Dlaczego nie żyjemy w epoce Realu Zidane’a

zidane

Dość niepostrzeżenie, czasy, w których Real Madryt sześć razy z rzędu nie mógł przebrnąć 1/8 finału Ligi Mistrzów, a tego trofeum nie był w stanie zdobyć przez dwanaście lat, zmieniły się w absolutną hegemonię Królewskich. W ostatnich siedmiu latach Real zawsze dochodził do najlepszej czwórki elitarnych rozgrywek, cechujących się większą niż gdziekolwiek indziej rotacją na szczytach, a w ostatnich czterech sezonach, trzy razy wygrał. Jako pierwszy obronił też trofeum, co skłoniło wielu do obwieszczenia, że żyjemy w erze wielkiego Realu, jak żyliśmy w erze wielkiej Barcelony. Patrząc na uginającą się półkę z trofeami pewnie tak jest. Ale o ile świetna, pragmatyczna gra zwykle wystarcza do zdobywania trofeów, zwykle nie wystarcza do stworzenia ery, epoki, przejścia do grona drużyn powszechnie uznawanych za najlepsze w historii futbolu.

 Debata o Zinedinie Zidanie trwa przynajmniej od roku, a z każdym trofeum zdobytym przez Francuza się nasila. Coraz więcej osób przyznaje się do tego, że nadal właściwie nie wie, jakim Zidane jest trenerem. Patrząc na życiorys, już jednym z absolutnie najlepszych w historii futbolu. Dołączając do tego boiskowe trofea Zidane’a, okaże się, że spośród najlepszych piłkarzy w historii świata, tylko Johan Cruyff i Franz Beckenbauer osiągnęli tyle, ile Francuz. Mimo to, to nadal nie można mieć stuprocentowej pewności, czy prezesi przykładowego Stoke City, mając możliwość zatrudnienia Zidane’a, zdecydowaliby się na to, choć pewnie przy nazwiskach Mourinho czy Guardioli by się nie zastanawiali, tylko korzystali z okazji. O ile do wygrywania czasem wystarczy, że trener nie robi nic, o tyle do ustanawiania er i zdobywania powszechnego uznania, potrzeba zwykle wyraźnego rysu, charakterystyki zespołu. Stylu. Wbrew często powtarzanemu stwierdzeniu, to nie o stylu ludzie szybko zapominają, a o wynikach. Styl nie jest potrzebny, by wygrywać, ale jest potrzebny, by być pamiętanym.

 Gdyby spróbować przywołać największe drużyny, z największymi trenerami w historii futbolu, zwykle znajdują się tam ci, którzy próbowali odcisnąć piętno na całej dyscyplinie. Arsenal Herberta Chapmana, węgierska Złota Jedenastka Gustava Sebesa, Benfica Beli Guttmanna, zespoły Helenia Herrery, holenderski futbol totalny Rinusa Michelsa, Milan Arrigo Sacchiego, Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego, Dream Team Cruyffa czy Barcelona Guardioli to zespoły, które większość wyrobionych fanów futbolu wskaże jako niezapomniane, niezwykłe. Kamienie milowe w rozwoju dyscypliny. Łączy je to, że każda miała ambicję nie tylko wygrywać, ale też stworzyć pewien uniwersalny model wygrywania. Stanowiły holistyczny obraz świata. Miały proroka, nauczyciela, którzy rzucał ludziom piłkę i uczył ich od nowa, co się z nią robi. Zadaniem zawodników nie było tylko wyjście na boisko i wygranie meczu, jak u Vicenta Del Bosquego, Carla Ancelottiego czy dzisiaj Zidane’a. Zadaniem zawodników było wyjście na boisko i wygranie w określony sposób. Zależnie od aktualnego wcielenia, albo poprzez kompletną kontrolę nad piłką, albo nad przestrzenią. Każda z tych drużyn tworzyła nowe ustawienia (WM), nowe pozycje (fałszywy napastnik), nowe sposoby gry (czwórka w linii), które wkrótce rozprzestrzeniały się na cały świat futbolu i odciskały na nim piętno. Wielkie drużyny, które wygrywały wiele, jak Real Madryt lat 50. czy Bayern Monachium lat 70. pamięta się. Nie pamięta się ich trenerów. Przeszły do historii jako „Real Di Stefano” czy „Bayern Beckenbauera”. Są wszelkie podstawy, by sądzić, że aktualny hegemon przejdzie do historii jako „Real Ronaldo”, a nie „Real Zidane’a”

 Beckenbauer wydaje mi się tu dobrym przykładem tego, co może czekać Zidane’a. Wyobrażam sobie, że w czasach, w których prowadził reprezentację Niemiec, większość miała wobec niego podobne odczucia. Wybitny piłkarz, który nie do końca wiadomo, jakim jest trenerem. Zdobył mistrzostwo świata i jako zawodnik i jako trener, wygrywał Złotą Piłkę, teoretycznie zasługuje na miejsce wśród najważniejszych postaci w historii futbolu. Ale jeśli nawet je ma, to przede wszystkim za to, jakim był piłkarzem. Trenera Beckenbauera nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby jednym z najlepszych w dziejach piłki. Chociaż wyniki by na to wskazywały. Za większego uznaje się nawet w Niemczech Seppa Herbergera, który nie tylko wygrał mistrzostwo świata, ale jeszcze ukształtował sposób, w jaki pokolenia Niemców myślały o piłce.

