Kto powinien grać na środku pomocy reprezentacji Polski? [ANALIZA]

stadion

Dyskusja o środkowym pomocniku dla reprezentacji Polski, który grałby u boku Grzegorza Krychowiaka i nie kłuł w oczy, podnosi się po każdym meczu kadry. W Polsacie Sport podnoszono ostatnio kwestię powrotu Eugena Polanskiego. Walory piłkarskie ma oczywiście takie, że z miejsca rozwiązałby kłopot na tej pozycji. Nie wiemy jednak, jak przyjęłaby go grupa, a przede wszystkim – to czysto jałowa dyskusja, bo on nie chce wracać. Moim zdaniem można sobie dać spokój, zapomnieć o nim.

Chcąc nie chcąc, partnera dla Krychowiaka trzeba będzie raczej znaleźć w polskiej lidze. W zagranicznych klubach nie ma dobrych, grających środkowych pomocników. Nie grających też raczej nie ma. Mimo dobrych wyników kadry, dyskutować trzeba, bo problem nie jest rozwiązany i cały czas doskonale go widać. Krzysztof Mączyński wszystkich powątpiewających w jego klasę określa jako ludzi, których bolą sukcesy kadry, ale wątpić trzeba, bo pomocnik Wisły nie przekonuje.

W internecie i mediach, cała dyskusja sprowadza się do kwestii – „jest dobry”, „nie jest dobry”. „Podoba mi się”, „nie podoba mi się”. Jako że oko jest zawodne, a większość tylko powtarza zasłyszane zdania, obracając się w kręgu jakichś mitów, przyjętych za fakty nieprawd, zdecydowałem się skorzystać z możliwości, jakie daje od tego sezonu ekstraklasa i przyjrzeć się szczegółowym, indywidualnym statystykom. Podobno, te oficjalne, są zawodne. Nie wiem. Lepszych narzędzi spojrzenia na naszych ligowców aktualnie nie mamy.

W Midtjylland i Brentford wyznają zasadę, by nie ufać oczom i szukają kandydatów do składu w liczbach. Wyszedłem z tego samego założenia. Nieważne, co o kimś myślę i jak go oceniam. Nieważne czy jest stary czy młody, pijak czy asceta. Kryteria wstępne do rankingu były dwa: 1. Pod uwagę brałem tylko polskich środkowych pomocników. 2. Każdy z nich musiał rozegrać na środku pomocy w podstawowym składzie w tym sezonie ponad połowę możliwych meczów, czyli pięć. Wyjątek uczyniłem dla Karola Linetty’ego, który grał rzadziej, ale jako że jest aktualnym reprezentantem, miał wyjść w podstawowym składzie na Niemców i uznaje się go za wielki talent, stwierdziłem, że szkoda byłoby nie zobaczyć, jak prezentuje się na tle innych ligowców.

Korzystając z oficjalnych statystyk Ekstraklasy, porównałem zawodników pod kątem siedemnastu kryteriów. Myślę, że to wystarczająco dużo, by móc wyciągnąć jakieś wnioski. Liczyły się: procentowa skuteczność ogólna strzałów, procentowa skuteczność zagrań w pole karne, skuteczność dryblingów, skuteczność w pojedynkach powietrznych, kontakty z piłką na mecz, procent strat, faule, jakie na danym zawodniku popełniono, skuteczność odbiorów, wygrane piłki, wybicia, faule popełnione, procentowa celność długich, średnich i krótkich podań, dośrodkowań, liczba podań do strefy ataku i procent udanych zagrań do przodu. Nie każde z tych kryteriów jest absolutnie kluczowe, bez niektórych można być dobrym środkowym pomocnikiem. Każda z tych cech jest jednak, jeśli nie niezbędna, to przynajmniej pożądana u współczesnych środkowych pomocników.

Zwycięzca każdego z kryteriów otrzymywał 21 punktów (tylu było zawodników), drugi – 20, trzeci – 19 etc. Co ważne, nie wprowadzałem rozróżnienia na tzw. środkowego pomocnika numer sześć (więcej zadań defensywnych) i osiem (więcej zadań ofensywnych). Teoretycznie kadra potrzebuje „ósemki”, ale podział jest tak płynny, a w zależności od meczu niektórzy zawodnicy potrafią grać jako „szóstki” czy „ósemki”, wrzuciłem wszystkich do jednego wora, robiąc tylko podział na kategorie ofensywne i defensywne.

Oto wyniki rankingu polskich środkowych pomocników za osiem pierwszych kolejek sezonu 2015/16

1. Dominik Furman (Legia) 254 punkty.

2. Damian Dąbrowski (Cracovia) 250

3. Łukasz Surma (Ruch) 248

4. Łukasz Trałka (Lech) 246

5. Mateusz Matras (Pogoń) 243

6. Tomasz Jodłowiec (Legia) 232

7. Ariel Borysiuk (Lechia) 218

8. Tomasz Hołota (Śląsk) 209

9. Daniel Łukasik (Lechia) 205

10. Radosław Murawski (Piast) 190

11. Rafał Murawski (Pogoń) 188

12. Krzysztof Mączyński (Wisła) 187

13. Jakub Tosik (Zagłębie) 183

14. Karol Linetty (Lech) 181

15. Alan Uryga (Wisła) 168

16. Jacek Góralski (Jagiellonia) 163

17. Rafał Grzyb (Jagiellonia) 161

18. Tomasz Nowak (Łęczna) 160

19. Bartłomiej Babiarz (Termalica) 153

20. Maciej Urbańczyk (Ruch) 141

21. Radosław Sobolewski (Górnik) 128

W kryteriach ofensywnych czołową trójkę stanowią kolejno Dominik Furman, Damian Dąbrowski i Ariel Borysiuk, a w defensywnych – tu niespodzianka – Alan Uryga, Mateusz Matras i Damian Dąbrowski.

Wiadomo, że budowa reprezentacji nie polega na wstawieniu do składu wszystkich najlepszych piłkarzy. Ranking nie ocenia potencjału ani cech charakteru zawodnika, które selekcjonerowi mogą pasować lub nie. Zwraca jednak uwagę, że najwyżej sklasyfikowany pomocnik, jakiego Nawałka powołuje – Tomasz Jodłowiec – zajmuje dopiero szóste miejsce. Promowany przez selekcjonera Mączyński – dwunaste, a Linetty – czternaste. Tymczasem kompletnie pomijani są młodzi, a będący w najwyższej formie Furman i Dąbrowski. Zwraca też uwagę bardzo wysoka pozycja weterana Surmy i – czarnego konia zestawienia – Mateusza Matrasa.

