Dlaczego nie traktuję Lechii Gdańsk jako poważnego kandydata do mistrzostwa

lechia

Fot. Wikimedia Commons

Obejrzawszy jak Wisła Kraków zlała w sobotę Lechię Gdańsk, zwierzyłem się na Twitterze, że takie właśnie mecze sprawiają, że nie traktuję Lechii jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Wywołałem oburzenie, którego skali się nie spodziewałem. Będąc na co dzień z dala od Gdańska, nie odnotowałem, jaka musiała tam nastąpić eskalacja przekonania o wielkości Lechii. Traktowanie jej w walce o mistrzostwo Polski z przymrużeniem oka zostało odebrane jako zbrodnia, co skłoniło mnie do gruntownego zastanowienia się, jakie mam podstawy, by tak sądzić i czy przypadkiem gdańszczan nie krzywdzę.

Zachwiana równowaga 

 Na pewno mamy do czynienia z ciekawą drużyną, mającą mądrego trenera i dobrych piłkarzy, zwłaszcza w ofensywie. Natomiast oglądając ją od blisko roku – pod wodzą Piotra Nowaka – mam wrażenie, że to zespół grający dość mocno naiwnie. Doceniam, że Lechia gra już rozważniej w obronie niż na wiosnę, niemniej dalej akcenty wydają się bardzo zachwiane na rzecz formacji ofensywnych. Z przodu Lechia ma na tyle dobrych – na polskie warunki – piłkarzy, by regularnie okładać słabszych od siebie, natomiast dla mądrego trenera, to może być rywal stosunkowo łatwy do skontrowania, co skutecznie pokazały m.in. Bruk-Bet Termalica Nieciecza i ostatnio Wisła. Jest więcej niż pewne, że coraz więcej drużyn będzie szło tą drogą. I nie są bez szans powodzenia, bo umiejętności  indywidualne akurat obrońców Lechii nie powalają na kolana. Do tego dochodzi kwestia  bramkarza. Drużyna, która sięgała po mistrzostwo, praktycznie zawsze miała przynajmniej solidnego bramkarza. Vanja Milinković-Savić bywa spektakularny, ale solidnym trudno go nazwać.  Mecz z Legią Warszawa pokazał natomiast, że potencjał ofensywny Lechii wcale nie jest tak mocny, by stłamsić innego silnego rywala. Pokazał też, że Lechia nie ma planu B. Jeśli nie zmiażdży rywala siłą ofensywy, niczego innego nie jest na dziś w stanie wymyślić.

To pretendent udowadnia siłę

 W kierowanych do mnie zarzutach padało często pytanie czy inne drużyny w ekstraklasie nie rozegrały w tym sezonie słabego meczu, który by je dyskwalifkował. Oczywiście, Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie całe mnóstwo słabych spotkań. Jednak to Lechia jest tutaj pretendentem do tytułu. A to pretendent do tytułu musi udowodnić, że jest dość silny, by móc podejrzewać go o szansę na zbicie mistrza. Legia tytułu broni. Jej siła jest już więc sprawdzona i potwierdzona. Jeśli Lechia ma być traktowana jako poważny kandydat do mistrzostwa, musi przekonać większość osób, że jest silniejsza od Legii.

Przeciętna gra z czołówką

 Jedną z podstaw mojego braku pełnego przekonania, co do siły Lechii, jest fakt, że gdańszczanie nie rozegrali jeszcze naprawdę wielkiego meczu, przeciwko wielkiemu rywalowi. Zapomnijcie o bajkach, że mistrzostwo zdobywa się w meczach z Górnikiem Łęczna, a nie z Legią. Nie w Polsce, nie w systemie ESA 37. W Polsce mistrzostwo zdobywa się w bezpośrednich starciach z innymi rywalami należącymi do szerokiej czołówki. Dlatego umiejętność rozbijania innych kandydatów do tytułu, byłaby dla przyszłego mistrza pożądana. Lechia bezdyskusyjnie poległa z Legią, w dwumeczu ma gorszy bilans od Wisły, nie dała rady Niecieczy. Ograła wprawdzie Lecha, lecz na tyle szczęśliwie, że nie rozwiała moich wszelkich wątpliwości, czy byłaby w stanie to powtórzyć. Trzynaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe z rywalami z czołowej ósemki to wynik niezły, ale nie powalający. Gdyby Lechia w fazie finałowej, tak, jak w fazie zasadniczej, przegrała trzy mecze z rywalami z czołówki, raczej nie zdobyłaby mistrzostwa.

Szczęście (na razie) sprzyja Lechii

 Tyle o odczuciach. Obiektywne, choć nie idealne, wskaźniki mierzące wpływ szczęścia na wyniki w futbolu wskazują, że Lechia jest drużyną ekstraklasy, która najbardziej w tym sezonie skorzystała na szczęściu. A szczęście, wbrew bzdurnemu powiedzonku, nie sprzyja lepszym. Nie sprzyja nikomu. Jest szczęściem, czyli na dłuższą metę zwykle się wyrównuje.

Nie spełnia kryteriów 

 W poprzednich trzech latach, czyli odkąd wprowadzono system ESA 37, mistrz Polski zawsze miał: najmniej straconych goli, najwięcej strzelonych, najmniej porażek w całym sezonie i najwięcej punktów na wyjazdach. Każdy mistrz od momentu wprowadzenia tego systemu spełniał każdy z tych warunków. Oczywiście, próbka jest dopiero trzyletnia, ale już coś mówi. Aktualnie Lechia traci więcej goli od Jagiellonii, Legii, Lecha i Zagłębia, strzela mniej goli od Jagiellonii, Legii, Pogoni i Wisły Kraków i na wyjazdach punktuje gorzej od Jagiellonii, Zagłębia, Legii, Bruk-Betu i Śląska. Nawet jeśli razem z Jagiellonią ma na koncie najmniej porażek w lidze, nie wygląda na przyszłego mistrza. Biorąc pod uwagę te kryteria, spełnia je póki co tylko… Jagiellonia.