 Z tego względu nie wydaje mi się, byśmy żyli aktualnie w epoce Realu. I nie wydaje mi się, byśmy kiedykolwiek dożyli ery trenera Zidane’a i wymieniali go jako jednego z najlepszych w historii. Wygrywanie w futbolu nie wymaga wielkiej ideologii. Wystarczy wybrać najlepszych zawodników, ustawić ich w zależności od potrzeb i wygrać. Bardzo często wpływ trenera na wyniki jest przeceniany, a lepsze rezultaty osiągają po prostu ci, którzy mają lepszych piłkarzy. Tworzenie umownych er w futbolu wielkich ideologii jednak wymaga. Będziemy żyli w czasach Realu Zidane’a nie wtedy, kiedy Królewscy wygrają kolejne trofeum, ale gdy dzieci od Kapsztadu po Chabarowsk będą starały się odwzorowywać sposób gry Realu Zidane’a. Było dla mnie szokiem kulturowym, gdy kilka lat temu, przyuważyłem jak dzieci na orlikach wznawiają grę krótkim podaniem od bramkarza do schodzącego niżej pomocnika, krótko wykonują rzuty rożne i starają się wymieniać dużo podań po ziemi, długo budjąc akcje. Za moich czasów wszyscy wściekle biegaliśmy i uwielbialiśmy szybkie kontrataki. Ja byłem dzieckiem epoki przed Barceloną Guardioli, oni byli dziećmi z tej właśnie epoki. Real jest wielki, gra niesamowicie, potrafi i grać atakiem pozycyjnym i niesamowicie kontratakować, Zidane świetnie zarządza szatnią, niewątpliwie jest dobrym trenerem. Ale nie żyjemy w jego erze. Żyjemy w czasach przejściowych – postbarcelońskich – i oczekujemy następnej fascynującej drużyny, która może będzie wygrywać mniej niż obecny Real, ale za to będzie to robić w sposób, jakiego jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Dopiero to będzie wejściem w nową epokę.

Jak nie zmarnować Ligi Mistrzów

 legiaflickr.com

Jak awans polskiej drużyny do Ligi Mistrzów wpłynie na ekstraklasę? Przez lata rozmawialiśmy o tym czysto teoretycznie, teraz to realne pytanie. Rok w rok twierdzono, że kto pierwszy przebrnie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ten odstawi polską ligę o lata świetlne. Powtarzano to tak często, że wielu zaczęło wierzyć. W ostatnich tygodniach media zaczęły ten mit odkręcać, podając przykłady drużyn, które grały w Lidze Mistrzów, a chwilę później wpadały w poważne tarapaty – FC Thun, Artmedia Petrżałka czy Boavista Porto. To ciekawe przykłady, ale wnoszą do sytuacji polskiej stosunkowo niewiele, bo przed albo po tych drużynach, wchodziły do Ligi Mistrzów inne kluby z tych krajów. Niwelowała się więc ich przewaga nad resztą stawki. FC Thun nie mógł wielce zdominować ligi szwajcarskiej dzięki pieniądzom z Ligi Mistrzów, bo na przestrzeni kilku lat grały w elicie także Grasshoppers Zurych, FC Zurich czy FC Basel. Artmedię poprzedziło MFK Koszyce, a kilka lat po niej nastąpiła MSK Żylina. Boavista Porto to już zupełnie nietrafiona analogia, bo przecież przy Porto, Sportingu i Benfice, Boavista nawet w sezonie, gdy grała w Lidze Mistrzów, była biedakiem. Te przykłady coś mówią, ale nie tyle, ile by mogły.

By szukać analogii do ekstraklasy, trzeba byłoby znaleźć przypadki podobne do polskiego. A więc ligi, których tylko jeden przedstawiciel, tylko raz, dostał się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Lata posuchy – jeden awans, zgarnięcie pieniędzy i nie wiadomo, co dalej. Niewykluczone, że Legia zacznie grać w Lidze Mistrzów regularnie, niewykluczone, że wkrótce awansuje do niej inny polski klub. Na razie zakładamy, że to jednorazowy wybryk.

Nie jest łatwo znaleźć w Europie podobne przypadki. Na najbardziej zbliżony wygląda przykład węgierski. W sezonie 2009/2010, po raz pierwszy w XXI wieku, do Ligi Mistrzów zakwalifikował się klub z tego kraju – Debreceni VSC. Zgodnie z teorią o zależności jednorazowego awansu do Ligi Mistrzów i dominacji w kraju, Debreczyn powinien był do dziś niepodzielnie panować w biednej lidze węgierskiej. Minęło już od tego czasu siedem sezonów. To wystarczająco długi okres, żeby zobaczyć, na ile Debreczyn potrafił wykorzystać awans:

W sezonie awansu: mistrzostwo

rok później: 5. miejsce

dwa lata później: mistrzostwo

trzy lata później: 6. miejsce

cztery lata później: mistrzostwo

pięć lat później: 4. miejsce

sześć lat później: 3. miejsce

 W siedem sezonów, które upłynęło od gry w Lidze Mistrzów, Debreczyn trzy razy wygrał ligę węgierską. To dużo, ale trudno mówić o dominacji nad Videotonem Fehervar, Ferencvarosem, Gyori ETO czy Paksi, które o milionach z UEFA mogły pomarzyć.

 Podobnie było z Mariborem. Tu mamy krótszy okres analizy. Niemniej, w sezonie awansu do elity Maribor został mistrzem Słowenii, ale już rok później przegrał z Olimpią Lublana. Potrzeba jeszcze czasu, by ocenić, jak ułoży się sytuacja w Kazachstanie. FK Astana grał w Lidze Mistrzów przed rokiem. W tym roku idzie pewnie po mistrzostwo. Ale to jeszcze niczego nie dowodzi, bo na przykładach Debreczyna i Mariboru widać, że w sezonie awansu do Ligi Mistrzów drużyny zwykle wygrywały ligę krajową. Problemy zaczynały się od drugiego sezonu.

 Jest jeszcze kilka przykładów zbliżonych do Polski, choć nie identycznych. Chodzi o ligi, które w XXI wieku miały tylko jednego przedstawiciela w Lidze Mistrzów, ale za to kilkakrotnie. To Norwegia z Rosenborgiem Trondheim, Serbia z Partizanem, Białoruś z BATE Borysów, Szwecja z Malmoe FF i Chorwacja z Dinamem Zagrzeb. W ciągu dziewięciu sezonów od ostatniego awansu do Ligi Mistrzów, Rosenborg trzy razy był mistrzem Norwegii. Żadnej dominacji nad Brann Bergen czy Stabaekiem nie widać. Partizan w ciągu sześciu sezonów, dwa razy przegrywał z Crveną Zvezdą. Znowu – to nie jest dominacja, tylko normalne, odwieczne serbskie realia. Malmoe w roku pierwszego awansu, wygrało ligę szwedzką, ale w roku drugiego już piąte miejsce. O prawdziwych dominacjach, absolutnym monopolu na wygrywanie, można mówić tylko w dwóch przypadkach – Dinama Zagrzeb, wygrywającego ligę chorwacką jedenaście (!) razy z rzędu i BATE Borysów, rządzącego na Białorusi nieprzerwanie od dziesięciu lat. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że pierwsze w XXI wieku awanse tych klubów do Ligi Mistrzów przypadały na środek krajowej dominacji. Awans do Ligi Mistrzów nie rozpoczynał rządów, tylko był ich potwierdzeniem. Bardzo prawdopodobne, że bez gry w elicie oba kluby i tak byłyby najsilniejsze w swoich krajach.

