Kto wygrał, a kto przegrał na ligowej farsie

Przez lata ekstraklasa pracowała sumiennie na podmiejskich stacjach benzynowych na wizerunek ligi, w której główne rozstrzygnięcia zapadały wszędzie tylko nie na boisku. Od wybuchu afery korupcyjnej, trwało mozolne odbudowywanie ubabranego w błocie wizerunku. Każdym kolejnym czystym – miejmy nadzieję – sezonem powoli liga pracowała sobie na zaufanie. Ekstraklasa S.A., kluby, telewizja czy PZPN działaniami PR-owymi zrobiły wiele dla opakowania tej ligi w jak najlepszy możliwy sposób. 10 lat po wybuchu afery korupcyjnej, coraz bardziej się o niej zapominało, coraz mniej było zatrzymań. Coraz rzadziej na trybunach śpiewało się „jeb..ć PZPN”, coraz rzadziej żartowano, że ktoś coś załatwił pod stołem, coraz rzadziej zdarzały się „niedziele cudów”. Polscy sędziowie zaczęli nawet brać udział w ważnych europejskich meczach. Opowiadanie starszych o tamtych czasach zaczynało brzmieć jak abstrakcyjne opowieści, w stylu „a potem poszliśmy na kremówki…”. Na trybunach zaczynało coraz gęściej zasiadać pokolenie, które „Piłkarski poker” traktowało jak „Rejs” czy „Misia”.

Niestety, minione cztery dni zrujnowały dziesięć lat ciężkiej pracy wielu ludzi. Ruch miał prawo czuć się poszkodowany, bo w trakcie rozgrywek stracił zdobyty na boisku punkt, Jeszcze w piątek rano nie istniała matematyczna możliwość, by został wyprzedzony przez Podbeskidzie, a w sobotę wieczorem został przez nie wyprzedzony. Podbeskidzie ma prawo czuć się poszkodowane, bo wychodząc w sobotę na boisko wiedziało, że jeśli Lechia wygra z Ruchem 2:0, Jagiellonia i Wisła nie wygrają swoich meczów, a samo pokona Termalikę 2:0, to awansuje do grupy mistrzowskiej. Zrobiwszy swoje, miało pełne prawo czuć, że awansowało do grupy mistrzowskiej. Zwłaszcza po tym jak Ekstraklasa SA. potwierdziła jego zwycięstwo nad Ruchem w klasyfikacji fair play. Gdyby w środę o losie którejś z drużyn zadecydował Trybunał Arbitrażowy, ktoś na pewno czułby się poszkodowany. Ale też ten ktoś mógłby czuć, że o jego losie zadecydował niezależny organ, złożony z prawników, którzy dokładnie i bez emocji rozsądzili sprawę. Niestety, do niezależnego arbitrażu nie doszło, a o awansie do grupy mistrzowskiej zadecydowała Lechia Gdańsk, pozostawiając – już na zawsze – masę niedopowiedzeń. Mogą się pojawić wątpliwości na ile na wycofanie skargi wpłynął PZPN? Czy może doszło do jakiejś cichej rozgrywki Ruchu z Lechią? Może Stępiński za niższą kwotę trafi latem do Gdańska? Nie wiemy. Oczywiście, nie chcę dopuszczać do siebie takich myśli. Ale sam cień takiej wątpliwości jest wielką kompromitacją ligi. I kolejnym powszechnym zszarganiem zaufania do niej. W Podbeskidziu Bielsko-Biała mogą czuć teraz nie tylko żal – jak byłoby po ewentualnej niekorzystnej dla nich decyzji Trybunału Arbitrażowego – ale wręcz niesprawiedliwość.

Ostatnie dni wiele powiedziały też o nas jako społeczeństwie nie mającym żadnego szacunku dla prawa. Poczytni i opiniotwórczy dziennikarze potrafili na serio rozważać pomysły takie jak: „olać Trybunał” (czy to się nie kojarzy z wydarzeniami ostatnich miesięcy na szczeblu państwowym?) czy „zorganizować baraż pomiędzy Podbeskidziem a Ruchem”, choć przecież w zaakceptowanym przez wszystkich regulaminie były zapisane dokładne kryteria rozstrzygające, kiedy Podbeskidzie jest ponad Ruchem, a kiedy poniżej niego. O barażu moglibyśmy debatować, gdyby w klasyfikacji fair play nastąpiła pomiędzy oboma klubami idealna równość. Wtedy mielibyśmy do czynienia z sytuacją nieobjętą regulaminem. Wszelkie inne propozycje były tylko okazywaniem totalnego braku szacunku wobec obowiązujących reguł.

Dlatego nie uważam, żeby Podbeskidzie miało sobie pluć w brodę, że nie zgodziło się na rozegranie barażu. Uważam, że Podbeskidzie zachowało się w całej sprawie w jedyny sensowny sposób, czyli powiedziało: „zgodnie z którym punktem regulaminu mielibyśmy grać baraż?”. Niestety, Ruch Chorzów skompromitował się jako klub, chcąc rozgrywać baraż w momencie, gdy był na dziewiątym miejscu. Gdyby szybko odciął się od tego pomysłu, byłby w tej sprawie Bogu ducha winny podobnie jak bielszczanie i tylko czekałby na decyzję, która nie zależała od niego. Wyszedł tymczasem na kombinatora, który – gdy jest mu to na rękę – byłby gotów złamać reguły, zasłaniając się hasłem „niech rozstrzygnie boisko”. Długo nie miałem za to pretensji do Lechii Gdańsk, która – zgodnie z obowiązującymi zasadami – miała prawo dochodzić swoich racji. Niestety, to że w niejasny sposób zrezygnowała z arbitrażu, stawia klub w fatalnym, jak najgorszym świetle. Wiadomo, że odjęty punkt dzisiaj nie jest jej do niczego potrzebny, ale honorowo byłoby nie mieszać się przynajmniej w rozstrzygnięcia między innymi klubami.

