze. Nawałce natomiast w większej ilości miejsc się nie udawało niż udawało.

Kryteria osobiste

Statystyki to jednak tylko statystyki. Nie wszystko się da nimi zmierzyć. Tak się składa, że obaj panowie pracowali ostatnio na Śląsku, więc obu zdążyłem poznać lepiej lub gorzej osobiście. I o tym też warto porozmawiać.

Spodobały mi się kryteria, które na blogu zaproponował Rafał Stec (podaję je w skrócie, kursywą). Dobry będzie selekcjoner, który:

Nie będzie zrzędził mecz w mecz, że brakuje mu czasu. (Z powyższej analizy widać, że szybkie wyniki udawało się osiągnąć raczej Fornalikowi niż Nawałce. Ten drugi zadział wprawdzie jako strażak w Wiśle Kraków, lecz tylko tam. Fornalik wszędzie poprawiał wyniki od razu.)

Będzie specjalistą z rozwiniętym zmysłem taktycznym (obaj za takich uchodzą, choć drużyny Nawałki słyną także z wybiegania i dobrego przygotowania fizycznego, co jak wiadomo w przypadku pracy z reprezentacją jest umiejętnością bezużyteczną).

Będzie komunikatywny. Wybitnie komunikatywny, wykładający klarownie i z urokiem/charyzmą. Żeby chciało się go słuchać, żeby piłkarze nie potrzebowali miesięcy, zanim zrozumieją, o co mu biega. (Jeden i drugi trener potrafią mówić o futbolu ciekawie i niesztampowo, ale musicie mi wierzyć na słowo, bo rzadko to pokazują. Pod tym kątem, byłoby to przejście z deszczu pod rynnę. Nawałka, który najchętniej autoryzowałby nawet „dzień dobry”, regularnie olewający przedmeczowe konferencje prasowe, przy włączonym dyktafonie mówiący niemal wyłącznie nudno. Ma w Zabrzu syndrom oblężonej twierdzy, więc co dopiero byłoby w Warszawie. Obaj raczej ufający nielicznym, nie zdobywający sympatii od pierwszego wejrzenia.

Będzie prawdziwym szefem. (Tu znacząca przewaga Nawałki, który jest zamordystą i w szatni ma spory respekt. Zawodnicy powinni go słuchać, ale z drugiej strony – z takimi gwiazdami nigdy nie pracował, nie wiadomo, jak by się zachował. Smuda pracował z większymi, wydawał się jeszcze większym zamordystą,  a jednak nie okazał się prawdziwym szefem).

Wniesie do szatni doświadczenie międzynarodowe. (Fornalik, obejmując fotel selekcjonera, miał doświadczenie mikroskopijne, zaliczył z Ruchem tylko epizodzik. Nawałka nie ma nawet tego. Poza tym, po półtora roku prowadzenia reprezentacji Fornalik przewagę w doświadczeniu międzynarodowym ma nad Nawałką kolosalną).

Co z tego wywodu wynika?

Można oczywiście przyjąć inne kryteria, w których Nawałka będzie górował. Nie chcę udowadniać, że to zły trener, bo mam o nim bardzo dobre zdanie. Nie jest wcale wykluczone, że okaże się lepszym selekcjonerem od Fornalika. Chcę tylko pokazać, że logicznych przesłanek za tym, że tak się stanie, za bardzo nie ma.

Wielu wytyka Fornalikowi, że CV miał za biedne na reprezentację, jednak Nawałka ma jeszcze biedniejsze. Fornalik ma wady i zalety Nawałki i odwrotnie. Obaj mają podobne osiągnięcia. Wyraźna różnica jest taka, że Fornalik już doskonale poznał, co to znaczy być winnym wszystkim klęskom, a Nawałka dopiero się przekona. Jestem pewny, mogę się o to zakładać, że Fornalik jest dziś lepszym trenerem niż półtora roku temu. Znam takich, którzy nie wsiadają do samochodu z bezwypadkowymi kierowcami. Fornalik do czasu objęcia kadry był bezwypadkowym kierowcą. Teraz poznał, co to jest psychologia tłumu i jak ciężko z nią wygrać.

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek powołam się na Pawła Zarzecznego, ale… pasuje doskonale. W jednym ze swych tekstów napisał, że bytomianin Michał Probierz trenuje klub z Gdańska, a gdynianin Czesław Michniewicz klub z Bielska-Białej. Zasugerował, żeby się zamienili – obu byłoby łatwiej, a nikt nie zauważyłby różnicy.

