Narodowa odsiecz prezesa Bońka

W dzisiejszym „Przeglądzie Sportowym” Zbigniew Boniek zapowiada zmiany w funkcjonowaniu reprezentacji młodzieżowych. Od teraz, jeśli młody piłkarz zdecyduje się raz wystąpić dla młodzieżowej reprezentacji innego kraju, PZPN przestanie się nim interesować. Taką decyzję prezes PZPN w typowy dla siebie sposób argumentuje: - Patriotyczne rozterki mogą mieć dzieci, a my mówimy o prawie dorosłych chłopakach. Trzeba mieć jakieś zasady. Nie podoba mi się skakanie po polskim orzełku (…). Mamy swoje zasady i chcemy się ich trzymać. Nie może być tak, że piłkarz, który ma dwa obywatelstwa, gra w jednym roku najpierw dla polskiej młodzieżówki, po czym występuje w barwach innego kraju. I tak zmienia reprezentacje do woli, bez żadnych konsekwencji, bo nie może się niby zdecydować, dla kogo grać. Rozumiem, że dziecko, które jeszcze nie ma swojego zdania, ma wewnętrzne rozterki, ale już 17-latek powinien mieć przemyślenia, który kraj jest bliski jego sercu.

Rozumiem, że czasy mamy, jakie mamy, renesans retoryki narodowej widać od Sekwany po Wołgę. Polacy dobrze w tym się odnajdują, bo zaglądanie komuś w krew i ważenie kto jest swój a kto nieswój, to od lat jedno z naszych ulubionych zajęć. Notabene, jesteśmy w tym dość niespójni. U Niemki Angeliki Kerber ekscytujemy się dziadkiem z Puszczykowa, a nazwanie Polaka Eugena Polanskiego „Polakiem” wywołuje za każdym razem falę protestów i tekstów o „farbowanym lisie”. Prezes PZPN miał mało okazji, by wykazać się swoją dbałością o polskość, więc musiał jakąś znaleźć. Podczas gdy urząd za urzędem i instytucja za instytucją są obsadzane swoimi ludźmi wedle zasady TKM, niezależny i bogaty PZPN jest na tyle niezależny i bogaty, że mógłby się stać obiektem polityczny zakusów „dobrej zmiany”. Oczywiście, zakusy na piłkarskie związki są trudne, ale pomysł Bońka traktuję jako pewną profilaktykę. Ma pewnie świadomość, że wybrany został „za PO”, co jest wystarczająco przekreślające, nawet jeśli PO nie miała z tym nic wspólnego. A jeszcze prezes Boniek ma niebezpiecznie wysoko w hierarchii Romana Koseckiego, z PO jawnie związanego. Trzeba więc udowodnić, że także w piłce nożnej narodowy duch nie śpi i „nikt po polskim orzełku skakać nie będzie”.

Nie ma bardziej skomplikowanych kwestii niż kwestie tożsamościowe. Znam 70-letnich ludzi, z rodziców dwunarodowych, którzy całe życie spędzili w Polsce, mówią po polsku, pierwszy raz w kraju pochodzenia swojego ojca były w wieku już mocno posuniętym, którzy jednak mają problem z tym komu kibicować, gdy oba kraje mierzą się ze sobą. Gdyby ten 70-latek dostał dzisiaj powołanie do reprezentacji kraju pochodzenia swojego ojca, miałby pewnie bardzo spore rozterki. A przecież zdaniem prezesa rozterki tożsamościowe może mieć tylko dziecko.

Najłatwiej o sprawach tożsamościowych mówić tym, którzy w swoim (mylnym) przekonaniu są w linii prostej potomkami Mieszka I. Tacy nigdy nie mogą zrozumieć żadnych dylematów. Tych, którzy się zastanawiają, traktują jak dziwaków, jakby zastanawiali się przez lata czy zjeść jabłko czy banana.

