Trener, który wie, że garnitury warto nosić

Jest Marco Silva drugim najmłodszym trenerem w Premier League, ledwie o kilka miesięcy ustępując Eddiemu Howe’owi z Bournemouth, ale jednego 39-letni menedżer Hull City zdążył się już w zawodowym życiu nauczyć: zawsze trzeba zakładać na mecz klubowy garnitur.

Cztery dni po sukcesie

 W grudniu 2014 roku jego Sporting ograł w Pucharze Portugalii FC Viselę, co było jednym z krokiem na drodze do finału rozgrywek. Lizbończycy, wygłodniale czekający od siedmiu lat na jakiekolwiek trofeum, na pięć minut przed końcem decydującego meczu, przegrywali z Bragą 0:2. I grali w dziesiątkę. Zdołali jednak jakimś cudem wyszarpać remis, przetrwać dogrywkę i wygrać rzuty karne. Sporting wprawdzie przegrał w całym sezonie tylko dwa mecze (mniej niż Benfica, która została mistrzem), ale ukończył sezon ligowy dopiero na trzecim miejscu. Puchar Portugalii, po latach oczekiwania, był jednak niewątpliwym sukcesem. Zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach. Cztery dni po finale, Silva został zwolniony.

Absurdalne zwolnienie

 Ekscentryczny prezydent Bruno de Carvalho mocno się natrudził, by uargumentować karkołomną decyzję o wyrzuceniu trenera tuż po zdobyciu trofeum, ale najbardziej absurdalnym, z całej listy powodów, było złamanie przez Silvę zapisów kontraktu, poprzez paradowanie bez klubowego garnituru w trakcie meczu z Viselą (sześć miesięcy wcześniej!). De Carvalho chciał w ten sposób zrobić miejsce dla Jorgego Jesusa, który krótko przedtem odszedł z Benfiki. Lokalny rywal zaproponował mu sześciokrotnie wyższą pensję niż tę, z którą pracował Silva. Do młodego trenera zgłosiły się Benfica i Porto. Sporting zadbał jednak o to, by przy rozwiązaniu umowy ze szkoleniowcem umieścić punkt, wedle którego objęcie przez Silvę innego portugalskiego klubu w okresie kilku miesięcy, skutkowałoby koniecznością płacenia Sportingowi. Świetnie zapowiadająca się kariera młodego trenera w ojczyźnie, musiała zostać zahamowana.

Szaleństwa Estorilu Praia

 Ledwie rok wcześniej, Silva był w Lizbonie witany jako zbawca. W tym mieście się urodził i zebrał szlify w tamtejszym Belenenses, ale na Sporting i Benfikę zabrakło mu piłkarskiego talentu. W zawodowej karierze rozegrał tylko dwa mecze w portugalskiej ekstraklasie, większość czasu spędziwszy w II lidze. W 2009 roku, gdy już zbliżał się do końca kariery, II-ligowy, zapyziały, Estoril Praia, którego był kapitanem, był zagrożony spadkiem i upadkiem, a zawodnicy myśleli o opuszczeniu klubu, z powodu zaległości finansowych. Silva miał ich przekonać, by jeszcze powalczyli, bo wiedział, że negocjacje z brazylijską agencją Traffic Sports były w zaawansowanej fazie. Sam w nich uczestniczył, dbając, by potencjalni inwestorzy czuli się jak najlepiej i ostatecznie pomógł w osiągnięciu celu. W nagrodę, tuż po zakończeniu gry w piłkę, został dyrektorem sportowym tego klubu. Estorilowi, mimo lepszej sytuacji finansowej, na boisku nie wiodło się jednak dobrze i znów był zagrożony spadkiem. Dlatego nie mający żadnego doświadczenia Silva, sam wskoczył na ławkę trenerską. Niespodziewanie, z 24 meczów pod jego wodzą, drużyna przegrała tylko trzy i dźwignęła się ze strefy spadkowej, do premiowanej awansem. Estoril wrócił do ekstraklasy po siedmiu latach, ale bajka dopiero się zaczynała. W pierwszym sezonie, mimo jednego z najniższych budżetów w stawce, zajął piąte miejsce i po raz pierwszy w historii zakwalifikował się do europejskich pucharów. W lecie stracił na rzecz wielkiej trójki czterech zawodników. Wbrew temu, w kolejnym sezonie jeszcze poprawił wynik, kończąc rozgrywki na czwartym miejscu, wyrównując najlepszy wynik w historii klubu, z 1948 roku. Wyniki Estorilu i odważny styl gry sprawiły, że w Portugalii obwieszczono narodziny nowej trenerskiej gwiazdy. Sporting, który kończył rozgrywki za Estorilem i regularnie tracił z nim punkty, dał Silvie czteroletni kontrakt, zanim po obiecującym pierwszym roku zwolnił go z powodu nieprzestrzegania dress-code’u.

