„Takich Błaszczykowskich w niższych ligach jest na pęczki”. Czy warto stawiać na młodych Polaków z niższych lig?

Wikimedia commons

Im futbol w danym kraju zdrowszy, tym bardziej klarowny łańcuch pokarmowy. Gdy wiadomo, który klub jest producentem piłkarzy, a który konsumentem, cały system zwykle działa lepiej. W cywilizowanych piłkarsko krajach, reprezentanci kraju zwykle mają za sobą grę na szczeblach juniorskich i byli chowani w najlepszych akademiach. W najgorszym wypadku zaczynali kopać na prowincji, ale ich talent został dostrzeżony przez najlepsze akademie jeszcze, gdy byli nastolatkami. W Niemczech czy w Hiszpanii rzadko zdarzają się już przypadki, by ktoś został gwiazdą futbolu, choć nigdy nie przechwyciła go żadna reprezentacja juniorska czy akademia zawodowego klubu.

Uruchomili lawinę i postawili piwo

 To ułatwia też pozyskiwanie piłkarzy. Real Madryt czy Barcelona nie muszą wysyłać mas skautów na IV-ligowe boiska w poszukiwaniu drugiego Messiego, bo wiedzą, że gdyby w okolicy Messi się urodził, grałby już w pobliskim klubie La Liga. W założeniu Bayern zbiera najlepszych z Borussii Dortmund (czy innego mocnego niemieckiego klubu), Dortmund ze średniaków, średniacy ze słabeuszy, słabeusze z 2. Bundesligi, 2. Bundesliga z III etc. Najlepiej było to widać w lecie, gdy Schalke wzięło trenera Augsburgowi, Augsburg Darmstadt, Darmstadt II-ligowej Arminii Bielefeld, Arminia Bielefeld III-ligowemu Sonnenhof Grossaspach, Sonnenhof IV-ligowemu SV Eichede, a Eichede V-ligowemu Wedeler TSV. W ramach przeprosin za uruchomienie tej lawiny Christian Heidel, dyrektor sportowy Schalke wysłał V-ligowcowi pięćdziesiąt skrzynek piwa i zaprosił całą drużynę na mecz Schalke. Przy takim systemie to praktycznie niemożliwe, by dziś ktoś z IV ligi niemieckiej wparował do szatni Bayernu i rywalizował z Lewandowskim jak równy z równym. Jeśli ktoś wyróżnia się w IV lidze niemieckiej, zostanie co najwyżej zaproszony do rezerw Bayernu.

Błaszczykowskich jest na pęczki? 

Są powody, by sądzić, że w Polsce system szkolenia i diagnozowania talentów nie działa tak sprawnie. Albo, że na razie są dopiero jego zalążki. Dlatego u nas raz za czas zdarza się, że taki Kamil Adamek z okręgówkowego Drzewiarza Jasienica zacznie sobie przyzwoicie dawać radę tuż po transferze z ekstraklasowego Podbeskidzia Bielsko-Biała, a Jakub Błaszczykowski z IV-ligowego KS-u Częstochowa podbije Wisłę Kraków. Takie przykłady działają na wyobraźnię, dlatego kibice każdego polskiego klubu, co okienko transferowe, widząc, jak działacze ściągają kolejnych anonimowych obcokrajowców, apelują o szukanie młodych Polaków z niższych lig. „Bo takich Błaszczykowskich jest w niższych ligach na pęczki. Trzeba tylko dać im szansę”.

Czy rzeczywiście niższe ligi są aż tak bogate w talent? Czy w ogóle ma sens, by skauci klubów ekstraklasowych przeczesywali III i IV-ligowe boiska? A może wystarczy przyglądać się uważnie jedynie I lidze, która jest naturalnym rezerwuarem dla elity? Prześledziłem, jak naprawdę jest z tymi młodymi Polakami w niższych ligach. Czy ci, którzy przebili się do ekstraklasy, rzeczywiście okazywali się tacy świetni? A może lepiej sięgać po obcokrajowców?

Młodych Polaków z niższych lig w ekstraklasie nie ma wcale tak wielu. I to nie musi wcale oznaczać, że z ekstraklasą jest źle (patrz Bundesliga, La Liga). Większość graczy ekstraklasowych, zanim do niej trafiła, otrzaskała się albo z I ligą (jej nie traktuję jako „niższej”, a jako bezpośrednie zaplecze ekstraklasy), albo z rezerwami klubu ekstraklasowego, albo z jego najstarszymi drużynami juniorskimi, albo w ogóle została wychowana przez kluby ekstraklasy. Trzymałem się też słowa „młodzi”, dlatego nie brałem pod uwagę graczy, którzy trafili do ekstraklasy bezpośrednio z niższych lig, mając więcej niż 21 lat. Szukałem wypisz-wymaluj karier według modelu Błaszczykowskiego. Z niższych lig prosto do ekstraklasy, jeszcze jako młodzieżowcy. Oczywiście, niektórzy z nich mogą mieć dzisiaj po 30 lat. Liczyło się to, w jaki sposób za pierwszym razem trafili do ekstraklasy.

Liderzy z Poznania i Warszawy

 Aktualnie w ekstraklasie gra 35 takich zawodników. Najwięcej (po pięciu) – o dziwo – w Lechu i Legii. W Poznaniu występują Dariusz Dudka (Celuloza Kostrzyn nad Odrą/IV liga), Maciej Gajos (Raków Częstochowa/II liga), Radosław Majewski (Znicz Pruszków/III liga), Maciej Makuszewski (Wigry Suwałki/II liga) i Szymon Pawłowski (Mieszko Gniezno/III liga). W Legii Łukasz Broź (Kmita Zabierzów/III liga), Maciej Dąbrowski (Victoria Koronowo/III liga), Artur Jędrzejczyk (Igloopol Dębica/IV liga), Michał Pazdan (Hutnik Kraków/III liga) i Michał Kucharczyk (Świt Nowy Dwór Mazowiecki/II liga). Biorąc pod uwagę, że to w większości znaczące nazwiska najsilniejszych drużyn w kraju, mógłby to być solidny argument za szukaniem graczy w niższych ligach. Proponowana najsilniejsza jedenastka wyszukanych w II lidze lub niżej wygląda tak:

 najlepsi

 Takim składem można by pewnie bić się o mistrzostwo Polski. Zwłaszcza że ławka rezerwowych też byłaby całkiem solidna. Jest też jednak druga strona medalu. Z wyciągniętych za młodu z niższych lig można by skleić skład, który z całą pewnością spadłby z ekstraklasy. A trzeba pamiętać, że i tak mówimy o elicie. Większości zawodników z niższych lig, którzy w ostatnich latach trafili do ekstraklasy, już w niej nie ma, bo zostali zweryfikowani negatywnie.

najgorsi 

Nie każdy wyciągnięty z niższej ligi staje się Błaszczykowskim. Ani nawet nie Kucharczykiem. Byłoby za prosto.

