Który sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy (i dlaczego nie drugi)?

calculator-723917_640

W czołowej ósemce ekstraklasy jest po rundzie jesiennej dwóch zeszłosezonowych beniaminków – Bruk-Bet Termalica Nieciecza i Zagłębie Lubin. Leicester City został mistrzem Anglii w drugim sezonie po awansie do Premier League. A jednak jedna z obiegowych, odwiecznych „prawd” futbolu mówi, że dla beniaminka najtrudniejszy jest drugi sezon po awansie. Powtarzają to trenerzy, piłkarze i eksperci przed rozpoczęciem każdego sezonu. Tłumaczy się, że od razu po awansie drużyny „na fantazji” i „efekcie zaskoczenia” notują często wyniki ponad stan, później euforia opada, rywale uczą się grać przeciwko nowym przybyszom, wreszcie najlepsi piłkarze zostają rozkupieni przez bogatszych i w drugim sezonie po awansie wszystko się rypie. Tak powtarzamy. A czy naprawdę się rypie? Prześledziłem losy wszystkich beniaminków ekstraklasy i pięciu najsilniejszych lig europejskich w XXI wieku, by sprawdzić, czy to, co notorycznie powtarzamy, ma coś wspólnego z rzeczywistością.

 Nie ulega wątpliwości, że beniaminkowie generalnie nie mają lekko. Blisko połowa z nich (46%), opuszcza ligę w ciągu dwóch sezonów od awansu. Z drugiej strony, ta szklanka jest też do połowy pełna. 54% z nich gra w najwyższej lidze przez przynajmniej trzy sezony. Trzeba zaznaczyć, że te statystyki znacząco zawyża polska ekstraklasa. Funkcjonuje u nas powiedzenie, że trudniej awansować do ekstraklasy, niż się w niej utrzymać. I tylko w polskich warunkach takie powiedzenie ma rację bytu. Liczby pokazują wyraźnie, że różnica pomiędzy dwiema najwyższymi klasami rozgrywkowymi jest w Polsce relatywnie najniższa.

 Fałsz: Drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy

 Obiegowa prawda dramatycznie nie zgadza się z rzeczywistością. W żadnej z sześciu badanych lig, drugi sezon po awansie nie był najtrudniejszy. W każdej z nich, zdecydowanie najtrudniej przetrwać pierwszy rok. W Polsce 18% beniaminków od razu spada z ligi. To niedużo, ale w żadnym innym sezonie „śmiertelność” nie jest tak wysoka. W Europie widać to jeszcze wyraźniej. We Włoszech i w Hiszpanii blisko 1/3 klubów spada tuż po awansie (29%), w Niemczech i Francji odpowiednio 37 i 39%, a w Anglii aż w 40% przypadków rok po euforii, jest stypa. Wniosek: jeśli ktoś zamierza ugruntować pozycję w lidze, największą czujność powinien zachować tuż po największym sukcesie. Element zaskoczenia, „powiew świeżości” i inne bajki ekspertów, zwykle się nie sprawdzają.

 Prawda: Dla tych, którzy przetrwali pierwszy sezon, drugi jest trochę trudniejszy

 To prawda, choć nie aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Kto już przetrwał pierwszy sezon, jest na najlepszej drodze do sukcesu. W drugim roku po awansie, procent spadkowiczów spada. W Europie widać to drastycznie – we Francji z 39% do 11%, w Anglii z 40% do 16%, W Hiszpanii z 29% do 16%, we Włoszech z 29% do 16%, a w Niemczech z 37% do 12%. W Polsce różnica między pierwszym a drugim sezonem jest minimalna. 16% drużyn w XXI wieku spadało w drugim sezonie po awansie, czyli o jeden punkt procentowy mniej niż w pierwszym. O ile jednak degradacje w drugim roku po awansie są stosunkowo rzadkie, o tyle zwykle faktycznie drugi sezon jest trochę gorszy. 57% drużyn w drugim sezonie po awansie obniża formę, a 36% ją poprawia. Różnica jest wyraźna, choć nie tak drastyczna, jak mogłoby się wydawać. Przypadki typu Bruk-Bet czy Leicester to jednak mniejszość. Leicester był o tyle większym fenomenem, że w Anglii zwykle w drugim sezonie trudność rośnie najbardziej. Aż 2/3 klubów pogarsza wtedy swoje rezultaty. W Hiszpanii i w Niemczech ten odsetek jest najniższy i wynosi 52%. Nieciecza jest o tyle typowa, że aż 42% polskich beniaminków, w drugim sezonie po awansie się poprawia. Czyli w Polsce drugi sezon, choć też trudny, jest stosunkowo najłatwiejszy.

