Trener, który wie, że garnitury warto nosić

Jest Marco Silva drugim najmłodszym trenerem w Premier League, ledwie o kilka miesięcy ustępując Eddiemu Howe’owi z Bournemouth, ale jednego 39-letni menedżer Hull City zdążył się już w zawodowym życiu nauczyć: zawsze trzeba zakładać na mecz klubowy garnitur.

Cztery dni po sukcesie

 W grudniu 2014 roku jego Sporting ograł w Pucharze Portugalii FC Viselę, co było jednym z krokiem na drodze do finału rozgrywek. Lizbończycy, wygłodniale czekający od siedmiu lat na jakiekolwiek trofeum, na pięć minut przed końcem decydującego meczu, przegrywali z Bragą 0:2. I grali w dziesiątkę. Zdołali jednak jakimś cudem wyszarpać remis, przetrwać dogrywkę i wygrać rzuty karne. Sporting wprawdzie przegrał w całym sezonie tylko dwa mecze (mniej niż Benfica, która została mistrzem), ale ukończył sezon ligowy dopiero na trzecim miejscu. Puchar Portugalii, po latach oczekiwania, był jednak niewątpliwym sukcesem. Zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach. Cztery dni po finale, Silva został zwolniony.

Absurdalne zwolnienie

 Ekscentryczny prezydent Bruno de Carvalho mocno się natrudził, by uargumentować karkołomną decyzję o wyrzuceniu trenera tuż po zdobyciu trofeum, ale najbardziej absurdalnym, z całej listy powodów, było złamanie przez Silvę zapisów kontraktu, poprzez paradowanie bez klubowego garnituru w trakcie meczu z Viselą (sześć miesięcy wcześniej!). De Carvalho chciał w ten sposób zrobić miejsce dla Jorgego Jesusa, który krótko przedtem odszedł z Benfiki. Lokalny rywal zaproponował mu sześciokrotnie wyższą pensję niż tę, z którą pracował Silva. Do młodego trenera zgłosiły się Benfica i Porto. Sporting zadbał jednak o to, by przy rozwiązaniu umowy ze szkoleniowcem umieścić punkt, wedle którego objęcie przez Silvę innego portugalskiego klubu w okresie kilku miesięcy, skutkowałoby koniecznością płacenia Sportingowi. Świetnie zapowiadająca się kariera młodego trenera w ojczyźnie, musiała zostać zahamowana.

Szaleństwa Estorilu Praia

 Ledwie rok wcześniej, Silva był w Lizbonie witany jako zbawca. W tym mieście się urodził i zebrał szlify w tamtejszym Belenenses, ale na Sporting i Benfikę zabrakło mu piłkarskiego talentu. W zawodowej karierze rozegrał tylko dwa mecze w portugalskiej ekstraklasie, większość czasu spędziwszy w II lidze. W 2009 roku, gdy już zbliżał się do końca kariery, II-ligowy, zapyziały, Estoril Praia, którego był kapitanem, był zagrożony spadkiem i upadkiem, a zawodnicy myśleli o opuszczeniu klubu, z powodu zaległości finansowych. Silva miał ich przekonać, by jeszcze powalczyli, bo wiedział, że negocjacje z brazylijską agencją Traffic Sports były w zaawansowanej fazie. Sam w nich uczestniczył, dbając, by potencjalni inwestorzy czuli się jak najlepiej i ostatecznie pomógł w osiągnięciu celu. W nagrodę, tuż po zakończeniu gry w piłkę, został dyrektorem sportowym tego klubu. Estorilowi, mimo lepszej sytuacji finansowej, na boisku nie wiodło się jednak dobrze i znów był zagrożony spadkiem. Dlatego nie mający żadnego doświadczenia Silva, sam wskoczył na ławkę trenerską. Niespodziewanie, z 24 meczów pod jego wodzą, drużyna przegrała tylko trzy i dźwignęła się ze strefy spadkowej, do premiowanej awansem. Estoril wrócił do ekstraklasy po siedmiu latach, ale bajka dopiero się zaczynała. W pierwszym sezonie, mimo jednego z najniższych budżetów w stawce, zajął piąte miejsce i po raz pierwszy w historii zakwalifikował się do europejskich pucharów. W lecie stracił na rzecz wielkiej trójki czterech zawodników. Wbrew temu, w kolejnym sezonie jeszcze poprawił wynik, kończąc rozgrywki na czwartym miejscu, wyrównując najlepszy wynik w historii klubu, z 1948 roku. Wyniki Estorilu i odważny styl gry sprawiły, że w Portugalii obwieszczono narodziny nowej trenerskiej gwiazdy. Sporting, który kończył rozgrywki za Estorilem i regularnie tracił z nim punkty, dał Silvie czteroletni kontrakt, zanim po obiecującym pierwszym roku zwolnił go z powodu nieprzestrzegania dress-code’u.

Greckie rekordy

 Nie mogąc w praktyce pracować w ojczyźnie, Silva ruszył do Grecji, gdzie dostał do rąk Olympiacos Pireus. Jako trener wyciskający z kiepskich zawodników maksimum możliwości sprawdził się w Praii bardzo dobrze, a w Grecji udowodnił, że potrafi też dominować nad rywalami atakiem pozycyjnym. W lidze greckiej wygrał 28 z 30 meczów, sezon ukończył trzydzieści punktów przed drugim Panathinaikosem, zwyciężył we wszystkich spotkaniach u siebie, a pracę zaczął od siedemnastu ligowych wygranych z rzędu, co było rekordem nie tylko klubu, ale i całej Europy w XXI wieku. Olympiacos dał mu też okazję debiutu w Lidze Mistrzów, w której ograł w Londynie Arsenal, jako pierwszy grecki klub na angielskiej ziemi od pół wieku. Po spektakularnym sezonie, Silva zrezygnował z pracy z powodów osobistych.