 A byłyby najsilniejsze, bo jako jedyne tak mocno postawiły na szkolenie i akademie. Dinamo Zagrzeb raz do Ligi Mistrzów wchodzi, innym razem nie. To bonusy. Klub utrzymuje się jednak przede wszystkim ze sprzedaży swoich perełek na Zachód, za olbrzymie pieniądze. 23 miliony euro za Marko Pjacę do Juventusu, 21 milionów euro za Lukę Modricia do Tottenhamu, 13,5 miliona za Eduardo do Arsenalu, 13 milonów za Vedrana Corlukę do Manchesteru City, 11 milionów za Mateo Kovacicia do Interu Mediolan, itd. W ostatnich dziesięciu latach Dinamo zarobiło na transferach około 180 milionów euro. To dużo więcej niż za regularne zbieranie batów w Lidze Mistrzów. To, a nie Liga Mistrzów, jest źródłem dominacji klubu z Zagrzebia. Choć Champions League niewątpliwie bardzo pomaga – po pierwsze, pozwala pokazywać największe talenty na najbardziej atrakcyjnych wybiegach, a po drugie pozwala inwestować w akademię i pozyskiwać największe talenty z innych bałkańskich klubów. Gdyby jednak Dinamo pierwszy awans do Ligi Mistrzów wykorzystało, by kupić kilku drogich emerytów z nazwiskami, pewnie nie miałoby tak imponujących przychodów z transferów.

 BATE również wybudowało najnowocześniejszą akademię na Białorusi, zbierającą największe talenty ze swojego kraju. Tutaj oczywiście przychody z transferów nie są aż tak imponujące, niemniej w Lidze Mistrzów grają regularnie, choć skład zawsze w zdecydowanej większości oparty jest na Białorusinach, narodzie przecież niespecjalnie liczącym się w piłce. BATE sprzedało w ostatniej dekadzie swoich zawodników za ponad 15 milionów euro, co nie rzuca na kolana, ale za to samo korzysta ze swojej akademii, zapewniając sobie dominację w kraju i od czasu do czasu, niezłe występy za granicą.

 Jednym z najciekawszych pytań, jakie pojawia się dziś w polskim futbolu, jest to jak Legia wykorzysta swój awans do Ligi Mistrzów. Inwestowanie w gotowych zawodników, „na już”, mijałoby się w tym momencie z celem. Obecnym składem Legia jest w stanie wygrać ekstraklasę, a choćby kupiła teraz najlepszych zawodników, na jakich ją aktualnie stać i tak niczego nie zmieni to w rywalizacji z wielokrotnie bogatszymi i lepszymi Sportingiem, Borussią Dortmund, o Realu nie wspominając. Moment trzeba byłoby wykorzystać najpełniej, jak się da – sprzedając 29-letniego Nemanję Nikolicia najdrożej jak to możliwe, umożliwiając odejście 29-letniemu Pazdanowi, z pokorą przyjąć baty w Lidze Mistrzów, a na koniec sezonu przeliczyć. Kilkanaście milionów euro z tytułu awansu do fazy grupowej, około dziesięciu milionów euro ze sprzedaży Ondreja Dudy, Pazdana i Nikolicia. Mając w rękach ponadprogramowe około 30 milionów euro można zbudować niezły, europejski klub, na solidnych podstawach.

 Przede wszystkim, zastanowić się nad strukturą składu, który niebezpiecznie zaczyna przypominać Wisłę Kraków Maaskanta – z tą różnicą, że Wisła nie przebiła się do Ligi Mistrzów. Pomijając Pazdana i Nikolicia, Legia nie bardzo ma już kogo sprzedać za ponad milion euro. Mających ponad lub blisko 30 lat Arkadiusza Malarza, Tomasza Jodłowca, Igora Lewczuka, Kaspra Hamalainena czy Tomasza Brzyskiego? Odrzuconych na Zachodzie – Thibaulta Moulina, Stevena Langila, Vadisa Odidję-Ofoego, Adama Hlouska? Z obecnej kadry, jakąkolwiek nadzieję na przyzwoite pieniądze dają jedynie Guilherme i – o zgrozo – Michał Kucharczyk. Reszty nie uda się drogo sprzedać nikomu, nawet Chińczykom.

 Legia ma teraz doskonałą okazję, by zainwestować jeszcze mocniej, w planowaną i tak, akademię. Rozwinąć skauting młodzieżowy, zmienić strukturę kadry. Działać jak, nie przymierzając, RB Lipsk – zbierać ciekawych zawodników od juniorów do 23. roku życia z tej części Europy. Sprawić, by dla zdolnego nastolatka było jasne, że droga do kariery wiedzie przez Legię, tak jak dla zdolnego Szwajcara wiedzie przez Bazyleę, dla zdolnego Białorusina przez BATE, a dla zdolnego Chorwata przez Dinamo Zagrzeb. By Robert Lewandowski czy Artjoms Rudnevs odchodzili do Bundesligi z Legii, a nie z Lecha, by Bartosz Kapustka czy Arkadiusz Milik, przed pójściem na Zachód widzieli korzyść w przejściu z Cracovii czy Górnika do Legii. Nie chodzi o to, by zapomnieć o aktualnych wynikach, ale o to, by ściągać i wychowywać na tyle dobrych, młodych piłkarzy, by móc jednocześnie wygrywać w lidze, grać w pucharach i zarabiać na transferach. Tak funkcjonują zdrowe kluby z drugiego szeregu. Miejsce polskiej ligi w europejskim łańcuchu pokarmowym jest takie, że nigdy nie będzie szansy zatrzymania najlepszych piłkarzy w Legii. Naturalne ma być, że kto się wybije, zostanie sprzedany. Legia nie zaczyna od zera, bo w ostatnich latach miała już wiele ciekawych, wielomilionowych transferów. Ale i tak jest dopiero na początku drogi.