Liczby potwierdzają ogólne wrażenie, że nie sposób nie szukać kogoś, kto zająłby miejsce Mączyńskiego, a może nawet Jodłowca. Wydaje się, że spojrzenie na Furmana i Dąbrowskiego przed Euro 2016, na które – wszystko na to wskazuje – pojedziemy, miałoby sens. Dopiero gdyby oni się nie sprawdzili, moglibyśmy z czystym sumieniem powiedzieć: jesteśmy skazani na tego Mączyńskiego, bo nikogo lepszego nie ma.

P.S. W ramach ciekawostki, podaję najlepszych i najgorszych w poszczególnych kategoriach: (przed myślnikiem najlepsi, po myślniku najgorsi)

procentowa skuteczność ogólna strzałów: Furman – Uryga

procentowa skuteczność zagrań w pole karne: Matras – Urbańczyk

skuteczność dryblingów: Jodłowiec, Tosik, Grzyb – Linetty, Urbańczyk, Łukasik, Sobolewski, Nowak.

skuteczność w pojedynkach powietrznych: Matras – Babiarz

kontakty z piłką na mecz: Dąbrowski – Sobolewski.

procent strat: Furman i Surma – Góralski.

faule, jakie na danym zawodniku popełniono: Radosław Murawski – Tomasz Nowak.

skuteczność odbiorów: Matras – Babiarz.

wygrane piłki: Góralski – Nowak

wybicia: Góralski – Linetty.

faule popełnione: Uryga – Góralski.

procentowa celność długich podań: Jodłowiec – Góralski

procentowa celność średnich podań: Dąbrowski – Uryga

procentowa celność krótkich podań: Furman – Matras

procentowa celność dośrodkowań: Sobolewski – Uryga.

liczba podań do strefy ataku: Rafał Murawski – Urbańczyk.

procent udanych zagrań do przodu: Furman i Dąbrowski – Urbańczyk.

Olkowski, przypadek wyjątkowy

O tym, że Paweł Olkowski wszedł w Bundesligę aż szokująco dobrze, miałem ochotę napisać już dawno temu, ale dziś nikt mi nie uwierzy. Trzeba było pisać wtedy, byłbym hipsterski, dziś to już mainstreamowe pisać o Olkowskim. Ale co tam, podzielę się, bo Olkowski to rzadki jak cholera przypadek, kiedy zagraniczni ocenili kogoś naszego lepiej, w sensie korzystniej, niż miejscowi. Zazwyczaj oceniają naszych piłkarzy lepiej, w sensie trafniej: my myślimy, że są świetni, a oni, że nie jest z nich taki cud. I zwykle wychodzi na ich. Teraz też wyszło, ale skala zdziwienia większa.

Te dwa gole z Hoffenheim, choć piękne, odpuśćmy. Nie chcę, żeby to był tekst o tym, że Olkowski zdobył dwie bramki i prasa okrzyknęła go księciem goli. Skupmy się na tym, że chłopak, niby młody, ale już nie tak bardzo młody, wyjechał z polskiej ligi, do ligi niemieckiej pierwszej i nie dość, że łapał się do kadry, nie dość, że wchodził na końcówki, nie dość, że zaczął w pierwszym składzie na nieswojej pozycji, nie dość, że wychodził w podstawowym składzie już na swojej pozycji, to wychodził w podstawowym składzie na swojej pozycji kosztem kapitana drużyny. Wieloletniego. Takiego, o którym wydawało się, że nie do wygryzienia.

Sprostowanie. Miso Brecko to nie Philipp Lahm. To Miso Brecko. Ale jednak tenże Brecko w tejże Kolonii grał od lat. Nie imały się go kontuzje, nie wylatywał za kartki, nie miał dołków formy, nie wchodził w konflikty z trenerami. Ot, typowy kat polskiego zawodnika wyjeżdżającego za granicę. Olkowski mógłby wrócić do Polski i z czystym sumieniem mielić ozorem, że Brecki z Kolonii nie da się wygryźć i mówiłby z grubsza prawdę. Wiadomo było, że jak Olkowski ma tam grać, to na skrzydle.

Rozmawiałem w maju, po awansie Kolonii, ze Stephanem Von Nocksem, dziennikarzem Kicera zajmującym się 1. FC Koeln. Mówił to wszystko, co napisałem powyżej o Breczce, dodając, że nie mówi, że jest nie do wygryzienia, bo nie wie jak gra Olkowski. „Jeśli się okaże drugim Piszczkiem, to oczywiście Breckę wygryzie”, a ja rechotałem. I to rechotałem jako zwolennik talentu Olkowskiego od pierwszego wejrzenia, czyli meczów za trenera Wojciecha Stawowego w GieKSie, gdy „Olo” grał na środku ataku (tak). Jasne, toczyłem zaciekłe dyskusje, twierdząc, że Olkowski dałby radę na poziomie średniaka Bundesligi. Ale potem ostudził mnie dzisiejszy bohater narodowy Milik.

Akurat te dyskusje w obronie Olkowskiego toczyłem, gdy dzisiejszy bohater narodowy Milik siedział na ławce w Augsburgu, a ja powyżej niego, na trybunach w Augsburgu, regularnie, co tydzień. Patrzyłem na jego próby podbijania Bundesligi i załamywałem ręce nad stanem polskiego futbolu. Ja takiego nastolatka jak Milik w polskiej lidze wcześniej nie widziałem. Na moje oko Milik z Górnika momentami kasował Lewandowskiego z Lecha. Jak widziałem, jak źle wygląda na tle – przepraszam za wyrażenie – FC Augsburg, to przestałem wierzyć, że jakikolwiek Polak jeszcze kiedyś przebije się w poważnej lidze. Koniec. Jeśli nie Milik, to nikt. Dalej zresztą jestem Milikiem zawiedziony. Uważam, że w Ajaksie przeżywa syndrom Mateusza Klicha, czyli radzi sobie jako tako – bo znowu bez przesady, że rewelacyjnie – w lidze holenderskiej, a to wcale nie znaczy, że w Bundeslidze będzie znaczył cokolwiek. Milik zachwiał strasznie moją wiarą w Olkowskiego.

A udało się. Już uważam, że osiągnął chłopak wiele. Bo nie czekał jak Penelopa na debiut, jak czekają Stępiński i Klich. Bo nie przepadł jak Furman w Tuluzie. Bo osiągnął w Europie więcej niż ten cały Sławomir Peszko. W ogóle, jest Olkowski jednym z nielicznych przykładów wymykających się kategorii. Dotychczas, jeśli chciałeś coś znaczyć na świecie, musiałeś:

a) wyjechać jako nastolatek: Szczęsny, Krychowiak.

b) wyjechać jako gwiazda naszej ligi: Lewandowski, Boruc, Fabiański.

c)  nie wyjechać, tylko już tam być: E. Smolarek, Polanski, Matuszczyk, Boenisch.