Greckie rekordy

 Nie mogąc w praktyce pracować w ojczyźnie, Silva ruszył do Grecji, gdzie dostał do rąk Olympiacos Pireus. Jako trener wyciskający z kiepskich zawodników maksimum możliwości sprawdził się w Praii bardzo dobrze, a w Grecji udowodnił, że potrafi też dominować nad rywalami atakiem pozycyjnym. W lidze greckiej wygrał 28 z 30 meczów, sezon ukończył trzydzieści punktów przed drugim Panathinaikosem, zwyciężył we wszystkich spotkaniach u siebie, a pracę zaczął od siedemnastu ligowych wygranych z rzędu, co było rekordem nie tylko klubu, ale i całej Europy w XXI wieku. Olympiacos dał mu też okazję debiutu w Lidze Mistrzów, w której ograł w Londynie Arsenal, jako pierwszy grecki klub na angielskiej ziemi od pół wieku. Po spektakularnym sezonie, Silva zrezygnował z pracy z powodów osobistych.

Raz na sto lat

 Od tego momentu, czyli od lipca 2016, łączono go już z kilkoma niezłymi klubami. Miał być trenerem Wolverhampton czy Interu Mediolan, a o odpowiedni rozgłos dbał opiekujący się jego interesami wszechpotężny agent Jorge Mendes. Przed dwoma tygodniami objął Hull City, co ze strony „Tygrysów” jest ruchem wręcz szokującym. Hull było od lat jednym z nielicznych klubów, które bezgranicznie ufały coraz bardziej skompromitowanej brytyjskiej myśli szkoleniowej. W ciągu ponad stu lat istnienia, klub miał ledwie jednego trenera spoza Wysp, Duńczyka Jana Molby’ego, który piętnaście lat temu wytrwał w Hull siedemnaście meczów. „Tygrysy” największe sukcesy w historii osiągały pod wodzą Anglików Phila Browna i Steve’a Bruce’a, rękami i nogami broniły się przed zalewem zagranicznych szkoleniowców. I mimo wszystko źle na tym kończyły, bo klub mógł tylko podziwiać, jak zagraniczni, głównie kontynentalni fachowcy, w typie Claudio Ranieriego, Roberta Martineza, Quique Sancheza Floresa i innych, podnosili kluby, które jeszcze niedawno plątały się w tych samych, co „Tygrysy”, rejonach tabeli. Niespodziewanie Hull zerwało z tradycją, co spotkało się z krytyką Paula Mersona, narzekającego, że „kluby biorą bezmyślnie obcokrajowców bez sukcesów, zamiast spojrzeć na angielskich trenerów” (skąd my to znamy). Ale krytyką Paula Mersona niekoniecznie warto się przejmować.