 Inna sprawa to zarabianie na transferach piłkarzy znalezionych w niższych ligach. Panuje przekonanie, że w łatwiej polskiemu klubowi zarobić na Polaku niż na obcokrajowców. To może być prawda, ale niekoniecznie dotyczy Polaków wyszukanych w niższych ligach. Spośród 51 transferów z ekstraklasy droższych niż milion euro (wg transfermarkt.de), dziewięć dotyczyło piłkarzy wyszperanych w niższych ligach:

Untitled 

Cudzoziemcy są pod tym względem nieznacznie lepsi. Za więcej niż milion euro odeszło z polskich klubów jedenastu z nich. W czołowej dziesiątce najwyższych transferów w historii ligi jest dwóch graczy znalezionych w niższych ligach i czterech ściągniętych z zagranicy.

Untitled-2 

Na zagranicznych piłkarzach da się więc zarabiać nie gorzej niż na młodych Polakach z niższych lig. Jeśli chodzi o jakość zespołu, obcokrajowcy wypadają w ekstraklasie dość podobnie do rodzimych graczy niskoligowych. Taki skład też mógłby się liczyć w walce o mistrzostwo Polski. Dałoby się jednak spokojnie skleić zagraniczną ekipę, która spadłaby z ligi.

 zagraniczni

 Zasadniczym problemem w porównaniach młodych Polaków z niższych lig i piłkarzy z zagranicy jest zupełnie inna skala, co dobrze obrazuje minione okienko transferowe. Kluby ekstraklasy ściągnęły łącznie dwóch młodych Polaków z niższych lig – Zagłębie Lubin pozyskało Radosława Dzierbickiego i Bartosza Slisza z II-ligowego ROW-u Rybnik. Równolegle wszystkie kluby najwyższej ligi ściągnęły 33 obcokrajowców. W poprzednich okienkach proporcje wyglądały bardzo podobnie. Skoro do polskiej ligi trafia co okienko ponad 15 razy więcej zawodników z zagranicy niż z niższych lig, można się spodziewać, że uda się z nich uzbierać lepszą jedenastkę i kilku najlepszych sprzedać drożej.

Na młodych trzeba czekać

 O ile okazuje się, że z zawodników z niższych lig da się utworzyć podobnie silną jedenastkę, co z piłkarzy zagranicznych i sprzedać ich równie drogo, o tyle problemem dla lobby szukającego młodych Polaków jest to, ile czasu zajmuje im dorośnięcie do poziomu ekstraklasowego. Jakub Błaszczykowski zaczął w zmierzającej po mistrzostwo Wiśle grać od razu po transferze z IV ligi. Ale to absolutny wyjątek. Z proponowanej wcześniej najlepszej jedenastki, Łukasz Załuska, Artur Jędrzejczyk i Maciej Dąbrowski przebijali się do podstawowego składu w ekstraklasie cztery lata od pierwszego pojawienia się w niej, Mateuszowi Cetnarskiemu zajęło to rok, a Szymonowi Pawłowskiemu i Jarosławowi Niezgodzie pół roku. Droga od przebicia się do podstawowego składu, do zostania gwiazdami ligi, trwała jeszcze dłużej, co najlepiej widać po Pazdanie, który trafił do ekstraklasy jako 20-latek, a etatowym reprezentantem kraju został dopiero, zbliżając się do trzydziestki. Młodzi z niższych lig często mają potencjał na ekstraklasę, ale zwykle pozyskując ich, trzeba się liczyć z tym, że minie kilka lat, kilka wypożyczeń, zanim zaczną go przywoływać. To rzadko kiedy wzmocnienia „na już”. Obcokrajowcy mają pod tym względem znaczną przewagę. Poza tym zwykle są tańsi. Dla ledwo wiążących koniec z końcem klubów, myślących na pół roku do przodu, zdecydowanie bezpieczniej jest nie słuchać lamentów kibiców i ściągać tanich, gotowych obcokrajowców.

Zagłębie ma czas

 Dlatego nie dziwi, że jedynym klubem, który tej zimy pozyskał graczy z niższych lig, jest akurat Zagłębie. W Lubinie patrzą na kilka lat do przodu. Nikt nie oczekiwał od Slisza i Dzierbickiego, że pomogą Zagłębiu dostać się do pierwszej ósemki. Być może w tym sezonie nawet nie zadebiutują. Być może wkrótce zostaną wypożyczeni do jakiegoś Chrobrego Głogów. Ale obaj dają nadzieję, że za kilka lat będą porządnymi piłkarzami. Niestety, niewiele polskich klubów stać na tak cierpliwe, długofalowe działanie. Sięganie po młodzież z niższych lig jawi się bardziej jako przywilej bogatych niż jako ostatnia nadzieja  biednych.

Moja historia Hull City

hull

2014 – FK AS Trenczyn – Hull City. Ja, Dave i mama. Phil robi zdjęcie.

Że akurat Hull City stało się od tego tygodnia jednym z najpopularniejszych angielskich klubów w Polsce, w ogóle mnie nie zdziwiło. Przyzwyczaiłem się.

 Nie potrafię powiedzieć, ile dokładnie razy przeczytałem w dzieciństwie Robinsona Kruzoe. Na pewno to liczba dwucyfrowa. Znałem tę książkę na tyle dobrze, że gdy w 2006 roku zobaczyłem w tabelkach lig zagranicznych w „Piłce Nożnej” drużynę Hull City, która dopiero co awansowała do League Championship, skojarzyłem, że Robinson Kruzoe wypływał właśnie z tego miasta. Co sprawiło, że zacząłem czuć dyskretną sympatię do tego klubu i cieszyłem się, gdy w tabelce mogłem jej dopisywać trzy punkty. Miałem czternaście lat.

