Dlaczego nie żyjemy w epoce Realu Zidane’a

zidane

Dość niepostrzeżenie, czasy, w których Real Madryt sześć razy z rzędu nie mógł przebrnąć 1/8 finału Ligi Mistrzów, a tego trofeum nie był w stanie zdobyć przez dwanaście lat, zmieniły się w absolutną hegemonię Królewskich. W ostatnich siedmiu latach Real zawsze dochodził do najlepszej czwórki elitarnych rozgrywek, cechujących się większą niż gdziekolwiek indziej rotacją na szczytach, a w ostatnich czterech sezonach, trzy razy wygrał. Jako pierwszy obronił też trofeum, co skłoniło wielu do obwieszczenia, że żyjemy w erze wielkiego Realu, jak żyliśmy w erze wielkiej Barcelony. Patrząc na uginającą się półkę z trofeami pewnie tak jest. Ale o ile świetna, pragmatyczna gra zwykle wystarcza do zdobywania trofeów, zwykle nie wystarcza do stworzenia ery, epoki, przejścia do grona drużyn powszechnie uznawanych za najlepsze w historii futbolu.

 Debata o Zinedinie Zidanie trwa przynajmniej od roku, a z każdym trofeum zdobytym przez Francuza się nasila. Coraz więcej osób przyznaje się do tego, że nadal właściwie nie wie, jakim Zidane jest trenerem. Patrząc na życiorys, już jednym z absolutnie najlepszych w historii futbolu. Dołączając do tego boiskowe trofea Zidane’a, okaże się, że spośród najlepszych piłkarzy w historii świata, tylko Johan Cruyff i Franz Beckenbauer osiągnęli tyle, ile Francuz. Mimo to, to nadal nie można mieć stuprocentowej pewności, czy prezesi przykładowego Stoke City, mając możliwość zatrudnienia Zidane’a, zdecydowaliby się na to, choć pewnie przy nazwiskach Mourinho czy Guardioli by się nie zastanawiali, tylko korzystali z okazji. O ile do wygrywania czasem wystarczy, że trener nie robi nic, o tyle do ustanawiania er i zdobywania powszechnego uznania, potrzeba zwykle wyraźnego rysu, charakterystyki zespołu. Stylu. Wbrew często powtarzanemu stwierdzeniu, to nie o stylu ludzie szybko zapominają, a o wynikach. Styl nie jest potrzebny, by wygrywać, ale jest potrzebny, by być pamiętanym.

 Gdyby spróbować przywołać największe drużyny, z największymi trenerami w historii futbolu, zwykle znajdują się tam ci, którzy próbowali odcisnąć piętno na całej dyscyplinie. Arsenal Herberta Chapmana, węgierska Złota Jedenastka Gustava Sebesa, Benfica Beli Guttmanna, zespoły Helenia Herrery, holenderski futbol totalny Rinusa Michelsa, Milan Arrigo Sacchiego, Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego, Dream Team Cruyffa czy Barcelona Guardioli to zespoły, które większość wyrobionych fanów futbolu wskaże jako niezapomniane, niezwykłe. Kamienie milowe w rozwoju dyscypliny. Łączy je to, że każda miała ambicję nie tylko wygrywać, ale też stworzyć pewien uniwersalny model wygrywania. Stanowiły holistyczny obraz świata. Miały proroka, nauczyciela, którzy rzucał ludziom piłkę i uczył ich od nowa, co się z nią robi. Zadaniem zawodników nie było tylko wyjście na boisko i wygranie meczu, jak u Vicenta Del Bosquego, Carla Ancelottiego czy dzisiaj Zidane’a. Zadaniem zawodników było wyjście na boisko i wygranie w określony sposób. Zależnie od aktualnego wcielenia, albo poprzez kompletną kontrolę nad piłką, albo nad przestrzenią. Każda z tych drużyn tworzyła nowe ustawienia (WM), nowe pozycje (fałszywy napastnik), nowe sposoby gry (czwórka w linii), które wkrótce rozprzestrzeniały się na cały świat futbolu i odciskały na nim piętno. Wielkie drużyny, które wygrywały wiele, jak Real Madryt lat 50. czy Bayern Monachium lat 70. pamięta się. Nie pamięta się ich trenerów. Przeszły do historii jako „Real Di Stefano” czy „Bayern Beckenbauera”. Są wszelkie podstawy, by sądzić, że aktualny hegemon przejdzie do historii jako „Real Ronaldo”, a nie „Real Zidane’a”

 Beckenbauer wydaje mi się tu dobrym przykładem tego, co może czekać Zidane’a. Wyobrażam sobie, że w czasach, w których prowadził reprezentację Niemiec, większość miała wobec niego podobne odczucia. Wybitny piłkarz, który nie do końca wiadomo, jakim jest trenerem. Zdobył mistrzostwo świata i jako zawodnik i jako trener, wygrywał Złotą Piłkę, teoretycznie zasługuje na miejsce wśród najważniejszych postaci w historii futbolu. Ale jeśli nawet je ma, to przede wszystkim za to, jakim był piłkarzem. Trenera Beckenbauera nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby jednym z najlepszych w dziejach piłki. Chociaż wyniki by na to wskazywały. Za większego uznaje się nawet w Niemczech Seppa Herbergera, który nie tylko wygrał mistrzostwo świata, ale jeszcze ukształtował sposób, w jaki pokolenia Niemców myślały o piłce.

 Z tego względu nie wydaje mi się, byśmy żyli aktualnie w epoce Realu. I nie wydaje mi się, byśmy kiedykolwiek dożyli ery trenera Zidane’a i wymieniali go jako jednego z najlepszych w historii. Wygrywanie w futbolu nie wymaga wielkiej ideologii. Wystarczy wybrać najlepszych zawodników, ustawić ich w zależności od potrzeb i wygrać. Bardzo często wpływ trenera na wyniki jest przeceniany, a lepsze rezultaty osiągają po prostu ci, którzy mają lepszych piłkarzy. Tworzenie umownych er w futbolu wielkich ideologii jednak wymaga. Będziemy żyli w czasach Realu Zidane’a nie wtedy, kiedy Królewscy wygrają kolejne trofeum, ale gdy dzieci od Kapsztadu po Chabarowsk będą starały się odwzorowywać sposób gry Realu Zidane’a. Było dla mnie szokiem kulturowym, gdy kilka lat temu, przyuważyłem jak dzieci na orlikach wznawiają grę krótkim podaniem od bramkarza do schodzącego niżej pomocnika, krótko wykonują rzuty rożne i starają się wymieniać dużo podań po ziemi, długo budjąc akcje. Za moich czasów wszyscy wściekle biegaliśmy i uwielbialiśmy szybkie kontrataki. Ja byłem dzieckiem epoki przed Barceloną Guardioli, oni byli dziećmi z tej właśnie epoki. Real jest wielki, gra niesamowicie, potrafi i grać atakiem pozycyjnym i niesamowicie kontratakować, Zidane świetnie zarządza szatnią, niewątpliwie jest dobrym trenerem. Ale nie żyjemy w jego erze. Żyjemy w czasach przejściowych – postbarcelońskich – i oczekujemy następnej fascynującej drużyny, która może będzie wygrywać mniej niż obecny Real, ale za to będzie to robić w sposób, jakiego jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Dopiero to będzie wejściem w nową epokę.

„Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego”

14798256151_98187e9352_z

Jako że za pięć dni rusza Bundesliga, czas się do niej właściwie przygotować. A nikt nie przygotuje was do sezonu lepiej niż najwięksi eksperci. W kolejnych dniach na „Z nogą w głowie” będziecie mogli przeczytać rozmowy z ludźmi spoza pierwszych stron gazet, którzy jednak o swoich niemieckich klubach wiedzą wszystko. Prowadzą bowiem ich polskie serwisy internetowe, czytają wszelkie możliwe informacje, śledzą wszystkie możliwe sparingi. Nie grali nigdy w Bundeslidze, ale znają ją jak mało kto. Na pierwszy ogień zachęcam do przeczytania rozmowy o Bayernie Monachium z Michałem Jeziornym, tłumaczem, który przełożył na polski biografie m.in. Roberta Enkego, Philippa Lahma, Francka Ribery’ego, a do niedawna redaktorem polskiej strony Bayernu. Bez wątpienia jeden z największych ekspertów od spraw monachijczyków w Polsce.

jeziorny

Cztery lata z rzędu Bayern Monachium dominuje w Bundeslidze. Czy zmiana trenera może być czynnikiem, który zakończy tę dominacje?

