„Dla Olkowskiego to sezon prawdy. Bundesliga może go wypluć”

Wikimedia Commons

Dzisiejszym odcinkiem zamykamy tygodniowy okres przygotowawczy do Bundesligi. Mam nadzieję, że przekonaliście się, że w Polsce mamy wielu bardzo ciekawych ekspertów od Bundesligi, którzy może i w niej nie grali, ale mają coś ciekawego do powiedzenia. Ale taki cykl byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Tomasza Urbana, czołowego speca od Bundesligi w tym kraju. Z Tomkiem porozmawiałem o klubach, którym w ciągu tygodnia jeszcze nie mieliśmy się okazji bliżej przyjrzeć. Udanego sezonu, Bundesligowicze!

urban

Jakub Błaszczykowski znowu w Bundeslidze. Myślisz, że w Wolfsburgu w końcu będzie grał regularnie?

Tomasz URBAN: – Wszystko zależy od tego, jak będzie chciał Dieter Hecking. W Pucharze Niemiec wyszli na mecz ustawieniem 4-3-3, z Kubą teoretycznie na prawej obronie. Choć to było nietypowe, mocno niesymetryczne, ustawienie, bo w posiadaniu piłki grał bardzo wysoko, więc trudno go było nazwać obrońcą. Jeśli będą chcieli grać 4-3-3, to Kubie zostaje tylko prawa obrona, o którą będzie rywalizował z Vieirinhą, Sebastianem Jungiem i Christianem Traeschem. Tyle, że ten ostatni może grać też jako środkowy pomocnik, co przy kontuzji Joshui Guilavoguiego może się przydać, a pozostali dwaj są kontuzjowani. Więc tak, Kuba będzie grał. Wniesie do tej drużyny coś ekstra. Nie tylko klasę piłkarską, ale i mentalność.

Nie widzisz możliwości, żeby przy 4-3-3 grał jako jeden z ofensywnych skrzydłowych?

Nie, przy 4-3-3 nie będzie grał wyżej. Daniel Didavi i Julian Draxler będą trochę podwieszeni pod Mario Gomeza. Mówi się o Hueng-Min Sonie z Tottenhamu, ale to też nie byłby konkurent dla Kuby, a raczej dla Didaviego i Draxlera. Ewentualnie mógłby czasem zastąpić Gomeza. Generalnie, w Wolfsburgu widać pewien trend – chcą odmładzać zespół. To nie jest przypadek.

Będą mocniejsi niż w zeszłym sezonie?

Nie wiem, bo są mocni „od pasa w górę”. Ofensywę mają bardzo mocną. Trójka Draxler-Didavi-Gomez to absolutny top. Może nie jest to Bayern, może nie Borussia, ale ścisła czołówka. Tyle że są problemy z defensywą. Po odejściu Dantego do Nicei zostało im trzech środkowych obrońców, z czego Robina Knochego chcieli oddać, Carlos Ascues dopiero się uczy Bundesligi. Są duże dziury w obronie. Myślę, że w ostatnim tygodniu okienka VfL dogada się z Hannoverem w sprawie Salifa Sanego. Obskoczyłby dwie pozycje – stopera i środkowego pomocnika, więc byłby bardzo cenny. Myślę, że gdyby nie mieli kogoś na oku, to nie puszczaliby Dantego. Zobaczymy, jak Hecking to wszystko poukłada. Mogą odegrać lepszą rolę niż w zeszłym sezonie, ale zagadkami są gra defensywna i to czy system zaskoczy.

O Kubę jesteśmy jednak generalnie spokojni. A o Pawła Olkowskiego?

- Byłem trochę zaskoczony, że w Pucharze Niemiec, mimo że grali 4-4-2, wyszedł Milos Jojić, a nie Paweł i jeszcze do tego strzelił gola. Podobnie jak ty, uważam, że przy systemie z trójką obrońców, Olkowski nie ma szans na grę. Widziałem dla niego szansę przy 4-4-2, gdzie mogliby z Marcelem Rissem grać po prawej stronie, niezależnie od tego, kto na obronie, a kto w pomocy. Jeśli w pierwszym meczu, przy sprzyjającym mu systemie, nie było dla niego miejsca, to znaczy, że jest w najlepszym przypadku drugim-trzecim wyborem. A to dość niepokojący sygnał. Peter Stoeger wypowiada się o nim ciepło, podkreśla, że wraca do siebie, wie, na co go stać, uporał się z kontuzjami. Ale dla Olkowskiego to będzie sezon prawdy. Jeśli znów będzie miał takie rozgrywki jak poprzednie, to Bundesliga go wypluje. Zostanie mu ewentualnie Darmstadt, zbierające odrzuty z innych klubów. Wtedy opcją mógłby być powrót do Polski, co też nie byłoby takie złe. Przykład Adama Hlouska pokazuje, że można sobie radzić w ekstraklasie bardzo dobrze, nawet jeśli w Bundeslidze się – delikatnie mówiąc – nie błyszczało.

Zapomniany trochę Eugen Polanski został kapitanem Hoffenheim. Jesteś zaskoczony?

- To była ogromna niespodzianka. Naprawdę, zastanawiam się jak Julian Nagelsmann poukłada drużynę w środku pola. Ma naprawdę dużo opcji. Typowałem, że Polanskiego nie będzie w podstawowym składzie, bo przecież są Sebastian Rudy, Pirmin Schwegler, Kevin Vogt, Polanski właśnie czy Lukas Rupp, najlepszy zawodnik Stuttgartu z poprzedniego sezonu. A jeszcze do tego Nadiem Amiri. Zastanawiam się jak ich zmieścić. Skoro Polanski jest kapitanem, to sygnał, że pewnie będzie grał. Gdzie w takim razie zmieścić innych?

Czego się spodziewasz po Hoffenheim?

- Znacznie więcej niż tego, co zrobili w zeszłym sezonie. Czuję, że Nagelsmann ma to coś, ma jakąś magię, pierwiastek szaleństwa i że to może być nowy Tuchel. Odkąd przyszedł, grali przyzwoicie, spokojnie się wyratowali. Wydaje mi się, że w tym sezonie przeprowadzili bardzo mądre transfery. Jeśli Sandro Wagner utrzyma dyspozycję z Darmstadt, będą mieli w ofensywie Andreja Kramaricia, Marka Utha, Amiriego, dobry środek pola. Wydają się mocniejsi, mimo odejścia Vollanda. Jestem przekonany, że bez problemu skończą sezon w środku tabeli. Na puchary może być jeszcze za wcześnie. Co roku trafia się jeden zespół niespodziewany, więc pewnie mają jakieś szanse. Ale jest dużo zespołów mocniejszych kadrowo.