 Dwa lata później założyłem bloga. Hull właśnie po raz pierwszy awansowało do Premier League. Gdy się mu dokładniej przyjrzałem, okazało się, że to klub wręcz skrojony pode mnie. Wychowany na bardzo obskurnym wtedy stadionie bardzo prowincjonalnego wtedy Podbeskidzia Bielsko-Biała, nie mogłem nie poczuć sympatii do klubu pochodzącego z miasta, które regularnie wygrywało rankingi najgorszych do życia w Anglii, w którym królowały stocznie, rafinerie, nad którym miał się rozciągać dym, a jedynymi jasnymi stronami miały być fabryka czekolady i charakterystyczne, jedyne takie w Anglii, kremowe budki telefoniczne. Dodatkowo, absolutnego beniaminka Premier League podejrzewano o to, że będzie najsłabszą drużyną w historii tych rozgrywek. Gdy na inaugurację niespodziewanie wygrał, Gary Lineker w „Match of the day” powiedział: „Zwykle nie pokazujemy tabeli po pierwszej kolejce, bo nie ma to większego sensu, ale tym razem robimy to specjalnie dla fanów Hull City”. „Tygrysy” były wtedy w strefie pucharowej. Gdy we wrześniu, trzy miesiące po tym, jak zacząłem prowadzić „Z nogą w głowie”, ograły na wyjeździe Arsenal, napisałem o nich pierwszy tekst. To były czasy, gdy bloga odwiedzali tylko mama i dziadek, których serdecznie pozdrawiam. Tamten tekst skomentował jednak także Michał Pol, co rozpoczęło mailową korespondencję (na pewno będę ją pokazywał wnukom) i blogową znajomość 16-latka z bardzo znanym dziennikarzem, która pięć lat później doprowadziła mnie do „Przeglądu Sportowego”. Nie wiem, czy zostałbym dziennikarzem, gdyby Hull nie ograło wtedy Arsenalu. Być może tak, ale nie jest to pewne.

 W 2009 roku, jako 17-latek, pierwszy raz byłem w Londynie. Akurat ruszał sezon Premier League. Liczyłem, że na którymś z londyńskich stadionów, uda mi się być. Okazało się, że Chelsea grała u siebie akurat z Hull. Siedziałem w koszulce Hull, którą mama wcześniej przywiozła mi z rywalizującego z „Tygrysami” Leeds, pomiędzy kibicami Chelsea. Podglądałem z bliska, jak londyńczycy buczeli na Stephena Hunta, przez którego Petr Cech od lat gra w czapeczce. Patrzyłem jak ładuje im bramkę, widziałem jak Didier Drogba wbija dwa ciosy w plecy i słuchałem jak młyn Chelsea zawołał w kierunku kibiców Hull: „Going down, going down”. Miał rację. W drugim sezonie po awansie, Hull spadło z Premier League.

 Moje związki z Hull dopiero się jednak zaczynały.

davephil

 W 2011 roku, akurat tuż przed maturą, Podbeskidzie grało u siebie w ćwierćfinale Pucharu Polski z Wisłą Kraków najważniejszy mecz w historii klubu. W dniu meczu, kolega z biura prasowego, przekazał mi, że na trybunach będzie dwóch kibiców Hull City. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie słyszałem, żeby w Bielsku-Białej na meczu byli fani jakiegokolwiek innego angielskiego klubu. Mogli być fanami Scunthorpe, Plymouth czy Nottingham, ale przyjechali akurat z Hull. Idąc na stadion, spakowałem koszulkę Hull. Łatwo odszukałem ich na trybunach. Gdy zobaczyli w mieście na końcu Polski, którego nazwy nie potrafili wymówić, gościa z koszulką ich prowincjonalnego angielskiego klubu, szczęki im opadły. To nie Manchester United. Oni też nie byli przyzwyczajeni, że ktokolwiek poza Hull, interesuje się Hull. Porozmawialiśmy, wymieniliśmy się kontaktami. Podbeskidzie wygrało z mistrzem Polski, co oni zresztą przepowiedzieli.

hullpokoj

Ten pokój naprawdę istnieje. W Hull, w domu Phila.

 To już sześć lat, odkąd do domu przychodzą pocztą na każdą okazję i bez okazji programy meczowe, koszulki, szaliki, proporczyki i wszelkie możliwe gadżety związane z Hull. Dave i Phil od tego czasu byli w Polsce na meczach Podbeskidzia we Wrocławiu ze Śląskiem i w Bielsku-Białej z Ruchem Chorzów. Poznali całą rodzinę. Ja byłem u nich na meczu Hull City z Crystal Palace, dzięki czemu wiem, że to, co pisałem w 2008 roku o tym mieście było kompletną nieprawdą. Dla kogoś, kto uwielbia budynki z czerwonej cegły, Hull jest przepięknym miastem. Ja uwielbiam. Nie ma żadnych rafinerii, gęstszy dym unosi się nad polskimi miastami, a opinia o samym Hull bardzo zmieniła się także w Anglii. W 2017 roku Hull nie jest już najgorszym miastem w kraju. Jest za to angielską stolicą kultury. Hull okazało się też całkiem niezłą drużyną. Choć ciągle przeżywa turbulencje, choć było na skraju bankructwa, choć egipski właściciel chciał zmieniać nazwę, choć nadal jest chłopcem do bicia w Premier League, już trzy razy wchodziło do najwyższej ligi. Miało też sukcesy w innych rozgrywkach. Na półfinał Pucharu Anglii, Dave i Phil ściągnęli mnie na Wembley.

hull

Przegrany finał z Arsenalem, dał pierwszy w historii awans do europejskich pucharów. Hull mogło trafić na rywala od zachodu Portugalii, po wschód Kazachstanu. Wylosowało jednak oczywiście słowacki FK AS Trenczyn, który grał na stadionie w Żylinie, półtorej godziny od Bielska-Białej. Na meczu byliśmy już całą polsko-angielską grupą.