 Kto przetrwa drugi sezon, jest już w domu

 Można tak powiedzieć. 58% beniaminków Premier League spada z niej w ciągu dwóch lat od awansu. W innych ligach ten odsetek kręci się w okolicach połowy. W Polsce w ciągu dwóch lat spada 27% klubów. Stosunkowo najłatwiej wejść do ekstraklasy i pozostać w niej na długie lata. W Polsce ponad połowa beniaminków zostaje w lidze na przynajmniej cztery sezony, a ponad 1/3 na minimum pięć sezonów.

 Absolutni beniaminkowie mają przekichane

 W terminologii piłkarskiej funkcjonuje określenie „beniaminek tylko z nazwy”. Chodzi o klub, który teoretycznie rozgrywa pierwszy sezon po awansie, ale w praktyce nikt go jako beniaminka nie traktuje, bo jego nieobecność w lidze była tylko incydentalna. Jeśli chodzi o beniaminków absolutnych, którzy nigdy wcześniej nie grali w elicie, trudność pierwszego sezonu jeszcze wzrasta. 43% absolutnych beniaminków spada z ligi od razu w pierwszym sezonie (wśród wszystkich beniaminków 32%), a aż 58% opuszcza ligę po maksymalnie dwóch sezonach (wśród wszystkich beniaminków 46%). Najtrudniej mają nowi przybysze we Francji, bo aż 3/4 z nich spada z Ligue 1 od razu, a najłatwiej – o dziwo – w Premier League. W XXI wieku żaden absolutny beniaminek ligi angielskiej, nie spadł z niej w swoim pierwszym sezonie. W Polsce nowym też nie jest łatwo. W XXI wieku w ekstraklasie zagrało dziewięciu kompletnych nowicjuszy – Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Szczakowianka Jaworzno, RKS Radomsko, Piast Gliwice, Korona Kielce, Górnik Łęczna, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Cztery pierwsze drużyny spadły od razu w debiutanckim sezonie (45%), po dwóch sezonach „śmiertelność” wynosi już 62,5%. Żaden XXI-wieczny beniaminek nie wytrwał w lidze dłużej niż pięć sezonów z rzędu (Górnika i Koronę wycięły korupcyjne degradacje). Najdłużej walczyło Podbeskidzie, które spadło w piątym sezonie po awansie. W Polsce brakuje póki co przykładów takich jak za granicą, gdzie nowicjusz Hoffenheim gra w Bundeslidze już dziewiąty sezon, a Augsburg szósty, Getafe spędziło w La Liga dwanaście sezonów z rzędu, a Wigan Athletic osiem lat w Premier League. A to nie wróży dobrze Bruk-Betowi Termalice Nieciecza. Z każdym kolejnym rokiem obecności w ekstraklasie, prawdopodobieństwo jego spadku będzie rosnąć. Historia pokazuje, że pierwszy awans do ekstraklasy służy otrzaskaniu się z elitą, a dopiero drugi może dać prawdziwą, wieloletnią stabilizację wśród najlepszych.

Premier League. Liga trenerów

Żyjemy w epoce trenerów. Jeszcze nigdy nie poświęcano im tyle miejsca. Najlepsi zarabiają na poziomie gwiazd swoich drużyn, co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. O trenerskie megagwiazdy walczy się jak o najlepszych zawodników,  coraz więcej ma dbających o ich interesy agentów. Trenerzy potrafią polaryzować kibiców. O preferowanych przez nich stylach gry, internety na całym świecie zajadle dyskutują przez 365 dni. Jeszcze nigdy w historii futbolu trenerzy nie znaczyli tak wiele. Ci najwięksi, potrafią nie tylko po cichu wygrywać, ale jeszcze o tym opowiadać, „sprzedać” swoją historię sukcesu, swój wizerunek. Odpowiedź na pytanie Mourinho czy Guardiola w szczytowym okresie ich rywalizacji wykraczała już daleko poza futbol i dotyczyła wyznawanych wartości.