Portugalska władza

 Zatrudnienie młodego, a już mającego sukcesy, trenera, który słynie z wykorzystywania w pracy zdobyczy naukowych, dawania szans skreślonym gdzie indziej zawodnikom, to dla Hull wielka szansa, by zerwać z odwieczną bylejakością. Zwłaszcza, że Silva dostał sporą władzę. Choć podpisał kontrakt tylko na pół roku, z miejsca pozwolono mu na wymienienie całego sztabu, nie wyłączając trenera bramkarzy. Wszystkie stanowiska obsadził fachowcami z Portugalii, co raczej klubowi nie zaszkodzi. Zadanie ma skrajnie trudne, bo do dyspozycji na pierwszych treningach miał tylko czternastu graczy z pola. Klub, znajdujący się w stanie permanentnej wojny właścicieli z kibicami, w lecie niemal nie kupował zawodników i generalnie stroni od transferów, przez co w debiucie przeciwko Swansea, na środku obrony Silva musiał wystawić dwóch stoperów, a na kolejny mecz z Manchesterem United miał do dyspozycji tylko piętnastu graczy. Ale Swansea ograł, a w sobotę, w swoim pierwszym meczu w Premier League, wygrał też z Bournemouth. Dla Hull było to pierwsze ligowe zwycięstwo od dziesięciu spotkań. Po raz pierwszy od sierpnia zdarzyło się też, by „Tygrysy” wygrały dwa z trzech kolejnych meczów.

Ratunek znów z Brazylii

Hull nadal ma mało punktów, zawodników i pieniędzy. Musi rywalizować w jednej z najbardziej wymagających lig świata. Zadanie utrzymania w lidze jest z gatunku niemożliwych. Dlatego wzięcie Silvy wydaje się strzałem w dziesiątkę. O Mike’u Phelanie, jego poprzedniku, było wiadomo, że prochu już nigdy nie wymyśli. O Silvie jeszcze tego nie wiadomo. Portugalczyk, gdzie tylko pracował, osiągał dobre wyniki, a w Estorilu Praia udowodnił, że wie, jak wychodzić z sytuacji beznadziejnych. Jego pierwszym krokiem do wyprowadzenia Hull z kryzysu, było odkupienie z Porto Brazylijczyka Evandro. Tego, którego Porto trzy lata wcześniej zabrało mu z Estorilu. Tak, jak w 2009 roku, ratunek ma nadejść z Brazylii.

Trenerska rewolucja wybuchnie na prowincji

Przynajmniej od czasów pierwszych niepowodzeń Leo Beenhakkera z reprezentacją Polski, ale prawdopodobnie od jeszcze bardziej zamierzchłej przeszłości, polscy trenerzy ligowi zaczęli podnosić głowy. Przestali się pokornie godzić z tym, że są słabsi od szkoleniowców zagranicznych. Nieformalnym liderem tej odsieczy został Michał Probierz – który kiedyś na Twitterze raczył stwierdzić, że Pep Guardiola nie jest od niego lepszym trenerem, tylko ma lepszych piłkarzy – ale bardzo chętnie podążyli jego śladami inni. Gdy Borussia Dortmund boleśnie uświadamiała mistrzowi Polski, jak wiele dzieli go od solidnego futbolu, Maciej Bartoszek z I-ligowej Chojniczanki wyciągał triumfalny wniosek, że gdyby polski trener przegrał chociaż 0:3, to już byłby zwolniony – czemu kłam zadały ochy i achy po porażce (polskiego trenera) 1:5 w Madrycie. To nie były jedyne nazwiska. Znakomita większość polskich trenerów ligowych powiedziała kiedyś coś, co miało wskazywać, że trenerzy ze światowego topu różnią się od nich tylko umiejętnościami trenowanych piłkarzy.

Gdybym miał na transfery tyle co Mourinho…”

 Trzeba oddzielić dwie sprawy. Pierwszą jest ślepe przyjmowanie wszystkiego, co zagraniczne, jako lepszego. Nie, nie wszystko, co zagraniczne, jest lepsze od polskiego, nawet nie każdy zagraniczny trener jest lepszy od polskiego, co pokazało wiele przypadków w polskiej lidze – Pacheta nie był lepszy od Ojrzyńskiego, Perez Garcia od Brosza, Hasi od Urbana etc. W tej krucjacie jestem w stanie polskim trenerom przyznać rację. Zatrudniając trenerów, trzeba umieć identyfikować hochsztaplerów, bo czasem może się okazać, że lepiej zatrudnić Jacka Magierę niż Besnika Hasiego. Drugą sprawą, jest powszechne zakładanie, że trenerzy z najlepszych lig europejskich, mają lepsze wyniki, bo pracują z lepszymi piłkarzami. Szyderczo zwracają często trenerzy uwagę, że wydając po 200 milionów na transfery jak Jose Mourinho czy Louis Van Gaal, też by mogli być rozliczani za wyniki.