Pod każdym względem gorsza od Piasta 2015

 Przed rokiem pisałem podobny tekst, o tym dlaczego traktuję Piasta Gliwice jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Piast ostatecznie mistrzostwa nie zdobył, natomiast miał na nie szanse do ostatniej kolejki, co oznacza, że był poważnym pretendentem. Gdyby porównać dzisiejszą Lechię, do zeszłorocznego Piasta:

  • Piast miał od niej cztery punkty więcej;
  • Zajmował pierwsze miejsce, a nie drugie;
  • miał siedem punktów przewagi nad wiceliderem, zamiast straty gorszym bilansem bramkowym;
  • wygrał trzynaście meczów, a nie jedenaście;
  • strzelił 34 gole, a nie 28;
  • zdobył u siebie 88% możliwych punktów, a nie 81%;
  • zdobył na wyjazdach 67% możliwych punktów, a nie 52%

 W praktycznie każdym kryterium, traktowany mało poważnie Piast, był lepszy od dzisiejszej Lechii. Oczywiście nie jest wykluczone, że Lechia się rozwinie, że Piotr Nowak znajdzie sposób, by poprawić skuteczność, by drużyna lepiej broniła, by lepiej grała na wyjazdach, a w zimie ściągnie kilku dobrych obrońców i bramkarza, co sprawi, że drużyna znajdzie równowagę. W ten sposób patrząc, jeśli Lechia poprawi się w wielu aspektach, może oczywiście zdobyć mistrzostwo Polski. Wtedy zacznę ją traktować jako poważnego kandydata do tytulu. Jeśli się nie poprawi, może oczywiście zająć jedno z czołowych miejsc, natomiast dziś jest wiele przesłanek, by sądzić, że raczej nie pierwsze. Mam nadzieję, że co mniej zacietrzewieni gdańszczanie zrozumieją teraz, co miałem na myśli. Bo ta drużyna, choć obiecująca, to nie jest znowu taki cud.

Dlaczego Piast nie miałby zostać mistrzem Polski

piast

Jeśli czegoś nie da się zrobić, trzeba to powierzyć osobie, która nie wie, że się nie da. Dokładnie ta zasada sprawdziła się w Piaście Radoslava Latala.

Od kilku miesięcy, ilekroć z kimś rozmawiam o polskiej ekstraklasie, słyszę zastanawianie się, „kiedy Piast spuchnie”. Jedyną osobą, od której usłyszałem, że Piast może zostać mistrzem Polski, był redaktor Czadoblog, którego spotkałem końcem września w Krakowie. Potraktowałem to jednak jako Czadoblogowe wsadzanie kija w mrowisko na zasadzie: „A dlaczego by miał nie zostać?” :) Oczywiście, teoretycznie mógłby, ale w praktyce, wtedy nie traktowałem tego poważnie.

Dzisiaj już przychylam się do zdania, że nie ma żadnego powodu, by sądzić, że Piast na pewno nie zostanie mistrzem Polski.

Głównym czynnikiem sprawiającym, że wszyscy czekamy, kiedy Piast przestanie wygrywać i wróci na miejsce w środku tabeli jest to, że mówimy o Piaście Gliwice. Starsi kibice są przyzwyczajeni, że Piast Gliwice to wieczny II-ligowiec, który nigdy nie może awansować. Dla kibiców trochę młodszych, Piast to drużyna, która czasem awansuje, czasem spadnie, czasem – z braku innych chętnych – wejdzie do pucharów, ale generalnie jest średniakiem i w walce o czołowe miejsca nie jest traktowany poważnie. „Piast? Mistrzem Polski? Dość żartów”

Sporą mentalną siłą obecnego Piasta może być to, że jego piłkarze i trener są wolni od takich skojarzeń. Trzon drużyny stanowią obcokrajowcy, dla których nazwa Piast nie brzmi bardziej niepoważnie od innych nazw w ekstraklasie. Na myśl o Legii czy Lechu nie dostają drgawek. Radoslav Latal też miał okazję wygrać w życiu z paroma poważniejszymi rywalami niż Legia czy Lech, wprawdzie jako piłkarz, ale w tym kontekście to nie ma znaczenia – ważne, że wie, iż Legia może sobie prężyć muskuły, a tak naprawdę nie ma co się za bardzo jej bać.

Daję głowę, że gdyby Piast był prowadzony przez polskiego trenera i miał w kadrze masę polskich zawodników, to zacząłby się potykać już dawno temu, z samego strachu przed goniącą Legią i z samej świadomości, że Piast Gliwice po prostu nie może być mistrzem Polski.

To mentalne powody, dla których Piast ma wielkie szanse się nie wyłożyć. Radoslav Latal nie wie, że Piast nie ma prawa wyprzedzić Legii czy Lecha, wiec wyprzedza. Latal nie wie, że w Polsce piłkarze nie mogą biegać i ciężko trenować, więc regularnie wywozi ich w przerwach na kadrę na zgrupowania i każe pracować, zamiast dawać wolne. Twarda niemiecka szkoła, dyscyplina, organizacja, porzucone parę lat temu przez większość polskich trenerów z obaw, że zawodnikom nie będzie się chciało pracować i ich zwolnią, u Latala są na porządku dziennym. I przynoszą efekty.

Piłkarsko też nie widzę powodów, dla których Piasta mielibyśmy wciąż traktować niepoważnie. Patrik Mraz to jeden z najlepszych lewych obrońców w lidze, jeśli nie najlepszy. Napastnik taki jak Martin Neszpor to marzenie większości trenerów w ekstraklasie. Radosław Murawski prędzej niż później dostanie szansę od Adama Nawałki. Kamil Vacek bardzo ciekawie zaprezentował się w reprezentacji Czech. Jeszcze parę lat temu było absolutnie nie do pomyślenia, by piłkarz z polskiej ligi grał w reprezentacji Czech, nie mówiąc już o piłkarzu Piasta Gliwice. Gdy selekcjoner Pavel Vrba mówi, że Vacek to najlepszy piłkarz ekstraklasy, wywołuje uśmiechy politowania, spowodowane głównie tym, że każdy sądzi, że najlepsi piłkarze ekstraklasy grają w Legii i w Lechu a nie w jakichś Gliwicach. Wielokrotnie pisałem, że największym grzechem szukających logiki w polskiej lidze jest przywiązywanie się do nazwisk. Uznawanie, że skoro w danej drużynie nikogo nie znamy, to musi być kandydatem do spadku (Korona Kielce). Wielu z zawodników przykładowej Legii nie jest lepszych od zawodników Piasta. Ot, po prostu przyjęło się, że gdy grasz w Legii, jesteś lepszy niż gdy grasz w Gliwicach. Przykładowy Igor Lewczuk nie tak dawno grał w Piaście i nie był nikim wielkim. Dlaczego teraz, gdy gra w Legii, ma koniecznie być lepszy od graczy z Gliwic?