Nowym Polakiem w Bundeslidze jest bramkarz Rafał Gikiewicz z Freiburga. Jak widzisz jego szanse na pierwszy skład?

- W Pucharze nie było go jeszcze w kadrze meczowej. Dali mu w klubie trochę czasu na potrenowanie bez presji. We Freiburgu jest trzech bramkarzy na bardzo podobnym poziomie – Alexander Schwolow, Patrick Klandt i Gikiewicz. To wszystko podobny poziom, więc wszystko w rękach Rafała. Wiele razy rozmawiałem z nim jeszcze w poprzednim sezonie. 1. Bundesliga to było jego marzenie i wymarzony cel. Dostał się tam. Schwolow to solidny bramkarz, ale do przeskoczenia. Gdy trafi mu się słabsza forma, trzeba od razu wykorzystać szansę i przekuć w złoto. Na razie musi cierpliwie czekać na swoją kolej.

Czego się spodziewasz po beniaminku?

- Mają bardzo ciekawy zespół. Mój ulubiony Vincenzo Grifo, Amir Abrashi robią fajne wrażenie. Jest kilka atutów. Nie wystarczy to pewnie do środka tabeli, będą balansować na granicy, ale myślę, że się utrzymają. Mimo wszystko, jest kilka zespołów słabszych niż Freiburg. Widzę ich na pozycjach 11-14.  Bez konieczności grania baraży, ale też bez super spokojnego sezonu. Kadrę mają nie za szeroką. Przez większość letniego okresu przygotowywali się na grę trójką z tyłu, ale kontuzje pokrzyżowały im szyki, bo z gry wypadli Marc-Oliver Kempf i Marc Torrejon. Nie mogli się do tego systemu przygotować tak, jak by chcieli. To może mieć znaczenie.

Twoja ulubiona Borussia Moenchengladbach znów będzie mieszać w ścisłej czołówce?

- Nadal nie wiemy do końca, jakim trenerem jest Andre Schubert. Widać, że ma jasną wizję. Chce grać systemem 3-4-3 i tak kompletował kadrę, by mieć możliwie dużo opcji. Kadra wyszła niesamowicie szeroka. Dokonali kilku niezłych transferów. Dla mnie błogosławieństwem jest Max Eberl. Dopóki będzie tam dyrektorem sportowym, będzie gwarancją rozwoju. Nie myśli tylko o tu i teraz, ale też dba o przyszłość. Stąd transfery Mamadou Docoure czy Laszlo Benesa. To podobne ruchy do pozyskanych wcześniej Nica Elvediego czy Djibrila Sowa. Do tego w zimie dojdzie Paragwajczyk Julio Villalba, wzięli też Mikę Hanrathsa, ponoć największy talent w Fortunie Duesseldorf od wielu lat. Opcji jest więc naprawdę sporo. Pytanie, jak poradzą sobie z potrójnym obciążeniem. Zwłaszcza, że Schubert to nie jest trener, za którym idzie się w ogień. Widać, że jest traktowany z dozą nieufność, czuć trochę do niego dystans. Nie wszyscy są przekonani, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wciąż nie wiemy, jak przetrwa jakiś kryzys na dłuższym dystansie. Pod tym względem jest niezweryfikowany. Ogólnie rzecz biorąc, o ponowną kwalifikację do Ligi Mistrzów będzie Borussii bardzo ciężko. Myślę, że skończą w Lidze Europy, choć o to czwarte miejsce mogą – przy zbiegu okoliczności – powalczyć. Może odpali im – jak pod koniec zeszłego sezonu – Andre Hahn, może Thorgan Hazard na dłużej podkreśli potencjał, bo na razie miewa przebłyski na kilka kolejek, potem gaśnie. Może pokaże się jeszcze ktoś z tylnego szeregu?

Dla FSV Mainz podobnym gwarantem rozwoju był zawsze dyrektor sportowy Christian Heidel. Jak klub poradzi sobie bez niego?

- Trener Martin Schmidt wykonuje tam genialną robotę. Skład udało się utrzymać. Największy skarb to zatrzymanie Yunusa Malliego, mimo że miał klauzulę odejścia. Nikt z niej jednak nie skorzystał. To bardzo solidny zespół, budowany już od jakiegoś czasu. Ogromne osłabienie to odejście Juliana Baumgartlingera do Leverkusen. Wykonywał ogromną robotę. Wydaje mi się jednak, że Mainz jakoś sobie poradzi. To zespół na miejsca 8-12. Kilka zespołów ma słabsze kadry. Odejście Heidela powinno nastąpić bez większych perturbacji. Wiedzą, co mają robić, a Schmidt to bardzo dobry trener. Kłopoty mogą się pojawić dopiero w dalszej perspektywie, jeśli Rouven Schroeder nie da sobie rady tak dobrze jak jego poprzednik. W tym sezonie pojadą jeszcze trochę siłą rozpędu po pracy Heidela.

Sezon temu zaskoczyła Hertha Berlin, wchodząc do pucharów. W eliminacjach Ligi Europy zagrała jednak bardzo źle i odpadła z Broendby Kopenhaga. Myślisz, że dla ekipy Pala Dardaia Liga Europy jest do powtórzenia?

- Spodziewam się po nich przede wszystkim bezpłciowej gry. Czasem zaskoczą znienacka i wygrają z mocniejszym, czasem przegrają ze słabszymi. Raczej nie załapią się w okolice pucharów. Wbrew pozorom, nie mam do Dardaia jakiegoś super przekonania, nie mogę się do niego do końca przekonać. Odpadnięcie z Broendby to ogromna niespodzianka in minus. Może zostać w głowie piłkarzom, że byli o krok od finału Pucharu Niemiec na swoim stadionie, o krok od eliminacji Ligi Mistrzów i o krok od Ligi Europy, a ostatecznie nic z tego się nie udało. W głowach piłkarzy może się rodzić myśl, że pewnych barier nie przeskoczą. Typuję dla nich miejsca 9-10. Na pewno nie jest to też zespół do walki o utrzymanie.

Do Berlina trafił w lecie Ondrej Duda. Jak widzisz jego rolę?