Są jeszcze tacy, którzy potrafili przezwyciężyć przeciwności i się wybić. Albo przez gorszą ligę, albo przez gorszą drużynę. Do tej kategorii zaliczyłbym Glika, Wasilewskiego, Dudka, Tytonia, Wilka czy Grosickiego czy Piszczka, który przecież zanim został światowej klasy obrońcą był słabym napastnikiem siedzącym na ławie Herthy.

Bardzo naszemu futbolowi brakuje karier podobnych do tej Olkowskiego, czyli płynnego przejścia ze średniaka polskiej ligi do średniaka ligi niemieckiej. Ot tak, jak udało się np. Juniorowi Diazowi, a polskim piłkarzom jakoś się nie udawało.

Szansa dla polskiego futbolu, to nie wychowanie 11 Lewandowskich, bo Lewandowski polega na tym, że jest jeden. Tacy się nie rodzą na kamieniu. Chodzi o to, by na kamieniu rodzili się solidni wyrobnicy, którzy nie będą piłkarzami sezonu w Bundeslidze, ale w swojej solidnej drużynie będą trzymać solidny poziom. Musimy – jako polski futbol – wychowywać więcej Olkowskich. Ten chłopak jest tak solidnym powiewem optymizmu, że trudno w ostatnich miesiącach o większy.

Nie mamy szans z Niemcami. Powiedzmy to sobie już dziś uczciwie

Selekcjoner Joachim Löw ogłosił powołania na mecz z Polską. Bez większych niespodzianek. Jest 16 mistrzów świata, Antonio Rüdiger, Sebastian Rudy i Max Kruse, których też selekcjoner już powoływał i jeden debiutant – Karim Bellarabi, którego powołanie jest tyleż uznaniem dla świetnej skądinąd formy skrzydłowego Bayeru Leverkusen, ile zamknięciem mu drogi do czyniącej pod niego zakusy reprezentacji Maroka.

16 mistrzów świata. Przeciwko Polsce. A jednak w ostatnich dniach da się zaobserwować w naszym kraju analizy tak optymistyczne, że aż oderwane od rzeczywistości. Próbuje się szukać racjonalnych przesłanek przemawiających za Polską. Daremne żale, próżny trud. Racjonalnych przesłanek nie ma. Najbardziej racjonalne zdanie o optymistycznej wymowie, jakie można przed tym meczem wygłosić to „Kiedyś w końcu musi być ten pierwszy raz”. Tak, rachunek prawdopodobieństwa wskazuje, że kiedyś w końcu powinno się udać.

W niemieckiej bramce słabych punktów nie ma co szukać. Przeciwko Polsce zagra Manuel Neuer, czyli najlepszy bramkarz świata, definiujący grę na tej pozycji na nowo. Jeśli nawet uda się wyjść z kontratakiem i ktoś urwie się obrońcom, to zaraz, tuż za połową boiska wyrośnie przed nim Neuer. W innym przypadku znakomicie obroni na linii. Trudność gry z Niemcami polega na tym, że możesz być lepszy i przegrać, bo oni maja Neuera, a ty nie masz. Pokazał to przykład Algierii na mundialu. Roman Weidenfeller i Ron-Robert Zieler są powołani tylko dla potwierdzenia hierarchii bramkarzy w Niemczech. I żeby na ławce nie było zbyt pusto.

Słabe punkty można znaleźć w niemieckiej defensywie. Zwłaszcza na bokach. Na mundialu na tych pozycjach grali albo Philipp Lahm (skończył reprezentacyjną karierę), albo Jerome Boateng, albo Benedikt Höwedes. Dwaj ostatni to stoperzy, z konieczności wypychani w okolice linii bocznych boiska. Höwedes jednak ma kontuzję i dlatego nie znalazł się w gronie powołanych, a będący w świetnej formie Boateng jest potrzebny na środku. Zwłaszcza, że karierę skończył Per Mertesacker, a Mats Hummels dopiero wyleczył się po kontuzji. W pierwszych meczach po mundialu na bokach obrony zagrali Kevin Grosskreutz (źle, więc nie znalazł się w kadrze), Sebastian Rudy (środkowy pomocnik, którego Löw przerobił na prawego obrońcę) i Erik Durm (środkowy napastnik, którego rok temu Klopp przerobił na lewego obrońcę). Eksperyment z Rudym można uznać za udany. Zawodnik zaliczył w meczu ze Szkocją świetną asystę, a selekcjonerowi pomógł też jego klubowy trener Markus Gisdol, który zaczął go wystawiać również na prawej obronie. To najbardziej prawdopodobne rozwiązanie na mecz z Polską. Rudy nie jest oczywiście zawodnikiem klasy Łukasza Piszczka, ale czy nie będzie w stanie powstrzymać ataków np. Macieja Rybusa? Erik Durm jest natomiast w ewidentnie słabej formie, ale i tak powinien zagrać. Gdyby mieli na niego nacierać Jakub Błaszczykowski z Piszczkiem, byłby to dla Löwa na pewno spory problem. Jednak w Bundeslidze grają w większości piłkarze jednak o klasę lepsi niż Kamil Grosicki. Mimo to, lewa obrona Niemców jest miejscem, które Polacy powinni atakować szczególnie mocno.

To właśnie Hummels z Boatengiem stworzą najpewniej parę stoperów. Może i ten pierwszy w derbach Zagłębia Ruhry zaprezentował dyspozycję cokolwiek wakacyjną, ale doszukiwanie się akurat w tym zawodniku niemieckiej słabości, byłoby przejawem nadmiernego optymizmu. Alternatywy? Przeciętne. Matthias Ginter, mistrz świata, który po transferze z Freiburga przeżywa w Borussii Dortmund lekcję za lekcją (póki co dość bolesne), Shkodran Mustafi, wynalazek Löwa, którego zalety są póki co dość skrzętnie chowane przed światem, oraz Antonio Rüdiger, stoper silny jak czołg, ale chimeryczny jak Ricardo Quaresma. Forowany trochę chyba na siłę środkowy obrońca Stuttgartu będzie jednak siedział na ławce. Jeśli nic złego się nie zdarzy, Hummels z Boatengiem odpowiednio zadbają o zaryglowanie dostępu do bramki Neuera.