W dzisiejszym, pełnym migracji świecie, coraz mniej jest osób tzw. „czystej krwi”. A ściślej: nie ma takich w ogóle. Przepisy FIFA są do tego dostosowane. Dzieci mogą zmieniać reprezentacje, dorośli muszą się już na któryś kraj zdecydować. Przepisy regulujące kwestie reprezentacyjne są jasne i przestrzegane. Ale nie, my musimy wykazać się bardziej, pokazać, że jesteśmy najbardziej narodowi jak tylko się da i nie będzie Niemiec pluł nam w twarz. 17-latka społeczeństwo nie uznaje za dość rozgarniętego, by mógł kupić piwo i papierosy czy prowadzić samochód, ale uznaje za dość rozgarniętego, by rozstrzygnąć kwestie tożsamościowe, z którymi ludzie zmagają się przez całe życie. Tak, panie prezesie, patriotyczne rozterki mogą mieć również ludzie starsi od pana.

„Kryzys” niemieckiego futbolu

niemcy

Niemiecka kadra U-21 została niedawno zdemolowana w półfinale mistrzostw Europy przez Portugalię. W Niemczech rozpoczęła się seria lamentów, której echa dochodzą też do nas. Wynik 0:5 miał pokazać, że złote pokolenie wcale nie jest takie złote, jak wydawało się rok temu, następcy mistrzów świata wcale nie rodzą się na kamieniu, system szkolenia jednak nie jest tak genialny, jak się wydawało, a problem niemieckiej piłki mają też pokazywać gorsze niż zwykle wyniki niemieckiej kadry w eliminacjach Euro 2016. Jeszcze chwilę i ktoś naprawdę uwierzy w kryzys.

Kryzys niemieckiego futbolu owszem, miał miejsce, gdy dorosła reprezentacja na dwóch mistrzostwach Europy z rzędu nie wychodziła z grupy, chociaż nie należy zapominać, że w środku tego kryzysu została wicemistrzem świata. Porażka młodzieżówki, nawet 0:5, w PÓŁFINALE, nie jest objawem kryzysu.

Zresztą, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, o co chodzi w turniejach młodzieżowych. O to, by je wygrywać czy by przygotować jak największą liczbę ich uczestników do gry na najwyższym poziomie? Mało kto tak dobrze rozumie, jak niewiele warte są triumfy w młodzieżowych kategoriach wiekowych, jak Polacy. Co z tego, że taki Dariusz Zawadzki był gwiazdą mistrzostw Europy, skoro w wieku 33 lat gra w Sparcie Kazimierza Wielka, nie zadebiutowawszy nawet w polskiej ekstraklasie? Co z tego, że Mariusz Sacha grał w kadrze, która wychodziła z grupy mistrzostw świata U-20, skoro mając 27 lat jest byłym piłkarzem, podobnie jak jego koledzy z drużyny Dawid Janczyk czy Krzysztof Strugarek. Młodzieżowe turnieje są fajną, ciekawą rozrywką na letnie miesiące, gdy nie dzieje się nic ciekawszego, można z nich wyciągnąć perełki i jakieś wnioski, ale nie należy ich traktować ze śmiertelną powagą.

Ważniejsze od tego czy Niemcy ograją Portugalię czy z nią przegrają jest jak radzą sobie w dorosłym futbolu.

Bramkarz Portugalii Jose Sa to rezerwowy klubu Maritimo. Bramkarz Niemiec Marc Andre ter Stegen wygrał w tym roku Ligę Mistrzów i to wygrał aktywnie, broniąc we wszystkich meczach Barcelony. Jego zmiennikami w kadrze byli Bernd Leno, który wyszedł z grupy Ligi Mistrzów i Timo Horn z Kolonii, bramkarskie objawienie sezonu jednej z najlepszych lig Europy.

W składzie Portugalii zmieścili się jeszcze Ricardo Esgaio, wypożyczony ze Sportingu Lizbona do Pacos Ferreira, rezerwowy Sportingu Tobias Figueiredo czy rezerwowy Porto Ricardo Pereira. Najwięcej w seniorskiej piłce znaczy William Carvalho, podstawowy zawodnik, jedna z gwiazd Sportingu, ale to dalej liga portugalska, piekielnie silne, lecz tylko zaplecze najwyższego europejskiego poziomu. Tego, na którym od lat grają rówieśnicy z Niemiec.

Za Matthiasa Gintera Borussia Dortmund zapłaciła 10 milionów euro. Ma już w dorobku dorosłe mistrzostwo świata. Emre Can regularnie grał w Liverpoolu, po świetnym sezonie w Bayerze Leverkusen. W Bundeslidze miejsce w składach swoich drużyn mieli też Christian Guenter, Julian Korb, Nico Schulz, Johannes Geis, za którego tego lata Schalke dało 10 milionów euro, Kevin Volland, Max Meyer, Leonardo Bittencourt, Felix Klaus, Maximilian Arnold i Robin Knoche (wicemistrzostwo i Puchar Niemiec) czy Yunus Malli. Joshuę Kimmicha Bayern kupił w tym roku za osiem milionów euro. Widzicie różnicę?