-To był jeden z najwyższych transferów w historii Herthy. Tylko cztery były wyższe. Duda był sprowadzany z myślą o grze jako „dziesiątka”. Co może niepokoić, to pomysł z ustawieniem na tej pozycji Salomona Kalou. Do składu powoli wraca Valentin Stocker, który jest ponoć jednym z wygranych okresu przygotowawczego. Jeśli sprawdzi się na lewej stronie, a współpraca Kalou z Vedadem Ibiseviciem będzie się układać, to Duda będzie miał problem. Zwłaszcza, że przez większość okresu przygotowawczego się leczył i nie miał gdzie się pokazać. Trudno liczyć, że z miejsca dostanie pewny plac. Trzeba sobie go będzie wypracować, a trudno się pokazać, wchodząc z ławki. Miał pecha, że zaczęły go męczyć urazy zaraz na wejściu do nowego zespołu. Nie będzie miał łatwo, ale w klubie są do niego przekonali. Michael Preetz, dyrektor sportowy, czy Dardai, wiedzieli, kogo biorą i jakie ma zalety. Preetz oglądał go specjalnie w trakcie Euro. Szansę na pewno dostanie. Ale pamiętajmy, że wspomniany Stocker kosztował podobne pieniądze, a po kilku słabszych meczach na długo usiadł na ławce. Pieniądze nie są gwarantem gry.

Widzisz w Hamburgerze SV jakieś symptomy powrotu do normalności?

- Co roku mi się wydaje, że wreszcie zrobili mądre transfery, a potem okazuje się, że jednak nie. Największe problemy znowu będą mieli w defensywie. Jakościowo nie ruszyli tam nic. Wzmacniali tylko ofensywę. A nie przekonują mnie ani Matthias Ostrzolek, Gotoku Sakai na bokach, ani tym bardziej Cleber, Emir Spahić czy Johan Djourou na środku. Zdziwiło mnie, że nic z tym nie zrobili. To może hamować dużą siłę ofensywną. Myślę, że Filip Kostić, Bobby Wood czy Pierre-Michel Lasogga nie nastrzelają tyle goli, ile Cleber i Djourou zawalą. HSV widzę w dolnej części tabeli. Myślę, że raczej nie spadną. Po VfB Stuttgart też się tego nie spodziewałem.

 To kto spadnie?

- Głównym kandydatem jest dla mnie Darmstadt. Nie wierzę, że powtórzą to, co w zeszłym roku. Drugiego spadkowicza szukałbym w gronie Ingolstadt, Augsburg, Frankfurt. Te trzy drużyny mogą mieć spore problemy.

Nie wymieniłeś RB Lipsk. Ale beniaminek chyba nie od razu zatrzęsie Bundesligą?

- Popatrzmy choćby na letnie wydatki. Lipsk nie szalał jakoś bardzo. Dortmund wydał na transfery ponad 100 milionów euro, a RB 26 milionów. Oni narzucili sobie kryterium płacowe, mówiące, że nie będą dawać pensji większych niż 3 miliony euro rocznie. Mają swoją linię, ściągają zawodników mających nie więcej niż 23 lata. Spodziewam się po nich spokojnego utrzymania. Ligi nie zawojują, bo nie mają aż tak wielkiej jakości. Jest dużo dziur do załatania. 

Po kim z lipskiej młodzieży spodziewasz się najwięcej?

- Znakomity na igrzyskach olimpijskich był Lukas Klostermann. To może być rewelacja ligi. Naby Keita z Salzburga może ugruntuje środek pola. Do dyspozycji jest bardzo mocna ofensywa, z Emilem Forsbergiem, Yusufem Poulsenem czy Daviem Selkem. Fajne w RB jest to, że obrali swoją drogę, widać po nich klarowną wizję Rangnicka. Chcą jak Wolfsburg, wychować sobie tożsamość drużyny. Dortmund idzie tą samą drogą. Celowo postawił na młodych, żeby ich związać z klubem i wychować w duchu „echte Liebe”, żeby trudniej było im potem pójść do Bayernu. 

Wydaje się, że selekcjonera Joachima Loewa może ucieszyć awans właśnie Lipska.

- Zdecydowanie. Jeśli chodzi o graczy w reprezentacjach młodzieżowych, RB przegrywa tylko z Dortmundem. Loew będzie na ten zespół patrzeć uważnie, bo tam może być rozwiązanie problemu z bokami obrony. Jonas Hector grał ostatnio na lewej obronie kadry, ale on w Kolonii jest planowany do występów w środku pola. Po długiej przerwie, nie wiadomo, jak będzie sobie radził na lewej obronie. Na prawej obronie też jest wakat. A Klostermann to prawy obrońca mogący grać w środku. Jeśli będzie grał w lidze tak, jak na igrzyskach, to jest gotowym reprezentantem. Równie dobrze po drugiej stronie prezentował się Jeremy Toljan z Hoffenheim. Obaj szybko mogą trafić do kadry i na bokach obrony już nie będzie problemów.

PRZECZYTAJ TAKŻE POPRZEDNIE ODCINKI CYKLU:

Z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium

Z Pawłem Musiałem o Borussii Dortmund

Z Martinem Huciem o Bayerze Leverkusen

Z Marcinem Borzęckim o Schalke 04

Z Mariuszem Mońskim o Werderze Brema

Tytoń w Stuttgarcie. Transfer wyjątkowy i idealny

ulreich

Wiadomość nie jest jeszcze podana oficjalnie, ale że Stuttgarter Zeitung to bardzo wiarygodne źródło w tematach związanych z VfB Stuttgart, można być niemal pewnym, że Przemysław Tytoń już może wybierać jakiego koloru będzie elewacja domu, który kupi w Stuttgarcie. Były gracz Elche zostanie kolejnym Polakiem w Bundeslidze i jedynym aktualnie bramkarzem.

Tylko trzech poprzedników

Choć polscy piłkarze do Niemiec wyjeżdżali od wielu lat, akurat bramkarze nigdy nie cieszyli się tam specjalną estymą. W całej historii, w Bundeslidze zagrało tylko trzech polskich bramkarzy. Najdłużej grał ten pierwszy – Aleksander Famuła, który końcem lat 80. i początkiem 90. zaliczył ponad sto meczów w Karlsruher SC. Najbardziej rozpoznawalnym był ten drugi, czyli Adam Matysek, który w barwach Bayeru Leverkusen zaliczył na przełomie wieków 78 występów, a później przez lata szkolił bramkarzy Norymbergi. Trzymeczowy epizod zaliczył jeszcze Jakub Wierzchowski i to jak dotychczas ostatni Polski bramkarz, który wystąpił w Bundeslidze, 1 marca 2003 roku, w barwach Werderu Brema przeciwko Bayerowi Leverkusen. Tomasz Kuszczak, choć był w kadrze Herthy Berlin, debiutu się nie doczekał. Podobnie jak Tomasz Bobel w sezonie 2009/10 w barwach Bayeru Leverkusen. Choć ostatni urodzony w Polsce bramkarz wystąpił w Bundeslidze całkiem niedawno, bo jeszcze w zeszłym sezonie. Raphael Schaefer z Norymbergi urodził się przecież w Kędzierzynie-Koźlu.