Często pada argument, że Ruch i Lechia na boisku wyprzedziły Podbeskidzie. Niestety, ale mamy do czynienia z zawodową ligą, w której oprócz grania w piłkę, trzeba spełniać również inne wymogi. Kibicom Ruchu nie przeszkadzało, gdy inne wymogi uratowały klub przed spadkiem z ligi w 2013 roku. Wchodząc do ligi, kluby zobowiązują się do przestrzegania pewnych reguł, np. spłacania zaległości w terminie. Nie szafowałbym więc argumentem: „na boisku to…”, bo nie jest powiedziane, jak skończyłoby się na boisku, gdyby Podbeskidzie, wzorem Ruchu, zadłużyło się na kilkadziesiąt milionów.

Po całej sprawie pozostaje wielki niesmak. Choć w gruncie rzeczy uważam, że na dłuższą metę najwięcej na całym zamieszaniu może zyskać Podbeskidzie. Lechia czy Ruch zajmą trochę wyższe miejsce w tabeli i dostaną za to trochę więcej pieniędzy, ale sympatii nie zyskały. Podbeskidzie będzie musiało się trochę bardziej wysilić, by pozostać w lidze, nie osiągnie pewnie swojego historycznego wyniku, ale w gruncie rzeczy i tak przeszło do historii jako klub, który był w grupie mistrzowskiej przez 45 godzin i został z niej przez niejasne układy wyrzucony. A nikogo polskie społeczeństwo nie kocha bardziej niż niesprawiedliwie przegranych.

Problem stadionowego chuligaństwa nie tkwi w ludziach

To jak rozmowa o Hobbesie i Rousseau. Zło tkwi w ludziach czy w instytucjach. Ja wczoraj uświadomiłem sobie, że stadionowe zło tkwi w zwyczajach i społecznych przekonaniach.

Tych „złych” na meczu Wisły z Ruchem nie było. W czasie derbów zarzucili boisko racami, więc ich trybuna została zamknięta, a nikt, kto na niej siedział, nie mógł wejść na spotkanie z Niebieskimi.

Ci „źli” dali, mimo to, pokaz swojej głupoty. Chociaż to było na swój sposób genialne. Ciekawi mnie, jak wystrzelili race spod Parku Jordana, że te spokojnie wylądowały na murawie. Na ile kontrolowali miejsce lądowania? Czy strzelali na oślep, nie wiedząc czy trafią na boisko, w trenera czy może sektor rodzinny? Nie wiem, ale to ciekawy problem, na który zwrócił uwagę Dominik Szarek na Twitterze:

Bo przecież każdy może sobie spacerować przez park Jordana i odpalić w nim fajerwerki, ale już wrzucić ich na stadion nie może. A kto ma temu zapobiegać? I jak? Zamknąć Błonia? Park Jordana? Kilometr wokół stadionu? A może wtedy wrzucą race na stadion z samolotów? Zastanawiające.

Pomijając jednak specyficzny geniusz, to jeszcze bardziej przeraża głupota tych, którzy idą pod stadion w sobotę wieczorem specjalnie po to, by zakłócić mecz, pokazać, że się nie dadzą i są tacy niezłomni. Jak ci herszci klasowi, którzy wymyślają coś super megaśmiesznego, a inni głupkowato się cieszą i naśladują.

Race sprzątnięto, niezłomni poszli opowiadać swoim kumplom, jaką akcję zrobili, wydawało się, że będzie spokój. Na stadionie zostali ci „dobrzy”, „normalni” kibice, o których zawsze się mówi, że „nie powinni być karani za głupotę grupki niezainteresowanej futbolem”. I co? Rynsztok.

Jeśli akurat nie ma derbów, z młyna wiślackiego pada zwykle stosunkowo niewiele bluzgów. Wczoraj „normalni” kibice kilkakrotnie intonowali „Cracovia K, Cracovia S, Cracovia starą k… jest”, dodając też, że „zawsze nad wami pier… Żydami” (chociaż oni raczej śpiewali z małej litery). Śpiewali też, że „Legia to stara k…” i oczywiście nadawali na Ruch. Na koniec, mimo bardzo dobrego sędziowania Pawła Raczkowskiego, krzyczeli „J…ć sędziego i całą rodzinę jego”.

Niby nic szokującego, słyszymy to zawsze na stadionach, ale raczej nie łączymy tego z normalnymi kibicami, którzy po prostu przychodzą obejrzeć mecz, a z tymi mitycznymi chuliganami. Wczoraj było czuć, że jeśli chodzi o stężenie bluzgów, lepiej jest w meczach z ultrasami niż bez nich.

Byłem tym, muszę przyznać, zaskoczony. I myślę, że ile byśmy zakazów i kar nie dali, rynsztok na naszych stadionach będzie, dopóki nie zmienimy społecznego postrzegania tych obiektów. Dzisiaj piekarnia to jest miejsce, w którym można kupić chleb, na myjni myje się samochód, na stacji benzynowej się tankuje, a na stadionie rzuca k…ami. Przekracza się bramy stadionu i hulaj dusza, piekła nie ma. Można zjechać każdego, każdym określeniem, które ślina na język przyniesie, nawet jeśli na co dzień jest się cnotliwym i poważanym panem z korporacji. Smutne.

Problem, jak się okazało, nie dotyczy tylko kibiców. Gdy sędzia nie uznawał gola dla Wisły, skakał koło mnie jakiś miejscowy dziennikarz, waląc pięścią w pulpit i wołając „Jak ja nienawidzę tych j…ch Hanysów” (choć on to krzyczał z małej litery). Wszyscy czują, że na stadionie mogą więcej niż gdzie indziej. A niby dlaczego?

Mam problem z Janem Kocianem

Można twardo stąpać po ziemi, analizować statystyki, studiować kadry zespołów, patrzeć chłodno, bez emocji, a potem wszystko weźmie w łeb, bo dochodzi jeszcze czynnik nie do zmierzenia. Czynnik ludzki. I nie wiem, co o tym myśleć.

Nie rozumiem, jak to możliwe, że na jeden z najtrudniejszych terenów dla trenerów w Polsce, gdzie są wielkie ambicje niepoparte wielkimi pieniędzmi, czyli do Chorzowa, mógł tak po prostu przyjść anonimowy Słowak i odmienić to jednym dotknięciem… Tak, nienawidzę sformułowania dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach. Coś się nie udaje, ktoś macha różdżką i wszystko się zaczyna udawać. Nieracjonalne.