Działając w ten sposób, Legia ma szansę zdominować polski rynek na lata. Wydając zarobione pieniądze na najlepszych aktualnie w polskiej lidze 29-latków, na podstarzałe odrzuty z poważnych lig i na odprawy dla zwalnianych co kilka miesięcy trenerów, za chwilę przegra mistrzostwo z jakimś Zagłębiem Lubin. Ten awans Legii do Ligi Mistrzów może mieć piękny walor edukacyjny w skali ogólnonarodowej. Wszystkim wydawało się, że gdy już ktoś przebije się z Polski do fazy grupowej, zrobi to po wielkiej ofensywie transferowej, w doskonałym stylu, wyważając bramę. Okazało się, że czasem ułańskie szarże znaczą mniej niż rzetelna, coroczna, solidna praca i ciułanie punktów do rankingu. Życzę Legii, żeby pieniądze z Ligi Mistrzów wydawała tak, jak do niej awansowała – mało spektakularnie. Sami w tym roku w Warszawie zobaczyli, że nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nagroda za lata rzetelnej pracy, krok po kroku.

Bayern i Bundesliga jeszcze pożałują

Napisałem, że uwierzę w przejście Toniego Kroosa do Madrytu dopiero gdy zobaczę go w białej koszulce Realu. Oszukiwałem się długo i chwytałem każdego dementi zawodnika, jego otoczenia czy klubu. Gdy widziałem go wczoraj „w cywilu” koło Carlo Ancelottiego oszukiwałem się, że tak po prostu wpadł towarzysko do Madrytu. Ale niestety wieczorem stało się:

kroos

Z jednej strony mam opory przed pisaniem z całą pewnością i bez zasłaniania się, że to błąd. Bo jednak Guardiola nie żegnał Kroosa leżąc na Säbenerstrasse z rozdartą koszulą, a znający się na piłce Rummenigge czy Sammer nie uważali, by warto było mu dać pieniądze, jakich chce. Wiem, że paru członków polskiej twitterowej braci bundesligowej uważa, że sam Bayern ma kilku lepszych pomocników od niego. Ale jednak faktem jest, że czasem i największe kluby, z największymi postaciami popełniają błędy, a inne kluby to wykorzystują. Czy Robben i Sneijder nie zostali z Madrytu pogonieni za wcześnie? Czy dobrze zrobiono puszczając Yayę Toure do Manchesteru City? Czy Real ubił interes pozbywając się Makelele kosztem Chelsea?

Według mnie mamy do czynienia właśnie z takim przypadkiem. Za cenę połowy Davida Luiza i niecałego Luke’a Shawa (!) Bayern i Bundesliga tracą jedną z największych postaci.

Kroosa uznawałem za całkiem niezłego piłkarza do momentu zobaczenia go na żywo. Nikt nigdy nie zrobił na mnie na stadionie większego wrażenia. A widziałem i Lucjana Niewiarowskiego z Jedności Wieprz i Fabiana Pawelę i Ronaldo i Messiego. A jednak Kroos to Kroos.

Nie wiem jak w zapyziałym wschodnioniemieckim Greifswaldzie udało im się wychować piłkarza przyszłości, ale gdy widziałem słynną przed mundialem reklamę Nike, w której bezbłędne sobowtóry zastępują chimerycznych wielkich piłkarzy, sobowtóry najbardziej kojarzyły mi się z Kroosem. To dla mnie piłkarz przyszłości, który grając w drużynie, w której ma być gwiazdą, będzie gwiazdą, a mając być gościem od czarnej roboty, będzie niewidocznie a skutecznie harował.

Jego liczby nie powalaj, to fakt. Przynajmniej nie te bramkowe i  asystowe. Bo już jeśli chodzi o celność podań, obraca się na poziomach zarezerwowanych dla Pirlo, Xaviego i Lahma. W meczu Ligi Mistrzów z Arsenalem wykonał niemal tyle celnych podań co cała drużyna londyńczyków. Na mundialu celniej od niego podawał tylko Lahm. Poniżej 90-procentowej skuteczności podań nie schodzi prawie nigdy. Powiecie, że to tylko podania. Ale to oznacza, że Kroos praktycznie nigdy nie powoduje straty piłki. A najwięcej mundialowych goli padło właśnie po przechwytach. Inaczej mówiąc, Kroos w newralgicznym miejscu boiska gwarantuje bezpieczeństwo.

Patrząc na jego grę, najczęściej myślę o zamku błyskawicznym. Jego rolą jest bardzo szybkie i dokładne przekazywanie piłki od jednego ząbka do drugiego. Wyrywając ten ząbek Bayern ryzykuje, że walizka się nie zamknie, albo przynajmniej będzie jej brakowało płynności.

Real podziwiam. Bez transferowego szaleństwa, bez wywalania grubych milionów, pozyskał piłkarza, który potrafi absolutnie wszystko. Żałuję, że Bundesliga traci takiego piłkarza. I daję głowę, że Bundesliga też tego kiedyś pożałuje.

Koniec miesiąca miodowego Guardioli. I niczego więcej

guardiola-blog

„Bayern nie potrzebuje mieć za sobą Niemiec. Potrzebuje mieć Niemcy w sobie” – przeczytałem dziś w felietonie „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Niemcy domagali się „niemieckiej” gry. To obrazuje, przed jak karkołomnym zadaniem stał Guardiola. A może jeszcze bardziej, przed jak karkołomnym zadaniem stoi.

Choć dziś Guardiola nie stoi. Guardiola leży.

Guardiola przegrywający 0-4 na własnym boisku to widok niewyobrażalny. Dotychczas ten jeden z największych trenerów naszych czasów generalnie wygrywał, a jeśli przegrywał, to minimalnie. Dziś leży jak skóra z diabła. Jak Mourinho po porażce 0-5. Jak Ferguson po 1-6. Wszystkim wielkim taka klęska się zdarzyła, Guardiola dotychczas ich unikał. Aż do dziś.

Spodziewam się, że w momencie, gdy piszę te słowa, zalew różnej maści ekspertów i „ekspertów” już udowadnia, że Guardiola to żaden trener i zepsuł Bayern. Radykalne, czarno-białe opinie lepiej się przebijają. Ja chcę apelować o rozsądek, spokój i nie wyciąganie pochopnych wniosków.