Portugalczycy zmietli Niemców, mogą sięgnąć po mistrzostwo Europy U-21, natomiast gdy już się nacieszą i wrócą z wakacji, w większości nadal będą dopiero aspirantami na najwyższy poziom. A młodzi Niemcy pozbierają się, odpoczną i wrócą do odgrywania centralnych ról w liczących się europejskich klubach. Taki jest ten kryzys niemieckiego szkolenia.

Podobnie ma się rzecz z dorosłą reprezentacją. Pewnego rodzaju odprężenie pomundialowe, połączone z wieloma kontuzjami przyniosło trochę gorsze wyniki. Swoje musiała też zrobić reforma mistrzostw Europy. Reprezentacja taka jak Niemcy wie, że cokolwiek by zrobiła i tak na turnieju zagra. Selekcjoner może sobie eksperymentować do woli, nawet kosztem jakiejś porażki z Polską czy remisu z Irlandią. W przypadku reprezentacji Niemiec, liczą się tylko wielkie turnieje. Przypomnę, że przed zgarnięciem mistrzostwa świata w imponującym stylu, Niemcy w meczach towarzyskich nie wyglądali na faworyta mundialu – wymęczyli wygraną z Chile, będąc wyraźnie słabszym, zremisowali z Polską i Kamerunem, rozjechali jedynie Armenię, choć i tak niżej niż miesiąc później Brazylię. Taka specyfika. Wielcy piłkarze grają wielkie mecze w wielkie wieczory, co nie oznacza, że błyszczą zawsze i wszędzie. Rozlicza się ich z mistrzostw świata i mistrzostw Europy. A tu ostatnimi czasy mają: mistrzostwo, trzecie miejsce, trzecie miejsce, wicemistrzostwo, trzecie miejsce. Ot, niemiecki kryzys.

Nawałka chyba ma pierwszego plusa

polanski

Eugen Polanski ma znów zostać powołany do reprezentacji Polski, co po raz kolejny wywołało na jego temat dziką dyskusję.

Warto zadać sobie w jego sprawie kilka pytań. Ilu Polaków na jego pozycji jest w klubach z czołowej siódemki lig świata (Anglia, Hiszpania, Niemcy, Francja, Włochy, Portugalia, Rosja)?

W Anglii żadnego. W Niemczech Mateusz Klich i Adam Matuszczyk, w Hiszpanii Grzegorz Krychowiak i Cezary Wilk, we Francji Dominik Furman, we Włoszech nikt, w Portugalii Paweł Dawidowicz, w Rosji Janusz Gol.

Czyli oprócz Polanskiego mamy siedmiu. Ilu z tych siedmiu rzeczywiście w tych ligach gra?

Klich ani razu nie był w kadrze Wolfsburga. Matuszczyk w Kolonii raz gra, a raz nie gra. Krychowiak w Hiszpanii gra, ale Wilk już nie. Furman w tym sezonie nie dotknął nawet boiska, a w zeszłym spędził na nim tyle, że dłużej przebywałby wdzierając się na nie z trybun na golasa. Dawidowicz w Benfice jest w rezerwach, Gol natomiast w Amkarze regularnie gra.

Wychodzi nam na to, że Polanski jest jedynym obok Krychowiaka i Gola Polaków na tej pozycji występującym regularnie w mocnej lidze zagranicznej. Pytanie nie powinno więc brzmieć, czy go powoływać, tylko ewentualnie czy wystawiać go w podstawowej jedenastce. Powołanie dla niego jest czymś w polskich warunkach absolutnie oczywistym.