Nazwałem Jana Kociana anonimowym, choć wiem, że karierę piłkarską miał bardzo przyzwoitą. Jednak z ręką na sercu – kto rok temu słyszał o Kocianie-trenerze? Ja nie. Wszyscy doskonale wiedzą, w jakiej sytuacji Kocian trafił do Ruchu, a w jakiej sytuacji Ruch kończył rundę. To jeden wielki argument przeciw tym wszystkim, którzy twierdzą, że trener ma znaczenie marginalne, bo na końcu i tak grają piłkarze. Dlaczego w takim razie trener chyba bardzo przyzwoity, za jakiego uchodzi Jacek Zieliński, notował z tą drużyną wyniki – jak się wydawało – przystające do potencjału ludzkiego, ale nic ponad to, a ktoś, kto tych gości kompletnie nie znał, przyszedł i zamienił ich w jednego z najbardziej niewygodnych rywali w lidze?

Przypomina mi to wstępne czasy Marcina Brosza w Bielsku-Białej. Wprawdzie obecny trener Piasta dostał na początku w Podbeskidziu półtora miesiąca okresu przygotowawczego i okienko transferowe na pomieszanie w drużynie, która przez poprzednie lata cudem unikała spadku do III ligi, ale sytuacja w gruncie rzeczy była podobna – nieznany nikomu trener, zawodnicy ściągani z IV ligi, jeden okres przygotowawczy i nagle stworzyła się czołowa drużyna ligi.

Obu panu łączy też to, że są zwyczajnie sympatyczni. Mili, uśmiechnięci, sprawiają wrażenie bardzo skromnych, mających szacunek dla pracy i twardo stąpających po ziemi. W połączeniu z nagłą, bardzo zaskakującą zmianą wyników, jaka wiązała się z ich nazwiskami, Kocian może się doczekać w Chorzowie niemal boskiego szacunku, jaki Brosz miał w Bielsku. Na sektorówki kibice wynoszą trenerów niezwykle rzadko.

Mimo że Kocian nie jest gwiazdą mediów, to i tak potrafił mnie za ich pośrednictwem zdumieć. We wczorajszym „Sporcie” przyznał, że uwielbia Eminema, doskonale zna jego biografię, wie jakie było jego dzieciństwo w Detroit, jakie były losy jego rodziny, cały czas czeka na kolejną jego płytę, a wszystkie poprzednie już w domu ma. Niesamowite. Nie żeby stosunek do Eminema był dla mnie miarą człowieczeństwa, ale powiedzcie, że was nie zdziwiło, że 50-letni starszy pan ze Słowacji w samochodzie cały czas słucha „Lose Yourself” czy „Sing for the moment”?

Może to tylko odpowiednia kreacja, ale Słowak wkroczył do Polski w niesamowity sposób. Zdobył serca piłkarzy, teraz zdobywa serca kibiców. Mam z nim jednak problem, bo… dalej traktuję go z dystansem. Przepraszam bardzo, nie wierzę w cuda, nadal uważam, że Ruch ma skład na walkę o utrzymanie i mój mózg nie jest w stanie zrozumieć, że teraz już „Niebiescy” będą tak po prostu należeć do czołówki ligi. Że wszystko można w jednym momencie unicestwić, to jasne. W budowanie w sekundę nie wierzę.

Lubię go i lubię Ruch. Liczę, że mnie przekona, że cuda istnieją. Nie chciałbym, żeby się okazało, że jednak nie jest takim cudotwórcą, jak się wydaje. Niemniej, nadal uważam, że uczciwość nakazuje, by oceniać trenera przynajmniej po jednej przepracowanej rundzie razem z okienkiem transferowym i okresem przygotowawczym. Czy zaczyna tragicznie czy rewelacyjnie. Robert Kasperczyk w Bielsku po pierwszej rundzie wydawał się skończonym nieudacznikiem, a Czesław Michniewicz cudotwórcą, a ciekawe kogo bielszczanie lepiej wspominają? Chciałbym się zachwycać Kocianem już teraz, ale – przy całej sympatii i trzymaniu kciuków – poczekajmy, dajmy mu popracować. Obecny Ruch to dalej nie jest jego drużyna.

Górnik był Steauą, a Ruch Legią

Mam problem z pisaniem o Ruchu Chorzów w tym sezonie. Dwa lata temu – wiadomo. Trzeba było chwalić. W zeszłym sezonie – jasne. Nie sposób było chwalić. A teraz? Ni pies, ni wydra. Już łapiesz za komputer, żeby napisać, że są beznadziejni, kiedy nagle zaczynają grać. Już chcesz pisać, że zrobili znaczący postęp, by zagrać tak katastrofalnie, że oczy bolą. Nie wiem co sądzić o Ruchu.

Skoro nie jest dobry, ale też nie jest zły, to może przeciętny? Tylko przeciętna drużyna, taki Widzew czy Podbeskidzie, grają w miarę równo przez 90 minut. Nie wznoszą się na jakieś wielkie wyżyny, ale też nie mają wielkich wahnięć. Ruch potrafi zagrać cztery różne mecze w czasie jednego meczu.

Biorąc to wszystko pod uwagę, Wielkie Derby Śląska przypominały mi mecz Steauy z Legią, gdzie Górnik zagrał w roli Steauy, a Ruch wcielił się w Legię (sorry). Górnik, gdy grał, był dwie klasy lepszą i nie było co do tego wątpliwości. Ale gdy tylko był, Ruch potrafił na chwilę dojść do głosu i jeszcze w tym czasie strzelać gole. Dlatego, jak Legia, zdobył korzystny wynik, wcale nie prezentując się za korzystnie.

