Moja historia Hull City

hull

2014 – FK AS Trenczyn – Hull City. Ja, Dave i mama. Phil robi zdjęcie.

Że akurat Hull City stało się od tego tygodnia jednym z najpopularniejszych angielskich klubów w Polsce, w ogóle mnie nie zdziwiło. Przyzwyczaiłem się.

 Nie potrafię powiedzieć, ile dokładnie razy przeczytałem w dzieciństwie Robinsona Kruzoe. Na pewno to liczba dwucyfrowa. Znałem tę książkę na tyle dobrze, że gdy w 2006 roku zobaczyłem w tabelkach lig zagranicznych w „Piłce Nożnej” drużynę Hull City, która dopiero co awansowała do League Championship, skojarzyłem, że Robinson Kruzoe wypływał właśnie z tego miasta. Co sprawiło, że zacząłem czuć dyskretną sympatię do tego klubu i cieszyłem się, gdy w tabelce mogłem jej dopisywać trzy punkty. Miałem czternaście lat.

 Dwa lata później założyłem bloga. Hull właśnie po raz pierwszy awansowało do Premier League. Gdy się mu dokładniej przyjrzałem, okazało się, że to klub wręcz skrojony pode mnie. Wychowany na bardzo obskurnym wtedy stadionie bardzo prowincjonalnego wtedy Podbeskidzia Bielsko-Biała, nie mogłem nie poczuć sympatii do klubu pochodzącego z miasta, które regularnie wygrywało rankingi najgorszych do życia w Anglii, w którym królowały stocznie, rafinerie, nad którym miał się rozciągać dym, a jedynymi jasnymi stronami miały być fabryka czekolady i charakterystyczne, jedyne takie w Anglii, kremowe budki telefoniczne. Dodatkowo, absolutnego beniaminka Premier League podejrzewano o to, że będzie najsłabszą drużyną w historii tych rozgrywek. Gdy na inaugurację niespodziewanie wygrał, Gary Lineker w „Match of the day” powiedział: „Zwykle nie pokazujemy tabeli po pierwszej kolejce, bo nie ma to większego sensu, ale tym razem robimy to specjalnie dla fanów Hull City”. „Tygrysy” były wtedy w strefie pucharowej. Gdy we wrześniu, trzy miesiące po tym, jak zacząłem prowadzić „Z nogą w głowie”, ograły na wyjeździe Arsenal, napisałem o nich pierwszy tekst. To były czasy, gdy bloga odwiedzali tylko mama i dziadek, których serdecznie pozdrawiam. Tamten tekst skomentował jednak także Michał Pol, co rozpoczęło mailową korespondencję (na pewno będę ją pokazywał wnukom) i blogową znajomość 16-latka z bardzo znanym dziennikarzem, która pięć lat później doprowadziła mnie do „Przeglądu Sportowego”. Nie wiem, czy zostałbym dziennikarzem, gdyby Hull nie ograło wtedy Arsenalu. Być może tak, ale nie jest to pewne.

 W 2009 roku, jako 17-latek, pierwszy raz byłem w Londynie. Akurat ruszał sezon Premier League. Liczyłem, że na którymś z londyńskich stadionów, uda mi się być. Okazało się, że Chelsea grała u siebie akurat z Hull. Siedziałem w koszulce Hull, którą mama wcześniej przywiozła mi z rywalizującego z „Tygrysami” Leeds, pomiędzy kibicami Chelsea. Podglądałem z bliska, jak londyńczycy buczeli na Stephena Hunta, przez którego Petr Cech od lat gra w czapeczce. Patrzyłem jak ładuje im bramkę, widziałem jak Didier Drogba wbija dwa ciosy w plecy i słuchałem jak młyn Chelsea zawołał w kierunku kibiców Hull: „Going down, going down”. Miał rację. W drugim sezonie po awansie, Hull spadło z Premier League.

 Moje związki z Hull dopiero się jednak zaczynały.

davephil

 W 2011 roku, akurat tuż przed maturą, Podbeskidzie grało u siebie w ćwierćfinale Pucharu Polski z Wisłą Kraków najważniejszy mecz w historii klubu. W dniu meczu, kolega z biura prasowego, przekazał mi, że na trybunach będzie dwóch kibiców Hull City. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie słyszałem, żeby w Bielsku-Białej na meczu byli fani jakiegokolwiek innego angielskiego klubu. Mogli być fanami Scunthorpe, Plymouth czy Nottingham, ale przyjechali akurat z Hull. Idąc na stadion, spakowałem koszulkę Hull. Łatwo odszukałem ich na trybunach. Gdy zobaczyli w mieście na końcu Polski, którego nazwy nie potrafili wymówić, gościa z koszulką ich prowincjonalnego angielskiego klubu, szczęki im opadły. To nie Manchester United. Oni też nie byli przyzwyczajeni, że ktokolwiek poza Hull, interesuje się Hull. Porozmawialiśmy, wymieniliśmy się kontaktami. Podbeskidzie wygrało z mistrzem Polski, co oni zresztą przepowiedzieli.

hullpokoj

Ten pokój naprawdę istnieje. W Hull, w domu Phila.

 To już sześć lat, odkąd do domu przychodzą pocztą na każdą okazję i bez okazji programy meczowe, koszulki, szaliki, proporczyki i wszelkie możliwe gadżety związane z Hull. Dave i Phil od tego czasu byli w Polsce na meczach Podbeskidzia we Wrocławiu ze Śląskiem i w Bielsku-Białej z Ruchem Chorzów. Poznali całą rodzinę. Ja byłem u nich na meczu Hull City z Crystal Palace, dzięki czemu wiem, że to, co pisałem w 2008 roku o tym mieście było kompletną nieprawdą. Dla kogoś, kto uwielbia budynki z czerwonej cegły, Hull jest przepięknym miastem. Ja uwielbiam. Nie ma żadnych rafinerii, gęstszy dym unosi się nad polskimi miastami, a opinia o samym Hull bardzo zmieniła się także w Anglii. W 2017 roku Hull nie jest już najgorszym miastem w kraju. Jest za to angielską stolicą kultury. Hull okazało się też całkiem niezłą drużyną. Choć ciągle przeżywa turbulencje, choć było na skraju bankructwa, choć egipski właściciel chciał zmieniać nazwę, choć nadal jest chłopcem do bicia w Premier League, już trzy razy wchodziło do najwyższej ligi. Miało też sukcesy w innych rozgrywkach. Na półfinał Pucharu Anglii, Dave i Phil ściągnęli mnie na Wembley.

hull

Przegrany finał z Arsenalem, dał pierwszy w historii awans do europejskich pucharów. Hull mogło trafić na rywala od zachodu Portugalii, po wschód Kazachstanu. Wylosowało jednak oczywiście słowacki FK AS Trenczyn, który grał na stadionie w Żylinie, półtorej godziny od Bielska-Białej. Na meczu byliśmy już całą polsko-angielską grupą.

 Do dopełnienia całej polsko-angielskiej historii integracji, brakowało tylko polskiego zawodnika. Wiele lat temu, bliski transferu do Hull był Marcin Wasilewski. Jednak kilka dni po tym, gdy rozpoczęły się rozmowy, Axel Witsel złamał Polakowi nogę i wykluczył go z gry na dwa lata. Teraz wreszcie się udało. Dlatego mam do Kamila Grosickiego uprzejmą prośbę: nie zawiedź. Dzień po transferze, Dave już zaopatrzył się w stosowną koszulkę.

dave

Cztery drużyny w grze o ekstraklasę. Podbeskidzie i Górnik już tylko o utrzymanie

statistics-227173_1280

Zapadła przerwa zimowa w I lidze. Piłkarze rozjadą się na urlopy, zimowe obozy w kraju i zagranicą, będą rozgrywać sparingi, a na tydzień przed rundą wiosenną, w całej Polsce, prezesi, trenerzy, piłkarze i prezydenci miast staną przed kibicami i dziennikarzami, by powiedzieć, że wszystko jest jeszcze możliwe, dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć, bo to jest sport i nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Szczególnie będą tak mówić w miastach, które są po jesieni najbardziej rozczarowane swoimi klubami – w Zabrzu i w Bielsku-Białej.

 Tak, wszystko jeszcze możliwe. Zajmujące dziewiąte miejsce w tabeli Podbeskidzie, liderem I ligi może zostać już 25 marca, po 23. kolejce. Tak, dopóki piłka w grze, najwcześniejszy możliwy awans może świętować już 6 maja, na pięć kolejek przed końcem. Tak, to jest sport, Podbeskidzie może ukończyć ligę z 26 punktami przewagi nad drugim miejscem. Które może zająć MKS Kluczbork. Bo nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Każdy wciąż może spaść, każdy może awansować. Za nami dopiero 19 kolejek. Tak będą przemawiać prezydenci i właściciele, pod takimi hasłami prezesi będą sprzedawać karnety, a trenerzy motywować piłkarzy.

 Porozmawiajmy jednak o tym, co jest realne.

 Zaplecze ekstraklasy przez trzynaście sezonów XXI wieku grało aktualnym, 18-zespołowym formatem. To na tyle długi okres, by dało się wychwycić pewne prawidłowości i z dużą dozą prawdopodobieństwa (jak wyżej – pewności nie ma), przewidzieć, kto jeszcze jest w grze o ekstraklasę, a kto tylko oszukuje się, że jest.

 W ciągu minionych trzynastu sezonów, aż jedenaście razy (!) drużyna, która prowadziła po dziewiętnastu kolejkach, kończyła rozgrywki w pierwszej dwójce. Chojniczankę może jeszcze nie wszyscy traktują poważnie w walce o ekstrakaslę, ale statystyka bije po oczach: 85 procent jej poprzedników lądowało w ekstraklasie. Aż dwanaście razy sezon w czołowej dwójce kończyła przynajmniej jedna drużyna, która po 19. kolejkach była na jednym z pierwszych dwoch miejsc. GKS Katowice lub Chojniczanka. Przyzwyczajajcie się do którejś z tych drużyn w ekstraklasie. Pozostałe miejsca nie mają tak wysokich odsetków sukcesów. Sześć razy w czołowej dwójce kończyła druga drużyna po 19. kolejkach, trzy razy trzecia, pięć razy czwarta, raz szósta (piąta ani razu!).

 Tu mowa jednak o pewnych powtarzalnych prawidłowościach, od których były wyjątki. Zawsze był jednak precedens, którego można by się chwycić. W analizowanym, trzynastosezonowym okresie, I-ligowe twarde, niezmienne, nienaruszalne reguły są inne:

  1. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto zajmowałby po 19. kolejkach miejsce gorsze niż szóste.
  2. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby mniej niż 31 punktów.
  3. Nigdy w czołowej dwójce sezonu nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby więcej niż cztery punkty straty do drugiego miejsca.

