„Takich Błaszczykowskich w niższych ligach jest na pęczki”. Czy warto stawiać na młodych Polaków z niższych lig?

Wikimedia commons

Im futbol w danym kraju zdrowszy, tym bardziej klarowny łańcuch pokarmowy. Gdy wiadomo, który klub jest producentem piłkarzy, a który konsumentem, cały system zwykle działa lepiej. W cywilizowanych piłkarsko krajach, reprezentanci kraju zwykle mają za sobą grę na szczeblach juniorskich i byli chowani w najlepszych akademiach. W najgorszym wypadku zaczynali kopać na prowincji, ale ich talent został dostrzeżony przez najlepsze akademie jeszcze, gdy byli nastolatkami. W Niemczech czy w Hiszpanii rzadko zdarzają się już przypadki, by ktoś został gwiazdą futbolu, choć nigdy nie przechwyciła go żadna reprezentacja juniorska czy akademia zawodowego klubu.

Uruchomili lawinę i postawili piwo

 To ułatwia też pozyskiwanie piłkarzy. Real Madryt czy Barcelona nie muszą wysyłać mas skautów na IV-ligowe boiska w poszukiwaniu drugiego Messiego, bo wiedzą, że gdyby w okolicy Messi się urodził, grałby już w pobliskim klubie La Liga. W założeniu Bayern zbiera najlepszych z Borussii Dortmund (czy innego mocnego niemieckiego klubu), Dortmund ze średniaków, średniacy ze słabeuszy, słabeusze z 2. Bundesligi, 2. Bundesliga z III etc. Najlepiej było to widać w lecie, gdy Schalke wzięło trenera Augsburgowi, Augsburg Darmstadt, Darmstadt II-ligowej Arminii Bielefeld, Arminia Bielefeld III-ligowemu Sonnenhof Grossaspach, Sonnenhof IV-ligowemu SV Eichede, a Eichede V-ligowemu Wedeler TSV. W ramach przeprosin za uruchomienie tej lawiny Christian Heidel, dyrektor sportowy Schalke wysłał V-ligowcowi pięćdziesiąt skrzynek piwa i zaprosił całą drużynę na mecz Schalke. Przy takim systemie to praktycznie niemożliwe, by dziś ktoś z IV ligi niemieckiej wparował do szatni Bayernu i rywalizował z Lewandowskim jak równy z równym. Jeśli ktoś wyróżnia się w IV lidze niemieckiej, zostanie co najwyżej zaproszony do rezerw Bayernu.

Błaszczykowskich jest na pęczki? 

Są powody, by sądzić, że w Polsce system szkolenia i diagnozowania talentów nie działa tak sprawnie. Albo, że na razie są dopiero jego zalążki. Dlatego u nas raz za czas zdarza się, że taki Kamil Adamek z okręgówkowego Drzewiarza Jasienica zacznie sobie przyzwoicie dawać radę tuż po transferze z ekstraklasowego Podbeskidzia Bielsko-Biała, a Jakub Błaszczykowski z IV-ligowego KS-u Częstochowa podbije Wisłę Kraków. Takie przykłady działają na wyobraźnię, dlatego kibice każdego polskiego klubu, co okienko transferowe, widząc, jak działacze ściągają kolejnych anonimowych obcokrajowców, apelują o szukanie młodych Polaków z niższych lig. „Bo takich Błaszczykowskich jest w niższych ligach na pęczki. Trzeba tylko dać im szansę”.

Czy rzeczywiście niższe ligi są aż tak bogate w talent? Czy w ogóle ma sens, by skauci klubów ekstraklasowych przeczesywali III i IV-ligowe boiska? A może wystarczy przyglądać się uważnie jedynie I lidze, która jest naturalnym rezerwuarem dla elity? Prześledziłem, jak naprawdę jest z tymi młodymi Polakami w niższych ligach. Czy ci, którzy przebili się do ekstraklasy, rzeczywiście okazywali się tacy świetni? A może lepiej sięgać po obcokrajowców?

