Gdy znajdziemy się na zakręcie…

grzeszczak

Tak, artykuł zawiera lokowanie tytułu piosenki Sylwii Grzeszczak. Ale nie będzie nic o tym co zrobić, gdy rzuciła cię dziewczyna. Po prostu wstawienie cytatu z Sylwii, ewentualnie Beaty Kozidrak nadaje tekstowi odrobinę dramatycznego tonu. Celowy zabieg.

Dramatyczny ton jest jak najbardziej potrzebny, bo piszę o spadkowiczach z Bundesligi. Co z nimi będzie, gdy już znaleźli się na zakręcie, oprócz tego, że świat zakręci się niebezpiecznie? Czasem kwilicie, że moje tematy są zbyt niszowe, ale wybaczcie. Masowość tego bloga i tak mnie ostatnimi czasy zaskakuje, a ja nie mam zamiaru wyrzekać się napisania czasem czegoś niszowego. Ten blog wypromował się na niszowych tematach, więc nie rzucim niszy skąd nasz blog :-)

2. Bundesliga jest uznawana za jedną z najmocniejszych drugich lig na świecie i coś w tym jest. Łapałem się za głowę, co by było, gdyby spadło HSV, bo tłok wśród drużyn, które chcą awansować do Bundesligi zrobiłby się niewyobrażalny. HSV nie spadło, ale i tak drużyn, które otwarcie mówią – a jeśli nie mówią, to przynajmniej myślą – o awansie do Bundesligi w najbliższych kilku latach jest zatrzęsienie. Greuther Fürth, bo już niedawno tam był, bo w tym roku był blisko, ma mądrego trenera, nieźle szkoli młodzież, ma młodą drużynę i świat stoi przed nimi otworem. 1. FC Kaiserslautern, bo to Kaiserslautern. Z tego samego powodu Fortuna Düsseldorf (tzn. nie dlatego, że Kaiserslautern, ale że Düsseldorf). RB Lipsk niby nie mówi, że już, teraz natychmiast, ale na transfery chce wywalić z siedem milionów euro. Czyny znaczą więcej niż słowa. Dla St. Pauli wprawdzie zawsze liczy się przede wszystkim sport i dobra zabawa, ale jakoś zawsze w okolic awansu się kręcą. Karlsruher SC dobrym sezonem rozbudził znów nadzieję rzeszy kibiców. Kibice TSV 1860 Monachium nadziei już chyba nie mają, ale kiedyś w końcu klub z Allianz Areny awansować musi (najlepiej jak się wygrzebie z długów). Docelowo Bundesliga ma też być w Bochum (bo to Traditionsverein), no i w Ingolstadt, bo Audi. Wymieniłem już całą ligę? O tym właśnie mówiłem. To będzie szalona liga, jeszcze bardziej niż w tym roku. A trzeba wziąć pod uwagę, że zawsze ktoś jeszcze wyskakuje jak Paderborn z konopi. I są jeszcze Norymberga z Brunszwikiem.

Właśnie. Jeszcze przed chwilą Bundesliga, mecze z Bayernem, Borussiami, liczenie punktów do utrzymania i łup, nie ma. Zainteresowanie przenosi się do Paderborn, a Brunszwik i Norymbergę prawie wszyscy mają gdzieś. Jakie perspektywy czekają spadkowiczów?

Póki co otwarcie o awansie mówi Norymberga, a Brunszwik nie. Choć to Eintracht spadł zdecydowanie bardziej na cztery łapy niż Norymberga.

Eintracht szykował się na spadek już w momencie świętowania awansu. Cuda się zdarzają, ale nie warto na nich opierać planu biznesowego firmy. Ot, zdarzą się, to się podziękuje Bogu, lecz gdy nie, to trzeba mieć przygotowany plan. Brunszwik spadł najmądrzej jak się dało. Bez żadnej rewolucji i długów. Menedżer Marc Arnold i trener Torsten Lieberknecht mają kontrakty podpisane do 2017 roku. Z klubu odeszli Ermin Bicakcić (Hoffenheim) i Daniel Davari (nie wiadomo dokąd) oraz mało znaczące mięso armatnie. Do tego nie jest znana przyszłość Domiego Kumbeli i Damira Vrancicia, ale to naprawdę nie spowoduje upadku klubu. Nawet gdyby odeszli. Kubela – owszem – był najlepszym strzelcem, ale ma 30 lat, więc klub nie ma zamiaru się zastawiać, by go zatrzymać. A Vrancić w Bundeslidze i tak nie błyszczał. Do klubu trafił już Rafał Gikiewicz, który powinien być pierwszym bramkarzem, a za Bicakcicia ma przyjść Maik Franz z Herthy. Jasne, warunki finansowe będą gorsze niż w Bundeslidze, ale lepsze niż w sezonie awansu do niej. Brunszwik będzie miał budżet 25 milionów euro, czyli o 15 mniejszy niż w Bundeslidze, ale o 10 większy niż dwa sezony temu. Wpływy z praw telewizyjnych mają wynieść o 10 milionów mniej niż w Bundeslidze, ale o 3 miliony więcej niż w roku awansu. Klub planuje 15 milionów wpompować w najbliższych latach w akademię. Eintracht stoi na zdrowych nogach, nie będzie przesadnie osłabiony, nie dojdzie w nim do rewolucji, a pieniądze będzie miał i tak lepsze niż wszyscy są przyzwyczajeni. Menedżer mówi, że dzięki sezonowi w Bundeslidze zaoszczędzili jakieś dwa-trzy lata w drodze rozwoju, którą przyjęli. Eintracht na powrót do Bundesligi na pewno nie będzie znów czekał 28 lat. A czy wróci w tym roku? Nie ma presji.