A przynajmniej powinno być. Polanski spełnia wszystkie warunki, by być reprezentantem Polski: ma polskie obywatelstwo, mówi po polsku, gra regularnie w silnym klubie. Nigdy nie odniosłem wrażenia, żeby zaniżał poziom gry naszej reprezentacji. Ba, wydaje mi się, że dawał z siebie zawsze wszystko. Był tylko ofiarą zaszufladkowania go jako „farbowanego lisa”. Mówiło się „farbowane lisy nic Polsce nie dają”. Nic nie dawał Boenisch, nic nie dawał Obraniak, nic nie dawał Perquis. Polanski dawał, ale to się nie liczyło, bo my musimy się odbijać od ściany do ściany. Jak stawiamy na migranckich Polaków, to na całego. Jak ich wyrzucamy, to wszystkich, nie zważając na to, że każdy przypadek jest inny. Coś jak z Wisłą Kraków raz mającą w składzie 20 obcokrajowców, a dwa miesiące później stawiającą na młodych Polaków.

Polanskiemu zarzuca się, że nie przyjechał w maju na kadrę. Nie wiem jak było, pewnie mało kto wie. Tyle że to nie zbrodnia. Nie on jeden nie przyjechał kiedyś na kadrę. Wojciech Pawłowski też kiedyś nie chciał przyjeżdżać na młodzieżówkę i to ma sprawić, że już nigdy nigdzie nie będzie go można powołać?

Głównym zadaniem selekcjonera jest rozmawianie, szukanie kompromisów, utrzymywanie wszystkich polskich piłkarzy w przekonaniu, że selekcjoner na nich patrzy. Miałem pretensje do Nawałki za to, jak łatwo i w sumie głupio stracił najrówniej grającego Polaka w Bundeslidze.  To, że ponoć ma z Polanskim porozmawiać jeszcze raz, uznaję za dowód siły, a nie słabości Nawałki. Nie jest dla mnie „miękką fają” (tak napisało Weszło) ten, kto potrafi się jeszcze raz zastanowić czy aby nie przesadził. Jest dla mnie miękką fają ten, kto raz popełniwszy błąd później ślepo w niego brnie, by się nie przyznać.

Nasz futbol jest na tyle słaby, że nie stać nas na odrzucanie piłkarzy pokroju Polanskiego czy Boenischa. Selekcjoner ma wybierać spośród najlepszych polskich piłkarzy, a nie spośród najlepszych piłkarzy, z którymi nie jest skłócony. Jeśli potwierdzi się, że Nawałka jednak wróci do Polanskiego, będzie miał u mnie pierwszego plusa.

Problem kadry tkwi w Tobie

Często się zastanawiam, dlaczego trenerzy o tak różnych wizjach odnoszą w piłce sukces. Wszyscy niby dążą do tego samego, więc jak się to dzieje, że ludzie, którzy mają 98% takich samych genów, oglądają te same mecze, czytają podobne analizy i chodzą do podobnych szkół, dochodzą do kompletnie różnych wniosków.

Mourinho niewątpliwie odniósł nie jeden sukces i niewątpliwie zna się na swojej robocie. On twierdzi, że kluczowe jest moment przejścia z obrony do ataku i odwrotnie. Jego drużyny świetnie kontratakują, momentalnie potrafią się dużą liczbą zawodników znaleźć po drugiej stronie boiska. I wyniki go bronią.

Guardiola niewątpliwie też odniósł sukces i zna się na swojej robocie. A mówi i robi dokładnie odwrotnie jak Mourinho. U niego kluczowe jest posiadanie piłki, będące strategią ofensywną i defensywną zarazem. I wyniki go bronią.

Sukces może odnieść jajogłowy Rafael Benitez, który każdą sekundę na boisku analizuje, wylicza i przewiduje. Ale sukces może też odnieść Harry Redknapp, który gdyby znał Tomasza Kulawika na pewno doceniłby słowa: Taktyka? Tak tyka to zegar.

Juergen Klopp odnosi sukcesy stosując pressing na całym boisku. Otto Rehaggel odnosił sukcesy oddając inicjatywę na całym boisku. Można się tak cofać do XIX wieku, przez Rinusa Michelsa i futbol totalny, Helenio Herrerę i cattenaccio, Belę Guttmana, Herberta Chapmana. Człowiek ich słucha i czyta, ogląda mecze ich drużyn i ma mętlik w głowie. Oni się wykluczają, a łączy ich tylko to, że wygrywają.