Młodych Polaków z niższych lig w ekstraklasie nie ma wcale tak wielu. I to nie musi wcale oznaczać, że z ekstraklasą jest źle (patrz Bundesliga, La Liga). Większość graczy ekstraklasowych, zanim do niej trafiła, otrzaskała się albo z I ligą (jej nie traktuję jako „niższej”, a jako bezpośrednie zaplecze ekstraklasy), albo z rezerwami klubu ekstraklasowego, albo z jego najstarszymi drużynami juniorskimi, albo w ogóle została wychowana przez kluby ekstraklasy. Trzymałem się też słowa „młodzi”, dlatego nie brałem pod uwagę graczy, którzy trafili do ekstraklasy bezpośrednio z niższych lig, mając więcej niż 21 lat. Szukałem wypisz-wymaluj karier według modelu Błaszczykowskiego. Z niższych lig prosto do ekstraklasy, jeszcze jako młodzieżowcy. Oczywiście, niektórzy z nich mogą mieć dzisiaj po 30 lat. Liczyło się to, w jaki sposób za pierwszym razem trafili do ekstraklasy.

Liderzy z Poznania i Warszawy

 Aktualnie w ekstraklasie gra 35 takich zawodników. Najwięcej (po pięciu) – o dziwo – w Lechu i Legii. W Poznaniu występują Dariusz Dudka (Celuloza Kostrzyn nad Odrą/IV liga), Maciej Gajos (Raków Częstochowa/II liga), Radosław Majewski (Znicz Pruszków/III liga), Maciej Makuszewski (Wigry Suwałki/II liga) i Szymon Pawłowski (Mieszko Gniezno/III liga). W Legii Łukasz Broź (Kmita Zabierzów/III liga), Maciej Dąbrowski (Victoria Koronowo/III liga), Artur Jędrzejczyk (Igloopol Dębica/IV liga), Michał Pazdan (Hutnik Kraków/III liga) i Michał Kucharczyk (Świt Nowy Dwór Mazowiecki/II liga). Biorąc pod uwagę, że to w większości znaczące nazwiska najsilniejszych drużyn w kraju, mógłby to być solidny argument za szukaniem graczy w niższych ligach. Proponowana najsilniejsza jedenastka wyszukanych w II lidze lub niżej wygląda tak:

 najlepsi

 Takim składem można by pewnie bić się o mistrzostwo Polski. Zwłaszcza że ławka rezerwowych też byłaby całkiem solidna. Jest też jednak druga strona medalu. Z wyciągniętych za młodu z niższych lig można by skleić skład, który z całą pewnością spadłby z ekstraklasy. A trzeba pamiętać, że i tak mówimy o elicie. Większości zawodników z niższych lig, którzy w ostatnich latach trafili do ekstraklasy, już w niej nie ma, bo zostali zweryfikowani negatywnie.

najgorsi 

Nie każdy wyciągnięty z niższej ligi staje się Błaszczykowskim. Ani nawet nie Kucharczykiem. Byłoby za prosto.

 Inna sprawa to zarabianie na transferach piłkarzy znalezionych w niższych ligach. Panuje przekonanie, że w łatwiej polskiemu klubowi zarobić na Polaku niż na obcokrajowców. To może być prawda, ale niekoniecznie dotyczy Polaków wyszukanych w niższych ligach. Spośród 51 transferów z ekstraklasy droższych niż milion euro (wg transfermarkt.de), dziewięć dotyczyło piłkarzy wyszperanych w niższych ligach:

Untitled 

Cudzoziemcy są pod tym względem nieznacznie lepsi. Za więcej niż milion euro odeszło z polskich klubów jedenastu z nich. W czołowej dziesiątce najwyższych transferów w historii ligi jest dwóch graczy znalezionych w niższych ligach i czterech ściągniętych z zagranicy.