Tak jak Steaua nie była w stanie grać całego meczu pressingiem, tak nie był w stanie Górnik. Ale gdy to robił, nie było, co zbierać. Cieszy mnie, że wreszcie wziął się za siebie Paweł Olkowski, w którym od czasów GieKSy widzę reprezentanta Polski, ale w poprzednich dwóch sezonach jakoś tego nie potwierdzał. Nakoulma po prostu wpieprzał się, żeby nie powiedzieć gorzej, ostro, bezkompromisowo, całym Nakoulmą w obrońców i siał postrach. Mariusz Przybylski grał na swoim wysokim poziomie. Zachara popisał się niebywałą skutecznością. O tym jak dobrze potrafi grać Górnik, niech świadczy fakt, że nie irytuje Mączyński! Podaje do przodu, celnie, nieźle dogrywa ze stałych fragmentów gry, czasem strzeli z dystansu. I to piszę o Krzysztofie, nie o Mateuszu!

Górnik mógł dobić Ruch, ale potem skupił się na wybijaniu piłki. Nie tyle, że nie potrafił się przy niej utrzymywać, bo przecież „Niebiescy” jakoś specjalnie nie przeszkadzali, ale jakby nie chciał. Laga na Nakoulmę i spokój. A za to prawie zawsze się płaci.

Ruch? Na miarę możliwości. Ale aż nie chcę myśleć, gdzie dziś byłaby ta drużyna, gdyby nie jej weterani i ich zanikająca umiejętność strzelania z dystansu. Malinowski dał punkty z Lechem i Lechią, Surma z Legią, Zieńczuk z Górnikiem. Wszystko zza pola karnego. Czyli gdzie by był Ruch? Z jednym punktem na ostatnim miejscu w tabeli.

Zauważyłem też, że nie rozumiem trenerów. Nie to, że się mądrzę, ale nie rozumiem. Przecież każdy oglądający mecze na trzeźwo człowiek wie, że Bartłomiej Babiarz był jednym z najlepszych środkowych pomocników I ligi, ale też domyśla się, że wystawianie go na lewej obronie może się skończyć masakrą. I skończyło się, bo przy pierwszym golu Babiarz zaliczył kluczowe podanie przed piękną asystą Małkowskiego, a przy drugim golu… Co on zrobił przy drugim golu? Nie wiem. Biegł, trącił piłkę, po czym zostawił ją i zaczął uciekać. Nie wiem na co liczył, ale podejrzewam, że nie na idealną piłkę Przybylskiego do Nakoulmy i stratę gola przez Ruch. Oba gole obciążają Babiarza, ale dlaczego w ogóle trener go tam wystawił?

A Grzegorz Kuświk? Ja wiem, że Jankowski głową jest gdzieś indziej i zamieszanie na pewno odbija się na nim negatywnie, ale porywanie się na ekstraklasowego przeciwnika z Kuświkiem, to jak kawaleryjska szarża na czołg. Jankowski z głową w Mons, a prawą nogą w Lubinie i tak jest groźniejszy.

Adama Nawałki też nie rozumiem. Norbert Witkowski był od pierwszej kolejki walizką pozostawioną na dworcu w Islamabadzie bez opieki. Można liczyć, że ktoś zapomniał, ale można się też liczyć z tym, że to tykająca bomba. Co więcej, Nawałka nie jest w sytuacji Czesława Michniewicza, który bramkarza wybiera spomiędzy raka trzustki a raka prostaty, bo na zabrzańskiej ławce siedział Pavels Steinbors, który w Bełchatowie bronił na poziomie dla Witkowskiego nieosiągalnym. Dlaczego więc po raz kolejny bronił Witkowski? Nawet gdyby nie puścił tego gola w końcówce, jego występ i tak byłby zły. Co to było za pełzanie wzdłuż linii końcowej, po którym Jankowski strzelał na pustą bramkę? A pierwszy gol? Niby nie jego wina, cudowny strzał Zieńczuka, ale na oko widać, że szwankuje komunikacja z obrońcami – gdyby Szeweluchin zostawił piłkę Witkowskiemu, to Zieńczuk nie powąchałby piłki. A zostawiłby, gdyby miał za sobą wrzeszczącego Witkowskiego.

Z drugiej strony, co ja się tam znam. Jak nawet Mączyński zaczął grać, to Nawałka musi naprawdę widzieć lepiej niż wszyscy inni. Szkoda, że zaczął grać dopiero po kilku latach frustrowania, ale chapeau bas, że w ogóle zaczął.

Odkrycie ekspertów: Ruchowi trzeba napastnika!

Znacie kawał o napastnikach Ruchu Chorzów? Ja też nie. Każdego dnia najtęższe głowy przy Cichej kombinują jak by tu ukryć brak gościa, który potrafi strzelać gole, aż przyszli „eksperci” i – jak się to mówi – pozamiatali.

Może nie wszyscy jeszcze wiedzą, ale trzeba to zaakceptować – młodych, polskich napastników nie ma. Nie istnieją, co udowadniałem TUTAJ. To znaczy są, ale tacy, którzy nie strzelają bramek, a tych akurat w Chorzowie nie brakuje. Podobny problem jak Ruch, mają też – lekko licząc – Podbeskidzie, Górnik, Lechia, Korona, Cracovia (Nowak sobie niczego nie naciągnął przy strzelaniu gola? To zwiększa prawdopodobieństwo, że następnym razem sobie naciągnie) i Pogoń. Na rynku o takiego zawodnika bardzo trudno, zwłaszcza gdy – jak Ruch – szuka się tylko Polaków i to najlepiej za darmo.

Trener Jacek Zieliński ma więc przekichane i nic dziwnego, że próbuje tę przykrótką kołderkę naciągnąć. Próbuje zmieniać ustawienie, mieszać składem. To jednak niewiele daje. Malinowski nie będzie strzelał codziennie.

Dziennik „Sport” przypomniał, że w ostatnich latach w Ruchu byli nie tylko bramkostrzelni atakujący, ale nawet ich duety – Niedzielan, Sobiech, Piech, Jankowski. Dziennikarze zapytali też kilku byłych zawodników o zdanie na temat problemów „Niebieskich” w ataku. Takich kwiatków dawno nie widziałem. Nie każdy kto sensownie kopał piłkę, sensownie mówi, choć akurat Dariusza Gęsiora miałem/mam za inteligentnego człowieka.