Piast miał już kilka momentów, w których wydawało się, że zacznie wreszcie przegrywać. Po meczu z Pogonią, po wpadkach z Podbeskidziem i Koroną, niektórzy już wieszczyli powrót gliwiczan „na ich miejsce”. A jednak się pozbierał i gra cały czas mniej więcej tak samo. Trudno już go traktować w miejsce krótkiej niespodzianki, korzystającej na tym, że nikt go nie traktuje poważnie. Piast już dawno przestał bazować na elemencie zaskoczenia.

Osoby związane z gliwickim klubem chętnie opowiadają w ostatnim czasie, że to efekt długofalowej strategii prowadzonej przez Piasta. Moim zdaniem to bzdury. Inną strategię miał Piast z Broszem, inną z Perezem (miał jakąś?), inną z Latalem. Ściągał ciągle innych zawodników, miotał się od ściany do ściany, trenerów też zatrudniał jak z maszyny losującej. Latala zatrudniono, ale nawet sami ludzie z klubu spodziewali się, że w nowym sezonie wytrwa maksymalnie parę kolejek. Ot, nawet w maszynach losujących czasem się trafia wygrana.

Piast ma pewnie minimalnie słabszą kadrę od takiej Legii, ale dziś, na półmetku fazy zasadniczej, nie widzę powodu, dla których Piast miałby nie zostać mistrzem Polski. Czego takiego – oprócz patyny – mu brakuje?

Piasta Gliwice czeka świetlana przyszłość!

brosz

Piast pozbył się ostatniej przeszkody w drodze do świetlanej przyszłości. Nieudacznik, który zniszczył gliwicki zespół, został zwolniony. Teraz są świetni zawodnicy, rewelacyjnie poukładany klub i droga do gwiazd otwarta. Wystarczy zatrudnić jakiegoś porządnego trenera. Albo nawet nie. Wystarczy, że Brosza już nie ma, bo ta ekipa to samograj!

***

Tak się kończy zbyt wysoki wzlot. Gdyby Piast w zeszłym roku zajął bezpieczne, dziewiąte miejsce, odpuszczając ostatnie mecze, dziś Marcin Brosz spokojnie by sobie pracował, ciesząc się należną mu estymą. Ale nie, Brosz popełnił błąd Ikara, wleciał tam, gdzie nie było jego miejsce i już po nim. Po raz kolejny okazuje się, że w Polsce awans do europejskich pucharów to trenerskie samobójstwo.

Przerost ambicji, nieumiejętność realnego spojrzenia na własną drużynę, to plaga zżerająca polskie kluby. W Gliwicach uważali, że ósme miejsce, po zeszłorocznym wzlocie, im się zwyczajnie na leży. Ósme minimum. Jakby im samym nie zdarzyło się parę lat temu zlecieć z ligi w drugim sezonie po awansie.

Gdyby Piast ściągnął Ronaldo. Albo chociaż Olę Johna zamiast Collinsa. Albo nie wiem, Kownackiego, Piątka, Kwieka. Zrobił pakę jak Zagłębie Lubin. Wtedy Brosza trzeba by było wyrzucić. Ale nie, takich zawodników nie ściągnięto. Piast ma skład na poziom pomiędzy Koroną, Podbeskidziem a Widzewem, czyli dokładnie na miejsca, w których aktualnie się znajduje. To, że rok temu wzbił się wyżej, było zasługą splotu okoliczności, słabości rywali i taktycznej konsekwencji. A nie znaczyło, że Mateusz Matras to już poziom europejski.

Nie mówię, że Brosz nie popełnił błędów. Wiem tylko, że to trener, który ma otwarte oczy na to, na co wielu trenerów polskich oczy przymyka. Dietę, przygotowanie mentalne. Od dawna uważam, że najbardziej europejski element Piasta to trener. W każdym miejscu, w którym był, robił wynik przynajmniej przyzwoity. Czy to w Polonii Bytom, Koszarawie Żywiec, Podbeskidziu i w Piaście – tak, w Piaście. W Wodzisławiu też był o krok od dokonania niemożliwego.

Wiem, że trener tego nie zrobi, bo to nie w jego stylu, ale ludziom z Gliwic należałaby się teraz klątwa w stylu Beli Guttmanna. Jak ja rzucę, to też się będzie liczyć? To rzucam:

„Od teraz przez najbliższe 100 lat Piast Gliwice nie zagra w europejskich pucharach”.

Choć generalnie nikomu nie życzę źle, to Piastowi przydałby się teraz spadek z ligi. Za bujanie w obłokach się płaci.

***

Na Piast.Gliwice.pl przeczytałem tekst podsumowujący pracę Brosza. To mocny kandydat do dziennikarskiej maliny roku.

Skrót:

W pierwszym sezonie w Gliwicach Brosz fatalnie poprowadził zespół na wiosnę.

W drugim wprawdzie awansował do ekstraklasy (ledwie drugi raz w historii – dopowiadam ja, bo mogłoby się wydawać, że to takie oczywiste), ale, ALE: menedżer Bodzioch sprowadził Wojciecha Kędziorę (parę fragmentów dalej pada zarzut do Brosza o złe transfery, przy których „ostatnie słowo należy zawsze do trenera”. Przy Kędziorze nie należało?), a poza tym Piast rozgrywał większość meczów w rundzie wiosennej na własnym stadionie. A większość meczów w rundzie jesiennej rozgrywał na wyjazdach i co? Gdyby Brosz przerżnął jesienią 17 wyjazdów, to niespecjalnie by mu pomogło 17 wygranych na własnym stadionie. Na koniec rozbrajający argument o tym, że Piast miał wysoki budżet i „awans w tych okolicznościach był formalnością”. Powiedzcie to Arce Gdynia, Górnikowi Łęczna czy GieKSie, dla których awans od lat jakoś formalnością nie jest.

W ekstraklasie – czytamy dalej – Brosz działał już lepiej, bo nie stosował rotacji i wszedł do pucharów, ale zebrał baty od Azerów i zostało mu to wybaczone.

W takim jesteśmy położeniu, że lanie od Azerów to nic wielkiego. Lech dostał lanie od Litwinów i Rumaka też nie zwolniono, mimo że gdzie Lech, a gdzie Piast. W drugim sezonie Brosz niezrozumiale rotował składem. A może jednak zrozumiale, skoro zawodnicy musieli być w gorszej formie fizycznej po obcej dla nich przygodzie z Europą i graniu na trzech frontach?

Generalnie odniosłem po tym tekście wrażenie, że Brosz to największe zło, jakie spotkało Piasta. Zamiast podziękować mu za to, o czym nigdy nie mogli marzyć: bycie powyżej Górnika Zabrze, odbierają mu zasługi. Dobre sobie.

