Ciągła wymiana elit. Kariera trenerska krótsza niż piłkarska

elity

Jacques Bertaux – Prise du palais des Tuileries – Wikimedia Commons

Regularnie, przy kolejnych zmianach trenerskich, gdy w mediach pojawiają się nazwiska kandydatów przymierzanych do danego klubu, słychać wszechobecne stękania: „znów ci sami”, „cały czas te same nazwiska”, „dlaczego nikt nie daje szansy młodym/nowym/świeżym/nieuwikłanym w układy?”. W tym tonie często wypowiadają się też prezesi, którzy, zatrudniając kogoś nieznanego, tłumaczą, że chcieli wyjść poza „zamknięty krąg” czy sięgnąć po kogoś „spoza karuzeli”. Przekonanie o istnieniu tej właśnie karuzeli, z której, gdy się już na nią wsiądzie, ciężko wypaść, bo ona cały czas się kręci i wyrzuca następnych trenerów w kolejnych klubach, jest bardzo silnie zakorzenione w umyśle polskiego kibica.

Dekada – inna epoka

Ale to mit. Nie ma czegoś takiego jak karuzela trenerska, a przynajmniej nie na tak długą metę, jak niektórzy chcieliby to widzieć. I wypaść z niej niezwykle łatwo. By to udowodnić, sięgnąłem do ligi sprzed dziesięciu lat. Uznałem, że to dobry okres, by zauważyć odpowiednie tendencje. Jeśli ktoś utrzymuje się w lidze przez dziesięć lat, to znaczy, że wyrobił sobie renomę niezależną od pojedynczych niepowodzeń czy zmian trendów. Samemu trudno było mi uwierzyć, że zaledwie przed dziesięcioma laty pracowali w polskiej lidze Bogusław Baniak, Czesław Jakołcewicz, Przemysław Cecherz, Marek Piotrowicz czy Zdzisław Podedworny. Wymienianie tych nazwisk brzmi, jak podawanie składu z meczu Polska – Brazylia na mundialu w 1938 roku. Prehistoria.

Pięć lat – inna epoka

Spośród trzydziestu trzech trenerów (!), którzy w sezonie 2006/2007 pracowali w ekstraklasie, tylko pięciu prowadzi kluby z naszej najwyższej ligi także obecnie. To Czesław Michniewicz, Waldemar Fornalik, Jacek Zieliński, Michał Probierz i Kazimierz Moskal. Na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dziesięć lat to jednak zbyt długi okres i w ciągu pięciu lat to już na pewno niewiele się zmieniło – też będzie w błędzie. Z ekstraklasy sprzed Euro 2012 (przecież to było wczoraj!) wytrwało do dziś tylko sześciu szkoleniowców – oprócz pięciu wymienionych wcześniej także Mariusz Rumak. W ciągu pięciu lat, tylko 22% trenerów pracuje w elicie dalej. Blisko 80% z niej wypada. To było ledwie pięć lat temu, a w lidze pracowały tak dziś oddalone od niej nazwiska jak Andrzej Pyrdoł, Robert Kasperczyk, Tomasz Wieszczycki czy Rafał Ulatowski. Nie wspominając, o Tomaszu Hajcie. W porównaniu do najlepszych lig europejskich, Polska zalicza się do tych krajów, w których zmian następuje najwięcej. Przegrywa pod tym względem tylko z Bundesligą, która jest absolutnym ewenementem. W lidze niemieckiej nie pracuje obecnie żaden trener, który byłby w niej przed dziesięcioma laty – najwięcej meczów ma na koncie 43-letni Thomas Tuchel. W pozostałych przypadkach różnice są kosmetyczne. Zwraca uwagę ogólna tendencja: na najstabilniejszym rynku francuskim i tak 80% trenerów sprzed dziesięciu lat zniknęło z ligi.

 

Pozycja

Liga Odsetek trenerów sprzed dziesięciu lat, którzy aktualnie pracują w lidze
1 Ligue 1 21,00%
2 Premier League 20,00%
3 La Liga 16,00%
4 Ekstraklasa 15,00%
Serie A 15%
6 Bundesliga 0,00%

Polski przypadek pokazuje, że ekstraklasowych trenerów możemy podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią szkoleniowcy nietykalni. Mogą być zwalniani, mogą podpadać prezesom, ale na rynku bronią się od dekady. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jest ich tylko czterech. To Probierz, Michniewicz, Zieliński i Fornalik. Probierz i Zieliński pracowali w lidze w każdym z ostatnich dziesięciu sezonów, Michniewicz w dziewięciu, Fornalik w siedmiu, ale gdyby nie był przez dwa lata selekcjonerem, wynik byłby podobny. Od dziesięciu lat, najdłuższy okres bezrobocia Probierza wynosił pół roku. Cokolwiek się o nim myśli, to imponujący, zasługujący na szacunek, wynik.