Premier League wykazuje największą moc przyciągania trenerskich supergwiazd.To zjawisko wyjątkowe. Dyskusja o wyższości jednej ligi nad drugą jest czysto akademicka i trudno znaleźć obiektywne argumenty mierzące atrakcyjność danych rozgrywek w porównaniu do innych. Wiadomo jednak, że największe ligi świata w gruncie rzeczy aż tak bardzo się od siebie nie różnią. Największe pieniądze są w Premier League, a mimo to najlepiej gra się w piłkę w La Liga, co potwierdzają co roku europejskie puchary. Mimo gigantycznej rynkowej przewagi Anglii, wcale nie ma tam nagromadzenia najlepszych piłkarzy świata. Gdy spojrzeć na tegoroczną listę nominowanych do Złotej Piłki, okaże się, że zdecydowanie najwięcej, bo aż 11 zawodników zarabia na co dzień w lidze hiszpańskiej, Bundesliga i Premier League mają po pięciu reprezentantów, a Serie A i Ligue 1 po jednym. Jeśli chodzi o piłkarzy, talent na kontynencie rozkłada się więc w miarę równomiernie.

Jeśli chodzi o trenerów, przewaga ligi angielskiej zaczyna się robić miażdżąca. Trenerski talent oczywiście trudno zmierzyć, ale na pewno żadna inna liga nie ma tak wielkiej mocy przyciągania trenerskich osobowości, jak Premier League. Co tydzień, najbardziej pasjonującymi historiami wydarzającymi się w Anglii są zderzenia nie na boisku, ale te wykreowane starcia generałów przy ławkach.

Pracuje w Anglii Arsene Wenger, jeden z największych oryginałów wśród światowych trenerów, fachowiec niewątpliwie budzący emocje i kontrowersje. Przyciągnęła Premier League Juergena Kloppa, choć o tym, by Niemiec objął ich drużynę, marzyli kibice każdego klubu świata. Angielskie media nie kochały tak mocno nikogo od czasów pierwszego przybycia Mourinho na wyspy. Przygarnęła Anglia Louisa Van Gaala, postać budzącą takie emocje, że nawet w odległym kraju, uznawany za elokwentnego i spokojnego publicysta, zapytany o niego przed kamerą używa słów: „kawał bufona, z chamską, prymitywną twarzą”. Także w swoim kraju Van Gaal raczej dzieli niż łączy. Odpowiednikiem Kloppa, tylko na mniejszą skalę, można uznać Slavena Bilicia, zachowującego się przy linii w bardzo podobny sposób, co Niemiec i nie tylko mówiącego o graniu heavy metalu, ale samemu go grającego. A są jeszcze rozpoznawalny w całej Europie jako „70-latek, który nigdy nic nie wygrał”, specjalista od wicemistrzostw Claudio Ranieri, kojarzony głównie z boiska Ronald Koeman czy trochę przykurzony, ale wciąż uznawany za wielkiego fachowca Guus Hiddink.

A to przecież dopiero początek. Nikt bowiem nie ma wątpliwości, że Pep Guardiola będzie od lata pracował w którymś z angielskich klubów. Nikt nie wątpi, że znajdujący się na chwilowym bezrobociu Jose Mourinho, pracę znajdzie właśnie na Wyspach. Na ten moment najbardziej prawdopodobne wydaje się, że stojący na dwóch biegunach trenerzy, wylądują w tym samym mieście. A to historia, przyznacie, aż nazbyt westernowa. Raczej prędzej niż później wyląduje też w Anglii Diego Simeone, współczesny odpowiednik młodego Mourinho. I okaże się, że wszystkie największe trenerskie postaci, mające kontynentalną skalę oddziaływania, pracują w jednej lidze.

Bundesliga latem straci swoją jedyną postać w tym stylu, czyli Pepa Guardiolę. Jego następca, Carlo Ancelotti, to oczywiście fachowiec wybitny, być może najlepszy na świecie, ale jednak nie wywołujący u kibiców dreszczyku emocji, słynący z kompromisów i spełniania widzimisię właścicieli. Włoch na pewno nie będzie – jak Katalończyk – wywoływał dysput na temat tego czy jest wizjonerem czy przereklamowanym trenerem, który przejmuje samograje. To raczej przedstawiciel jeszcze poprzedniej epoki, ktoś jak Hiddink czy Del Bosque, raczej usuwający się w cień i pozwalający błyszczeć swoim piłkarzom. Innych trenerskich osobowości o skali kontynentalnej w Bundeslidze nie znajdziemy. Potencjał na taką ma Thomas Tuchel, ale potrzebuje do tego spektakularnego sukcesu międzynarodowego, a prowadzący inne czołowe kluby – Andre Schubert z Gladbach, Andre Breitenreiter z Schalke, Roger Schmidt z Bayeru czy Dieter Hecking z Wolfsburga, to dla osób nie tkwiących w Bundeslidze po uszy, trenerskie anonimy.