Mój absolutnie ulubiony fragment to ten, w którym autor przekonuje, że Brosz zaczął tracić kontrolę nad drużyną przegrywając w zeszłym sezonie u siebie z Bełchatowem. Tak, mecz o nic, wieńczący najlepszy sezon w historii, to najlepszy dowód na to, że drużyna zaczyna się rozłazić! :-)))

***

W mojej ulubionej Bundeslidze jest drużyna SC Freiburg, która rok temu – równolegle z Piastem – sensacyjnie awansowała do Ligi Europy. W niej spisała się – jak na niemiecki zespół – źle, w Bundeslidze przez większość sezonu była w strefie spadkowej i szybko odpadła z Pucharu Niemiec. Nieprzyzwyczajeni do grania na trzech frontach, zawodnicy wyraźnie nie wytrzymywali trudów sezonu. Gdyby Freiburgiem rządzili ludzie pracujący w Piaście, trenera Christiana Streicha już dawno by tam nie było. Ale działacze potrafili racjonalnie ocenić sytuację, dali Streichowi czas i po piorunującym finiszu zespół utrzymał się w lidze. Tyle, że nikt od niego nie oczekiwał powtórzenia wyniku.

Może Piast się w tym sezonie utrzyma, nie wiem. Ale działacze całym tym sezonem dali dowód, że nie potrafią racjonalnie ocenić drużyny. A to wróży katastrofę. Raczej prędzej niż później.

Chwalenie Manchesteru jak chwalenie Piasta

„Myślę, że z przebiegu gry ten remis nikogo nie krzywdzi”, „pokazaliśmy charakter”, „dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć”, „gdybyśmy nie wierzyli w awans, nie jechalibyśmy w ogóle do Monachium”. Reakcje na remis Manchesteru United są tak dobrze znane z polskiej piłki. A pokazują jak nisko jednak upadł Manchester.

Jasne, biorąc pod uwagę okoliczności i to, czego wielu z nas się spodziewało (ja też) remis Manchesteru z Bayernem to dobry wynik, za który United trzeba chwalić. Ale tylko biorąc to pod uwagę. To jak chwalenie polskiego narciarza alpejskiego, który dojechał na „dobrym, 17. miejscu i dawał z siebie wszystko, a na tym polega idea olimpizmu”.

Jak popatrzeć na to od strony typowo sportowej i zakładać, że Manchester gra z Bayernem nie po to, by się nie skompromitować, tylko by awansować dalej, United nie ma za co chwalić.

Czy wyobrażacie sobie parę lat temu, że przyjeżdża na Old Trafford Bayern Monachium, zabiera piłkę, gospodarze ratują się wybijaniem po autach, jakimiś dramatycznymi zrywami, dają się totalnie zdominować, wyglądają jak Southend United przy Manchesterze i pozwalają Niemcom wywieźć bramkowy remis? Ciężko sobie to wyobrazić, a jeszcze trudniej, że wszyscy kibice Manchesteru byliby jeszcze z tego zadowoleni.

Skala, kwestia skali. Pisałem już, że w Bayernie szukamy drużyny perfekcyjnej i chcemy perfekcyjnego meczu. A potem uczepiamy się ludzkich detali i mówimy: Bayern rozczarował! Tak, jeśli ktoś myśli, że monachijczycy nie mają słabych punktów, będzie przy ich meczach notorycznie rozczarowany. Teoretycznie, wykorzystując wszystkie ich błędy, można ich nawet ograć 4-0. Tylko że jakoś nikt tego nie robi. Bayern nie jest drużyną idealną, ale jest bliżej ideału niż ktokolwiek inny.

W normalnych warunkach po takim meczu i takim wyniku powiedzielibyśmy: wielki, niesamowity Bayern Monachium. I przy chwaleniu Manchesteru warto o tym pamiętać, żeby się nie zatracić. Chwalimy go, owszem, tak jak chwalimy Piasta Gliwice. Za walkę.

Śmiejcie się z siebie

Miał rację Orest Lenczyk, mówiąc, że najgorsze, co może spotkać polskiego trenera, to awans do pucharów. Jeszcze wczoraj Marcin Brosz – całkiem słusznie – był bohaterem, dziś ożyły stałe śpiewki o „ogórkach”, „frajerach”, którzy wyeliminowali Piasta. Dziś obudzili się kibice Ruchu i Górnika, którzy zalewają internet szyderstwami z gliwiczan.

Piast nie odniósł sukcesu w pucharach. Walczył, starał się, doprowadził do dogrywki, ale odpadł. Był od Azerów słabszy i chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. Karabach przeszedł zasłużenie, lecz to raczej on może mówić, że poziom europejskiej piłki się wyrównuje. Trzy lata temu rywal z Polski nie sprawił mu najmniejszych problemów, a teraz musieli się z nim sporo namęczyć.

Nie poniósł też klęski. Odpadnięcie chluby nie przynosi i już nie chodzi o to, że z Azerami. W takim miejscu jest dziś nasz futbol, że z Azerami wojujemy prawie jak równy z równym. Czasem przegramy, czasem wygramy. Dziś przegraliśmy. Piast nie zagrał swojej życiówki, ale też nie grał poniżej swoich możliwości. Grał swoje. Na krajowych rywali wystarczyło, na Azerów nie. Trudno.

Ale wyśmiewanie się z Piasta jest dziś nie na miejscu, zwłaszcza w ustach kibiców innych śląskich klubów. Naprawdę kibice Górnika, który przegrał 2/3 wiosennych meczów mają czelność krytykować Piasta? Naprawdę kogoś z Ruchu śmieszy, że gliwiczanie nie przebrnęli rundy w EUROPEJSKICH PUCHARACH? Ich powinno śmieszyć, że Ruch spadł z ligi.

Nie widzę w tym momencie śląskiego kandydata do gry w europejskich pucharach innego niż Piast. Oczywiście, w naszej lidze każdy może się zakręcić koło pucharowego miejsca, ale bardziej racjonalne jest typowanie wysokiej pozycji Piasta niż Ruchu, Górnika czy Podbeskidzia.

Brosza krytykuje się dziś za wystawianie Króla, a trzymanie na ławce kogoś tam innego. To bzdury. Dzięki temu trenerowi Piast Gliwice wszedł do Europy. To informacja z gatunku Luksemburczyków eliminujących Holendrów. Jakaś paranoja, a jednak się dzieje.

