Moja historia Hull City

hull

2014 – FK AS Trenczyn – Hull City. Ja, Dave i mama. Phil robi zdjęcie.

Że akurat Hull City stało się od tego tygodnia jednym z najpopularniejszych angielskich klubów w Polsce, w ogóle mnie nie zdziwiło. Przyzwyczaiłem się.

 Nie potrafię powiedzieć, ile dokładnie razy przeczytałem w dzieciństwie Robinsona Kruzoe. Na pewno to liczba dwucyfrowa. Znałem tę książkę na tyle dobrze, że gdy w 2006 roku zobaczyłem w tabelkach lig zagranicznych w „Piłce Nożnej” drużynę Hull City, która dopiero co awansowała do League Championship, skojarzyłem, że Robinson Kruzoe wypływał właśnie z tego miasta. Co sprawiło, że zacząłem czuć dyskretną sympatię do tego klubu i cieszyłem się, gdy w tabelce mogłem jej dopisywać trzy punkty. Miałem czternaście lat.

 Dwa lata później założyłem bloga. Hull właśnie po raz pierwszy awansowało do Premier League. Gdy się mu dokładniej przyjrzałem, okazało się, że to klub wręcz skrojony pode mnie. Wychowany na bardzo obskurnym wtedy stadionie bardzo prowincjonalnego wtedy Podbeskidzia Bielsko-Biała, nie mogłem nie poczuć sympatii do klubu pochodzącego z miasta, które regularnie wygrywało rankingi najgorszych do życia w Anglii, w którym królowały stocznie, rafinerie, nad którym miał się rozciągać dym, a jedynymi jasnymi stronami miały być fabryka czekolady i charakterystyczne, jedyne takie w Anglii, kremowe budki telefoniczne. Dodatkowo, absolutnego beniaminka Premier League podejrzewano o to, że będzie najsłabszą drużyną w historii tych rozgrywek. Gdy na inaugurację niespodziewanie wygrał, Gary Lineker w „Match of the day” powiedział: „Zwykle nie pokazujemy tabeli po pierwszej kolejce, bo nie ma to większego sensu, ale tym razem robimy to specjalnie dla fanów Hull City”. „Tygrysy” były wtedy w strefie pucharowej. Gdy we wrześniu, trzy miesiące po tym, jak zacząłem prowadzić „Z nogą w głowie”, ograły na wyjeździe Arsenal, napisałem o nich pierwszy tekst. To były czasy, gdy bloga odwiedzali tylko mama i dziadek, których serdecznie pozdrawiam. Tamten tekst skomentował jednak także Michał Pol, co rozpoczęło mailową korespondencję (na pewno będę ją pokazywał wnukom) i blogową znajomość 16-latka z bardzo znanym dziennikarzem, która pięć lat później doprowadziła mnie do „Przeglądu Sportowego”. Nie wiem, czy zostałbym dziennikarzem, gdyby Hull nie ograło wtedy Arsenalu. Być może tak, ale nie jest to pewne.

 W 2009 roku, jako 17-latek, pierwszy raz byłem w Londynie. Akurat ruszał sezon Premier League. Liczyłem, że na którymś z londyńskich stadionów, uda mi się być. Okazało się, że Chelsea grała u siebie akurat z Hull. Siedziałem w koszulce Hull, którą mama wcześniej przywiozła mi z rywalizującego z „Tygrysami” Leeds, pomiędzy kibicami Chelsea. Podglądałem z bliska, jak londyńczycy buczeli na Stephena Hunta, przez którego Petr Cech od lat gra w czapeczce. Patrzyłem jak ładuje im bramkę, widziałem jak Didier Drogba wbija dwa ciosy w plecy i słuchałem jak młyn Chelsea zawołał w kierunku kibiców Hull: „Going down, going down”. Miał rację. W drugim sezonie po awansie, Hull spadło z Premier League.

 Moje związki z Hull dopiero się jednak zaczynały.

davephil

 W 2011 roku, akurat tuż przed maturą, Podbeskidzie grało u siebie w ćwierćfinale Pucharu Polski z Wisłą Kraków najważniejszy mecz w historii klubu. W dniu meczu, kolega z biura prasowego, przekazał mi, że na trybunach będzie dwóch kibiców Hull City. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie słyszałem, żeby w Bielsku-Białej na meczu byli fani jakiegokolwiek innego angielskiego klubu. Mogli być fanami Scunthorpe, Plymouth czy Nottingham, ale przyjechali akurat z Hull. Idąc na stadion, spakowałem koszulkę Hull. Łatwo odszukałem ich na trybunach. Gdy zobaczyli w mieście na końcu Polski, którego nazwy nie potrafili wymówić, gościa z koszulką ich prowincjonalnego angielskiego klubu, szczęki im opadły. To nie Manchester United. Oni też nie byli przyzwyczajeni, że ktokolwiek poza Hull, interesuje się Hull. Porozmawialiśmy, wymieniliśmy się kontaktami. Podbeskidzie wygrało z mistrzem Polski, co oni zresztą przepowiedzieli.

hullpokoj

Ten pokój naprawdę istnieje. W Hull, w domu Phila.

 To już sześć lat, odkąd do domu przychodzą pocztą na każdą okazję i bez okazji programy meczowe, koszulki, szaliki, proporczyki i wszelkie możliwe gadżety związane z Hull. Dave i Phil od tego czasu byli w Polsce na meczach Podbeskidzia we Wrocławiu ze Śląskiem i w Bielsku-Białej z Ruchem Chorzów. Poznali całą rodzinę. Ja byłem u nich na meczu Hull City z Crystal Palace, dzięki czemu wiem, że to, co pisałem w 2008 roku o tym mieście było kompletną nieprawdą. Dla kogoś, kto uwielbia budynki z czerwonej cegły, Hull jest przepięknym miastem. Ja uwielbiam. Nie ma żadnych rafinerii, gęstszy dym unosi się nad polskimi miastami, a opinia o samym Hull bardzo zmieniła się także w Anglii. W 2017 roku Hull nie jest już najgorszym miastem w kraju. Jest za to angielską stolicą kultury. Hull okazało się też całkiem niezłą drużyną. Choć ciągle przeżywa turbulencje, choć było na skraju bankructwa, choć egipski właściciel chciał zmieniać nazwę, choć nadal jest chłopcem do bicia w Premier League, już trzy razy wchodziło do najwyższej ligi. Miało też sukcesy w innych rozgrywkach. Na półfinał Pucharu Anglii, Dave i Phil ściągnęli mnie na Wembley.

hull

Przegrany finał z Arsenalem, dał pierwszy w historii awans do europejskich pucharów. Hull mogło trafić na rywala od zachodu Portugalii, po wschód Kazachstanu. Wylosowało jednak oczywiście słowacki FK AS Trenczyn, który grał na stadionie w Żylinie, półtorej godziny od Bielska-Białej. Na meczu byliśmy już całą polsko-angielską grupą.

 Do dopełnienia całej polsko-angielskiej historii integracji, brakowało tylko polskiego zawodnika. Wiele lat temu, bliski transferu do Hull był Marcin Wasilewski. Jednak kilka dni po tym, gdy rozpoczęły się rozmowy, Axel Witsel złamał Polakowi nogę i wykluczył go z gry na dwa lata. Teraz wreszcie się udało. Dlatego mam do Kamila Grosickiego uprzejmą prośbę: nie zawiedź. Dzień po transferze, Dave już zaopatrzył się w stosowną koszulkę.

dave

Który sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy (i dlaczego nie drugi)?

calculator-723917_640

W czołowej ósemce ekstraklasy jest po rundzie jesiennej dwóch zeszłosezonowych beniaminków – Bruk-Bet Termalica Nieciecza i Zagłębie Lubin. Leicester City został mistrzem Anglii w drugim sezonie po awansie do Premier League. A jednak jedna z obiegowych, odwiecznych „prawd” futbolu mówi, że dla beniaminka najtrudniejszy jest drugi sezon po awansie. Powtarzają to trenerzy, piłkarze i eksperci przed rozpoczęciem każdego sezonu. Tłumaczy się, że od razu po awansie drużyny „na fantazji” i „efekcie zaskoczenia” notują często wyniki ponad stan, później euforia opada, rywale uczą się grać przeciwko nowym przybyszom, wreszcie najlepsi piłkarze zostają rozkupieni przez bogatszych i w drugim sezonie po awansie wszystko się rypie. Tak powtarzamy. A czy naprawdę się rypie? Prześledziłem losy wszystkich beniaminków ekstraklasy i pięciu najsilniejszych lig europejskich w XXI wieku, by sprawdzić, czy to, co notorycznie powtarzamy, ma coś wspólnego z rzeczywistością.

 Nie ulega wątpliwości, że beniaminkowie generalnie nie mają lekko. Blisko połowa z nich (46%), opuszcza ligę w ciągu dwóch sezonów od awansu. Z drugiej strony, ta szklanka jest też do połowy pełna. 54% z nich gra w najwyższej lidze przez przynajmniej trzy sezony. Trzeba zaznaczyć, że te statystyki znacząco zawyża polska ekstraklasa. Funkcjonuje u nas powiedzenie, że trudniej awansować do ekstraklasy, niż się w niej utrzymać. I tylko w polskich warunkach takie powiedzenie ma rację bytu. Liczby pokazują wyraźnie, że różnica pomiędzy dwiema najwyższymi klasami rozgrywkowymi jest w Polsce relatywnie najniższa.

 Fałsz: Drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy

 Obiegowa prawda dramatycznie nie zgadza się z rzeczywistością. W żadnej z sześciu badanych lig, drugi sezon po awansie nie był najtrudniejszy. W każdej z nich, zdecydowanie najtrudniej przetrwać pierwszy rok. W Polsce 18% beniaminków od razu spada z ligi. To niedużo, ale w żadnym innym sezonie „śmiertelność” nie jest tak wysoka. W Europie widać to jeszcze wyraźniej. We Włoszech i w Hiszpanii blisko 1/3 klubów spada tuż po awansie (29%), w Niemczech i Francji odpowiednio 37 i 39%, a w Anglii aż w 40% przypadków rok po euforii, jest stypa. Wniosek: jeśli ktoś zamierza ugruntować pozycję w lidze, największą czujność powinien zachować tuż po największym sukcesie. Element zaskoczenia, „powiew świeżości” i inne bajki ekspertów, zwykle się nie sprawdzają.