 Do dopełnienia całej polsko-angielskiej historii integracji, brakowało tylko polskiego zawodnika. Wiele lat temu, bliski transferu do Hull był Marcin Wasilewski. Jednak kilka dni po tym, gdy rozpoczęły się rozmowy, Axel Witsel złamał Polakowi nogę i wykluczył go z gry na dwa lata. Teraz wreszcie się udało. Dlatego mam do Kamila Grosickiego uprzejmą prośbę: nie zawiedź. Dzień po transferze, Dave już zaopatrzył się w stosowną koszulkę.

dave

Który sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy (i dlaczego nie drugi)?

calculator-723917_640

W czołowej ósemce ekstraklasy jest po rundzie jesiennej dwóch zeszłosezonowych beniaminków – Bruk-Bet Termalica Nieciecza i Zagłębie Lubin. Leicester City został mistrzem Anglii w drugim sezonie po awansie do Premier League. A jednak jedna z obiegowych, odwiecznych „prawd” futbolu mówi, że dla beniaminka najtrudniejszy jest drugi sezon po awansie. Powtarzają to trenerzy, piłkarze i eksperci przed rozpoczęciem każdego sezonu. Tłumaczy się, że od razu po awansie drużyny „na fantazji” i „efekcie zaskoczenia” notują często wyniki ponad stan, później euforia opada, rywale uczą się grać przeciwko nowym przybyszom, wreszcie najlepsi piłkarze zostają rozkupieni przez bogatszych i w drugim sezonie po awansie wszystko się rypie. Tak powtarzamy. A czy naprawdę się rypie? Prześledziłem losy wszystkich beniaminków ekstraklasy i pięciu najsilniejszych lig europejskich w XXI wieku, by sprawdzić, czy to, co notorycznie powtarzamy, ma coś wspólnego z rzeczywistością.

 Nie ulega wątpliwości, że beniaminkowie generalnie nie mają lekko. Blisko połowa z nich (46%), opuszcza ligę w ciągu dwóch sezonów od awansu. Z drugiej strony, ta szklanka jest też do połowy pełna. 54% z nich gra w najwyższej lidze przez przynajmniej trzy sezony. Trzeba zaznaczyć, że te statystyki znacząco zawyża polska ekstraklasa. Funkcjonuje u nas powiedzenie, że trudniej awansować do ekstraklasy, niż się w niej utrzymać. I tylko w polskich warunkach takie powiedzenie ma rację bytu. Liczby pokazują wyraźnie, że różnica pomiędzy dwiema najwyższymi klasami rozgrywkowymi jest w Polsce relatywnie najniższa.

 Fałsz: Drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy

 Obiegowa prawda dramatycznie nie zgadza się z rzeczywistością. W żadnej z sześciu badanych lig, drugi sezon po awansie nie był najtrudniejszy. W każdej z nich, zdecydowanie najtrudniej przetrwać pierwszy rok. W Polsce 18% beniaminków od razu spada z ligi. To niedużo, ale w żadnym innym sezonie „śmiertelność” nie jest tak wysoka. W Europie widać to jeszcze wyraźniej. We Włoszech i w Hiszpanii blisko 1/3 klubów spada tuż po awansie (29%), w Niemczech i Francji odpowiednio 37 i 39%, a w Anglii aż w 40% przypadków rok po euforii, jest stypa. Wniosek: jeśli ktoś zamierza ugruntować pozycję w lidze, największą czujność powinien zachować tuż po największym sukcesie. Element zaskoczenia, „powiew świeżości” i inne bajki ekspertów, zwykle się nie sprawdzają.

 Prawda: Dla tych, którzy przetrwali pierwszy sezon, drugi jest trochę trudniejszy

 To prawda, choć nie aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Kto już przetrwał pierwszy sezon, jest na najlepszej drodze do sukcesu. W drugim roku po awansie, procent spadkowiczów spada. W Europie widać to drastycznie – we Francji z 39% do 11%, w Anglii z 40% do 16%, W Hiszpanii z 29% do 16%, we Włoszech z 29% do 16%, a w Niemczech z 37% do 12%. W Polsce różnica między pierwszym a drugim sezonem jest minimalna. 16% drużyn w XXI wieku spadało w drugim sezonie po awansie, czyli o jeden punkt procentowy mniej niż w pierwszym. O ile jednak degradacje w drugim roku po awansie są stosunkowo rzadkie, o tyle zwykle faktycznie drugi sezon jest trochę gorszy. 57% drużyn w drugim sezonie po awansie obniża formę, a 36% ją poprawia. Różnica jest wyraźna, choć nie tak drastyczna, jak mogłoby się wydawać. Przypadki typu Bruk-Bet czy Leicester to jednak mniejszość. Leicester był o tyle większym fenomenem, że w Anglii zwykle w drugim sezonie trudność rośnie najbardziej. Aż 2/3 klubów pogarsza wtedy swoje rezultaty. W Hiszpanii i w Niemczech ten odsetek jest najniższy i wynosi 52%. Nieciecza jest o tyle typowa, że aż 42% polskich beniaminków, w drugim sezonie po awansie się poprawia. Czyli w Polsce drugi sezon, choć też trudny, jest stosunkowo najłatwiejszy.

 Kto przetrwa drugi sezon, jest już w domu

 Można tak powiedzieć. 58% beniaminków Premier League spada z niej w ciągu dwóch lat od awansu. W innych ligach ten odsetek kręci się w okolicach połowy. W Polsce w ciągu dwóch lat spada 27% klubów. Stosunkowo najłatwiej wejść do ekstraklasy i pozostać w niej na długie lata. W Polsce ponad połowa beniaminków zostaje w lidze na przynajmniej cztery sezony, a ponad 1/3 na minimum pięć sezonów.