Pracują na renomę

Druga grupa to trenerzy o uznanej pozycji na polskim rynku, ale jeszcze za wcześnie, by z całkowitą pewnością stwierdzić, że żaden wiatr ich nie ruszy. Takich szkoleniowców też jest tylko czterech. To Mariusz Rumak, Piotr Stokowiec, Kazimierz Moskal i Radoslav Latal. Wszyscy pracują trzeci sezon lub dłużej. Mylący może być jedynie przypadek Moskala, który teoretycznie pracuje w lidze już w piątych rozgrywkach, ale w praktyce poprowadził jedynie 59 meczów (o jeden więcej od Latala). Wynika to z faktu, że przez lata bywał w Wiśle Kraków trenerem tymczasowym, co sprawiło, że liczba sezonów, w których pracował, wygląda imponująco, ale długo nie przekładało się to na prawdziwą szansę. Zwraca uwagę, że spośród aktualnie pracujących trenerów, tylko sześciu ma na koncie ponad sto meczów w ekstraklasie.

Połowa ligi nowa

Trzecią grupę tworzą absolutni nowicjusze, nie mający na koncie jeszcze ani jednego przepracowanego sezonu. Co pewnie dla wielu zaskakujące, to połowa ligi! Aż ośmiu obecnych trenerów, pojawiło się w ekstraklasie ledwie w zeszłym sezonie. Rok temu o tej porze nie było w ekstraklasie: Jacka Magiery, Piotra Nowaka, Macieja Bartoszka, Andrzeja Rybarskiego, Nenada Bjelicy, Grzegorza Nicińskiego, Radosława Sobolewskiego i Marcina Kaczmarka. Jak się okazuje, to także tendencja ogólnoeuropejska. Ligę angielską kojarzymy zwykle z długodystansowcami jak Arsene Wenger czy kiedyś Alex Ferguson, ale w rzeczywistości rotacja na ławkach jest tam najwyższa (nie mylić z częstymi zmianami trenerów w konkretnych klubach; chodzi raczej o zatrudnianie ludzi spoza danej ligi).

 

Pozycja

Liga Odsetek aktualnych trenerów, którzy w ostatnich dziesięciu latach pracowali w danej lidze tylko w jednym sezonie lub krócej
1 Premier League 60,00%
2 Bundesliga 56,00%
3 Ekstraklasa 50,00%
4 La Liga 45,00%
5 Ligue 1 40,00%
6 Serie A 35,00%

Sporą płynność wśród ekstraklasowych trenerów na tle lig europejskich widać także w statystyce średnio przepracowanych sezonów. Polski szkoleniowiec pracuje w naszej lidze przeciętnie ledwie przez 2,5 sezonu. We Francji jest to trochę ponad cztery lata. To nadal bardzo mało. Tyle zwykle trwa pobyt trenera na topie i to w najbardziej optymistycznym wariancie. Nielicznym udaje się wytrwać na szczycie dłużej. W pięciu najlepszych ligach europejskich jest tylko dwóch trenerów, którzy pracowali w ostatnich dziesięciu latach w każdym sezonie: Arsene Wenger i Mark Hughes (Stoke City). Pozostali wiedzą, co to długie oczekiwanie na pracę zgodną z oczekiwaniami. Polskie przypadki Probierza i Zielińskiego są na tle europejskim wielką rzadkością.