Ruch od zawsze słynął z ofensywnej gry, z gry do przodu. Bazą była dobra motoryka i szybkość. Inne zespoły bały się kiedyś przyjeżdżać do Chorzowa. Czy to była Legia, Lech, Wisła, czy zespoły, w których ja grałem, zawsze w szatni słyszałem strach głosie: „Znowu musimy jechać do tego cholernego Chorzowa, gdzie „Niebiescy” non stop biegają po całym boisku, atakują bez chwili wytchnienia”. Tymczasem teraz postawiliśmy w Ruchu na obronę, więc jak mamy wygrać mecz, mając trzech defensywnych pomocników w składzie? Ja bym zdecydowanie postawił na grę dwoma napastnikami  – powiedział Dariusz Gęsior

Słucham? Jak mamy wygrać mecz, mając trzech defensywnych pomocników w składzie? Niegrzeczne dzieci na takie pytania odpowiadają: Normalnie. Źle świadczy o ekspercie, jeśli myśli, że kiedy w składzie jest trzech defensywnych pomocników, to gra jest defensywna, a kiedy jest trzech napastników to hiperofensywna. Można nie stworzyć sytuacji grając ustawieniem 4-2-4, a można grać bardzo ofensywnie bez napastnika. Najważniejsze jednak:

Skoro w Chorzowie nie ma ani pół, ani ćwierć napastnika, to skąd nagle wziąć dwóch? Można oczywiście ustawić w ataku Tymińskiego ze Stawarczykiem. Można, ale po co?

A, że zawsze Ruch słynął z ofensywnej gry? Jak się ma w ataku Śrutwę z Bizackim czy Cieślika czy Marksa to można grać ofensywnie, jak się ma Szultesa to tak krawiec kraje jak mu materii staje. Hiszpania zawsze słynęła z pięknego przegrywania, a teraz wygrywa.

Tadeusz Małnowicz też dorzucił swoje trzy grosze: Działacze na gwałt powinni znaleźć drugiego Arka Piecha.

Ja wiem, że Mirosław Mosór nie jest może wzorem obrotnego dyrektora sportowego, ale takie zdania to już go obrażają. Naprawdę każdy widzi, że Ruch potrzebuje napastnika, ale raz, że takich w Polsce niemal nie ma, dwa, że w Chorzowie chcą tylko Polaków, trzy trzeba ich wziąć za darmo. Podejrzewam, że gdyby mimo wszystko „Niebiescy” znaleźli gdzieś drugiego Piecha, to już dawno by grał przy Cichej.

Sensownie wypowiedział się tylko Jan Benigier, który stwierdził, że Ruch powinien spróbować grać bez napastnika. Wypowiedzi panów Małnowicza, a zwłaszcza Gęsiora są raczej z gatunku: „Nie znam się, to się wypowiem”.

PS. Zastanawia mnie tylko, o co chodzi z Mateuszem Kwiatkowskim. Ruch nie ma napastnika, „Kwiatek” ma 21 lat i przynajmniej dwóch lat w sparingach ładuje gola za golem. W lidze natomiast dostaje same epizody. Może warto spróbować?

Kowal zawinił, cygana powiesili

Coś dziwnego dzieje się w Ruchu Chorzów. Najpierw przywalenie głową o bruk w zeszłym sezonie, teraz jakaś dziwna wizja budowania drużyny. Bez żadnych obcokrajowców.

Nie chodzi o to, że w każdej drużynie musi koniecznie być ktoś z zagranicy. Nie, ale narzucanie tego przed początkiem okienka transferowego jest cokolwiek dziwne. Jeśli już ktoś miał o tym decydować, to chyba dyrektor sportowy albo trener, a nie prezes? Potem się Zielińskiego będzie po trzech przegranych meczach zwalniać, ale jakoś nikt mu nie daje wolnej ręki w budowaniu zespołu. Polacy – jak wiadomo – są drożsi, Ruchu – jak wiadomo – nie stać na drogich piłkarzy. No i od teraz nie można też brać graczy spoza Polski. Patowa sytuacja.

Gdyby trener sobie dobierał zawodników i wyszłoby mu na to, że wszyscy najlepsi, na jakich klub stać, to Polacy – nie byłoby żadnego problemu. To jednak powinno być kryterium, a nie paszport. Wytłumaczenie prezesa też jest niezwykle karkołomne: – Stawiamy na wyłącznie polski skład, bo chcemy się wyróżnić. To taka nasza chorzowska innowacja. Nasz zespół czekają poważne zmiany. Drużyna zostanie odmłodzona i przebudowana. Przed nami na pewno trudny sezon. To będzie wojna, a wojny mają to do siebie, że armie zaciężne sprawdzają się najlepiej, gdy są sowicie opłacane. Gdy jest z tym problem, to jednak pierwsze rzucają oręż. W Ruchu musimy złapać za broń i trzymać ją mocno niezależnie od tego, co będzie się działo – powiedział Dariusz Smagorowicz dla slask.sport.pl.

Czy tylko dla mnie ta wypowiedź jest absurdalna? „Chcemy się wyróżnić”. W przyszłym sezonie w Ruchu będą grać sami blondyni. Dopiero się będzie wyróżniać 11 białych głów przesuwających się po boisku. A ta teza, że obcokrajowcy pierwsi rzucają oręż? W ostatnich paru sezonach jakoś nie miałem wrażenia, by np. Pesković starał się mniej od Kamińskiego, Straka od Malinowskiego a Djokić od Lewczuka. Kiedy w Chorzowie była drużyna, a nie zlepek koszulek, to wszyscy umierali na boisku, Polacy czy Bośniacy, kiedy był już tylko zlepek koszulek, nie umierał nikt, bez wyjątków. Paszport nie ma tu nic do rzeczy

Warto też zwrócić uwagę na fragment: „Armie zaciężne sprawdzają się najlepiej, gdy są sowicie opłacane. Gdy jest z tym problem, to jednak pierwsze rzucają oręż”. Dla mnie to brzmi tak, jakby powiedzieć: „Nie będę płacił zawodnikom, ale Polakom łatwiej będzie to znieść”.

Uważałbym też z terminologią wojenną. Ostatni raz, gdy trener Jacek Zieliński ją zastosował, Robert Chwastek poczuł, że presja go przerosła.