Dochodzę do wniosku, że najważniejszą sprawą jest pomysł i konsekwencja w jego realizowaniu. Chcesz grać trzema obrońcami? Świetnie, ale rób to przez 10 meczów z rzędu choćby nie wiem co. Twój zespół ma stosować pressing na całym boisku? Rewelacja. Ale najpierw go tego naucz. Chcesz grać z kontry? Dobrze, tylko ćwicz to do porzygu. Chcesz panować na boisku? Nigdy nie słyszałem lepszego pomysłu! Ale zdajesz sobie sprawę, że przez pierwsze 10 meczów, gdy twoi zawodnicy nie będą stwarzać żadnych sytuacji, prasa 10 razy cię zwolni, a kibice obrażą twoją rodzinę 10 pokoleń wstecz? Wytrzymasz, to będą cię nosić na rękach.

Zawodnicy muszą mieć czas zgrać się i wypracować sposób gry, który zadowala trenera. Właśnie dlatego obawiam się, że w polskiej piłce nigdy nie będzie dobrze.

Naszym problemem nie jest to, że mamy głupich trenerów, ani że boiska krzywe, ani że nie ma akademii, ani że nie ma piłkarzy. Naszym problemem jest to, że nie ma czasu. Każdego trenera zwalniamy właśnie gdy zawodnicy zaczynają kapować, o co mu chodzi.

Mam wrażenie – to oczywiście nie do sprawdzenia – że gdyby cała Polska, media, kibice, wszyscy, nie interesowali się przez cały rok reprezentacją, trener rozsyłałby 18 zainteresowanym miejsce i datę rozegrania meczu, graliby i rozjeżdżali się w tajemnicy, za rok obudzilibyśmy się w nowej rzeczywistości. Niestety, to alternatywna rzeczywistość. W tej realnej obudzimy się jak zawsze z ręką w nocniku.

Polacy, nic się nie stało

Polacy znowu przegrali. Bezdyskusyjnie. Zostali zeszmaceni przez małego sąsiada, który tak naprawdę zajmuje się hokejem. Tam to by nam dopiero pokazał. Sąsiada, który z ostatnich 11 meczów wygrał jeden, a w międzyczasie zremisował z Liechtensteinem. Boruc w pierwszej połowie miał więcej do bronienia niż w całym sezonie w lidze angielskiej. Ostatni raz był taki zajęty w meczu z Austrią w 2008 roku.

Wszystko to prawda, ale… jakie to ma do cholery znaczenie? Już dawno słowa hymnu polskiej reprezentacji: „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” nie były tak prawdziwe.

Niby przerabialiśmy to wiele razy, powinienem się już przyzwyczaić, ale jakoś nie mogę. Tak krótka pamięć. Miesiąc temu byliśmy najsłabsi na świecie, a reprezentację trzeba by zaorać, bo „nawet Mourinho by nie pomógł”. Nie przyszedł Mourinho, tylko Nawałka, wpuścił paru chłopaków z polskiej ligi i nagle miał się stać cud. Te wszystkie zachwyty, jak to selekcjoner wprowadził dyscyplinę, jak to wszystko chodzi jak w zegarku, każda minuta zaplanowana. Mam nadzieję, że Adam Nawałka doceniał ten czas, bo to se – prawdopodobnie – ne vrati. Miodowy miesiąc trwa do pierwszego meczu. Teraz będą go szczuli, jak szczuli Smudę i Fornalika.

Przeszło mi przez głowę, że może to rzeczywiście dziennikarzy wina. To oni (my?) nakręcają taką atmosferę. Ale jednak nie, bo kibice są tacy sami. Niczym się nie różnią, albo są nawet jeszcze gorsi. Naprawdę 40 tysięcy ludzi wygwizdało piłkarzy? Naprawdę skandowali: „Jeszcze jeden!”? Naprawdę śpiewali coś o hańbieniu barw?

Jeśli budynek ma datę oddania do użytku wrzesień 2014, a ty przychodzisz w listopadzie 2013 na budowę i widzisz gołe ściany, porozrzucane narzędzia i twórczy nieład, to traktujesz to jako normalne – wszak jeszcze prawie rok! Dlaczego tak nie jest z reprezentacją? Nawałka ma ją zbudować na wrzesień 2014. Jak skończy przed terminem, to znakomicie. Ale wymaganie czegokolwiek w listopadzie 2013 świadczy źle tylko o kibicach i dziennikarzach, a nie o Nawałce.