Michał JEZIORNY: – Myślę, że dominacja nie minie, chyba, że naprawdę odpaliłyby od razu wszystkie młode gwiazdy Borussii Dortmund. Ale muszę przyznać, że te początki Carla Ancelottiego ogląda mi się póki co bardzo dziwnie. Jestem już bardziej przyzwyczajony do tego, że Bayern cały czas posiada piłkę. Gra w pierwszych meczach za Włocha wydawała mi się jakaś taka nienaturalna. Ale gdy przypominam sobie kontrataki, jakie wyprowadzał Real Ancelottiego, gdy grał z Bayernem, gola Karima Benzemy z tamtego pierwszego meczu półfinałowego, nabieram przekonania, że będzie dobrze. Do tego, że posiadanie piłki będzie niższe, trzeba się przyzwyczaić.

Wiemy, że drużyny Ancelottiego często miały problemy w rozgrywkach ligowych. Czy w Bayernie te częste straty punktów mogą się powtórzyć?

- To możliwe, że Bayern będzie częściej niż ostatnio tracić punkty. Zmiana taktyki może się okazać bardzo duża, co będzie wymagało trochę czasu. Jakość jest jednak duża, że powinni sobie poradzić. Ale nie wolno lekceważyć przeciwników. O mistrzostwo mogą powalczyć też inne mocne ekipy – przede wszystkim Borussia Dortmund i Bayer Leverkusen, ale ja doliczyłbym do tego grona jeszcze Schalke.

Transfery Matsa Hummelsa i Renato Sanchesa to były brakujące ogniwa Bawarczyków?

- Sanches niekoniecznie, bo pomoc jest tak wysokiej jakości, że może się to okazać transfer dopiero na przyszłość. W tym momencie niekoniecznie zrobi różnicę. Hummels natomiast jak najbardziej. To piłkarz, którego brakowało. Gdyby Holger Badstuber nie miał tylu kontuzji, mógłby regularnie grać u boku Jerome’a Boatenga. Javi Martinez nie jest typowym środkowym obrońcą, najlepsze mecze grał przecież u boku Bastiana Schweinsteigera na środku pomocy, za Juppa Heynckesa w sezonie 2012/2013. Hummels z Boatengiem to będzie wspaniały duet. Szczerze żałuję, że Mats nie trafił do Monachium rok temu, tak by miał jeszcze możliwość popracować z Pepem Guardiolą.

Wspomniałeś o Martinezie. Jaki będzie los takich piłkarzy jak on czy David Alaba, którym Guardiola zmienił pozycje? Myślisz, że u Włocha wrócą tam, gdzie zaczynali?

- Tego, że Alaba będzie grał na lewej obronie, jestem pewny. Zbyt dobrze sobie tam radził, żeby wystawiać go gdzie indziej. Zwłaszcza, że Juan Bernat nie jest piłkarzem, któremu udałoby się wygryźć Austriaka ze składu. Martineza może mi być szkoda. Nie został powołany na Euro, bo okazało się, że są piłkarze, którzy grali równie dobrze. Dochodzi w tym momencie Sanches, który gra na podobnej pozycji. Chciałbym zobaczyć rotacje na tej pozycji. A jeśli już miałbym kogoś wybierać, wolałbym, żeby wypadł Xabi Alonso. Chociaż w formie z zeszłego sezonu może być bardzo potrzebny.

7513565668_25cb9f84d5_z

Wiadomo, że kadra Bayernu jest niemal idealna. Ale gdybyś miał znaleźć jakiś jej słaby punkt, gdzie byś go szukał?

To może brzmieć absurdalnie, ale jednak na skrzydłach. Przede wszystkim przez problemy zdrowotne bocznych pomocników. Jest w tym momencie czterech klasowych skrzydłowych, ale dwóch – Arjen Robben i Kingsley Coman mają kontuzje. Pozostała dwójka nie będzie w stanie uciągnąć wszystkich meczów. Spore znaczenie będzie miało, jakim ustawieniem będzie grał Ancelotti. Zobaczymy, czy wróci do ustawienia Heynckesa – 4-2-3-1. Jestem ciekaw, czy nie postawi na dwóch napastników – z Thomasem Muellerem trochę cofniętym za Robertem Lewandowskim. Może to mieć sens. Innych rażących słabych punktów, poza skrzydłami, raczej nie ma. Jeśli obrona się ułoży i zacznie grać na swoim poziomie – ze zdrowym Boatengiem i Hummelsem na środku oraz Lahmem i Alabą na bokach, powinna być bardzo solidna. Największym wrogiem Bayernu mogą się znów okazać kontuzje. Bardzo mnie ciekawi, jak zmiana trenera, treningów, całego procesu szkoleniowego, wpłynie na sprawy zdrowotne. Na razie wszyscy po kolei się rozkładają. Urazy mogą powstrzymać Bayern.

Przez lata Bayern opierał się na Francku Riberym i Arjenie Robbenie. Dziś o Francuzie jest głośno głównie z racji kolejnych uderzeń łokciami, Holender nie gra w ogóle. Wierzysz w ich renesans czy raczej będą powoli wypierani?

- Costa i Coman powinni ich stopniowo wybierać. Ribery ma 33 lata, Robben 32. Jeśli już dziś są tak podatni na kontuzje, to pewnie z każdym rokiem będzie coraz gorzej. Zdrowia nie oszukamy. Regeneracja jest u nich już coraz wolniejsza. Wielkim znakiem zapytania jest Robben. Leczy się długo, a dalej właściwie nie ma perspektyw na jego powrót. Zmiana na skrzydłach powoli będzie następować, nowi będą coraz mocniej wchodzić. Ribery czy Robben na pewno zagrają jeszcze dobre mecze, ale to już nie będzie taki duet jak w sezonie 2012/2013.

Znowu jedynym napastnikiem Bayernu będzie Robert Lewandowski. Myślisz, że znów będzie królem strzelców? I czy nie sądzisz, że Bayern potrzebowałby jakiegoś jego zastępcy?

- Liczyłem po cichu, że Mario Gomez wróci i będzie zmiennikiem Lewandowskiego. Czuję do niego wielką sympatię i bardzo liczyłem, że znów trafi do Monachium. W tym momencie nie ma żadnego sensownego zmiennika dla Lewandowskiego. Robert jest bardzo silny, wspaniały. Było to widać w pucharze. Zwłaszcza ta trzecia bramka, gdy stanął i z takim luzem kopnął piłkę w lewy róg. Jeśli będzie karmiony piłkami z kontr, jak to było w Realu z Benzemą, to będzie jeszcze większą bestią niż jest. Granica trzydziestu bramek znów jest realna. Mam nadzieję, że kontuzje nadal będą go omijać. Fizycznie jest póki co nie do zdarcia.

Nastawiasz się, że to będzie ostatni sezon Lewandowskiego w Monachium i za rok będzie już nie do zatrzymania?

Za 12 miesięcy będziemy mieli 2017 rok. Lewandowski ma kontrakt do 2019. Nie wierzę, że w Bayernie zgodzą się na jego odejście. Wszyscy znamy jego profesjonalizm. Wiemy, jakie miał nastawienie w Dortmundzie. Chciał odejść, Borussia go blokowała, a on grał tak samo dobrze jak wcześniej, poziom jego gry ani trochę nie spadł. W Bayernie mają tego świadomość i też będą go blokować. Bayern nie potrzebuje pieniędzy z jego transferu. Potrzebuje Lewandowskiego. Jeśli Robert bardzo by się uparł na odejście, to myślę, że najwcześniej będzie to możliwe w 2018 roku, na rok przed końcem umowy, żeby nie odszedł za darmo.