Generalnie jednak, polscy bramkarze w Niemczech to póki co niezapisana karta. Pojawiały się kilkakrotnie spekulacje o możliwych transferach Artura Boruca czy Łukasza Fabiańskiego do niemieckich klubów, ale nigdy nie dochodziło do konkretów. Anglicy bardziej potrzebują naszych bramkarzy, bo nie mają swoich. Odwrotnie niż Niemcy.

Wysyp niemieckich talentów

Po zakończeniu karier przez Olivera Kahna i Jensa Lehmanna, w niemieckiej bramce nastąpił wysyp. Dziś nawet świetnym niemieckim bramkarzom nie byłoby łatwo załapać się do grona najlepszych jedenastu w Niemczech, nie mówiąc już o trójce jeżdżącej na wielkie turnieje. Bo wiadomo, że grać w kadrze i tak nikt nie ma szans, póki kariery nie skończy Manuel Neuer. Dochodzi do tego, że Marc Andre ter Stegen z Barceloną wygrywa Ligę Mistrzów, w kilku meczach zachwycając, ale do reprezentacji nie jest powoływany, bo selekcjoner woli Neuera, Weidenfellera i Zielera, mając do tego pełne prawo. Pomijani są też świetni Bernd Leno, Loris Karius, Timo Horn, Ralf Faehrmann, Oliver Baumann, Sven Ulreich czy Kevin Trapp. Przy takiej klęsce urodzaju, nie tylko polskich, ale w ogóle zagranicznych bramkarzy zwyczajnie Bundeslidze nie trzeba.

Obce zapchajdziury

Jeśli Niemcy kogoś do bramki importują, to sąsiadów. Trzech Szwajcarów jest pierwszymi bramkarzami klubów Bundesligi – Yann Sommer w Moenchengladbach, Diego Benaglio w Wolfsburgu i Marvin Hitz w Augsburgu, Austriak Ramazan Oezcan broni w Ingolstadt. Dosadniej: Tytoń ma szansę być jedynym podstawowym bramkarzem w Bundeslidze spoza niemieckiego kręgu kulturowego, nie mający niemieckiego za język ojczysty! „Obcy” w Niemczech służą raczej do obsadzania rezerw.

Tytoń idzie grać

Dlatego transfer do bramki człowieka z zagranicy to dla Bundesligi ewenement, a dla Przemysława Tytonia duża sprawa. Bo nie mam wątpliwości, że Tytoń jest ściągany jako numer jeden, a nie rezerwowy. Dotychczasowa wieloletnia jedynka, wychowanek Sven Ulreich, przeniósł się dzisiaj na rezerwę Bayernu Monachium. Jego zmiennik Thorsten Kirschbaum odchodzi do II ligi. W klubie zostaje tylko 21-letni Odisseas Vlachodimos, grywający dotychczas tylko w rezerwach i reprezentacyjnej młodzieżówce, choć pewnie klub jeszcze jakiegoś bramkarza ściągnie. Do tego przychodzi nowy trener Alexander Zorniger, więc wszyscy zaczynają od zera. Tytoń nie będzie mógł powiedzieć, że trener wystawiał swojego ulubieńca. Nawet jeśli Tytoń nie zna niemieckiego, po latach w Holandii powinien go złapać bardzo szybko.

Transfer idealny

Nic tylko grać. W ostatnich latach Stuttgart był w obronie drużyną bardzo zdestabilizowaną, ale po pobycie w Elche to dla Tytonia chyba nic nowego. Poza tym, w takim klubie na pewno będzie miał multum okazji do zaprezentowania się. Przechodzi do nadal wielkiego klubu, z potężną bazą kibicowską i dużym, choć marnowanym konsekwentnie, potencjałem. Na ten moment wydaje się to transfer – z perspektywy Polaka – idealny. Ale – zwłaszcza w przypadku Bundesligi – należy brać pod uwagę, że akurat może nastąpić eksplozja talentu jakiegoś genialnego 18-latka, którego dzisiaj nie znamy, a który posadzi Tytonia na ławce. Tego jednak przewidzieć nie jesteśmy w stanie. Wszystko, co da się wziąć pod uwagę, przemawia za Tytoniem.

Hertha w oczekiwaniu na spadek

hertha

W Berlinie bez zmian. Ostatnie lata pokazały, że Hertha nie walczy o utrzymanie. Hertha, gdy nie idzie, po prostu spada z ligi. Gdy tylko znajdzie się w okolicach strefy spadkowej, można w ciemno obstawiać, że w nią na koniec wpadną.

W ostatnich latach to jedna z najbardziej beznamiętnych drużyn Bundesligi. Brak w niej wyrazistości, charakteru. Wiem, jakich mniej więcej piłkarzy ściąga Wolfsburg, jakich Mainz, a jakich Augsburg. Można w ciemno mówić czy ktoś będzie pasował do Freiburga czy Moenchengladbach. A Hertha? Pomieszanie z poplątaniem. Jedyne, co można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, to że nikt nie będzie pasować.

Twarz Josa Luhukay’a kompletnie bez wyrazu, gdy jego obrońcy wyczyniali przez cały 2014 rok cuda, dobrze pasowała do tego, co się działo. Tradycyjnie, jako beniaminek rok temu Hertha była rewelacją. Ale tylko jesienią. Wiosną grała już katastrofalnie i ochroniła ją tylko zaliczka z pierwszej rundy. W międzyczasie do klubu przyszły spore pieniądze, pozwalające ściągnąć rozpoznawalne nawet w skali europejskiej postacie. Przecież Johnny Heitinga grał w finale mundialu, Salomon Kalou wygrywał Ligę Mistrzów, Roy Beerens miał za sobą mecze w reprezentacji Holandii, a Valentina Stockera z Basel chciało też parę innych drużyn z Bundesligi. Bo przecież gracze Bazylei mają dobrą markę nie tylko w Niemczech. No i Julian Schieber, w Borussii Dortmund wprawdzie kompletny niewypał, ale wcześniej w Stuttgarcie strzelający na tyle dużo, że kosztował Dortmund więcej niż Robert Lewandowski.

olton

I klapa. Po fatalnym starcie wiosny Luhukay stracił pracę. Zgodnie z nową modą, zatrudniono nie mającego niemal żadnego doświadczenia Węgra Pala Dardaia. Postać w ostatnich latach rozpoznawalną w Hercie. Wulkan energii. Kogoś, kto mógł trochę obudzić tę śpiącą Starą Damę. Pierwsze wyniki nawet na to wskazywały. Ale wczoraj Dardai zebrał pierwszy poważny minus.