Z taką niezasłużoną krytyką trzeba uważać. W Lizbonie też krytykowali Belę Guttmana, trenera Benfiki, za którego czasów drużyna wygrywała Puchar Mistrzów. Nie chcieli mu dać podwyżki, więc odszedł, zapowiadając, że „Orły” już nigdy nie zdobędą żadnego europejskiego trofeum. Od tego czasu były już w siedmiu finałach europejskich pucharów i wszystkie przegrały.

Szanujcie Brosza swego, nie będziecie mieć lepszego.

PS. Za jedną rzecz Piastowi Gliwice dziękuje. Szlag mnie jasny przez lata trafiał, że nasze drużyny nie dość, że słabe techniczne, niewytrenowane, źle przygotowane taktycznie i słabe kadrowo, to jeszcze nie wykorzystują najprostszego sposobu zdobywania bramek na świecie, czyli stałych fragmentów gry. Nareszcie ktoś miał je przygotowane. Każdy rzut wolny czy różny siał popłoch. I o to chodzi. Jak się nie da wygrać siłą, to trzeba sposobem. Piast był tego blisko.

PPS Warto olać ogólnopolskie media, które krytykują Piasta. Legia, Lech i Śląsk miały znacznie słabszych rywali, a nie zaprezentowały się znacznie lepiej od Piasta.

Piast najmocniejszą drużyną świata

Piasta Gliwice długo traktowałem z życzliwym dystansem. Na zasadzie: niech hasa, póki mu pozwalają. Wydawał mi się takim małym kotkiem, któremu wielki pies daje się podgryzać i drażnić, ale gdyby tylko kotkowi się zachciało rządzić, to jednym ruchem łapy pies na powrót zaprowadzi porządek we wszechświecie. Myliłem się.

Widząc żądzę krwi, jaką mieli w oczach gliwiczanie w końcówce meczu ze Śląskiem Wrocław, zrozumiałem, że to jest ekipa, którą naprawdę stać na awans do pucharów. Dobrze biegają, więc mają siły by walczyć. Całkiem przyzwoicie grają w piłkę. Europejskie puchary w Gliwicach to już nie brzmi jak Robert de Niro w Mazańcowicach.

W takich momentach trzeba się cieszyć, ale warto też być czujny jak pies podwójny. Sukces od porażki dzieli bardzo cienka granica, prawda, Ruchu Chorzów? Jeden zły moment i z klasowego lidera możesz się stać pośmiewiskiem. Trzeba widzieć mankamenty, wyjmować gorzej działające ogniwa, wstawiać lepsze, dbać o konkurencję, o to by niektórzy nie obrośli w piórka. Wiem, że na każdą sytuację można znaleźć przysłowie, ale nie przypadkiem mówi się, że wyjść na szczyt jest trudno, a utrzymać się na nim jeszcze trudniej.

Jarosława Kołodziejczyka w tym głowa, żeby teraz trzymać klub w ryzach i wszystkim pracownikom wskazywać kierunki rozwoju. Podkreślać, że jest dobrze, ale to dopiero początek. Coś jak Marcin Brosz.

Dlatego ręce mi opadły i potrzaskały się o posadzkę, gdy przeczytałem słowa prezesa Piasta z dzisiejszej rozmowy z „Dziennikiem Zachodnim”. Dziennikarz zapytał prezesa o Roberta Demjana i Kamila Wacławczyka, których wymienia się w kontekście klubu z Okrzei.

„A czy my mamy słaby skład, żeby go jeszcze wzmacniać? Po co coś zmieniać, skoro wszystko dobrze funkcjonuje?”.

Takiego minimalizmu dawno nie widziałem, nie licząc Piotra Mandrysza. Tyle, że trener GKS-u Tychy tak tylko gra. Mówi minimalistycznie i zdejmuje presję z zawodników. Do wzięcia jest za darmo lider klasyfikacji strzelców i klasyfikacji kanadyjskiej ekstraklasy. Facet, który w Polsce jest dobrze zaaklimatyzowany, skromny jak Piast i pracowity jak Marcin Brosz. Z drugiej strony, całkiem, wydaje się, zdolny rozgrywający z Bełchatowa. Okazje.

Można by – od biedy – zrozumieć, że jeden czy drugi nie pasują do koncepcji. Że Piast ma innych kandydatów. Że sztab szkoleniowy zadecyduje. A nie: „po co coś zmieniać, skoro wszystko dobrze funkcjonuje”?

Piast w tym składzie osobowym nie osiągnie lepszych wyników niż w tym roku. Nie ma takiej możliwości. Znaczący skok umiejętności mogą jeszcze zaliczyć Radosław Murawski czy Dariusz Trela, ewentualnie Zbozień czy Oleksy, ale ich akurat może przy Okrzei latem nie być. Nieważne zresztą. Rozpracowani, pewni miejsca w drużynie, zadowoleni z siebie zawodnicy Piasta są skazani na gorsze wyniki. Chyba, że umiejętnie się tę maszynę podkręci.

Piast jest na początku drogi, a jego prezes brzmi, jakby już wybudował pomnik i dobrnął do końca historii jeśli chodzi o drużynę piłkarską. Nic lepszego już się nie uda wymyślić. Żadna drużyna świata nie jest tak dobra, żeby nie mogła być lepsza. Trzeba je wzmacniać szczególnie po udanych sezonach, gdy motywacja piłkarzy będzie uśpiona. Barcelona ten moment przespała. I cała masa beniaminków, które najpierw zachłystywały się tym, jaka ta ekstraklasa wcale nie straszna, a później szybko z niej wypadały.

Mam nadzieję, że pan prezes tylko mówi, a decyzje o transferach zapadają w innym gabinecie. U kogoś, kto nie odleciał. Dla dobra Piasta.

Nie będzie polskiej kompromitacji w pucharach

Lista polskich kompromitacji pucharowych jest solidnie dokarmiona i bogata, ale w tym roku się nie powiększy. Czas przestać traktować porażki naszych klubów w Europie jako wstyd, a zacząć jako naturalny stan rzeczy. Wątpię, by np. Albańczycy za każdym razem myśleli, że Vllaznia Szkodra podbije Ligę Mistrzów, a Zeta Golubovci do spółki z Besą Kavaje rozłupią w pył Ligę Europy. Spodziewają się raczej najgorszego, więc też nie przeżywają kompromitacji.