Dla którego zawodnika to może być sezon ostatniej szansy?

- Bardzo lubię Badstubera i mam do niego duży sentyment, bo jest wychowankiem. Ale ma tyle tych kontuzji, że dla niego ten sezon to zdecydowanie jest być albo nie być. Tego lata odeszli wszyscy piłkarze, przy których nazwiskach były znaki zapytania. Sebastian Rode jako zmiennik był fantastyczny, ale jego jakość przy reszcie była trochę niższa. Minimalnie, ale nie okazał się piłkarzem klasy Bayernu. Mario Goetze się nie sprawdził. Medhi Benatia nie dał rady kontuzjom. To była trójka potencjalnie do odejścia i wszyscy odeszli. W tym roku, oprócz Badstubera, byłby to ewentualnie Juan Bernat. Pytanie, jak Ancelotti go zaplanował. Alaby nie przejdzie, nie ma co dyskutować, ale może Włoch będzie miał na niego inny pomysł. Ci dwaj muszą się sprawdzić. Reszta jest dość bezpieczna.

 

Atletico z koszmarów Guardioli

Doprawdy, futbol nie oszczędza nam w tym roku emocji. Jeszcze całkiem nie doszliśmy do siebie po nieziemskim starciu Liverpoolu z Borussią, a właśnie spadła na nas jak donica z balkonu wiadomość, że w półfinale Ligi Mistrzów Bayern zagra z Atletico.

W emocjach bloguję, może się okazać, że za tydzień, jak już trochę ochłonę, zobaczę jakiś cień szansy dla Bayernu i rysę słabości na Atletico. Na ten moment wszelkiej nadziei się wyzbyłem. Jeśli wielu przez lata czuło, że drużyny Pepa Guardioli nie są idealne i mają pewne słabości, to chyba los właśnie daje wszystkim sceptykom względem tego trenera koronne argumenty.

Atletico jawi się w mojej głowie jako drużyna wprost stworzona do ogrywania Bayernu. Z hordą Diego Simeone nie lubi grać nikt na świecie, ale najbardziej nie będą tego lubiły drużyny Guardioli. Szczęśliwie dla reputacji Pepa, póki co udawało mu się praktycznie unikać starć z Simeone. Gdyby zebrać wszelkie drobne słabostki, chwiejne momenty Bayernu i z całego świata zmontować ekipę, która spróbowałaby je wykorzystać, wyszłoby nam Atletico Madryt. Każdy, kto pokonywał Barcelonę w ostatnich latach, robił to stosując taktykę Atletico. A nikt nie doprowadził do takiego mistrzostwa taktyki Atletico jak samo Atletico.

Przez lata żyliśmy w świecie, w którym przeciwieństwem Guardioli był Jose Mourinho. Podczas gdy najprawdziwszym przeciwieństwem jest Diego Simeone. To antyteza najkompletniejsza. Jeśli Guardiola uczy, że w futbolu da się wygrywać tylko na jego modłę, to Simeone wygrywa robiąc wszystko odwrotnie. Starcie tych światów będzie fascynujące. Dotychczas obaj zmierzyli się tylko raz. W 2012 roku Barcelona schyłkowego Guardioli grała z wschodzącym Atletico Simeone. Barcelona wygrała, ale Simeone dopiero uczył swoich piłkarzy sztuki bronienia, którą dziś doprowadzili do perfekcji.

Już widzę oczami wyobraźni Bayern mający piłkę przez 176 ze 180 minut rywalizacji z Atletico. I wymieniający ją od lewa do prawa i prawa do lewa, nie potrafiąc znaleźć pół luki w murze madrytczyków. Widzę próby dryblingów Ribery’ego i Douglasa Costy, rozbijające się o potrojoną asekurację rywali. Widzę jak Lewandowski upada po każdym starciu z Godinem, a cały nadwiślański naród drży o jego zdrowie w kontekście Euro. Widzę jak Guardiola drapie się po głowie. Widzę jak wszyscy piszą: „Brakuje Robbena”. No i widzę jak w ciągu tych czterech minut, w których Bayern nie będzie miał piłki, daje się kontrować. Jak traci piłkę w środku pola, jak obrońcy dają się rozjeżdżać, jak bezradni są wobec kontrującego rywala. I jak jeden Arturo Vidal walczy przeciwko jedenastu Arturom Vidalom.

Tak, gdyby Bayern trafił na Manchester City, nastawiałbym się na spacerek. Gdyby trafił na Real, szanse dawałbym 50 na 50. Jako że trafił na Atletico, jedynej mikrej szansy Bayernu upatruję w Thomasie Müllerze. Jeśli ktoś ma znaleźć szparę w murze Atletico, to tylko on, Raumdeuter.

Naiwna wiara w Guardiolę

Nigdy nie byłem fanem Guardioli. Moment, w którym jego Barcelona zaczęła demolować rywali, był chwilą mojego wiecznego rozwodu z tym klubem. Wychowałem się w poczuciu kibicowania zespołowi, który nigdy niczego nie wygra (naprawdę), nie mogłem spać w nerwowym oczekiwaniu wyniku z Teneryfą (bo czasy były takie, że na serio się o Barcelonę obawiałem), emocjonowałem się dramatyczną walką o zajęcie szóstego czy tam czwartego miejsca. Barcelona ananasów w stylu Bonano, Hespa, Christanvala, to była moja Barcelona. Nawet gdy już za Rijkaarda wygrywała Ligę Mistrzów, to nadal było piękne, bo czuło się, że wszystko się zaraz rozsypie i to, że sezon później najlepsza niby drużyna w Europie finiszowała za Villarrealem było naturalną konsekwencją.

A później przyszedł Guardiola i zaczął wygrywać wszystko i ze wszystkimi. Wysoko. Regularnie. Niemal bez pomyłek. Wysypało się wokół pełno kibiców Barcelony – wychowałem się w czasach, gdy pełno było kibiców galaktycznego Realu – a mnie kibicowanie drużynie, o której wiadomo było, że wszystko wygra, przestało cieszyć. Mniej więcej w tym samym czasie zadurzyłem się w Hull City. Co więcej, pretensje do Guardioli miałem nie tylko o to, że uczynił z „mojego” klubu maszynkę do wygrywania, ale też o styl. Dzisiaj to oczywiste, bo tzw. tiki-taka jest passe. W 2008 roku pisząc, że to Guardiola a nie Mourinho zabija futbol czułem się jak heretyk. Szczerze wierzę, że byłem w gronie kilku pierwszych ludzi, którym styl Barcelony Guardioli się nie podobał. Mniej więcej od tego 2008 roku Barcelona zaczęła dla mnie znaczyć tyle, co inne wielkie kluby tego świata, czyli niewiele. I jedynym tego winnym był Guardiola.

 Ale co innego rozmawiać o jakichś dziecięco-nastoletnich fantazjach i zawodach, a co innego patrzeć na Guardiolę trzeźwo i merytorycznie. Nigdy nie ulegało dla mnie wątpliwości, że to trener wybitny. I wylewanie na niego kubłów pomyj, które po paru latach jego sukcesów z Barceloną zrobiło się notoryczne, wyśmiewanie jego futbolu na forach internetowych całego świata, kolportowanie bzdur o jego przychodzeniu „na gotowe”, sprawiło, że paradoksalnie zacząłem mu życzyć sukcesów.