Untitled-2 

Na zagranicznych piłkarzach da się więc zarabiać nie gorzej niż na młodych Polakach z niższych lig. Jeśli chodzi o jakość zespołu, obcokrajowcy wypadają w ekstraklasie dość podobnie do rodzimych graczy niskoligowych. Taki skład też mógłby się liczyć w walce o mistrzostwo Polski. Dałoby się jednak spokojnie skleić zagraniczną ekipę, która spadłaby z ligi.

 zagraniczni

 Zasadniczym problemem w porównaniach młodych Polaków z niższych lig i piłkarzy z zagranicy jest zupełnie inna skala, co dobrze obrazuje minione okienko transferowe. Kluby ekstraklasy ściągnęły łącznie dwóch młodych Polaków z niższych lig – Zagłębie Lubin pozyskało Radosława Dzierbickiego i Bartosza Slisza z II-ligowego ROW-u Rybnik. Równolegle wszystkie kluby najwyższej ligi ściągnęły 33 obcokrajowców. W poprzednich okienkach proporcje wyglądały bardzo podobnie. Skoro do polskiej ligi trafia co okienko ponad 15 razy więcej zawodników z zagranicy niż z niższych lig, można się spodziewać, że uda się z nich uzbierać lepszą jedenastkę i kilku najlepszych sprzedać drożej.

Na młodych trzeba czekać

 O ile okazuje się, że z zawodników z niższych lig da się utworzyć podobnie silną jedenastkę, co z piłkarzy zagranicznych i sprzedać ich równie drogo, o tyle problemem dla lobby szukającego młodych Polaków jest to, ile czasu zajmuje im dorośnięcie do poziomu ekstraklasowego. Jakub Błaszczykowski zaczął w zmierzającej po mistrzostwo Wiśle grać od razu po transferze z IV ligi. Ale to absolutny wyjątek. Z proponowanej wcześniej najlepszej jedenastki, Łukasz Załuska, Artur Jędrzejczyk i Maciej Dąbrowski przebijali się do podstawowego składu w ekstraklasie cztery lata od pierwszego pojawienia się w niej, Mateuszowi Cetnarskiemu zajęło to rok, a Szymonowi Pawłowskiemu i Jarosławowi Niezgodzie pół roku. Droga od przebicia się do podstawowego składu, do zostania gwiazdami ligi, trwała jeszcze dłużej, co najlepiej widać po Pazdanie, który trafił do ekstraklasy jako 20-latek, a etatowym reprezentantem kraju został dopiero, zbliżając się do trzydziestki. Młodzi z niższych lig często mają potencjał na ekstraklasę, ale zwykle pozyskując ich, trzeba się liczyć z tym, że minie kilka lat, kilka wypożyczeń, zanim zaczną go przywoływać. To rzadko kiedy wzmocnienia „na już”. Obcokrajowcy mają pod tym względem znaczną przewagę. Poza tym zwykle są tańsi. Dla ledwo wiążących koniec z końcem klubów, myślących na pół roku do przodu, zdecydowanie bezpieczniej jest nie słuchać lamentów kibiców i ściągać tanich, gotowych obcokrajowców.

Zagłębie ma czas

 Dlatego nie dziwi, że jedynym klubem, który tej zimy pozyskał graczy z niższych lig, jest akurat Zagłębie. W Lubinie patrzą na kilka lat do przodu. Nikt nie oczekiwał od Slisza i Dzierbickiego, że pomogą Zagłębiu dostać się do pierwszej ósemki. Być może w tym sezonie nawet nie zadebiutują. Być może wkrótce zostaną wypożyczeni do jakiegoś Chrobrego Głogów. Ale obaj dają nadzieję, że za kilka lat będą porządnymi piłkarzami. Niestety, niewiele polskich klubów stać na tak cierpliwe, długofalowe działanie. Sięganie po młodzież z niższych lig jawi się bardziej jako przywilej bogatych niż jako ostatnia nadzieja  biednych.

O co naprawdę gra ekstraklasa

statistics-706383_640

Teraz trochę się uspokoiło, ale to cisza przed burzą. Już za dwa tygodnie, od 9 stycznia, gdy większość drużyn ekstraklasowych wznowi przygotowania, zaatakuje nas lawina deklaracji trenerów, piłkarzy i działaczy wszystkich drużyn. Ci, którzy zimują poniżej ósmego miejsca, zapewnią, że „straty są minimalne i jeszcze nic straconego, a po zimowych korektach w składzie, wyleczeniu kontuzji przez kilku zawodników oraz – koniecznie – dobrze przepracowanym okresie przygotowawczym, udowodnią, że potrafią grać w piłkę.” Ci od ósmego miejsca w górę zaznaczą, „że muszą zachować czujność, bo jeszcze nic nie wygrali i cieszyć się będą dopiero po trzydziestej kolejce. Na razie muszą te punkty wybiegać”.