Pozycja Liga Liczba sezonów przepracowanych średnio przez trenera w danej lidze
1 Ligue 1 4,13
2 Premier League 4,07
3 Serie A 4
4 La Liga 3,4
5 Ekstraklasa 2,6
6 Bundesliga 1,7

Przyznając sześć punktów za dorobek świadczący o największej wymianie na ławkach i jeden za najmniejszą rotację, w każdej z tych trzech kategorii, można uzyskać zbiorczy obraz tego, w której lidze najszybciej następuje wymiana trenerskich elit. W tym umownym zestawieniu, ekstraklasa jest druga, jedynie za Bundesligą. Co jednak chyba najbardziej zadziwia – nawet w przypadku Francji nie można powiedzieć o istnieniu jakiejś trenerskiej elity, która tylko wymienia się stołkami. Nawet tam, cykl pracy topowego trenera jest stosunkowo krótki. Mówi się, że kariera trenera jest długa. Zwykle w ligach pracują szkoleniowcy w wieku pomiędzy 40 a 70 lat. Błędne byłoby jednak stwierdzenie, że kariera trenera trwa około trzydziestu lat. To dotyczy nielicznych, wybitnych jednostek, utrzymujących się w każdej lidze na powierzchni przez różne epoki. W zdecydowanej większości, trenerzy kształcą się, zbierają doświadczenia, wydają pieniądze, nie śpią po nocach po to, by przez maksymalnie cztery lata zbierać tego owoce, a przez pozostałe 26 tułać się po niższych ligach, chwytać posad asystentów, dyrektorów sportowych, komentatorów telewizyjnych albo w ogóle pracować poza piłką (vide Bartoszek zarządzający niegdyś wysypiskiem śmieci). Nie ma karuzeli trenerskiej, ani w Polsce, ani za granicą. Dla większości jest tylko pięć minut chwały. Ekstraklasowa kariera szkoleniowa jest krótsza niż piłkarska. Kolejny dowód na to, że zawód trenera piłkarskiego jest jednym z najtrudniejszych na świecie.

Pozycja Liga Liczba punktów (im wyższa, tym bardziej „przewiewny” światek trenerski)
1 Bundesliga 17
2 Ekstraklasa 13
3 Premier League i La Liga po 10
5 Serie A 8
6 Ligue 1 4

Obliczenia własne. Dane ze stron 90minut.pl, transfermarkt.de, sklady.hostmix.pl

To nie jest liga dla zagranicznych trenerów

radolsky

Jednym z głęboko zakorzenionych mitów środowiska piłkarskiego jest przekonanie, że w Polsce panuje moda na zagranicznych trenerów. Ostatnio to zdanie powtórzył Jacek Zieliński z Cracovii w wywiadzie dla Interii, ale w podobnym tonie wypowiada się często wielu trenerów i kibiców. Tymczasem, gdy sprawie przyjrzeć się dokładniej, wychodzi na to, że Polska jest jednym z najbardziej hermetycznie zamkniętych środowisk trenerskich. I wcale nie mam przekonania czy to dobrze.

Osiem procent zagranicznych

 W ekstraklasie pracuje aktualnie dwóch obcokrajowców – Czech Radoslav Latal w Piaście i Chorwat Nenad Bjelica w Lechu. W I lidze i II lidze tylko dwa kluby mają zagranicznych trenerów – to Podbeskidzie Bielsko-Biała ze Słowakiem Janem Kocianem i Radomiak Radom z Czechem Wernerem Liczką. Choć kryterium narodowościowe, jak zwykle i w wielu dziedzinach, jest bezdennie głupie, bo np. Kocian jest w Bielsku-Białej – położonym 50 kilometrów od słowackiej granicy – traktowany za bardziej swojego niż Dariusz Dźwigała z odległej o 350 kilometrów Warszawy. Ale skoro jest niby moda na trenerów z zagranicy, przyjmijmy kryterium narodowościowe. Oznacza to, że spośród 52 klubów szczebla centralnego w Polsce, cztery mają trenerów z zagranicy. Niecałe osiem procent.

30 procent to nie trend

W czasach najnowszych, trudno w Polsce szukać śladów mody na trenerów z zagranicy. W XXI wieku, pracowało w Polsce 30 szkoleniowców z obcymi paszportami. Rekordzista, Duszan Radolsky, nie dobił nawet do stu meczów w ekstraklasie. Maksymalnie, jednocześnie zatrudnionych w ekstraklasie było pięciu trenerów z zagranicy. Taki stan utrzymał się jednak tylko przez dwa miesiące 2014 roku. Zawiszę Bydgoszcz prowadził wtedy Portugalczyk Jorge Paixao, Lechię Gdańsk Portugalczyk Quim Machado, Piasta Hiszpan Angel Perez Garcia, Legię Warszawa Norweg Henning Berg, a Ruch Chorzów Słowak Kocian. Pięciu trenerów to jednak nawet nie 1/3 ekstraklasy. Dalej trudno to nazwać modą. Zwłaszcza, że nigdy później taki stan już się nie powtórzył.