 Prawda: Dla tych, którzy przetrwali pierwszy sezon, drugi jest trochę trudniejszy

 To prawda, choć nie aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Kto już przetrwał pierwszy sezon, jest na najlepszej drodze do sukcesu. W drugim roku po awansie, procent spadkowiczów spada. W Europie widać to drastycznie – we Francji z 39% do 11%, w Anglii z 40% do 16%, W Hiszpanii z 29% do 16%, we Włoszech z 29% do 16%, a w Niemczech z 37% do 12%. W Polsce różnica między pierwszym a drugim sezonem jest minimalna. 16% drużyn w XXI wieku spadało w drugim sezonie po awansie, czyli o jeden punkt procentowy mniej niż w pierwszym. O ile jednak degradacje w drugim roku po awansie są stosunkowo rzadkie, o tyle zwykle faktycznie drugi sezon jest trochę gorszy. 57% drużyn w drugim sezonie po awansie obniża formę, a 36% ją poprawia. Różnica jest wyraźna, choć nie tak drastyczna, jak mogłoby się wydawać. Przypadki typu Bruk-Bet czy Leicester to jednak mniejszość. Leicester był o tyle większym fenomenem, że w Anglii zwykle w drugim sezonie trudność rośnie najbardziej. Aż 2/3 klubów pogarsza wtedy swoje rezultaty. W Hiszpanii i w Niemczech ten odsetek jest najniższy i wynosi 52%. Nieciecza jest o tyle typowa, że aż 42% polskich beniaminków, w drugim sezonie po awansie się poprawia. Czyli w Polsce drugi sezon, choć też trudny, jest stosunkowo najłatwiejszy.

 Kto przetrwa drugi sezon, jest już w domu

 Można tak powiedzieć. 58% beniaminków Premier League spada z niej w ciągu dwóch lat od awansu. W innych ligach ten odsetek kręci się w okolicach połowy. W Polsce w ciągu dwóch lat spada 27% klubów. Stosunkowo najłatwiej wejść do ekstraklasy i pozostać w niej na długie lata. W Polsce ponad połowa beniaminków zostaje w lidze na przynajmniej cztery sezony, a ponad 1/3 na minimum pięć sezonów.

 Absolutni beniaminkowie mają przekichane

 W terminologii piłkarskiej funkcjonuje określenie „beniaminek tylko z nazwy”. Chodzi o klub, który teoretycznie rozgrywa pierwszy sezon po awansie, ale w praktyce nikt go jako beniaminka nie traktuje, bo jego nieobecność w lidze była tylko incydentalna. Jeśli chodzi o beniaminków absolutnych, którzy nigdy wcześniej nie grali w elicie, trudność pierwszego sezonu jeszcze wzrasta. 43% absolutnych beniaminków spada z ligi od razu w pierwszym sezonie (wśród wszystkich beniaminków 32%), a aż 58% opuszcza ligę po maksymalnie dwóch sezonach (wśród wszystkich beniaminków 46%). Najtrudniej mają nowi przybysze we Francji, bo aż 3/4 z nich spada z Ligue 1 od razu, a najłatwiej – o dziwo – w Premier League. W XXI wieku żaden absolutny beniaminek ligi angielskiej, nie spadł z niej w swoim pierwszym sezonie. W Polsce nowym też nie jest łatwo. W XXI wieku w ekstraklasie zagrało dziewięciu kompletnych nowicjuszy – Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Szczakowianka Jaworzno, RKS Radomsko, Piast Gliwice, Korona Kielce, Górnik Łęczna, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Cztery pierwsze drużyny spadły od razu w debiutanckim sezonie (45%), po dwóch sezonach „śmiertelność” wynosi już 62,5%. Żaden XXI-wieczny beniaminek nie wytrwał w lidze dłużej niż pięć sezonów z rzędu (Górnika i Koronę wycięły korupcyjne degradacje). Najdłużej walczyło Podbeskidzie, które spadło w piątym sezonie po awansie. W Polsce brakuje póki co przykładów takich jak za granicą, gdzie nowicjusz Hoffenheim gra w Bundeslidze już dziewiąty sezon, a Augsburg szósty, Getafe spędziło w La Liga dwanaście sezonów z rzędu, a Wigan Athletic osiem lat w Premier League. A to nie wróży dobrze Bruk-Betowi Termalice Nieciecza. Z każdym kolejnym rokiem obecności w ekstraklasie, prawdopodobieństwo jego spadku będzie rosnąć. Historia pokazuje, że pierwszy awans do ekstraklasy służy otrzaskaniu się z elitą, a dopiero drugi może dać prawdziwą, wieloletnią stabilizację wśród najlepszych.

Trener, który wie, że garnitury warto nosić

Jest Marco Silva drugim najmłodszym trenerem w Premier League, ledwie o kilka miesięcy ustępując Eddiemu Howe’owi z Bournemouth, ale jednego 39-letni menedżer Hull City zdążył się już w zawodowym życiu nauczyć: zawsze trzeba zakładać na mecz klubowy garnitur.

Cztery dni po sukcesie

 W grudniu 2014 roku jego Sporting ograł w Pucharze Portugalii FC Viselę, co było jednym z krokiem na drodze do finału rozgrywek. Lizbończycy, wygłodniale czekający od siedmiu lat na jakiekolwiek trofeum, na pięć minut przed końcem decydującego meczu, przegrywali z Bragą 0:2. I grali w dziesiątkę. Zdołali jednak jakimś cudem wyszarpać remis, przetrwać dogrywkę i wygrać rzuty karne. Sporting wprawdzie przegrał w całym sezonie tylko dwa mecze (mniej niż Benfica, która została mistrzem), ale ukończył sezon ligowy dopiero na trzecim miejscu. Puchar Portugalii, po latach oczekiwania, był jednak niewątpliwym sukcesem. Zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach. Cztery dni po finale, Silva został zwolniony.

Absurdalne zwolnienie

 Ekscentryczny prezydent Bruno de Carvalho mocno się natrudził, by uargumentować karkołomną decyzję o wyrzuceniu trenera tuż po zdobyciu trofeum, ale najbardziej absurdalnym, z całej listy powodów, było złamanie przez Silvę zapisów kontraktu, poprzez paradowanie bez klubowego garnituru w trakcie meczu z Viselą (sześć miesięcy wcześniej!). De Carvalho chciał w ten sposób zrobić miejsce dla Jorgego Jesusa, który krótko przedtem odszedł z Benfiki. Lokalny rywal zaproponował mu sześciokrotnie wyższą pensję niż tę, z którą pracował Silva. Do młodego trenera zgłosiły się Benfica i Porto. Sporting zadbał jednak o to, by przy rozwiązaniu umowy ze szkoleniowcem umieścić punkt, wedle którego objęcie przez Silvę innego portugalskiego klubu w okresie kilku miesięcy, skutkowałoby koniecznością płacenia Sportingowi. Świetnie zapowiadająca się kariera młodego trenera w ojczyźnie, musiała zostać zahamowana.

Szaleństwa Estorilu Praia

 Ledwie rok wcześniej, Silva był w Lizbonie witany jako zbawca. W tym mieście się urodził i zebrał szlify w tamtejszym Belenenses, ale na Sporting i Benfikę zabrakło mu piłkarskiego talentu. W zawodowej karierze rozegrał tylko dwa mecze w portugalskiej ekstraklasie, większość czasu spędziwszy w II lidze. W 2009 roku, gdy już zbliżał się do końca kariery, II-ligowy, zapyziały, Estoril Praia, którego był kapitanem, był zagrożony spadkiem i upadkiem, a zawodnicy myśleli o opuszczeniu klubu, z powodu zaległości finansowych. Silva miał ich przekonać, by jeszcze powalczyli, bo wiedział, że negocjacje z brazylijską agencją Traffic Sports były w zaawansowanej fazie. Sam w nich uczestniczył, dbając, by potencjalni inwestorzy czuli się jak najlepiej i ostatecznie pomógł w osiągnięciu celu. W nagrodę, tuż po zakończeniu gry w piłkę, został dyrektorem sportowym tego klubu. Estorilowi, mimo lepszej sytuacji finansowej, na boisku nie wiodło się jednak dobrze i znów był zagrożony spadkiem. Dlatego nie mający żadnego doświadczenia Silva, sam wskoczył na ławkę trenerską. Niespodziewanie, z 24 meczów pod jego wodzą, drużyna przegrała tylko trzy i dźwignęła się ze strefy spadkowej, do premiowanej awansem. Estoril wrócił do ekstraklasy po siedmiu latach, ale bajka dopiero się zaczynała. W pierwszym sezonie, mimo jednego z najniższych budżetów w stawce, zajął piąte miejsce i po raz pierwszy w historii zakwalifikował się do europejskich pucharów. W lecie stracił na rzecz wielkiej trójki czterech zawodników. Wbrew temu, w kolejnym sezonie jeszcze poprawił wynik, kończąc rozgrywki na czwartym miejscu, wyrównując najlepszy wynik w historii klubu, z 1948 roku. Wyniki Estorilu i odważny styl gry sprawiły, że w Portugalii obwieszczono narodziny nowej trenerskiej gwiazdy. Sporting, który kończył rozgrywki za Estorilem i regularnie tracił z nim punkty, dał Silvie czteroletni kontrakt, zanim po obiecującym pierwszym roku zwolnił go z powodu nieprzestrzegania dress-code’u.

Greckie rekordy

 Nie mogąc w praktyce pracować w ojczyźnie, Silva ruszył do Grecji, gdzie dostał do rąk Olympiacos Pireus. Jako trener wyciskający z kiepskich zawodników maksimum możliwości sprawdził się w Praii bardzo dobrze, a w Grecji udowodnił, że potrafi też dominować nad rywalami atakiem pozycyjnym. W lidze greckiej wygrał 28 z 30 meczów, sezon ukończył trzydzieści punktów przed drugim Panathinaikosem, zwyciężył we wszystkich spotkaniach u siebie, a pracę zaczął od siedemnastu ligowych wygranych z rzędu, co było rekordem nie tylko klubu, ale i całej Europy w XXI wieku. Olympiacos dał mu też okazję debiutu w Lidze Mistrzów, w której ograł w Londynie Arsenal, jako pierwszy grecki klub na angielskiej ziemi od pół wieku. Po spektakularnym sezonie, Silva zrezygnował z pracy z powodów osobistych.