Tu jest podobnie. Można zrobić Nawałkę selekcjonerem, a Fornalika trenerem Górnika Zabrze. Tylko po co, skoro nikt – poza oboma panami – prawdopodobnie nie zauważy różnicy. Jedyna będzie taka, że za rok Fornalik będzie uznawany za czołowego trenera ekstraklasy, a Nawałka za kompletnego nieudacznika.

Zostawcie Fornalika. Nie wyrzucajcie go

O tym, że w Polsce rozliczanie z selekcjonerem przypomina bardziej lincz niż ocenę pisałem już miesiąc temu. Centralne media chcą krwi, chcą winnego, chcą selekcjonera ukrzyżować. „Nieudacznik, przerżnął nam eliminacje. Graliśmy bez selekcjonera.”

Niezaprzeczalną winą Fornalika jest to, że nie zawsze słucha mediów. Adam Godlewski z tygodnika „Piłka Nożna” nie omieszkał przypomnieć, że „już 10 dni temu pisał w liście do Fornalika, by zagrał bez lewego obrońcy, skoro takiego nie mamy”. Selekcjoner powinien był słuchać znanego i cenionego taktyka, którego strategie wiele meczów już powygrywały. Albo Mariusz Lewandowski. Po co taki stary dziadek w kadrze? Cóż, mam wrażenie, że nie potrafimy korzystać z weteranów. Jak to jest, że w naszych ligach – od ekstraklasy po C klasę – najlepsi są faceci 30+, a w kadrze tacy już grać nie mogą? Ivica Vastić w 2008 roku strzelał nam gola mając 38 lat, w obfitej w talent jak mało który naród Belgii wciąż jest powoływany 36-letni Timmy Simons. Reprezentacja to nie ma być miejsce, w którym grają perspektywiczni, ale takie, w którym grają najlepsi.

Oczywiście, zarzut, że powołania dla Peszki, Wojtkowiaka, M. Lewandowskiego, wcześniej Szukały były chaotyczne, trzeba przyjąć. Selekcjoner ich nie widział, a później wrzucał do podstawowego składu na ważne mecze. Nie wiem z czego to wynika. Desperacja? Zmiana koncepcji? Może, ale szacunek, że miał odwagę.

Te powołania się bowiem obroniły. Z Lewandowskich obecnych na boisku najlepszy był ten z Sewastopola. W ogóle, tak mądrze grającą reprezentację zawsze chciałoby się widzieć. To nie jest i nie będzie drużyna wirtuozów, która wszystkich zachwyci. Ale to może być solidna drużyna, taki europejski średniak, który potrafi dobrze zaryglować bramkę, mieć ułożony środek pola, podjąć walkę fizyczną i raz za czas strzelić gola. Do tej roli powinniśmy aspirować i dziś naprawdę to wychodziło.

Przegraliśmy przez indywidualne błędy. Zawsze nieszczęście spada na nas z lewej strony obrony. W 2006 antybohaterem był Dudka. Potem była jazda z Wawrzyniakiem, ostatnio nagonka na Boenischa, teraz na Wojtkowiaka. Takim już jesteśmy narodem. Niemcy nazywają nas lewonożnymi, ale to tragiczna pomyłka. Tu nie ma lewonożnych. Nie strzeliliśmy sytuacji, które mieliśmy, więc przegraliśmy.

Oczywiście bilans eliminacji, czyli wygrane z San Marino i Mołdawią chluby nie przynoszą, niemniej w takim mniej więcej miejscu jest nasz futbol: gdzieś między Mołdawią a Czarnogórą. Mistrz Polski przegrywa z Cypryjczykami, wicemistrz z Litwinami. Tu nie będzie tak, że wywali się nieudolnego selekcjonera, zatrudni się jego następcę i wszystko się odmieni. Nie odmieni się, przypadek Smudy nas niczego nie nauczył?

Fornalik dziś jest tarczą. Media mówią: Nawałka, Wdowczyk (?#@!#!#!?!), Skorża, albo ZAGRANICA. Cóż, gdyby po Euro 2012 Lato wybrał Nawałkę, dziś prawdopodobnie namaszczalibyśmy na selekcjonera Fornalika i wyśmiewali się z tego debila Nawałki. O zagranicznych kandydaturach możemy rozmawiać konkretnie, takich nikt nie przedstawia. Zagranica to równie dobrze del Bosque jak i Drażen Beszek. Mam wrażenie, że ci, którzy mogliby rzeczywiście coś zmienić do nas i tak nie przyjdą, a ci którzy przyjdą i tak niczego nie zmienią.