Innych słabych punktów w niemieckiej drużynie znaleźć po prostu nie sposób. W linii pomocy Christoph Kramer, Toni Kroos, Mesut Özil, Andre Schürrle i będący w świetnej formie Mario Götze. Wysunięty w ataku Thomas Müller? Pozostający w odwodzie lider Borussii Mönchengladbach Kruse, Lukas Podolski, Julian Draxler i debiutant Bellarabi? Druga linia i atak w podobnym zestawieniu wbiły w półfinale mistrzostw świata trzy miesiące temu siedem bramek Brazylii w półfinale mistrzostw świata. Nie jest więc specjalnie uczciwe mówienie, że Polacy mają wielkie szanse powstrzymać Niemców, bo „to już nie ta sama drużyna”. Mają szanse, bo „to jest sport”. Czyli jakiś nikły procent, dzięki któremu legenda głosi, że kiedyś zadziałał. Powiedzmy to sobie już dziś uczciwie, żeby nie zdziwić się niemiło za tydzień.

Polacy nie chcą oglądać mundialu!

foto

My Polacy jesteśmy dość często zmuszeni do tego, by wybierać sobie na mundiale drugą reprezentację do kibicowania. A właściwie pierwszą, bo naszej nie ma już od połowy eliminacji. Ja ten problem rozwiązuję zawsze dość łatwo: kibicuję Holendrom i najsłabszym teoretycznie drużynom. Gdy już odpadną i Holendrzy i najsłabsze zespoły, sympatyzuję z Niemcami, co zazwyczaj pozwala mi przetrwać do samego końca mundialu z drużyną, której dobrze życzę.

Zastanawiało mnie jednak zawsze, jak rozkładają się sympatie w innych krajach i teraz pierwszy raz miałem okazję to sprawdzić. Przy okazji, mogłem też prześledzić nastroje w krajach mundialowych na dwa tygodnie przed startem turnieju. A konkretnie zrobili to za mnie badacze przeprowadzający ankiety w ramach projektu Komisji Europejskiej*. Mnie tylko przesłali bardzo ciekawe wyniki.

POLSKA

Spośród badanych krajów europejskich, najmniej osób planuje śledzić mundial w Polsce.

Szok numer jeden. 62,3 procenta ankietowanych deklaruje, że NIE BĘDZIE ŚLEDZIĆ MISTRZOSTW ŚWIATA. To bardziej przerażający wynik niż siedem procent dla króla w ostatnich wyborach. Z Korwina się wyrasta, z nieoglądania mistrzostw świata, obawiam się, że nie.

Nasi rodacy uważają w większości, że mistrzem świata zostanie Brazylia (17,3%) albo Hiszpania (15,6%). W inne kraje nie wierzymy niemal kompletnie. Bo jak nazwać ledwie 2% dla Argentyny?

Większość Polaków twierdzi, że mundial wygra Brazylia.

Z kolei sympatia nad Wisłą będzie wędrować raczej w kierunku Hiszpanów, którym będzie kibicowało 16,3% spośród ankietowanych. Na drugim miejscu jest Brazylia (8,4%) i Niemcy (6,2%).

EUROPA

Jeśli chodzi o śledzenie mistrzostw świata, w Europie będzie dużo lepiej niż w Polsce. Mundial chce oglądać 82,2% ankietowanych Niemców, 67,6% Duńczyków (nie podejrzewałbym ich o to), 67,3% Hiszpanów, 66,1% Francuzów itd. W żadnym z przepytywanych krajów tak często nie zgłaszano niechęci dla mundialu!

Największą dumę ze zwycięstw reprezentacji odczuwają Turcy, przed Niemcami. Najmniejszą Polacy, bo nie pamiętamy chyba jak to jest wygrywać i czuć z tego powodu dumę.

Co ciekawe, o ile Niemcy są dumni ze zwycięstw, to zupełnie nie smucą się porażkami. Przygnębienie po przegranej ich reprezentacji zadeklarowało tylko 3,9% respondentów. Oni z kolei chyba nie pamiętają, jak to jest przegrywać. Najsmutniejsi po porażkach są Włosi, przed Brytyjczykami.

Jeśli chodzi o wiarę w reprezentację przed mundialem, najlepiej wypadają Niemcy i Hiszpanie. Tylko 1,1% pytanych Niemców uważa, że ich drużyna nie wyjdzie z fazy grupowej, podczas gdy boi się tego aż 17,8% zagadniętych Anglików i Francuzów. Pewnych zwycięstwa w całym Turnieju jest blisko 10% Niemców i aż 17 procent Hiszpanów!

Jeśli chodzi o faworytów mundialu:

Austriacy wskazują Niemców.
Duńczycy, Niemcy, Francuzi, Włosi, Polacy, Hiszpanie, Brytyjczycy i Turcy Brazylijczyków. Swoją drogą, największą wiarę w Wybrzeże Kości Słoniowej wykazują Austriacy (0,8%), a w Kamerun Francuzi (0,9%). W moich biednych Holendrów najbardziej wierzą Turcy (4%).

I najciekawsze. Jak rozkładają się sympatie?

Austriacy kibicują głównie Niemcom. Bez zaskoczeń.
Duńczycy wolą Hiszpanów. Podobnie jak Francuzi, Polacy i Włosi. Hiszpanie najlepiej życzą sobie, ale gdy dowiadują się, że mają wybrać inną kadrę, wskazują Brazylię. Turcy też o dziwo najlepiej życzą Brazylii, a potem dopiero Niemcom.

Polska jest jedynym krajem obok Danii, w którym nikt nie wskazał sympatii dla reprezentacji Rosji. Bez zaskoczeń.

A czytelnicy Z nogą w głowie kogo będą wspierać na mundialu?

NAJ, NAJ, NAJ MUNDIALU…

Najmniej osób planujących śledzić mundial: Polska.

Najwięcej osób planujących śledzić mundial: Niemcy.

Najdumniejsi po zwycięstwach: Turcy.

Najmniej dumni po zwycięstwach: Polacy

Najmniej rozpaczający po porażkach: Niemcy.

Najbardziej rozpaczający po porażkach: Włosi i Anglicy

Najbardziej będziemy kibicować: Hiszpanii

Najbardziej wierzymy w: Brazylię.

Najbardziej wierzą w swoją reprezentację: Hiszpanie.

Największy faworyt mundialu to dla Austriaków: Niemcy, ale dla pozostałych badanych państw: Brazylia.

Austriacy najlepiej życzą: Niemcom, Turcy i Hiszpanie: Brazylijczykom, pozostali: Hiszpanom.