Raz na sto lat

 Od tego momentu, czyli od lipca 2016, łączono go już z kilkoma niezłymi klubami. Miał być trenerem Wolverhampton czy Interu Mediolan, a o odpowiedni rozgłos dbał opiekujący się jego interesami wszechpotężny agent Jorge Mendes. Przed dwoma tygodniami objął Hull City, co ze strony „Tygrysów” jest ruchem wręcz szokującym. Hull było od lat jednym z nielicznych klubów, które bezgranicznie ufały coraz bardziej skompromitowanej brytyjskiej myśli szkoleniowej. W ciągu ponad stu lat istnienia, klub miał ledwie jednego trenera spoza Wysp, Duńczyka Jana Molby’ego, który piętnaście lat temu wytrwał w Hull siedemnaście meczów. „Tygrysy” największe sukcesy w historii osiągały pod wodzą Anglików Phila Browna i Steve’a Bruce’a, rękami i nogami broniły się przed zalewem zagranicznych szkoleniowców. I mimo wszystko źle na tym kończyły, bo klub mógł tylko podziwiać, jak zagraniczni, głównie kontynentalni fachowcy, w typie Claudio Ranieriego, Roberta Martineza, Quique Sancheza Floresa i innych, podnosili kluby, które jeszcze niedawno plątały się w tych samych, co „Tygrysy”, rejonach tabeli. Niespodziewanie Hull zerwało z tradycją, co spotkało się z krytyką Paula Mersona, narzekającego, że „kluby biorą bezmyślnie obcokrajowców bez sukcesów, zamiast spojrzeć na angielskich trenerów” (skąd my to znamy). Ale krytyką Paula Mersona niekoniecznie warto się przejmować.

Portugalska władza

 Zatrudnienie młodego, a już mającego sukcesy, trenera, który słynie z wykorzystywania w pracy zdobyczy naukowych, dawania szans skreślonym gdzie indziej zawodnikom, to dla Hull wielka szansa, by zerwać z odwieczną bylejakością. Zwłaszcza, że Silva dostał sporą władzę. Choć podpisał kontrakt tylko na pół roku, z miejsca pozwolono mu na wymienienie całego sztabu, nie wyłączając trenera bramkarzy. Wszystkie stanowiska obsadził fachowcami z Portugalii, co raczej klubowi nie zaszkodzi. Zadanie ma skrajnie trudne, bo do dyspozycji na pierwszych treningach miał tylko czternastu graczy z pola. Klub, znajdujący się w stanie permanentnej wojny właścicieli z kibicami, w lecie niemal nie kupował zawodników i generalnie stroni od transferów, przez co w debiucie przeciwko Swansea, na środku obrony Silva musiał wystawić dwóch stoperów, a na kolejny mecz z Manchesterem United miał do dyspozycji tylko piętnastu graczy. Ale Swansea ograł, a w sobotę, w swoim pierwszym meczu w Premier League, wygrał też z Bournemouth. Dla Hull było to pierwsze ligowe zwycięstwo od dziesięciu spotkań. Po raz pierwszy od sierpnia zdarzyło się też, by „Tygrysy” wygrały dwa z trzech kolejnych meczów.

Ratunek znów z Brazylii

Hull nadal ma mało punktów, zawodników i pieniędzy. Musi rywalizować w jednej z najbardziej wymagających lig świata. Zadanie utrzymania w lidze jest z gatunku niemożliwych. Dlatego wzięcie Silvy wydaje się strzałem w dziesiątkę. O Mike’u Phelanie, jego poprzedniku, było wiadomo, że prochu już nigdy nie wymyśli. O Silvie jeszcze tego nie wiadomo. Portugalczyk, gdzie tylko pracował, osiągał dobre wyniki, a w Estorilu Praia udowodnił, że wie, jak wychodzić z sytuacji beznadziejnych. Jego pierwszym krokiem do wyprowadzenia Hull z kryzysu, było odkupienie z Porto Brazylijczyka Evandro. Tego, którego Porto trzy lata wcześniej zabrało mu z Estorilu. Tak, jak w 2009 roku, ratunek ma nadejść z Brazylii.

„Kryzys” niemieckiego futbolu

niemcy

Niemiecka kadra U-21 została niedawno zdemolowana w półfinale mistrzostw Europy przez Portugalię. W Niemczech rozpoczęła się seria lamentów, której echa dochodzą też do nas. Wynik 0:5 miał pokazać, że złote pokolenie wcale nie jest takie złote, jak wydawało się rok temu, następcy mistrzów świata wcale nie rodzą się na kamieniu, system szkolenia jednak nie jest tak genialny, jak się wydawało, a problem niemieckiej piłki mają też pokazywać gorsze niż zwykle wyniki niemieckiej kadry w eliminacjach Euro 2016. Jeszcze chwilę i ktoś naprawdę uwierzy w kryzys.

Kryzys niemieckiego futbolu owszem, miał miejsce, gdy dorosła reprezentacja na dwóch mistrzostwach Europy z rzędu nie wychodziła z grupy, chociaż nie należy zapominać, że w środku tego kryzysu została wicemistrzem świata. Porażka młodzieżówki, nawet 0:5, w PÓŁFINALE, nie jest objawem kryzysu.