Moda jest w Anglii

 W skali Europy, też trudno mówić w przypadku Polski o modzie na trenerów zagranicznych. Raczej o czymś zgoła przeciwnym. W każdej z pięciu najlepszych lig europejskich, pracuje aktualnie więcej trenerów zagranicznych niż w Polsce. I to mimo faktu, że większość z tych krajów wychowuje wielu naprawdę znakomitych szkoleniowców. W Niemczech zagraniczni trenerzy stanowią prawie połowę ligi (8/18), choć przecież potrafiliby znaleźć równie dobrych własnych, w Hiszpanii siedem na dwadzieścia klubów prowadzą obcokrajowcy, we Francji cztery na dwadzieścia, a we Włoszech pięć. Prawdziwa moda na trenerów z zagranicy to jest w Anglii, gdzie szesnaście z dwudziestu miejsc w lidze obsadzają obcokrajowcy, a nie w Polsce, gdzie to tylko 12 procent.

Białoruski przykład

Podobnie jest w przypadku lig bardziej porównywalnych do polskiej. Odsetek trenerów zagranicznych wyższy niż Polska mają chociażby Rosja, Ukraina, Słowacja, Litwa, Łotwa czy Estonia. Na Węgrzech obcokrajowcy zajmują połowę miejsc pracy dla trenerów. W tym te najbardziej atrakcyjne – u mistrza kraju (Ferencvaros prowadzi Niemiec Thomas Doll) i lidera (Ujpeszt trenuje Niemiec Michael Oenning). Podobny przypadek do polskiego to Czechy, gdzie jest aktualnie tylko jeden trener z zagranicy, ale za to w Viktorii Pilzno, jednym z najlepszych klubów. Absolutnie żadnego obcego szkoleniowca nie mają w lidze Białorusini. Ale nie jestem pewien czy to kierunek, z którego powinniśmy brać przykład.

Wzorce z zagranicy

 W Polsce nie ma i nie było mody na trenerów z zagranicy. Niektóre kluby chętniej sięgały po obcokrajowców, ale nigdy nie stało się to ogólnoligową tendencją. Nadal, w porównaniu do kolegów z zagranicy, polscy trenerzy nie mają powodów do narzekania. Inna sprawa, czy to dobrze. Ilekroć jakiś kraj chce podnieść poziom swojego futbolu, zatrudnia licznych trenerów z zagranicy. W zamierzchłych czasach, polską ligę też podnosili Węgrzy czy Czechosłowacy. I patrząc na 30-tkę obcych trenerów, którzy pracowali w Polsce, nie mam wrażenia, byśmy musieli z nich robić diabły wcielone polskiego futbolu.

Solidni fachowcy

 Oczywiście, mamy wszyscy w głowach świeże przykłady Besnika Hasiego i Jacka Magiery, w których drużyna polskiego trenera bije na głowę zespół szkoleniowca z zagranicy. Ale wbrew pozorom, tak radykalne przypadki zdarzały się bardzo rzadko. Równie wiele było historii o trenerach, którzy swoje kluby albo podnosili na wyższy poziom albo przynajmniej robili swoje.

 Czy można narzekać na obecność w lidze Latala, który osiągnął największy sukces w siedemdziesięcioletniej historii istnienia klubu? Radolsky’ego, który podpisał triumfy prowincjonalnej Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski nad Manchesterem City czy Herthą Berlin? Czerczesowa, który z Legią zdobył wszystko, co się dało? Berga, który zanim skończył źle, zdobywał mistrzostwo i efektownie grał w pucharach? Kociana, który o mało nie przebił się z Ruchem do Ligi Europy? To przykłady jaskrawych sukcesów, ale była jeszcze cała masa trenerów, którzy po prostu rzetelnie robili swoje. Jak Robert Maaskant, ostatni mistrz Polski z Wisłą Kraków, Dragomir Okuka, który też zapisał się w historii Legii, Dan Petrescu, Jose Rojo Martin Pacheta, Werner Liczka czy nawet wyśmiewany bardziej za wygląd niż za wyniki Stanislav Levy. Ewidentnych niewypałów w stylu Hasiego czy Paixao było naprawdę zdecydowanie mniej niż solidnych fachowców. Wybierając spośród trzydziestu polskich trenerów, też łatwo znaleźlibyśmy dwóch nieudaczników.