Raz na sto lat

 Od tego momentu, czyli od lipca 2016, łączono go już z kilkoma niezłymi klubami. Miał być trenerem Wolverhampton czy Interu Mediolan, a o odpowiedni rozgłos dbał opiekujący się jego interesami wszechpotężny agent Jorge Mendes. Przed dwoma tygodniami objął Hull City, co ze strony „Tygrysów” jest ruchem wręcz szokującym. Hull było od lat jednym z nielicznych klubów, które bezgranicznie ufały coraz bardziej skompromitowanej brytyjskiej myśli szkoleniowej. W ciągu ponad stu lat istnienia, klub miał ledwie jednego trenera spoza Wysp, Duńczyka Jana Molby’ego, który piętnaście lat temu wytrwał w Hull siedemnaście meczów. „Tygrysy” największe sukcesy w historii osiągały pod wodzą Anglików Phila Browna i Steve’a Bruce’a, rękami i nogami broniły się przed zalewem zagranicznych szkoleniowców. I mimo wszystko źle na tym kończyły, bo klub mógł tylko podziwiać, jak zagraniczni, głównie kontynentalni fachowcy, w typie Claudio Ranieriego, Roberta Martineza, Quique Sancheza Floresa i innych, podnosili kluby, które jeszcze niedawno plątały się w tych samych, co „Tygrysy”, rejonach tabeli. Niespodziewanie Hull zerwało z tradycją, co spotkało się z krytyką Paula Mersona, narzekającego, że „kluby biorą bezmyślnie obcokrajowców bez sukcesów, zamiast spojrzeć na angielskich trenerów” (skąd my to znamy). Ale krytyką Paula Mersona niekoniecznie warto się przejmować.

Portugalska władza

 Zatrudnienie młodego, a już mającego sukcesy, trenera, który słynie z wykorzystywania w pracy zdobyczy naukowych, dawania szans skreślonym gdzie indziej zawodnikom, to dla Hull wielka szansa, by zerwać z odwieczną bylejakością. Zwłaszcza, że Silva dostał sporą władzę. Choć podpisał kontrakt tylko na pół roku, z miejsca pozwolono mu na wymienienie całego sztabu, nie wyłączając trenera bramkarzy. Wszystkie stanowiska obsadził fachowcami z Portugalii, co raczej klubowi nie zaszkodzi. Zadanie ma skrajnie trudne, bo do dyspozycji na pierwszych treningach miał tylko czternastu graczy z pola. Klub, znajdujący się w stanie permanentnej wojny właścicieli z kibicami, w lecie niemal nie kupował zawodników i generalnie stroni od transferów, przez co w debiucie przeciwko Swansea, na środku obrony Silva musiał wystawić dwóch stoperów, a na kolejny mecz z Manchesterem United miał do dyspozycji tylko piętnastu graczy. Ale Swansea ograł, a w sobotę, w swoim pierwszym meczu w Premier League, wygrał też z Bournemouth. Dla Hull było to pierwsze ligowe zwycięstwo od dziesięciu spotkań. Po raz pierwszy od sierpnia zdarzyło się też, by „Tygrysy” wygrały dwa z trzech kolejnych meczów.

Ratunek znów z Brazylii

Hull nadal ma mało punktów, zawodników i pieniędzy. Musi rywalizować w jednej z najbardziej wymagających lig świata. Zadanie utrzymania w lidze jest z gatunku niemożliwych. Dlatego wzięcie Silvy wydaje się strzałem w dziesiątkę. O Mike’u Phelanie, jego poprzedniku, było wiadomo, że prochu już nigdy nie wymyśli. O Silvie jeszcze tego nie wiadomo. Portugalczyk, gdzie tylko pracował, osiągał dobre wyniki, a w Estorilu Praia udowodnił, że wie, jak wychodzić z sytuacji beznadziejnych. Jego pierwszym krokiem do wyprowadzenia Hull z kryzysu, było odkupienie z Porto Brazylijczyka Evandro. Tego, którego Porto trzy lata wcześniej zabrało mu z Estorilu. Tak, jak w 2009 roku, ratunek ma nadejść z Brazylii.

Bundesligowcy na Wyspach. Kto zyskał, kto stracił

Trend jest na razie świeży, ale już można z całą pewnością stwierdzić, że będzie się nasilał. Angielskie kluby dopiero teraz odkryły Bundesligę. Latem minionego roku wydały na transfery zawodników z ligi niemieckiej rekordowe 207 milionów euro. To więcej niż przez siedem poprzednich lat razem wziętych. Jeszcze w 2009 roku kluby Premier League nie przelały niemieckim zespołom ani centa. Jeszcze w 2004 roku doszło między nimi do trzech transferów – Tomasza Kuszczaka, Gabora Kiraly’a i Jonasa Kolkki – za łączną kwotę 700 tys. euro. Dziś Anglicy łowią w Niemczech jak się da. Jeszcze chwilę i można będzie stwierdzić, że Bundesliga nie potrzebuje nowej umowy telewizyjnej, bo wszystkie kluby dostaną solidne wsparcie finansowe z Anglii.

Trend będzie się nasilał. Manchester City ma już tej zimy złożyć za Leroy’a Sanego ofertę za 55 milionów euro, angielskie media przebąkują, że Arsenal będzie się starał ściągnąć Pierre’a-Emericka Aubameyanga. Angielskim klubom nie można się dziwić – skoro poziom niemieckiej ligi jest wyższy, a przynajmniej nie jest niższy, a pieniądze są zdecydowanie mniejsze, to grzechem byłoby nie łowić w Bundeslidze. Kluby Bundesligi też narzekać nie mogą, bo wprawdzie tracą piłkarzy, ale zarabiają na nich świetnie, a w akademiach już czekają wcale nie gorsi następcy. Pamiętajmy, że Sane jest następcą sprzedanego raptem pół roku temu za 36 milionów Juliana Draxlera. Talent goni talent.

W czasie przerwy zimowej w Bundeslidze siłą rzeczy z większą niż zwykle uwagą patrzę na Premier League i widzę wielu starych znajomych z Niemiec. Niektórzy zgaśli, niektórzy rozkwitli. Aktualnie naliczyłem ich w niemieckich klubach 35. Dałoby się więc z nich sklecić klub, który całkiem porządnie mógłby sobie radzić w Premier League. Oto robocza jedenastka z przeszłością w Bundeslidze:

Gomes – Can, Mertesacker, Kompany, Fuchs – Schweinsteiger, Coquelin – De Bruyne, Oezil, Son – Okazaki. 

Kto najbardziej zyskał, a kto stracił na odejściu z Bundesligi? Oczywiście sportowo. Finansowo prawdopodobnie wszyscy zyskali.

Zyskali

Heurelho Gomes (ex Hoffenheim/dziś Watford), Vincent Kompany (HSV/Manchester City), Per Mertesacker (Werder/Arsenal), Francis Coquelin (Freiburg/Arsenal), Mesut Oezil (Werder/Arsenal), Emre Can (Bayer/Liverpool), Marko Arnautović (Werder/Stoke), Christian Fuchs (Schalke/Leicester), Mark Schwarzer (Kaiserslautern/Leicester), Steven Pienaar (Dortmund/Everton), Arouna Kone (Hannover/Everton), Gyfli Sigurdsson (Hoffenheim/Swansea), Joshua King (Gladbach/Bournemouth).

Całkiem pokaźne grono zawodników, którym transfer z Bundesligi do Premier League wyszedł na dobre. Ilu piłkarzy, tyle historii. Nie wszyscy przechodzili bezpośrednio z Niemiec do Anglii, niektórzy się tułali. Niektórzy, jak Mark Schwarzer czy Steven Pienaar, w Niemczech zaliczyli tylko epizody, a w Anglii spędzili najlepsze lata w karierze. Nikt jednak nie zyskał tak spektakularnie jak Francis Coquelin. Młody Francuz był dwa lata temu wypożyczony z Arsenalu do Freiburga. W londyńskim zespole kompletnie się nie łapał, ale także walczący wówczas – jak zwykle – o utrzymanie Freiburg okazał się dla niego zbyt mocną ekipą. Teoretycznie, by zasłużyć na szansę w Arsenalu, Coquelin powinien przerastać Freiburg o głowę. Tymczasem przez cały sezon w Bundeslidze zaliczył tylko trzy pełne występy. Wrócił do Anglii, Arsenal wypożyczył go do Charltonu, ale z konieczności w grudniu Arsene Wenger musiał na niego postawić. A ten okazał się jednym z objawień. Dziś Coquelin pauzuje z powodu kontuzji, ale gdy jest zdrowy, może liczyć na grę w Arsenalu, o co we fryburskich czasach nikt by go nie podejrzewał.

Mesut Oezil czy Vincent Kompany to przykłady piłkarzy, którzy w czasach bundesligowych świetnie się zapowiadali, ale rozkwitli dopiero na Wyspach. Per Mertesacker w Niemczech był solidnym drwalem, lecz mało kto myślał, że tyle lat wytrwa na dobrym poziomie w Arsenalu. Emrego Cana negatywnie zweryfikował Bayern, w Leverkusen pokazał spore możliwości, ale eksplodował talentem dopiero w Liverpoolu, gdzie zapracował na powołanie do kadry Niemiec. Christian Fuchs w Leicesterze niespodziewanie walczy o wyższe cele niż walczyłby z Schalke, a i jest bardziej szanowany niż w Gelsenkirchen. Heurelho Gomes w Hoffenheim okazał się kompletną porażką, a w Watfordzie się odbudował. Gyfli Sigurdsson i Arouna Kone przez Bundesligę ledwie przemknęli, a w Anglii zapracowali już na jako taką markę. Wreszcie Marko Arnautović w Niemczech więcej szumu robił poza boiskiem niż na nim, a teraz w Stoke przeżywa najlepsze chwile w karierze.

Bez zmian

Martin Demichelis (Bayern/Manchester City), Tomas Rosicky (Dortmund/Arsenal), Roberto Firmino (Hoffenheim/Liverpool), Kevin De Bruyne (Wolfsburg/Manchester City), Muhamed Besić (HSV/Everton), Oriol Romeu (Stuttgart/Southampton), Papiss Cisse (Freiburg/Newcastle), Philipp Wollscheid (Mainz/Stoke), Mame Diouf (Hannover/Stoke), Ibrahim Affelay (Schalke/Stoke), Shinji Okazaki (Mainz/Leicester), Valon Behrami (HSV/Watford), Jose Manuel Jurado (Schalke/Watford).