To dobra rada dla nas. Tak źle jak w ostatnich dwóch latach, dawno nie było. Sytuacje z poprzedniego i obecnego sezonu są jednak odrobinę różne. O ile wtedy łatwo było przewidzieć, które drużyny awansują do pucharów, a wskazanie mistrza Polski było jak wskazanie rezultatu rzutu kostką, o tyle nie sprawia dziś wielkich problemów wskazanie, kto wygra ligę, ale już kto będzie nas reprezentował w pucharach? Tajemnica taka, że ci od enigmy przeszliby na emeryturę.

Lech, Legia – wiadomo. Prezentują się na tyle nieźle, by ledwo prześlizgnąć się w dwóch pierwszych rundach przez jakąś zakaukaską drużynę i odpaść z losowo wybranymi Skandynawami, Austriakami czy południowymi Słowianami. Ale ich udział w europejskich pucharach nie podlega dyskusji. Jacy są, tacy są, lecz lepszych w tej chwili nie mamy, więc trzeba ich wystawić. Sęk w tym, że my mamy miejsc pucharowych aż cztery.

Cztery!

Oglądam mecz Śląska i myślę, że to niemożliwe, by ta drużyna awansowała do europejskich pucharów. Przecież ich metodą na mecze jest wieczne ślizganie się. Jakoś to będzie. Tyle, że ślizganie się wychodzi tylko tutaj. Śląsk już rok temu był słaby, ale w porównaniu do tego, co jest dziś, ten zeszłoroczny jawi się jako Wielki Śląsk.

A taka Wisła Kraków? Jutro gra ze Śląskiem. Jest wielce prawdopodobne, że jeden totalny przypadek (Wisła zwykle tak strzela), samobój Pawelca w stylu Dorde Cotry, strzał życia Sikorskiego, da temu zlepkowi awans do pucharów. Zlepkowi, który nie ma trenera, a jedynymi jego atutami są oldboje. Wisła zawsze była dla mnie potęgą, bo w takich czasach się wychowałem i jej udział w europejskich pucharach jest czymś najzupełniej oczywistym, ale ludzie, nie w tym roku. Wilk powiedział „W pizdu, co za sezon!” i miał rację. A na koniec Wisła miałaby awansować do pucharów? Jest blisko.

Ruch? Drużyna bez zalążka stylu, którą cechuje bylejakość, o której mówi się, że jest nieobliczalna i może wygrać z każdym, ale zwykle pokazuje, że z każdym to może, ale przegrać. Piłkarze, o których Mariusz Śrutwa mówi, że nie mają jaj, którzy narzekają, że media za bardzo napompowały balon przed meczem z Podbeskidziem Bielsko-Biała, którzy zostali zdemolowani przez Viktorię Pilzno będąc wicemistrzami Polski? Jasne, Pilzno to mocna drużyna, każdy widział, co robiła w Lidze Europy, ogrywała drużyny, które mają rezerwy mocniejsze niż Ruch pierwszy zespół, ale 0-7 w dwumeczu klasowy zespół nie przegrywa. Chyba, że „klasowy” rozumiemy jako „reprezentacja klasy 6C”.

Górnik? Z Mączyńskim na środku, Boninem na skrzydle i Zahorskim w ataku? Zespół, który na wiosnę przegrał pięć meczów? W którym – paradoksalnie – jedynym jasnym punktem jest Prejuce Nakoulma? Oczywiście, z mojej perspektywy świetnie by było, gdyby dwie śląskie drużyny awansowały do pucharów (to możliwe), ale naprawdę, z czym do ludzi. Górnik, który tak znakomicie opanował system pucharowy, że co roku odpada w pierwszej rundzie Pucharu Polski?

A inne kandydatury? Piasta w kontekście pucharów nie traktuje poważnie nawet sam Piast. Fajnie się oglądało, jak poznaniacy wczoraj z gracją chwycili beniaminka za szyję i czekali aż ten wyda ostatnie tchnienie, ale trochę gorzej się robiło, gdy sobie człowiek przypominał, że tenże Piast wkrótce może z konieczności grać w pucharach. Polonia Warszawa nawet nie wiadomo czy w lipcu będzie istnieć. A Jagiellonia? Tę kandydaturę na pewno poważnie traktuje jej trener, ale raczej tylko on.

Oczywiście, skoro mamy tyle miejsc, to trzeba je będzie zapełnić. Mam jednak wrażenie, że w klubach doskonale wiedzą, co oznacza dla nich zetknięcie z Europą. Spore problemy. Dalekie wyjazdy, nieatrakcyjne mecze, rozbite przygotowania. Waldemar Fornalik wyświadczył bratu niedźwiedzią przysługę. Gdyby nie awansował do pucharów, kto wie, może Tomasz Fornalik dalej by pracował. Trenerzy nie są ślepi, też wiedzą, że przy mocarstwowych ambicjach naszych prezesów, lanie może drogo kosztować. A nie ma co potem latem oczekiwać niczego oprócz tęgiego mordobicia.

Marcin Brosz powiedział wczoraj w wywiadzie dla „PS”, że poziom ligi wzrasta, tylko brakuje spektakularnego sukcesu w europejskich pucharach. Nie. Parę lat temu taki Piast nazywał się Odra Wodzisław. Też polegał na solidnej obronie i strzelaniu goli ze stałych fragmentów gry. Wtedy jednak pozwalało się to co roku psim swędem utrzymywać, teraz pozwala myśleć o europejskich pucharach.

Brosz myli skutek z przyczyną. Poziom ligi się obniżył, więc nie ma sukcesu w europejskich pucharach. Nie odwrotnie.

Piast już się powinien martwić

Piast Gliwice notuje tak dobre wyniki (nie mylić z: gra tak dobrze), że lada moment będzie najlepszą śląską drużyną i zaczyna mieć jakieś szanse na europejskie puchary. O ile „wyścig” o mistrzostwo wygląda żałośnie, to ten o trzecie miejsce jest jeszcze gorszy. Górnik, który na wiosnę nie zagrał jeszcze dobrego meczu, Śląsk, który dobrego meczu nie zagrał od półtora roku, Lechia, czyli najbardziej nijaka drużyna ligi. No i ten Piast.

Nie jest wykluczone, że beniaminek wykorzysta nijakość ekstraklasy i faktycznie zajmie miejsce pucharowe. Nie musi być nawet trzeci. Jeśli Śląsk zajmie trzecie miejsce i w finale Pucharu Polski trafi na Legię, to także czwarta pozycja w lidze da awans do pucharów. Ale na miejscu gliwiczan jednak bym uważał. Nie odlatywał. Już myślałbym o następnym sezonie.