W Hiszpanii, trenerskim celebrytą jest niewątpliwie Simeone, ale nie długo się już w La Liga utrzyma. Zaskakująco cicho świat przyjmuje Luisa Enrique. Kilka lat temu popisy młodego Messiego, Henry’ego, Eto’o, Iniesty czy Xaviego wywoływały teksty o geniuszu Guardioli, aktualnie popisy Messiego, Neymara i Suareza, większe niż za czasów Guardioli, nie wywołują głosów o wielkości Luisa Enrique. O trenerze Barcelony, najlepszej przecież drużynie świata, raczej nie marzą trenerzy innych wielkich klubów na świecie, a gdyby ktoś miał do wyboru zatrudnienie jego albo Guardioli, to nawet by na Enrique nie spojrzał. W Madrycie z kolei pracuje Rafael Benitez, jeszcze kilka lat temu uznawany za człowieka z absolutnego trenerskiego topu i wywołujący skrajne emocje. Dziś, po niespecjalnie udanych pobytach w Interze, Chelsea i Napoli, dostaje na światowym poziomie być może ostatnią szansę i głównie zawodzi, a emocje wywołuje przeważnie negatywne. Serie A z kolei straciła już kilka lat temu kontynentalną siłę oddziaływania, której francuska Ligue 1 nigdy nie miała. Trenerami są w obu ligach często fachowcy nie gorsi niż gdzie indziej, ale dla osób nie siedzących w tych ligach anonimowi.

Głosy o finansowej sile Premier League, grożącej europejskim monopolem i skupieniem wszystkiego, co w futbolu najlepsze, na Wyspach Brytyjskich, od lat są przesadzone. Dopóki Anglicy nie nauczą się z sensem szkolić piłkarzy i wydawać pieniędzy, reszta Europy, która robi to lepiej, jest bezpieczna. Ale wielkich trenerskich postaci trudno Premier League nie zazdrościć.

Niebezpieczne związki. Romans, który zatrzęsie futbolem

inzaghi

Chętnie eksponowane krągłości włoskich kobiet wywindowały lata temu telewizję Rai do rangi imperium, a jej założyciela Silvia Berlusconiego do rangi imperatora. Chętnie zapraszane do posiadłości Berlusconiego włoskie krągłości utopiły też w końcu jego karierę polityczną , choć czy na zawsze, wcale z Włochami nie wiadomo – wszak do typów w stylu Silvia – i do Silvia konkretnie – mają słabość. Nawet jeśli dziś wydaje się, że już przebrzmiałą. Teraz rewolucję seksualną wznieca we Włoszech jego córka. Konsekwencje dla światowego futbolu – trudne do oszacowania.

Świat zaczął się chwiać w posadach w 2011 roku, gdy 26-letnia wówczas Berlusconi wyciągnęła ręce po młodego napastnika Milanu Aleksandra Pata. Romans ówczesnej pani wiceprezes z ówczesnym napastnikiem, kazał zastanowić się: w którą stronę ten świat do cholery zmierza? Jasne, romanse już nie jedno królestwo obalały, ale akurat w futbolu siłę oddziaływania miały dotychczas dość skromną. Mogły co najwyżej niszczyć kariery piłkarzy lub stosunki pomiędzy kolegami z drużyny. Pierwszy raz – w tak wielkim klubie przynajmniej – doszło do sprawy na taką skalę. To przestało być pudelkowe zajmowanie się tabloidów, kto z kim sypia i wścibskie zaglądanie do sypialni. To kazało zadać zasadnicze pytania o funkcjonowanie wielkiego klubu. Jak będą wyglądały kontraktowe negocjacje? Jak kochanek pani wiceprezes i córki właściciela klubu będzie traktowany w szatni? A jak będzie się do niego odnosił trener, czujący, że jego posada wisi na włosku? Sam fakt, że pytania te zadawał nawet Rafał Stec, świadczy o doniosłości sprawy.