Najliczniejsza grupa, potwierdzająca, że poziom Bundesligi i Premier League jest porównywalny i w większości przypadków, kto błyszczy w jednym miejscu, będzie błyszczał w drugim, a kto nie błyszczy w jednym, przepadnie w drugim.

Do grupy błyszczących jak dawniej należy De Bruyne, który wprawdzie nie gra w Manchesterze na takim poziomie jak w Wolfsburgu, nie rzucił na ziemię Anglii, jak rzucił Niemcy, ale też gra w lepszym klubie niż VfL i jest jego najlepszym strzelcem we wszystkich rozgrywkach. Demichelis tak w Anglii jak w Niemczech gra w czołowym klubie, ale tak w Anglii jak w Niemczech trochę do niego nie pasuje. Tomas Rosicky, gdy jest zdrowy, pokazuje w Arsenalu tak dobrą grę jak ta, która wypromowała go w Dortmundzie. Ale rzadko jest zdrowy. Roberto Firmino gra w lepszym klubie niż w Niemczech, ale za to gorzej. Być może aklimatyzacja trwa. Cisse, Okazaki i Diouf potwierdzili w Anglii, że są przyzwoitymi snajperami dla przeciętnych klubów. Mizernie spisują się na Wyspach Affelay, Besić, Wollscheid, Behrami, Jurado czy Romeu, czyli pokazują dokładnie tak mało jak w Niemczech.

Stracili

Kevin Wimmer (Kolonia/Tottenham), Abdul Rahman Baba (Augsburg/Chelsea), Hueng-Min Son (Bayer/Tottenham), Gerhard Tremmel (Energie/Swansea), Joselu (Hannover/Stoke), Sebastien Pocognoli (Hannover/WBA), Sebastian Proedl (Werder/Watford), Bastian Schweinsteiger (Bayern/Manchester United), Xherdan Shaqiri (Bayern/Stoke)

Tak jak w poprzednich latach znalazła się w całej masie transferów grupa, która – jak wcześniej Lewis Holtby czy Andre Schuerrle – sobie nie poradziła. Przewodzą jej dwaj młodzi obrońcy. Kevin Wimmer był w Kolonii jednym z objawień poprzedniego sezonu, a w Tottenhamie nawet jeszcze nie zadebiutował w Premier League. Trochę więcej szans dostał Son, ale znaczy dla „Kogutów” zdecydowanie mniej, choć przecież Bayer wydaje się jednak mocniejszym klubem. Baba, czyli objawienie z Augsburga, na razie kompletnie przepadł w Chelsea. Joselu w Hanowerze nie pokazywał cudów, ale zarówno tam, jak w Eintrachcie miewał momenty. W Stoke ma ich na razie bardzo mało. Pocognoli w Hanowerze grał mało, ale przynajmniej grał. Podobnie jak Gerhard Tremmel, przez lata bramkarz słabych klubów Bundesligi, ale jednak pierwszy, a nie rezerwowy. Sebastian Proedl był liderem obrony Werderu, a w Watfordzie nie ma pewnego miejsca w składzie. Najbardziej stracił chyba jednak Bastian Schweinsteiger. W Niemczech był ikoną, gwiazdą, celebrytą. W Bayernie legendą i wielokrotnym mistrzem. W Manchesterze gra o czwarte miejsce – i to na razie bez powodzenia – i przestał być kimś wyjątkowym.

Wnioski

Jeśli ktoś tęskni za Bundesligą, powinien w tym miesiącu oglądać Stoke, gdzie gra aż sześciu byłych piłkarzy z ligi niemieckiej. W większości przypadków sportowo transfery wychodzą na mniej więcej to samo albo na minimalny plus. Rzadko zdarzają się tacy, którzy w Premier League błyszczą, a przez Bundesligę zostali odrzuceni. Niewielu jest też takich, którzy w Bundeslidze byli gwiazdami, a w Premier League okazali się niewypałami. Wszystko byłoby normalne, gdyby nie cena. Anglikom często zdarza się kupić przeciętnego w Bundeslidze piłkarza za wielkie pieniądze, by później dowiedzieć się, że piłkarz jest przeciętny. To oznacza, że Niemcy potrafią nieźle ocenić potencjał piłkarza, a Anglicy mają spore problemy z ocenieniem sensownej ceny za niego.

Premier League. Liga trenerów

Żyjemy w epoce trenerów. Jeszcze nigdy nie poświęcano im tyle miejsca. Najlepsi zarabiają na poziomie gwiazd swoich drużyn, co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. O trenerskie megagwiazdy walczy się jak o najlepszych zawodników,  coraz więcej ma dbających o ich interesy agentów. Trenerzy potrafią polaryzować kibiców. O preferowanych przez nich stylach gry, internety na całym świecie zajadle dyskutują przez 365 dni. Jeszcze nigdy w historii futbolu trenerzy nie znaczyli tak wiele. Ci najwięksi, potrafią nie tylko po cichu wygrywać, ale jeszcze o tym opowiadać, „sprzedać” swoją historię sukcesu, swój wizerunek. Odpowiedź na pytanie Mourinho czy Guardiola w szczytowym okresie ich rywalizacji wykraczała już daleko poza futbol i dotyczyła wyznawanych wartości.

Premier League wykazuje największą moc przyciągania trenerskich supergwiazd.To zjawisko wyjątkowe. Dyskusja o wyższości jednej ligi nad drugą jest czysto akademicka i trudno znaleźć obiektywne argumenty mierzące atrakcyjność danych rozgrywek w porównaniu do innych. Wiadomo jednak, że największe ligi świata w gruncie rzeczy aż tak bardzo się od siebie nie różnią. Największe pieniądze są w Premier League, a mimo to najlepiej gra się w piłkę w La Liga, co potwierdzają co roku europejskie puchary. Mimo gigantycznej rynkowej przewagi Anglii, wcale nie ma tam nagromadzenia najlepszych piłkarzy świata. Gdy spojrzeć na tegoroczną listę nominowanych do Złotej Piłki, okaże się, że zdecydowanie najwięcej, bo aż 11 zawodników zarabia na co dzień w lidze hiszpańskiej, Bundesliga i Premier League mają po pięciu reprezentantów, a Serie A i Ligue 1 po jednym. Jeśli chodzi o piłkarzy, talent na kontynencie rozkłada się więc w miarę równomiernie.

Jeśli chodzi o trenerów, przewaga ligi angielskiej zaczyna się robić miażdżąca. Trenerski talent oczywiście trudno zmierzyć, ale na pewno żadna inna liga nie ma tak wielkiej mocy przyciągania trenerskich osobowości, jak Premier League. Co tydzień, najbardziej pasjonującymi historiami wydarzającymi się w Anglii są zderzenia nie na boisku, ale te wykreowane starcia generałów przy ławkach.

Pracuje w Anglii Arsene Wenger, jeden z największych oryginałów wśród światowych trenerów, fachowiec niewątpliwie budzący emocje i kontrowersje. Przyciągnęła Premier League Juergena Kloppa, choć o tym, by Niemiec objął ich drużynę, marzyli kibice każdego klubu świata. Angielskie media nie kochały tak mocno nikogo od czasów pierwszego przybycia Mourinho na wyspy. Przygarnęła Anglia Louisa Van Gaala, postać budzącą takie emocje, że nawet w odległym kraju, uznawany za elokwentnego i spokojnego publicysta, zapytany o niego przed kamerą używa słów: „kawał bufona, z chamską, prymitywną twarzą”. Także w swoim kraju Van Gaal raczej dzieli niż łączy. Odpowiednikiem Kloppa, tylko na mniejszą skalę, można uznać Slavena Bilicia, zachowującego się przy linii w bardzo podobny sposób, co Niemiec i nie tylko mówiącego o graniu heavy metalu, ale samemu go grającego. A są jeszcze rozpoznawalny w całej Europie jako „70-latek, który nigdy nic nie wygrał”, specjalista od wicemistrzostw Claudio Ranieri, kojarzony głównie z boiska Ronald Koeman czy trochę przykurzony, ale wciąż uznawany za wielkiego fachowca Guus Hiddink.

A to przecież dopiero początek. Nikt bowiem nie ma wątpliwości, że Pep Guardiola będzie od lata pracował w którymś z angielskich klubów. Nikt nie wątpi, że znajdujący się na chwilowym bezrobociu Jose Mourinho, pracę znajdzie właśnie na Wyspach. Na ten moment najbardziej prawdopodobne wydaje się, że stojący na dwóch biegunach trenerzy, wylądują w tym samym mieście. A to historia, przyznacie, aż nazbyt westernowa. Raczej prędzej niż później wyląduje też w Anglii Diego Simeone, współczesny odpowiednik młodego Mourinho. I okaże się, że wszystkie największe trenerskie postaci, mające kontynentalną skalę oddziaływania, pracują w jednej lidze.

Bundesliga latem straci swoją jedyną postać w tym stylu, czyli Pepa Guardiolę. Jego następca, Carlo Ancelotti, to oczywiście fachowiec wybitny, być może najlepszy na świecie, ale jednak nie wywołujący u kibiców dreszczyku emocji, słynący z kompromisów i spełniania widzimisię właścicieli. Włoch na pewno nie będzie – jak Katalończyk – wywoływał dysput na temat tego czy jest wizjonerem czy przereklamowanym trenerem, który przejmuje samograje. To raczej przedstawiciel jeszcze poprzedniej epoki, ktoś jak Hiddink czy Del Bosque, raczej usuwający się w cień i pozwalający błyszczeć swoim piłkarzom. Innych trenerskich osobowości o skali kontynentalnej w Bundeslidze nie znajdziemy. Potencjał na taką ma Thomas Tuchel, ale potrzebuje do tego spektakularnego sukcesu międzynarodowego, a prowadzący inne czołowe kluby – Andre Schubert z Gladbach, Andre Breitenreiter z Schalke, Roger Schmidt z Bayeru czy Dieter Hecking z Wolfsburga, to dla osób nie tkwiących w Bundeslidze po uszy, trenerskie anonimy.