 Jak to się ma do aktualnej tabeli? Podbeskidzie i Górnik zajmują miejsca gorsze niż szóste (9. i 8.), więc nie spełniają pierwszego warunku. Mają odpowiednio 25 i 27 punktów, więc nie spełniają warunku drugiego. Tracą do drugiego miejsca odpowiednio 10 i 8 punktów. Nie spełniają żadnego z warunków. Mogą oczywiście awansować, nawet wspólnie (dopóki piłka w grze!), kto chce, niech wierzy.

 Takie kryteria eliminują nie tylko Podbeskidzie i Górnik. Według nich, o awansie mogą rozmawiać jeszcze tylko cztery drużyny – Chojniczanka, GKS Katowice, Zagłębie Sosnowiec i… Sandecja Nowy Sącz, która ma dwa zaległe mecze do rozegrania i jeśli zdobędzie w nich cztery punkty, spełni wszystkie kryteria.

 To nie oznacza, że Podbeskidzie i Górnik nie mają już w tym sezonie o co grać. Wręcz przeciwnie. Być może czeka je gra o wszystko. W ostatnich trzynastu sezonach, pięć razy zespół zajmujący po 19. kolejkach miejsca 8-9, spadał z ligi. Historia daje im wachlarz miejsc od czwartego do szesnastego. Zabrze i Bielsko-Biała raczej sezonu nie skończą na podium, raczej nie zajmą też miejsc na samym dnie tabeli. Ale poza tym, wszystko jest dla nich jak najbardziej realne. Im szybciej sobie uświadomią zagrożenie, tym szybciej będą w stanie przed nim uciec. Zwłaszcza w Podbeskidziu powinni to dobrze rozumieć, bo w zeszłym sezonie większość uświadomiła sobie ryzyko spadku, gdy ten był już właściwie dokonany. W niedawnym komunikacie, Urząd Miasta przekazał, że cel (awans do ekstraklasy) się nie zmienia. Uczciwe postawienie sprawy nakazywałoby uznać za cel szybkie dobicie do liczby punktów dającej utrzymanie, a później skupienie się na budowaniu drużyny na kolejny rok. Więcej z tego sezonu nie da się wycisnąć.

Bronię Dariusza Dźwigałę

dzwig

Dariusz Dźwigała w rozmowie ze mną, która ukazała się w piątkowym „Sporcie” i wywołała spore poruszenie, miał rację. W Podbeskidziu od początku miał pod górkę. Od początku dało się wyczuć niechęć kibiców do niego. Nie ma co zaprzeczać i mówić, że przyszedł z czystą kartą. Zdecydowana większość kibiców była rozczarowana, że – choć na rozmowy przyjeżdżali znani i lubiani – Czesław Michniewicz czy Marcin Brosz, choć wymieniało się Piotra Mandrysza czy Kazimierza Moskala, do Bielska-Białej przyszedł Dźwigała, czyli kolejny, po Robercie Podolińskim, eksperyment. Ludzie nie chcieli eksperymentu, chcieli nazwiska, które dałoby duże prawdopodobieństwo, że szybko uda się pozbierać po spadku. Dźwigała mógł dać tylko nadzieję. Bo jako trener nie pracował nigdy w ekstraklasie, bo nie dał rady w Arce Gdynia, bo jego największym szkoleniowym sukcesem były dobre wyniki z Dolcanem Ząbki. A ile znaczą dobre wyniki z Dolcanem Ząbki, kibice przekonali się przy Podolińskim.

 Od początku Dźwigała musiał coś udowadniać. Drużyna źle grała w sparingach. Trener ściągał zawodników, którzy nie mają dobrej opinii w Polsce (Janota) czy w Bielsku-Białej (Feruga). Ludzie byli słusznie sfrustrowani samym faktem, że muszą na nowym stadionie, po frajerskim spadku, oglądać mecze z Wigrami Suwałki czy Chojniczanką, a już to, że Podbeskidzie nie potrafiło z nimi wygrać, sprawiało, że frustracja kipiała. Dźwigała zdawał się tego nie rozumieć, mówił, że drużyna grała dobrze, tylko zabrakło jej szczęścia, co jeszcze bardziej irytowało ludzi. Wyniki też są takie, że nie zanosi się na powrót Podbeskidzia do ekstraklasy. Po meczu z GKS-em Katowice, bezdyskusyjnie przegranym, wielu domagało się zwolnienia Dźwigały.

 Przyznam, że miałem wtedy duże wątpliwości. Emocje podpowiadały, że nie ma na co czekać. Rozum mówił, że kolejna zmiana byłaby kompletnie bez sensu. Dzisiaj Podbeskidzie znowu przegrało, Zagłębie Sosnowiec odjechało na osiem punktów, drużyna od pięciu miesięcy nie wygrała u siebie. Ale teraz wiem na pewno: nie zwolniłbym Dźwigały.

 Trener Dźwigała przyszedł, bo miał w Bielsku-Białej, po latach grania koszmarnego futbolu, zbudować zespół, który będzie potrafił rozgrywać akcje, prowadzić grę, budować atak pozycyjny. Czyli dostał trudne zadanie, bo łatwiej zamurować się i grać z kontry. Atak pozycyjny wymaga większej kreatywności, większych umiejętności, co widać chociażby po dobrych wynikach i koszmarnej grze Legii Stanisława Czerczesowa i wielkich trudnościach Besnika Hasiego, który miał coś zbudować. Budowanie drużyny prowadzącej grę wymaga więcej czasu niż budowanie drużyny, która ma przede wszystkim skupiać się na obronie.

 Dźwigała dostał więc trudne zadanie pozbierania drużyny po spadku, trudne zadanie nauczenia zespołu przez lata grającego z kontry, grania atakiem pozycyjnym, trudne zadanie zastąpienia DZIEWIĘTNASTU (!) zawodników, którzy w lecie odeszli i trudne zadanie wkomponowania do drużyny DWUDZIESTU DWÓCH zawodników, którzy do niej przyszli, z czego wielu już w trakcie ligi. Do tego doszło trudne zadanie przekonania do siebie przyzwyczajonych do oglądania meczów ekstraklasowych, kibiców. Sporo trudnych zadań jak na trzy miesiące pracy.

 Wyniki, oczywiście, są niesatysfakcjonujące, strata punktowa robi się niebezpiecznie duża. Ale wreszcie jest na czym oprzeć linię obrony trenera. Dotychczas broniły go bardzo skuteczna gra na wyjazdach i wypatrzenie oraz odważne postawienie na Daniela Mikołajewskiego. Teraz doszedł jeszcze jeden bardzo ważny argument. Czy oglądając piątkowy mecz z Zagłębiem, można było mieć wrażenie, że trener niczego nie wniósł do zespołu? Nie. Podbeskidzie rozgrywało akcje po ziemi, często z pierwszej piłki, czasem cierpliwie, a gdy trzeba szybko. Podbeskidzia atakującego z takim rozmachem nie widziałem dawno, być może od czasów Roberta Kasperczyka. Dziś było bardzo wyraźnie widać, że owszem, wiele rzeczy jest do poprawy, nie wszystko jest idealnie, ale ta drużyna zrobiła postęp. Zrobiła postęp w kierunku, który zapowiedział Dźwigała. Podbeskidzie grało dziś w piłkę dużo lepiej niż cztery miesiące temu, rok temu, dwa lata temu, trzy lata temu. A, jak już pisałem tuż po spadku, kluczowym zadaniem dla Podbeskidzia powinien być nie awans do ekstraklasy, ale wyciągnięcie ze spadku nauki. Nauką jest właśnie spróbowanie innej gry, nie nastawionej tylko na przypadek i szczęście. To dlatego Zagłębie Lubin, Arka, Termalica potrafiły w ostatnich latach wnieść wiele ciekawego do ekstraklasy – bo w I lidze nauczyły się dobrego rozgrywania piłki.

 Dźwigała podpisał kontrakt na dwa lata. Na samym początku podkreślano, że celem jest awans do ekstraklasy w ciągu dwóch lat. Czyli dopuszczano do siebie, że w tym roku się może nie udać. Koniecznym warunkiem, by kontynuować współpracę, musi być jednak monitorowanie postępów. I po trzech miesiącach, po drużynie Dźwigały te postępy widać. Trzeba czekać na następne. Ale dziś jest dla mnie jasne, że warto wytrzymać ciśnienie i nie zwalniać trenera po świetnym meczu jego drużyny, przegranym przez koszmarne indywidualne błędy. Trenera powinno się rozliczać za to jak wygląda drużyna. A drużyna Podbeskidzia wyglądała dziś bardzo dobrze, nawet jeśli poszczególne jej części (Piacek, Baran, Lis) nie wyglądały dobrze. To nie może być jednak powód, by pozbywać się trenera. U mnie Dźwigała kupił sobie dzisiejszym meczem cierpliwość. Nie mówię, że na pewno jest świetnym trenerem, bo nie wiem, nie mówię, że Podbeskidzie osiągnie z nim sukces, bo tego też nie wiem. Ale widzę, że obiecał, że jego drużyna będzie grać inaczej i faktycznie gra inaczej. Lepiej. Mam nadzieję, że władze Podbeskidzia pamiętają, jak kiepskie było pierwsze pół roku Kasperczyka i jak bardzo źle byli do niego nastawieni kibice na rok przed tym jak biegał przed nimi, machając góralskim kapeluszem. 

Przeciw rewolucji w Podbeskidziu

Zrzut ekranu 2016-06-09 o 00.02.35

Wikimedia Commons

Dwudziestu zawodników, którzy z Zagłębiem Lubin w 2014 roku spadli z ekstraklasy, wywalczyło rok później awans. Trzynastu z nich kolejny rok później wywalczyło awans do europejskich pucharów. Podobnie w Cracovii, która po spadku w 2012 roku, awansowała rok później do ekstraklasy z czternastoma zawodnikami z tamtej kadry. I w GKS-ie Bełchatów, który wygrał I ligę w 2014 roku, rok po degradacji z ekstraklasy, z piętnastoma zawodnikami pamiętającymi spadek. Tutaj nie wymieniono nawet trenera. W 2015 roku, gdy GKS znowu spadł, władze klubu – przymuszone bądź nie – postanowiły działać w inny sposób. Wyrzuciły ponad dwie trzecie kadry, która spadła oraz trenera. GKS znowu spadł. Tym razem do II ligi.