Minęło parę lat. Kochliwego Pata nie ma już w Europie, związku z panią Berlusconi też już nie ma, sama pani Berlusconi podskoczyła do funkcji dyrektor zarządzającej, odsunąwszy w białych rękawiczkach jednego z twórców potęgi współczesnego Milanu – Gallianiego, a swoje matrymonialne zainteresowania przerzuciła poza futbol. Świat znów wrócił do porządku. Jeśli zajmował się zgubnym wpływem kobiet na futbol, to tylko dlatego, że reporterka klubowej telewizji Crvenej Zvezdy Belgrad była zbyt seksowna, a pani kierownik Legii nie złapała regulaminu UEFA. Błahostki nie warte uwagi.

Aż gruchnęło znowu, ze zdwojoną siłą. Znów pani Berlusconi, znów przecierając niebezpieczne szlaki. To jeszcze nieoficjalne i niepotwierdzone, zresztą oficjalne pewnie długo nie będzie. Włoskie media trąbią jednak o kwitnącym romansie Barbary Berlusconi z TRENEREM MILANU Filippo Inzaghim. Sami zainteresowani sprawę zdementowali, ale to akurat ani niczego nie potwierdza, ani niczemu nie zaprzecza.

berlusconi

Znów – nikomu do łoża nie zaglądam. Myślę tylko o toczonym przez chaos, sprzeciętniałym, ale przecież wielkim klubie, w którym może znów trzeba będzie za jakiś czas zwolnić trenera albo wbrew jego woli sprzedać najlepszego zawodnika, by ratować klubowy budżet. Albo trzeba będzie trenerowi dać podwyżkę, by go zatrzymać. Albo zdecydować czy puścić go gdzie indziej. Jak będą się odbywać te negocjacje? Gdzie? Na jakich zasadach? Pytania są te same, co w przypadku romansu z zawodnikiem. Ale jednak w większej skali. Bo trener to jednak trener.

Choć powoli i opornie, wpuszczanie kobiet do świata piłki idzie coraz sprawniej. Coraz częściej nawet udaje się powstrzymać seksistowskie docinki i niewybredne komentarze. Nikomu nie przyszło już do głowy, że pani prezes Pyżalska mogła mieć romans z trenerem Baniakiem. Bo niby dlaczego? Praca jak praca, nie z każdym trzeba mieć romans. Barbara Berlusconi każe zachowywać w takich sytuacjach czujność i nigdy nie lekceważyć czynnika damsko-męskiego. Barbara Berlusconi wykonuje, że się tak wyrażę, bardzo złą robotę dla wyrównania proporcji płciowych w futbolu. Barbara Berlusconi po raz kolejny przeciera szlak, który może całkowicie zmienić i jeszcze bardziej skomplikować to niby proste i niewymyślne bieganie za piłką, całkowicie wywracając relacje panujące w klubach piłkarskich.

Ale jest jeszcze nadzieja, że to przypadek, który mógł się wydarzyć tylko we Włoszech. O kochliwości tamtejszej ludności powiedziano już wszystko, ale i tak za mało. Podupadającemu włoskiemu futbolowi zaczęła nagle zagrażać nowa, śmiertelna choroba. Przenoszona drogą płciową.

Gianluigi Buffon chce grać w Bundeslidze!

buffon

Wiedziałem, że najlepsi piłkarze świata różnią się od zwykłych zjadaczy tostów pod wieloma względami, ale nigdy nie wpadłem na to, że różnice dotyczą także takich błahostek. Ot, oni widzą swoje partnerki najpierw bez ubrań, a potem dopiero w ubraniach. Większość ma chyba odwrotną kolejność.

Wydawnictwo SQN przysłało mi autobiografię Gianluigiego Buffona. Żeby być uczciwy i wobec nich i wobec was, przyjąłem zasadę, że nie napiszę tylko o tych książkach, w których nie ma ani jednego ciekawego zdania. O książce „Numer 1″ więc piszę, bo choć nie rzuciła mnie na kolana, to jednak czegoś można się z niej dowiedzieć.