Naiwna wiara w Guardiolę towarzyszyła mi więc od pierwszego dnia jego pracy w Monachium. Wtedy, gdy jawnie demontował genialną drużynę Heynckessa – po latach, cóż to była za genialna drużyna! Nigdy nie widziałem piękniejszego futbolu niż w dwumeczu z Barceloną – stwierdzałem, że musi ją zdemontować, bo drugi raz takiego sukcesu z tymi samymi ludźmi, grając w ten sam sposób, nie udałoby się osiągnąć. Gdy zmieniał wszystkim możliwym piłkarzom pozycje na boisku, Lahma wystawiając na środku boiska, Alabę rzucając po całym świecie, nie widziałem w tym przekombinowania, a tego, że trener widzi coś więcej. Gdy Bayern notorycznie zanudzał w Bundeslidze, widziałem w tym raczej genialne wyrachowanie. Gdy wszystko się ewidentnie waliło, wierzyłem, że wszystko ma pod kontrolą. Nawet gdy Real wygrał pierwszy mecz półfinałowy, byłem przekonany, że Guardiola ma genialny plan na rewanż. Nawet gdy w rewanżu Bayern był demolowany, wierzyłem, że to dlatego, iż nie dostał pełni władzy. Nawet gdy w drugim sezonie Bayern cały czas grał tak samo i wydawało się, że popełnia te same błędy, wierzyłem, że akurat Barcelonę Guardiola rozpracuje jak nikt inny. A gdy się okazało, że nie rozpracował, to myślałem, że rozwiąże problemy z kontuzjami, wzmocni zespół i trzeci sezon to będzie triumfalny marsz Guardioli przez historię. Bo przecież nie mogą mieć racji te tłumy internetowych hejterów, podkreślających na każdym kroku, że to trener przereklamowany.

Przez poprzednie dwa lata nazywałem to wiarą w Guardiolę. Dziś, choć biję się z podobnymi myślami, nazwałbym to już naiwną wiarę w Guardiolę. Przecież widzę, że wyrzucenie Muellera-Wohlfahrta w niczym nie pomogło, a kontuzji jest nawet więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Przecież widzę, że Bayern jest bardzo daleki od bardzo dobrej formy. Przecież widzę, że mam problemy z przypomnieniem sobie naprawdę zachwycającego meczu Bayernu (z Dortmundem? Było lanie, ale nie zachwycający mecz. Z Wolfsburgiem? To był zachwycający mecz Lewandowskiego, a nie Bayernu. Chyba pozostanę przy meczach z Manchesterem City i z Romą na wyjeździe, ale to było cholernie dawno temu). Przecież widzę, że świetnie kontrująca drużyna jest w stanie zrobić z Bayernu miazgę i wcale nie trzeba do tego Messiego czy Cristiano Ronaldo, wystarczy mający świetny dzień VfL Wolfsburg czy Borussia Moenchengladbach. Przecież widzę, że Juventusu nie da się zatrzymać dwoma niskimi środkowymi pomocnikami na środku obrony i przecież wiem, że Ligę Mistrzów wygrywa się przede wszystkim obroną, a nie atakiem, czyli dokładnie tym, czego Bayern dziś nie ma.

Jedyny powód, dla którego nie jestem skrajnym pesymistą, to naiwna wiara w Guardiolę. Dotychczas się nie sprawdzała. Ale może w momencie, w którym Juventus jest tak rozpędzony, a Bayern zdradza więcej oznak słabości niż kiedykolwiek, wreszcie okaże się, że ta wiara nie jest naiwna, tylko trener rzeczywiście ma jakiś plan i że wszystko idzie zgodnie z nim? Że te chybotliwe mecze z Darmstadt, Hamburgiem, męczenie się z Hoffenheim, niemożność sforsowania obrony Leverkusen (Dortmund wygrał tam dwa dni temu mocno eksperymentalnym składem), to tylko usypianie czujności rywala? Głupie? Chyba tak.

 Sam wiem doskonale, że nie pomoże wygranie Bundesligi cztery razy z rzędu, nie pomoże absolutna wszechdominacja w Niemczech. Nic nie pomoże, jeśli Bayern z Juventusem odpadnie. Guardiola odejdzie z Monachium jako przegrany. Wszyscy, którzy w niego wierzyli, będą się musieli zmierzyć z triumfalnym i wszechobecnym: „A nie mówiłem?”. Choćby z tego powodu życzę Guardioli spektakularnego sukcesu i zamknięcia ust krytykom. Nie lubię, gdy mówi się, że futbol to prosta gra, uważam, że jest bardzo skomplikowana. Efektowny triumf Guardioli pokazałby, że trener widzi więcej niż śmiertelnicy.

Ale jak życzę Hiszpanowi sukcesu, tak cieszę się, że wkrótce zastąpi go Ancelotti, przywróci futbol z czasów Heynckessa, prawego obrońcę będzie wystawiał na prawej obronie a lewego na lewej. Eksperymentami Guardioli jestem skrajnie zmęczony, w najbliższych tygodniach rozstrzygnie się czy będę nim również skrajnie rozczarowany.

Premier League. Liga trenerów

Żyjemy w epoce trenerów. Jeszcze nigdy nie poświęcano im tyle miejsca. Najlepsi zarabiają na poziomie gwiazd swoich drużyn, co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. O trenerskie megagwiazdy walczy się jak o najlepszych zawodników,  coraz więcej ma dbających o ich interesy agentów. Trenerzy potrafią polaryzować kibiców. O preferowanych przez nich stylach gry, internety na całym świecie zajadle dyskutują przez 365 dni. Jeszcze nigdy w historii futbolu trenerzy nie znaczyli tak wiele. Ci najwięksi, potrafią nie tylko po cichu wygrywać, ale jeszcze o tym opowiadać, „sprzedać” swoją historię sukcesu, swój wizerunek. Odpowiedź na pytanie Mourinho czy Guardiola w szczytowym okresie ich rywalizacji wykraczała już daleko poza futbol i dotyczyła wyznawanych wartości.

Premier League wykazuje największą moc przyciągania trenerskich supergwiazd.To zjawisko wyjątkowe. Dyskusja o wyższości jednej ligi nad drugą jest czysto akademicka i trudno znaleźć obiektywne argumenty mierzące atrakcyjność danych rozgrywek w porównaniu do innych. Wiadomo jednak, że największe ligi świata w gruncie rzeczy aż tak bardzo się od siebie nie różnią. Największe pieniądze są w Premier League, a mimo to najlepiej gra się w piłkę w La Liga, co potwierdzają co roku europejskie puchary. Mimo gigantycznej rynkowej przewagi Anglii, wcale nie ma tam nagromadzenia najlepszych piłkarzy świata. Gdy spojrzeć na tegoroczną listę nominowanych do Złotej Piłki, okaże się, że zdecydowanie najwięcej, bo aż 11 zawodników zarabia na co dzień w lidze hiszpańskiej, Bundesliga i Premier League mają po pięciu reprezentantów, a Serie A i Ligue 1 po jednym. Jeśli chodzi o piłkarzy, talent na kontynencie rozkłada się więc w miarę równomiernie.

Jeśli chodzi o trenerów, przewaga ligi angielskiej zaczyna się robić miażdżąca. Trenerski talent oczywiście trudno zmierzyć, ale na pewno żadna inna liga nie ma tak wielkiej mocy przyciągania trenerskich osobowości, jak Premier League. Co tydzień, najbardziej pasjonującymi historiami wydarzającymi się w Anglii są zderzenia nie na boisku, ale te wykreowane starcia generałów przy ławkach.

Pracuje w Anglii Arsene Wenger, jeden z największych oryginałów wśród światowych trenerów, fachowiec niewątpliwie budzący emocje i kontrowersje. Przyciągnęła Premier League Juergena Kloppa, choć o tym, by Niemiec objął ich drużynę, marzyli kibice każdego klubu świata. Angielskie media nie kochały tak mocno nikogo od czasów pierwszego przybycia Mourinho na wyspy. Przygarnęła Anglia Louisa Van Gaala, postać budzącą takie emocje, że nawet w odległym kraju, uznawany za elokwentnego i spokojnego publicysta, zapytany o niego przed kamerą używa słów: „kawał bufona, z chamską, prymitywną twarzą”. Także w swoim kraju Van Gaal raczej dzieli niż łączy. Odpowiednikiem Kloppa, tylko na mniejszą skalę, można uznać Slavena Bilicia, zachowującego się przy linii w bardzo podobny sposób, co Niemiec i nie tylko mówiącego o graniu heavy metalu, ale samemu go grającego. A są jeszcze rozpoznawalny w całej Europie jako „70-latek, który nigdy nic nie wygrał”, specjalista od wicemistrzostw Claudio Ranieri, kojarzony głównie z boiska Ronald Koeman czy trochę przykurzony, ale wciąż uznawany za wielkiego fachowca Guus Hiddink.