Nie chcę mówić, że przedstawiłem właśnie złotą recepturę na szybki powrót do ekstraklasy. Da się znaleźć oczywiście kontrprzykłady. Piast po spadku nie dokonał rewolucji i nie awansował. Dokonał rewolucji dopiero wtedy i rok później awansował. Reguły nie ma. Natomiast praktyka wielu lat pokazuje, że utrzymanie ekstraklasowego składu, znacznie zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu w I lidze. Nawet jeśli bardzo podobny skład rok wcześniej był za słaby na ekstraklasę.

 Utrzymanie ekstraklasowego składu jest jednak rozwiązaniem trudnym i wymagającym mądrości oraz odporności na cięgi. Trudnym nie tylko dlatego, że z każdej, nawet najgorszej drużyny, inne kluby zawsze po spadku wyciągną kilku zawodników. Trudnym także dlatego, że to niepopularne. Po spadku, kibice domagają się głów. Wszystkich. Właściciela, prezydenta miasta, prezesa, dyrektora sportowego, trenera, piłkarzy. Zależnie od klubu, domagają się ich wszystkich jednocześnie, a czasem tylko paru. Chcąc zyskać popularność fanów, prezes musi koniecznie pozbyć się wszystkich „nieudolnych kopaczy”, „najemników bez charakteru” i zapowiedzieć: „odmłodzenie drużyny”, „stawianie na chłopaków z regionu, identyfikujących się z miastem i regionem” oraz „ładny dla oka styl gry”. Im więcej zawodników ze spadkowego składu się wyrzuci, tym lepsze nastroje wśród kibiców w lipcu, na rozpoczęcie sezonu. I tym gorsze w czerwcu, na zakończenie sezonu.

 Kryzysy wzmacniają radykałów i populistów. Tak było jak świat światem. Nie tylko w piłce.

 Po spadku, wśród fanów Podbeskidzia huczy. Trwa festiwal całkowitego niezadowolenia ze wszystkiego, co da się oczywiście wytłumaczyć i zrozumieć. Na forach, portalach społecznościowych i niespołecznościowych, w codziennych rozmowach, słychać głównie kwękania i narzekania. Nie zadowoli ich żaden transfer, żaden trener ani żadna deklaracja. Odkupić winy można tylko wygrywając. Co jednak wolno kibicom, byłoby niedopuszczalne u osób decyzyjnych. Prezes Tomasz Mikołajko dzień po meczu z Łęczną, stwierdził, że „najchętniej wyrzuciłby wszystkich piłkarzy”. Ale to było zrozumiałe. To było dzień po spadku. Jestem przekonany (albo lepiej: mam nadzieję), że miesiąc po spadku już by tak nie powiedział.

Ten wpis powstał jako polemika do tekstu Pawła Przybyły ze śląskiej „Gazety Wyborczej”. Możecie go znaleźć TUTAJ. Cytuję: „Jeżeli jednak, „Górale” w I lidze nadal będą tworzeni przez zawodników, którzy spuścili Podbeskidzie z ekstraklasy, nowy trener niczego nie zmieni. Żeby była jasność: osobiście nic nie mam przeciwko Jozefowi Piackowi, Pawłowi Baranowskiemu, Mateuszowi Możdżeniowi i reszcie tej paczki, ale nie podołali zadaniu utrzymania bielskiego klubu w ekstraklasie i ich czas przy Rychlińskiego się już skończył. Dlaczego w ogóle poruszam ten temat? Przecież w zasadzie to logiczne, że w Podbeskidziu będzie teraz czystka, prawda? Własnie nie! Krążą bowiem pogłoski, że pod Klimczokiem myślą o zbudowaniu drużyny na tych piłkarzach, którzy raczą w klubie pozostać. Błagam, nie! W Bielsku-Białej potrzeba świeżej krwi, młodych, ambitnych, zdeterminowanych, żądnych zwycięstw i sukcesów zawodników, którzy szybko powrócą z Podbeskidziem do elity. Obecnie zatrudnieni w klubie piłkarze, choćby ich wołami targać, polotu już nie są w stanie zapewnić.

Mam odwrotnie. Osobiście mam coś przeciwko Piackowi, Baranowskiemu, Możdżeniowi i wszystkim innym, bo spuścili z ekstraklasy klub, na którego meczach się wychowałem. Ale obiektywniej patrząc, to, że ktoś spadł, nie oznacza automatycznie, że do niczego się nie udaje. Spadek zwykle jest zrodzony przez masę czynników. Napastnik, który trafia w słupek, zamiast do bramki, jest zazwyczaj ostatnim ogniwem łańcucha nieszczęść. Nie jedynym.

 Biorąc pod uwagę doświadczenia ligowe ostatnich lat, „czystka” nie jest logiczna. I mam wrażenie, że hasła o „świeżej krwi, młodych, ambitnych i zdeterminowanych” to tylko to, co kibice chcą dzisiaj usłyszeć. Nic więcej.

 Podbeskidzie potrzebuje dzisiaj spokoju. Mądrości. Generalnie na świecie jest tak, że w dłuższej perspektywie, kto działa spokojnie i długofalowo, odnosi sukcesy, a kto przeprowadza „czystki” po każdym niepowodzeniu, ponosi porażki. Nawet jeśli w perspektywie jednego sezonu „efekt nowej miotły” i działanie pod publiczkę przyniesie powodzenie, w perspektywie pięciu sezonów raczej nie. Wszystko, co Podbeskidzie powinno dziś zrobić, to zatrzymać jak największą liczbę ważnych członków tej drużyny. Wszystkich się nie uda. Mójta i Szczepaniak już odeszli. Choć w klubie twierdzą inaczej, myślę, że ciężko będzie zatrzymać Zubasa i raczej Stefanika. W przypadku większości pozostałych, Podbeskidzie ma w ręku karty.

 Bardzo łatwo powiedzieć: „wyrzucić wszystkich, postawić na młodych!”. Trzeba jednak mieć skąd tych młodych wziąć. Wiadomo, że Podbeskidzie własnych dobrych, młodych  nie ma od lat. Trzeba wziąć ich z innych miejsc. W regionie można raz na parę lat znaleźć jedną perłę, ale raczej nie piętnaście w miesiąc. Trzeba ich więc kupić. A młodzi Polacy, najlepiej jeszcze ograni w ekstraklasie lub w I lidze, mają to do siebie, że kosztują więcej niż ktokolwiek inny. I raczej nie walą drzwiami i oknami do Podbeskidzia.

 Podbeskidzie jest w tym dobrym położeniu, że piłkarzy wybierało sobie jeszcze jako ekstraklasowy klub i z niektórymi podpisało więcej niż roczne kontrakty. Dzięki temu ma ekstraklasowych piłkarzy, których ciężko byłoby namówić na transfer do I ligi. Oczywiście, dziś o wszystkich zawodnikach wszyscy powiedzą, że są beznadziejni, bo mamy na świeżo w pamięci ich ostatnie występy. Ale generalnie rzecz biorąc, zdecydowana większość trenerów I-ligowych bardzo chciałaby mieć ofensywnego pomocnika jak Możdżeń, nawet jeśli jest zagubiony. Chciałaby mieć stopera jak  Piacek czy Baranowski (na I-ligowym rynku bardzo ceniony). Chciałaby mieć napastnika jak Demjan i pomocnika jak Chmiel. I tak dalej. Oczywiście, ci wszyscy zawodnicy z różnych powodów byli w słabszej formie. Ale umiejętności na czołówkę I ligi – a to chyba jest celem Podbeskidzia – na pewno mają.

 Pamiętajmy o okolicznościach, w jakich Podbeskidzie się w  I lidze znalazło. Nie zleciało z hukiem. Nie odstawało od reszty stawki. Nie było straszliwym chłopcem do bicia, jak wtedy, gdy w pół roku uzbierało sześć punktów. Nie, było drużyną, która potrafiła dwa razy ograć mistrza Polski, łupnąć Wisłę na wyjeździe i osiągnąć jeszcze parę dobrych rezultatów. Przy tym w skali 30 kolejek sezonu było w stanie zająć dziewiąte miejsce. W  wyniku regulaminu rozgrywek, który nie wybacza kryzysów w ostatnim miesiącu sezonu i koszmarnego dołka psychicznego, drużyna znalazła się w I lidze. To nie zeruje jednak umiejętności wszystkich piłkarzy. Piłkarsko Podbeskidzie było na poziomie dołu tabeli ekstraklasy, czyli mniej więcej na poziomie góry tabeli I ligi. I skoro taki skład się ma, to warto go utrzymać.

 Podbeskidzie oczywiście potrzebuje zmian. I one będą, bo to nie uniknione. Potrzeba kilku młodzieżowców, by spełnić wymóg regulaminowy (kilku, a nie całą drużynę!). Na kilku pozycjach potrzebuje zmian, na kilku będzie zmuszone do zmian. Chodzi jednak o to, by wyrzucić z koszyka zgnite jabłka, a nie o to, by wywalić cały koszyk. Czy inaczej mówiąc, wylać dziecko z kąpielą.

 Nie mam przekonania, że obecni piłkarze „choćby ich wołami targać”, nie są w stanie zapewnić polotu. Od kiedy Jacek Zieliński zrobił z Cracovii Roberta Podolińskiego jedną z najefektowniej grających drużyn w Polsce, nie odważę się na takie sądy. Wydaje mi się wręcz, że ci sami piłkarze, ustawieni odrobinę inaczej, grający trochę innym stylem, mający za sobą trenera, który im ufa i kolegów, z którymi dobrze się czują, potrafią w niczym nie przypominać piłkarzy, którzy spadli z ligi. Podbeskidzie rewolucję już przeszło. Rok temu. Piętnastu zawodników odeszło, czternastu przyszło. Jako tako zaczęło  wyglądać w październiku, trzy miesiące po rozpoczęciu sezonu. Nieźle w lutym, siedem miesięcy po rozpoczęciu sezonu. Te miesiące oddane walkowerem okazały się kluczowe dla losów klubu. Walka o awans będzie trwać od pierwszej kolejki. Dlatego jeśli się ma zbudowane podstawy drużyny na czołówkę I ligi, a do tego zawodników w miarę ze sobą zgranych, trzeba dziękować za to niezasłużone błogosławieństwo, a nie burzyć zalążki fundamentów.