 Być może jedni i drudzy mają rację. Uznanie, że większość drużyn ma już jasność, co do tego, w której grupie zagra po podziale punktów, może zabrałoby trochę frajdy. Być może komuś uda się wygrać dziesięć meczów z rzędu. Być może będzie to Górnik Łęczna. To ekstraklasa. Nie ma się co przekonywać, że to niemożliwe. Ale mało prawdopodobne. Przygotujmy się merytorycznie na to, co jest prawdopodobne. Trzy sezony ekstraklasy w obecnym systemie to wprawdzie na tyle mało, że można się obawiać, iż pewne ekstrema jeszcze przed nami, ale na tyle dużo, by spróbować poszukać pewnych prawidłowości.

 Ile punktów potrzeba, by awansować do grupy mistrzowskiej?

 Trenerzy zawyżają tę granicę, bo chcą utrzymać u swoich piłkarzy czujność. W rzeczywistości, by myśleć o awansie do ósemki trzeba zgromadzić minimum 38 punktów. Na podstawie poprzednich sezonów, całkowitą pewność daje 41 punktów. Całkowitą pewność, czyli – jeszcze się nie zdarzyło, by 41 punktów nie wystarczyło.

 Czy tabela w tym roku jest spłaszczona bardziej niż zwykle?

 Mamy tendencję, by oceniać w danym sezonie ligę jako wyjątkowo wyrównaną, jakby zapominając, że w zeszłym roku była nie mniej wyrównana. I w jeszcze poprzednim. By to sprawdzić, porównałem różnice punktowe między drużynami z ósmego i piętnastego (nie szesnastego, by wykluczyć ekstremum) po 20 kolejkach sezonu. Dziś ta różnica wynosi osiem punktów. Tyle samo, co przed dwoma sezonami. O trzy mniej niż przed trzema sezonami, ale o trzy więcej niż przed sezonem. Co oznacza, że obecny sezon, jeśli chodzi o wyrównanie, mieści się w normie. Dodając do tego informację, że ósmy zespół na tym etapie sezonu ma pomiędzy 24 a 28 punktów (aktualnie 26), można spokojnie podejrzewać, że tak, jak w poprzednich latach, wynik w granicach 40-41 punktów da awans do grupy mistrzowskiej. Wygląda na to, że może być potrzebne minimalnie więcej punktów niż przed rokiem (wystarczyło 38). Zeszły sezon naprawdę był bardziej wyrównany niż zwykle.

Na ile tabela po 20 kolejkach odzwierciedla tabelę po 30 kolejkach?

 Bardzo mocno. Dokładnie w 87,5 procenta. Co roku siedem zespołów zajmujących miejsce w ósemce po 20 kolejkach, wchodzi do grupy mistrzowskiej. Co roku wypadał jeden.

Wszystkie zebrane informacje pozwalają wyprowadzić pięć niezmiennych reguł systemu ESA 37:

  1. Kto po 20 kolejkach ma więcej niż 30 punktów, wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  2. Kto po 20 kolejkach jest w pierwszej piątce ligi, wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  3. Kto po 20 kolejkach ma mniej niż 23 punkty, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  4. Kto po 20 kolejkach zajmuje miejsce gorsze niż dwunaste, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  5. Kto po 20 kolejkach traci więcej niż cztery punkty do ósmego miejsca, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.

 Zgodnie z tymi regułami, Jagiellonia Białystok, Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Bruk-Bet Termalica Nieciecza (!) i Lech Poznań zagrają w maju w grupie mistrzowskiej. Bardzo bliskie tego jest Zagłębie Lubin, które wprawdzie osiągnęło liczbę punktów odpowiednią, by mieć pewność, ale jednak zajmuje szóste miejsce. A w dwóch z trzech poprzednich sezonów, szósty zespół po 20 kolejkach, lądował w grupie spadkowej. W Lubinie muszą zachować trochę ostrożności, ale bez przesady.