Teraz jest czas na pokazanie wszystkim mądralom, że nie są tacy mądrzy, mówiąc, że „trzeba wziąć chłopaków z polskiej ligi i wszystko będzie dobrze”. Teraz jest czas, żeby sprawdzić, czy Kosznik się nadaje i czy Mączyński to ten rozmiar kapelusza. Waldemar Prusik – zawsze jak go słyszę, to marzę, żeby przejął kadrę. Facet wie wszystko – mówił coś o tym, że „oczekiwaliśmy, iż pokaże się nam reprezentacja, która zdoła wygrać ze Słowacją”. Jak to mówią mistrzowie ciętej riposty: Chyba ty. Ja oczekuję, że Nawałka zobaczy, kogo chce zobaczyć i wyciągnie z tego wnioski na przyszłość. Gdyby wygrał 5-0 również nie miałoby to żadnego znaczenia. Nie teraz ma wygrywać.

W ogóle mam wrażenie, że z takich meczów powinna być goła transmisja, bez żadnych komentatorów, ekspertów, tuzinów dziennikarzy analizujących, co się dzieje. Oszczędziłoby się nerwów na słuchanie mądrości o meczu, który znaczenie miał tylko i wyłącznie dla trenera.

U nas – jak co mecz kadry – widzę teraz bajdurzenie o szkoleniu. Że go nie ma. Jasne, super gdyby było i gdybyśmy wychowali pokolenie jak Belgowie czy Niemcy. Tyle, że to, co mamy w zupełności wystarczy na spełnienie naszych ambicji. Oglądałem dziś Islandczyków z Chorwatami i myślałem sobie: Boże, co za beznadziejni piłkarze. Zwłaszcza obrońcy. Tyle, że jednocześnie myślałem: Boże, co za dobra drużyna. Trener Lagerbaeck stworzył schemat gry, nauczył słabych piłkarzy dobrze funkcjonować jako zespół. To jest ważniejsze niż to, ile razy ktoś umie podbić piłkę słabszą nogą ponad głową. Wiele razy mam wrażenie oglądając słabe zespoły Bundesligi, taki np. FC Augsburg, że zwyczajni, przeciętni zawodnicy z podstawowego składu nie mają wyższych umiejętności niż nasi piłkarze. Gdyby takiego Wawrzyniaka wstawić do Augsburga, a Verhaegha do Legii, ani poziom Legii by się nie podniósł, ani Augsburga nie obniżył. To tłumaczy, dlaczego przeciętny w Polsce Junior Diaz potrafi też być przeciętny w Bundeslidze. Bo jest wstawiony w określony schemat, który tam funkcjonuje, a u nas nie.

Stworzenie schematu wymaga czasu i zgrania. My zdecydowaliśmy się zburzyć to, co zbudował Fornalik i zacząć od nowa. Wiele osób twierdziło, że Fornalik niczego nie zbudował i że gorzej być już nie może. Myślę, że dzisiaj zmieniły zdanie. Jeśli więc zaczynamy od zera, to dajmy Nawałce trochę więcej niż cztery treningi.

Guardiola niszczy Niemców

Przed Euro 2004 „Wyborcza” publikowała zapowiedzi wydarzeń w różnych grupach. Czesi byli wtedy w grupie z Holandią, którą regularnie batożyli, Łotwą i Niemcami. Werner Liczka powiedział, że z Łotwą powinni sobie poradzić, z Holandią pewnie też, ale „Nemce to są Nemce”.

Wtedy przestrzelił, bo „Nemce” wysłali do Portugalii fatalną ekipę, która nie była w stanie ograć Łotwy, ale powiedzonko zapamiętałem, bo jakże trafne. Tak, Niemcy to są Niemcy. Wiadomo, że ostatnie turnieje trochę zmieniły w ich postrzeganiu. To już nie jest siermiężna drużyna, która zawsze wygrywa, a raczej ładnie grający zespół, który w najważniejszych momentach zawodzi, tracąc w dodatku bramki w końcówkach. Ale mimo wszystko – Niemcy mogą przyjmować po cztery bramki od Amerykanów czy po trzy od Paragwajczyków, mogą mieć dramatyczną obronę, ale jak przychodzi co do czego, to nie przegrali w eliminacjach mistrzostw świata od 2001 roku i pamiętnego 1-5 z Anglią.

12 lat! Draxler był wtedy w I klasie podstawówki, a Reus uczył się tablicy Mendelejewa.