W Hiszpanii, trenerskim celebrytą jest niewątpliwie Simeone, ale nie długo się już w La Liga utrzyma. Zaskakująco cicho świat przyjmuje Luisa Enrique. Kilka lat temu popisy młodego Messiego, Henry’ego, Eto’o, Iniesty czy Xaviego wywoływały teksty o geniuszu Guardioli, aktualnie popisy Messiego, Neymara i Suareza, większe niż za czasów Guardioli, nie wywołują głosów o wielkości Luisa Enrique. O trenerze Barcelony, najlepszej przecież drużynie świata, raczej nie marzą trenerzy innych wielkich klubów na świecie, a gdyby ktoś miał do wyboru zatrudnienie jego albo Guardioli, to nawet by na Enrique nie spojrzał. W Madrycie z kolei pracuje Rafael Benitez, jeszcze kilka lat temu uznawany za człowieka z absolutnego trenerskiego topu i wywołujący skrajne emocje. Dziś, po niespecjalnie udanych pobytach w Interze, Chelsea i Napoli, dostaje na światowym poziomie być może ostatnią szansę i głównie zawodzi, a emocje wywołuje przeważnie negatywne. Serie A z kolei straciła już kilka lat temu kontynentalną siłę oddziaływania, której francuska Ligue 1 nigdy nie miała. Trenerami są w obu ligach często fachowcy nie gorsi niż gdzie indziej, ale dla osób nie siedzących w tych ligach anonimowi.

Głosy o finansowej sile Premier League, grożącej europejskim monopolem i skupieniem wszystkiego, co w futbolu najlepsze, na Wyspach Brytyjskich, od lat są przesadzone. Dopóki Anglicy nie nauczą się z sensem szkolić piłkarzy i wydawać pieniędzy, reszta Europy, która robi to lepiej, jest bezpieczna. Ale wielkich trenerskich postaci trudno Premier League nie zazdrościć.

Juergen Klopp w Liverpoolu. Kibicuję i mam obawy

Muszę przyznać, że decyzją o wzięciu Liverpoolu, Juergen Klopp mnie zaskoczył. Z jakiegoś powodu, po jego odejściu z Borussii Dortmund, wszyscy spodziewali się, że weźmie jakiś romantyczny, trochę podupadły, klub z duszą, twierdząc, że do nowoczesnej piłkarskiej korporacji nie pasuje. Myślałem, że to naiwne myślenie, byłem niemal pewny, że trafi raczej prędzej niż później do Bayernu Monachium, a jednak Klopp pozytywnie mnie zaskoczył. Nie poszedł na łatwiznę. Wziął klub niewątpliwie wielki, ale nie tak wielki jak mógłby wziąć. To ładne. Podtrzymuje jego wizerunek swojskiego gościa, który pójście do Bayernu niewątpliwie by nadszarpnęło.

Na to, że Klopp wyląduje w Anglii, wskazywało wiele czynników. Po pierwsze, sam trener podkreślał, że nie wyobraża sobie pracy w kraju, którego języka nie zna. Z tego powodu raczej odpadała Hiszpania – bo wiemy, że po hiszpańsku umiał tylko zamówić piwo, a w grę wchodziła Anglia i Niemcy. A że w Niemczech sens miałoby jedynie pójście do Bayernu, ale nie pasowałoby do jego wizerunku, Anglia wydaje się naturalnym kierunkiem. Po drugie, już od dawna pomiędzy Kloppem a angielskimi mediami dało się wyczuć szaleństwo. Angielska prasa uwielbiała Kloppa od wielu lat. Uwielbiała tak bardzo, jak żadnego trenera od czasów wczesnego Mourinho w Chelsea. Jestem absolutnie przekonany, że jego konferencje prasowe w pierwszych miesiącach będą hitami. To dla Kloppa miejsce, w którym będzie się czuł doskonale.

Z drugiej strony, obawiam się o niego. Obawiam się, że Anglicy nie będą potrafili się z Kloppem obchodzić. Sposobem zarządzania, większość klubów Premier League nie dorasta do pięt klubom Niemieckim. Są chaotyczne, przepłacone, miotające się od ściany, żądające natychmiastowych wyników. Liverpool, owszem, dał Brendanowi Rodgersowi sporo czasu, ale obawiam się, że Kloppa wita się w klubie jak Jezusa. Cudotwórcę, który wszystko od razu odmieni. Obawiam się, co się stanie, gdy nie okaże się Jezusem i nie wszystko odmieni. Liverpool nigdy nie wygrał Premier League. Ma lata zapóźnień. W drużynie nie ma dziś ani jednej gwiazdy światowego czy choćby europejskiego formatu, którymi przepełnione są kluby konkurencyjne. Jeśli Liverpool bierze trenera na lata, robi doskonały ruch. Jeśli nie odda się mu w pełni, może się okazać, że wyrzuca pieniądze w błoto.

Pamiętajmy, że Kloppowi zdarzyło się spaść z ligi. Że zanim podbił Bundesligę, najpierw zajął z Borussią szóste miejsce, później piąte, a dopiero w trzecim sezonie pierwsze. Że zanim awansował do Ligi Mistrzów, słabo spisał się z Dortmundem w Lidze Europy. Zanim podbił Ligę Mistrzów, odpadł z Borussią w fazie grupowej. Historia Kloppa w Dortmundzie była dlatego piękna, że była PROCESEM stopniowego wzrostu piłkarzy, trenera i klubu. Procesem, a nie magicznym dotknięciem, którego – mam wrażenie – Anglicy oczekują.

Zagadką pozostaje też struktura samego klubu. Nie zaniżając zasług Kloppa, bo te są ogromne, nie on sam dźwignął klub na nogi. Klopp miał w Dortmundzie największe skarby – mądrego i cierpliwego prezesa oraz skutecznego i sensownego dyrektora sportowego. Był w Dortmundzie idealnie dobranym bardzo ważnym, ale jednak tylko elementem układanki, która doprowadziła do sukcesu. Jeśli Liverpool nie ma wypracowanych takich struktur, wcale nie jest pewne, że Kloppowi się powiedzie. Poza tym, w Niemczech Klopp pracował tylko jako trener. W Anglii dostanie pewnie pełnię władzy, bez żadnego dyrektora sportowego nad sobą. Będzie musiał się zajmować całym klubem, a nie tylko samą drużyną. Nikt nie jest w stanie na ten moment powiedzieć, jak sobie z tym poradzi, ale nie jeden znakomity trener już w tym modelu sobie nie poradził. Nie jest przypadkiem, że dotychczas w Premier League pracował tylko jeden niemiecki trener – Felix Magath – który na dodatek spadł z ligi. Modele pracy w obu ligach są skrajnie różne, trudno przeskakiwać pomiędzy jednym a drugim.

Liverpool kupuje sobie w osobie Kloppa fantastyczne narzędzie. Jeśli będzie w stanie się nim umiejętnie posługiwać, tylko zyska. Ale Premier League jest ligą tak wynaturzoną, że wcale nie jest to pewne. Wiadomo natomiast, że jedno Liverpoolowi pod Kloppem uda się osiągnąć już od pierwszego wejrzenia: znaczny wzrost sympatii dla klubu na całym świecie. Nie wiem czy Liverpool wziął najlepszego trenera na świecie, ale na pewno najfajniejszego. Każdy kibic chciałby go w swojej drużynie. Fani Liverpoolu, wiedzcie: zazdroszczę wam. Nie zmarnujcie tej szansy.

Jak Bundesliga rozkosznie doi Premier League

dojenie

Kiedy wczoraj na Twitterze pokpiwałem sobie z Anglików (Tottenham) wyrzucających 30 milionów euro za Hueng Min-Sona z Bayeru Leverkusen, mówiąc, że kiedyś za tyle chodzili najlepsi piłkarze świata, niektórzy próbowali ze mnie zrobić jednego z tych, co to rzewnie płaczą za czasami, kiedy futbol grało się szmacianką. Chodzi jednak o co innego. Rozumiem, że kiedyś najlepsi piłkarze świata kosztowali wiązkę kiełbas, potem 65 milionów euro, a teraz sto milionów. Nie oburza mnie 100 milionów za Ronalda czy Neymara, bo oba transfery bardzo szybko się Realowi i Barcelonie zwróciły. To inwestycje.

Son symbolem

Problem nie jest w tym, że 100 milionów wydaje się na najlepszych piłkarzy świata. Problem jest w tym, że 30 milionów wydaje się na Hueng Min Sonów. Koreańczyk to tylko symbol i w zasadzie jest Bogu ducha winny. To nie jest zły zawodnik, nawet jeden z liderów Bayeru Leverkusen. Ale, z drugiej strony, tylko jeden z liderów Bayeru Leverkusen. Żaden gość, który podbił Ligę Mistrzów czy najlepszy skrzydłowy Bundesligi. Ot, zaledwie niezły piłkarz. 30 milionów za niego to GRUBA przesada.

Bez sportowej straty

Premier League już ma najwięcej pieniędzy, a w perspektywie kilku lat dostanie ich całe morze. W Bundeslidze obawiali się, że Anglia wykupi całą ligę niemiecką i przykład Sona może na to wskazywać. Ale jeśli Anglicy będą wykupywać w taki sposób, to tylko dobrze dla Bundesligi. Leverkusen zapłaciło za Sona 10 milionów euro. Sprzeda go za trzykrotnie więcej. Skorzysta też Hamburg, który dostanie 3 miliony (on akurat je w angielskim stylu przeje). Leverkusen natomiast być może weźmie za niego bardzo utalentowanego Maksa Meyera z Schalke albo odważniej postawi na swojego Juliana Brandta. Żaden nie wydaje się znacząco słabszy od Koreańczyka. Za rok albo za dwa sprzedadzą ich Anglikom za 40 milionów.

Przepłacający Anglicy

Doszło w europejskiej piłce do ciekawego zjawiska. Anglicy oderwali się całkowicie od rzeczywistości. Hiszpanie (wyjąwszy Barcę i Real, ale one przynajmniej wywalają góry pieniędzy na naprawdę najlepszych), Niemcy czy Włosi zazwyczaj drastycznie nie przepłacają. Najwyższy transfer w historii Bundesligi to nadal poniżej 40 milionów euro. W Anglii takie Sterlingi chodzą za ponad 60 milionów. Tego lata Firmino z Hoffenheim (!) poszedł do Liverpoolu za 41 milionów. W Premier League było 20 transferów wyższych niż najwyższy w historii niemieckiej ligi. A później angielskie kluby kompromitują się w Europie. Niemieckie tymczasem dwa lata z rzędu wychodzą w komplecie z grupy Ligi Mistrzów.