Analogicznie – Cracovia, Górnik Łęczna i Ruch Chorzów zagrają w grupie spadkowej. O ile w dwóch ostatnich przypadkach to dość oczywiste, trener, piłkarze i właściciel „Pasów” sprawiają wrażenie takich, którzy rzeczywiście wierzą, że jeszcze zdążą odrobić posiane na jesień punkty. Historia poprzednich lat nie daje im na to szans.

 Pewne złudzenia, ale niezbyt duże, mogą mieć w Gliwicach (Piast ma za mało punktów i za niską pozycję, by myśleć o ósemce, ale jego czteropunktowa strata do ósmego miejsca daje jeszcze pewną nadzieję) i Wrocławiu (za mało punktów, ale odpowiednia pozycja i nie za duża strata).

 Rzeczywistą walkę o grupę mistrzowską stoczą w dziesięciu pozostałych do końca sezonu kolejkach Pogoń Szczecin, Arka Gdynia, (jedna z nich na pewno wejdzie do grupy mistrzowskiej), Korona Kielce, Wisła Kraków i Wisła Płock. Tylko dla tych pięciu drużyn, walka będzie się toczyć o najwyższą stawkę, bo ich los balansuje na krawędzi. Pozostałe jedenaście zespołów, choć głośno tego nie powie, gra tylko o jak najlepszą pozycję i formę przed fazą finałową.

Trenerska rewolucja wybuchnie na prowincji

Przynajmniej od czasów pierwszych niepowodzeń Leo Beenhakkera z reprezentacją Polski, ale prawdopodobnie od jeszcze bardziej zamierzchłej przeszłości, polscy trenerzy ligowi zaczęli podnosić głowy. Przestali się pokornie godzić z tym, że są słabsi od szkoleniowców zagranicznych. Nieformalnym liderem tej odsieczy został Michał Probierz – który kiedyś na Twitterze raczył stwierdzić, że Pep Guardiola nie jest od niego lepszym trenerem, tylko ma lepszych piłkarzy – ale bardzo chętnie podążyli jego śladami inni. Gdy Borussia Dortmund boleśnie uświadamiała mistrzowi Polski, jak wiele dzieli go od solidnego futbolu, Maciej Bartoszek z I-ligowej Chojniczanki wyciągał triumfalny wniosek, że gdyby polski trener przegrał chociaż 0:3, to już byłby zwolniony – czemu kłam zadały ochy i achy po porażce (polskiego trenera) 1:5 w Madrycie. To nie były jedyne nazwiska. Znakomita większość polskich trenerów ligowych powiedziała kiedyś coś, co miało wskazywać, że trenerzy ze światowego topu różnią się od nich tylko umiejętnościami trenowanych piłkarzy.

Gdybym miał na transfery tyle co Mourinho…”

 Trzeba oddzielić dwie sprawy. Pierwszą jest ślepe przyjmowanie wszystkiego, co zagraniczne, jako lepszego. Nie, nie wszystko, co zagraniczne, jest lepsze od polskiego, nawet nie każdy zagraniczny trener jest lepszy od polskiego, co pokazało wiele przypadków w polskiej lidze – Pacheta nie był lepszy od Ojrzyńskiego, Perez Garcia od Brosza, Hasi od Urbana etc. W tej krucjacie jestem w stanie polskim trenerom przyznać rację. Zatrudniając trenerów, trzeba umieć identyfikować hochsztaplerów, bo czasem może się okazać, że lepiej zatrudnić Jacka Magierę niż Besnika Hasiego. Drugą sprawą, jest powszechne zakładanie, że trenerzy z najlepszych lig europejskich, mają lepsze wyniki, bo pracują z lepszymi piłkarzami. Szyderczo zwracają często trenerzy uwagę, że wydając po 200 milionów na transfery jak Jose Mourinho czy Louis Van Gaal, też by mogli być rozliczani za wyniki.