A to przecież dopiero początek. Nikt bowiem nie ma wątpliwości, że Pep Guardiola będzie od lata pracował w którymś z angielskich klubów. Nikt nie wątpi, że znajdujący się na chwilowym bezrobociu Jose Mourinho, pracę znajdzie właśnie na Wyspach. Na ten moment najbardziej prawdopodobne wydaje się, że stojący na dwóch biegunach trenerzy, wylądują w tym samym mieście. A to historia, przyznacie, aż nazbyt westernowa. Raczej prędzej niż później wyląduje też w Anglii Diego Simeone, współczesny odpowiednik młodego Mourinho. I okaże się, że wszystkie największe trenerskie postaci, mające kontynentalną skalę oddziaływania, pracują w jednej lidze.

Bundesliga latem straci swoją jedyną postać w tym stylu, czyli Pepa Guardiolę. Jego następca, Carlo Ancelotti, to oczywiście fachowiec wybitny, być może najlepszy na świecie, ale jednak nie wywołujący u kibiców dreszczyku emocji, słynący z kompromisów i spełniania widzimisię właścicieli. Włoch na pewno nie będzie – jak Katalończyk – wywoływał dysput na temat tego czy jest wizjonerem czy przereklamowanym trenerem, który przejmuje samograje. To raczej przedstawiciel jeszcze poprzedniej epoki, ktoś jak Hiddink czy Del Bosque, raczej usuwający się w cień i pozwalający błyszczeć swoim piłkarzom. Innych trenerskich osobowości o skali kontynentalnej w Bundeslidze nie znajdziemy. Potencjał na taką ma Thomas Tuchel, ale potrzebuje do tego spektakularnego sukcesu międzynarodowego, a prowadzący inne czołowe kluby – Andre Schubert z Gladbach, Andre Breitenreiter z Schalke, Roger Schmidt z Bayeru czy Dieter Hecking z Wolfsburga, to dla osób nie tkwiących w Bundeslidze po uszy, trenerskie anonimy.

W Hiszpanii, trenerskim celebrytą jest niewątpliwie Simeone, ale nie długo się już w La Liga utrzyma. Zaskakująco cicho świat przyjmuje Luisa Enrique. Kilka lat temu popisy młodego Messiego, Henry’ego, Eto’o, Iniesty czy Xaviego wywoływały teksty o geniuszu Guardioli, aktualnie popisy Messiego, Neymara i Suareza, większe niż za czasów Guardioli, nie wywołują głosów o wielkości Luisa Enrique. O trenerze Barcelony, najlepszej przecież drużynie świata, raczej nie marzą trenerzy innych wielkich klubów na świecie, a gdyby ktoś miał do wyboru zatrudnienie jego albo Guardioli, to nawet by na Enrique nie spojrzał. W Madrycie z kolei pracuje Rafael Benitez, jeszcze kilka lat temu uznawany za człowieka z absolutnego trenerskiego topu i wywołujący skrajne emocje. Dziś, po niespecjalnie udanych pobytach w Interze, Chelsea i Napoli, dostaje na światowym poziomie być może ostatnią szansę i głównie zawodzi, a emocje wywołuje przeważnie negatywne. Serie A z kolei straciła już kilka lat temu kontynentalną siłę oddziaływania, której francuska Ligue 1 nigdy nie miała. Trenerami są w obu ligach często fachowcy nie gorsi niż gdzie indziej, ale dla osób nie siedzących w tych ligach anonimowi.

Głosy o finansowej sile Premier League, grożącej europejskim monopolem i skupieniem wszystkiego, co w futbolu najlepsze, na Wyspach Brytyjskich, od lat są przesadzone. Dopóki Anglicy nie nauczą się z sensem szkolić piłkarzy i wydawać pieniędzy, reszta Europy, która robi to lepiej, jest bezpieczna. Ale wielkich trenerskich postaci trudno Premier League nie zazdrościć.

Czy warto strzelać do Guardioli

pep

Pisanie o Pepie Guardioli w takich okolicznościach wpędza mnie w pewną niezręczność. Z jednej strony, futbolu proponowanego przez tego trenera zwyczajnie nie lubię. Większość meczów jego drużyn zwyczajnie mi się nie podoba. Mój futbol, to szybkie kontrataki. Im szybsze, tym lepiej. Wściekły pressing, ale po to, by jak najszybciej dostać się w pole karne. Czyli Borussia Dortmund z najlepszych czasów albo Bayern z ostatniego sezonu Heynckesa. Z drugiej, jest jednak różnica pomiędzy wrażeniami estetycznymi, a suchymi faktami.

Sprawdza się to, co pisałem dwa i pół roku temu, gdy ogłoszono, że Guardiola zastąpi Heynckesa. Wtedy komentowano tę decyzję zwykle w duchu „poszedł na łatwiznę, bo wziął samograj”. Okazało się przeciwnie. Wziął najtrudniejsze, co tylko można było. Heynckesowi zostało zapomniane, że w przedostatnim sezonie nie wygrał nic. Po sezonie, w którym wygrał wszystko, odszedł i zostawił pomnik. Gdyby pociągnął jeszcze rok, zostawiłby na nim sporą rysę, to pewne. Na absolutnie najwyższym poziomie nikt nie wytrzymuje dwóch lat z rzędu, co potwierdza fakt, że nikt nigdy nie obronił trofeum w Lidze Mistrzów. Heynckes odszedł więc w doskonałym momencie i to być może osiągnięcie większe niż potrójna korona 2013.

Od lat wychodzę z założenia, że w Lidze Mistrzów można coś przewidzieć do poziomu półfinałów. Tam zwykle dochodzą absolutnie najlepsze drużyny sezonu, te, które przerastają wszystkie inne o głowę. Później decydują już detale. Ktoś jest akurat bardziej rozpędzony, ktoś się poślizgnie, ktoś ma więcej szczęścia, albo mniej kontuzji. Dlatego dla największych klubów minimum przyzwoitości to powinien być awans do półfinału, a tam może się zdarzyć wszystko.

Jasne, żyjemy w świecie klubów, które muszą być „naj”. Sęk w tym, że tych „naj” klubów jest kilka, a puchar jeden. Dochodzimy więc do paranoi, w której trener, który akurat przegrał w półfinale czy w finale musi się gęsto tłumaczyć. Prasa huczy o tym, że jeśli Carlo Ancelotti nie wygra Ligi Mistrzów, pożegna się z posadą trenera Realu Madryt, choć jako jedyny od dekady zdołał sobie z tą drużyną poradzić. Pep Guardiola ma absolutnie przekichane, bo dwa razy z rzędu przegrał w półfinale. Na tym polega okrucieństwo czołówki futbolu, że zderzają się naprawdę najlepsi. Przegranie z najlepszym nie powinno oznaczać, że jest się automatycznie beznadziejnym, ale niestety dla wielu oznacza.

Rok temu, owszem, Bayern został zdemolowany. Haniebnie wysoko. Wpadł na rozpędzony Real Madryt, ale rozmiary porażki rzeczywiście mogły szokować. Teraz odpadnie z Barceloną, ale okoliczności łagodzące są tak łagodzące, że naprawdę trudno mi odsądzać Guardiolę od czci i wiary. Jeśli mówimy o trzech wielkich, niesamowicie silnych klubach, jak Real Madryt, Barcelona i Bayern, nieobecność niezwykle ważnych graczy staje się kluczowa. Real raczej nie postawiłby się Bayernowi w najsilniejszym składzie, gdyby musiał grać bez Ronaldo, Bale’a i do tego Ramosa. Barcelona bez Messiego, Suareza i Pique też prawdopodobnie nie wygrałaby 3:0. Jeśli ktoś chce budować klub rozsądnie, nie może powiedzieć trenerowi: Liga Mistrzów albo śmierć, jeśli o wygranej bądź przegranej decydują czasem rzeczy mikroskopijne. Nie można przyjmować, że „ten jest ostatni, który nie pierwszy”. Okoliczności trzeba brać pod uwagę.