Nie mnie poprawiać Guardiolę. Ale sądzę, że jego piłkarze przegrali przede wszystkim w głowach. Mroziły mnie już te uśmiechy w czasie hymnu Ligi Mistrzów czy pogaduchy Robbena z Ronaldo. Może jestem naiwny, ale oczekiwałbym w tym momencie jednak piany z ust i żądzy mordu. A nie szukania cioci na trybunach. Jeśli chodzi o przygotowanie mentalne drużyny, trenerowi na pewno nie pomogła śmierć Tito Vilanovy. W kilka dni po odejściu jednego z ludzi, którzy przez lata byli mu najbliżsi, trudno w stu procentach być myślami tam, gdzie myślami być musiał, jeśli miał wyeliminować Real.

Psychologia zagrała też rolę w całym sezonie. Wspominałem już i powtórzę, że nie widzę żadnego sensu w porównywaniu Bayernu Guardioli z Bayernem Heynckesa właśnie dlatego, że przystępowały do kluczowych meczów w zupełnie innej sytuacji mentalnej. Bayern zeszłoroczny wściekle gonił króliczka, tak jak dziś Real. Bayern tegoroczny musiał szukać w sobie motywacji.

Mówi się też, że Bayern spuścił z tonu po zdobyciu mistrzostwa Niemiec. Nie winię Bayernu, że wygrał Bundesligę najszybciej w historii, ale chyba największy zarzut w stronę Guardioli można chyba kierować właśnie tutaj – nie potrafił podtrzymać w zawodnikach koncentracji po wykonaniu pierwszego z zadań.

Drugi zarzut jest raczej „systemowy”. Guardiola jest radykałem. Ma obsesję na punkcie posiadania piłki i święcie w nie wierzy. Nie wpisuję się w chór tych, którzy mówią, że tiki-taka to dziadostwo, ale uważam, że trener elastyczny jest lepszy niż trener nieelastyczny. Czyli lepiej czasem mieć plan B. Ale tego nie zmienimy. Chcesz zakontraktować Guardiolę? Dostajesz gwarancję mistrzostwa kraju, awansu do półfinału Ligi Mistrzów, epoki usłanej sukcesami, ale efektem ubocznym jest irytacja, że czasem nie spróbuje czegoś nowego. Nikt nie jest idealny.

Powtórzę to, co mówiłem rok temu: Guardiola stał przed najtrudniejszym zadaniem. Przejął drużynę sytą, po wygraniu wszystkiego. Jeden fałszywy krok i już osiągnął mniej niż poprzednik. A przecież paru uznanym trenerom też nie udało się obronić Ligi Mistrzów. Żeby nie powiedzieć: wszystkim. Trzeba więc zachować spokój, umiar i trzeźwe myślenie. Wzmocnić drużynę w kilku punktach, ale nie dokonywać rewolucji. I Bayern to wie. Podrażniony, wzmocniony, za rok będzie jeszcze silniejszy. W tym roku był bardzo silny, ale trafił na lepszych, głodniejszych. Zdarza się. Kompromitacją byłoby odpadnięcie w fazie grupowej. Odpadnięcie w najlepszej czwórce, to co najwyżej rozczarowanie.

Co czyni misję Guardioli nieporównywalnie trudniejszą od tej barcelońskiej – tam nikt nie wyobrażał sobie, by Barcelona mogła grać inaczej niż proponował to Guardiola. Tam się po prostu tak gra. Niemców takie granie irytuje, jak i wielu z nas. Niemcy są w stanie (niechętnie) zaakceptować tiki-takę wtedy i tylko wtedy, jeśli będzie przynosiła zwycięstwa. Guardiola przeszczepia do najlepszego klubu w Niemczech kulturę, do której dumni miejscowi nie są przekonani. To w dużej mierze przez to, a nie tylko przez porażkę 0-4, skończył się miodowy czas Guardioli w Monachium. Bayern ma swój panteon, z którego każdy – nie tylko Beckenbauer – musi dorzucić swoje trzy grosze.

Ale dziś skończył się tylko miesiąc miodowy. Nic więcej.

Tiki-taka czy kontra-taka? Ważne, że obie perfekcyjne

guardiola

Różnica między sukcesem a porażką na tym poziomie Ligi Mistrzów? Detal. Zdaję sobie sprawę, że trąci to Hajtą, ale zupełnie pozornie nieważny szczegół rozstrzyga losy całego sezonu.

Manchester, 1 kwietnia 2014, 66. minuta. Wrzutka Bayernu Monachium z prawej strony na dalszy słupek, zgranie głową Mario Mandżukicia na wbiegającego na środku pola karnego Bastiana Schweinsteigera. Niemiec strzela kluczowego gola na 1-1. 21 dni później trener Manchesteru zostaje zwolniony.

Madryt, 23 kwietnia, 18.minuta. Identyczna wrzutka Bayernu Monachium z prawej strony na dalszy słupek, zgranie głową Mario Mandżukicia na wbiegającego na środku pola karnego Bastiana Schweinsteigera. Niemiec strzela, ale blokuje go Serio Ramos. Real wyprowadza kontrę, po której strzela gola na 1-0. Czy kluczowego, jeszcze nie wiemy. Ale akcje były IDENTYCZNE.

Utkwiło mi to w pamięci, bo uświadamia, jak niewiele oddziela czasem sukces od porażki. Z Manchesteru United robi się w tym sezonie nieudaczników, jakich mało, Real Madryt ma być jednym z faworytów Ligi Mistrzów. A różnica między nimi jest właśnie taka – mikroskopijna. Tu nie ma rozjeżdżania walcem. Chodzi o to, czy w kluczowym momencie umiesz zablokować Schweinsteigera czy nie.