„Źli” kibice Ruchu

Dwóch prowadzących doping Ruchu Chorzów podczas piątkowego meczu z Wisłą Kraków, zostało zatrzymanych z powodu niestosowania się do poleceń ochrony – donosi serwis niebiescy.pl.

Widziałem to z w miarę bliska i śledziłem rozwój sytuacji na bieżąco. Na początku był jeden. Ze „szczekaczką” wdrapał się na płot oddzielający sektor gości od sektora buforowego, siadł tyłem do boiska i prowadził doping. Zresztą, co się będę błaźnił, każdy z was wie, jak wygląda prowadzenie dopingu.

Na płocie, jak wiadomo, siedzieć nie wolno. Ochroniarze zaczęli więc nawoływać kibica do powrotu na sektor. Spiker powtarzał z regularnością muezina, że apeluje się o zejście z ogrodzenia. Już nawet kibice Wisły nie wytrzymali i zaczęli w kierunku spikera skandować: „Proszę cię, proszę cię, zamknij się!”. Szybko stworzył się, jak to nazwał spiker, „duet wokalny”, bo na płot wydrapał się kolejny kibic.

Zastanawiałem się, czy służby porządkowe zareagują głupio, mając na celu tylko pokazanie własnej siły i władzy. Tym byłoby wejście na sektor i próba „spacyfikowania” młynowych. To byłoby ze wszech miar głupie, bo oczywiście wywołałoby zadymę. Jako że można się po polskich służbach porządkowych zwykle spodziewać najgorszego, myślałem, że ktoś wpadnie na taki pomysł. Nie wpadł. Kibice olali wszystkich i do końca dopingowali swój zespół z ogrodzenia. Myślałem, że na tym sprawa się kończy i wybrano dobre rozwiązanie – kibice mogli kibicować, a przy tym nic się nikomu nie stało. Kierownik bezpieczeństwa Wisły nie zgłaszał względem fanów zastrzeżeń.

Teraz czytam, że ktoś się jednak musiał wykazać.

Oczywiście, dwaj kibice złamali stadionowy regulamin, bo powinni byli siedzieć na sektorze, a nie wchodzić na płot. Ale z drugiej strony, co to komu przeszkadzało? Naturalnym jest, że tak dużą grupą kibiców łatwiej dyryguje się z wysokości. Sektor gospodarzy ma przewidziane dla młynowych specjalne gniazda, sektor gości tego nie ma. Coś trzeba wykombinować. Gdyby jeszcze tuż obok sektora gości był sektor szkolny i ktoś mógłby się obawiać, że kibice zaraz wskoczą tam, gdzie siedzą dzieci, rozumiałbym apelowanie o opuszczenie ogrodzenia. Ale tak? Przy sektorze buforowym? Przecież jakby dobrze spojrzeć, to właściwe cała ściana, na której siedzieli goście była pusta, bo miejscowi nie potrafili większości miejsc zapełnić.

Komuś znowu brakuje wyczucia i odrobiny zrozumienia sytuacji. Byłem ostatnio na derbach Belgradu, gdzie kto chciał, ten przeskakiwał swobodnie ogrodzenia pomiędzy sektorami, przeskakując po ramionach porządkowych. Wiadomo, mecz Crvena Zvezda – Partizan nie jest może wzorem bezpieczeństwa na stadionach, ale chodzi mi o podejście. Da się traktować kibiców normalnie i aresztować dopiero, gdy rzeczywiście zrobią coś więcej niż – o żesz – siedzenie na płocie!

Nie zgadzam się natomiast z pretensjami kibiców Ruchu względem piłkarzy, którzy nie wstawili się za młynowymi, jak zrobili to ostatnio gracze Korony. Kielczanom się udało i był to z ich strony ładny gest, ale w gruncie rzeczy, piłkarz nie powinien mieć nic do gadania w tych kwestiach i negocjowanie z policją nie powinno być regułą. On gra i nie widzi, co się dzieje w sektorze gości. Zresztą, kim jest piłkarz, by policjant miał przez niego zmieniać zdanie. Chodzi po prostu o to, by policja w jakiś sposób opierała się na rozumie i nikt nie będzie musiał z nikim negocjować. Za dobre wynagradzać, a za ZŁE karać. Za ZŁE, a nie za byle bzdurę.

Ruch, czyli słabej baletnicy…

Zwycięzców się nie sądzi, a darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Szczęście natomiast sprzyja lepszym. Może. Ale jeśli tak, to jest to jedyny argument za tym, że Ruch Chorzów był w Bełchatowie lepszy.

Miał faktycznie szczęście. W każdej bramkowej sytuacji pod bramką Bełchatowa, wszystko jakimś cudem układało się szczęśliwie dla Ruchu. W każdej bramkowej sytuacji pod bramką Ruchu, wszystko jakimś cudem układało się szczęśliwie… dla Ruchu.

Oczywiście, można powiedzieć, że to wyjątkowe czepialstwo, podłość i chamstwo, krytykować Ruch po meczu wygranym 3-0. Ale niestety – tak, niestety, bo zależy mi na śląskich drużynach – nie widać promyka nadziei, czegoś, co sugerowałoby, że teraz może i jest źle, ale za chwilę będzie lepiej.

Wielu ekspertów mówi, że ten sezon jest dla Ruchu przejściowy, że drużyna w budowie i młoda, wyniki nie odzwierciedlają potencjału, a sędziowie mylą się na niekorzyść „Niebieskich”. Mało kto jednak myśli o krok do przodu. Że za chwilę, może już w połowie lipca, nie będzie w lidze Bełchatowa, (raczej) Podbeskidzia, wszyscy znów będą mieli zero punktów. Taki Ruch ma wszelkie podstawy, by zacząć się martwić o to, co będzie na jesień. Zwłaszcza, że finansowo też chyba chorzowski klub nie wygląda najlepiej.