Zresztą, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, o co chodzi w turniejach młodzieżowych. O to, by je wygrywać czy by przygotować jak największą liczbę ich uczestników do gry na najwyższym poziomie? Mało kto tak dobrze rozumie, jak niewiele warte są triumfy w młodzieżowych kategoriach wiekowych, jak Polacy. Co z tego, że taki Dariusz Zawadzki był gwiazdą mistrzostw Europy, skoro w wieku 33 lat gra w Sparcie Kazimierza Wielka, nie zadebiutowawszy nawet w polskiej ekstraklasie? Co z tego, że Mariusz Sacha grał w kadrze, która wychodziła z grupy mistrzostw świata U-20, skoro mając 27 lat jest byłym piłkarzem, podobnie jak jego koledzy z drużyny Dawid Janczyk czy Krzysztof Strugarek. Młodzieżowe turnieje są fajną, ciekawą rozrywką na letnie miesiące, gdy nie dzieje się nic ciekawszego, można z nich wyciągnąć perełki i jakieś wnioski, ale nie należy ich traktować ze śmiertelną powagą.

Ważniejsze od tego czy Niemcy ograją Portugalię czy z nią przegrają jest jak radzą sobie w dorosłym futbolu.

Bramkarz Portugalii Jose Sa to rezerwowy klubu Maritimo. Bramkarz Niemiec Marc Andre ter Stegen wygrał w tym roku Ligę Mistrzów i to wygrał aktywnie, broniąc we wszystkich meczach Barcelony. Jego zmiennikami w kadrze byli Bernd Leno, który wyszedł z grupy Ligi Mistrzów i Timo Horn z Kolonii, bramkarskie objawienie sezonu jednej z najlepszych lig Europy.

W składzie Portugalii zmieścili się jeszcze Ricardo Esgaio, wypożyczony ze Sportingu Lizbona do Pacos Ferreira, rezerwowy Sportingu Tobias Figueiredo czy rezerwowy Porto Ricardo Pereira. Najwięcej w seniorskiej piłce znaczy William Carvalho, podstawowy zawodnik, jedna z gwiazd Sportingu, ale to dalej liga portugalska, piekielnie silne, lecz tylko zaplecze najwyższego europejskiego poziomu. Tego, na którym od lat grają rówieśnicy z Niemiec.

Za Matthiasa Gintera Borussia Dortmund zapłaciła 10 milionów euro. Ma już w dorobku dorosłe mistrzostwo świata. Emre Can regularnie grał w Liverpoolu, po świetnym sezonie w Bayerze Leverkusen. W Bundeslidze miejsce w składach swoich drużyn mieli też Christian Guenter, Julian Korb, Nico Schulz, Johannes Geis, za którego tego lata Schalke dało 10 milionów euro, Kevin Volland, Max Meyer, Leonardo Bittencourt, Felix Klaus, Maximilian Arnold i Robin Knoche (wicemistrzostwo i Puchar Niemiec) czy Yunus Malli. Joshuę Kimmicha Bayern kupił w tym roku za osiem milionów euro. Widzicie różnicę?

Portugalczycy zmietli Niemców, mogą sięgnąć po mistrzostwo Europy U-21, natomiast gdy już się nacieszą i wrócą z wakacji, w większości nadal będą dopiero aspirantami na najwyższy poziom. A młodzi Niemcy pozbierają się, odpoczną i wrócą do odgrywania centralnych ról w liczących się europejskich klubach. Taki jest ten kryzys niemieckiego szkolenia.

Podobnie ma się rzecz z dorosłą reprezentacją. Pewnego rodzaju odprężenie pomundialowe, połączone z wieloma kontuzjami przyniosło trochę gorsze wyniki. Swoje musiała też zrobić reforma mistrzostw Europy. Reprezentacja taka jak Niemcy wie, że cokolwiek by zrobiła i tak na turnieju zagra. Selekcjoner może sobie eksperymentować do woli, nawet kosztem jakiejś porażki z Polską czy remisu z Irlandią. W przypadku reprezentacji Niemiec, liczą się tylko wielkie turnieje. Przypomnę, że przed zgarnięciem mistrzostwa świata w imponującym stylu, Niemcy w meczach towarzyskich nie wyglądali na faworyta mundialu – wymęczyli wygraną z Chile, będąc wyraźnie słabszym, zremisowali z Polską i Kamerunem, rozjechali jedynie Armenię, choć i tak niżej niż miesiąc później Brazylię. Taka specyfika. Wielcy piłkarze grają wielkie mecze w wielkie wieczory, co nie oznacza, że błyszczą zawsze i wszędzie. Rozlicza się ich z mistrzostw świata i mistrzostw Europy. A tu ostatnimi czasy mają: mistrzostwo, trzecie miejsce, trzecie miejsce, wicemistrzostwo, trzecie miejsce. Ot, niemiecki kryzys.

Czy Niemcy będą cyniczni

Jak się ogląda mundial, trzeba oglądać wszystko. Tylko frajerzy oglądają wybrane mecze, tylko oni wiedzą, które wybrać. Dziecinada czysta – na mundialu nie ma meczów mniej ważnych. Ileż to razy, gdy byłem młody i naiwny, opuszczałem jakieś spotkania na oko bezbarwne i na rozum bez znaczenia i zawsze się okazywało, że na tych trzeciorzędnych sparingach działy się rzeczy wstrząsające i niepoczytalne: jakieś monstrualne wyniki, jakieś niebywałe ekscesy, jakieś krwawe porażki stuprocentowych faworytów, jacyś kuwejccy szejkowie na płycie.