Osiągnąć wynik ponad stan

 Żeby mieć do wydania 200 milionów na transfery, trzeba na to zasłużyć. Rozmawiając z wieloma trenerami, przez kilka lat, o ten brak autorefleksji mam do polskich trenerów – uogólniając, bo są oczywiście wyjątki – największy żal. Mało kogo stać na refleksję, że Van Gaal zaczął chodzić po największych klubach, bo kiedyś, dwadzieścia lat temu, potrafił z Ajaksem Amsterdam zdobyć Ligę Mistrzów, mając nieporównywalnie mniejsze możliwości finansowe niż rywale, których pokonywał. Że Mourinho, zanim zaczął być zapraszany na wielkie przyjęcia, sam się na nie, nieproszony, wdarł, prowadząc FC Porto. Że Pep Guardiola nie dostał Barcelony, jak się powszechnie uważa, dlatego, że był dobrym piłkarzem – tak, jakby Barcelona nie miała pod ręką setek dobrych, byłych piłkarzy – ale dlatego, że był wybitnym kandydatem na trenera. Rynek trenerski, także na szczycie, jest wbrew pozorom bardzo sprawiedliwy. Czasem ktoś przypadkowy, jak Avram Grant czy Roberto Di Matteo, chwilowo wskoczy na szczyt, ale bardzo szybko jest weryfikowany. Ci, którzy się utrzymują, nigdy nie są tam przypadkiem. Czy którykolwiek polski trener spróbował wskoczyć do tego wyższego kręgu? Nie do Manchesteru United, nawet nie do Stoke, ale choćby do Karpat Lwów? Czy, skoro polscy trenerzy są tak dobrzy, jak ci z samego szczytu, ktoś zdołał wycisnąć z drużyny tyle, by pobić choć trochę bogatszych? Nie mówię o biciu od razu Realu Madryt, to inna galaktyka. Ale czy polscy trenerzy, skoro są tacy dobrzy, zdołali z Jagiellonią Białystok, Cracovią, Śląskiem Wrocław czy Zawiszą Bydgoszcz osiągnąć w Europie jakiekolwiek wyniki ponad stan? Zrobili cokolwiek, by ktokolwiek ich zauważył? W ostatnich latach pamiętam tylko jeden przypadek, w którym polska drużyna w europejskich pucharach zagrała wyraźnie powyżej oczekiwań – Ruch Chorzów. Prowadzony przez Słowaka. W pozostałych przypadkach trenerzy skupiają się raczej na pokazywaniu, że rywal miał wyższy budżet.

Zmiana pokolenia nie wystarczy

 Gdy wchodziłem w świat piłki, myślałem, że to kwestia zmiany pokoleniowej. To były czasy, w których jeszcze pracowali w polskim futbolu trenerzy pokroju Janusza Wójcika, Mieczysława Broniszewskiego czy Mariusza Kurasa. Po kilkunastu latach okazuje się, że to myślenie jest zakorzenione dużo głębiej. Że wchodzące pokolenie młodych Probierzy, Ojrzyńskich czy Urbanów, nie sprawiło, że polska liga zaczęła gonić świat. Polski trener nadal najczęściej jest tym pokrzywdzonym, który urodził się w złym miejscu. Bo gdyby był tym, kim jest i urodził się w Katalonii, wołaliby na niego „Pep”. A takie myślenie jest wyjątkowo demobilizujące. Bo jeśli jest się tak dobrym, jak najlepsi na świecie, a trenuje się Grzelczaka zamiast Aguera, nie pozostaje nic innego jak załamać ręce i złorzeczyć wokoło.

Sygnały zmiany?

 Dlatego bardzo doceniam choćby ślady pojawiających się u polskich trenerów myśli, że to jednak nie przypadek, że nasz futbol ligowy od lat tkwi, tu, gdzie tkwi. Że to jednak nie jest przypadek, że absolutnie nikt z zagranicy nie chce zatrudniać polskich trenerów. Takie myśli prowadzą do wniosku, że trzeba nadganiać świat. Że jeśli mamy się zacząć zbliżać choćby do europejskich średniaków, musimy biec szybciej od nich. A mam wrażenie, że w ostatnim czasie takich trenerów zaczęło się pojawiać jakby więcej.