Czterech za skład Bayernu

Niemiecka liga jest rankingowo drugą po hiszpańskiej. Dochodzący regularnie do półfinałów Ligi Mistrzów, czego nie może o sobie powiedzieć żaden angielski klub, Bayern Monachium, zmontował podstawową jedenastkę za 172 miliony euro. Manchester City za 187 milionów kupił samych tylko Sterlinga, Mangalę, Fernandinha i Otamendiego. A nikt nie ma wątpliwości, kto jest mocniejszy.

serafin

Premier League jest w tym momencie bogaczem, który szasta pieniędzmi na lewo i prawo bez opamiętania. Wszyscy to wiedzą, więc doją ją niemożliwie, samemu nie tracąc głowy i kupując dalej względnie tanio i wypychając konta pieniędzmi od Anglików, których potem ogrywają na boiskach. Anglicy więc stwierdzają, że Son i Firmino to jednak nie ci, których trzeba było wziąć, bo ci, którzy teraz już na pewno i bez wątpliwości dadzą angielskim klubom świetność, grają wciąż w Schalke, Leverkusen itd. Doskonały przykład to Kevin De Bruyne. Anglicy mieli go u siebie przed chwilą, jednak w Chelsea niemal nie wpuszczali go na boisko. Poszedł do Wolfsburga za 25 milionów euro. Na dniach przejdzie do Manchesteru City za 70.

Bundesliga nie musi się martwić o nową umowę o prawach telewizyjnych w Anglii. Dzięki niej niemieckie kluby zyskały potężnych sponsorów z Wysp. Europa będzie się musiała bać angielskich pieniędzy dopiero wtedy, gdy Anglicy nauczą się je wydawać. Czyli być może nigdy.

Futbol obnażony

„Znajomy, który grał w Chelsea pod wodzą Mourinho, powiedział mi, że podczas tournee po Ameryce skład miał odbyć sesję zdjęciową dla ich sponsora, Samsunga. Kiedy Mourinho usłyszał, że nie dali zawodnikom żadnych darmowych produktów, kazał wszystkim wracać do autokaru. Po chwili paniki, prawdopodobnie w dziale PR Samsunga ustalono, że na każdego piłkarza po powrocie do Anglii będzie czekało pudło wypełnione elektroniką. (…) Gdyby trener zrobił dla mnie coś takiego, pomijając na chwilę prezenty od sponsora, od razu poczułbym, że jesteśmy razem i że mam jego wsparcie. Chciałbym grać dla takiego człowieka i chciałbym odnosić z nim sukcesy”.

Często zastanawiam się, co takiego musiał robić Mourinho swoim piłkarzom, że po jego odejściu większość popadała w melancholijny nastrój pt. „Już nigdy…”, rodem z piosenki „Filandia”. „Futbol obnażony” daje trochę nowego światła. Książka ukaże się 19 marca nakładem krakowskiego wydawnictwa SQN. Ja miałem przyjemność już ją łyknąć.

To nie jest czytanie, tylko łyknięcie. Trwa to jedną podróż busem z Krakowa do Bielska, z drobnym doczytywaniem na miejscu. Autor jest anonimowy. A jednak znany. Znany jako „Secret Footballer”, który od kilku lat ma swoją rubrykę w „Guardianie”, w której obnaża współczesny profesjonalny futbol.

Od razu zaznaczam, że choć „Secret Footballera” znam ze słyszenia, to go nie czytam. Nie lubię anonimowego pisania. Ale to pozwala bez żadnych oczekiwań zasiąść do książki. Która sprawia różne wrażenia.

Na początku miałem wrażenie, że SF to jakiś dziwak, który ostał się w świecie futbolu interesując się historią sztuki i Szekspirem.

Później przez całe rozdziały miałem wrażenie, że to sensowny człowiek z głową na karku i ciekawymi spostrzeżeniami: „Szczególnie drażni mnie, kiedy słyszymy, jak ekspert czy współkomentator mówi coś w stylu: Nie mogę tego zrozumieć, Martin, dlaczego Drogba nie stoi przy słupku. Ten strzał leciałby prosto w niego i gdybym był Petrem Cechem, powiedziałbym: <<Dajesz, synu, wybij to za mnie z linii!>>. Fakt jest taki, że dośrodkowania z rzutów rożnych zazwyczaj wybija człowiek ustawiony na linii pola bramkowego, dokładnie tam, gdzie Chelsea ustawiłaby Didiera Drogbę. Jeśli ktoś odda stamtąd strzał, to tylko dlatego, że ktoś zgubił krycie. (…) Chodzi mi o to, że jeśli ustawimy zawodnika przy słupku podczas rzutów rożnych, to w ciągu sezonu wybije z linii jedną może dwie piłki. Jeśli ten sam zawodnik stanie na linii piątego metra, prawdopodobnie wybije w ciągu sezonu sto dośrodkowań. Jednak najgorsze jest to, ze takie bzdury przedostają się do ogólnej świadomości, a moi przyjaciele zaczynają mówić głupie rzeczy typu: Powinniśmy mieć kogoś na słupku – trener nie wie co robi!, tylko dlatego, że brzmi to jak rzecz, którą należy powiedzieć”.

Wreszcie, gdy najpierw pisał o imprezowym życiu piłkarzy (on w tym znał jakiś umiar) i o swojej depresji, miałem wrażenie, że czytałem to już u Andrzeja Iwana i Paula Mersona. Ale to jednak byli piłkarze po zakończeniu kariery, a nie w jej trakcie.

„Secret Footballera” warto przeczytać, bo jest ciekawy, choć jeśli ktoś już czytał autobiografie znanych piłkarzy, to futbol nie będzie dla niego całkiem obnażony. Ale jest teoria, że z każdej książki warto wyciągnąć przynajmniej jedno zdanie. Z tej wyciągnąłem całą masę spostrzeżeń. Czyli opłacało się.

„Sam Allardyce pracując w Boltonie przestudiował setki kornerów wykonywanych w Premier League, aby się przekonać, gdzie zazwyczaj ląduje piłka po tym, jak głową wybije ją obrońca. Kiedy odkrył prawidłowość (zazwyczaj zawodnik stojący przy bliższym słupku wybija w kierunku linii bocznej), postawił swojego człowieka dokładnie w tym miejscu, w którym powinna znaleźć się piłka. Dzięki temu ryzyko, że Bolton straci gola po drugim dośrodkowaniu, zostało znacznie zmniejszone”.

Tak, niektórzy ludzie powinni zrozumieć, że futbol jest trudniejszy niż się wydaje. Może to na tym polegało „obnażenie”?

To źli mężczyźni byli

Vinnie Jones w akcji. Chyba nie muszą dodawać, w której koszulce…

 