Już nie chodzi nawet o remis ze Stuttgartem. Mecz dwóch kandydatów do spadku, do tego na wyjeździe, może się skończyć każdym wynikiem, także remisem. Stuttgart grał o życie, więc jeden punkt z nim można uznać dla Herthy za nawet nie najgorszy wynik. Najgorsze jednak, że berlińczycy nie przyjechali do Stuttgartu po nic innego. W 50. minucie już grali na czas. Stworzyli raptem dwie godne odnotowania szansę. Jedną po strzale z dystansu, drugą po fatalnym błędzie obrońców Stuttgartu. Trudno mówić, by mieli jakiś plan na wygranie meczu. Oni nie nastawili się na kontrataki. Nastawili się na obronę remisu. Gdyby wygrali, byłby to wynik ślepego trafu, a nie zamiaru. W skrócie: jakby ich na mecz szykował Roberto Di Matteo.

Stuttgart nie tylko jest najgorszą drużyną ligi. Jest też najgorszą drużyną w meczach u siebie. Wygrał u siebie w całym sezonie JEDEN mecz. We WRZEŚNIU. Strzelił sześć goli, a stracił 22. Bilans bramek minus szesnaście na własnym boisku. Do tego OSIEM porażek na (do meczu z Herthą) 11 meczów. Z Mercedes-Benz Areny komplety punktów wywoziły nie tylko Bayern czy Wolfsburg, ale też Hoffenheim i Kolonia. Naprawdę Dardai miał podstawy by sądzić, że w Stuttgarcie da się wygrać. Przy okazji pogrążając jednego z rywali na ostatnim miejscu bez kontaktu z kimkolwiek i samemu wychodząc dość wysoko nad strefę spadkową. Zwłaszcza, że Hertha wygrała tylko dwa spotkania na wyjazdach, co też nie jest powodem do dumy. Idealny mecz na podreperowanie bilansu.

Tymczasem wulkan Dardai używał swojej energii, by wściekać się na sędziego, że doliczył aż tyle minut. Doprawdy, nie mogę zrozumieć, jak ktoś prowadzący raptem swój piąty mecz w Bundeslidze, może tak szybko stracić (?) ambicję. Ale udało się, jest remis. Możemy krzyknąć, że Hertha ma to, czego chciała i zrealizowała swój plan.

Ja takiego planu, przepraszam bardzo, nie rozumiem. W wyniku realizacji tego planu może się dać przeskoczyć (po meczu z najsłabszą drużyną ligi!) Hamburgowi, Paderbornowi czy Freiburgowi. OK, akurat tak się składa, że wszystkie trzy grają z trudnymi rywalami i pewnie Hertha pozostanie te dwa punkty nad strefą spadkową. To taka bezpieczna przewaga na 10 kolejek przed końcem, by desperacko jej bronić?

dw

Poza tym Hertha montowała latem skład za duże pieniądze raczej nie po to, by zająć 15. miejsce po żenującej grze, tylko by zakręcić się w bezpiecznym środku tabeli ze wskazaniem na puchary. Tak się składa, że tabela Bundesligi jest niesamowicie płaska. Dardai, gdyby chciał, mógłby się bardzo szybko stać bohaterem. Do miejsca, które pewnie da puchary, Hertha traci osiem punktów. Czyli ten sezon da się jeszcze uratować, a nie tylko fuksiarsko przetrwać, jak wczoraj Hertha.

Dobrze, że podobnej logiki co Dardai nie wyznawał Viktor Skripnik. Sytuacja jest analogiczna, bo Ukrainiec przejmował niemal równie bezjajeczny Werder, po niemal równie beznamiętnym trenerze. Różnica jest taka, że w każdym meczu, niezależnie od klasy rywala, Werder parł po trzy punkty, choć składem nie może się z Herthą na papierze równać. Nie dość, że walka o utrzymanie jest już dla bremeńczyków wspomnieniem, to jeszcze może się zdarzyć, że siłą rozpędu Skripnik te puchary wywalczy. A nawet jeśli nie wywalczy, sympatię i szacunek już dla siebie i swoich chłopaków zyskał. Nawet jeśli przegrywają, to 3:5 z Wolfsburgiem, po meczu, w którym można ich tylko chwalić.

Hertha w ostatnich latach zrobiła bardzo wiele, by zrazić do siebie całe swoje miasto, pół Niemiec i 1/3 Europy. W kwestiach wizerunkowych ma naprawdę wiele do zrobienia. Desperackim graniem na remis w Stuttgarcie tylko się pogrąża.

Dziwny przypadek Armina Veha

veh

Młode szopy-pracze umierają, gdy ktoś wypowiada zdanie: „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Bo nawet jeśli ta rzeka dalej nazywa się VfB Stuttgart, tak jak siedem lat temu, to woda, która płynęła w niej siedem lat temu, już dawno w morzu. Teraz nowa woda.

Że się nie da, wiedział Armin Veh od początku. Po sezonie ciężkiej walki o utrzymanie, był witany jak zbawiciel, zapowiedź lepszych czasów. Lepszych, czyli najlepszych. Takie, które sprowadził na krainę Mercedesów w 2007 roku. Oczywiście, każdy racjonalnie myślący mówił, że przypominanie 2007 roku tylko Vehowi zaszkodzi. Ale kibice są z tych myślących magicznie. A wtedy też nikt się nie spodziewał, że Stuttgart ligę wygra. Więc Veh miał zbawiać, a nie trenować. Sam trener wiedział, że problem jest głębszy i od początku mówił, że Stuttgart czeka trudny sezon.

Vehowi dziwiło się jednak naprawdę wielu. Ten trener nie jeden raz wzlatywał i upadał, ale akurat ostatnio wzlatywał. Rozsypany po spadku z ligi Frankfurt poskładał, awansował, jako beniaminka wprowadził do Ligi Europy, gdzie wyszedł z grupy i pechowo odpadł z Porto. Sezon później – mimo problemów z wygrywaniem u siebie – w ostatecznym efekcie bez większych kłopotów utrzymał w lidze. Po czym ogłosił, że odchodzi, bo brakuje mu sportowych perspektyw we Frankfurcie. Hmm? Trenerzy zabijają się o posadę w Bundeslidze, a ten, będąc w średniaku, ale jednak solidnym, mówi, że mu brakuje perspektywy? Dziwne.