 Absolutni beniaminkowie mają przekichane

 W terminologii piłkarskiej funkcjonuje określenie „beniaminek tylko z nazwy”. Chodzi o klub, który teoretycznie rozgrywa pierwszy sezon po awansie, ale w praktyce nikt go jako beniaminka nie traktuje, bo jego nieobecność w lidze była tylko incydentalna. Jeśli chodzi o beniaminków absolutnych, którzy nigdy wcześniej nie grali w elicie, trudność pierwszego sezonu jeszcze wzrasta. 43% absolutnych beniaminków spada z ligi od razu w pierwszym sezonie (wśród wszystkich beniaminków 32%), a aż 58% opuszcza ligę po maksymalnie dwóch sezonach (wśród wszystkich beniaminków 46%). Najtrudniej mają nowi przybysze we Francji, bo aż 3/4 z nich spada z Ligue 1 od razu, a najłatwiej – o dziwo – w Premier League. W XXI wieku żaden absolutny beniaminek ligi angielskiej, nie spadł z niej w swoim pierwszym sezonie. W Polsce nowym też nie jest łatwo. W XXI wieku w ekstraklasie zagrało dziewięciu kompletnych nowicjuszy – Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Szczakowianka Jaworzno, RKS Radomsko, Piast Gliwice, Korona Kielce, Górnik Łęczna, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Cztery pierwsze drużyny spadły od razu w debiutanckim sezonie (45%), po dwóch sezonach „śmiertelność” wynosi już 62,5%. Żaden XXI-wieczny beniaminek nie wytrwał w lidze dłużej niż pięć sezonów z rzędu (Górnika i Koronę wycięły korupcyjne degradacje). Najdłużej walczyło Podbeskidzie, które spadło w piątym sezonie po awansie. W Polsce brakuje póki co przykładów takich jak za granicą, gdzie nowicjusz Hoffenheim gra w Bundeslidze już dziewiąty sezon, a Augsburg szósty, Getafe spędziło w La Liga dwanaście sezonów z rzędu, a Wigan Athletic osiem lat w Premier League. A to nie wróży dobrze Bruk-Betowi Termalice Nieciecza. Z każdym kolejnym rokiem obecności w ekstraklasie, prawdopodobieństwo jego spadku będzie rosnąć. Historia pokazuje, że pierwszy awans do ekstraklasy służy otrzaskaniu się z elitą, a dopiero drugi może dać prawdziwą, wieloletnią stabilizację wśród najlepszych.

Dlaczego nie traktuję Lechii Gdańsk jako poważnego kandydata do mistrzostwa

lechia

Fot. Wikimedia Commons

Obejrzawszy jak Wisła Kraków zlała w sobotę Lechię Gdańsk, zwierzyłem się na Twitterze, że takie właśnie mecze sprawiają, że nie traktuję Lechii jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Wywołałem oburzenie, którego skali się nie spodziewałem. Będąc na co dzień z dala od Gdańska, nie odnotowałem, jaka musiała tam nastąpić eskalacja przekonania o wielkości Lechii. Traktowanie jej w walce o mistrzostwo Polski z przymrużeniem oka zostało odebrane jako zbrodnia, co skłoniło mnie do gruntownego zastanowienia się, jakie mam podstawy, by tak sądzić i czy przypadkiem gdańszczan nie krzywdzę.

Zachwiana równowaga 

 Na pewno mamy do czynienia z ciekawą drużyną, mającą mądrego trenera i dobrych piłkarzy, zwłaszcza w ofensywie. Natomiast oglądając ją od blisko roku – pod wodzą Piotra Nowaka – mam wrażenie, że to zespół grający dość mocno naiwnie. Doceniam, że Lechia gra już rozważniej w obronie niż na wiosnę, niemniej dalej akcenty wydają się bardzo zachwiane na rzecz formacji ofensywnych. Z przodu Lechia ma na tyle dobrych – na polskie warunki – piłkarzy, by regularnie okładać słabszych od siebie, natomiast dla mądrego trenera, to może być rywal stosunkowo łatwy do skontrowania, co skutecznie pokazały m.in. Bruk-Bet Termalica Nieciecza i ostatnio Wisła. Jest więcej niż pewne, że coraz więcej drużyn będzie szło tą drogą. I nie są bez szans powodzenia, bo umiejętności  indywidualne akurat obrońców Lechii nie powalają na kolana. Do tego dochodzi kwestia  bramkarza. Drużyna, która sięgała po mistrzostwo, praktycznie zawsze miała przynajmniej solidnego bramkarza. Vanja Milinković-Savić bywa spektakularny, ale solidnym trudno go nazwać.  Mecz z Legią Warszawa pokazał natomiast, że potencjał ofensywny Lechii wcale nie jest tak mocny, by stłamsić innego silnego rywala. Pokazał też, że Lechia nie ma planu B. Jeśli nie zmiażdży rywala siłą ofensywy, niczego innego nie jest na dziś w stanie wymyślić.

To pretendent udowadnia siłę

 W kierowanych do mnie zarzutach padało często pytanie czy inne drużyny w ekstraklasie nie rozegrały w tym sezonie słabego meczu, który by je dyskwalifkował. Oczywiście, Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie całe mnóstwo słabych spotkań. Jednak to Lechia jest tutaj pretendentem do tytułu. A to pretendent do tytułu musi udowodnić, że jest dość silny, by móc podejrzewać go o szansę na zbicie mistrza. Legia tytułu broni. Jej siła jest już więc sprawdzona i potwierdzona. Jeśli Lechia ma być traktowana jako poważny kandydat do mistrzostwa, musi przekonać większość osób, że jest silniejsza od Legii.

Przeciętna gra z czołówką

 Jedną z podstaw mojego braku pełnego przekonania, co do siły Lechii, jest fakt, że gdańszczanie nie rozegrali jeszcze naprawdę wielkiego meczu, przeciwko wielkiemu rywalowi. Zapomnijcie o bajkach, że mistrzostwo zdobywa się w meczach z Górnikiem Łęczna, a nie z Legią. Nie w Polsce, nie w systemie ESA 37. W Polsce mistrzostwo zdobywa się w bezpośrednich starciach z innymi rywalami należącymi do szerokiej czołówki. Dlatego umiejętność rozbijania innych kandydatów do tytułu, byłaby dla przyszłego mistrza pożądana. Lechia bezdyskusyjnie poległa z Legią, w dwumeczu ma gorszy bilans od Wisły, nie dała rady Niecieczy. Ograła wprawdzie Lecha, lecz na tyle szczęśliwie, że nie rozwiała moich wszelkich wątpliwości, czy byłaby w stanie to powtórzyć. Trzynaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe z rywalami z czołowej ósemki to wynik niezły, ale nie powalający. Gdyby Lechia w fazie finałowej, tak, jak w fazie zasadniczej, przegrała trzy mecze z rywalami z czołówki, raczej nie zdobyłaby mistrzostwa.