Żeby przejść do historii, niekoniecznie trzeba być najlepszym. Często wystarczy zrobić coś niezwykłego, być pierwszym. Piłkarze, którzy grali w angielskim Wimbledonie w latach 80 i 90 XX wieku doskonale to zrozumieli i stali się legendami.
Wimbledon kojarzy się raczej z dżentelmenami, brytyjskimi lordami oglądającymi tenis na najwyższym światowym poziomie, a po kortach biegają zawodnicy ubrani, obowiązkowo, w białe stroje. To wyobrażenie noszą w głowach fani tenisa. Kibice piłkarscy pamiętają raczej tę inną, ciemniejszą stronę Wimbledonu.
W 1988 roku, gdy Wimbledon sensacyjnie pokonał Liverpool w finale Pucharu Anglii, John Motson, komentator BBC wypowiedział ważne słowa: „The Crazy Gang have beaten the Culture Club”. Określenie zaczerpnięte z nazwy grupy popularnych w latach 40. komików szybko rozprzestrzeniło się w Anglii i w Europie, pojawiło się na koszulkach Wimbledonu i stało się jego głównym orężem marketingowym. Wszystko dlatego, że od początku lat 80. londyńscy zawodnicy grali futbol prosty, by nie powiedzieć siermiężny, zachowywali się żywiołowo, wywoływali skandale żartując z siebie nawzajem oraz ze swojego menedżera Dave’a Bassetta. Nie zmieniając strategii w ekspresowym tempie awansowali z czwartej do pierwszej ligi, stając się postrachem najlepszych. Debiutancki sezon w najwyższej lidze zakończyli na szóstym miejscu, wygrali też Puchar Anglii, co było ich największym osiągnięciem, a klub utrzymał się w elicie aż do 2000 roku. Od początku rozbudzali wyobraźnię, bo byli baaardzo kontrowersyjni…
Złotousty Gary Lineker w przypływie geniuszu powiedział kiedyś: Najprzyjemniejszy sposób oglądania meczów Wimbledonu to… przez telegazetę. Zawodnicy „Dons” nie przejmowali się takimi rzeczami, a ich popularność bardzo szybko rosła. Dopiero pod koniec lat 90., kiedy londyński zespół okrzepł w Premier League, agresywny i bezkompromisowy styl zaczął stopniowo odchodzić w zapomnienie. Skończyło się to spadkiem w ostatnim roku XX wieku. W XXI już się w najwyższej lidze nie pokazali.
Pamięć o nich nadal trwa.  Za jednego z założycieli Crazy Gangu uznaje się Wally’ego Dawnesa, który jest wimbledońskim Jarosławem Kaszowskim i przeszedł z klubem drogę od czwartej do pierwszej ligi. Agresywny styl podchwycili inni. Lawrie Sanchez, który dziś jest poważnym starszym panem, a niedawno prowadził reprezentację Irlandii Północnej, zasłynął tym, że w 1982 roku dostał prawdopodobnie pierwszą w historii czerwoną kartkę za tzw. faul taktyczny. Irlandczyk z Ulsteru ręką zatrzymał piłkę lecącą do bramki, co zainspirowało Urugwajczyka Luisa Suareza, który powtórzył jego wyczyn na zeszłorocznych mistrzostwach świata.
Z twardego, agresywnego stylu słynął też Dennis Wise, który z Wimbledonu wypromował się do londyńskiej Chelsea, z którą odnosił największe sukcesy. Najlepszym snajperem Crazy Gangu był przez lata nie on, lecz mający nigeryjskie korzenie napastnik John Fashanu. Dziś jest prezenterem telewizyjnym, a sławę zdobył tyleż dzięki bramkom, co dzięki brutalnej grze. Gary Mabbut, były kapitan Tottenhamu Hotspur, przypłacił powietrzne starcie z Fashanu… pęknięciem czaszki i uszkodzeniem oka.
Prawdziwą legendą, twarzą i symbolem Crazy Gangu oraz wszystkich boiskowych brutali jest Vinnie Jones, człowiek orkiestra. W całej karierze otrzymał 12 czerwonych kartek, co i tak nie jest wielką liczbą, bowiem na wylot z boiska zasługiwał co najmniej w co drugim meczu. W 1992 roku wyleciał z murawy po zaledwie… trzech sekundach. Chciał zaistnieć na arenie międzynarodowej, zdecydował się więc na grę w reprezentacji Walii, z której pochodził jego dziadek. Spotkało się to z dość chłodnym odbiorem opinii publicznej. Świetny napastnik angielski Jimmy Greaves powiedział wówczas: „Mieliśmy kokainę, łapówkarstwo i Arsenal strzelający dwa gole u siebie (przed erą Arsene’a Wengera, Arsenal był uznawany za najnudniejszą drużynę w Anglii, wygrywającą maksymalnie 1-0 – przyp. M.T.). Ale kiedy myślałeś, że nie będzie już więcej niespodzianek w futbolu, nagle okazało się, że Vinnie Jones jest piłkarzem klasy międzynarodowej”.
- Nie zasługuje na miano piłkarza! Obrywanie po kościach jest częścią tego zawodu, zarówno w Anglii, jak i we Francji, ale prawdziwym skandalem jest, że Jones staje się gwiazdą, bierze udział w filmach, zaczyna być przykładem dla dzieci – oburzał się z kolei Francuz David Ginola. – On ma mózg jak komar – to słowa Sama Hammama, prezesa Wimbledonu. – Dorośnij wreszcie! – członek komisji dyscyplinarnej angielskiej federacji powiedział do Jonesa. Czym sobie Walijczyk tak nagrabił?
Przede wszystkim był najbardziej brutalnie grającym zawodnikiem i tak już agresywnej drużyny. Sfotografowano go trzymającego krocze Paula Gascoigne’a. Spowodował zakończenie kariery Gary’ego Stevensa z Tottenhamu. W 1992 roku opublikowano video z ostrymi wejściami Jonesa, okraszone dobrymi radami piłkarza, kierowanymi do młodych ludzi, którzy chcieliby grać tak brutalnie jak on. Zasądzono mu karę 20 tysięcy funtów i kilkanaście meczów dyskwalifikacji za „niszczenie reputacji futbolu”.
Gdy miał się stawić na przesłuchaniu komisji dyscyplinarnej, stwierdził, że poprzestawiały mu się daty i Jonesa oczywiście zabrakło w wyznaczonym miejscu. Dostał wówczas cztery mecze dyskwaliikacji.
Potrafił się też pokazać z innej strony. Podczas meczu w 1995 roku w bramce Wimbledonu zastąpił kontuzjowanego kolegę bramkarza. Popisał się kilkoma interwencjami klasy światowej, żartowano, że mógłby zastąpić w reprezentacji Walii ówczesnego golkipera. Niedawno przekazał swój medal za zwycięstwo w Pucharze Anglii Wimbledonowi, życząc fanom, by nadeszły lepsze czasy dla ich drużyny. Jego trofeum będzie wystawiane w muzeum klubowym.
Po zakończeniu kariery, pokazał, że jest człowiekiem naprawdę uniwersalnym. Wprawdzie stale przewijają się problemy z prawem – bójki w barach, napaście, pobicia itd., jednak Jones stał się przede wszystkim najlepszym aktorem wśród piłkarzy i najlepszym piłkarzem wśród aktorów. Zadebiutował w filmie Guy’a Ritchiego, byłego męża Madonny, „Porachunki” z 1998 roku. Grał u boku Nicolasa Cage’a czy Angeliny Jolie. Ma na koncie ponad 40 występów filmowych czy serialowych, głównie grając twardych, nieustępliwych i brutalnych bohaterów. Wydał płytę z muzyką, napisał autobiografię, wystąpił w Big Brotherze, a jego syn kultywuje rodzinny etos twardego faceta i rok temu wstąpił do brytyjskiej armii zawodowej. Niewątpliwie jest piłkarzem, który przeszedł do historii tego sportu.
Po spadku klub połączył się z drużyną Milton Kenyon i przeniósł się do tego miasta. Fani nigdy nie uznali tej transakcji, założyli swój AFC Wimbledon i po trudnych negocjacjach osiągnęli swoje – Milton zrzekł się wszelkich praw do tradycji, trofeów i barw Wimbledonu. Kibice ciągną klub stopniowo w górę. Dziś londyńczycy są liderem piątej ligi. Czekamy na powrót do Premier League i reaktywację Crazy Gangu. Zło fascynuje…

Żeby przejść do historii, niekoniecznie trzeba być najlepszym. Często wystarczy zrobić coś niezwykłego, być pierwszym. Piłkarze, którzy grali w angielskim Wimbledonie w latach 80 i 90 XX wieku doskonale to zrozumieli i stali się legendami.

Wimbledon kojarzy się raczej z dżentelmenami, brytyjskimi lordami oglądającymi tenis na najwyższym światowym poziomie, i biegającymi po kortach zawodnikami ubranymi, obowiązkowo, w białe stroje. To wyobrażenie noszą w głowach fani tenisa. Kibice piłkarscy pamiętają raczej tę inną, ciemniejszą stronę Wimbledonu.

W 1988 roku, gdy Wimbledon sensacyjnie pokonał Liverpool w finale Pucharu Anglii, John Motson, komentator BBC wypowiedział ważne słowa: „The Crazy Gang have beaten the Culture Club”. Określenie zaczerpnięte z nazwy grupy popularnych w latach 40. komików szybko rozprzestrzeniło się w Anglii i w Europie, pojawiło się na koszulkach Wimbledonu i stało się jego głównym orężem marketingowym. Wszystko dlatego, że od początku lat 80. londyńscy zawodnicy grali futbol prosty, by nie powiedzieć siermiężny, zachowywali się żywiołowo, wywoływali skandale żartując z siebie nawzajem oraz ze swojego menedżera Dave’a Bassetta. Nie zmieniając strategii w ekspresowym tempie awansowali z czwartej do pierwszej ligi, stając się postrachem najlepszych. Debiutancki sezon w najwyższej lidze zakończyli na szóstym miejscu, wygrali też Puchar Anglii, co było ich największym osiągnięciem, a klub utrzymał się w elicie aż do 2000 roku. Od początku rozbudzali wyobraźnię, bo byli baaardzo kontrowersyjni…

Złotousty Gary Lineker w przypływie geniuszu powiedział kiedyś: Najprzyjemniejszy sposób oglądania meczów Wimbledonu to… przez telegazetę. Zawodnicy „Dons” nie przejmowali się takimi rzeczami, a ich popularność bardzo szybko rosła. Dopiero pod koniec lat 90., kiedy londyński zespół okrzepł w Premier League, agresywny i bezkompromisowy styl zaczął stopniowo odchodzić w zapomnienie. Skończyło się to spadkiem w ostatnim roku XX wieku. W XXI już się w najwyższej lidze nie pokazali.

Pamięć o nich nadal trwa.  Za jednego z założycieli Crazy Gangu uznaje się Wally’ego Dawnesa, który jest wimbledońskim Jarosławem Kaszowskim i przeszedł z klubem drogę od czwartej do pierwszej ligi. Agresywny styl podchwycili inni. Lawrie Sanchez, który dziś jest poważnym starszym panem, a niedawno prowadził reprezentację Irlandii Północnej, zasłynął tym, że w 1982 roku dostał prawdopodobnie pierwszą w historii czerwoną kartkę za tzw. faul taktyczny. Irlandczyk z Ulsteru ręką zatrzymał piłkę lecącą do bramki, co zainspirowało Urugwajczyka Luisa Suareza, który powtórzył jego wyczyn na zeszłorocznych mistrzostwach świata.

Z twardego, agresywnego stylu słynął też Dennis Wise, który z Wimbledonu wypromował się do londyńskiej Chelsea, z którą odnosił największe sukcesy. Najlepszym snajperem Crazy Gangu był przez lata nie on, lecz mający nigeryjskie korzenie napastnik John Fashanu. Dziś jest prezenterem telewizyjnym, a sławę zdobył tyleż dzięki bramkom, co dzięki brutalnej grze. Gary Mabbut, były kapitan Tottenhamu Hotspur, przypłacił powietrzne starcie z Fashanu… pęknięciem czaszki i uszkodzeniem oka.

Prawdziwą legendą, twarzą i symbolem Crazy Gangu oraz wszystkich boiskowych brutali jest Vinnie Jones, człowiek orkiestra. W całej karierze otrzymał 12 czerwonych kartek, co i tak nie jest wielką liczbą, bowiem na wylot z boiska zasługiwał co najmniej w co drugim meczu. W 1992 roku wyleciał z murawy po zaledwie… trzech sekundach. Chciał zaistnieć na arenie międzynarodowej, zdecydował się więc na grę w reprezentacji Walii, z której pochodził jego dziadek. Spotkało się to z dość chłodnym odbiorem opinii publicznej. Świetny napastnik angielski Jimmy Greaves powiedział wówczas: „Mieliśmy kokainę, łapówkarstwo i Arsenal strzelający dwa gole u siebie (przed erą Arsene’a Wengera, Arsenal był uznawany za najnudniejszą drużynę w Anglii, wygrywającą maksymalnie 1-0 – przyp. M.T.). Ale kiedy myślałeś, że nie będzie już więcej niespodzianek w futbolu, nagle okazało się, że Vinnie Jones jest piłkarzem klasy międzynarodowej”.

- Nie zasługuje na miano piłkarza! Obrywanie po kościach jest częścią tego zawodu, zarówno w Anglii, jak i we Francji, ale prawdziwym skandalem jest, że Jones staje się gwiazdą, bierze udział w filmach, zaczyna być przykładem dla dzieci – oburzał się z kolei Francuz David Ginola. – On ma mózg jak komar – to słowa Sama Hammama, prezesa Wimbledonu. – Dorośnij wreszcie! – członek komisji dyscyplinarnej angielskiej federacji powiedział do Jonesa. Czym sobie Walijczyk tak nagrabił?