Osiągnąć wynik ponad stan

 Żeby mieć do wydania 200 milionów na transfery, trzeba na to zasłużyć. Rozmawiając z wieloma trenerami, przez kilka lat, o ten brak autorefleksji mam do polskich trenerów – uogólniając, bo są oczywiście wyjątki – największy żal. Mało kogo stać na refleksję, że Van Gaal zaczął chodzić po największych klubach, bo kiedyś, dwadzieścia lat temu, potrafił z Ajaksem Amsterdam zdobyć Ligę Mistrzów, mając nieporównywalnie mniejsze możliwości finansowe niż rywale, których pokonywał. Że Mourinho, zanim zaczął być zapraszany na wielkie przyjęcia, sam się na nie, nieproszony, wdarł, prowadząc FC Porto. Że Pep Guardiola nie dostał Barcelony, jak się powszechnie uważa, dlatego, że był dobrym piłkarzem – tak, jakby Barcelona nie miała pod ręką setek dobrych, byłych piłkarzy – ale dlatego, że był wybitnym kandydatem na trenera. Rynek trenerski, także na szczycie, jest wbrew pozorom bardzo sprawiedliwy. Czasem ktoś przypadkowy, jak Avram Grant czy Roberto Di Matteo, chwilowo wskoczy na szczyt, ale bardzo szybko jest weryfikowany. Ci, którzy się utrzymują, nigdy nie są tam przypadkiem. Czy którykolwiek polski trener spróbował wskoczyć do tego wyższego kręgu? Nie do Manchesteru United, nawet nie do Stoke, ale choćby do Karpat Lwów? Czy, skoro polscy trenerzy są tak dobrzy, jak ci z samego szczytu, ktoś zdołał wycisnąć z drużyny tyle, by pobić choć trochę bogatszych? Nie mówię o biciu od razu Realu Madryt, to inna galaktyka. Ale czy polscy trenerzy, skoro są tacy dobrzy, zdołali z Jagiellonią Białystok, Cracovią, Śląskiem Wrocław czy Zawiszą Bydgoszcz osiągnąć w Europie jakiekolwiek wyniki ponad stan? Zrobili cokolwiek, by ktokolwiek ich zauważył? W ostatnich latach pamiętam tylko jeden przypadek, w którym polska drużyna w europejskich pucharach zagrała wyraźnie powyżej oczekiwań – Ruch Chorzów. Prowadzony przez Słowaka. W pozostałych przypadkach trenerzy skupiają się raczej na pokazywaniu, że rywal miał wyższy budżet.

Zmiana pokolenia nie wystarczy

 Gdy wchodziłem w świat piłki, myślałem, że to kwestia zmiany pokoleniowej. To były czasy, w których jeszcze pracowali w polskim futbolu trenerzy pokroju Janusza Wójcika, Mieczysława Broniszewskiego czy Mariusza Kurasa. Po kilkunastu latach okazuje się, że to myślenie jest zakorzenione dużo głębiej. Że wchodzące pokolenie młodych Probierzy, Ojrzyńskich czy Urbanów, nie sprawiło, że polska liga zaczęła gonić świat. Polski trener nadal najczęściej jest tym pokrzywdzonym, który urodził się w złym miejscu. Bo gdyby był tym, kim jest i urodził się w Katalonii, wołaliby na niego „Pep”. A takie myślenie jest wyjątkowo demobilizujące. Bo jeśli jest się tak dobrym, jak najlepsi na świecie, a trenuje się Grzelczaka zamiast Aguera, nie pozostaje nic innego jak załamać ręce i złorzeczyć wokoło.

Sygnały zmiany?

 Dlatego bardzo doceniam choćby ślady pojawiających się u polskich trenerów myśli, że to jednak nie przypadek, że nasz futbol ligowy od lat tkwi, tu, gdzie tkwi. Że to jednak nie jest przypadek, że absolutnie nikt z zagranicy nie chce zatrudniać polskich trenerów. Takie myśli prowadzą do wniosku, że trzeba nadganiać świat. Że jeśli mamy się zacząć zbliżać choćby do europejskich średniaków, musimy biec szybciej od nich. A mam wrażenie, że w ostatnim czasie takich trenerów zaczęło się pojawiać jakby więcej.