Jestem zachwycony wszystkimi czterema tegorocznymi półfinalistami Ligi Mistrzów, bo mam wrażenie, że żaden nie zaniedbuje szczegółów. Bayern jest tak różny od Atletico i Chelsea, a jednak podobnie fascynujący. To zderzenie światów, zupełnie innego podejścia do futbolu, innych odpowiedzi na pytanie: „Mieć czy nie mieć?”. Każde z ujęć ma swoich zagorzałych wyznawców i przeciwników (wystarczy spojrzeć na fora). Real jakoś próbuje je łączyć, w czym objawia się kompromisowa natura Ancelottiego. Z każdego z czterech półfinalistów próbuje się robić zabójcę futbolu. Według zwolenników narracji estetycznej, Chelsea i Atletico zabijają, bo bronią, według narracji romantycznej, Real zabija, bo kupuje,a według narracji pragmatycznej, Bayern zabija, bo klepie od prawa do lewa. Jeden detal zadziała na korzyść którejś ze stron i już triumfalnie krzyczą zwolennicy jednych i drugich, jakby to właśnie minimalne zwycięstwo czy porażka miały ostatecznie udowadniać wyższość/niższość tiki-taki/kontra-taki

Te półfinały doskonale pokazują, jak trudny, niejednoznaczny, a przez to ciekawy, jest futbol na najwyższym poziomie. Perfekcja walczy z zupełnie inną, ale też perfekcją. Nie ma – jak rok temu – wdeptywania w ziemię. Wszystko na ostrzu noża. O awansie decydują pojedyncze kopnięcia. Machające skrzydłami motyle mają w tym roku wyjątkowo ważną rolę do odegrania.

Klopp przypomina istotę futbolu

Juergen Klopp przewartościowuje, przypomina priorytety, pokazuje, jak widzieliśmy piłkę, zanim zaczęliśmy utrzymywać, że się na niej znamy.

Przez długie dni jesteśmy przemądrzali. Zza komputerów i ekranów telewizorów mądrzymy się, co ktoś powinien był zrobić, a czego nie. Dotyczy to mnie, ciebie i eksperta w studiu. Kibica ze Stalowej Woli i byłych piłkarzy. Chcemy ze sportu nieprzewidywalnego zrobić przewidywalny. Chcemy wszystko zmierzyć optą czy squawką. Zawsze wydajemy kategoryczne sądy.

Klopp po meczu w Madrycie powiedział, że ten ćwierćfinał składa się z dwóch połów, a rozegrana została dopiero pierwsza. Nikt go nie traktował poważnie. Gdy stawiał w podstawowym składzie na Kircha, Jojicia i Friedricha, cały Twitter, czy polsko- czy zagranicznojęzyczny uśmiechał się nad trenerem Borussii z politowaniem. A ten dziennikarz, który spytał go prowokacyjnie po meczu w Madrycie: „Już po sprawie?”. I wyjście Kloppa ze studia.

W Dortmundzie nie zdarzyło się dzisiaj nic niezwykłego. Bardzo mocna drużyna ze świetnym trenerem ograła inną bardzo mocną drużynę ze świetnym trenerem. Kapitalny mecz zagrał środkowy pomocnik Jojić, na którego nikt nie liczył, pokazując, że drzemie w nim spory potencjał. Miał luz, fantazję, można w nim było zobaczyć kawał grajka. Drugi środkowy pomocnik Kirch zagrał mecz życia. W nim kawału grajka nie widzę, ale to nie zmienia faktu, że przechodził samego siebie. A bezrobotny jeszcze pół roku temu, cokolwiek fajtłapowaty, Friedrich zatrzymywał najlepszych atakujących świata. Nic dziwnego.

No, bo czy pierwszy raz coś takiego widzieliśmy? Czy coś, co nie mieści się w głowach, nie wydarza się każdego miesiąca, żeby nie powiedzieć tygodnia? Jesteśmy wiecznie zdziwieni, że nołnejm wstawiony za etatowego, ale zawodzącego ostatnio środkowego pomocnika czy obrońcę, zostaje zawodnikiem meczu. Że drużyna, która nie miała szans, wygrywa. Że największy transfer w historii klubu na pustą bramkę w decydującym momencie trafia w słupek. A jeszcze do tego bramkarz broni karnego. Takie filmowe historie, których wstydziłby się nawet Hollywood, dzieją się co sobotę i niedzielę.

Podobnie dramatyczny splot wydarzeń najpewniej wydarzy się gdzieś w Europie jeszcze w ten weekend. A my będziemy zdziwieni.

Klopp wylewa nam wszystkim kubły pokory na głowy. Bije nas między oczy prawdą, że dopóki nie ma ostatniego gwizdka, gra się do końca. Z jednej strony jest świetnym analitykiem, który do swojej pracy wykorzystuje technologię i naukę, a z drugiej dalej 0 jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – patrzy na futbol sercem, a nie szkiełkiem i okiem. Przy tym jak jest genialny w swojej prostocie, to jeszcze ogląda swoją drużynę i się śmieje. Widać, że ten ciężki rock, który grała Borussia go zwyczajnie, po ludzku cieszył. On po kolejnych akcjach stał i szczerzył zęby do asystenta. „Może nie wygram tym wyścigów, ale ludzie, ile ja mam przygód!”.

Gdyby piłka była taka, jaką ją próbujemy zrobić, nikogo by nie zainteresowała. Na szczęście jest taka, jaką ją robi Klopp. Z pasją, werwą, brakiem kompleksów i ryzykiem. Co nie zmienia faktu, że za rok, gdy Borussia wpadnie na Real i pierwszy mecz przegra 0-3, powiem, że to już nie ten sam Dortmund, co w 2014 roku i madrytczycy bez pocenia się awansują. I większość z was się ze mną wtedy zgodzi. I znów będziecie zdziwieni. Ja też.

La Liga starantinizowana

Kto widział Desperado, ten wie. Kto w ogóle czuje klimat Rodrigueza i Tarantino, temu gęba śmieje się szeroko, gdy patrzy na tę hiszpańską bajkę. Bo to się nie dzieje serio.

To jest Bucho. Zawsze ubrany na biało.

Stać go na wszystko. Rządzi całą okolicą i terroryzuje każdego. Całe miasteczko jest w jego sieci powiązań. Nie zna kogoś, to do niego strzela. Ma jednak rywala, który na niego poluje. Śmiertelny wróg, ale brat. Są do siebie podobni, ale różni. Nie mogą żyć bez siebie, próbują się przez całą opowieść wzajemnie załatwić.

Jego brat to El Mariachi.

Też zły, ale jednak wielu dobrze mu życzy. Bo budzi sympatię i pomaga uczyć małe dzieci. Zabija nie mniej niż Bucho, ale tworzy wrażenie, że robi to w słusznej sprawie. Ma naturalny talent, dlatego nazywają go „El Mariachi”. Jego popisowy numer na gitarze to tiki-taka.

Ten trzeci, to właściwie nie wiadomo kto.