Guardiola drugi rok z rzędu pozostanie królem niemieckiego podwórka, a i to nie do końca, bo z półfinału Pucharu Niemiec ośmielił się odpaść z Borussią Dortmund, w meczu, który był całkowitym potwierdzeniem przypadkowości futbolu. Jeszcze nigdy Juergen Klopp nie ograł Bayernu, mając do dyspozycji tak słabo dysponowaną drużynę.

Daliśmy sobie w ostatnich latach wmówić, że wygranie Bundesligi to dla Bayernu pestka, oczywistość, jak splunięcie. Tymczasem nie chcemy zauważać, że raptem czwarty raz w historii Bayern zdobył trzy mistrzostwa z rzędu, a ostatni raz udało mu się to jeszcze w zeszłym stuleciu. Nie chcemy zauważać, że jeszcze nigdy w dwóch kolejnych latach, Bayern nie odstawił Bundesligi o tyle długości. Bayern zawsze skupował najlepszych niemieckich piłkarzy, przynajmniej od otwarcia stadionu olimpijskiego w latach 70. był zdecydowanie bogatszy niż wszystkie niemieckie kluby, a dopiero pod wodzą Guardioli wziął całe Niemcy, przepraszam za wyrażenie, za mordę. Wcześniej zdarzało się, że Bayern odskoczył w jednym sezonie, czasem nawet na 25 punktów, ale na przestrzeni dwóch sezonów, zawsze można było chociaż z nim rywalizować.

Wcześniej zawsze mogło się zdarzyć, że Bayern potknie się w 2. rundzie Pucharu Niemiec na jakiejś Alemannii Aachen czy Magdeburgu. Że zleje go przynajmniej parę razy w sezonie jakieś Mainz czy Freiburg. Dziś Bayern, jeśli przegrywa, to tylko w wyjątkowych okolicznościach i tylko ze ścisłą czołówką. Guardiola nie daje póki co klubowi pięknych wyskoków, takich, jakie miały miejsce w ostatnim roku Heynckesa czy pierwszych latach Hitzfelda. Daje za to doskonałą niemal regularność. Sami zobaczcie. Oto dorobek Bayernu z ostatnich 23 sezonów, czyli piłkarskiej nowożytności. Od powstania Ligi Mistrzów:

guardiola

Widzimy wyraźnie, że w erze nowożytnej tylko trzem trenerom udało się z Bayernem dwa razy z rzędu awansować do półfinału Ligi Mistrzów – Heynckesowi, Guardioli i Hitzfeldowi jeszcze w XX wieku. Tyle, że Hitzfeldowi zdarzało się też odpaść w fazie grupowej. Dopiero dwaj ostatni trenerzy Bayernu dali temu klubowi regularność na najwyższym europejskim poziomie. Wcześniej Bayern w czołówce bywał, teraz w tej czołówce jest.

Bundesligę Guardiola wygrywał w tym okresie dwa razy z rzędu jako jedyny obok Hitzfelda i Magatha. Tyle, że robi to z przewagą, o jakiej tamci dwaj mogą tylko pomarzyć. Poza tym, Hitzfeldowi oprócz mistrzostw zdarzało się też zajmować czwarte miejsce i w ogóle nie awansować do Ligi Mistrzów, co dziś wydaje nam się nierealne, a przecież działo się nie tak dawno.

Odpadnięcie w półfinale Pucharu Niemiec też nie jawi się w tej tabelce jako straszliwe faux pas. Dwa razy z rzędu to trofeum w ostatnim ćwierćwieczu wygrał dla Bayernu tylko Magath.

Jeśli spojrzymy na średnią ważoną trofeów, jakie trenerzy dawali Bayernowi w nowożytności, najlepsi okazują się Magath i Heynckes. Tyle że to Magatha, a nie Guardiolę można nazwać królem własnego podwórka, bo jego Bayern w Lidze Mistrzów wiele nie zdziałał, a Heynckes cały swój dorobek zawdzięcza genialnemu, ale jednemu sezonowi, bo w pierwszym przegrał wszystko. Guardiola, ze średnią 2,5 na sezon, jest na równi z Hitzfeldem. Wahania formy z sezonu na sezon są jednak u jego drużyn mniejsze niż u Szwajcara.

Oczywiście, Bayern nie wziął trenera z najwyższej światowej półki po to, by nosił stylowe koszule i miał porównywalne wyniki do poprzedników, ale po to, by zdecydowanie ich przerósł. Czy to się jednak komuś podoba czy nie, pod Guardiolą Bayern przeżywa jeden z najlepszych okresów w swojej najnowszej historii. Suma talentów w zeszłorocznym Realu i tegorocznej Barcelonie jest jednak wyższa niż w dzisiejszym Bayernie. Władze klubu mogą oczywiście posłuchać głosów z internetowych forum i Guardiolę wyrzucić, ale może jednak sensowniej byłoby, widząc, że drużyna może nie milowymi krokami, jednak idzie do przodu, pozwolić mu dalej pracować i sprawić w letnim okienku transferowym, że wypadnięcie Robbena nie będzie dla Bayernu oznaczało końca sezonu?

Guardiola oczywiście święty nie jest i wiele błędów popełnił. Ale futbol nie jest zero-jedynkowy. Czy jesteście absolutnie przekonani, że z innym trenerem tegoroczny Bayern rozbiłby Barcelonę na Camp Nou? I nie mówcie, że Heynckes wygrał z Barceloną dwumecz 7:0. Ówczesna i dzisiejsza Barcelona to jak ówczesna i dzisiejsza Borussia Dortmund.

Docenić Bayern

guliwer

Nikt nigdy nie miał 11 punktów nad wiceliderem na półmetku Bundesligi. Tłumaczenie tego słabością konkurencji byłoby niedorzecznością. Dortmundzka lekcja pokazuje: doceniajmy wielkie drużyny, póki są wielkie. Wielkość nie jest dana raz na zawsze.

O Bayernie mówi się w podsumowaniach Bundesligi tyle, że gra w innej lidze, a prawdziwym wyzwaniem będzie Liga Mistrzów. I przechodzi się do rozmawiania o innych. Próbuje się nawet zestawiać najlepsze jedenastki całej ligi, jakby nie zauważając, że dwie najlepsze jedenastki całej ligi grają w Monachium.

Neuer – Rafinha, Boateng, Badstuber, Alaba – Alonso, Schweinsteiger – Robben, Goetze, Shaqiri – Lewandowski.

Reina – Rode, Benatia, Dante – Martinez, Alcantara, Lahm – Ribery, Mueller, Bernat – Pizarro.

Nie zajęłyby dwóch pierwszych miejsc?

W Bayernie szuka się dziury, mimo że jest cały. Mówi się, że gra nudno. Że gra słabo. I nie błyszczy. Chociaż przed sezonem mówiło się, że Bayern jest do ogrania, bo wielu zawodników jest zmęczonych po mistrzostwach świata i leczy kontuzje.

Guardiola pracował daleko od warunków sielanki. Wylecieli mu na parę tygodni z gry wszyscy bramkarze oprócz Neuera. Długo kontuzjowani byli lub są Schweinsteiger, Lahm, Martinez, Alcantara, czyli czterech bezsprzecznie znakomitych środkowych pomocników. A przy tym latem odszedł najlepszy z nich Toni Kroos. Czy po Bayernie widać, że 10 podstawowych zawodników jest kontuzjowanych? Nie. Widać, że w lidze przytrafiły się trzy remisy i cztery (!) stracone bramki. Nie mówiąc już o jakiejkolwiek porażce. Wielkie drużyny to też ludzie, więc czasem przegrywają, to normalne. Przegrywa i Barcelona i raz za czas Real i Chelsea. Bayernowi wpadki nie zdarzają się nigdy. Ostatni mecz o stawkę w Bundeslidze przegrał ponad dwa lata temu z Bayerem Leverkusen. Wzorca profesjonalizmu nie ma w Sevres, bo jest w Monachium.