Jak nie zmarnować Ligi Mistrzów

 legiaflickr.com

Jak awans polskiej drużyny do Ligi Mistrzów wpłynie na ekstraklasę? Przez lata rozmawialiśmy o tym czysto teoretycznie, teraz to realne pytanie. Rok w rok twierdzono, że kto pierwszy przebrnie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ten odstawi polską ligę o lata świetlne. Powtarzano to tak często, że wielu zaczęło wierzyć. W ostatnich tygodniach media zaczęły ten mit odkręcać, podając przykłady drużyn, które grały w Lidze Mistrzów, a chwilę później wpadały w poważne tarapaty – FC Thun, Artmedia Petrżałka czy Boavista Porto. To ciekawe przykłady, ale wnoszą do sytuacji polskiej stosunkowo niewiele, bo przed albo po tych drużynach, wchodziły do Ligi Mistrzów inne kluby z tych krajów. Niwelowała się więc ich przewaga nad resztą stawki. FC Thun nie mógł wielce zdominować ligi szwajcarskiej dzięki pieniądzom z Ligi Mistrzów, bo na przestrzeni kilku lat grały w elicie także Grasshoppers Zurych, FC Zurich czy FC Basel. Artmedię poprzedziło MFK Koszyce, a kilka lat po niej nastąpiła MSK Żylina. Boavista Porto to już zupełnie nietrafiona analogia, bo przecież przy Porto, Sportingu i Benfice, Boavista nawet w sezonie, gdy grała w Lidze Mistrzów, była biedakiem. Te przykłady coś mówią, ale nie tyle, ile by mogły.

By szukać analogii do ekstraklasy, trzeba byłoby znaleźć przypadki podobne do polskiego. A więc ligi, których tylko jeden przedstawiciel, tylko raz, dostał się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Lata posuchy – jeden awans, zgarnięcie pieniędzy i nie wiadomo, co dalej. Niewykluczone, że Legia zacznie grać w Lidze Mistrzów regularnie, niewykluczone, że wkrótce awansuje do niej inny polski klub. Na razie zakładamy, że to jednorazowy wybryk.

Nie jest łatwo znaleźć w Europie podobne przypadki. Na najbardziej zbliżony wygląda przykład węgierski. W sezonie 2009/2010, po raz pierwszy w XXI wieku, do Ligi Mistrzów zakwalifikował się klub z tego kraju – Debreceni VSC. Zgodnie z teorią o zależności jednorazowego awansu do Ligi Mistrzów i dominacji w kraju, Debreczyn powinien był do dziś niepodzielnie panować w biednej lidze węgierskiej. Minęło już od tego czasu siedem sezonów. To wystarczająco długi okres, żeby zobaczyć, na ile Debreczyn potrafił wykorzystać awans:

W sezonie awansu: mistrzostwo

rok później: 5. miejsce

dwa lata później: mistrzostwo

trzy lata później: 6. miejsce

cztery lata później: mistrzostwo

pięć lat później: 4. miejsce

sześć lat później: 3. miejsce

 W siedem sezonów, które upłynęło od gry w Lidze Mistrzów, Debreczyn trzy razy wygrał ligę węgierską. To dużo, ale trudno mówić o dominacji nad Videotonem Fehervar, Ferencvarosem, Gyori ETO czy Paksi, które o milionach z UEFA mogły pomarzyć.

 Podobnie było z Mariborem. Tu mamy krótszy okres analizy. Niemniej, w sezonie awansu do elity Maribor został mistrzem Słowenii, ale już rok później przegrał z Olimpią Lublana. Potrzeba jeszcze czasu, by ocenić, jak ułoży się sytuacja w Kazachstanie. FK Astana grał w Lidze Mistrzów przed rokiem. W tym roku idzie pewnie po mistrzostwo. Ale to jeszcze niczego nie dowodzi, bo na przykładach Debreczyna i Mariboru widać, że w sezonie awansu do Ligi Mistrzów drużyny zwykle wygrywały ligę krajową. Problemy zaczynały się od drugiego sezonu.