 By wszystko się udało, Podbeskidzie potrzebuje mądrego i dobrego trenera. Wychodzę z założenia, że trener jest kluczowy. Dobry trener ściągnie zazwyczaj dobrych zawodników i dobrze ich ustawi. Zły trener ściągnie złych zawodników i źle ich ustawi. Podbeskidzie nie wzięło ani mojego wymarzonego kandydata (trafił do Górnika Zabrze, gratuluję awansu) ani mojego drugiego wymarzonego kandydata (gratuluję Pogoni), ani mojego trzeciego wymarzonego kandydata (gratuluję Termalice), ani mojego czwartego wymarzonego kandydata (odszedł z Termaliki). Podbeskidzie w ogóle nie wzięło mojego wymarzonego kandydata. Dariusza Dźwigałę znałem dotychczas tylko z mediów. W rozmowie robi dobre wrażenie. Cieszę się, że rozumie, iż Podbeskidzie nie potrzebuje rewolucji personalnej tylko taktycznej. Uchodzi za trenera, który stara się uczyć zawodników prowadzić grę w ataku pozycyjnym. Podbeskidziu będzie to bardzo potrzebne w nowym sezonie. Dźwigały nie znam, jego zatrudnienie nie wyrwało mnie z butów, ale dajmy mu popracować. Pamiętajmy, że Podbeskidzie było najlepsze za Roberta Kasperczyka, który ani wcześniej ani później nie odniósł spektakularnych sukcesów. A do Bielska pasował idealnie. Nigdy nie wiadomo jak kto się sprawdzi w danych warunkach. Więc dajmy czas. Marzę, żeby po ciągłych rewolucjach, Podbeskidzie przepracowało dwa sezony z rzędu z tym samym trenerem. Jeśli tak się stanie, jestem dziwnie spokojny, że kibice będą bardziej zadowoleni niż są dzisiaj. Spadek i zmiana trenera są wystarczającym trzęsieniem ziemi jak na jedno lato. Nie domagajmy się kolejnego.

 

Oto, jak wygląda sytuacja z trenerem Podbeskidzia

W ostatnich dniach pojawiało się sporo newsów pt: „X blisko Podbeskidzia”, „Y już dogadany z bielszczanami”. Na razie nikt nie jest do końca blisko ani nikt nie jest do końca dogadany.

Stworzyła się tego lata na polskim rynku dziwna sytuacja, w której niemal w połowie klubów nie było wiadomo, kto będzie trenerem. Pogoń nie przedłużyła kontraktu z Czesławem Michniewiczem, Korona z Marcinem Broszem, Piotr Mandrysz niby powiedział zawodnikom Termaliki, że zostaje i wyjechał na urlop, ale coś podejrzanie długo klub nie ogłasza tego jego pozostania, z Legii mógł (może?) odejść Czerczesow, niektórzy spekulowali czy Łęczna pozostawi na stanowisku Rybarskiego, niepewna była przyszłość Latala w Piaście, a do tego doszli spadkowicze, czyli Podbeskidzie i Górnik. Pomieszanie z poplątaniem.

 

Wszystkie te drużyny zaczęły się odzywać do mniej więcej tych samych trenerów, a wszyscy trenerzy zaczęli dostawać propozycje z mniej więcej tych samych klubów. Byli jak panny na wydaniu, rozmawiali z jednymi, ale drugim uchem wysłuchiwali propozycji drugich. Dopóki jeden klub nie podejmie konkretnej decyzji, pat będzie trwał.

 

Teraz wiadomo już trochę więcej. Pogoń wzięła Moskala, Korona Wilmana, Czerczesow raczej zostanie w Legii, Latal raczej zostanie w Gliwicach, a Mandrysz raczej w Niecieczy. Jak się można domyślić, Podbeskidzie i Górnik są na dole tego łańcucha pokarmowego. Trenerzy przede wszystkim chcą się załapać do ekstraklasy i to do jak najmocniejszych klubów. Jak się nie załapią, to wtedy ewentualnie zajmą się Podbeskidziem i Górnikiem. Na razie rozmawiają, wszystko fajnie, ale liczą, że uda im się popracować wyżej.

 

Dlatego sprawy trwają. Podbeskidzie chciało mieć nowego trenera do końca maja, czyli do dzisiaj, ale to się nie uda. Bo prezes Tomasz Mikołajko chce podjąć decyzję w spokoju. Wbrew pozorom, pośpiechu nie ma. I liga rusza na początku sierpnia, czyli za dwa miesiące. Piłkarze mają urlopy do 20 czerwca, więc parę dni opóźnienia nie sprawi, że klub się zawali.

 

Mikołajko rozmawiał z kilkunastoma trenerami. Byli wśród nich uznani i nieznani, utytułowani i nieutytułowani, polscy i zagraniczni. Do nieutytułowanych i nieznanych w klubie nie mają przekonania, bo to bardzo duże ryzyko. Podbeskidzie musi podjąć dobrą decyzję. Jeśli postawi teraz na dobrego konia, to spadek prawdopodobnie okaże się oczyszczeniem i przykrym doświadczeniem, ale niczym więcej. Ot, klub ma solidne fundamenty, nowy stadion, niezły skład, który nowy trener pewnie  poukłada i szybko uda się wrócić. Tak jak Zagłębie Lubin, które zrobiło puchary w większości zawodnikami, którzy dwa lata wcześniej spadli z ligi. Po prostu postawiło na dobrego trenera, czyli Piotra Stokowca. Ale postawienie na złego trenera w tym momencie może się skończyć jak w GKS-ie Bełchatów. Czy w SC Paderborn. Spadkiem rok po roku. Decyzja jest kluczowa. Dużo ważniejsza od tego czy zostanie Mójta (nie zostanie, na stole jest oferta z Wisły. Konkretna, za gotówkę) albo czy zostanie Zubas (możliwe, bo ma wysoką kwotę odstępnego).

 

Do zagranicznych też w klubie nie mają przekonania, bo I liga jest specyficzna i wcale nie taka łatwa. Wymaga dobrego rozeznania. Jego zwykle zagraniczni trenerzy nie mają. Mogliby się zderzyć ze ścianą. Zorientowanie się w realiach mogłoby zająć zbyt dużo czasu.

 

W Podbeskidziu chcą więc trenera z jakąś renomą. Po rozmowach, grono kandydatów mocno się zawęziło. Rozmawiali z Marcinem Broszem, do którego ani prezesa ani sponsorów nie trzeba przekonywać. Rozmawiali z Czesławem Michniewiczem (wczoraj).  Mówi się, że trenerowi bardzo zależy na pozostaniu Roberta Demjana i że chciałby wsparcia finansowego Murapolu na transfery. Sam trener mówi, że dobrze wspomina Bielsko i wyobraża sobie pracę w I lidze, ale na dłużej, a nie tylko na rok. No, ale obaj to trenerzy renomowani. Czyli chcieliby grać o poważne cele. Do I ligi mogą pójść, ale raczej na kilkuletni kontrakt. No i jeśli nie dostaną czegoś w ekstraklasie. I to nie są desperaci. Ich kariera pokazała, że potrafią czekać i nie biorą pierwszej lepszej oferty. Jeśli ani Podbeskidzie ani nikt inny nie da im tego, czego oczekują, to prawdopodobnie się nie ugną. Do 30 czerwca mają kontrakty w obecnych klubach. Potem pooglądają Euro, zrobią sobie urlop. A w połowie lipca zacznie się ekstraklasa i jeszcze przed końcem wakacji kilka posad się zwolni. To jest zawodowy rynek, zawodowych trenerów i zawodowych klubów. Sentymenty mają tu dość małe znaczenie.

 

Dlatego Podbeskidzie jest skazane na czekanie. Pewnie jeszcze przez kilka dni. Kilka klubów oficjalnie się zadeklaruje, wtedy przyjdą konkrety. Na razie trwają objazdowe negocjacje. Trwa wymiana wizji. Nawet jeśli wydaje ci się, że razem z trenerem się rozumiecie, musisz mieć świadomość, że za kilka godzin ma umówione spotkanie w innym mieście. Czasem łatwiej znaleźć trenera w trakcie sezonu, gdy na decyzję jest kilkanaście godzin, a na rynku dwóch desperatów do wyboru.

 

Podbeskidzie. Kiedy się to wszystko zepsuło

To było jakoś wtedy, gdy wszyscy uwierzyliśmy, że notoryczna siermiężność i toporność tego klubu jest w jego DNA. Kiedy sami, bielszczanie, na czele z piłkarzami, zgodziliśmy się z tym, że Podbeskidzie jest skazane na to, by w ekstraklasie jedynie wegetować. Mniej więcej wtedy zaczął się spadek tego klubu.

 Choć dziś brzmi to jak wspomnienia starego dziadka, nie zawsze tak było. Pamiętacie sezon awansu? Podbeskidzie grało wtedy bardzo dobrą, ofensywną piłkę. Z wieloma podaniami po ziemi. Potrafiło prowadzić atak pozycyjny. Konstruować akcje. Być cierpliwe. Nie bało się nikogo, co najlepiej pokazały mecze z Wisłą i z Lechem w Pucharze Polski, które Podbeskidzie wygrywało nie dzięki szczęściu i obronie Częstochowy, ale bardzo dobrej grze. I ta drużyna wtedy czuła, że ekstraklasy nie musi się bać. Że jest w stanie coś do niej wnieść. Oczywiście, z perspektywy neutralnego kibica z innej części Polski, tamto Podbeskidzie nie wnosiło do ligi nic, bo i kibiców mało i stadion przestarzały i piłkarze raczej anonimowi. Ale my, bielszczanie, tego nie czuliśmy. My czuliśmy, że Podbeskidzie wszystkim pokaże. Że jeszcze się zdziwią. Że ten klub naprawdę zamiesza w lidze. Uwielbiam wspominać tamte chwile. Jestem przekonany, że nic mnie już nigdy lepszego na meczu piłkarskim nie spotka. Że już nigdy do żadnej drużyny nie będę żywił takich uczuć jak do tamtej. Ten skład wymieniam wyrwany w środku nocy, łącznie z Malinowskim wchodzącym w 60. minucie. Dzień awansu, tuż po moich skończonych maturach, ten widok Roberta Kasperczyka biegającego w góralskim kapeluszu i machającego szalikiem Podbeskidzia, na pewno pozostaną jednymi z piękniejszych wspomnień w życiu.

 Podbeskidzie miało wtedy pomysł jak chce grać i pomysł jak chce działać. Wiadomo było po co Podbeskidzie na tej mapie istnieje, co chce osiągnąć i w jakich etapach.