To nie jest normalne. To ewenement. Bayern ma już w kieszeni trzecie mistrzostwo z rzędu, co parę razy się już udawało w różnych epokach. Każde kolejne będzie wyczynem historycznym. Czterech mistrzostw z rzędu nigdy Bayern nie zdobył. Nawet za czasów Beckenbauera i Hoenessa. Jasne, że Bayern prawie zawsze był potężniejszy niż wszyscy inni, ale jednak dało się trafić na słabszy dzień i tę drużynę ograć. Zdarzały się sensacje. Toczyła się jakaś walka o mistrzostwo. Bayern do 2012 roku nie był drużyną z innej ligi. Był pierwszym wśród równych.

Jeszcze parę lat temu Alexander Rosen, menedżer Hoffenheim, powiedziawszy po porażce 0:4 na Allianz Arenie, że jego zespół „trochę poirytował Bayern”, zostałby zjedzony. Jeszcze trzy sezony temu Christian Streich z Freiburga nie pozwoliłby sobie na wypowiedź: „Próbowaliśmy zaprezentować się tak, jakbyśmy wierzyli, że jeśli wytworzą się sprzyjające – bardzo szczęśliwe okoliczności – to nie jest niemożliwe zremisować z Bayernem. Ale to jest niemożliwe, bo niemal nigdy się nie zdarza”. Zwróćmy uwagę, że mówi to trener, który jeszcze w zeszłym sezonie urwał punkty Bayernowi. Dziś nikogo takie wypowiedzi nie dziwią. Bayern bardzo szybko wzleciał na poziomy niedostępne  dla nikogo. I bardzo szybko wszyscy przyzwyczaili się do tego, jakby tak było zawsze. Nie. To bardzo świeża sprawa.

Oczywiście, rozumiem, że jeśli Bayern nie wygra Ligi Mistrzów, to pozostanie niedosyt, ale ta drużyna jest niesamowita już teraz. Liga Mistrzów jest specyficzna. Wychodzę z założenia, że od poziomu półfinałów poziom jest niemal równy. Decydują Hajtowe detale. Jeśli Bayern dojdzie do półfinału, ale nie wygra, to nie przestanie być drużyną wybitną. On nie musi niczego udowadniać. Wygranie Bundesligi w taki sposób jest wystarczającym dowodem wielkości.

Tym większy szacunek budzi fakt, że Bayern wziął w ten sposób akurat ligę niemiecką. Czyli tą, która drugi rok z rzędu wyprowadziła z grupy w Lidze Mistrzów wszystkie cztery swoje zespoły. Liga jest więc bardzo silna. A jednak Bayern gra w innej. 10 razy lepszej.

Nawet jeśli to truizm: największym zwycięzcą jesieni w Bundeslidze nie jest Paderborn, nie jest Augsburg i nie jest Wolfsburg. Jest Bayern. Nie wolno o tym zapominać. Sześć lat temu w tym klubie grał Christian Lell, a Zenit Sankt Petersburg łoił go 4:0.

Kiedy Bayern staje się na moment przaśny

guardiola

Może Bayern chcieć być globalną superkorporacją jak Real, Manchester United czy Barcelona. Może nawet już się nią stał. Może zatrudniać trenera ze światowego topu, ściągać najlepszych piłkarzy i dawać im wielkie pieniądze, a przy tym wygrywać trofea. Ale przychodzi jeden czas w roku, kiedy wszystko to staje się tak bawarsko przaśne. Jaką by ktoś nie był metroseksualną gwiazdką, przestanie nią być jak się go zakuje w skórzane spodenki.

goetze

Jest coś niezwykłego, a przy tym bardzo sympatycznego w tym, że w świecie wielkich marek, coraz bardziej oderwanych od swoich naturalnych środowisk, Bayern raz w roku, jak sama nazwa wskazuje, we wrześniu, przypomina, że w nazwie ma jednak Bawarię. I tłumnie stawia się na Oktoberfeście.

To połączenie wszystkiego, co Niemcy lubią najbardziej. Kiwania się przy dożynkowej muzyczce na wielkich ławach, picie piwa z wielkich kufli, trzymanych przez kelnerki z wielkimi piersiami. Mężczyźni są wyjątkowo poszkodowani. O ile jeszcze koszule oktoberfestowe są w porządku, o tyle do założenia tych skórzanych spodenek trzeba mieć sporo dystansu, albo sporo polanego piwa. Z kobietami lepiej. Zwłaszcza tymi hojnie obdarzonymi, co akurat w przypadku żon i dziewczyn piłkarzy jest niemal normą, nawet jeśli sowicie opłaconą.

Piwnych festiwali lepszych od Oktoberfestu jest w całych Niemczech mnóstwo. Np. odbywający się równolegle Michaeli Kirchweih w Fürth. Piwo oktoberfestowe jak na warunki ogólnoświatowe jest dobre, ale jak na warunki niemieckie, nie porywa. Tandety dużo, trudno o miejsce, bo jak ktoś siądzie i łupnie dwa litrowe kufle, to już nie wstanie do listopada. Ale nie o to w gruncie rzeczy chodzi w Oktoberfeście. Chodzi o „zicke zacke, zicke, zacke hoi, hoi, hoi!”

Bayern jak co roku obfotografował się już z kuflami i w tradycyjnych strojach. Nie jest niespodzianką, że najbardziej do twarzy w tym Thomasowi Müllerowi. On ma bawarską przaśność wypisaną na twarzy.

mueller

mueller2

Xabi Alonso wygląda na lekko zagubionego.

alonso

Bawarczycy pojawią się jeszcze na Oktoberfeście po to, by legalnie, pod okiem trenera, nachłeptać się piwa i pokazać jak sobie z wielkimi kuflami radzą ich partnerki. Poszkodowani są tylko Ribery i Benatia, muzułmanie, którzy nawet do pozowania kufli nie wzięli.

lewandowski

Ale w Monachium jest przecież nie tylko Bayern, ale też TSV 1860. II-ligowiec przygotował na ten rok FANTASTYCZNE okolicznościowe koszulki meczowe, w których można od razu iść na Oktoberfest.

tsv1860

tsv

Nie trzeba dodawać, że „Lwy” też potrafią się bawić przy piwie. Rok temu nagrałem – też w porze Oktoberfestu – bawarskich grajków występujących na Allianz Arenie przed meczem TSV 1860 z Borussią Dortmund. Kłócili się ta melodyjka i grajcarzy z futurystyczną areną.

Piękna tradycja. Trochę jeszcze lokalnego romantyzmu w futbolu zostało. Nawet na najwyższej półce.

muenchen

Bayern i Bundesliga jeszcze pożałują

Napisałem, że uwierzę w przejście Toniego Kroosa do Madrytu dopiero gdy zobaczę go w białej koszulce Realu. Oszukiwałem się długo i chwytałem każdego dementi zawodnika, jego otoczenia czy klubu. Gdy widziałem go wczoraj „w cywilu” koło Carlo Ancelottiego oszukiwałem się, że tak po prostu wpadł towarzysko do Madrytu. Ale niestety wieczorem stało się:

kroos

Z jednej strony mam opory przed pisaniem z całą pewnością i bez zasłaniania się, że to błąd. Bo jednak Guardiola nie żegnał Kroosa leżąc na Säbenerstrasse z rozdartą koszulą, a znający się na piłce Rummenigge czy Sammer nie uważali, by warto było mu dać pieniądze, jakich chce. Wiem, że paru członków polskiej twitterowej braci bundesligowej uważa, że sam Bayern ma kilku lepszych pomocników od niego. Ale jednak faktem jest, że czasem i największe kluby, z największymi postaciami popełniają błędy, a inne kluby to wykorzystują. Czy Robben i Sneijder nie zostali z Madrytu pogonieni za wcześnie? Czy dobrze zrobiono puszczając Yayę Toure do Manchesteru City? Czy Real ubił interes pozbywając się Makelele kosztem Chelsea?