Trochę mi głupio, że po przeczytaniu Buffona dzielę się refleksją nie na temat ustawiania między słupkami, a okolicznościami poznania modelki Aleny Seredovej, którą to Czeszkę Włoch najpierw zobaczył nagą na witrynie sklepowej, a potem dopiero na żywo. Drobiazg.

Włoski oryginał ukazał się już parę lat temu, jeszcze przed mistrzostwami świata w RPA, ale Buffon więcej ciekawego i tak przeżył wcześniej. Bramkarz stara się robić wrażenie swojego chłopa, nie żadnej gwiazdy, ale oszczędza czytelnikowi motywów znanych z „Szamo”, „Kowala” czy Paula Mersona. Ot, opowiastki o tym jak zaspał na samolot albo jak o mało nie dostał lania od kibiców Fiorentiny. Sprawia wrażenie, że puszcza do czytelnika oko, ale w taki sposób, żeby nie zburzyć swojej legendy.

Ale nie wiedziałem, że profesjonalni piłkarze też zbierają naklejki do albumów Panini. Nie wiedziałem też, że Buffon w 1993 roku przegrał finał mistrzostw Europy do lat 16. z… Polską. To cokolwiek szokujące. Z jednej strony Kukiełka, Radomski, Wyczałkowski, Magiera, Szymkowiak. Z drugiej Buffon. I wygrywają nasze orły, co do dziś Włoch przeżywa. Albo że w czasie wygranego mundialu w 2006 Włosi cały czas grali w ping-ponga (też lubię). Buffon cały czas przegrywał z Simonem Baronem. „Któregoś dnia wykończył mnie zagraniem na kant stołu. Ze złości kopnąłem z całej siły w szklany witraż obok i rozbiłem go na drobny mak. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że mogłem przecież w tak głupi sposób nabawić się urazu. Kiedy tak stałem, nie wiadomo skąd zjawił się Lippi. No, zgłupiał do reszty – powiedział”. Wyobrażacie sobie, jak potoczyłaby się historia świata, gdyby Buffon przy graniu w ping-ponga na mundialu doznałby kontuzji, eliminującej go np. z finału?

Ciekawe też, że Buffon wstydzi się, że podkablował na Zidane’a po wiadomym strzale z byka. „Byłem jedyną osobą na boisku, która widziała, jak Zidane uderza Materazziego. Od razu pobiegłem do sędziego liniowego i o wszystkim mu powiedziałem. Fakt, nie był to zbyt sportowy gest z mojej strony, nie w moim stylu – dlatego nie jestem z niego dumny. Złożyło się na niego kilka czynników: zbyt duża presja, zbyt dobrze grający Zidane, zbyt trudna sytuacja naszej drużyny i zbyt wielka pokusa, by dostał czerwoną kartkę i na ostatnie minuty meczu zniknął z boiska. Nie potrafiłem tego powstrzymać”. Cóż, Włochem się nie bywa, ale się jest…

Największy hit znalazłem jednak na końcu. Gianluigi Buffon wśród drużyn, w których chciałby grać, wymienia jeden z zespołów Bundesligi. Mówi o nim: „Ta długa i skomplikowana nazwa klubu zawsze mnie intrygowała”. Czytelnikowi, który jako pierwszy wpisze na FANPAGE’u Z nogą w głowie nazwę tego niemieckiego klubu, w którym chciałby grać Buffon, wyślę egzemplarz jego autobiografii. Czas, start.

Prowizorka nad Adriatykiem

Stadion, jak to we Włoszech, nie powala na kolana

Kiedy zaczynałem się zabierać do tekstu o AC Cesena, beniaminku włoskiej Serie A, drużyna była rewelacją rozgrywek, miała na rozkładzie Milan, zremisowała na wyjeździe z Romą. Tak się złożyło, że notkę klecę dopiero w listopadzie, a Cesena już jest w strefie spadkowej, nie wygrała od września i wszystko układa się jak najgorzej. Spieszmy się o nich pisać, tak szybko spadają?

Gdy tak czytam i oglądam zdjęcia, myślę, że mieszkańcom Ceseny niczego do szczęścia chyba nie brakuje. Żyją sobie w małym, 92-tysięcznym miasteczku w regionie Emilia-Romania, gospodarczo wielkich problemów nie ma, bo turyści zawsze chętnie przyjeżdżają, wszak do wybrzeża Adriatyku jest stamtąd tylko 15 kilometrów. Wreszcie kibice piłkarscy nie muszą już zwieszać nosów na kwintę – ich zespół powrócił do najwyższej ligi po 19 latach przerwy, a w ostatnich dwóch sezonach, notował dwa awanse.