 Jest jeszcze kilka przykładów zbliżonych do Polski, choć nie identycznych. Chodzi o ligi, które w XXI wieku miały tylko jednego przedstawiciela w Lidze Mistrzów, ale za to kilkakrotnie. To Norwegia z Rosenborgiem Trondheim, Serbia z Partizanem, Białoruś z BATE Borysów, Szwecja z Malmoe FF i Chorwacja z Dinamem Zagrzeb. W ciągu dziewięciu sezonów od ostatniego awansu do Ligi Mistrzów, Rosenborg trzy razy był mistrzem Norwegii. Żadnej dominacji nad Brann Bergen czy Stabaekiem nie widać. Partizan w ciągu sześciu sezonów, dwa razy przegrywał z Crveną Zvezdą. Znowu – to nie jest dominacja, tylko normalne, odwieczne serbskie realia. Malmoe w roku pierwszego awansu, wygrało ligę szwedzką, ale w roku drugiego już piąte miejsce. O prawdziwych dominacjach, absolutnym monopolu na wygrywanie, można mówić tylko w dwóch przypadkach – Dinama Zagrzeb, wygrywającego ligę chorwacką jedenaście (!) razy z rzędu i BATE Borysów, rządzącego na Białorusi nieprzerwanie od dziesięciu lat. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że pierwsze w XXI wieku awanse tych klubów do Ligi Mistrzów przypadały na środek krajowej dominacji. Awans do Ligi Mistrzów nie rozpoczynał rządów, tylko był ich potwierdzeniem. Bardzo prawdopodobne, że bez gry w elicie oba kluby i tak byłyby najsilniejsze w swoich krajach.

 A byłyby najsilniejsze, bo jako jedyne tak mocno postawiły na szkolenie i akademie. Dinamo Zagrzeb raz do Ligi Mistrzów wchodzi, innym razem nie. To bonusy. Klub utrzymuje się jednak przede wszystkim ze sprzedaży swoich perełek na Zachód, za olbrzymie pieniądze. 23 miliony euro za Marko Pjacę do Juventusu, 21 milionów euro za Lukę Modricia do Tottenhamu, 13,5 miliona za Eduardo do Arsenalu, 13 milonów za Vedrana Corlukę do Manchesteru City, 11 milionów za Mateo Kovacicia do Interu Mediolan, itd. W ostatnich dziesięciu latach Dinamo zarobiło na transferach około 180 milionów euro. To dużo więcej niż za regularne zbieranie batów w Lidze Mistrzów. To, a nie Liga Mistrzów, jest źródłem dominacji klubu z Zagrzebia. Choć Champions League niewątpliwie bardzo pomaga – po pierwsze, pozwala pokazywać największe talenty na najbardziej atrakcyjnych wybiegach, a po drugie pozwala inwestować w akademię i pozyskiwać największe talenty z innych bałkańskich klubów. Gdyby jednak Dinamo pierwszy awans do Ligi Mistrzów wykorzystało, by kupić kilku drogich emerytów z nazwiskami, pewnie nie miałoby tak imponujących przychodów z transferów.

 BATE również wybudowało najnowocześniejszą akademię na Białorusi, zbierającą największe talenty ze swojego kraju. Tutaj oczywiście przychody z transferów nie są aż tak imponujące, niemniej w Lidze Mistrzów grają regularnie, choć skład zawsze w zdecydowanej większości oparty jest na Białorusinach, narodzie przecież niespecjalnie liczącym się w piłce. BATE sprzedało w ostatniej dekadzie swoich zawodników za ponad 15 milionów euro, co nie rzuca na kolana, ale za to samo korzysta ze swojej akademii, zapewniając sobie dominację w kraju i od czasu do czasu, niezłe występy za granicą.

 Jednym z najciekawszych pytań, jakie pojawia się dziś w polskim futbolu, jest to jak Legia wykorzysta swój awans do Ligi Mistrzów. Inwestowanie w gotowych zawodników, „na już”, mijałoby się w tym momencie z celem. Obecnym składem Legia jest w stanie wygrać ekstraklasę, a choćby kupiła teraz najlepszych zawodników, na jakich ją aktualnie stać i tak niczego nie zmieni to w rywalizacji z wielokrotnie bogatszymi i lepszymi Sportingiem, Borussią Dortmund, o Realu nie wspominając. Moment trzeba byłoby wykorzystać najpełniej, jak się da – sprzedając 29-letniego Nemanję Nikolicia najdrożej jak to możliwe, umożliwiając odejście 29-letniemu Pazdanowi, z pokorą przyjąć baty w Lidze Mistrzów, a na koniec sezonu przeliczyć. Kilkanaście milionów euro z tytułu awansu do fazy grupowej, około dziesięciu milionów euro ze sprzedaży Ondreja Dudy, Pazdana i Nikolicia. Mając w rękach ponadprogramowe około 30 milionów euro można zbudować niezły, europejski klub, na solidnych podstawach.