Mógł apelować Adam Godlewski, mogę i ja. Zostawcie Fornalika. Ta drużyna robi z meczu na mecz postęp. Jest lepsza. To się dzieje wolno, przerżnęliśmy przez to kolejne eliminacje, ale kierunek jest dobry. Tendencja. Ta drużyna się nie cofa, ale rośnie. Nie mamy żadnej gwarancji, że jeśli Fornalik zostanie to awansujemy do Francji 2016, ale nie mamy też żadnej gwarancji, że bez niego awansujemy.  Jest jedynie nadzieja, że jeśli da się Fornalikowi w spokoju pracować, niektórych zawodników „odpalić”, innych przetestować, na innych postawić, zgrać, to będziemy mieli przyzwoitą reprezentację. Tylko tyle. Też bym chciał, żebyśmy od jutra byli potęgą, ale cuda nie istnieją. Liczy się ciężka, codzienna praca i tę Fornalik gwarantuje.

Reprezentacja Fornalika jest jak budowa stadionu w Białymstoku. Ruszyła nieźle, szybko, z kopyta, potem pojawiły się strajki, problemy, powtarzanie przetargów, papierkowe kłopoty, które spowolniły roboty. W końcu jednak ruszyła w górę i zaczęła nabierać kształtów. Zwolnienie selekcjonera jest wysadzeniem powstającego stadionu w powietrze.

Daj nam Barabasza!

Tak jak dzisiaj mówiłem, cieszę się, że nie ma mnie teraz w Polsce i nie będę tego wszystkiego słyszał. Hieny się rzuciły. Czyhały już wokół, zacieśniały krąg, podgryzały, szarpały coraz mocniej, a teraz skoczyły wszystkie na Fornalika.

 Ukrzyżuj go! Ukrzyżuj! Daj nam Barabasza!

 Coś w tym stylu. Logika wyłączona, jest po prostu żądza krwi. Chcą obejrzeć telewizyjny spektakl, w którym WF zostanie rozszarpany.

 Tak, jak dziś pisałem, nie można łatwo rozgrzeszać Fornalika, bo ma do dyspozycji naprawdę niezłych piłkarzy. Sam się prosił o razy, idąc na ten pieprzony piknik gwiazd TVN-u, powołując jakichś Brożków. Wystawiał się do wiatru. Ale ten spektakl, w którym wszyscy żądają dymisji jest żenujący.

 Żenujący.

 Fornalik nie jest pewnie za dobrym selekcjonerem, niemniej teraz, po roku ta drużyna zaczyna być jego i zaczyna grać w piłkę. Wiem, że to dziś nie ma znaczenia, że ma być WYNIK, ale selekcjonera takiej reprezentacji jak Polska, w takiej grupie jak nasza, po takim Euro 2012 jak polskie, nie można rozliczać tylko za wynik, a raczej za to, czy coś zbudował.

 Fornalik nie wybudował pomnika. Nie wybudował nawet szatni. Ale ci, którzy widzą tylko złe strony jego jako selekcjonera, albo są zacietrzewieni, albo… są tubą miłościwie nam panującym w PZPN-ie.

 Ja dziś widziałem reprezentację grającą odważnie, która potrafi grać atakiem pozycyjnym, zdominować rywala, mieć posiadanie piłki na poziomie 65% i to posiadanie piłki na połowie rywala, mającą jakiś plan, inny niż tylko husarskie rwanie do przodu. Jasne, widziałem też dramatyczną obronę. Boruc sprzed pięciu-sześciu lat wychlastałby każdego z osobna po pysku. Widziałem, że w drugiej połowie nie grali dobrze. Wszystko to prawda.

 Ale ta drużyna zaczyna lepiej grać w piłkę. Zaczyna mieć schematy, zaczyna się zgrywać.

 O tym, co zrobić z Fornalikiem, warto by podyskutować. Wymienić go na Nawałkę byłoby jakimś totalnym nonsensem, bo gdyby rok temu wybrali na selekcjonera Nawałkę, to dziś Fornalik byłby głównym kandydatem. Ale przede wszystkim warto porozmawiać, zastanowić się, wymienić argumenty, za i przeciw.

 Tu jednak decyzje już zapadły. Tłum pokazał kciuka w dół. Boniek publicznie się z Fornalika podśmiechiwał nie od dziś, podważał jego autorytet, a poza tym doskonale wiadomo, że to prezes, który zrobi to, co będzie zgodne z „głosem kibiców”. Zwykle tak działa.

 Można Fornalika bronić, wytaczać argumenty, ale po co? Le Bon swoje wie. Z tłumem się nie dyskutuje, tłum działa stadnie, więc

 Ukrzyżuj go. Ukrzyżuj!

 PS. Moja kandydatura na selekcjonera to też Waldemar. Prusik. Facet z Polsatu, który wie absolutnie wszystko. „Powinien był to, powinien był tamo, źle, na opak, na wspak, sensu brak”. Polskiej piłki nie stać na marnowanie ludzi, którzy mają na reprezentację taki pomysł. Czasy, w których komentator był bardziej sprawozdawcą musiały być piękne. Szkoda, że odeszły.