Ich wczorajsze starcie z Austrią, które właśnie na spokojnie obejrzałem, przypominało mecz Bayernu Monachium z np. Mainz. Zresztą piłkarze ci sami. Wszyscy się tu doskonale znali, bo w reprezentacji Austrii grali m.in. Almer z Cottbus, Alaba z Bayernu, Harnik ze Stuttgartu, Pogatetz z Norymbergi, Baumgartlinger z Augsburga, Fuchs z Schalke czy Arnautović do niedawna z Werderu i Ivanschitz jeszcze przed chwilą z Mainz. Łyse konie.

Widać było różnicę w podejściu. Austria tak bardzo chciała, była nabuzowana jak Kamil Kuzera, a dla Niemiec to był mecz, w którym nic nie ma do wygrania, a wiele do przegrania. Wygrali z Austrią 3-0 i na kimś to zrobiło wrażenie? A gdyby przegrali to wszyscy by o tym trąbili i obwieszczali koniec świata.

To był Murzyn z Zielonej Mili albo Wódz z Lotu nad kukułczym gniazdem, który podszedł do przedszkolaka, wziął go za kołnierzyk mundurka, poniósł wysoko i trzymał na wyciągniętej ręce. Malec się wściekał, wierzgał nóżkami, gryzł, kopał i szczypał, a Niemiec dusił beznamiętnie jak Wódz dusił Nicholsona.

Smutno się na to patrzyło.

Niestety, Niemców dotyka choroba, która dotknęła Hiszpanię. Od dawna mówię, że to Guardiola, a nie Mourinho zabija futbol. To nie ma nic wspólnego ze sportem, z rywalizacją. Tak jak Hiszpania zaczęła grać jak Barcelona i przyniosło jej to trofea, tak Niemcy zaczynają grać jak Bayern i niewykluczone, że przyniesie im to trofea. Ja jednak wolę Bayern Heynckesa i w ogóle futbol Heynckesa, gdzie szybkie podania po ziemi są środkiem, a nie celem samym w sobie. Gdzie kiedy można coś rozwiązać w trzech podaniach, nie robi się tego w 30 podaniach. Gdzie forma nie przerasta treści. U Niemców przerasta coraz bardziej, tak jak u Bawarczyków.

Szczęśliwie, pierwsze dwa gole strzelili Niemcy w swoim starym stylu. Płaskie podanie po ziemi Muellera, pach, Klose na krótkim słupku i wyrównanie rekordu Gerda Muellera staje się faktem. 68 goli w reprezentacji, nikt nie ma więcej. Klose ma 35 lat, jest na opłotkach wielkiego futbolu, ale cały czas cholernie warto go mieć w swojej drużynie.

Drugi gol był taki, jak lubię. Nie wiem jak Niemcy to robią, ale dobrze, że robią. Gdy strzela z dystansu Polak, nie trafia w piłkę, albo ładuje w przeciwnika, albo zabija kibica w najwyższym rzędzie trybun. Inni, mniej kalecy futbolowo, potrafią przymierzyć z dystansu, strzelić technicznie, czasem mają bombardiera albo dwóch, którzy rozrywają siatki. A Niemcy? Oni mają te „niemieckie strzały”. Obojętnie który strzela z dystansu, zawsze robi to w ten sam sposób. Pocisk, błysk, donica na łeb i gol. Nie pieszczą się, nie ustawiają piłki, nie mierzą. Bomba, bomba i blitzkrieg dokonał się.

Cieszyło mnie, że mimo niczym niezagrożonego zwycięstwa, Allianz Arena gwizdała. Nieśmiało, bo nieśmiało, tylko momentami, nie ma co robić tragedii, ale nie, nikogo nie kręci wymienianie 44213401 podań.

Reus, Mueller, Kroos, Lahm są wystarczająco dobrzy jako Reus, Mueller, Kroos czy Lahm, nie trzeba z nich robić Xaviego, Iniesty, Messiego i Alvesa. Ale to już jest kwestia sposobu na wygrywanie. Guardioli się sprawdza, Niemcom też się sprawdza, a czy mi się to podoba czy nie, to już mój problem.