Chyba żaden mecz mundialu nie potwierdzał tych słów Jerzego Pilcha bardziej niż spotkanie Algierii z Koreą Południową. Jeszcze bluźnierczo kwiliłem na Twitterze, że z grupy H nikt nie powinien wyjść, a zamiast tego powinniśmy dobrać dwie najfajniejsze odpadające drużyny z innych grup. Ustawiałem w głowie, kogo bym wybrał i wyszło mi, że dwie to za mało. Bo za dobrzy żeby odpaść są Meksyk/Chorwacja, Anglia, Włochy/Urugwaj, Ghana/Stany Zjednoczone. Wyszło więc na to, że system jest jednak bardzo sprawiedliwy i wychodzi dokładnie tylu, ilu trzeba. A na końcu okazało się nawet, że tę grupę H strasznie niesprawiedliwie oceniłem.

Dlaczego niby taka Algieria miałaby nie wyjść? Zagrała wczoraj z Koreą znakomitą piłkę (nudne to już, wszyscy znakomici). Odkryła ponownie piękno „lagi do przodu”. To była w pełni zdyscyplinowana drużyna, która z zamysłem nie bawiła się w rozegranie tylko waliła z całej siły w kierunku napastnika. Podwórkowość w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ja się wychowałem na podwórkach, na których grało się lagę do przodu. Żal mi było patrzeć, gdy dzisiejsi młodzi utrzymywali piłkę i próbowali grać tiki-takę. Nuda. Nam się najfajniej grało – laga od obrony lub bramkarza, bieg, strzał. Futbol to szybki sport jak Algieria. A Korea, choć do przerwy wyglądała na przybłędę, po przerwie pokazała, po co tam przyjechała. Hueng Min Son przechodził samego siebie. I tylko szkoda, że Belgia nie musiała nic pokazać, by wygrać grupę. Dalej uważam, że ta drużyna świata nie zawojuje.

Świat zawojują Amerykanie, czy nam się to podoba czy nie, choć jeszcze nie teraz. Zrobili to z siatkówką, która była dla nich obcym sportem, ale nauczyli się podbijać i dziś są w tym jednymi z najlepszych na świecie. Z piłką idzie im dłużej, oporniej, ale też to zrobią. Robią wielkie postępy, które każą mi o Klinsmannie zacząć myśleć jako o naprawdę porządnym trenerze. Tym razem mecz kompletnie im się nie ułożył, kiks Camerona to był kryminał, to, że bramkarz siadł na tyłku przed strzałem – też. Wszystko układało się przeciw nim. A jednak byli za dobrzy, by przegrać. Pudłowali na potęgę, inaczej niż w meczu z Ghaną, ale zasługiwali. Nigdy nie widziałem Fabiana Johnsona tak biegającego do przodu. Mamy mundial bocznych obrońców, ale występ Johnsona i tak był jednym z najbardziej spektakularnych na tych mistrzostwach.

Podobnie gol Jermaina Jonesa, po takich nie ma co zbierać. Zasłużenie Amerykanie prowadzili, bo Portugalia była szokująco słaba. Tym razem Jankesi nie zagrali do końca, a to przede wszystkim wina Bradley’a. Sorry, ale jak w 95. minucie tak głupio traci się piłkę w środku pola, to zawsze kończy się to golem. Futbol nie wybacza błędów w doliczonym czasie gry.

Sytuację mają Amerykanie i tak dość przyzwoitą. Szykuje się mecz przyjaźni Loewa z Klinsmannem, choć… oni się wcale nie przyjaźnią. Turniej to jednak turniej, trzeba umieć kalkulować. W dłuższej perspektywie wiadomo, że Amerykanie nie zagrożą Niemcom w wygraniu turnieju, a Portugalczycy – jak się rozkręcą, jak strzeleckie buty znajdzie Ronaldo – już mogą. Według mnie należy cynicznie wykorzystać okazję, perfidnie zremisować i nie wypuścić z grupy Portugalczyków. Sport zawodowy i podwórkowy łączy może piękno lagi do przodu, ale dzieli kalkulacja. W tym pierwszym jest pożądana, w drugim zakazana.

Dzień 5. Özil nie umie być liderem

Przypomniał mi się wczoraj na początku meczu Ghany ze Stanami Zjednoczonymi początek mundialu sprzed ośmiu lat. Niemcy lamentowali, że nie mają drużyny i obawiali się kompromitacji w mistrzostwach u siebie. Nikt nie wiedział, jakim ten Klinsmann właściwie jest trenerem. A jego drużyna wyszła na Kostarykę jak wściekłe psy, zdobyła piękną bramkę w 6. minucie, rozjechała rywala, zdobywając cztery bramki i zajęła trzecie miejsce na świecie.

Na wspomnienia miałem dokładnie 31. sekund. Można mówić, że Klinsmann ma niekonwencjonalne metody, Lahm narzekał, że za mało w nich piłki, a za wiele fitnessu i treningów mentalnych, ale gdy drużyna wychodzi na mecz i wbija gola w pół minuty, to znaczy ni mniej ni więcej, tylko że trener dobrze ją w szatni nastawił. Piękne było to zgarnięcie piłki Dempsey’a i przełożenie sobie Boye’a przez nogę. Rewelacja.