*Projekt “FREE – Football Research in an Enlarged Europe” jest innowacyjnym przedsięwzięciem akademickim z zakresu nauk społecznych, którego tematami są piłka nożna oraz europejska tożsamość. Projekt trwa trzy lata (2012-2015) i finansowany jest ze środków europejskiego siódmego programu ramowego (7PR) na rzecz badań i rozwoju technologicznego, na podstawie umowy grantowej numer 290805. Jego koordynatorem jest Szkoła Zarządzania ESSCA we Francji, która współfinansowała ankietę.Badania przeprowadzono przy współpracy wszystkich uniwersytetów zaangażowanych w projekt FREE: Københavns Universitet (Dania), Loughborough University (Wielka Brytania), Middle East Technical University (Turcja), Universitat de València (Hiszpana), Universität Stuttgart (Niemcy), Universität Wien (Austria), Université de Franche-Comté (Francja) oraz Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Koordynatorem badań ankietowych we wszystkich dziewięciu krajach była Céline Bracq z firmy BVA France. W Polsce badania zostały przeprowadzone przez firmę Mareco Polska w okresie grudzień 2013/styczeń 2014. Ankiety zostały przeprowadzone w formie telefonicznej. W każdym kraju zapytano po 800 osób. 

Reprezentacja Polski dalej nie gra w piłkę

nawalka

Plan taktyczny reprezentacji Polski.

Ten leniwy ja mówi, żeby napisać po tym meczu tylko tyle – jak ma być dobrze, skoro Sławomir Peszko dalej w podstawowym składzie? Ale to już pisałem. Powtórzę krótko: oglądanie polskiej kadry jest i tak cholernie trudne, więc nie ma co jeszcze ludziom zadania utrudniać. Odpuśćmy sobie Peszkę. Niech zakłada tę swoją korporację taksówkarską czy coś. Ostatnie tylko zdanie o nim: rozbawił mnie Typowy Sławomir, który w pierwszej połowie wepchnął Gintera na bandę. Komentator powiedział, że chodzi o to, żeby pokazać, że nie boimy się Niemców. A ja bym chciał tylko żeby raz jeden w życiu pokazał, że potrafi podnieść głowę.

Komentatorzy. Maciej Iwański – ten z TVP, nie z Podbeskidzia – mówi, że przykład Bayernu pokazuje, że posiadanie piłki niewiele daje. To ma być argument, że z Polską nie tak źle.

Nie wycierajmy sobie gęby Atletico, Chelsea czy Realem, które kontrolują mecze nie posiadając piłki. Jest chyba drobna różnica pomiędzy celowym oddaniem piłki, ustawieniem żelaznej obrony i wyprowadzaniem zabójczych kontrataków, a oddaniem piłki, bo nie ma się innego lepszego pomysłu?

Naprawdę, mało mnie obchodzi, że – rankingowo patrząc – to najlepszy wynik Polski od lat. Adam Nawałka już parę miesięcy jest selekcjonerem, a dalej widzimy przypadkową grupę ludzi, która nawet nie gra w piłkę.

Bo to nie jest gra w piłkę. Odzwyczaiłem się od tego, że można tak grać. Weźmy wyprowadzenie piłki z własnej połowy przez obrońców. W normalnej piłce obrońcy zwykle potrafią – krótko bądź długo – wyprowadzić piłkę. W ekstraklasie obrońcy wypieprzają piłkę dalej niż widzą. A w reprezentacji Polski, notorycznie, wyprowadzenie piłki polega na spuszczeniu głowy, zamknięciu oczu, zasunięciu klapek, włączeniu gazu i biegu przed siebie do najbliższej przeszkody.

Ile razy gra polska kadra, słyszymy formułkę: „rywale nie pozwalają nam rozgrywać piłki”. Bo tak się gra w piłkę. Nie pozwala się rozgrywać piłki. Chyba, że ma się taki plan i wściekle atakuje powiedzmy od 30. metra. U nas ten wściekły atak nie następuje nigdzie.

Bardzo znamienne, że rywale, którzy byli jeszcze bardziej obcą sobie zbieraniną niż nasza drużyna i notabene grali niemal równie słabo, potrafili przynajmniej jedno – stosować pressing. Jakoś to już chyba jest we krwi zawodników przygotowanych do gry na jakimś poziomie, że pressing polega na JEDNOCZESNYM zaatakowaniu rywali przez KILKU graczy tej samej drużyny. To, co notorycznie pokazują Polacy, czyli atak jednej osoby na jedną osobę to nie jest pressing, tylko bezsensowne marnowanie sił pod publiczkę.

Oceny personalne dziś nie mają najmniejszego znaczenia. Dopóki nie ma zalążków systemu gry reprezentacji jako całości, czy gra Robak czy Lewandowski nie robi właściwie żadnej różnicy. W starciu o jakąkolwiek stawkę skończy się jak zawsze. Wniosek personalny mam więc tylko jeden, ten sam, niezmienny – skreślić Peszkę. Nawet jeśli miałoby to być tylko symboliczne odcięcie się od tego, co było złe w naszej kadrze, to i tak warto.

Ranga reprezentacji Polski spadła. Nie widzę problemu

Co roku, bądź częściej, zależnie od częstotliwości rozgrywania meczów reprezentacji Polski w dziwnym krajowym składzie, na dziwnym, pustym stadionie, z dziwnym przeciwnikiem, w dziwnym miejscu i z Tomaszem Jasiną czy Jackiem Jońcą jako komentatorami, pojawia się lament, że „kiedyś to było inaczej“. „Kiedyś czasem nawet wielcy piłkarze nie dostawali szansy gry w reprezentacji, kiedyś powołanie znaczyło więcej, kiedyś trzeba się było postarać, żeby się dostać do reprezentacji“. To wszystko prawda. I co z tego?

 Kiedyś zwycięstwo w Pucharze Rappana znaczyło więcej, a teraz nic nie znaczy, bo go już nie ma. Kiedyś Trabant znaczył więcej, a teraz znaczy mniej.

 Kiedyś czasy były inne, a teraz są inne. Kiedyś Polska była trzecia na świecie, a dziś jest 78., więc też siłą rzeczy kiedyś żeby zostać reprezentantem Polski trzeba było się wznieść na wyższy poziom niż obecnie. Kiedyś Polska rozgrywała kilka meczów w roku, a teraz rozgrywa kilkanaście, w tym także w krajowym składzie, więc siłą rzeczy jest większa szansa załapać się do kadry.

 Ktoś, czytaj firma Sportfive, zapłacił, by ten mecz był uznawany za oficjalny. Skoro PZPN się na to zgodził i skoro nie zrobił niczego niezgodnego z prawem, to nie rozumiem dlaczego mecz miałby nie być uznawany za oficjalny. A zasadność rozgrywania takich meczów? PZPN-owi pozwala zarobić, selekcjonerowi też raczej nie zaszkodzi, a już na pewno nie piłkarzom. Kiedyś oczywiście też takie sparingi rozgrywano, tylko nie zaliczano ich do rejestru oficjalnych meczów, a teraz się zalicza. Tak jak kiedyś kobiet nie zaliczało się do ludzi, a teraz się zalicza.