 Niestety, to stopniowo zaczęło ulatywać. Z każdym momentem coraz bardziej. Klub psuł się miesiąc po miesiącu, początkowo niezauważalnie. Dzień odejścia Janusza Okrzesika z funkcji prezesa Podbeskidzia to jedna z najczarniejszych chwil w krótkiej historii tego klubu. Dla niektórych było to jasne już w tym dniu. Inni zrozumieli dopiero później, że skandowanie akurat wtedy: „Okrzesik, szanuj kibica” było wyjątkowym absurdem. Nigdy wcześniej ani później Podbeskidzie tak bardzo nie szanowało kibica. Dawało mu bowiem w cenie biletu coś absolutnie najważniejszego: gwarancję, że każdy w klubie robi wszystko najlepiej jak potrafi. Od prezesa, przez piłkarzy, po pana Henia. Ten przeklęty zakład Okrzesika z prezydentem Krywultem, to dziś sprawa symboliczna. Wtedy, jeszcze w dobrych relacjach, założyli się czy Okrzesik szybciej zrobi ekstraklasę czy Krywult stadion. Podbeskidzie zdążyło awansować, grać w ekstraklasie pięć lat, spaść, a do otwarcia stadionu nadal nie doszło. Małe ludzkie instynkty, od lat będące głównymi napędami świata, kazały zniszczyć wszystko. Prezydent nie mógł pozwolić na to, by coś w Bielsku-Białej się udało i nie było postrzegane jako jego wyłączna zasługa. Odtąd każda dobra opinia o tamtych czasach będzie postrzegana jako zamach stanu i próba dokonania przewrotu w ratuszu. Ci, którzy krytykowali, robili to wyłącznie z pobudek politycznych. Nikt już nigdy nie mógł mieć wątpliwości dzięki komu Podbeskidzie gra w ekstraklasie. Po Podbeskidziu widać analogię do losów całego Bielska z czasów prezydenta Krywulta. Najpierw bardzo obiecujące budowanie, a potem stopniowe rujnowanie tego, co się zbudowało. Wyrywanie klęski z paszczy zwycięstwa.

 Klub przeszedł na ręczne sterowanie z ratusza. W białych rękawiczkach, bo gdy coś szło nie tak, gdy atmosfera stawała się zbyt napięta, zmieniano kolejnych prezesów, wskazując w ten sposób winnych. Wtedy, w 2011 roku, prezesa z wizją, nie licząc okresu regencji Jerzego Wolasa, zastąpił posłuszny Marek Glogaza, już bez wizji. A gdy jego notowania wyrżnęły o bruk, wzięto następnego. W momencie, gdy Wojciech Borecki pojawił się na stanowisku, a więc raptem półtora roku po awansie, nic już w klubie nie było z wcześniejszej pewności siebie. Nie mogło zostać, bo sam prezes klubu uważał, że Podbeskidzie „bez fuzji z BKS-em zawsze będzie maluczkie”. Te słowa najlepiej oddają zmianę jaka w tym czasie zaszła w głowach: od „nie boimy się nikogo”, po „jeśli mamy coś znaczyć, potrzebujemy fuzji z IV-ligowcem”.

 Wtedy szczytem marzeń Podbeskidzia było już tylko utrzymanie, które nazywano „mistrzostwem Polski”, choć kiedyś jeszcze – wiem, że to brzmi absurdalnie – gdzieś po cichu marzono o tym prawdziwym mistrzostwie, a nie czternastym miejscu. Wtedy w Podbeskidziu nie zatrudniało się już trenerów, którzy pracę w tym klubie traktowali jako życiową szansę, ale jako życiową porażkę, ewentualnie krok w tył, z braku laku. Jako że władze klubu same go nie szanowały, pozwalano, by trener uciekał w trakcie sezonu do II ligi rosyjskiej, a później zatrudniano go jak gdyby nigdy nic i powtarzano, że nic się nie stało. Z klubu z wizją, w którym trenera Kasperczyka nie zwalniano nawet gdy o mało nie spadł z ligi, bo widziano więcej niż tylko aktualne wyniki, Podbeskidzie stało się klubem, w którym w każdym sezonie drużynę prowadziło przynajmniej dwóch trenerów, choć zdarzyło się i czterech. Z klubu, który wiedział, jakich piłkarzy chce zatrudniać, Podbeskidzie stało się klubem, w którym co roku wygasa 15 kontraktów, najlepszych zawodników traci się za darmo, a rozmowy o przedłużeniu umów rozpoczyna się dopiero na kilka dni przed ich wygaśnięciem. I notorycznie dokonuje się rewolucji.

 Z każdą taką rewolucją w klubie było mniej zawodników w jakikolwiek sposób zaangażowanych emocjonalnie. Przychodzili piłkarze podobnej (niskiej) klasy, którzy jednak traktowali Podbeskidzie jak kolejne miejsce pracy. Nie chodzi o to, że klub ma być Athletikiem Bilbao i zatrudniać tylko zawodników z regionu, bo nie da się w ten sposób w polskich warunkach robić ekstraklasy. Chodzi o to, by nie naruszać proporcji. Dawniej, Podbeskidzie też ściągało zawodników z innych części kraju, ale potrafiło ich zarażać dumą z klubu, miasta, regionu. Wiązać ich z regionem. Taki Bartłomiej Konieczny pochodzi z drugiego końca Polski, ale każdemu powtórzy, że jest bielszczaninem. Dariusz Kołodziej nie czuje się już raczej Krakusem, Juraj Dancik na długo po wyrzuceniu go z Podbeskidzia nadal mieszka w Bielsku-Białej, podobnie związani są przecież z klubem Robert Demjan czy Richard Zajac. Tak było kiedyś. Dziś, od kilku miesięcy wysłuchujemy Adama Mójty, który podkreśla, że chce grać w Lechu, a Podbeskidzie traktuje tylko jako przystanek. Wysłuchujemy o klubach, z którymi dogadany jest Mateusz Szczepaniak. I Mateusza Możdżenia, który wciąż sprawia wrażenie, jakby nie mógł się pogodzić, że nie jest w Lechu Poznań. Nie chodzi o to, by tych akurat konkretnych piłkarzy piętnować, bo każdy z nich piłkarsko sporo wnosił do obecnego zespołu, a nikomu nie można zabronić marzyć. Chodzi mi o zmianę retoryki. O otwartość z jaką podkreślali, że są najemnikami. Tę obojętność o losy klubu, w którym grają, niestety było widać w decydujących momentach sezonu. Żeby nie było, to nie jest choroba nowa. Już szatnia zeszłoroczna, z czasów Leszka Ojrzyńskiego, dzieliła się na niedobitków, którzy daliby się pokroić za utrzymanie i na tych, którzy wyrwani w środku nocy nie wiedzieliby, w jakim klubie grają. Wtedy tych niedobitków było trochę więcej, więc cudem udało się wywalczyć utrzymanie. Teraz zostało ich trochę za mało. Większość drużyny, która spuściła klub do I ligi, wzruszy ramionami i przeniesie się spuszczać inne drużyny w innych miastach. W I lidze zostaną kibice.

 Podbeskidzie, na wszystkich szczeblach, uwierzyło w swoją małość, dlatego jacy zawodnicy by akurat w klubie nie grali, zespół musiał mieć tę samą taktykę – długa piłka do przodu, kontratak, stały fragment, liczenie na indywidualny zryw i szczęście. Trenerzy Podbeskidzia byli notorycznie przestraszeni tym, z jak słabą drużyną przyszło im pracować. Nie jest przypadkiem, że Podbeskidzie wygrało na Legii tylko za czasów Kasperczyka. On jechał na Legię, by wygrać, każdy kolejny trener jechał, by uniknąć kompromitacji. Tę różnicę w nastawieniu było widać nie tylko w meczach z Legią, ale co tydzień.

 Trener Robert Podoliński nie jest jedynym winnym. Był na końcu tego łańcucha nieszczęść. Kilka rzeczy poprawił, tchnął początkowo w drużynę trochę nowego życia. Gdyby miał więcej szczęścia, wszedłby do ósemki i został bohaterem. Faza finałowa sezonu źle jednak o nim świadczy. Trener musi być przede wszystkim dobrym psychologiem. A w tej kwestii Podoliński wyłożył się na całej linii. To chyba największy zarzut do niego. Sprawiał wrażenie bardziej załamanego i bardziej przerażonego od swoich zawodników, więc trudno, żeby był w stanie podnieść ich psychicznie. Choć to znamienne, że gdy dostał po meczu ze Śląskiem Wrocław ofertę wsparcia mentalnego dla zawodników za pomocą aparatury, z której korzystają od lat amerykańscy sportowcy, obruszył się, że dzwoni się do niego w niedzielę, gdy spędza czas z rodziną i obiecał odezwać się „we wtorek” (nie odezwał się). Work-life balance? Jasne, ale to sytuacja znamienna, pokazująca, że trener też chyba nie zrobił wszystkiego, by tę drużynę utrzymać. O to można i trzeba mieć pretensje.

 Podbeskidzie jest teraz w trudnym momencie, nie jest łatwo wrócić do ekstraklasy, choć daleki jestem też od dramatyzowania. Wiem, że Odra Wodzisław, GKS Katowice, Polonia Bytom, Łódzki KS czy Widzew Łódź po spadkach z ekstraklasy leciały jeszcze dalej, ale wszystkie te kluby zmagały się z koszmarnymi problemami organizacyjnymi, nie miały stadionów, pieniędzy, niczego. Bardziej przemawia do mnie analogia do Piasta Gliwice, Arki Gdynia, Wisły Płock, Górnika Łęczna, Zagłębia Lubin, Cracovii czy Bełchatowa, które w ostatnich latach spadały, czasem i do II ligi, ale wracały. Podbeskidzie jest zdrowe finansowo, ma nowy stadion, który jest moim zdaniem gwarantem istnienia w Bielsku-Białej profesjonalnej drużyny, nadal ma wsparcie miasta, sponsorów, a od niedawna też sensownego prezesa. Śmiem twierdzić, że Podbeskidzie w I lidze będzie już teraz firmą, marką, jednym z większych klubów. Nigdy wcześniej organizacyjnie nie było tak przygotowane do I ligi, a mimo to regularnie było w czołówce. Więc katastroficznych wizji na razie bym nie snuł. Na ten moment wydaje się, że Podbeskidzie ma szansę kiedyś jeszcze wrócić do ekstraklasy. W gruncie rzeczy, taki w piłce los, że skoro ktoś awansował, to znaczy, że kiedyś spadnie. A skoro spadł, to kiedyś pewnie awansuje. Jak już emocje opadną, to przypomnimy sobie, że lata spędzone w I lidze były w gruncie rzeczy fantastyczne. Czeka nas wiele wyjazdów w ciekawe i nieznane miejsca, bo starych I-ligowych znajomych z dawnych lat zostało już niewielu. No i jest nadzieja, że drużyna będzie wygrywać u siebie trochę częściej niż trzy razy na sezon.