Szczęście (na razie) sprzyja Lechii

 Tyle o odczuciach. Obiektywne, choć nie idealne, wskaźniki mierzące wpływ szczęścia na wyniki w futbolu wskazują, że Lechia jest drużyną ekstraklasy, która najbardziej w tym sezonie skorzystała na szczęściu. A szczęście, wbrew bzdurnemu powiedzonku, nie sprzyja lepszym. Nie sprzyja nikomu. Jest szczęściem, czyli na dłuższą metę zwykle się wyrównuje.

Nie spełnia kryteriów 

 W poprzednich trzech latach, czyli odkąd wprowadzono system ESA 37, mistrz Polski zawsze miał: najmniej straconych goli, najwięcej strzelonych, najmniej porażek w całym sezonie i najwięcej punktów na wyjazdach. Każdy mistrz od momentu wprowadzenia tego systemu spełniał każdy z tych warunków. Oczywiście, próbka jest dopiero trzyletnia, ale już coś mówi. Aktualnie Lechia traci więcej goli od Jagiellonii, Legii, Lecha i Zagłębia, strzela mniej goli od Jagiellonii, Legii, Pogoni i Wisły Kraków i na wyjazdach punktuje gorzej od Jagiellonii, Zagłębia, Legii, Bruk-Betu i Śląska. Nawet jeśli razem z Jagiellonią ma na koncie najmniej porażek w lidze, nie wygląda na przyszłego mistrza. Biorąc pod uwagę te kryteria, spełnia je póki co tylko… Jagiellonia.

Pod każdym względem gorsza od Piasta 2015

 Przed rokiem pisałem podobny tekst, o tym dlaczego traktuję Piasta Gliwice jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Piast ostatecznie mistrzostwa nie zdobył, natomiast miał na nie szanse do ostatniej kolejki, co oznacza, że był poważnym pretendentem. Gdyby porównać dzisiejszą Lechię, do zeszłorocznego Piasta:

  • Piast miał od niej cztery punkty więcej;
  • Zajmował pierwsze miejsce, a nie drugie;
  • miał siedem punktów przewagi nad wiceliderem, zamiast straty gorszym bilansem bramkowym;
  • wygrał trzynaście meczów, a nie jedenaście;
  • strzelił 34 gole, a nie 28;
  • zdobył u siebie 88% możliwych punktów, a nie 81%;
  • zdobył na wyjazdach 67% możliwych punktów, a nie 52%

 W praktycznie każdym kryterium, traktowany mało poważnie Piast, był lepszy od dzisiejszej Lechii. Oczywiście nie jest wykluczone, że Lechia się rozwinie, że Piotr Nowak znajdzie sposób, by poprawić skuteczność, by drużyna lepiej broniła, by lepiej grała na wyjazdach, a w zimie ściągnie kilku dobrych obrońców i bramkarza, co sprawi, że drużyna znajdzie równowagę. W ten sposób patrząc, jeśli Lechia poprawi się w wielu aspektach, może oczywiście zdobyć mistrzostwo Polski. Wtedy zacznę ją traktować jako poważnego kandydata do tytulu. Jeśli się nie poprawi, może oczywiście zająć jedno z czołowych miejsc, natomiast dziś jest wiele przesłanek, by sądzić, że raczej nie pierwsze. Mam nadzieję, że co mniej zacietrzewieni gdańszczanie zrozumieją teraz, co miałem na myśli. Bo ta drużyna, choć obiecująca, to nie jest znowu taki cud.

To nie jest liga dla zagranicznych trenerów

radolsky

Jednym z głęboko zakorzenionych mitów środowiska piłkarskiego jest przekonanie, że w Polsce panuje moda na zagranicznych trenerów. Ostatnio to zdanie powtórzył Jacek Zieliński z Cracovii w wywiadzie dla Interii, ale w podobnym tonie wypowiada się często wielu trenerów i kibiców. Tymczasem, gdy sprawie przyjrzeć się dokładniej, wychodzi na to, że Polska jest jednym z najbardziej hermetycznie zamkniętych środowisk trenerskich. I wcale nie mam przekonania czy to dobrze.

Osiem procent zagranicznych

 W ekstraklasie pracuje aktualnie dwóch obcokrajowców – Czech Radoslav Latal w Piaście i Chorwat Nenad Bjelica w Lechu. W I lidze i II lidze tylko dwa kluby mają zagranicznych trenerów – to Podbeskidzie Bielsko-Biała ze Słowakiem Janem Kocianem i Radomiak Radom z Czechem Wernerem Liczką. Choć kryterium narodowościowe, jak zwykle i w wielu dziedzinach, jest bezdennie głupie, bo np. Kocian jest w Bielsku-Białej – położonym 50 kilometrów od słowackiej granicy – traktowany za bardziej swojego niż Dariusz Dźwigała z odległej o 350 kilometrów Warszawy. Ale skoro jest niby moda na trenerów z zagranicy, przyjmijmy kryterium narodowościowe. Oznacza to, że spośród 52 klubów szczebla centralnego w Polsce, cztery mają trenerów z zagranicy. Niecałe osiem procent.

30 procent to nie trend

W czasach najnowszych, trudno w Polsce szukać śladów mody na trenerów z zagranicy. W XXI wieku, pracowało w Polsce 30 szkoleniowców z obcymi paszportami. Rekordzista, Duszan Radolsky, nie dobił nawet do stu meczów w ekstraklasie. Maksymalnie, jednocześnie zatrudnionych w ekstraklasie było pięciu trenerów z zagranicy. Taki stan utrzymał się jednak tylko przez dwa miesiące 2014 roku. Zawiszę Bydgoszcz prowadził wtedy Portugalczyk Jorge Paixao, Lechię Gdańsk Portugalczyk Quim Machado, Piasta Hiszpan Angel Perez Garcia, Legię Warszawa Norweg Henning Berg, a Ruch Chorzów Słowak Kocian. Pięciu trenerów to jednak nawet nie 1/3 ekstraklasy. Dalej trudno to nazwać modą. Zwłaszcza, że nigdy później taki stan już się nie powtórzył.