Ale Amerykanie nie poszli drogą Niemców, bo chyba nie umieli. Klinsmann chciał, by ten zespół zaczął prowadzić grę już także w meczach z najsilniejszymi rywalami, lecz póki co nie ma na to szans. Ghana była piłkarsko lepsza, ciekawsza. Amerykanie mieli masę szczęścia i Tima Howarda w bramce. Żaden bramkarz w tym turnieju nie miał jeszcze tyle roboty. 62 kontakty z piłką. Gol dla Ghany, który w końcu wpadł, był cudowny. Ale znowu – mentalność. Amerykanie potrafili się podnieść w końcówce. Mówiło się przed mundialem wiele, że Klinsmann pasuje do amerykańskiej mentalności i chyba coś w tym jest. Ta drużyna jako zbiór jednostek nie byłaby pewnie silniejsza od polskiej, lecz jako zbiór gości, którzy nawzajem ukrywają swoje słabości, jest już całkiem mocna.

Obu drużynom sporo animuszu przed meczem musiała dodać Portugalia. Można przegrać z Niemcami, ale przegrać w takim stylu Portugalii nie przystoi. Najlepszym podsumowaniem był strzał Ronaldo z wolnego, zablokowany przez jednoboatengowy mur. Pepe nie jest takim brutalem i idiotą, jak się o nim mówi, cały sezon miał znakomity, ale trudno zaprzeczyć, że raz za czas bardzo odcina mu prąd. Słabo spisywał się bramkarz, obrona, pomoc i atak. Nie potrafię wyróżnić ani jednego portugalskiego piłkarza. Niby teraz rywale łatwiejsi, ale wcale nie łatwi. Umiem sobie wyobrazić Portugalię jadącą do domu po fazie grupowej, choć jeszcze wczoraj nie umiałem.

Niemcy znów zagrali na otwarcie piękny futbol. Cztery ostatnie mundiale zaczynali wbiciem minimum czterech bramek. Klasą samą w sobie był wielbiony przeze mnie niejednokrotnie na tym blogu Toni Kroos. Ale pozbierał się też Khedira, nawet ta czterostoperowa obrona była całkiem dobra. A gdyby mi ktoś w trakcie sezonu Bundesligi powiedział, że Benedikt Höwedes będzie grał w pierwszym składzie Niemców na mundial, to bym go wyśmiał. Müller pokazał, że jest piłkarzem turniejowym. Na co dzień nikt by nawet nie pomyślał o umieszczeniu go obok Ronaldo, Messiego czy Rooney’a, ale na mundialach ma więcej goli niż cała trójka razem wzięta. Facet, który ma 24 lata, zdobył już osiem goli na mistrzostwach. Wszystkie rekordy wszech czasów muszą się czuć zagrożone. Rozczarował tylko, po raz kolejny, Mesut Özil. To chyba naprawdę nie jest człowiek, który potrafi unieść ciężar bycia liderem.

O meczu Nigerii z Iranem wspólnie sobie pomilczmy………. Dziękuję. Ciszej nad tą trumną. Dobrze, że są też takie mecze, bo łatwiej docenić wszystkie inne.

The most Special One?

Jeśli myślicie, że Jose Mourinho to The Special One i nikt go nigdy nie przerośnie to być może macie racje. Sęk w tym, że Portugalczyk miał też uczniów, którym przekazywał wiedzę, uczył podejścia do zawodników, pokazywał jak sprawić, by każdy czuł się tak ważny, jak cyfra w numerze telefonu. I kiedy już im wszystkie te arkana magii przekazał, czeladnicy zaczęli czmychać by pracować samodzielnie. A uczniowie mają to do siebie, że  czasem przerastają mistrzów.

Ich droga jest bardzo podobna. O Mourinho napisano już więcej niż o Jezusie Chrystusie, więc nie ma sensu po raz kolejny przytaczać opisu jego „nazarejskich lat”. O Andre Villasie Boasie wiadomo jeszcze stosunkowo niewiele. Kiedyś także będzie o nim więcej niż o bohaterze ewangelii. Już zresztą teraz ma z nim wiele wspólnego. Niedawno skończył bowiem 33 lata.

Co może zrobić właściciel wielkiego klubu, gdy bardzo doświadczony trener, szanowany nestor i guru, który co rano zjadał zęby na piłce, zajął tragiczne, katastrofalne i nie do przyjęcia trzecie miejsce w lidze? Może z rozpaczy spektakularnie doprowadzić swoje ciało do eksplozji przy tysiącach pielgrzymów w Fatimie, albo powierzyć zespół trenerowi, którego największym osiągnięciem jest jedenaste miejsce w lidze portugalskiej i oddychanie tym samym powietrzem, co Józef święty. Oba rozwiązania na podobnym poziomie absurdu. Wybrał drugie.

***
33 lata wcześniej w Porto na świat przychodzi Andre, syn Luísa Filipe Manuela Henrique do Vale Peixoto de Sousa de Villas-Boas, którego na świat wydała Teresa Maria de Pina Cabral e Silva. Jego dziadkowie pochodzą z Anglii. Chłopak dzieckiem był dziwnym. Niby coś tam grał w piłkę z rówieśnikami, ale mając kilkanaście lat postanowił w ogóle nie próbować robić kariery zawodniczej. Poświęcił się taktyce, wyszukiwaniu talentów i trenerce. Gdy miał 17 lat (!) zrobił w Szkocji licencję trenerską UEFA klasy C. Rok później, ze względu na biegłe posługiwanie się angielskim nawet przez sen, zapragnął go mieć w sztabie szkoleniowym słynny Bobby Robson. Wkracza w dorosłość będąc scoutem najsłynniejszego portugalskiego klubu.