 Powrót do ekstraklasy to musi być cel, ale nie najważniejszy. Najważniejszym celem musi być oczyszczenie. Jest uświadomienie sobie, że Podbeskidzie spadło nie dlatego, że Lechia wycofała skargę albo dlatego, że system rozgrywek jest bzdurny (choć jest), ale dlatego, że samo Podbeskidzie straciło pomysł na siebie. W obecnym kształcie Podbeskidzie nie wnosiło do ekstraklasy kompletnie nic. A skoro tak, to czas zastanowić się nad sobą i wrócić silniejszym.

 Gdyby się jednak zdarzyło, że Podbeskidzie już nigdy do ekstraklasy nie wróci, to i tak był przywilej. Przez ponad 100 lat istnienia piłki nożnej w Bielsku-Białej, nigdy nie było tu ekstraklasy. Jesteśmy jedynym pokoleniem, które miało możliwość oglądania jej i przeżywania z bliska co tydzień aż przez pięć lat. Dziękuję.

Kto wygrał, a kto przegrał na ligowej farsie

Przez lata ekstraklasa pracowała sumiennie na podmiejskich stacjach benzynowych na wizerunek ligi, w której główne rozstrzygnięcia zapadały wszędzie tylko nie na boisku. Od wybuchu afery korupcyjnej, trwało mozolne odbudowywanie ubabranego w błocie wizerunku. Każdym kolejnym czystym – miejmy nadzieję – sezonem powoli liga pracowała sobie na zaufanie. Ekstraklasa S.A., kluby, telewizja czy PZPN działaniami PR-owymi zrobiły wiele dla opakowania tej ligi w jak najlepszy możliwy sposób. 10 lat po wybuchu afery korupcyjnej, coraz bardziej się o niej zapominało, coraz mniej było zatrzymań. Coraz rzadziej na trybunach śpiewało się „jeb..ć PZPN”, coraz rzadziej żartowano, że ktoś coś załatwił pod stołem, coraz rzadziej zdarzały się „niedziele cudów”. Polscy sędziowie zaczęli nawet brać udział w ważnych europejskich meczach. Opowiadanie starszych o tamtych czasach zaczynało brzmieć jak abstrakcyjne opowieści, w stylu „a potem poszliśmy na kremówki…”. Na trybunach zaczynało coraz gęściej zasiadać pokolenie, które „Piłkarski poker” traktowało jak „Rejs” czy „Misia”.

Niestety, minione cztery dni zrujnowały dziesięć lat ciężkiej pracy wielu ludzi. Ruch miał prawo czuć się poszkodowany, bo w trakcie rozgrywek stracił zdobyty na boisku punkt, Jeszcze w piątek rano nie istniała matematyczna możliwość, by został wyprzedzony przez Podbeskidzie, a w sobotę wieczorem został przez nie wyprzedzony. Podbeskidzie ma prawo czuć się poszkodowane, bo wychodząc w sobotę na boisko wiedziało, że jeśli Lechia wygra z Ruchem 2:0, Jagiellonia i Wisła nie wygrają swoich meczów, a samo pokona Termalikę 2:0, to awansuje do grupy mistrzowskiej. Zrobiwszy swoje, miało pełne prawo czuć, że awansowało do grupy mistrzowskiej. Zwłaszcza po tym jak Ekstraklasa SA. potwierdziła jego zwycięstwo nad Ruchem w klasyfikacji fair play. Gdyby w środę o losie którejś z drużyn zadecydował Trybunał Arbitrażowy, ktoś na pewno czułby się poszkodowany. Ale też ten ktoś mógłby czuć, że o jego losie zadecydował niezależny organ, złożony z prawników, którzy dokładnie i bez emocji rozsądzili sprawę. Niestety, do niezależnego arbitrażu nie doszło, a o awansie do grupy mistrzowskiej zadecydowała Lechia Gdańsk, pozostawiając – już na zawsze – masę niedopowiedzeń. Mogą się pojawić wątpliwości na ile na wycofanie skargi wpłynął PZPN? Czy może doszło do jakiejś cichej rozgrywki Ruchu z Lechią? Może Stępiński za niższą kwotę trafi latem do Gdańska? Nie wiemy. Oczywiście, nie chcę dopuszczać do siebie takich myśli. Ale sam cień takiej wątpliwości jest wielką kompromitacją ligi. I kolejnym powszechnym zszarganiem zaufania do niej. W Podbeskidziu Bielsko-Biała mogą czuć teraz nie tylko żal – jak byłoby po ewentualnej niekorzystnej dla nich decyzji Trybunału Arbitrażowego – ale wręcz niesprawiedliwość.

Ostatnie dni wiele powiedziały też o nas jako społeczeństwie nie mającym żadnego szacunku dla prawa. Poczytni i opiniotwórczy dziennikarze potrafili na serio rozważać pomysły takie jak: „olać Trybunał” (czy to się nie kojarzy z wydarzeniami ostatnich miesięcy na szczeblu państwowym?) czy „zorganizować baraż pomiędzy Podbeskidziem a Ruchem”, choć przecież w zaakceptowanym przez wszystkich regulaminie były zapisane dokładne kryteria rozstrzygające, kiedy Podbeskidzie jest ponad Ruchem, a kiedy poniżej niego. O barażu moglibyśmy debatować, gdyby w klasyfikacji fair play nastąpiła pomiędzy oboma klubami idealna równość. Wtedy mielibyśmy do czynienia z sytuacją nieobjętą regulaminem. Wszelkie inne propozycje były tylko okazywaniem totalnego braku szacunku wobec obowiązujących reguł.

Dlatego nie uważam, żeby Podbeskidzie miało sobie pluć w brodę, że nie zgodziło się na rozegranie barażu. Uważam, że Podbeskidzie zachowało się w całej sprawie w jedyny sensowny sposób, czyli powiedziało: „zgodnie z którym punktem regulaminu mielibyśmy grać baraż?”. Niestety, Ruch Chorzów skompromitował się jako klub, chcąc rozgrywać baraż w momencie, gdy był na dziewiątym miejscu. Gdyby szybko odciął się od tego pomysłu, byłby w tej sprawie Bogu ducha winny podobnie jak bielszczanie i tylko czekałby na decyzję, która nie zależała od niego. Wyszedł tymczasem na kombinatora, który – gdy jest mu to na rękę – byłby gotów złamać reguły, zasłaniając się hasłem „niech rozstrzygnie boisko”. Długo nie miałem za to pretensji do Lechii Gdańsk, która – zgodnie z obowiązującymi zasadami – miała prawo dochodzić swoich racji. Niestety, to że w niejasny sposób zrezygnowała z arbitrażu, stawia klub w fatalnym, jak najgorszym świetle. Wiadomo, że odjęty punkt dzisiaj nie jest jej do niczego potrzebny, ale honorowo byłoby nie mieszać się przynajmniej w rozstrzygnięcia między innymi klubami.

Często pada argument, że Ruch i Lechia na boisku wyprzedziły Podbeskidzie. Niestety, ale mamy do czynienia z zawodową ligą, w której oprócz grania w piłkę, trzeba spełniać również inne wymogi. Kibicom Ruchu nie przeszkadzało, gdy inne wymogi uratowały klub przed spadkiem z ligi w 2013 roku. Wchodząc do ligi, kluby zobowiązują się do przestrzegania pewnych reguł, np. spłacania zaległości w terminie. Nie szafowałbym więc argumentem: „na boisku to…”, bo nie jest powiedziane, jak skończyłoby się na boisku, gdyby Podbeskidzie, wzorem Ruchu, zadłużyło się na kilkadziesiąt milionów.

Po całej sprawie pozostaje wielki niesmak. Choć w gruncie rzeczy uważam, że na dłuższą metę najwięcej na całym zamieszaniu może zyskać Podbeskidzie. Lechia czy Ruch zajmą trochę wyższe miejsce w tabeli i dostaną za to trochę więcej pieniędzy, ale sympatii nie zyskały. Podbeskidzie będzie musiało się trochę bardziej wysilić, by pozostać w lidze, nie osiągnie pewnie swojego historycznego wyniku, ale w gruncie rzeczy i tak przeszło do historii jako klub, który był w grupie mistrzowskiej przez 45 godzin i został z niej przez niejasne układy wyrzucony. A nikogo polskie społeczeństwo nie kocha bardziej niż niesprawiedliwie przegranych.

Dlaczego Podbeskidzie (chyba) nie spadnie

Jak co roku, we wszelkich możliwych ankietach, sondach i pytaniach do ekspertów przed startem rundy wiosennej ekstraklasy, przewija się, że „dla kibiców Podbeskidzia będzie to bardzo ciężka wiosna”. A niech mnie, zawsze jest ciężka. Może nawet cięższa, gdy są oczekiwania. Z tego powodu nawet nie narzekam, że bielszczanie startują do rundy z ostatniego miejsca w tabeli. Ale czy naprawdę musi być tak źle? Czy nie wskazuje się Podbeskidzia jako głównego kandydata do spadku, bo tak się przyjęło?

Sam spokojny nie jestem. Zresztą w tych kwestiach nigdy nie jest się spokojnym. Zawsze wydaje się, że to najgorsze zdarzy się akurat im. Sam widzę, że w tym sezonie kompletnie nie widać jasnego kandydata do spadku, a co dopiero dwóch, ale łudzę się, że objawią nam się już w najbliższych tygodniach. No i że Podbeskidzia w tym gronie nie będzie. O ile przed jesienią widziałem masę racjonalnych argumentów, które kazały sądzić, że to będzie fatalna runda (wtedy, gdy u wielu dominował jeszcze dziwny hurraoptymizm), tak teraz nie podzielam fatalistycznych nastrojów. Katastroficzne wizje też w głowie mam, ale jakby słabiej poparte zdroworozsądkowo.

Po pierwsze, zgadzam się z trenerem i piłkarzami, że ta drużyna nie jest aż tak słaba jak wskazuje tabela. Nie zapominajmy, że prezes Borecki zafundował jej szalone lato, przeprowadzając wielką kadrową rewolucję w najkrótszym okresie przygotowawczym w dziejach. Do dziś trudno zrozumieć, jak można było za jednym zamachem zlikwidować całą defensywę, czyli formację, od której wymaga się najbardziej harmonijnych ruchów – Zajac i Konieczny zakończyli kariery, Pesković, Tomasik, Stano, Górkiewicz odeszli. W tym kontekście pięciobramkowe lanie od Legii i sześciobramkowe od Wisły, w ogóle nie dziwią.