Młoda drużyna z potencjałem? Ani młodzi, ani z potencjałem nie są: Pesković, Lewczuk, Baszczyński, Djokić, Kikut, Lewiński, Sadlok, Stawarczyk, Szyndrowski, Chwastek, Jankowski, Janoszka, Malinowski, Panka, Smektała, Straka, Tymiński, Zieńczuk, Kuświk, Niedzielan, Szultes. Na upartego młody i z potencjałem jest Starzyński, ale to bardzo na upartego, bo facet ma 22 lata, każdy widzi, że „coś” w nim jest, lecz niestety rzadko pokazuje co. W tym wieku ma już być liderem drużyny, a nie młodym, zdolnym, o którym mówi się, że to przyszłość polskiej piłki. Kamiński, który faktycznie wejście do drużyny ma piorunujące, też już młody nie jest. Taki akurat.

W tej drużynie jest obecnie jeden młody zawodnik z jakimś tam potencjałem – Martin Konczkowski.

To trochę mało, by sądzić, że kolejny sezon będzie znacząco lepszy. Oczywiście, wszyscy są znakomici w wymyślaniu ksywek. A to Casillas, a to Figo, a to Messi. Tylko jak przychodzi co do czego, to nie ma komu prosto kopnąć piłki. A sytuacja finansowa też nie zapowiada, żeby udało się ściągnąć zawodników, którzy coś by odmienili.

Jacek Zieliński chyba jest dobrym trenerem, ale póki co w Chorzowie nie za bardzo widać jego rękę. Króluje chaos. Jak akurat wyjdzie, że ten rywal trafi w słupek, tamten stoper pójdzie na spacer, a Jankowskiemu siądzie na nodze, to wygrają. Jak wyjdzie inaczej – to przegrają. Ruch nie ma krzty stylu. Ruch – przykro to mówić o wicemistrzach Polski – cechuje bylejakość.

Można mówić, że media pompują balon i wojenna retoryka przeszkadza, ale zgadzam się z Mariuszem Śrutwą – jakoś się ci piłkarze muszą tłumaczyć. Nie powiedzą, że są słabi, więc muszą szukać usprawiedliwień wszędzie wokół albo zaklinać rzeczywistość (jak przez większość sezonu). Bo, skoro mnie tak wzięło na przysłowia, słabej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy…

Ale wkoło jest wesoło

Być kibicem czy dziennikarzem w naszym województwie to jednak fantastyczna sprawa. Tu się dzieje tyle ciekawego, że aż nie wiadomo, o którym klubie pisać. Nuci mi się tylko „Ale wkoło jest wesoło, człowiek w pracy małpa w ZOO”. Tyle absurdów, dziwnych ruchów, odjechanych wypowiedzi, odlatujących trenerów i piłkarzy, głupich testów czy transferów, co tej zimy, nie pamiętam. A dopiero się zaczyna!

 Weźmy taki Piast Gliwice. Niby wszystko jest normalnie i profesjonalnie. Sielanka. Ale zawsze tak się zdarzy, że do podstawionych dyktafonów wypowie się Dariusz Dudek. Ma o czym opowiadać, był w końcu na stażu w Realu Madryt. Jego rozmowa z dziennikiem „Sport” była rozbrajająca. Asystent Marcina Brosza wprawdzie mówi o tym, jak to wiele doświadczeń od „Królewskich” przywieźli, ale jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że te wrażenia polegają głównie na tym, że:

 

  1. Pepe rozpoznał we mnie brata Jerzego Dudka i powiedział o tym Cristianowi Ronaldowi!

  2. Jose Mourinho stał koło mnie przez 120 sekund, wymienił uprzejmości i podpisał swoją biografię!

  3. Real ma świetną bazę treningową. My takiej nie mamy, ale chcielibyśmy mieć i do tego dążyć!

  4. Piłkarze Realu są lepiej wyszkoleni technicznie od Pavola Cicmana i Jana Polaka, ale treningi aż tak bardzo się nie różnią

  5. Promowaliśmy Piasta w Hiszpanii tak, że nawet oficjalna strona ambasady o tym napisała.

 No, teraz na pewno całe rzesze Hiszpanów stwierdzają, że warto jednak coś w życiu odmienić, spakować dobytek całego życia i kupić jakieś przytulne mieszkanko przy Okrzei, żeby było blisko na stadion Piasta.

 Wcześniej jeszcze, ale też zimą, Jarosław Kołodziejczyk, nowy prezes Piasta, pochwalił się, że jego klub znaczy w Gliwicach więcej niż Podbeskidzie w Bielsku-Białej. Podejrzewam, że nie za bardzo wie, o czym mówi, lecz warto byłoby skupić się na tym, by Piast znaczył w Gliwicach bez wątpliwości więcej niż Górnik Zabrze.

 Albo zajrzyjmy do Energetyka ROW Rybnik. Tam też się dzieje. Sławomir Szary odlatywał już wcześniej, mówiąc, że on z kolegami byliby spokojnie w środku tabeli ekstraklasy. Ostatnio błysnął już znany laureat nagrody im. Ryszarda Wieczorka (przyznawanej za spuszczenie z ligi dwóch drużyn w jednym sezonie), czyli Ryszard Wieczorek, trener ROW-u, który ocenił, iż inni jego koledzy po fachu postępują nieracjonalnie, bo mocno zmieniają skład. Zastanawia mnie, czy on naprawdę myśli, że wszyscy szkoleniowcy sądzą, iż stabilizacja jest nieważna, a tylko on odkrył, że ma jednak znaczenie? Do Rybnika warto zaglądać, bo jakby ROW awansował do I ligi, to możemy mieć wypowiedzi a’la Wojciech Stawowy z Cracovii. Typu: „Energetyk ROW Rybnik będzie pierwszą drużyną polską, która zagra w Lidze Mistrzów”. A w sumie czy ten awans jest do takich wypowiedzi tak niezbędnie potrzebny?

 Żałuję, że Szary, Wieczorek, Kołodziejczyk i Dudek nie spotkali się w jednym momencie w Gliwicach, bo to byłaby najwyżej latająca nad ziemią drużyna w historii ludzkości.