Młodość pcha go jednak do przenikania ludzkości całych ogromów z końca do końca. Wylatuje więc na Karaiby i zostaje selekcjonerem kadry… Wysp Dziewiczych. Ma wówczas 21 lat. W Polsce dopiero mógłby się żenić. Po 18 miesiącach wraca do Portugalii i zostaje trenerem zespołu U-19 Porto. Od swoich zawodników był niewiele starszy i w ogóle nie bardziej doświadczony. Zauważył go tam Jose i zaprosił do swojego sztabu. U jego boku wygrał Puchar UEFA i Ligę Mistrzów. Wdzięczny święty Józef wziął go do Chelsea. I tam się zaczęło!

Villas Boas mógł rozwijać swoje taktyczne zboczenie. Godzinami oglądał kolejnych rywali, analizował, myślał, wycinał, kopiował, wklejał i każdemu z piłkarzy dawał gotowe płyty DVD, na których była zawarta w przystępny sposób podana taktyka na kolejne mecze. Na pewno pustaczek do sukcesów Mourinho dołożył i jego szef to wiedział. Zabrał go więc do Mediolanu.

W 2009 roku asystent powiedział sobie dość. Chciał zacząć pracować na swoje nazwisko. Wsadził się jednak na minę. W październiku objął portugalską Academikę Coimbra, która teoretycznie do niego pasowała. „Lizbona się bawi, Porto pracuje, Coimbra się uczy, a Braga modli” – tak mówi portugalskie porzekadło. No i uniwersytecki klub wydawał się być jak znalazł dla pasjonata taktyki i teoretyka futbolu. Tyle, że po kilkunastu kolejkach zespół zajmował ostatnie miejsce w tabeli i nie miał jeszcze na koncie zwycięstwa. Zacząć pracę od spuszczenia zespołu z ligi, to, chyba przyznacie, nie jest wymarzony początek kariery.

A jednak ofensywny styl gry wpojony przez Villasa Boasa sprawdził się znakomicie. Coimbra uciekła spod topora, ruszyła w górę tabeli, skończyła sezon na jedenastym miejscu z dziesięcioma punktami przewagi nad strefą spadkową i doszła do półfinału Pucharu Ligi. O najmłodszym trenerze w lidze zaczęło być głośno.

***
Wracamy więc do punktu wyjścia, w którym Villas Boas zostaje zatrudniony w Porto. Ma zażegnać kryzys, w który wszedł zespół pod wodzą doświadczonego Jesualdo Ferreiry. Aby mu w tym pomóc, klub sprzedaje dwóch najważniejszych zawodników – obrońcę Bruno Alvesa do Zenita Sankt Petersburg i Raula Meirelesa do Liverpoolu. Po miesiącu pracy zdobył pierwsze trofeum – Superpuchar kraju po zwycięstwie nad Benficą. A później przyszła fantastyczna seria…

11 grudnia 2010 roku pobił rekord swojego mentora Mourinho. Jego Porto nie przegrało w 33 kolejnych meczach we wszystkich rozgrywkach. Poległo dopiero w styczniu w pucharowym meczu z Nacionalem Madeira, dziś w lidze ma 11 punktów przewagi nad mistrzem z Lizbony, Porto wygrało 17 z 19 meczów, dwa zremisowało, czyli nie przegrało ani razu. Bramki zdobyte? 44 – najwięcej w lidze. Bramki stracone? 7 – najmniej w lidze. Europejskie puchary? 5 zwycięstw, jeden remis, pierwsze miejsce w grupie. Za kilka dni Porto zagra z Sevillą. Ma szansę zdobyć w tym sezonie cztery trofea (jedno już zdobył). Jeśliby wygrał Ligę Europejską, co nie jest niemożliwe, porównania do Mourinho jeszcze by się nasiliły. Przecież guru wszedł na kontynentalną scenę wygrywając Puchar UEFA. Rok później triumfował w Lidze Mistrzów. Za rok Porto prawie na pewno do niej powróci. Ja wam dobrze zawczasu radzę – ładujcie wszystkie swoje oszczędności w obstawianie triumfu „Smoków” – za rok będziecie milionerami, o ile bukmacherzy nie zbankrutują. Jest też ryzyko, że ktoś go Portugalczykom wykradnie – zimą był już nim zainteresowany Liverpool.

A on? Znajomo nonszalancki styl, charakter na twarzy, świetne przygotowanie do zawodu. Jak trochę posiwieje, dojrzałym paniom będą na jego widok drżały kolana, jak teraz drżą na myśl o Mourinho. Villas Boas odcina się od porównań do trenera Realu Madryt. Przyznaje, że był dla niego bardzo ważny, ale spokojnie przekonuje, że jest sobą i swoją karierę prowadzi. Niby każdy to mówi, ale jemu chyba wyjątkowo można wierzyć.

Ślady Legii i Podbeskidzia… na portugalskiej prowincji

 