 Przede wszystkim, zastanowić się nad strukturą składu, który niebezpiecznie zaczyna przypominać Wisłę Kraków Maaskanta – z tą różnicą, że Wisła nie przebiła się do Ligi Mistrzów. Pomijając Pazdana i Nikolicia, Legia nie bardzo ma już kogo sprzedać za ponad milion euro. Mających ponad lub blisko 30 lat Arkadiusza Malarza, Tomasza Jodłowca, Igora Lewczuka, Kaspra Hamalainena czy Tomasza Brzyskiego? Odrzuconych na Zachodzie – Thibaulta Moulina, Stevena Langila, Vadisa Odidję-Ofoego, Adama Hlouska? Z obecnej kadry, jakąkolwiek nadzieję na przyzwoite pieniądze dają jedynie Guilherme i – o zgrozo – Michał Kucharczyk. Reszty nie uda się drogo sprzedać nikomu, nawet Chińczykom.

 Legia ma teraz doskonałą okazję, by zainwestować jeszcze mocniej, w planowaną i tak, akademię. Rozwinąć skauting młodzieżowy, zmienić strukturę kadry. Działać jak, nie przymierzając, RB Lipsk – zbierać ciekawych zawodników od juniorów do 23. roku życia z tej części Europy. Sprawić, by dla zdolnego nastolatka było jasne, że droga do kariery wiedzie przez Legię, tak jak dla zdolnego Szwajcara wiedzie przez Bazyleę, dla zdolnego Białorusina przez BATE, a dla zdolnego Chorwata przez Dinamo Zagrzeb. By Robert Lewandowski czy Artjoms Rudnevs odchodzili do Bundesligi z Legii, a nie z Lecha, by Bartosz Kapustka czy Arkadiusz Milik, przed pójściem na Zachód widzieli korzyść w przejściu z Cracovii czy Górnika do Legii. Nie chodzi o to, by zapomnieć o aktualnych wynikach, ale o to, by ściągać i wychowywać na tyle dobrych, młodych piłkarzy, by móc jednocześnie wygrywać w lidze, grać w pucharach i zarabiać na transferach. Tak funkcjonują zdrowe kluby z drugiego szeregu. Miejsce polskiej ligi w europejskim łańcuchu pokarmowym jest takie, że nigdy nie będzie szansy zatrzymania najlepszych piłkarzy w Legii. Naturalne ma być, że kto się wybije, zostanie sprzedany. Legia nie zaczyna od zera, bo w ostatnich latach miała już wiele ciekawych, wielomilionowych transferów. Ale i tak jest dopiero na początku drogi.

Działając w ten sposób, Legia ma szansę zdominować polski rynek na lata. Wydając zarobione pieniądze na najlepszych aktualnie w polskiej lidze 29-latków, na podstarzałe odrzuty z poważnych lig i na odprawy dla zwalnianych co kilka miesięcy trenerów, za chwilę przegra mistrzostwo z jakimś Zagłębiem Lubin. Ten awans Legii do Ligi Mistrzów może mieć piękny walor edukacyjny w skali ogólnonarodowej. Wszystkim wydawało się, że gdy już ktoś przebije się z Polski do fazy grupowej, zrobi to po wielkiej ofensywie transferowej, w doskonałym stylu, wyważając bramę. Okazało się, że czasem ułańskie szarże znaczą mniej niż rzetelna, coroczna, solidna praca i ciułanie punktów do rankingu. Życzę Legii, żeby pieniądze z Ligi Mistrzów wydawała tak, jak do niej awansowała – mało spektakularnie. Sami w tym roku w Warszawie zobaczyli, że nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nagroda za lata rzetelnej pracy, krok po kroku.

Czy ekstraklasie brakuje lewych obrońców

Gdyby wskazać najbardziej deficytową pozycję we współczesnym światowym futbolu, byłby to bok obrony, ze szczególnym wskazaniem na lewą stronę. Jak mówił Jamie Carragher, nikt za młodu nie chciał być Garym Nevillem, dlatego bocznych obrońców jako takich się praktycznie nie szkoli – przesuwa się na tę pozycję napastników, skrzydłowych czy środkowych pomocników. Niektórzy, jak Pep Guardiola w niektórych fazach meczu, w ogóle eliminują pozycję bocznego obrońcy. W niedawnym meczu z Hamburgiem, Philipp Lahm jednocześnie był prawym obrońcą (gdy drużyna nie miała piłki) i środkowym pomocnikiem (gdy miała), bardzo podobnie grał po drugiej stronie David Alaba. Niemcy sięgali po mistrzostwo świata grając przez większą część turnieju ze stoperami na bokach obrony. Notoryczne problemy z bocznymi obrońcami sprawiają, że przypadki napastników przesuwanych na bok obrony jak Łukasz Piszczek czy Erik Durm nie są jednostkowe, a masowe.