Według mnie mamy do czynienia właśnie z takim przypadkiem. Za cenę połowy Davida Luiza i niecałego Luke’a Shawa (!) Bayern i Bundesliga tracą jedną z największych postaci.

Kroosa uznawałem za całkiem niezłego piłkarza do momentu zobaczenia go na żywo. Nikt nigdy nie zrobił na mnie na stadionie większego wrażenia. A widziałem i Lucjana Niewiarowskiego z Jedności Wieprz i Fabiana Pawelę i Ronaldo i Messiego. A jednak Kroos to Kroos.

Nie wiem jak w zapyziałym wschodnioniemieckim Greifswaldzie udało im się wychować piłkarza przyszłości, ale gdy widziałem słynną przed mundialem reklamę Nike, w której bezbłędne sobowtóry zastępują chimerycznych wielkich piłkarzy, sobowtóry najbardziej kojarzyły mi się z Kroosem. To dla mnie piłkarz przyszłości, który grając w drużynie, w której ma być gwiazdą, będzie gwiazdą, a mając być gościem od czarnej roboty, będzie niewidocznie a skutecznie harował.

Jego liczby nie powalaj, to fakt. Przynajmniej nie te bramkowe i  asystowe. Bo już jeśli chodzi o celność podań, obraca się na poziomach zarezerwowanych dla Pirlo, Xaviego i Lahma. W meczu Ligi Mistrzów z Arsenalem wykonał niemal tyle celnych podań co cała drużyna londyńczyków. Na mundialu celniej od niego podawał tylko Lahm. Poniżej 90-procentowej skuteczności podań nie schodzi prawie nigdy. Powiecie, że to tylko podania. Ale to oznacza, że Kroos praktycznie nigdy nie powoduje straty piłki. A najwięcej mundialowych goli padło właśnie po przechwytach. Inaczej mówiąc, Kroos w newralgicznym miejscu boiska gwarantuje bezpieczeństwo.

Patrząc na jego grę, najczęściej myślę o zamku błyskawicznym. Jego rolą jest bardzo szybkie i dokładne przekazywanie piłki od jednego ząbka do drugiego. Wyrywając ten ząbek Bayern ryzykuje, że walizka się nie zamknie, albo przynajmniej będzie jej brakowało płynności.

Real podziwiam. Bez transferowego szaleństwa, bez wywalania grubych milionów, pozyskał piłkarza, który potrafi absolutnie wszystko. Żałuję, że Bundesliga traci takiego piłkarza. I daję głowę, że Bundesliga też tego kiedyś pożałuje.

Guardiola. Prorok w obcym kraju

Germany Soccer Bundesliga

 Fot: Telegraph

W roli obrońcy Pepa Guardioli, w jakiej od miesięcy występuję, czuję się cokolwiek nieswojo. Jeszcze w czasach, gdy świat rozpływał się nad jego stylem gry, zwierzałem się publicznie, jak bardzo mnie to kopanie piłki od nogi do nogi nudzi. Na warsztatach z taktyki piłkarskiej byłem tym, który kłócił się z trenerami uznającymi posiadanie piłki za cel sam w sobie. I dalej oglądanie tego mnie nudzi. Z drugiej strony, nie sposób nie zauważać sukcesów, jakie przynosi tiki-taka Guardioli i nie tylko jemu. Katalończyk ma za sobą pierwszy pełny sezon w Niemczech. Wielu twierdzi, że sezon zły, bo zespół w półfinale Ligi Mistrzów został rozsmarowany i nie grał tak efektownie jak za Juppa Heynckessa. Fakty świadczą jednak o tym, że Bayern Guardioli zagrał sezon niewyobrażalnie dobry i aż strach się bać, co będzie się działo dalej.

Wielu komentatorów krytykujących Guardiolę podkreśla, że Hiszpan miał do dyspozycji niemal ten sam skład, co Heynckess. Dla mnie to okoliczność łagodząca, bo musiał zawiadywać grupą, która sezon wcześniej wygrała każde rozgrywki, w których uczestniczyła. Guardiola wszedł więc do najtrudniejszej szatni, jaka była w danym momencie na świecie. Obfitej w talent, ale i w ego niemieszczące się w drzwiach. Nasyconej, a nie głodnej sukcesów. Przekonanej, że już niczego nie musi się uczyć.

Jak to się  zwykle kończy, pokazała droga wszystkich poprzednich zdobywców potrójnej korony. Grafika przedstawia następny sezon w ich wykonaniu po wygraniu wszystkiego:

wykres

Ostatni dublet  - zdobyty po wygraniu wszystkiego – miał miejsce jeszcze w czasach zimnej wojny, a ówczesny zwycięzca PSV Eindhoven z Pucharu Mistrzów odpadł szybciej niż tegoroczny Bayern. W Europie lepiej niż Bawarczykom poszło tylko wielkiemu Ajaksowi Amsterdam, który za to z Pucharu Holandii odpadł bardzo szybko.

Widać więc wyraźnie, że wygrywanie z nasyconą grupą to nie jest prosta sprawa. Nie radzili sobie z tym Rafael Benitez, młodszy Guardiola, Alex Ferguson, Guus Hiddink, Rinus Michels i Jock Stein. Można oczywiście twierdzić, że Heynckess byłby pierwszy, ale to dość wątpliwe. Sympatyczny stary Niemiec uchodzi dziś za symbol człowieka sukcesu, który nigdy nie przegrywał, co tylko świadczy o tym, że w idealnym momencie odszedł na emeryturę. Tak, że już mało kto pamięta gdy Borussia Moenchengladbach zwalniała go w strefie spadkowej, a z Bayernem przegrywał wszystkie ważne mecze w 2012 roku. Tegoroczny Guardiola przeprowadził swoich zawodników przez najtrudniejszy sezon stopą najsuchszą z możliwych. A przecież był na ziemi zupełnie obcej. Takiej, w której piłkarze co tydzień o mało nie topią go w kuflach piwa i w której każe się trenerowi raz za czas pomykać w skórzanych krótkich spodniach.

Dlatego za tak ważne uważam wczorajsze spotkanie. Wynik meczu z Borussią Dortmund miał zaważyć na ocenie całego sezonu. Gdyby Bayern go przegrał, lament na pewno by się zaczął i byłby nawet słuszny. W końcu znalazłby się na niemieckim podwórku ktoś, kto byłby w stanie Bayernowi podskoczyć. W końcu Bayern poległby na dwóch z trzech frontów. Guardiola mógłby się znaleźć w ogniu naprawdę sporej krytyki. Ale dał radę. Można powiedzieć, że szczęśliwie, bo sędzia nie uznał bramki Hummelsa, ale jednak zasłużenie, bo Bawarczycy byli groźniejsi, bardziej przekonujący, stwarzający więcej okazji. Dali znak życia po ostatnich tygodniach letargu.

Guardiola może spokojnie brać się do roboty. Chyba przesądzone odejście Mandżukicia uważam za słuszne, o czym już opowiadałem. Obecność w jednym klubie dwóch napastników o dużym ego i trenera, który najchętniej gra bez żadnego napastnika, musiałaby w perspektywie czasu doprowadzić do jatki. Pozyskanie środkowego obrońcy, np. Davida Luiza, trochę umocniłoby najsłabszą formację Bayernu, choć mam wątpliwości czy akurat ten kędzierzawy Brazylijczyk to najwłaściwsza ku temu osoba.

Patrząc na wyniki, a nie to, co nam się podoba lub nie, kataloński eksperyment zdecydowanie się w Niemczech przyjął. Guardiola zdiagnozował zgniłe jabłka, ma pełne zaufanie szefów, swobodę działania i pieniądze na transfery. No i plan B. Bo jak ładnie wczoraj powiedział Juergen Klopp: „Nieważne, co się w ostatnim czasie pisało. Pep zawsze ma plan B.”  Na miejscu Europy i Niemiec już bym się bał przyszłego sezonu.