Gdyby był dogadany z Schalke, Bayerem, Wolfsburgiem czy choćby nawet Hoffenheim, dałoby się zrozumieć. Ale pójście do Stuttgartu? Czy naprawdę w Stuttgarcie perspektywy są większe niż we Frankfurcie? Z chaosem organizacyjnym, brakiem klarownej wizji, notorycznie złymi transferami i problemami finansowymi? Któremu Huub Stevens, utrzymawszy go w lidze i zobaczywszy, jakie są perspektywy na kolejny rok, ledwie kilkanaście dni wcześniej odmówił? Bardzo dziwne.

Kiedy zbawicielowi nie szło, na ukrzyżowanie poszedł Fredi Bobic. Oczywiście słusznie, bo wspomniany wyżej chaos to w dużej mierze jego zasługa. Akurat wtedy Stuttgart zremisował w Dortmundzie. Veh miał już zbawiać bez przeszkód. Zwłaszcza, że jego kompetencje się zwiększyły. Klub nie zatrudnił do dziś następcy Bobicia, więc część zadań przeszła do trenera. A to nie jest w Niemczech popularny model. Veh dostał naprawdę sporo władzy.

Jeszcze w piątek żartował, że ostatnie miejsce nie jest takie złe, bo nikt cię przynajmniej nie wyprzedzi. W niedzielę pechowo przegrał z Augsburgiem. I odszedł.

veh2

Znowu – odejście nie tak nawet dziwne, jak jego wytłumaczenie. Trenerzy z powodów finansowych generalnie wolą być zwalniani niż samemu się zwalniać. Niektórzy nazywają podanie się do dymisji honorem, dla mnie to pójście na łatwiznę. Ale gdyby wyszedł i powiedział, że zajrzał w wyniki badań i okazało się, że popełnił szereg błędów w czasie przygotowań, które sprawiły, że drużyna jest niezdolna do gry w Bundeslidze, do tego dokupił złych piłkarzy, a szatnia go nie słucha – zrozumiałbym. A on? „Drużyna nie gra tak źle, jak wskazuje na to miejsce w tabeli, brakowało nam często tylko trochę szczęścia. Jestem pewien, że wkrótce wszystko się odmieni”. Skoro brakuje tylko szczęścia, to czemu nie został? Za długo siedzi w tym biznesie, żeby nie wiedzieć, że pech nie trwa wiecznie.

Nie wierzę w takie wytłumaczenia.

Veh spalił sobie Stuttgart jako miejsce, w którym go wielbią. Veh miał podjąć się misji budowy nowego VfB na lata. A poddał się przy pierwszych problemach. Dziwny trener. Przy wszystkich swoich sukcesach, które przez lata w Bundeslidze uzbierał, miał też masę nieudanych epizodów. Zrezygnował zresztą z posady nie po raz pierwszy. To samo wywinął w Reutlingen i Hansie Rostock. Ale to były Reutlingen i Hansa Rostock, a nie JEGO VfB Stuttgart. Klub, w którym był kimś więcej niż trenerem.

Pouczająca historia. Dla kibiców i dziennikarzy, by zobaczyli, że problemy klubów są często bardziej złożone niż tylko: zły trener, zły dyrektor sportowy. Dla trenerów, by doceniali, co mają. Lepszy Frankfurt w garści, niż Stuttgart w piwnicy.

Dzieciństwo Augsburga

Stuttgart zagrał katastrofalnie – fakt.

Vedad Ibisević zachował się jak idiota, jako kapitan uderzając tak po prostu Callsen-Brackera w twarz – nie ma wątpliwości.

Taka skuteczność, jaką miał Augsburg, prędko się nie powtórzy.

Ale wielkie chapeau bas przed tymi chłopakami, ich trenerem i dyrektorem sportowym. To w tej chwili zdecydowanie najfajniejsza drużyna Bundesligi. Nie najlepsza, nie najbardziej efektowna, nie najlepiej poukładana i nie najbardziej perspektywiczna. Ale akurat w tym momencie człowiek na nią patrzy i gęba mu się śmieje.

I chciałoby się, żeby chwila trwała, bo jest piękna. Augsburg ma osiem meczów bez porażki, Augsburg walczy o puchary, mimo że rok temu był już po pas w 2 lidze. A i tak wiadomo, że lepiej pewnie nie będzie.

Przed Augsburgiem teraz najpiękniejszy czas. Trzeba go docenić. Później przyjdzie czas najciekawszy, który rozstrzygnie, w którą stronę drużyna pójdzie.

Jak zareaguje, gdy pojawi się oferta za Andre Hahna? Przyjmie? Da piłkarzowi podwyżkę? Jeśli da piłkarzowi podwyżkę, to jak zareaguje gdy po podwyżkę przyjdzie też Daniel Baier? I Ostrzolek? I Vogt. Jak zareaguje, gdy po trenera zgłosi się ktoś większy? Czy będzie ściągał bardziej takich Hahnów czy raczej Altintopów?

Augsburg stoi teraz na rozdrożu. Albo da się rozgrabić jak np. Freiburg i za rok będzie stał tam, gdzie dziś Freiburg. Albo będzie się dawał rozgrabić jak Mainz, czyli tak, by zarobić, ale utrzymać dobry poziom sportowy. Najbliższe miesiące rozstrzygną czy Augsburg ustabilizuje pozycję w Bundeslidze czy będzie tylko sympatycznym jednorazowym wyskokiem.

Czas na niczym nieskrępowane hasanie – jak koń Rafał – bez presji, jest właśnie teraz. Taki odpowiednik dzieciństwa. Zawsze się mówi, ciesz się z dzieciństwa, bo jest beztroskie, potem przyjdą problemy, praca, wybory. A wszyscy wiedzą, że najwięcej problemów przynosi czas dojrzewania…

P.S. Dzisiejszy mecz zakończył (póki co, jeszcze tu wrócę!) moje pół roku beztroskiego hasania po niemieckich boiskach. Łącznie zobaczyłem 32 mecze: 19 Bundesligi, cztery 2. Bundesligi, 2 Pucharu Niemiec, po dwa IV, V i VIII ligi. Udało mi się zobaczyć na żywo każdą drużynę Bundesligi, a z zaplanowanych miejsc nie udało mi się pojechać do Mainz. Jest po co wracać.