Moda jest w Anglii

 W skali Europy, też trudno mówić w przypadku Polski o modzie na trenerów zagranicznych. Raczej o czymś zgoła przeciwnym. W każdej z pięciu najlepszych lig europejskich, pracuje aktualnie więcej trenerów zagranicznych niż w Polsce. I to mimo faktu, że większość z tych krajów wychowuje wielu naprawdę znakomitych szkoleniowców. W Niemczech zagraniczni trenerzy stanowią prawie połowę ligi (8/18), choć przecież potrafiliby znaleźć równie dobrych własnych, w Hiszpanii siedem na dwadzieścia klubów prowadzą obcokrajowcy, we Francji cztery na dwadzieścia, a we Włoszech pięć. Prawdziwa moda na trenerów z zagranicy to jest w Anglii, gdzie szesnaście z dwudziestu miejsc w lidze obsadzają obcokrajowcy, a nie w Polsce, gdzie to tylko 12 procent.

Białoruski przykład

Podobnie jest w przypadku lig bardziej porównywalnych do polskiej. Odsetek trenerów zagranicznych wyższy niż Polska mają chociażby Rosja, Ukraina, Słowacja, Litwa, Łotwa czy Estonia. Na Węgrzech obcokrajowcy zajmują połowę miejsc pracy dla trenerów. W tym te najbardziej atrakcyjne – u mistrza kraju (Ferencvaros prowadzi Niemiec Thomas Doll) i lidera (Ujpeszt trenuje Niemiec Michael Oenning). Podobny przypadek do polskiego to Czechy, gdzie jest aktualnie tylko jeden trener z zagranicy, ale za to w Viktorii Pilzno, jednym z najlepszych klubów. Absolutnie żadnego obcego szkoleniowca nie mają w lidze Białorusini. Ale nie jestem pewien czy to kierunek, z którego powinniśmy brać przykład.

Wzorce z zagranicy

 W Polsce nie ma i nie było mody na trenerów z zagranicy. Niektóre kluby chętniej sięgały po obcokrajowców, ale nigdy nie stało się to ogólnoligową tendencją. Nadal, w porównaniu do kolegów z zagranicy, polscy trenerzy nie mają powodów do narzekania. Inna sprawa, czy to dobrze. Ilekroć jakiś kraj chce podnieść poziom swojego futbolu, zatrudnia licznych trenerów z zagranicy. W zamierzchłych czasach, polską ligę też podnosili Węgrzy czy Czechosłowacy. I patrząc na 30-tkę obcych trenerów, którzy pracowali w Polsce, nie mam wrażenia, byśmy musieli z nich robić diabły wcielone polskiego futbolu.

Solidni fachowcy

 Oczywiście, mamy wszyscy w głowach świeże przykłady Besnika Hasiego i Jacka Magiery, w których drużyna polskiego trenera bije na głowę zespół szkoleniowca z zagranicy. Ale wbrew pozorom, tak radykalne przypadki zdarzały się bardzo rzadko. Równie wiele było historii o trenerach, którzy swoje kluby albo podnosili na wyższy poziom albo przynajmniej robili swoje.

 Czy można narzekać na obecność w lidze Latala, który osiągnął największy sukces w siedemdziesięcioletniej historii istnienia klubu? Radolsky’ego, który podpisał triumfy prowincjonalnej Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski nad Manchesterem City czy Herthą Berlin? Czerczesowa, który z Legią zdobył wszystko, co się dało? Berga, który zanim skończył źle, zdobywał mistrzostwo i efektownie grał w pucharach? Kociana, który o mało nie przebił się z Ruchem do Ligi Europy? To przykłady jaskrawych sukcesów, ale była jeszcze cała masa trenerów, którzy po prostu rzetelnie robili swoje. Jak Robert Maaskant, ostatni mistrz Polski z Wisłą Kraków, Dragomir Okuka, który też zapisał się w historii Legii, Dan Petrescu, Jose Rojo Martin Pacheta, Werner Liczka czy nawet wyśmiewany bardziej za wygląd niż za wyniki Stanislav Levy. Ewidentnych niewypałów w stylu Hasiego czy Paixao było naprawdę zdecydowanie mniej niż solidnych fachowców. Wybierając spośród trzydziestu polskich trenerów, też łatwo znaleźlibyśmy dwóch nieudaczników.

Niedoceniane zalety grania o nic

O zaletach i wadach systemu niemiłościwie nam panującego systemu rozgrywek ESA37 powiedziano już w ciągu trzech lat jego istnienia wiele, ale nadal mam wrażenie, że nie wszystko. Nie powiedziano, że granie o nic może być pożyteczne.

Dlaczego nie jak w Premier League?

Choć niezbyt często jest mi po drodze z tym, co mówi Michał Probierz, akurat w tym aspekcie trenerowi Jagiellonii Białystok muszę przyznać rację. W wywiadzie telewizyjnym przed niedawnym meczem z Podbeskidziem Bielsko-Biała stwierdził: „Oglądałem dzisiaj u państwa w stacji mecz Premier League Swansea – Liverpool. Komentatorzy zachwycali się, że jest końcówka sezonu i jak to fajnie, że trenerzy mają okazję wpuścić do ligi młodych zawodników. Dlaczego tam to jest fajne, a u nas nie?”. No, właśnie, dlaczego?

„EMOCJE!” argumentem na wszystko

Zwolennicy obecnego systemu wszystkie argumenty o tym, że jest niesprawiedliwy, przesadnie udziwniony i sprawia, że mistrzem niekoniecznie zostaje najlepsza drużyna, a ligę opuszcza niekoniecznie najgorsza drużyna w ciągu roku, a jedynie w ciągu ostatniego miesiąca, zbywają argumentem: JEST CIEKAWIE. Są emocje. Nie ma meczów o nic.

Dziewięć ofiar systemu

Efektem ubocznym tego, że są emocje, jest coraz słabsze trzymanie ciśnienia przez ligowych prezesów, którzy – przyznajmy – nigdy nie cieszyli się opinią najcierpliwszych ludzi na ziemi. Ostatnie trzy lata przyniosły na moje oko przynajmniej dziewięć zmian trenerskich, których prawdopodobnie nie byłoby (albo przynajmniej nie w tamtym momencie), gdyby nie system ESA 37:

W sezonie 2012/13 Wojciecha Stawowego zwolniono z Cracovii tuż po podziale punktów, choć przecież „Pasy”, jako beniaminek, spisywały się naprawdę nieźle. Ale zajęły dziewiąte miejsce i zamiast w grupie mistrzowskiej, znalazły się w grupie spadkowej. Po dwóch porażkach w fazie finałowej, Stawowy stracił pracę, bo drużynie zajrzał w oczy strach przed spadkiem. Gdyby nie sztuczne kreowanie emocji, Stawowy wypełniłby kontrakt do końca sezonu i w cywilizowanych warunkach odszedłby po rozgrywkach. Nie byłoby konieczności tymczasowego zatrudniania na miesiąc Mirosława Hajdy.