Przede wszystkim był najbardziej brutalnie grającym zawodnikiem i tak już agresywnej drużyny. Sfotografowano go trzymającego krocze Paula Gascoigne’a. Spowodował zakończenie kariery Gary’ego Stevensa z Tottenhamu. W 1992 roku opublikowano video z ostrymi wejściami Jonesa, okraszone dobrymi radami piłkarza, kierowanymi do młodych ludzi, którzy chcieliby grać tak brutalnie jak on. Zasądzono mu karę 20 tysięcy funtów i kilkanaście meczów dyskwalifikacji za „niszczenie reputacji futbolu”.

Gdy miał się stawić na przesłuchaniu komisji dyscyplinarnej, stwierdził, że poprzestawiały mu się daty i Jonesa oczywiście zabrakło w wyznaczonym miejscu. Dostał wówczas cztery mecze dyskwalifikacji.

Potrafił się też pokazać z innej strony. Podczas meczu w 1995 roku w bramce Wimbledonu zastąpił kontuzjowanego kolegę bramkarza. Popisał się kilkoma interwencjami klasy światowej, żartowano, że mógłby zastąpić w reprezentacji Walii ówczesnego golkipera. Niedawno przekazał swój medal za zwycięstwo w Pucharze Anglii Wimbledonowi, życząc fanom, by nadeszły lepsze czasy dla ich drużyny. Jego trofeum będzie wystawiane w muzeum klubowym.

Po zakończeniu kariery, pokazał, że jest człowiekiem naprawdę uniwersalnym. Wprawdzie stale przewijają się problemy z prawem – bójki w barach, napaście, pobicia itd., jednak Jones stał się przede wszystkim najlepszym aktorem wśród piłkarzy i najlepszym piłkarzem wśród aktorów. Zadebiutował w filmie Guy’a Ritchiego, byłego męża Madonny, „Porachunki” z 1998 roku. Grał u boku Nicolasa Cage’a czy Angeliny Jolie. Ma na koncie ponad 40 występów filmowych czy serialowych, głównie grając twardych, nieustępliwych i brutalnych bohaterów. Wydał płytę z muzyką, napisał autobiografię, wystąpił w Big Brotherze, a jego syn kultywuje rodzinny etos twardego faceta i rok temu wstąpił do brytyjskiej armii zawodowej. Niewątpliwie jest piłkarzem, który przeszedł do historii tego sportu.

Po spadku klub połączył się z drużyną Milton Kenyon i przeniósł się do tego miasta. Fani nigdy nie uznali tej transakcji, założyli swój AFC Wimbledon i po trudnych negocjacjach osiągnęli swoje – Milton zrzekł się wszelkich praw do tradycji, trofeów i barw Wimbledonu. Kibice ciągną klub stopniowo w górę. Dziś londyńczycy są liderem piątej ligi. Czekamy na powrót do Premier League i reaktywację Crazy Gangu. Zło fascynuje…

Vinnie po zakończeniu kariery. Starszy i poważniejszy?

 

Nie-święci „Garnki” lepią

Bad Boys, Bad Boys, what you gonna do, when they come for you?

O Stoke City już kiedyś tutaj było, ale mimo to wklejam tekst, którym wygrałem konkurs na najlepszy felieton o tym klubie, organizowany przez polską stronę jego kibiców, bo jestem z niego dość zadowolony.

Podobno to Milan jest pierwszym klubem, który zdecydował się na szaleńczy krok, jakim jest upychanie piłkarzy, eufemizując, kontrowersyjnych, w jednej szatni. O Stoke City, które już od jakiegoś czasu realizuje tę politykę, jak zwykle zapomniano. Zapomniano, bo taka już specyfika tego zespołu. Mimo że jest drugim najstarszym profesjonalnym klubem sportowym w Anglii, choć w 1888 był w dwunastce założycieli ligi angielskiej, choć bez większych problemów zajmuje bezpieczne miejsca w jednych z najbardziej wymagających rozgrywek świata, o „Garncarzach” się nie mówi. Bycie jedną z najbardziej niemodnych drużyn w Anglii, występowanie przeciwko całemu światu, to specyfika Stoke.

Jego menedżer Tony Pulis dowodzi zgrają nudnych, zdyscyplinowanych, pozbawionych osobowości facetów. Tak można by pomyśleć, patrząc tylko na boiskowe poczynania jego chłopaków. Stoke mało bramek traci, strzela jeszcze mniej, co ma wygrać wygrywa, co ma przegrać przegrywa (wyjątek: wygrana 2-0 z Liverpoolem) i w ten sposób rokrocznie spokojnie się utrzymuje. Gdy jednak zakończy się mecz, zabawa się zaczyna…

Ricardo Fuller, Jamajczyk, był w młodości wychowywany przez babcię. W czasie tegorocznych zamieszek w jego rodzinnym mieście, dom babci został zniszczony. Dobry wnusio odbudował babuni posiadłość. Łezka się w oku kręci? Myślicie, cóż to za dobry facet? Ten sam ma już na koncie dwukrotne aresztowanie. Raz śmigał samochodem, zapomniawszy uprzednio wsadzić do kieszeni prawa jazdy, drugi raz był podejrzany o napaść. W wolnych chwilach, np. na imprezie sylwestrowej, całował się i obściskiwał z jednym z kolegów z drużyny. Można stawiać dolary przeciw orzechom, że Fuller nie zrobił tego z czystego pociągu do innego faceta, raczej był pijany jak bela.

Gorszy nie chciał wcale być Mamady Sidibe. Senegalczyk wychowywany w Paryżu, nie miał w stolicy Francji łatwego dzieciństwa. Jeśli mam być szczery, a ja od dzisiaj chcę być szczery, dzieciństwo miał cholernie trudne. Handlował narkotykami, brał udział w wojnach gangów, w których zginęło czterech jego najlepszych ziomali. Gdy ojciec Souleymane widział, że pierworodny szwęda się z typami o twarzach nieskażonych literaturą, prał go jak najęty, co dziś piłkarz wspomina z rozrzewnieniem. – Tata mocno bił mnie i kopał, ale jestem mu wdzięczny. Gdyby nie był taki twardy, byłbym dziś taki, jak ci ludzie – mówi wzruszony Senegalczyk.

Jermaine Pennant był swego czasu złotym dzieckiem angielskiej piłki. Z Fullerem łączy go nie tylko jamajskie pochodzenie, ale też kryminalna historia – za jazdę po pijanemu nałożono mu więzienną opaskę i skierowano na 90 dni robót publicznych. Nie przeszkadzało mu to w grze w Birmingham City. On też miał fajnego tatusia, w kierunku którego teraz wszyscy głośno skandujemy: „Pozdrowienia do więzienia!” Oto bowiem Pennant senior odsiaduje 4-letnią karę za handel narkotykami.

Trochę inne przestępstwo ma na koncie Abdoulaye Diagne-Faye. W 2005 roku przy jego transferze z Portsmouth do Newcastle doszło do machlojek, które piłkarz przypłacił tylko aresztowaniem. Od razu zainteresowało się nim Stoke. Matthewa Etteringtona wolności nie pozbawiła policja, lecz… hazard, od którego piłkarz był w młodości uzależniony.

Jest jeszcze dwóch oryginałów innego rodzaju. Robert Huth, niemiecki stoper, to dla mnie człowiek zagadka. Debiutował w Chelsea, gdy miał 17 lat i dostawał naprawdę sporo szans. Facet kopał się po czole, był beznadziejny, jednak nie tylko klubowi trenerzy, ale nawet Juergen Klinsmann na siłę ciągnęli go na wielkie mecze, robiąc mu po prostu krzywdę. W końcu w kadrze przestał grać, ze Stamford Bridge wykopano go do Middlesbrough. Dziś jest w Stoke, zagrał w 17 meczach, strzelił trzy gole i ani jeden nie był samobójem. Wyrobił się chłopak. Zdecydowanie lepszym graczem jest Senegalczyk Salif Diao, który ma jeden tylko mankament. Nie strzela goli. W całej karierze zdobył ledwie dwa, a jednego z nich upolował w tym roku. Przy tej okazji menedżer Tony Pulis wykazał się sporym poczuciem humoru, mówiąc: – Nie mogę w to uwierzyć! Nawet, gdy już schodziłem do szatni, to nie wierzyłem, że on strzelił gola. Muszę to zobaczyć w telewizji, może to do mnie dotrze – przyznawał z oczami otwartymi tak szeroko, jakby cierpiał na nadczynność tarczycy.

W tym towarzystwie mizernie się odnajduje najbardziej znany piłkarz, ale też jakiś za grzeczny, jak na Stoke. Islandczyk Eidur Gudjohnsen, w czasie gdy Sidibe sprzedawał narkotyki, już był uznawany za złote dziecko. Przeszedł do historii, gdy jako 16-latek zmienił w towarzyskim meczu Islandia-Estonia swojego ojca Arnura. Był w PSV Eindhoven, w Boltonie, z którego przebił się do Chelsea, kopał piłkę w Barcelonie i… od tego czasu nie może się odnaleźć. Nie poradził sobie w Monaco, fatalny był w Tottenhamie, w Stoke również nie powala. Nic w tym dziwnego, w końcu nie skrzywdziłby Muchy. Nawet jeśli na imię miałaby Anna.

Tę bandę oryginałów oklaskują kibice, którzy podobno chcą zmienić reputację. Na złą pracowali wiele lat, wraz z działalnością jednej z najgroźniejszych i najbardziej brutalnych grup chuligańskich o jakże przyjaznej nazwie Naughty Forty. Teraz są po prostu jednymi z najgłośniejszych w Anglii.

Do słynnego wimbledońskiego Crazy Gangu, jeszcze piłkarzom ze Stoke on Trent daleko, ale jeśli bardzo się postarają, może kiedyś zdobędą podobną sławę. Kto wie, może Stoke, podobnie jak Wimbledon, wykreuje też filmową gwiazdę, podobną do Vinny’ego Jonesa? Może będzie to Kenwyne Jones, kupiony latem z Sunderlandu, będący chyba największym tegorocznym wzmocnieniem Stoke? Nie wiem, co musiałoby się stać, by ten sympatyczny dredziasty chłopak z Trinidadu i Tobago zyskał spojrzenie szaleńca, ale… Tony Pulis na pewno by się nie obraził, gdyby zyskał w szatni kolejnego chuligana.

Jeśli piłkarze Stoke jeszcze nie wychodzą na murawę Britannia Stadium przy dźwiękach piosenki Inner Circle „Bad Boys”, najwyższy czas, by zaczęli.