Gdy spojrzeć na trzon tej drużyny, Emilijus Zubas trafił do klubu na trzy dni przed startem ligi, Adam Mójta na tydzień, Mateusz Szczepaniak na dziewięć, a Jakub Kowalski na dziesięć dni przed startem ligi. Już w trakcie sezonu, do drużyny dołączali kolejni piłkarze (Jaroch, Hiszpański), po dziewięciu kolejkach zmienił się trener. To było czyste szaleństwo. Nie było absolutnie żadnych szans na jakiekolwiek zgranie i przygotowanie zespołu, co przy straceńczej, brawurowej taktyce Dariusza Kubickiego, polegającej na grze na hurra do przodu, musiało się skończyć klęskami. Dobrze, że tak krótko, ale w sumie szkoda, że w ogóle trzeba było to przeżywać. Za szalone lato bez przygotowań drużyna zapłaciła pod koniec rundy, gdy totalnie padła fizycznie.

Teraz takiego ryzyka nie będzie. Trener miał jesienią kilka miesięcy na przyjrzenie się zawodnikom, pozbycie się tych, którzy mu nie pasują. Nie przeprowadził rewolucji. To bardzo ważne. Niektóre „fachowe” analizy mówią, że Podbeskidzie ma za sobą kiepskie okienko, bo doszło do niewielu zmian, a sytuacja w tabeli wskazuje na konieczność zmian. Nie, sytuacja w tabeli wskazuje na konieczność zachowania spokoju. Nie mam przekonania, że lepiej czyni Górnik Zabrze, ściągając tabuny piłkarzy, niż Podbeskidzie, uzupełniając kadrę. Drużyna przeszła przez większość zimowych przygotowań razem. Powinna być dzięki temu silniejsza.

Po drugie, trener. Jeszcze do końca nie wiem, co myśleć o Robercie Podolińskim. To się okaże po wiośnie. Ale mam przekonanie, że podchodzi do sprawy zdecydowanie bardziej sensownie niż Kubicki. Gdy słyszę, że Podbeskidzie będzie grać pięknie, ofensywnie i z polotem, to mam ochotę schować się pod kołdrą i nie wychodzić, bo wiem, że skończy się to katastrofą. Gdy słyszę, że Podbeskidzie będzie dużo biegać, twardo bronić i grać z kontry, to się umiarkowanie uśmiecham. W Cracovii Podoliński mógł nie pasować, bo publika była przyzwyczajona do ładnej gry drużyny Wojciecha Stawowego, do czego trochę nawiązał Jacek Zieliński. W Podbeskidziu Podoliński pasuje, bo tu oczekuje się tylko walki. Gdzieś tam może w duchu psioczymy, że Podbeskidzie zawsze kaleczy futbol, ale z drugiej strony jesteśmy wtedy spokojniejsi, bo wiemy, że to gra, w której są szanse.

Nie od dziś wiadomo też, że kluczowe w naszej lidze jest przygotowanie fizyczne, które wyrabia się zwłaszcza w okresie zimowym. W skrócie – kto zawali zimę, ten spada z ligi. A akurat w tej kwestii Podolińskiemu i jego sztabowi raczej nie można wiele zarzucić. O Cracovii Podolińskiego można powiedzieć wszystko, ale nie to, że źle biegała, co również ułatwiło start Zielińskiemu. Jest nadzieja, że Podbeskidzie też będzie dobrze biegać. A jak Podbeskidzie będzie dobrze biegać, to nie zginie.

Po trzecie, kontuzje. Przy tych wszystkich rewolucjach kadrowych i braku przygotowań, problemy zdrowotne zawodników były naturalną konsekwencją. Miesiącami niedysponowani byli Bartosz Jaroch, Anton Sloboda, Damian Chmiel, Lukas Janić, przejściowe problemy miewali też Marek Sokołowski czy Adam Deja. Teraz jest nadzieja, że w Podbeskidziu wreszcie nie będzie najwięcej kontuzji z całej ligi. Powrót Chmiela powinien być wielkim wzmocnieniem. Nawet jego wejście na ostatnie 20 minut jesieni, kiedy – kompletnie nieprzygotowany, po długiej przerwie – był jednym z najlepszych graczy na boisku, dało nadzieję. W zimowych sparingach Podbeskidzie też było z nim silniejsze. Kompletną niewiadomą jest Sloboda. Uważałem go za najlepszego piłkarza Podbeskidzia, byłem wręcz jego psychofanem. Ale w całym 2015 roku zagrał w ekstraklasie 172 minuty. I nie wiemy, jakim będzie piłkarzem. Ma jednak 28 lat, więc jest nadzieja, że jeszcze się pozbiera. A jeśli tak, to będzie potężnym wzmocnieniem.

Po czwarte, kadra. Jak spojrzeć na tę drużynę, to naprawdę – jak na Podbeskidzie – jest to bogactwo. Nie z takimi piłkarzami Podbeskidzie już się w lidze utrzymywało. Bramkarze Emilijus Zubas i Wojciech Kaczmarek gwarantują spokój na jednej z najważniejszych pozycji. Mam wrażenie, że udało się zaleczyć środek obrony. Wiem, że Jozef Piacek grał w Żylinie w parze z Szourkiem, a Szourek był słaby, ale jednak Piacek utrzymał się na tym wysokim poziomie przez siedem-osiem lat. Dochodzą głosy, że naprawdę był podporą obrony. Wygląda na typ lidera, generała. Jest wysoki. Powinien dać to, czego brakowało obronie jesienią. Przy nim lepiej powinien funkcjonować Kristian Kolcak, który już rok temu pokazywał, że zdecydowanie lepiej radzi sobie, gdy ma koło siebie kogoś organizującego całą obronę. W tym kontekście uważam, że Paweł Baranowski może być niezłą opcją rezerwową, bo w Bełchatowie, gdy drużyna jakoś funkcjonowała, był całkiem solidny. A Krystianowi Nowakowi też przyda się mieć obok siebie kogoś doświadczonego. Mam wrażenie i utwierdzają mnie w tym jego statystyki, że ten chłopak nie jest tak słaby, jak się o nim myśli. Najważniejszy problem wydaje mi się rozwiązany.

Największym atutem powinien być środek pola i to w każdej konfiguracji. Kohei Kato, Adam Deja, Mateusz Możdżeń, Anton Sloboda, Samuel Stefanik, to naprawdę solidni gracze. Biorąc pod uwagę, że z całej piątki będzie grać jednocześnie dwóch albo trzech, konkurencja jest – jak na Podbeskidzie – potężna.

Nie czuję też, by Podbeskidzie miał problem w ataku. O ile zachwyty nad Mateuszem Szczepaniakiem uważam za trochę przesadzone i przedwczesne, to jednak to jest naprawdę ciekawy zawodnik, waleczny, szybki, dobrze grający głową i odciążający Roberta Demjana, którego mam niezmiennie za najważniejszą postać zespołu. Czy więc będzie grał sam Demjan z przodu, a Szczepaniak na skrzydle, czy obaj z przodu, ustawieni pionowo, dają niezłe warianty. Jak spojrzeć na drużyny z dolnej połowy tabeli, niemal wszyscy trenerzy wymieniliby się z Podolińskim na atak – Termalica ma pięciu i żaden nie wygląda tak solidnie jak Demjan czy Szczepaniak, Śląsk atakuje jednym Bilińskim, który w Bielsku raczej nie miałby miejsca, w Górniku przeciętny Kante rywalizuje ze szczęśliwie minionym Korzymem. W Łęcznej Świerczok i Śpiączka, a w Koronie Przybyła, Sekulski i Cabrera też nie dorastają bielskiej dwójce do pięt. Nie jest źle.

Oczywiście, mogłoby być lepiej na skrzydłach, ale Chmiel, Kowalski, Szczepaniak, Sokołowski, Tarnowski to nie jest wcale żaden dramat. No i jest Adam Mójta, który chyba planuje puścić się w pogoń za Nemanją Nikoliciem, nic sobie nie robiąc z faktu, że jest lewym obrońcą, ma 30 lat i dopiero odkrył, że potrafi strzelać gole. Potrafi i to najważniejsze.

Ogólnie rzecz biorąc, zgadzam się z Robertem Kasperczykiem, że to nie jest drużyna na spadek. A czy się nie obawiam? Jasne, że się obawiam.

Dajmy Podolińskiemu szansę

Samo podanie nazwiska Roberta Podolińskiego jako trenera Podbeskidzia Bielsko-Biała wywołało u wielu kibiców tego klubu złość pomieszaną z bezradnością. Widzę to na portalach społecznościowych, widzę w komentarzach na serwisach i forach, odczuwam w bezpośrednich rozmowach. Na pewno trener nie jest tu witany jak zbawca.

Proponowałbym na razie się powstrzymać z ostrymi sądami. Punktem wyjścia do rozważań o tym, kto powinien być trenerem Podbeskidzia jest dla mnie: nie Kubicki. Skoro te koszmarne cztery miesiące klub ma już za sobą, a w tym czasie nie spadł do I ligi – choć mógł – i nie jest nawet w strefie spadkowej, a mamy za sobą dopiero dziewięć kolejek, czyli sezon jest jeszcze do uratowania, to znaczy, że może być tylko lepiej.

Jeśli już ustalimy, że każda możliwa zmiana, byłaby zmianą na lepsze, można przejść do rozważań, kto trenerem Podbeskidzia powinien być. Mój wymarzony kandydat był bardzo blisko klubu w maju, a teraz pracuje w Koronie Kielce. Na rynku trenerskim nie było aktualnie wielkiego wyboru. Wszelkie jazgoty pt. „dlaczego Podoliński, skoro jest Rumak/Kocjan/Wdowczyk”, to tylko jazgoty. Każdy może bardzo łatwo znaleźć argumenty przeciw każdemu z nich.

Słyszę, że Podoliński w Cracovii się zbłaźnił. Jak? Od furory oczywiście był daleko, ale nie mówmy o błaźnieniu się. Drużyna grała topornie, brzydko, miała wyniki bardzo przeciętne, jednak, hej, czy te wyniki odbiegały od tych, jakie zwykle Cracovia notowała? Mówimy o klubie, który przez tyle lat notorycznie walczył o utrzymanie, w którym trenerzy jedynie psuli sobie CV. Zajmowanie z nim miejsca tuż nad kreską to nie błaźnienie się, za mocne słowa. Podoliński w Cracovii wytrwał zaskakująco długo. Naprawdę mało który trener w erze Janusza Filipiaka tyle tam wytrzymał. Praca Podolińskiego w Cracovii nie jest sukcesem, ba, jest porażką, ale do błaźnienia się daleko.