W analogicznej sytuacji znalazł się Marcin Brosz, zwolniony z Piasta Gliwice po braku awansu do ósemki. Zastąpił go wtedy Angel Perez Garcia, który przepracował rok, a gdy okazało się, że gliwiczanie znów najprawdopodobniej nie załapią się do grupy mistrzowskiej, został zwolniony kosztem Radoslava Latala.

Górnik Zabrze zwolnił Ryszarda Wieczorka, choć drużyna była na piątym miejscu. Owszem, drużyna grała źle, ale gdyby nie podział punktów, nic by jej nie groziło. Władze klubu przestraszyły się jednak, że zespół wypadnie z czołowej ósemki i zwolniły trenera. Analogiczne były przykłady Piotra Stokowca zwolnionego z Jagiellonii Białystok, Jana Kocjana, którego pożegnano w Pogoni Szczecin czy Leszka Ojrzyńskiego, zwolnionego z Podbeskidzia Bielsko-Biała, mimo że czołową ósemkę przegrał o punkt. Dyskusyjne są tegoroczne przypadki Romualda Szukiełowicza w Śląsku Wrocław i Tadeusza Pawłowskiego z Wisły Kraków. Ich drużyny, w momencie zmian trenerskich, znajdowały się wprawdzie w stanie zagrożenia spadkiem z ligi, nawet gdyby nie było podziału, ale stawiam franki przeciw migdałom, że prezesom byłoby łatwiej zachować cierpliwość, gdyby nie mieli w perspektywie morderczego podziału punktów i niesprawiedliwego finiszu. O tym, że system wywołuje nerwowość mogą też świadczyć ostatnie losy Michała Probierza i Roberta Podolińskiego. Ostatecznie nie zostali zwolnieni, ale sam fakt, że o ich przyszłości się spekulowało, wynika z systemu rozgrywek. Bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie myślałby o zwolnieniu Podolińskiego z Podbeskidzia czy Probierza z Jagi, bo ich zespoły miały bezpieczną przewagę nad strefą spadkową. Ale nastąpił podział punktów.

Testy dla młodych

Nie ma meczów o nic, więc trenerzy grający notorycznie o posadę, jeszcze bardziej siedzą na dynamitach. A siedząc na dynamitach, praktycznie nie mogą sobie pozwolić na wpuszczanie młodych do drużyny. Mecz bez stawki może mieć sporą wartość szkoleniową. Z jednej strony, debiutant ma możliwość otrzaskania się z ligową piłką, rywalami, kamerami telewizyjnymi, tysiącami kibiców na trybunach, a z drugiej, jeśli popełni błąd, jego drużyna nie spadnie z ligi i w rodzinnym mieście nie zostanie zlinczowany. W ten sposób w lidze debiutowali Bartłomiej Drągowski (wpuścił cztery gole, bez konsekwencji), Przemysław Mystkowski czy ostatnio Przemysław Bargiel, jeszcze jako gimnazjaliści. Trenerzy raczej nie wpuściliby ich, gdyby wiedzieli, że w przypadku, gdy młodzi nie wytrzymają psychicznie, drużyny spadną z ligi, a oni stracą pracę.

Od razu pod wodospad

W obecnych warunkach, trener będzie raczej wolał ściągnąć – tak jak Podoliński do Podbeskidzia – ogranego w ekstraklasie białoruskiej 27-letniego Białorusina, zamiast postawić na nieogranego, ale wyróżniającego się w I lidze polskiego 20-latka. Można go zrozumieć o tyle, że trener w każdym meczu walczy o przetrwanie. Zazwyczaj na wpuszczanie młodych nie mogli sobie pozwolić ci, którzy bili się o mistrzostwo Polski i o utrzymanie, bo „presja za wysoka”. Teraz połowa ligi bije się o utrzymanie, a druga połowa o puchary, więc coraz mniej jest okazji, by przetestować młodego w boju, nie wrzucając go od razu do wodospadu.

Nieliczni szczęśliwi

Oczywiście i w systemie ESA 37 zdarzają się drużyny, które grają o nic. Tak Probierz ogrywał dwa lata temu Drągowskiego i Mystkowskiego. Tak rok temu Czesław Michniewicz odpuścił wszystkie mecze w grupie mistrzowskiej, by dokonać przeglądu kadr i dziś gra o puchary. Tak teraz Waldemar Fornalik buduje już Ruch na przyszły sezon. Doskonale, że ma taką możliwość. Szkoda, że tylko on.

Kibic też chce wiedzieć

Jasne, dla postronnego kibica mecze o nic są mniej ciekawe niż mecze o wszystko. Ale też nie przesadzajmy, w polskich warunkach, gdy wszystkie drużyny są na bardzo podobnym poziomie i nawet przed podziałem punktów walka o utrzymanie, puchary i mistrzostwo trwała zwykle do samego końca, wcale nie było ich znowu tak dużo. Akurat tyle, by kibice z ciekawością obejrzeli, jakich to 18-latków kluby trzymają w zanadrzu i do czego się nadają czekający na szansę wychowankowie, schowani w szafach przez większość sezonu, kiedy drużyna jeszcze o coś gra.

Odwrotnie niż w siatkówce

Władze lig siatkarskich w Polsce, przecież liczących się na kontynencie zdecydowanie bardziej niż piłkarska, zdecydowały kilka lat temu o zamknięciu rozgrywek, by kluby, nie będąc zagrożone spadkiem, chętniej wpuszczały na parkiety młodych siatkarzy i siatkarki. To zabieg radykalny w drugą stronę, mający tak samo mało wspólnego ze sportem, co system ESA 37, ale pokazujący, że zdjęcie presji ma się przyczynić do poprawy poziomu. U nas presję się potęguje, pompuje sztucznie do granic możliwości, a poziom stoi w miejscu, bo trudno żeby szedł w górę. W efekcie czego ekstraklasę nadal najciekawiej ogląda się poprzez czytanie suchych wyników i śledzenie tabelek, bo mecze nawet najlepszych drużyn wyglądają tak, jak ostatni finał Pucharu Polski.