Dopiero w nim okaże się czy w Gliwicach potrafili wyciągnąć wnioski ze swoich i cudzych błędów. Swoich, bo już raz Piast w drugim sezonie spadł z ekstraklasy. Cudzych, bo jest ryzyko, że gliwiczanie popełnią błąd Podbeskidzia. „Piastunki” chętnie czerpią zasoby ludzkie z Bielska-Białej: Marcin Brosz, Marek Matuszek, Michał Wilk, Bogdan Wilk (pamiętajcie, menedżer, nie kierownik!!!), Tomasz Mikołajko. Niech też czerpią wiedzę. Bo mniej więcej w analogicznym okresie poprzedniego sezonu, Podbeskidzie zajmowało piąte miejsce i jej mecz z Koroną Kielce okrzyknięto mianem „walki o puchary”. Jak było, wszyscy pamiętają. Ani kielczan nie było w Europie, ani bielszczan.

To właśnie teraz jest dla Piasta najtrudniejszy moment. Nie można nic zepsuć w dobrze funkcjonującej maszynie. Trzeba wypłacić wszystkie obiecane premie. Trzeba zatrzymać największe gwiazdy. Najważniejsze: NIE POPADAĆ W SAMOZACHWYT (zwłaszcza obowiązuje prezesa i asystenta trenera, którzy wydają się na samozachwyt podatni). Drużynę latem trzeba bezwzględnie wzmocnić. Nie zmienić, tylko wzmocnić.

Gdyby oderwać się od wyników, Piast nie jest super drużyną. W Krakowie przez większość czasu nie istniał. Ma mnóstwo ogniw do wymiany. Dziś wygrywa stałymi fragmentami gry. Ale kiedyś przyjdzie moment, że dana drużyna nie będzie faulować w pobliżu bramki. Że będzie dobrze wybijać piłki. Że Tomasz Podgórski zostanie rozpracowany. To właśnie wtedy w Gliwicach zacznie się problem. Całkiem prawdopodobne, że stanie się to jeszcze w tym sezonie. Jeśli ktoś nie wie, dlaczego wygrywa, to nie będzie też wiedział, dlaczego przegrywa.

Piast nie sprawia dla mnie wrażenia drużyny, która ma swój styl. O ile narzekania trenera Kaczmarka na toporną piłkę Piasta są śmieszne, bo po pierwsze, która drużyna w Polsce nie gra topornie, a po drugie nawet jeśli któraś gra, to nie jest to jego Lechia, o tyle prawdą jest, że stałe fragmenty gry to środek doraźny. Ważny, warto go mieć w swoim arsenale, ale nie można na nim opierać gry. Nie można ulegać złudzeniu, że drużyna, która umie tylko dobrze bić rogi i rzuty wolne jest już klasowa. Nie, nie jest.

Dlatego na ochy i achy nad Piastem patrzę przychylnie, ale z dystansem. Jeśli w Gliwicach mądrze popracują w najbliższych miesiącach, są w stanie zrobić naprawdę dobrą drużynę, która na dłużej zadomowi się w ekstraklasie i będzie w niej coś znaczyć. Jeśli siądą i pomyślą, że są absolutnie znakomici, za rok mogą się obudzić na obecnym miejscu Bełchatowa i Podbeskidzia.

Za co Dudek przeprosił?!

Dariuszowi Dudkowi zdarzyło się w ostatnim czasie wiele wypowiedzi co najmniej dziwnych czy budzących wątpliwości. Ta słynna już, poderbowa, akurat do nich nie należała. To były najzwyklejsze kurtuazyjne słowa, jakie po większości meczów kierują do siebie trenerzy obu drużyn. W niczym nie przekraczały normy. Przypomnijmy, o które słowa chodzi:

„Chciałbym pogratulować trenerowi Adamowi Nawałce zdobycia trzech punktów. Górnik je dzisiaj wywalczył i wiem, że są one dla zabrzan bardzo cenne i ważne. Z tego co widziałem, choćby na prezentacji Górnika, zespół ten chce walczyć o miejsce 1-3, o puchary. Życzę tego Górnikowi, teraz już po meczu. Myślę, że ten regionalny patriotyzm trzeba trzymać i jak najbardziej życzę Górnikowi, aby zagrał w europejskich pucharach. Nasze cele są inne. Jesteśmy drużyną na dorobku. Po udanej rundzie jesiennej, gdzie zdobyliśmy 22 punkty i wszyscy chcieliby nas widzieć na miejscach 1-3, ale tak się nie da. Na to trzeba czasu i dużo pracy. W tym sezonie naszym celem jest utrzymanie ekstraklasy dla Gliwic”

No i o co tyle hałasu? Dzisiaj kibice Piasta wystosowali oświadczenie, które dowodzi dwóch rzeczy:

 1. Ktoś tu bardzo nadinterpretuje słowa Dudka

2. W Gliwicach naprawdę uwierzyli, że Piast jest już mocarstwem w tej części Europy. Dotychczas myślałem, że utrzymują tak jedynie Jarosław Kołodziejczyk i Dariusz Dudek, któremu notabene nie trzeba tłumaczyć, że Piast jest wielki. Sądząc po jego wypowiedziach, wypadałoby mu raczej powiedzieć, że nie jest aż tak wielki jak myśli. To ostatnia – albo przedostatnia, po prezesie – osoba, którą można by podejrzewać o to, iż myśli, że pracuje w słabym klubie.

Oświadczenie jest bzdurne z wielu względów. Najbardziej bzdurne jest jednak: „Niebiesko-czerwoni nie są pod żadnym względem gorsi od rywala zza miedzy”.
Nie wiem, kto to konkretnie pisał, ale przypominam iż:

1. Górnik – Piast 1-0

2. Piast – Górnik 1-2

3. Pozycja w tabeli Górnika: trzecia. Pozycja Piasta: siódma.

4. Ilość zdobytych bramek: 24-21 na korzyść Górnika

5. Ilość straconych bramek: 11-25 na korzyść Górnika

6. Ilość zawodników powołanych w minionym roku do reprezentacji Polski: 3-0 na korzyść Górnika

7. Ilość tytułów mistrza Polski: 14-0 na korzyść Górnika

Gdybym nie był leniwy, natrzaskałbym tu 100 punktów świadczących o wyższości Górnika nad Piastem. Przypominam, że wystarczyłby jeden, by obalić tezę tekstu: „Piast nie jest pod ŻADNYM WZGLĘDEM gorszy od rywala zza miedzy”. Chyba, że rywalem zza miedzy miało być Carbo albo Fortuna. Wtedy OK.