Przyjechał z Ameryki Południowej i nikt go nie zna. Nie wiadomo do końca, kto za nim stoi i przeciwko komu walczy. Walczy w sumie przeciwko wszystkim. Chodzi po mieście i rzuca nożami jak psychopata. Celnie.

Od środy wiadomo, że futbolowi bogowie postanowili odegrać w La Liga Desperado do końca. Zerwali więc więzadła Valdesowi i ściągnęli do Santa Cecilia kościelnym autobusem, nieobliczalnego, ale budzącego sympatię Campę. Czyli Jose Manuela Pinto (pierwszy z prawej).

Wejście 39-letniego piekielnie dobrego szajbusa do bramki Barcelony na najważniejsze mecze sezonu jest tak nierealne, że aż Tarantinowskie. Dotychczas La Liga była jak dobre kino akcji. Wskoczenie do bramki Pinto, z miłości do którego już się zwierzałem, to nadanie jej Tarantinowskiego rysu.

W ostatniej scenie sezonu nożownik spotka się na jednym placu z Mariachim i Campą. „Let’s play…”. Będzie fajna jatka, jak w Desperado.

Tegoroczny Dortmund nie jest słabszy. Jest inny

Przyjęło się, że Borussia Dortmund w tym sezonie płaci za zeszłoroczny „wyskok” do finału. Że to już nie ta sama drużyna. Że sprzeciętniała, że cierpi, że nie ma już w niej błysku, a Juergen Klopp to Hiob naszych czasów. Spadają na jego drużynę wszystkie kontuzje świata. Signal Iduna Park to już nie twierdza, bo jest tam w stanie wygrać byle Hertha, Moenchengladbach czy Zenit. I nie jest już żadną konkurencją dla Bayernu. Dlatego, gdy w piątek los jeszcze raz przygniótł Kloppa, dając mu w ćwierćfinale Ligi Mistrzów Real Madryt, świat zgodnie stwierdził, że to by było na tyle, jeśli chodzi o harce Borussii. Tym, którzy nieśmiało próbowali przypominać, że rok temu Dortmund zlał Real Madryt, gęby miała zamknąć ta grafika:

Rzeczywiście, daje do myślenia. Z tamtego Dortmundu zagra z Realem czterech zawodników, na rewanż wróci piąty. Oczywiście zakładając, że któryś z nich się przed ćwierćfinałem nie rozsypie.

Tyle że ci zawodnicy nie zostali zastąpieni Ugochukwu Ukahem i Sebastianem Dudkiem. W miejsce Suboticia wskoczy Sokratis, więc obrońcę wysokiej klasy zastąpi inny obrońca wysokiej klasy. Środek Guendogan – Bender i Kehl – Sahin jest bliźniaczo podobny. Nie ma Goetzego, ale jest Mchitaryan, owszem chimeryczny, ale jednak potrafi grać genialne mecze. Za Błaszczykowskiego jest Grosskreutz, który w każdych okolicznościach daje radę. Wreszcie za Lewandowskiego Aubameyang. Wiadomo, że słabszy, ale jednak jeden z czołowych strzelców Bundesligi. Znaczącym osłabieniem będzie zastępowanie Schmelzera Durmem, ale wszystkie pozostałe zmiany, to ewentualnie minimalne ubytki jakościowe, lecz zazwyczaj po prostu przejście z jednych atutów w inne. Niektórzy wolą rude, inni czarne, niektórzy wolą Guendogana inni Sahina.

A do myślenia może też dać ta grafika:

To skład Realu z pierwszego meczu z Dortmundem. Oezila i Higuaina już w klubie nie ma. Khedira leczy długotrwałą kontuzję, a w tym roku z Borussią nie zagrają też niemal na pewno Varane, Coentrao i Diego Lopez. Inaczej mówiąc, z Borussii zostało czterech, ale z Realu pięciu. A przecież w Madrycie zmienił się jeszcze do tego trener. Oczywiście, gdyby się Ancelotti uparł, mógłby wystawić Varane’a, Coentrao czy Diego Lopeza, bo dalej są w Madrycie i nie mają kontuzji, lecz pewnie tego nie zrobi. Skład, forma czy zwyczaje się zmieniły, dziś podstawowa jedenastka na Ligę Mistrzów jest budowana bez nich.

Jeśli więc mówimy, że to już nie jest ta sama Borussia, to mamy rację. Ale to też nie jest już ten sam Real. Po to w 2014 roku toczą się nowe rozgrywki. Gdyby wszystkie drużyny były takie same, to można by wziąć wyniki z 2013 roku.

Real oczywiście wydaje się mocniejszy niż rok temu i z tym ciężko dyskutować. Ale już z tym, czy ta Borussia jest słabsza niż zeszłoroczna dyskutować można:

Czyli Borussia 2014, która miała być tyleż słabsza od Borussii 2013, zajmuje tę samą pozycję w lidze, zdobyła więcej punktów, odniosła więcej zwycięstw, straciła mniej goli i doszła dalej w Pucharze Niemiec. W Lidze Mistrzów i teraz i rok temu wygrała grupę śmierci i bezboleśnie przeszła rywala ze wschodu. Strzeliła mniej goli, ale o to jedno trafienie różnicy nie będziemy chyba kruszyć kopii. Przegrywa częściej, ale rzadziej traci punkty. A większa niż rok temu strata do Bayernu wynika raczej z większej siły monachijczyków. To porównanie nie wykazuje, że zeszłoroczna Borussia była bardzo silna, a tegoroczna jest przeciętna. To porównanie wykazuje, że obie Borussie są na bardzo zbliżonym poziomie.

Ta mitologizowana zeszłoroczna Borussia ćwierćfinał przebrnęła cudem, grając na „Miętowego”, strzelając gole ze spalonego w doliczonym czasie gry. Jej przewaga nad dzisiejszą Borussią polega głównie na tym, że o tamtej wiemy, że doszła do finału i była w stanie ograć Real, a o tegorocznej jeszcze tego nie wiemy. Rok temu przed meczem z madrytczykami też wszyscy byliśmy przekonani, że to koniec psot.

Żebyśmy się dobrze rozumieli, uważam, że Real jest zdecydowanym faworytem tegorocznego ćwierćfinału. Ale nie powtarzajmy ślepo mitów o jakimś wielkim osuwaniu się Dortmundu w marazm. Inny nie znaczy gorszy.