 Zgadzam się, że ranga reprezentacji Polski spadła. No i? Spadła ranga każdej reprezentacji świata, bo spadła ranga futbolu reprezentacyjnego w ogóle. Zupełnie normalne zjawisko. Poza tym ranga naszej kadry – bardziej niż przez rozgrywanie meczów w krajowym składzie – spadła przez notoryczne zbieranie oklepu, gdzie się tylko pojawi.

Moim zdaniem to wszystko kwestia poziomu. Nasza liga jest słaba, więc i reprezentacja skompletowana z zawodników z tej ligi jest słaba. Chcemy, by reprezentowali nas wielcy piłkarze, a nie łamagi. Problem nie tkwi w samym sprzeciwie dla uznawania kadry ligowej za kadrę narodową, bo wtedy – na tej samej zasadzie – Hiszpanie powinni uznawać za hańbienie reprezentacji wystawienie samych graczy z Primera Division. Przeszkadza nam, że reprezentacja jest do niczego, a nie, że akurat na te dwa mecze są w niej sami piłkarze z krajowej ligi.

 Zawsze znajdzie się ktoś, kto rzuci jakimś nazwiskiem z przeszłości – niech będzie śp. Krzysztofa Surlita – i powie, że bardziej zasłużył, bo był znakomitym piłkarzem, a teraz wartość koszulki z orłem na piersi się zdewaluowała. No, pewnie bardziej zasłużył od takiego Rafała Leszczyńskiego.

Ale dlaczego w tej głupiej licytacji się zatrzymać tylko na reprezentacji?

 Kazimierz Deyna nigdy nie zagrał w Lidze Mistrzów. Nawet w fazie grupowej. A zasłużył bardziej niż Łukasz Szukała!

 Włodzimierz Lubański nigdy nie zagrał w Premier League. A zasłużył bardziej niż Grzegorz Rasiak.

 Zygmunt Maszczyk nigdy nie zagrał na mistrzostwach Europy. A zasłużył bardziej niż Mariusz Jop.

 Andrzej Szarmach nie dostał w karierze żadnego milionowego kontraktu. A zasłużył bardziej niż Krzysztof Mączyński.

 Nie ma co porównywać minionych realiów z obecnymi, bo to do niczego nie prowadzi. Graham Bell bardziej ode mnie zasłużył na to, by mieć telefon komórkowy. Ale takie czasy – ja mam, on nie miał.

 Gdyby śp. Krzysztof Surlit miał możliwość zagrania w reprezentacji Polski w krajowym składzie przeciwko Norwegii w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, to by z niej skorzystał. Nie miał i niczyja to wina, taki los. Przeciwko komu i czemu chcecie się buntować?

 Dzisiaj powołanie 20 najlepszych zawodników z polskiej ligi jest uznawane za hańbienie barw narodowych. A 40 lat temu kadra – w krajowym składzie! – zdobyła trzecie miejsce na świecie. Wtedy chyba nikt o hańbie nie mówił.

PS Zgodnie z zapowiedzią, kontynuuję nieśmiałe raczkowanie w multimedialnym świecie. Wczoraj pogadałem ze stadionu w Fuerth o Arkadiuszu Miliku i Sebastianie Tyrale.

Dlaczego nie chcę Ostrzolka w kadrze

Znacie na pewno ten typ ludzi, który nie tylko potrafi wypowiedzieć się na każdy temat, ale ma też taką wewnętrzną potrzebę. Zrzucony z samolotu do obcego miasta, podniósłby się, otrzepał i zagadnięty przez Japończyka, w którą stronę na pocztę, powiedziałby, że dwie przecznice prosto, a potem 200 metrów na lewo.

Szczególnie mają tak tzw. eksperci. Dla dziennikarzy są często zbawieniem i ostatnią deską ratującą tekst. Masz mieć rozmówkę o transferach śląskich drużyn na 20:00, jest 19:32 i dwóch ci nie odebrało, a trzech nie chciało rozmawiać? Telefon do Marka Motyki i:

- Przygotowuję tekst o transferach Piasta Gliwice. Jak pan je ocenia?

- Hm, a przypomniałby mi pan, kogo oni tam ściągnęli?

- Kornela Osyrę, Bartosza Szeligę…

- Aaaa! Nooo, Szeliga to ciekawy zawodnik, w Cracovii i Widzewie pokazywał się dobrze na…

- Ale to nie ten Szeliga, panie Marku!

- Aaa, Bartosz. Trener Brosz na pewno jakoś to poukłada i będzie dobrze.

Nie ma się czym chwalić, ale każdy, kto trochę liznął mediów sportowych to zna. Są ludzie, do których dzwoni się, gdy wszyscy inni zawiodą. Sądząc po ilości tematów, na które wypowiada się pan Marek, wiele redakcji ma go za koło ratunkowe.

W ostatnich dniach narobiłem trochę zamieszania (w dwóch krajach!) informacjami o tym, że PZPN próbuje przekonać do gry dla Polski Matthiasa Ostrzolka. Nagle okazało się, że w Polsce mamy pokaźną grupkę entuzjastów FC Augsburg, którzy chętnie wypowiedzieli się na temat wad i zalet 23-letniego obrońcy.

Oprócz nazwiska, zwykle niewiele się zgadza.

Jestem w tym sezonie jednym z nielicznych Polaków regularnie oglądających Augsburg, w dodatku oglądających na żywo i w dodatku mających za sobą rozmowę z Ostrzolkiem, pozwolę sobie więc dorzucić swoje trzy grosze.

Andrzej Juskowiak w rozmowie z Mateuszem Karoniem stwierdził, że Ostrzolek przyzwoicie wygląda w grze obronnej, ale nie radzi sobie z ofensywą. Podejrzewam, że były reprezentant Polski oglądał akurat mecze z Bayernem i Borussią. Na ich tle całkiem niewielu zawodników na świecie radzi sobie z grą ofensywną.

Już kiedyś pisałem, jak gra Augsburg – z zupełnym pominięciem środka i wielkim naciskiem na skrzydła. Do prostopadłych piłek zagrywanych przez Daniela Baiera schodzą zwykle do środka skrzydłowi Tobias Werner i Andre Hahn. Zadanie biegania od linii końcowej do linii końcowej spada na bocznych obrońców, z których Paul Verhaegh jest tym bardziej trzymającym głębię, a Ostrzolek grającym momentami właściwie na skrzydle. Moim zdaniem Ostrzolek może mieć problem, ale z nadążeniem z powrotem za akcją. W grze ofensywnej jest bardzo przydatny, bo szybki, przebojowy i bardzo dobrze dośrodkowujący lewą nogą. W tym sezonie zaliczył cztery asysty, co jak na bocznego obrońcę, „słabo radzącego sobie z grą ofensywną” jest – przyznacie – dość przyzwoitym wynikiem.