Chwile chwały, powstałego w 1940 roku klubu, przypadają na lata siedemdziesiąte. W roku naszego Wembley, „Koniki Morskie” zadebiutowały w Serie A. W pierwszym sezonie zajęły zaskakująco dobre 11. miejsce, ale jak się okazało nic to przy tym, co zrobiły rok później. Cavallucci Maroni (czyli te morskie zwierzęta pociągowe) uplasowały się na szóstym miejscu i awansowały do Pucharu UEFA. Tego nikt się nie spodziewał, łącznie z władzami i kibicami klubu. Spowodowało to, że Cesena kompletnie nie była przygotowana do walki na trzech frontach (liga, puchar, europejskie rozgrywki), odpadła z wschodnioniemieckim Magdeburgiem po porażce w dwumeczu 3-4. Nie to było jednak najgorsze – ważniejszy był spadek z Serie A, okraszony wielkim hukiem. Wrócili dopiero w 1981, a łącznie mają na koncie 11 sezonów w najwyższej lidze.

Ostatnią wielką szansę na grę w elicie, miała Cesena w 1994 roku, kiedy grał w niej m.in. bramkostrzelny Dario Huebner, jednak „Bianco-neri” odpadli w play-offach, a chwilę później zlecieli do trzeciej ligi. Kompletnie nieudane lata 90. zakończyła śmierć w wypadku samochodowym jednego z zawodników – Paulo Martelliego. Od tego czasu jego numer 21 jest zastrzeżony. Podobnie zresztą jak 12, które zostało oddane w hołdzie kibicom, którzy są ponoć 12. zawodnikiem Ceseny.

Dzisiejszy skład charakteryzuje się jedną niebezpieczną rzeczą. Niby grają w nim nieźli zawodnicy, ale wszystko to tymczasowe. Aż dziesięciu piłkarzy (!) jest do Ceseny wypożyczonych. Tymczasowo barwy beniaminka bronią m.in. Igor Budan, chorwacki napastnik, dla którego jest to już ósme (!) wypożyczenie w karierze czy Maximiliano Pellegrino, młodszy brat Mauricio Pellegrino, argentyńskiego obrońcy Valencii, który w finale Ligi Mistrzów 2001r. nie strzelił karnego. Inni warci uwagi piłkarze to Stephen Appiah, etatowy reprezentant Ghany, były gracz Juventusu Turyn, Erjon Bogdani, jeden z najlepszych albańskich futbolistów, czy wreszcie Chilijczyk Luiz Jimenez, który grał w naprawdę porządnych klubach, jak Inter Mediolan, Lazio, West Ham oraz Fiorentina, jednak nigdzie się nie przebił. Większe sukcesy odniósł na niwie pozasportowej – ożenił się z chilijską modelką, która w styczniu urodziła… trojaczki. Jednym z najstarszych zawodników w Serie A jest legendarny bramkarz Francesco Antonioli. Urodzony 14 września 1969 roku, jest jedną z ostatnich pozostałości lat 60. w lidze włoskiej. Najbardziej słynął z gry w Romie, w której zagrał ponad sto meczów. W tym też okresie pojechał na Mistrzostwa Europy do Belgii i Holandii, gdzie Włosi wywalczyli srebro. Antonioli jest więc ewenementem, który nie zaliczył w kadrze nawet debiutu, ale „zdobył” medal wielkiej imprezy.

Z Ceseny, która powstała jeszcze w czasach etruskich, pochodziło dwóch papieży – Pius VI i Pius VII. Urodziła się tam Nicoletta Braschi, żona reżysera Roberto Benigniego, pierwsze kroki stawiał w tym mieście piłkarz Milanu Massimo Ambrosini. Pomoc duchownych, ludzi kultury oraz sportu raczej nie pomoże zawodnikom Massimo Ficcadentiego, dla którego jest to pierwsza praca w Serie A, w utrzymaniu w lidze. A jeśli spadną do Serie B, to problemy mogą się dopiero zacząć, wszak 10 wypożyczonych zawodników sprawia, że nikt w Cesenie nie może być pewny jutra.