Są oczywiście w futbolu różne wariacje, w niektórych miejscach problemy widać wyraźniej, w inne w ogóle nie dotarły. Taka Valencia przez ostatnich parę lat wyspecjalizowała się w wypuszczaniu wysokiej klasy lewych obrońców (Alba, Bernat, Gaya). W polskich warunkach nie widać problemu prawej obrony, bo są Łukasz Piszczek, Paweł Olkowski, Artur Jędrzejczyk, a byli też, jeszcze parę lat temu, zanim skończyli kariery lub się przenieśli w inne części boiska Marcin Wasilewski, Marcin Baszczyński czy Michał Żewłakow. Problem na lewej obronie w polskiej piłce jest natomiast widoczny od lat. Jakub Wawrzyniak ze zdania o zastępowaniu obrońcy, który nie istnieje, jest znany niemal tak samo jak z poślizgnięcia się w nieodpowiednim momencie. Wawrzyniak nie jest idealny, ale nikogo lepszego przez lata nie wyprodukowaliśmy.

Problemy polskiego futbolu z wyprodukowaniem lewego obrońcy klasy międzynarodowej przenoszone są jednak bezmyślnie, bezwiednie na poziom ekstraklasy. Pomógł w tym pewnie fakt, że Legia Warszawa bardzo długo miała problem ze znalezieniem odpowiedniego kandydata do gry na lewej obronie i perspektywa warszawska stała się – jak to zwykle bywa – perspektywą ogólnopolską. Tymczasem w rzeczywistości polskie kluby w obsadzie prawej i lewej obrony zwykle drastycznie się nie różnią.

Ba, można zaryzykować fakt, że miniona runda jesienna, to był czas lewych obrońców. Nie byłoby sukcesów Piasta Gliwice, gdyby nie rewelacyjna gra lewego obrońcy Patrika Mraza. W drugiej połowie jesieni z bardzo dobrej strony pokazał się Paweł Jaroszyński z Cracovii. Adam Mójta z Podbeskidzia był trzecim najlepszym strzelcem zespołu, a w końcówce jesieni każde jego podejście pod bramkę rywala kończyło się sporym zagrożeniem (W Podbeskidziu zresztą od wielu lat lewy obrońca jest lepszy od prawego: Osiński i Król byli lepsi niż Cienciała i Górkiewicz, Telichowski i Tomasik lepsi niż Górkiewicz, Mójta lepszy niż Pazio). Kamil Sylwestrzak był pewnym punktem obrony Korony i sporo dawał drużynie w ofensywie, podobnie jak Leandro w Górniku Łęczna czy Mateusz Lewandowski w Pogoni Szczecin. Jagiellonia miała problem z prawą obroną (Modelski), a nie z lewą (Tomasik).

Oczywiście to nie jest reguła. Są miejsca w Polsce, w których prawa obrona jest obsadzona lepiej od lewej (Cracovia, Lech Poznań), ale już w Lechu zmieniło się to bardzo niedawno, po zimowej sprzedaży Barry’ego Douglasa, bo Szkota należałoby uznać za dającego przynajmniej tyle samo co Tomasz Kędziora, a raczej więcej. Ale gdyby przeanalizować drużynę po drużynie, wyszłoby, że więcej jest ewidentnie przeważających lewych stron od prawych: (na zielono zawodnicy w moim odczuciu ewidentnie lepsi. Gdy są podobnej klasy, bez koloru):

Z subiektywnych rachunków wynika, że tylko dwa z szesnastu klubów mają wyraźnie mocniej obsadzoną prawą obronę od lewej, a aż pięć lewą od prawej. W dziewięciu występuje względna równowaga. Tak więc akurat w ekstraklasie trudno mówić o problemie lewych obrońców, który niewątpliwie występuje, gdy mówimy o piłkarzach zdolnych do występów na poziomie międzynarodowym. W tym przypadku liga nie jest odbiciem reprezentacji.