Teraz czas do kraju tego, gdzie regułą jest dużą/popsować gniazdo na gruszy bocianie

Dośrodkowaniem.

Bayern. Pozbądźcie się wszelkiej nadziei

Przed meczem w Stuttgarcie rozegrała się makabryczna scena. Wisząc na poręczy, na szczyt trybun wciągał się człowiek, który Hindenburga oglądał jeszcze na żywo. Twarz koloru zielono-sinego, widać, że ledwo łapie powietrze. Koszmar. Próbuje go podtrzymywać chyba syn, próbują pomagać ochroniarze, wszyscy oferują swoje miejsca gdzieś niżej. Nie, on ma wykupiony karnet na górze. Gdzie są granice poświęcenia? Nie na żarty się o niego bałem, bo przecież miał szalik Stuttgartu, a było pełne ryzyko, że będzie się miał po spotkaniu z Bayernem czym martwić.

Ten mecz bardziej ukazał siłę Bayernu niż jakikolwiek w tym sezonie Bundesligi.

Gdyby Bayern rozjechał VfB Stuttgart 7-0, jak zrobił to w Bremie, nie byłbym jakoś specjalnie zaskoczony. Stuttgart ma taką obronę, a Bayern taki atak, że nie byłoby to coś szczególnie szokującego.

A tak? Thomas Schneider trafnie zdiagnozował, że najsłabszym punktem jego zespołu jest defensywa, za to ataku nie musi się wstydzić. Wyszedł na Bayern z taktyką z pozoru samobójczą. Podczas gdy wszyscy starają się grać z Bawarczykami pięcioma obrońcami i sześcioma defensywnymi pomocnikami, Schneider wypuścił na boisko dwóch klasycznych napastników, dwóch lepiej atakujących niż broniących bocznych pomocników, a w środku dał jeszcze Moritza Leitnera, który potrafi zagrać otwierającą piłkę.

Niech was nie zmylą statystyki posiadania piłki, które mówią, że Bayern był przez 3/4 czasu na boisku przy piłce. Stuttgart świadomie oddał środek pola, stał bardzo głęboko, ale… grał bardzo ofensywnie. Po to ta czwórka z przodu. Gdy tylko ktoś przejmował piłkę, zaraz wyprowadzał atak, w którym brała udział duża liczba zawodników. To się mogło udać.

Jens Lehmann narzekał ostatnio, że nikt nawet nie próbuje ograć Bayernu, a wszyscy zadowalają się tylko nikłą porażką. Zgadzam się. Od jakiegoś czasu monachijczycy nie wyglądali na zespół nie do pobicia. W każdym meczu rywale marnują sporo sytuacji. Poza tym – skład. Bez Ribery’ego, bez Robbena, bez Schweinsteigera, bez Martineza, z Kroosem słabszym niż zwykle, z irytującym Thiago. Widząc tę determinację Stuttgartu zacząłem wierzyć. Bo oni grali mądrze, bo eksponowali swoje atuty i niwelowali wady. Bo rewelacyjnie grał na środku obrony czołg Ruediger. Bo świetnie bronił Ulreich. A Bayern nie miał dnia.

Remis byłby do przełknięcia, w końcu to też dobry wynik. Ale wygrana w ostatniej minucie po golu nożycami?! Po takim golu?! Tego się nie da zaplanować, lecz to odbiera wszelką nadzieję. Wczoraj przestałem wierzyć, że ktoś w Bundeslidze zatrzyma Bayern. Nie, co by się nie działo, oni dadzą radę. Najwyżej strzelą z przewrotki w ostatniej minucie.

Jak się okazało, nie tylko we mnie wzbudziło to jakieś metafizyczne rozważania. W samochodzie z ekipą Kickera rozmawialiśmy tylko o sprawach filozoficznych. Wszystkich to wpędziło w taki nastrój. Ten gol Thiago był puntem wyjścia do dyskusji czy jest jakaś wyższa instancja, czy jest fatum, że to wszystko nie może być przypadkiem. Że to jest jakiś pakt z diabłem. Przesada? Może. Ale pokazuje, że ludzi, którzy oglądają Bundesligę od 40 lat też ogarnia jakiś lęk, gdy patrzą na ten Bayern.

Nie wiem, co z tym starszym panem. Z punktu widzenia dbałości o jego zdrowie, ten mecz nie mógł się potoczyć gorzej. Ja zresztą uważam, że taki mecz znacznie skraca życie nawet niezaangażowanych osób. Nie, błąd. W takim meczu nie ma niezaangażowanych osób. Taki mecz po prostu skraca życie.

Bayern powinien mieć obwoźny transparent: „Pozbądźcie się wszelkiej nadziei wy, którzy tutaj wchodzicie.” Obecność Dantego w składzie pokazuje, że to nie jest głupi pomysł.

Bundesliga jak mundial. Spożywać w całości

7

Uwaga! Tekst zawiera ulepszacze w postaci dwóch cytatów z Jerzego Pilcha.

Pierwszy przeczytałem wczoraj u Michała Okońskiego. Kradnę: „Jak się ogląda mundial, trzeba oglądać wszystko. Tylko frajerzy oglądają wybrane mecze, tylko oni wiedzą, które wybrać. Dziecinada czysta – na mundialu nie ma meczów mniej ważnych. Ileż to razy, gdy byłem młody i naiwny, opuszczałem jakieś spotkania na oko bezbarwne i na rozum bez znaczenia i zawsze się okazywało, że na tych trzeciorzędnych sparingach działy się rzeczy wstrząsające i niepoczytalne: jakieś monstrualne wyniki, jakieś niebywałe ekscesy, jakieś krwawe porażki stuprocentowych faworytów, jacyś kuwejccy szejkowie na płycie”

Dzisiaj stwierdziłem, że tak samo jest z Bundesligą. Pojechałem na mecz naprawdę daleki od hitowego, ot dwóch średniaków, VfB Stuttgart z Hannoverem i gorzko zapłakałem. Naprawdę już za chwilę będę musiał oglądać na żywo Widzew i Zagłębie Lubin? Wydawało mi się, że Stuttgart zagrał w ofensywie zjawiskowo, ale dziennikarz „Kickera”, który ogląda ich regularnie na żywo, mówi, że owszem nieźle, jednak bywało lepiej. No, to ja już nie wiem, co o tym myśleć.