System ważniejszy niż Zlatan

 Wprawdzie środowisko dalej nie do końca jest gotowe, wprawdzie gdy Marcin Brosz zaprasza do sztabu Górnika Zabrze człowieka, który w Borussii Dortmund pracował nad poprawą działania mózgu piłkarzy, słyszy krytykę, że „każe piłkarzom bawić się jakimiś piłkami tenisowymi”, ale zaczynają się pojawiać ślady normalności. Ruszyło mnie niedawne zdziwienie światowych dziennikarzy, gdy Roberto Martinez, selekcjoner reprezentacji Belgii, zaczął nagrywać dronem treningi swojej drużyny. Ruszyło mnie, bo u nas to już oklepany temat – trener Czesław Michniewicz robił to już w Pogoni Szczecin i robi dalej w Bruk-Becie Termalice Nieciecza. Ruszyła mnie niedawna rozmowa z Andrzejem Rybarskim, trenerem Górnika Łęczna, który absolutnie wszystkie aspekty pracy jego drużyny, stara się przeliczyć na mierzalne elementy, fascynuje go koncepcja „Moneyball” w piłce nożnej i interesuje model Midtjylland. Ruszyło mnie nie dlatego, że myślę, że „Moneyball” da się przenieść z baseballa do piłki nożnej, bo tego jeszcze nie wiemy, ale dlatego, że w zapyziałym Górniku Łęczna pracuje człowiek, który się w ogóle nad tym zastanawia, zamiast patrzeć, jak jego piłkarze wchodzą po schodach. Właśnie w takich Górnikach Łęczna, Bruk-Betach, I-ligowcach potrzeba nam trenerów myślących w ten sposób. „W ten sposób” nie oznacza, że Rybarski, Brosz czy Michniewicz myślą tak samo. Myślą o futbolu zupełnie różnie. Ale łączy ich to, że rzeczywiście chwytają się wszelkich sposobów, by swoich piłkarzy popchnąć na wyższy poziom. Przez lata słyszałem od polskich trenerów „dajcie mi 200 milionów, a będę grał jak Barcelona”. Nie dziwcie mi się, że zdębiałem, gdy usłyszałem: „na warunki Górnika Łęczna, gdybym miał do wyboru Zlatana Ibrahimovicia albo nowoczesny system analityczny, raczej wybrałbym system analityczny”.

Pionierom sterczą strzały z pleców

 Wierzę, że takich trenerów będzie coraz więcej. I właśnie w takich, trochę prowincjonalnych klubach. Myślę, że w dużej mierze w tym tkwi współczesny fenomen niemieckiego futbolu, że Juergen Klopp, Thomas Tuchel objawiali się w FSV Mainz, a nie w Bayernie, Jezus w Betlejem, a nie w Jerozolimie, że Ralf Rangnick przez większość swojego życia nauczał futbolu w Ulm, Hoffenheim czy w Lipsku, a nie w Borussii Dortmund, że Volker Finke wprowadzał ustawienie bez libero we Freiburgu, a nie w Hamburgu. Rewolucja wybucha na prowincji, dopiero potem maszeruje na stolice. I chociaż nie będzie im łatwo, cieszę się, że ślady takiego myślenia zaczynają się w Polsce pojawiać. Nawet jeśli oni sami nie dadzą rady (Brosz czy Michniewicz pracują w zawodowej piłce od ponad 10 lat i nigdy nie dostali do prowadzenia klubów nawet z polskiego topu), nawet jeśli pionierom sterczą strzały z pleców, pojawia się nadzieja, że za nimi pójdą kolejni, którym już się uda. To kwestia nie jednego, a pewnie paru pokoleń, ale może programowe myślenie polskiego futbolu, że „się nie da”, kiedyś jednak zniknie. To więcej niż pewne, że w „magiczny sposób” pójdzie za tym i poprawa wyników i poprawa opinii o polskich trenerach za granicą.