Gdyby Szombierki Bytom i Stal Mielec powróciły do ekstraklasy, stałaby się rzecz podobna do tej, którą dokonały w ostatnich latach dwa portugalskie kluby – Portimonense i Olhanense. Ekipy z tradycjami, które grały w europejskich pucharach, zdobywały mistrzostwo, aż nagle wyleciały z najwyższej ligi i przez długie lata nie mogły do niej powrócić. Teraz zrobiły to rok po roku, a co ciekawe są lokalnymi rywalami z malowniczo położonej prowincji Algarve, w której gdzie spojrzysz dookoła… Atlantyk. Teraz walczą ze sobą w najwyższej lidze, ciesząc się, że największe miasto regionu – Faro – w którym były rozgrywane mecze Euro2004 swojego przedstawiciela w Lidze Sarges nie ma.
Klub z Portimao wielkich powodów do radości, mimo to mieć nie może. W lidze portugalskiej zajmuje przedostatnie miejsce i nie ma widoków na dłuższe pozostanie w elicie – wygrał tylko dwa mecze, ma najsłabszą obronę w lidze. A kiedyś było zdecydowanie lepiej. Przez 13 sezonów, od 1976 do 1990, Portimonense grało w ekstraklasie. W sezonie 1984/1985 osiągnęło największy sukces w historii – zajęło piąte miejsce i zakwalifikowało się do Pucharu UEFA. Tam sensacyjnie pokonało w pierwszym meczu Partizana Belgrad 1-0, ale w stolicy Jugosławii nie było zmiłuj – cztery bramki w plecy i koniec przygody z pucharami.
Cztery lata później przyszedł spadek. Zamiast powrócić do elity, Alvinegros polecieli do trzeciej ligi. I między tymi klasami rozgrywkowymi kursowali przez 20 lat. To było duże rozczarowanie dla całego miasta, wszak ten ośrodek, jeżeli z czegoś jest znany, to tylko ze sportu. Tam uprawia się wszelkie dyscypliny wodne, tamtędy wiodła trasa rajdu Dakar zanim przeniesiono go do… Patagonii.
Awansu w zeszłym roku też nikt się nie spodziewał. W trakcie sezonu trenera z Angoli zastąpił jednak Litos, były gracz reprezentacji Portugalii, którego do Sportingu Lizbona wprowadzał sam John Toshack. I stała się rzecz niezwykła – Portimonense zaczęło regularnie wygrywać, niespodziewanie zajęło drugie miejsce i po dwóch dekadach powróciło do Ligi Sarges.
Teraz w utrzymaniu nieudolnie stara się pomagać… „Koszulkowy Król”, czyli sam Dong Fangzhuo. Manchester United ściągał tego Chińczyka, licząc, że przyniesie klubowi wielką popularność w ojczyźnie. Rzeczywiście, był czas, że jego koszulki sprzedawały się w tym państwie lepiej niż… Cristiana Ronaldo. Kiedy w końcu zdecydowano się go pozbyć, ze względu na tragiczne umiejętności piłkarskie, z wyciągniętymi rękami przywitała go Legia Warszawa. Miał ściągnąć na stadion rodaków i wszystkich innych skośnookich, którzy mieszkają w stolicy i w okolicach. Niestety, na Młodą Ekstraklasę nikt nie chciał chodzić. Nie wiem jakie motywy kierowały Portimonense przy proponowaniu mu kontraktu, ale podejrzewam, że chodziło o zwiększenie popularności klubu wśród Chińczyków. Jak to niewiele trzeba, by znajdować zatrudnienie w zespołach całej Europy…
Klub z Portimao najbardziej rywalizuje o popularność w regionie z Olhanense, rywalem nieco bardziej utytułowanym. Zespół z Olhao był pierwszym z tej prowincji, który awansował do najwyższej ligi – stało się to w 1941 roku. Wcześniej, w 1924, wygrał Puchar Portugalii, będący wówczas najważniejszym trofeum w kraju, co równało się zdobyciu mistrzostwa.
Ich sukcesy skończyły się, wtedy kiedy coraz lepiej radziło sobie Portimonense. Do drugiej ligi spadli w 1974 roku. Z niebytu wyciągnął ich dopiero słynny jeszcze nie dawno portugalski stoper – Jorge Costa, dopiero raczkujący w zawodzie trenera. Wprowadził Olhanense do najwyższej ligi, utrzymał zespół i przeniósł się do Academiki Coimbra.
Co najciekawsze, w dzisiejszym składzie klubu z Olhao znaleźć można ślad… Podbeskidzia Bielsko-Biała. Bramkarzem tej ekipy jest bowiem Marcelo Moretto, który niegdyś fantastycznie spisywał się w meczach Benfiki Lizbona z Barceloną w Lidze Mistrzów. Kiedy jego chwile chwały minęły, przyjechał na testy do Wisły Kraków, która szukała, jak zwykle, bramkarza. Sprawdzano go w sparingu z bielszczanami, który odbył się rok temu w Sosnowcu. Spisał się naprawdę nieźle, gola nie puścił, wybronił fantastyczny strzał Dariusza Kołodzieja z dystansu, a że bronić jego strzały nie jest łatwo, to wszyscy wiedzą, ale Biała Gwiazda go nie chciała. Wolała Mariusza Pawełka i Milana Jovanicia. Jednego już w Krakowie nie ma, drugi jest słabiutki…Gdyby Szombierki Bytom i Stal Mielec powróciły do ekstraklasy, stałaby się rzecz podobna do tej, którą dokonały w ostatnich latach dwa portugalskie kluby – Portimonense i Olhanense. Ekipy z tradycjami, które grały w europejskich pucharach, zdobywały mistrzostwo, aż nagle wyleciały z najwyższej ligi i przez długie lata nie mogły do niej powrócić. Teraz zrobiły to rok po roku, a co ciekawe są lokalnymi rywalami z malowniczo położonej prowincji Algarve, w której gdzie spojrzysz dookoła… Atlantyk. Teraz walczą ze sobą w najwyższej lidze, ciesząc się, że największe miasto regionu – Faro – w którym były rozgrywane mecze Euro2004 swojego przedstawiciela w Lidze Sarges nie ma.