 W Ruchu spokojniej. Poza tym, że napastnik mówi, że nie dostał oferty, dyrektor sportowy mówi, że dobrze, że myśli, że nie dostał, bo dostał, ale nie wie, prezes mówi, że dostał, tylko nie chciał wysłuchać. Nie wiem o co tyle zachodu, bo Piech powinien raczej dla swojego dobra skorzystać z propozycji kontraktu w Ruchu. Życzę mu dobrze, gdyż to sympatyczny chłopak, ale są wszelkie podstawy, by sądzić, że czy pojedzie na wschód, zachód, południe czy północ, byleby za granicę, raczej wróci za chwilę z podkulonym ogonem i to raczej do słabszego klubu niż Ruch.

 W Zabrzu przypomina się Zygmunt Chajzer, który reklamował proszek do prania. „Dla utrudnienia dodamy jodyny” – mówił. Adam Nawałka chyba stwierdził, że udowodni, iż zbuduje drużynę na medal, a dla utrudnienia ściągnie Bonina i Zahorskiego. Niejednokrotnie pokazał, że jest świetnym trenerem i że zrobiłby błyskotliwego skrzydłowego z Ireneusza Króla, a bramkostrzelnego napastnika z Rudolfa Bugdoła, ale fajniej by było, gdyby Nawałka udowadniał to na kimś młodym, kto ma jeszcze szansę być dobrym. Bo Zahorski dalej jest drewniany jak góralski zydelek i Nawałka tego nie zmieni.

 Z podobnego założenia z jodyną wyszli w Podbeskidziu. Tylko im raczej wypadałoby przekazać, że i tak mają na tyle trudno, że nie trzeba sobie dodatkowo komplikować życia. Ściągnięcie na testy Luki Gusicia to jednak sygnał, że „Górale” nie idą na łatwiznę. Jeśli Chorwat z Jagiellonii podpisze kontrakt i ktoś zrobi z niego partnera dla Dariusza Pietrasiaka, to zagranie na zero z tyłu będzie argumentem w procesie beatyfikacyjnym Dariusza Kubickiego.



Ruch poniżej oczekiwań? To wina oczekiwań

Ruch Chorzów zakończył jesień z 15 punktami i tuż nad strefą spadkową. Słabo. Często mówi się nawet, że grubo poniżej oczekiwań. Tyle, że to raczej problem oczekiwań, a nie Ruchu Chorzów. Bo nie wydaje mi się, żeby piłkarze „Niebieskich” grali jakoś zdecydowanie gorzej niż potrafią.

 Oczywiście, patrząc na Ruch jako na wicemistrza kraju, który do ostatniej majowej kolejki marzył o ponownym przywiezieniu tytułu na Śląsk, miejsce tylko nad Podbeskidziem i Bełchatowem (ale nie tuż nad nimi) można uznać za haniebne. Patrząc jednak na Piotra Stawarczyka, jako na Piotra Stawarczyka, a nie na wicemistrza kraju, 14. miejsce i 15 punktów po jesieni jest wynikiem akurat adekwatnym do umiejętności. I w dużej mierze można to samo powiedzieć o większości zawodników Ruchu. Choć Stawarczyk jest tu najlepszym przykładem. Zdobycie wicemistrzostwa ze Stawarczykiem w składzie jest większą anomalią niż zajęcie 14. miejsca z nim w jedenastce. Albo Arkadiusz Piech, z całym dla niego szacunkiem i sympatią. Jak to mówił Orest Lenczyk, Piech to 95 deko ambicji i pięć deko umiejętności. Piech jest dla obrońców nieprzyjemny. Szybki, przepycha się, skacze, wierci się, kopie. Jednak jakiejś przesadnej techniki to w nim nie ma, więc siłą rzeczy gdy znajdzie się szybki obrońca, który nie da się przepchnąć, przeskoczyć i nie przewróci się od kopnięcia, to Piecha nakrywa czapką.

 Śmieszą mnie tłumaczenia ekspertów, a czasem też ludzi związanych z Ruchem, którzy mówią, że to już nie ta sama drużyna, bo odeszło z niej kilku zawodników. Z liczących się wiosną graczy odeszli Grodzicki, Grzyb i Abbott, z tym, że dwaj ostatni byli rezerwowymi, a brak tego pierwszego jest raczej wzmocnieniem. No, przecież nikt mi nie powie, że z Grodzickim w składzie Ruch byłby teraz na miejscu Górnika. Nie. Byłby dokładnie w tym samym miejscu, w którym jest. Większą wyrwę mogło stanowić odejście Grzyba i Abbotta, bo ci ponoć robili atmosferę w szatni. A to ważne, bo dziś Ruch mało przypomina drużynę.

 Można powiedzieć, że chorzowianie mieli pecha, bo kontuzje złapali Marek Zieńczuk, Łukasz Janoszka, a skrzydła były przecież kluczowe dla wicemistrzowskiej ekipy. Ale to raczej nie pech. Przecież to wszystko wygląda na syndrom „następnego sezonu”. Waldemar Fornalik umiejętnie nawilżył gąbkę i wyciskał, wyciskał, wyciskał. Apogeum tej ekipy miało miejsce w sezonie 2011/2012. Każdy grał na swoim najwyższym poziomie. Tyle, że tak bardzo często kończą zaskakujące rewelacje. Najpierw zawodnicy, którzy sami nawet nie podejrzewaliby siebie o to, że mogą być wicemistrzami kraju, zajmują drugie miejsce. Potem zaczynają myśleć, że są dobrzy, jednak ich organizmy są kompletnie wyprute i trener niewiele z tym może zrobić. A kiedy ktoś, kto w piłkę umie grać na pułapie 13-14 miejsca w Polsce przestaje mieć siłę na bieganie, skakanie, walczenie do ostatniej minuty, zaczyna zajmować 13-14 miejsca w Polsce. Niejednokrotnie, nawet w ligach bardziej „logicznych” niż polska, drużyny najpierw zajmowały miejsce dające awans do eliminacji Ligi Mistrzów, by sezon później walczyć o utrzymanie.

 Największą letnią stratą Ruchu było oczywiście nie odejście jakiegoś Grodzickiego, tylko Waldemara Fornalika. Można by się zastanawiać czy z nim taki zjazd by się powtórzył. Ja myślę, że tak. Waldek King może się cieszyć, że selekcjonera reprezentacji wybierano latem. Gdyby popracował w Ruchu jeszcze pół roku jego kandydatura mogłaby się w ogóle nie liczyć.