Pada też w cytowanej rozmowie stwierdzenie, że Boenisch w optymalnej formie jest lepszy od Ostrzolka, a Twitterowi „eksperci” dodają „znacznie lepszy”. Boenischa w optymalnej formie widziałem jakieś cztery lata temu, w Werderze Brema, albo w meczu z Australią w reprezentacji Polski, przed kontuzjami, 10 kilo temu. Wtedy był znacznie lepszy od Ostrzolka. Dziś jest na jednym poziomie. Chyba trochę lepiej atakuje (tak) i trochę gorzej broni. W tym sezonie Boenisch ma w Kickerze średnią not 3,71, a Ostrzolek 3,81. Tu nie ma różnicy klas.

Piłkarsko ten chłopak zasługuje na sprawdzenie, zwłaszcza, że gra na tak newralgicznej pozycji. Ja jednak widziałbym go w kadrze niechętnie. W imię zasad.

Nie cierpię nagonki na „farbowane lisy” i tego łatwego szafowania wyrokami, kto jest Polakiem, a kto nie („gdy swoją krew i waszą sprawdzę, wierzcie mi – jedna będzie jucha”), a już nazywanie Ostrzolka „farbowanym lisem” zakrawa na kpinę. Kto jest Polakiem, skoro nie syn Polaka i Polki?

Niemniej, Matthias, który okazał się naprawdę niesamowicie sympatycznym chłopakiem, powiedział swego czasu jasno i wyraźnie, że nie czuje się Polakiem i chce reprezentować Niemcy. Super, brawo za otwartość. Oczekiwałem, że w środę powtórzy mi, że z panem Chorążykiem spotyka się tylko kurtuazyjnie, by osobiście przekonać, że chce walczyć o miejsce w kadrze Loewa.

Zamiast tego usłyszałem wykręcanie się, kombinowanie, kalkulacje. W takie coś się nie bawmy. Masz być zdecydowany na 100 procent. Dlatego tak podoba mi się postawa Daniela Ginczka, który od dawna, jako juniorski reprezentant Niemiec opowiadał, że gra w Polsce go nie interesuje i teraz, już będąc bardzo daleko od reprezentacji Niemiec, to zdanie podtrzymuje.

Takich przykładów będzie coraz więcej. Jak kluczysz, to klucz od początku do końca. Ale jak się już opowiesz po którejś stronie, to tego się trzymaj. Zyskasz szacunek w obu krajach.

Jak oni zwalniają

O tym, że trenerzy ligowi mieszkają na walizkach, wie każdy Jasiu. Trener reprezentacyjny ma trochę inaczej. Zarabia więcej, presję ma nieporównywalnie większą i pracuje dłużej. Gdy się jednak mu dokładniej przyjrzeć, pracuje dłużej tylko od polskich trenerów ligowych. Od kolegów selekcjonerów raczej niekoniecznie.

XXI wiek trwa od 13 lat, my mamy właśnie szóstego selekcjonera reprezentacji w tym czasie (nie liczyłem p.o.), a zaraz zawita do nas siódmy. Jest niewiele krajów europejskich, które zwalniałyby trenerów kadr narodowych tak często.

Częściej od nas zwalniali w XXI wieku: Serbowie (8 trenerów), Bułgarzy (8), Ormianie (8), Azerowie (8), Ukraińcy (7), Belgowie (7) i Rosjanie (7).

Jak by nie patrzeć, zaskoczenia nie ma. Oprócz Belgów, wszystkie pozostałe narody słyną z gwałtowności, porywczości i ogólnej chęci do jatki. Belgowie zwalniali, bo do niedawna mieli potencjał piłkarski odwrotnie proporcjonalny do wyników.

Siedem krajów. Niby nie tak źle, niby są tacy, którzy wywracają selekcjonerski stołek do góry nogami trochę częściej. To jednak oznacza, że w 35 krajach zwalniają trenerów rzadziej niż u nas.

Ewenementami są oczywiście San Marino i Dania, gdzie w tym wieku jeszcze nie zmienili trenera. Cierpliwi byli też w Andorze (2), Szwecji (2) oraz w Niemczech (3), Szwajcarii (3), Grecji (3), Czechach (3), Norwegii (3), Irlandii Północnej (3) i Łotwie (3).

Ciekawie jest w Niemczech, gdzie reprezentacja w stosunku do swojego potencjału i ambicji od lat zawodzi, a selekcjonerów miała w swojej historii… dziesięciu. Czyli tylu, ilu my mieliśmy od 1994 roku. Dodam, że aż siedmiu z tej dziesiątki było wcześniej asystentami selekcjonera. Nie licząc drobnych wyjątków w postaci Beckenbauera, Klinnsmanna i Voellera, całą historię piłkarstwa w RFN trwała ciągłość szkoleniowa. My miotamy się od ściany do ściany co dwa lata.

Ale tak, wiem, że tak naprawdę nic tak nie cieszy jak dobre ukamienowanie:

Zostawcie Fornalika. Nie wyrzucajcie go

O tym, że w Polsce rozliczanie z selekcjonerem przypomina bardziej lincz niż ocenę pisałem już miesiąc temu. Centralne media chcą krwi, chcą winnego, chcą selekcjonera ukrzyżować. „Nieudacznik, przerżnął nam eliminacje. Graliśmy bez selekcjonera.”

Niezaprzeczalną winą Fornalika jest to, że nie zawsze słucha mediów. Adam Godlewski z tygodnika „Piłka Nożna” nie omieszkał przypomnieć, że „już 10 dni temu pisał w liście do Fornalika, by zagrał bez lewego obrońcy, skoro takiego nie mamy”. Selekcjoner powinien był słuchać znanego i cenionego taktyka, którego strategie wiele meczów już powygrywały. Albo Mariusz Lewandowski. Po co taki stary dziadek w kadrze? Cóż, mam wrażenie, że nie potrafimy korzystać z weteranów. Jak to jest, że w naszych ligach – od ekstraklasy po C klasę – najlepsi są faceci 30+, a w kadrze tacy już grać nie mogą? Ivica Vastić w 2008 roku strzelał nam gola mając 38 lat, w obfitej w talent jak mało który naród Belgii wciąż jest powoływany 36-letni Timmy Simons. Reprezentacja to nie ma być miejsce, w którym grają perspektywiczni, ale takie, w którym grają najlepsi.