Nie lubię już Barcy

Może zachowuję się jak stary dziad. Może zrzędzę. Ale tęsknię do dawnych czasów. Gdy oglądałem Barcelonę zdobywającą Superpuchar Europy i piłkarzy, których kolejne trofeum ledwo zmusiło do wyciśnięcia na twarzach krótkich i sztucznych uśmiechów, musiałem spojrzeć sobie na tabelę rozgrywek Prmiera Division z sezonu 2002/2003. Tak na poprawę nastroju…

Pierwsze miejsce Real Madryt. I to oczywiście nic radosnego. Ale dalej – drugie Real Sociedad San Sebastian, trzecie Deportivo La Coruna, czwarte Celta Vigo, piąte Valencia i dopiero szóste – ostatnie dające grę w Pucharze UEFA – FC Barcelona. To była „moja” Barca. Myślę, że w tym sezonie dramatycznej walki o udział w europejskich pucharach, moje uczucie do niej sięgnęło szczytu. Ten klub był dla mnie wyborem naturalnym, bo skoro wtopiłem w futbol na EURO2000, podziwiając Holendrów, to nie mogłem nie przerzucić się na Barcelonę, naszpikowaną moimi bohaterami – Kluivertem, de Boerami, Overmarsem, Reizigerem, Cocu…

Wtedy, widząc jak ta wielka niby drużyna ponosi notoryczne klęski, nie mogłem uwierzyć, że dożyję czasów, w których będzie ona wygrywać. Kiedy zaczęła, za Rijkaarda, jeszcze mnie to cieszyło. Zresztą, nie wypiąłem się na nią zupełnie – kiedy z rywalizacji odpadną już wszystkie kluby „sympatyczne” i zostają same nabite dolarami potęgi, zawsze najlepiej życzę Katalończykom. Podobnie jak w Gran Derbi. A jednak Barcelona coraz bardziej mi brzydnie.

Nie mam kompletnie nic to tamtejszych krasnali. Są wybitni i ich gra naprawdę jest fantastyczna. Osiągają niesamowite rezultaty. Ale na miłość boską, oni nie zbawiają świata. To nie więcej niż klub, ale tylko naprawdę duży klub. Piękno jest względne i to, co mówi Tony Pulis, trener Stoke City, do mnie przemawia. – Po co mamy wymienić 40 podań, żeby strzelić gola, jak możemy to zrobić dwoma podaniami?

Barcelona nie fauluje – Barcelona mądrze przerywa akcje rywala. Nikt nie przerywa mądrze akcji Barcelony. Każdy zabija futbol, nie umie przegrywać, nie radzi sobie z presją, jest sfrustrowany, zakompleksiony. Przeciwko Barcelonie grają bandyci. W Barcelonie grają magicy i aniołowie.

Racja, Real Madryt w meczach z Katalończykami fauluje ostrzej i częściej niż wynosi przeciętna dla piłki nożnej. Tyle, że Barcelona symuluje częściej niż ktokolwiek inny. Iniesta pokazał nawet w finale mistrzostw świata, jaki jest w tym znakomity. A tacy Pedro czy Busquets są w tej dyscyplinie niemal tak dobrzy jak Messi w kopaniu piłki.

Jedyni i prawdziwi kibice Barcelony też mają poczucie niesienia dla świata oświaty kaganku. I doszło do tego, że cała zgraja obrzydziła mi drużynę, która była moją pierwszą klubową miłością. Gdzie bym wtedy słyszał o wszystkich bielskich drużynach, Hull City, Ajaksie, czy dziesiątkach innych zespołów, za które dziś ściskam kciuki. Do Barcelony na serio pewnie wrócę. Kiedyś w końcu musi się skończyć era, w której zamiast taktyki jest filozofia, a zamiast magicznych nauczycieli futbolu, ludzie, ze swojskiej sfery profanum.

Mourinho wtyka język w nasze sprawy

Gdy był w Chelsea, rzekł Jose Mourinho po jednym z meczów Premier League, że przeciwnik postawił autobus w polu karnym. Nie zdawaliśmy sobie wówczas sprawy, że Portugalczyk dokonywał wówczas epokowej przemiany w języku, którym mówimy i piszemy o piłce. Z doniosłości chwili zdawał sobie sprawę prawdopodobnie tylko on sam, bo przecież wszystko ma zaplanowane w najmniejszych szczegółach i niczego nie robi przypadkowo.

Oto ostatnimi czasy w internecie i w gazetach znajduję tylko pojedyncze oazy wolne od autobusu. Autobusują wszyscy. Starzy i młodzi. Dziennikarze fachowi, dziennikarze niedoszli, dziennikarze domorośli. Kibice też uderzają w retorykę autbusową. W wydaniu Mourinho to może i było ładne porównanie. Sami popatrzcie – gdyby w bramce postawić takiego Ikarusa czy Solarisa, zwróconego drzwiami w kierunku siatki, nie dałoby się strzelić gola bez wybijania dwóch warstw szyb. A zanim byśmy to uczynili, już nadbiegliby obrońcy. Taki zresztą stary poczciwy Jelcz też jest w jelczowej swej naturze prostokątnym pudełkiem i do tarasowania bramki nadaje się jak znalazł. Tak, zdecydowanie, porównanie Portugalczyka było trafione. I świeże.

Teraz jednak nie ma relacji bez autobusu. Nawet jak drużyna grała na wskroś ofensywnie, to motoryzacyjnego ducha przywołuje się, żeby powiedzieć, że zespół „nie postawił autobusu w polu karnym”. Pojawiają się też modyfikacje. Coraz częściej już nie autobus, tylko autokar. Zaraz będą wersje pokrewne. Bus – slangowo, „duży pojazd przeznaczony do przewozu osób w transporcie zbiorowym” – jako peryfraza. Oczywiście wszystko poprzedzone słowem „przysłowiowy”, bo wszak przysłowia o autobusie mają już rodowód nieomal biblijny (Prz, 7, 7-14).

Kiedyś klepało się w nieskończoność obronę Częstochowy. Teraz o niej nikt już nie pamięta. Stara, poczciwa Jasna Góra. Mourinho zmienia nas w stopniu mocniejszym, niż się komukolwiek wydaje.