Sześć goli, w tym trzy w odstępie pięciu minut (ciekawe pytanie zadało wtedy Deutsche Welle na Twitterze: „Czy oni grają w koszykówkę?”). Hannover był niezły, imponowała niesamowita szybkość i siła Dioufa. Co ciekawe, okazało się, że nie warto strzelać gole. Sobiech, zdobywając bramkę, został zahaczony przez Schwaaba (nazwisko) w kolano i mocno cierpiał. Sane zdobywając drugą bramkę został znokautowany przez Ullreicha. Nie dziwota, że się Hannoverowi odechciało dalej strzelać. Cieszy mnie, że Sobiech zaczął wyglądać jak pełnoprawny uczestnik Bundesligi – to znaczy gdy wyskakuje do główki, to zwykle obrońca ląduje na ziemi bez amortyzacji, a gdy się zastawia, to rywal się kładzie. Jak by to powiedział Hardkorowy Koksu: Siła! Sobiech nie będzie gwiazdą na miarę Lewandowskiego, ale ma wszelkie szanse utrzymać się na średnim poziomie Bundesligi (czyli bardzo wysokim!) przez lata. Oby tak było. Poza tym, przyjemność patrzeć na to, jak Marcelo wyprowadza piłkę. Pełen spokój, świetna technika, widać, że Brazylijczyk. To jeden z nielicznych obcokrajowców, którzy po wyjeździe z Polski zrobili karierę. A o Wiśle i tak dalej pamięta. Znajomością najnowszego wyniku mi zaimponował.

Ale co tam Hannover, przede wszystkim zjawiskowy był Stuttgart! Leitner posyłał kluczowe podanie za asystą. Harnik strzelał i asystował. Ibisević do szczupaków fruwał idealnie poziomo (nogi na wysokości tułowia i głowy; wyglądał jak poziomica), ale Werner, Werner, co to jest za dzieciak! Rocznik 1996, więc za moich czasów na podwórku mógłby maksymalnie, ewentualnie biegać nam po piłkę. A tu szybkość, spokój i ta bezczelność. Mija rywali i ich upokarza. Jak mu któryś nie połamie nóg, to będzie kolejnym zawodnikiem ze Stuttgartu który zrobi wielką karierę. Dla mnie młodzi z Schalke (Draxler, Meyer) są fajni, ale Werner jest zjawiskowy.

Podpytałem przy okazji to tu to tam o Dominika Furmana, bo w mediach pojawiało się, że Stuttgart ma go zimą kupić. Otóż nikt tu o nim nie słyszał, a gdy podałem cenę ok. 3 milionów euro i dodałem, że nie jest specjalną gwiazdą ekstraklasy, to powiedzieli, żebym zapomniał. Gdyby był do wzięcia za darmo i przy tym czarował w lidze, to może by była szansa. Ale Stuttgart jest za biedny, by płacić za byle kogo 3 miliony euro. Bardzo ciepło wspominają za to Radosława Gilewicza, choć raczej za to jakim był człowiekiem, niż piłkarzem.

Czy ja napisałem Stuttgart jest za biedny? Cóż, wszystko na stadionie i wokół bije przepychem. Centrum Mercedesa wokół stadionu, wszędzie Mercedesy, gdy pada gol w innym meczu, w Stuttgarcie rozlega się trąbienie Mercedesa. Nie widziałem jeszcze wszystkich stadionów Bundesligi, ale na tych, które widziałem – włącznie z Allianz Areną – nie ma takiego komfortu pracy dla dziennikarzy. Telewizory z 15-sekundowym opóźnieniem pokazują na każdym stanowisku cały mecz. Nie ma już opcji, by – jak w Polsce – dogadywać się „to piszemy wszyscy, że to był Witold Cichy. Nikt się nie wyłamuje, ok?”.

Wyobrażam sobie, że tak jak Mercedes Arena będzie kiedyś wyglądał Stadion Śląski, o ile go ukończą. Przejeżdżam koło budowy i rozwiązania wyglądają podobnie. Z bliska wygląda to mało efektownie, ale z daleka ten podwieszany dach robi wrażenie.

4

Tak, w Bundeslidze trzeba oglądać każdy mecz. Kto patrzy tylko na Dortmund i Bayern, życia nie zna.

* * *

A wczoraj byłem w Norymberdze na meczu z Mainz i – tu drugi prawie cytat z Pilcha – „Nie wiedziałem, że Norymberga jest takim Podbeskidziem”. Tak, ten klub, mimo że nie żywię do niego sympatii, zapewnia mi tu w Niemczech odpowiednią dawkę uczuć, które znam od dziecka, a teraz mogę oglądać z zewnątrz i współczuć. Cholernie zimno, śnieg, że nic nie widać, 14 meczów bez zwycięstwa na „początku” sezonu, o jeden mecz od rekordu wszech czasów. A przecież nie miało być źle. Poprzedni rok był całkiem udany. Jak na warunki Bundesligi, stadion pusty, tylko 31 tysięcy. Po drodze, w pociągu, nie ma żadnych śpiewów, jak zwykle. Wszyscy idą jak na ścięcie.

1

Znam doskonale ten mechanizm. Tydzień temu byli w Leverkusen i patrzyli, jak Bayer ich łomocze trzema bramkami. Wychodzili ze stadionu i mówili sobie, że już nigdy się nie pojawią na stadionie i zapiszą się do kółka modelarskiego. Dzień później niechętnie obejrzeli powtórki i stwierdzili, że może nie nigdy, ale w tym sezonie to już na pewno. W poniedziałek poszli do pracy, pomyśleli o czymś innym, koło środy zaczęli myśleć, że w sumie można by ostatni raz, w czwartek zdecydowali, że pójdą, ale bez żadnej nadziei i emocji – chcą po prostu na chłodno obejrzeć mecz.

Siedzą więc tacy chłodni, oblepieni soplami i w 4. minucie Norymberga strzela gola. Najgorsze co może być. Zapominają o wszystkim, drą się, cieszą, wierzą, gęby im się śmieją. Dalej, na nich! Norymberga marnuje kolejną sytuację i następną, sędzia się myli na jej niekorzyść, obrońcy wybijają z bramki. W 60. minucie wiem już dokładnie, jak to będzie – zaraz dostaną gola. Jeśli ktoś taki ma się przełamać, musi wygrać 3, 4-0. Jeśli trzyma 1-0 do końca, to zawsze straci. Głowa. I w 75. minucie Mainz wyrównuje. 1-1. 15. mecz bez zwycięstwa. 31 tysięcy ludzi stwierdza, że już nigdy nie pójdzie na stadion…