Nie rozgrzeszajcie Fornalika za szybko

Cieszę się, że ominie mnie to, co prawdopodobnie zacznie się w Polsce po dzisiejszym meczu z Czarnogórą. Nie chcę za całe zło polskiej reprezentacji obwiniać Fornalika, bo na pochyłe drzewo nawet kozy skaczą. Tyle, że jako jedna z często podawanych mądrości gminnych funkcjonuje: tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Czytaj: Fornalik dobry, ale zawodników ma słabych.

 Nie spodziewałem się, że kiedyś będzie się z rozrzewnieniem wspominać Janasa selekcjonera, ale tak, właśnie do niego chciałbym porównać kadrę Fornalika. Engel miał zdolne pokolenie grające w dobrych klubach. Beenhakker był Beenhakkerem i już samo to długo budziło respekt. A Janas – wiadomo, prosty chłop, który się nie wtrąca. A materiał? Hmm…

 Osiem lat temu, również początkiem września, również na Stadionie Narodowym, tyle, że tym poprzednim, szczęśliwszym, Polska grała ważny mecz w eliminacjach mistrzostw świata. Wtedy wygrała z Austrią 3-2 i znalazła się o krok od wyjazdu do Niemiec.

 W bramce, tak jak prawdopodobnie dziś, stał Artur Boruc. Wtedy był świeżo po transferze do Glasgow, wyrzucił ze składu – przy pomocy Słowaków z Petrżalki – Davida Marshalla i powoli zyskiwał reputację „Hoalie goalie”. Wtedy pewnie był w lepszej formie, ale dziś – po tych wszystkich latach wzlotów i upadków – jest pewnie lepszym bramkarzem. W bramce remis.

 Obrona? Wówczas zestawiona w składzie Baszczyński, Kłos, Bąk, Rząsa. Baszczyński i Kłos grali w Wiśle Kraków, Rząsa występował w Heerenveen, a Bąk dorabiał sobie w Katarze. Dziś najprawdopodobniej zagrają: Jędrzejczyk, Szukała, Glik i Wawrzyniak. Czyli – inaczej mówiąc – prawy obrońca z ligi rosyjskiej, kapitan klubu z ligi włoskiej, podstawowy zawodnik uczestnika Ligi Mistrzów i aktualny mistrz Polski. Nie porównuję indywidualnej klasy każdego zawodnika, porównuję ich pozycje na arenie międzynarodowej. A tu znacząco wygrywa drużyna Fornalika.

 Pomoc. Wtedy składała się z czterech graczy, dziś pewnie z pięciu. Wówczas tworzyli ją Smolarek z Dortmundu, Sobolewski z Wisły, Szymkowiak z Trabzonsporu i Kosowski z ławki II-ligowego Southamptonu. Dziś, ani chybi zagrają Błaszczykowski, Klich, Zieliński, Krychowiak, Sobota. Smolarek rozgrywał wtedy w Dortmundzie sezon życia, ale ani nie był to ten Dortmund, ani ta Bundesliga, ani Smolarek nigdy nie był tej klasy zawodnikiem co Błaszczykowski. Sobolewski dobry, ale grał tylko w Wiśle, tymczasem dzisiejszy defensywny pomocnik gra w podstawowym składzie klubu z ligi francuskiej. Klich jest kluczową postacią lidera ligi holenderskiej. Sobota jest w życiowej formie i właśnie przeszedł do czołówki ligi belgijskiej. Jedynie Zieliński siedzi na ławce w Udinese. Wychodzi więc na to, że drastycznie wygrywa drużyna Fornalika.

 W ataku grali wtedy Grzegorz Rasiak i Maciej Żurawski. Firmy robiły wrażenie, bo jeden był z Tottenhamu, a drugi z Celticu, ale grał tylko „Żuraw”. Żaden nigdy nie dorastał do pięt Lewandowskiemu.

 Czyli inaczej mówiąc, reprezentacja Janasa w żadnej formacji nie była lepsza od reprezentacji Fornalika, a w prawie wszystkich była wręcz znacząco gorsza. A jednak na boisku patrzyło się na nią bez porównania lepiej. Stąd apel: ludu mój ludu, nie zrzucaj za szybko odpowiedzialności z trenera. Piłkarze są ważni, owszem, ale skoro trener i jego poprzednik nie są z nich w stanie zrobić drużyny, to problem tkwi w trenerze i w jego poprzedniku. Piłkarzy mamy na miejsca 25 – 30 w rankingu FIFA, a nie na ósmą dziesiątkę.