Największy sukces w karierze Donga

Gdyby Szombierki Bytom i Stal Mielec powróciły do ekstraklasy, stałaby się rzecz podobna do tej, którą dokonały w ostatnich latach dwa portugalskie kluby – Portimonense i Olhanense. Ekipy z tradycjami, które grały w europejskich pucharach, zdobywały mistrzostwo, aż nagle wyleciały z najwyższej ligi i przez długie lata nie mogły do niej powrócić. Teraz zrobiły to rok po roku, a co ciekawe są lokalnymi rywalami z malowniczo położonej prowincji Algarve, w której gdzie spojrzysz dookoła… Atlantyk. Teraz walczą ze sobą w najwyższej lidze, ciesząc się, że największe miasto regionu – Faro – w którym były rozgrywane mecze Euro2004 swojego przedstawiciela w Lidze Sagres nie ma.

Klub z Portimao innych powodów do radości, mimo to mieć nie może. W lidze portugalskiej zajmuje przedostatnie miejsce i nie ma widoków na dłuższe pozostanie w elicie – wygrał tylko dwa mecze, ma najsłabszą obronę w lidze. A kiedyś było zdecydowanie lepiej. Przez 13 sezonów, od 1976 do 1990, Portimonense grało w ekstraklasie. W sezonie 1984/1985 osiągnęło największy sukces w historii – zajęło piąte miejsce i zakwalifikowało się do Pucharu UEFA. Tam sensacyjnie pokonało w pierwszym meczu Partizana Belgrad 1-0, ale w stolicy Jugosławii nie było zmiłuj – cztery bramki w plecy i koniec przygody z pucharami.

 

Cztery lata później przyszedł spadek. Zamiast powrócić do elity, Alvinegros polecieli do trzeciej ligi. I między tymi klasami rozgrywkowymi kursowali przez 20 lat. To było duże rozczarowanie dla całego miasta, wszak ten ośrodek, jeżeli z czegoś jest znany, to tylko ze sportu. Tam uprawia się wszelkie dyscypliny wodne, tamtędy wiodła trasa rajdu Dakar zanim przeniesiono go do… Patagonii.

Awansu w zeszłym roku też nikt się nie spodziewał. W trakcie sezonu trenera z Angoli zastąpił jednak Litos, były gracz reprezentacji Portugalii, którego do Sportingu Lizbona wprowadzał sam John Toshack. I stała się rzecz niezwykła – Portimonense zaczęło regularnie wygrywać, niespodziewanie zajęło drugie miejsce i po dwóch dekadach powróciło do Ligi Sarges.

Teraz w utrzymaniu nieudolnie stara się pomagać… „Koszulkowy Król”, czyli sam Dong Fangzhuo. Manchester United ściągał tego Chińczyka, licząc, że przyniesie klubowi wielką popularność w ojczyźnie. Rzeczywiście, był czas, że jego koszulki sprzedawały się w tym państwie lepiej niż… Cristiana Ronaldo. Kiedy w końcu zdecydowano się go pozbyć, ze względu na tragiczne umiejętności piłkarskie, z wyciągniętymi rękami przywitała go Legia Warszawa. Miał ściągnąć na stadion rodaków i wszystkich innych skośnookich, którzy mieszkają w stolicy i w okolicach. Niestety, na Młodą Ekstraklasę nikt nie chciał chodzić. Nie wiem jakie motywy kierowały Portimonense przy proponowaniu mu kontraktu, ale podejrzewam, że chodziło o zwiększenie popularności klubu wśród Chińczyków. Jak to niewiele trzeba, by znajdować zatrudnienie w zespołach całej Europy…

Klub z Portimao najbardziej rywalizuje o popularność w regionie z Olhanense, rywalem nieco bardziej utytułowanym. Zespół z Olhao był pierwszym z tej prowincji, który awansował do najwyższej ligi – stało się to w 1941 roku. Wcześniej, w 1924, wygrał Puchar Portugalii, będący wówczas najważniejszym trofeum w kraju, co równało się zdobyciu mistrzostwa.

Ich sukcesy skończyły się, wtedy kiedy coraz lepiej radziło sobie Portimonense. Do drugiej ligi spadli w 1974 roku. Z niebytu wyciągnął ich dopiero słynny, jeszcze niedawno, portugalski stoper – Jorge Costa, dopiero raczkujący w zawodzie trenera. Wprowadził Olhanense do najwyższej ligi, utrzymał zespół i przeniósł się do Academiki Coimbra.

Co najciekawsze, w dzisiejszym składzie klubu z Olhao znaleźć można ślad… Podbeskidzia Bielsko-Biała. Bramkarzem tej ekipy jest bowiem Marcelo Moretto, który niegdyś fantastycznie spisywał się w meczach Benfiki Lizbona z Barceloną w Lidze Mistrzów. Kiedy jego chwile chwały minęły, przyjechał na testy do Wisły Kraków, która szukała, jak zwykle, bramkarza. Sprawdzano go w sparingu z bielszczanami, który odbył się rok temu w Sosnowcu. Spisał się naprawdę nieźle, gola nie puścił, wybronił fantastyczny strzał Dariusza Kołodzieja z dystansu, a że bronić jego strzały nie jest łatwo, to wszyscy wiedzą, ale Biała Gwiazda go nie chciała. Wolała Mariusza Pawełka i Milana Jovanicia. Jednego już w Krakowie nie ma, drugi jest słabiutki…

PS Jeśli chcesz, aby „Stawka Większa Niż Życie” została wybrana Blogiem Roku 2010 w kategorii „Moje zainteresowania i pasje” możesz zagłosować wysyłając sms o treści H00555 na numer 7122. Koszt: 1,23 pln.