Ruch poniżej oczekiwań? To wina oczekiwań

Ruch Chorzów zakończył jesień z 15 punktami i tuż nad strefą spadkową. Słabo. Często mówi się nawet, że grubo poniżej oczekiwań. Tyle, że to raczej problem oczekiwań, a nie Ruchu Chorzów. Bo nie wydaje mi się, żeby piłkarze „Niebieskich” grali jakoś zdecydowanie gorzej niż potrafią.

 Oczywiście, patrząc na Ruch jako na wicemistrza kraju, który do ostatniej majowej kolejki marzył o ponownym przywiezieniu tytułu na Śląsk, miejsce tylko nad Podbeskidziem i Bełchatowem (ale nie tuż nad nimi) można uznać za haniebne. Patrząc jednak na Piotra Stawarczyka, jako na Piotra Stawarczyka, a nie na wicemistrza kraju, 14. miejsce i 15 punktów po jesieni jest wynikiem akurat adekwatnym do umiejętności. I w dużej mierze można to samo powiedzieć o większości zawodników Ruchu. Choć Stawarczyk jest tu najlepszym przykładem. Zdobycie wicemistrzostwa ze Stawarczykiem w składzie jest większą anomalią niż zajęcie 14. miejsca z nim w jedenastce. Albo Arkadiusz Piech, z całym dla niego szacunkiem i sympatią. Jak to mówił Orest Lenczyk, Piech to 95 deko ambicji i pięć deko umiejętności. Piech jest dla obrońców nieprzyjemny. Szybki, przepycha się, skacze, wierci się, kopie. Jednak jakiejś przesadnej techniki to w nim nie ma, więc siłą rzeczy gdy znajdzie się szybki obrońca, który nie da się przepchnąć, przeskoczyć i nie przewróci się od kopnięcia, to Piecha nakrywa czapką.

 Śmieszą mnie tłumaczenia ekspertów, a czasem też ludzi związanych z Ruchem, którzy mówią, że to już nie ta sama drużyna, bo odeszło z niej kilku zawodników. Z liczących się wiosną graczy odeszli Grodzicki, Grzyb i Abbott, z tym, że dwaj ostatni byli rezerwowymi, a brak tego pierwszego jest raczej wzmocnieniem. No, przecież nikt mi nie powie, że z Grodzickim w składzie Ruch byłby teraz na miejscu Górnika. Nie. Byłby dokładnie w tym samym miejscu, w którym jest. Większą wyrwę mogło stanowić odejście Grzyba i Abbotta, bo ci ponoć robili atmosferę w szatni. A to ważne, bo dziś Ruch mało przypomina drużynę.

 Można powiedzieć, że chorzowianie mieli pecha, bo kontuzje złapali Marek Zieńczuk, Łukasz Janoszka, a skrzydła były przecież kluczowe dla wicemistrzowskiej ekipy. Ale to raczej nie pech. Przecież to wszystko wygląda na syndrom „następnego sezonu”. Waldemar Fornalik umiejętnie nawilżył gąbkę i wyciskał, wyciskał, wyciskał. Apogeum tej ekipy miało miejsce w sezonie 2011/2012. Każdy grał na swoim najwyższym poziomie. Tyle, że tak bardzo często kończą zaskakujące rewelacje. Najpierw zawodnicy, którzy sami nawet nie podejrzewaliby siebie o to, że mogą być wicemistrzami kraju, zajmują drugie miejsce. Potem zaczynają myśleć, że są dobrzy, jednak ich organizmy są kompletnie wyprute i trener niewiele z tym może zrobić. A kiedy ktoś, kto w piłkę umie grać na pułapie 13-14 miejsca w Polsce przestaje mieć siłę na bieganie, skakanie, walczenie do ostatniej minuty, zaczyna zajmować 13-14 miejsca w Polsce. Niejednokrotnie, nawet w ligach bardziej „logicznych” niż polska, drużyny najpierw zajmowały miejsce dające awans do eliminacji Ligi Mistrzów, by sezon później walczyć o utrzymanie.

 Największą letnią stratą Ruchu było oczywiście nie odejście jakiegoś Grodzickiego, tylko Waldemara Fornalika. Można by się zastanawiać czy z nim taki zjazd by się powtórzył. Ja myślę, że tak. Waldek King może się cieszyć, że selekcjonera reprezentacji wybierano latem. Gdyby popracował w Ruchu jeszcze pół roku jego kandydatura mogłaby się w ogóle nie liczyć.