Oczywiście, zarzut, że powołania dla Peszki, Wojtkowiaka, M. Lewandowskiego, wcześniej Szukały były chaotyczne, trzeba przyjąć. Selekcjoner ich nie widział, a później wrzucał do podstawowego składu na ważne mecze. Nie wiem z czego to wynika. Desperacja? Zmiana koncepcji? Może, ale szacunek, że miał odwagę.

Te powołania się bowiem obroniły. Z Lewandowskich obecnych na boisku najlepszy był ten z Sewastopola. W ogóle, tak mądrze grającą reprezentację zawsze chciałoby się widzieć. To nie jest i nie będzie drużyna wirtuozów, która wszystkich zachwyci. Ale to może być solidna drużyna, taki europejski średniak, który potrafi dobrze zaryglować bramkę, mieć ułożony środek pola, podjąć walkę fizyczną i raz za czas strzelić gola. Do tej roli powinniśmy aspirować i dziś naprawdę to wychodziło.

Przegraliśmy przez indywidualne błędy. Zawsze nieszczęście spada na nas z lewej strony obrony. W 2006 antybohaterem był Dudka. Potem była jazda z Wawrzyniakiem, ostatnio nagonka na Boenischa, teraz na Wojtkowiaka. Takim już jesteśmy narodem. Niemcy nazywają nas lewonożnymi, ale to tragiczna pomyłka. Tu nie ma lewonożnych. Nie strzeliliśmy sytuacji, które mieliśmy, więc przegraliśmy.

Oczywiście bilans eliminacji, czyli wygrane z San Marino i Mołdawią chluby nie przynoszą, niemniej w takim mniej więcej miejscu jest nasz futbol: gdzieś między Mołdawią a Czarnogórą. Mistrz Polski przegrywa z Cypryjczykami, wicemistrz z Litwinami. Tu nie będzie tak, że wywali się nieudolnego selekcjonera, zatrudni się jego następcę i wszystko się odmieni. Nie odmieni się, przypadek Smudy nas niczego nie nauczył?

Fornalik dziś jest tarczą. Media mówią: Nawałka, Wdowczyk (?#@!#!#!?!), Skorża, albo ZAGRANICA. Cóż, gdyby po Euro 2012 Lato wybrał Nawałkę, dziś prawdopodobnie namaszczalibyśmy na selekcjonera Fornalika i wyśmiewali się z tego debila Nawałki. O zagranicznych kandydaturach możemy rozmawiać konkretnie, takich nikt nie przedstawia. Zagranica to równie dobrze del Bosque jak i Drażen Beszek. Mam wrażenie, że ci, którzy mogliby rzeczywiście coś zmienić do nas i tak nie przyjdą, a ci którzy przyjdą i tak niczego nie zmienią.

Mógł apelować Adam Godlewski, mogę i ja. Zostawcie Fornalika. Ta drużyna robi z meczu na mecz postęp. Jest lepsza. To się dzieje wolno, przerżnęliśmy przez to kolejne eliminacje, ale kierunek jest dobry. Tendencja. Ta drużyna się nie cofa, ale rośnie. Nie mamy żadnej gwarancji, że jeśli Fornalik zostanie to awansujemy do Francji 2016, ale nie mamy też żadnej gwarancji, że bez niego awansujemy.  Jest jedynie nadzieja, że jeśli da się Fornalikowi w spokoju pracować, niektórych zawodników „odpalić”, innych przetestować, na innych postawić, zgrać, to będziemy mieli przyzwoitą reprezentację. Tylko tyle. Też bym chciał, żebyśmy od jutra byli potęgą, ale cuda nie istnieją. Liczy się ciężka, codzienna praca i tę Fornalik gwarantuje.

Reprezentacja Fornalika jest jak budowa stadionu w Białymstoku. Ruszyła nieźle, szybko, z kopyta, potem pojawiły się strajki, problemy, powtarzanie przetargów, papierkowe kłopoty, które spowolniły roboty. W końcu jednak ruszyła w górę i zaczęła nabierać kształtów. Zwolnienie selekcjonera jest wysadzeniem powstającego stadionu w powietrze.

Czy Franek wie, czemu jest łowcą bramek

To może jeszcze nie wiadomość z brodą, ale na pewno z kilkudniowym zarostem. Jak się jednak nie odnieść do sensacyjnej decyzji o włączeniu Tomasza Frankowskiego do sztabu reprezentacji? Muszę, no muszę, wszak do „Franka” mam słabość, jak do mało kogo.

Ja wiem, że nie poradził sobie za granicą. Wiem, że w kadrze osiągnął zdecydowanie mniej niż mógł. Ale to jest tak niesamowita maszynka do strzelania goli, że drugiej takiej w Polsce nie ma i prędko nie będzie. Dlatego gdy usłyszałem hasło „Frankowski wraca do kadry” ucieszyłem się jak przedszkolak. Ma 35 lat? Ok, ma. A który z napastników jest od niego skuteczniejszy? No właśnie.

W momencie gdy dostawaliśmy EURO, chcieliśmy szukać kandydatów do gry w 2012 w gronie ówczesnych 14-latków. Gdy już ustaliliśmy, że Smuda wykorzystał praktycznie wszystkich utalentowanych graczy młodego pokolenia, a dalej jest fatalnie, czas chyba zacząć szukać najlepszych, a nie tylko najmłodszych. Takim sygnałem jest powołanie Ebiego Smolarka. Czemu nie Frankowski? Ile lat miał Ivica Vastić, gdy strzelał Polsce gola na Euro 2008? Trzydzieści osiem. Nie traktujcie tego do końca poważnie. Pełne pretensji pytanie, dlaczego nie Frankowski, było tylko krzykiem kompletnie nieobiektywnej duszy.

Smuda mówi: W Polsce jest jeden napastnik, który takie sytuacje wykorzystuje – Tomasz Frankowski. I prawdę mówi. Ciekawe tylko, czy snajper Jagi ma jakiekolwiek trenerskie umiejętności. Obawiam się, żeby nie było tak, że Franek naszym goleadorom powie, jak mają kopać, żeby zawsze wpadało do bramki. A Lewandowski, Jeleń, Nowak, Sobiech i inni będą kopać i kopać i kopać i ani razu nie powtórzą wyczynu trenera. Wypada mieć nadzieję, że trener zna Frankowskiego, wie co robi i ten rzeczywiście czegoś naszych napastników nauczy. Jedno tylko mi się nie podoba. Cały czas powtarza się: trzeba wierzyć, że Smuda wie co robi. A jak nie wie? A jak się miota i prowadzi nas w nieuchronną przepaść?