System ważniejszy niż Zlatan

 Wprawdzie środowisko dalej nie do końca jest gotowe, wprawdzie gdy Marcin Brosz zaprasza do sztabu Górnika Zabrze człowieka, który w Borussii Dortmund pracował nad poprawą działania mózgu piłkarzy, słyszy krytykę, że „każe piłkarzom bawić się jakimiś piłkami tenisowymi”, ale zaczynają się pojawiać ślady normalności. Ruszyło mnie niedawne zdziwienie światowych dziennikarzy, gdy Roberto Martinez, selekcjoner reprezentacji Belgii, zaczął nagrywać dronem treningi swojej drużyny. Ruszyło mnie, bo u nas to już oklepany temat – trener Czesław Michniewicz robił to już w Pogoni Szczecin i robi dalej w Bruk-Becie Termalice Nieciecza. Ruszyła mnie niedawna rozmowa z Andrzejem Rybarskim, trenerem Górnika Łęczna, który absolutnie wszystkie aspekty pracy jego drużyny, stara się przeliczyć na mierzalne elementy, fascynuje go koncepcja „Moneyball” w piłce nożnej i interesuje model Midtjylland. Ruszyło mnie nie dlatego, że myślę, że „Moneyball” da się przenieść z baseballa do piłki nożnej, bo tego jeszcze nie wiemy, ale dlatego, że w zapyziałym Górniku Łęczna pracuje człowiek, który się w ogóle nad tym zastanawia, zamiast patrzeć, jak jego piłkarze wchodzą po schodach. Właśnie w takich Górnikach Łęczna, Bruk-Betach, I-ligowcach potrzeba nam trenerów myślących w ten sposób. „W ten sposób” nie oznacza, że Rybarski, Brosz czy Michniewicz myślą tak samo. Myślą o futbolu zupełnie różnie. Ale łączy ich to, że rzeczywiście chwytają się wszelkich sposobów, by swoich piłkarzy popchnąć na wyższy poziom. Przez lata słyszałem od polskich trenerów „dajcie mi 200 milionów, a będę grał jak Barcelona”. Nie dziwcie mi się, że zdębiałem, gdy usłyszałem: „na warunki Górnika Łęczna, gdybym miał do wyboru Zlatana Ibrahimovicia albo nowoczesny system analityczny, raczej wybrałbym system analityczny”.

Pionierom sterczą strzały z pleców

 Wierzę, że takich trenerów będzie coraz więcej. I właśnie w takich, trochę prowincjonalnych klubach. Myślę, że w dużej mierze w tym tkwi współczesny fenomen niemieckiego futbolu, że Juergen Klopp, Thomas Tuchel objawiali się w FSV Mainz, a nie w Bayernie, Jezus w Betlejem, a nie w Jerozolimie, że Ralf Rangnick przez większość swojego życia nauczał futbolu w Ulm, Hoffenheim czy w Lipsku, a nie w Borussii Dortmund, że Volker Finke wprowadzał ustawienie bez libero we Freiburgu, a nie w Hamburgu. Rewolucja wybucha na prowincji, dopiero potem maszeruje na stolice. I chociaż nie będzie im łatwo, cieszę się, że ślady takiego myślenia zaczynają się w Polsce pojawiać. Nawet jeśli oni sami nie dadzą rady (Brosz czy Michniewicz pracują w zawodowej piłce od ponad 10 lat i nigdy nie dostali do prowadzenia klubów nawet z polskiego topu), nawet jeśli pionierom sterczą strzały z pleców, pojawia się nadzieja, że za nimi pójdą kolejni, którym już się uda. To kwestia nie jednego, a pewnie paru pokoleń, ale może programowe myślenie polskiego futbolu, że „się nie da”, kiedyś jednak zniknie. To więcej niż pewne, że w „magiczny sposób” pójdzie za tym i poprawa wyników i poprawa opinii o polskich trenerach za granicą.