Co jeszcze ważniejsze, Dudek ani jednym słowem nie wspomniał, że Piast jest gorszy od rywala zza miedzy (chociaż byłoby to prawdą). A życzenie awansu do europejskich pucharów? Cóż, niezacietrzewieni ludzie ze Śląska – bo oświadczenie pisali ludzie zacietrzewieni – generalnie wolą jak w pucharach gra klub ze Śląska niż z Poznania, Warszawy czy z Suwałk. 

Na koniec jeszcze powalił mnie na kolana fragment, w którym gliwiczanie apelowali do klubu, by zabronił się Dudkowi wypowiadać w mediach, czytaj: ustanowił mu cenzurę prewencyjną. A jak przyjdzie (już za chwilę) Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych to będą z pełnym przekonaniem krzyczeć: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. I wcale nie będą czuć, że coś tu nie gra…

W skrócie mówiąc: oświadczenie jest tak idiotyczne, że szkoda je w ogóle komentować. Absurd w co drugim zdaniu.

Ale najbardziej osłabiła mnie reakcja Dariusza Dudka. Oczywiście najlepiej by było, gdyby je trener Piasta olał, bo z czym tu dyskutować, jak ktoś ewidentnie nadinterpretuje jego kurtuazyjną wypowiedź. Ale rozumiem, że trener musiał to zrobić, bo lepiej żyć z kibicami dobrze. Trzeba więc było krok po kroku, łopatologicznie, uświadomić tym, którzy nie zrozumieli, że w konferencyjnych słowach Dudka nie było NIC ZŁEGO. Ani jednego kontrowersyjnego słowa. Niestety, Dudek przeprosił. Za co?

Za co?

Pokajał się, padł na kolana i jeszcze na koniec pocałował nadstawiony sygnet kibiców, łechtając im ego, mówiąc o tym, jakie to wielkie były zasługi kibiców dla awansu do ekstraklasy.

Dudka były większe, ale kibicom jakoś to nie przeszkadza w mieszaniu go z błotem.

Prezesie, tu Ziemia!

- Dzisiaj jesteśmy jedynym chyba w Polsce klubem, z którego nikt nie chce odejść – mówi Jarosław Kołodziejczyk, prezes Piasta Gliwice, w dzisiejszym dzienniku „Sport”.Nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że się na beniaminka, czy jego prezesa, czy Dariusza Dudka, uwziąłem. Nie. Co więcej, Marcina Brosza lubię i cenię. Uważam, że jemu wytrysk wody sodowej nie grozi. Widzę go jako zwolennika mozolnej, stopniowej pracy u podstaw, budowania klubu krok po kroku, „oddawania dwóch dobrych skoków”. Szkoda, że nie można tego powiedzieć o pozostałych osobach związanych z Piastem…

Niestety, wypowiedź Kołodziejczyka dołącza do coraz liczniejszej kolekcji jego „odjechanych”. Żeby grać długo w takim klubie jak Piast (tyczy się też wielu innych, właściwie wszystkich polskich), trzeba spełniać dwa warunki:

- Być na tyle niezłym, żeby utrzymywać miejsce w kadrze niezależnie od zmian trenerów.

- Być na tyle przeciętnym, żeby nikt nie chciał cię kupić.

Stąd biorą się pokraczne współczesne „legendy” naszych klubów. Cienciała, Koman, Górkiewicz – legendy Podbeskidzia, czyli ludzie, którzy potrafili długo utrzymywać się w kadrze, ale też nigdy nie mieli jednej wystrzałowej rundy. Ci, którzy mieli – Sacha, Chrapek, Kołodziej i inni, szybko odchodzili. Tak samo z Piastem. Jarosław Kaszowski np. jest symbolem klubu z Gliwic i szedł z nim od A klasy po ekstraklasę, ale gdyby np. w III lidze grał nienagannie jako obrońca i huknął dodatkowo 11 goli w sezonie, to zgłosiłby się po niego inny klub i zabrał do siebie. Tyle by było z legendy.

Dlatego szczycenie się, że jest się „jedynym klubem w Polsce, z którego nikt nie chce odejść” jest cokolwiek dziwne. Może wprawdzie oznaczać rzecz pozytywną: w klubie dobrze i na czas płacą, a trener nie irytuje zawodników (tyle, że za miejskie pieniądze, co trochę umniejsza osiągnięcie gliwiczan). Ale oznacza też rzecz negatywną: rynek ocenia naszych piłkarzy jako przeciętnych. Nikt nie zabija się o to, żeby mieć ich w składzie.

Bo oczywiście są w Europie bogatsze kluby od Piasta. Ba, są nawet takie w Polsce. Ale z nich piłkarze chcą odchodzić. Górnik Zabrze jest gorszy od Piasta, bo jego najlepszy napastnik odszedł? Ruch Chorzów jest gorszy od Piasta, gdyż jego najlepszy strzelec wybrał granie przeciwko Drogbie i Sneijderowi zamiast Klepczyńskiego i Zganiacza? Śląsk Wrocław jest gorszy, bo jego skrzydłowy może trafić do Lokomotiwu Moskwa? Legia Warszawa, bo jej młody talent trafił do czołowej ligi świata? Patrząc z tej perspektywy, drugim – oczywiście po Piaście – najlepszym klubem w Polsce jest Polonia Warszawa. Z niej zawodnicy nie chcą odchodzić nawet gdy mają grać w milion razy lepszej lidze, przy milion razy większej publiczności, zarabiać milion więcej i dodatkowo już się z tym nowym klubem dogadali.

Wydawało mi się, że dostanie kopa w zad uczy pokory. Żeby Piasta kiedyś to nie spotkało, rozumiałbym. Nie jest Piast pierwszym beniaminkiem, któremu nieźle idzie. Wielu z nich szybko spadało. Ale gliwiczanie mogliby powiedzieć: my nie jesteśmy „inni” i nie nazywamy się „wszyscy”. Tyle, że Piast sam całkiem niedawno po niezłym sezonie został brutalnie wykopany z ligi. Wraca po dwóch latach i znów macha szabelką? Trochę pokory. Póki co jesteście najlepszym klubem Gliwic. Próbujcie pracować spokojnie – jak Marcin Brosz – to może kiedyś staniecie się najlepszym klubem Śląska. O Piaście jako potędze w skali ogólnopolskiej nie mówię, bo nie dożyję, po co sobie fantastyką głowę zawracać?