Oczywiście, wyniki i styl gry Jacka Zielińskiego każą inaczej spojrzeć na pracę Podolińskiego w Krakowie. Trzeba jednak oddać Podolińskiemu, co jego: to on wymyślił sobie Sretenovicia i Polczaka jako stoperów. To za jego czasów w Krakowie pojawili się Deleu, Miroslav Covilo, Mateusz Cetnarski czy Dariusz Zjawiński. To on sprawił, że w klubie został Deniss Rakels. On postawił odważnie na Bartosza Kapustkę i Mateusza Wdowiaka. Nie zostawił po sobie w Krakowie spalonej ziemi.

Przede wszystkim jednak: za mała próbka badawcza, żeby stwierdzić, jakim trenerem jest Podoliński. Na Cracovii wyłożyło się wielu i to, że Zieliński się nie wyłożył, nie czyni automatycznie z wszystkich jego poprzedników nieudaczników.

Poza tym, w polskich warunkach jest bardzo niewielu trenerów, którzy dają jakąkolwiek gwarancję. Michał Probierz świetnie radził sobie w Bytomiu, Białymstoku, początkowo w Łodzi. Słabo w Salonikach, Bełchatowie, Krakowie i w Gdańsku, a świetnie w Białymstoku. Jakim jest trenerem? Słabym czy dobrym? Jacek Zieliński radził sobie praktycznie wszędzie, ale w Ruchu Chorzów spektakularnie sobie nie poradził. Skoro jest dobrym trenerem, to dlaczego notował tam tak fatalne wyniki? Przecież wkrótce potem przyszedł Jan Kocjan i zrobił z tą samą drużyną puchary. Wtedy Zieliński wyglądał przy Kocjanie tak, jak dziś Podoliński wygląda przy Zielińskim. Waldemar Fornalik prowadził karierę trenerską będącą pasmem sukcesów, ale w kadrze nie dał rady. Adam Nawałka, do momentu przyjścia do Katowic, miał opinię trenera, któremu praktycznie nic się nie udaje. I tak dalej. Przykładów jest mnóstwo.

Dolcan Ząbki nie działa na wyobraźnie, ale Podoliński wykonywał tam przez lata świetną pracę, ocierając się z małym klubikiem o awans do ekstraklasy. Wszyscy zgodnie podkreślali, że drużyna świetnie wyglądała taktycznie. W Cracovii sobie nie poradził. Jaki będzie w Podbeskidziu? Taki jak w Dolcanie, czy taki jak w Cracovii? Nie wiem. Jeśli wy wiecie, podziwiam.

Jest tajemnicą poliszynela, że Podoliński przegrał w Krakowie z szatnią. I co z tego? To oznacza, że przegra z wszystkimi szatniami w Polsce? Z szatnią Dolcanu dogadywał się dobrze, z szatnią Cracovii gorzej, bo to inna szatnia. Na tym polega trudność tej roboty, że coś, co z jednymi ludźmi działa, z inną grupą ludzi może nie zadziałać. Albo nie w danym momencie. Tysiąc czynników.

Podoliński pewnie wprowadzi w Podbeskidziu prosty, trochę toporny styl gry oparty na walce. W Cracovii się to nie udało, ale przychodził do drużyny, która dobrze pamiętała czasy Wojciecha Stawowego, czyli miał ją nauczyć czegoś zupełnie nowego, zmienić styl o 180 stopni. W Bielsku-Białej tak nie będzie. W Bielsku-Białej od lat sprawdzało się proste i toporne granie oparte na walce. Ma to większe szanse powodzenia niż w Krakowie.

Przede wszystkim jednak: nie wiem. Wy też nie wiecie. Podoliński ma takie same szanse bycia świetnym, jak bycia beznadziejnym trenerem Podbeskidzia. U mnie zaczyna z czystą kartą. Obserwujemy. To, że trenerowi możemy na początku pobytu zadawać pytania o to, jak chce grać, a nie o to, czy nie ucieknie do Rosji, jest kolosalnym krokiem do przodu.

Demokracja po Borecku

Miejsce i godzina czerwcowej inauguracji treningów Podbeskidzia były tajemnicą. Gdy prezes Wojciech Borecki mnie tam zobaczył, zakazał pracownikom klubu informować o nazwiskach zawodników testowanych. Gdy nieświadomy niczego menedżer ze Słowacji przekazał mi ich imiona, nazwiska, daty urodzenia i poprzednie kluby, Borecki podbiegł do niego, krzycząc: „Z tym panem nie rozmawiaj!”. Po internecie hulało już wtedy, że Podbeskidzie testuje pół świata. Widać było, że tego lata Borecki nie spocznie, póki nie napiszę o Podbeskidziu ani słowa.

 Prezes Podbeskidzia nie rozmawiał ze mną od dawna, konkretnie od 2013 roku, gdy niepochlebnie podszedłem do pomysłu fuzji Podbeskidzia z BKS-em Stal i opisałem dość opieszałe próby zatrzymania w klubie Roberta Demjana. Otwarty wcześniej i wygadany prezes, nie potrafił przez dwa lata wydusić dzień dobry. To wtedy po raz pierwszy zasugerował publicznie, że piszę z inspiracji poprzedniego prezesa (nie wiem tylko którego, z każdym miewałem mniejsze lub większe zatargi). Przez dwa lata obsesyjnie szukał w klubie i drużynie kretów, którzy wynoszą dla mnie i kilku innych dziennikarzy informacje. Pozbywał się niemal wszystkich, którzy w klubie pojawili się wcześniej od niego, bo bał się, że są częścią wrogiego układu, który chce go obalić.

 Tego lata czułem, że robi się coraz goręcej. Większość zatrudnionych przez niego pracowników klubu nie chciało już rozmawiać przy włączonym dyktafonie, gdy zakaz udzielania mi jakichkolwiek informacji otrzymał rzecznik prasowy, był to dość oczywisty następny krok. Teraz zakaz otrzymali piłkarze. Prezes Podbeskidzia zatrzymał się w poprzedniej epoce nie tylko jeśli chodzi o metody, ale i realia. Naprawdę wierzy, że w epoce mediów społecznościowych komukolwiek zdoła zamknąć usta? Nazwiska kolejnych testowanych, których nie zdołałem podać ja lub inni dziennikarze, podawane były latem przez menedżerów zawodników, na Twitterze, co było symptomatyczne. Prezes wydawał zakaz informowania, a tu łup, menedżer psuł zabawę, pisząc, kto przyjedzie na testy. Urocze.

 Prezes Borecki wystosował do naczelnego Przeglądu Sportowego pismo z żądaniem zmiany dziennikarza obsługującego mecze Podbeskidzia, co jest kolejnym niezbitym dowodem na to, że zmianę ustroju musiał przegapić.Po opublikowaniu tej informacji, pojawiło się sporo głosów wsparcia dla mnie. Dziękuję, ale tych, którzy nie wiedzą, informuję, że to nie ja mam problem.

 Piłkarze zazwyczaj nie mówią niczego kontrowersyjnego i nie uderzają w wizerunek klubu. Raczej mówią o nim same pozytywne rzeczy. Opisanie ścieżki kariery przesympatycznego Koheiego Kato, obfotografowanie go na tle bielskiego centrum i opublikowanie tego w największym polskim dzienniku sportowym raczej Podbeskidziu szkody nie przynosi, a wręcz przeciwnie. Wypowiedzi piłkarzy zazwyczaj ocieplają tekst, a nie czynią go ostrzejszym.

 Prezes Borecki dobrowolnie się tej możliwości pozbawił. Najbardziej przeszkadzają mu moje autorskie komentarze. Te, które nie zawierają żadnej wypowiedzi piłkarzy, a jedynie moją ocenę działań klubu. Ktoś zażartował, że Borecki za chwilę wyłączy mi Twittera i to faktycznie stanowiłoby jakiś problem, ale póki co, raczej się na to nie zanosi. Prezes zakazem osiąga jedynie to, że:

1. Relacje z meczów mogą być pisane bardziej pod kątem rywali Podbeskidzia.

2. Zapowiedzi meczów Podbeskidzia będą pisane z wypowiedziami osób, które w klubie nie pracują, a więc są bardziej skłonne do powiedzenia czegoś dla Podbeskidzia niewygodnego. Zwłaszcza, że przez ostatnie dwa i pół roku znacząco przybyło ludzi, którzy mają coś niewygodnego do powiedzenia na temat Podbeskidzia,

3. W Polskę idzie przekaz, że dla Podbeskidzia mniejszym problemem jest najgorszy start w historii klubu niż dziennikarz, który o tym najgorszym starcie w historii pisze, co w naturalny sposób irytuje kibiców. Ludzie oczekiwaliby jakiegoś działania w odrobinę poważniejszych i bardziej interesujących ich sprawach,

4. „Nieprzychylny” recenzent jego działań dostaje kolejny temat na bloga.

To przykład szerszego problemu, pokazującego, że Borecki może i dobrze rozumie, jak oszczędzać, ale kompletnie nie rozumie polityki informacyjnej. W Podbeskidziu działa ona tak, że oficjalna strona pisze o pewnych rzeczach dopiero wtedy, gdy wszyscy już wszystko wiedzą, a o niektórych nie pisze w ogóle, bo np. gdybym czytał tylko oficjalną stronę, to myślałbym, że w Podbeskidziu dalej grają Górkiewicz, Patejuk czy Chrapek. Żadnej informacji o ich odejściu nie widziałem. Kto jest kibicem, doskonale zna uczucie palącej ciekawości, kogo to jego drużyna ściągnie tego lata i jak długo będzie pauzował kontuzjowany pomocnik. Borecki ma to uczucie głęboko gdzieś. Nie czuje potrzeby informowania kogokolwiek o czymkolwiek.

 Cała sytuacja z moim zakazem byłaby w gruncie rzeczy śmieszna, gdyby nie to, że jest groźna. Borecki jest prezesem miejskiej spółki, która z zasady powinna być transparentna, natomiast wszystkimi swoimi działaniami próbuje zamienić ją w oblężoną twierdzę. Bielszczaninie, płać podatki, będziemy z tego finansować swoją zabawę w futbol, ale jeśli ktoś spróbuje spytać, czy aby na pewno pieniądze są wydawane z głową, zrobimy z niego członka wrogiego układu i postaramy się go usunąć. Demokracja po Borecku.