Co innego Norymberga. Tam sytuacja finansowa jest o tyle gorsza, że klub ma długi. Władze nie mają zamiaru zadłużać klubu jeszcze bardziej, tak jak to zrobiły przy poprzednim awansie, ale jednak strukturę chcą utrzymać pierwszoligową. – Z całym szacunkiem dla 2. Bundesligi, ale wszyscy muszą wiedzieć, że Norymberga jest tu tylko tymczasowo – mówi dyrektor sportowy Martin Bader, który – mimo drugiego spadku – utrzymał stanowisko. Póki co podjęto decyzję o utworzeniu stanowiska szefa sekcji piłkarskiej, które objął Wolfgang Wolf, były trener Norymbergi. Oferty przedłużenia kontraktu dostali Javier Pinola (już podpisał), Per Nilsson, Makoto Hasebe i Markus Feulner. Klub chce też zatrzymać Daniela Ginczka, którego za 2,5 miliona euro chce wykupić pół Bundesligi (Freiburg, Werder etc.). Ale Norymberga daje leczącemu kontuzję więzadeł krzyżowych napastnikowi spokojną rehabilitację i wprowadzanie do gry bez presji, czego w nowym klubie może nie doświadczyć. Być może w klubie zostanie skreślany już wielokrotnie Hanno Balitsch, a niewykluczone, że pierwszym bramkarzem zostanie Patrick Rakovsky. I to mimo pozostania Raphaela Schäfera.

W Norymberdze mówią jasno – celem jest powrót do Bundesligi już w pierwszym sezonie. To zadanie ma wykonać najprawdopodobniej trener Holger Stanislawski, któremu w Kolonii się to nie udało.

Ani Norymberdze ani Eintrachtowi nie grozi degrengolada w stylu Cottbus czy Hansy Rostock. Ale za to, że którykolwiek z nich wróci już po roku, nie dałbym sobie obciąć nawet paznokcia.

Kolejny potentat samochodowy chce klubu w Bundeslidze

ingolstadt

Gdy niemiecki kibic ma koszmary, śni mu się, że w Bundeslidze rządzą same kluby bez tradycji, z małych miast, ale wielkimi pieniędzmi. Koszmary kibiców w każdym kraju wyglądają zresztą w miarę podobnie. U nas rolę Buki spełniały Amica, Groclin a ostatnio Termalica. W Niemczech liga jak z Hitchcocka to taka zdominowana przez RB Lipsk, Wolfsburg, Leverkusen, Hoffenheim… No właśnie, wiele wskazuje na to, że lista będzie się rozrastać, bo akces do Bundesligi zgłasza kolejny wielki koncern.

Gdy jedziesz pociągiem z Norymbergi do Monachium, na środku drogi znajdziesz Ingolstadt. To pustynia pomiędzy dwoma oazami. W Monachium i okolicach mają Bayern i Augsburg w Bundeslidze, TSV 1860 w 2. Bundeslidze, a przez jakiś czas w najwyższej lidze było też Unterhaching. Po drugiej stronie, we wrogiej Frankonii, mają Norymbergę i Greuther Fuerth. A w środku przez lata była czarna dziura.

Jak na czarną dziurę, wygląda to całkiem przyjemnie. Po prawej stronie za oknem, przez długie kilometry ciągną się rzędy platform wypełnione nowiuśkimi Audi. Po lewej podobnie. Stoi tych wymarzonych aut tysiące. BMW, choć piękne, za bardzo kojarzy mi się z wiejskim lanserem. Mercedesa kupiłbym na 70. urodziny. O, a Audi byłoby w sam raz na teraz. Rozumiecie, że ciężko się tamtędy jeździło. Tu tysiące aut stoi i moknie, więc może by tak jedno… wicie, rozumicie… i tak nikt nie zauważy…

Audi to słowo klucz. Do 2004 roku po Ingolstadt ganiały się po lasach marne drużynki, które w chwilach najwyższej chwały, za czasów gdy Uli Hoeness był dopiero początkującym menedżerem, grały w 2. lidze. A potem kryzys zmusił je do połączenia w jeden podmiot. Powstało FC Ingolstadt, a w nowy projekt zdecydowało się zainwestować miejscowe Audi. Ma swój klub w Bundeslidze Mercedes (Stuttgart), ma pośrednio BMW (Bayern), ma całkiem bezpośrednio Volkswagen (wiadomo), to może i Audi.

Na pustyni postawiono 15-tysięczny nowoczesny stadion „Audi Sportpark”. Postawiono też, nowiutką jak te Audi przy torach, bazę treningową dla młodzieży. I zaczęto budować drużynę. Nikt w Ingolstadt nie ma planów podboju cywilizacji w stylu Red Bulla z Lipska, ale krok po kroku chciano iść do przodu. Startowano z pułapu IV ligi, ale od razu wzięto znane nazwiska. Dyrektorem sportowym mianowano Thomasa Linkego, byłego reprezentanta Niemiec. A trenerów w krótkiej historii klubu też się już trochę z Ingolstadt wybiło. Awans do 3. ligi wywalczył Thorsten Fink, późniejszy szkoleniowiec Bazylei i Hamburga, ponowny awans po spadku zrobił już Michael Wiesinger, znany z Norymbergi.

Co roku z większymi pieniędzmi, ale drużyna nie potrafiła póki co włączyć się do gry o Bundesligę. Ingolstadt co roku zajmuje miejsce w dolnej połówce tabeli – tak jak i w tym roku – i trzeba przyznać, że Linke nie bardzo sprawdza się jako dyrektor sportowy, skupując raczej podstarzałe, zmanierowane gwiazdki, zachęcone łatwymi pieniędzmi. W Ingolstadt planują jednak położyć kres przeciętniactwu i w najbliższych latach awansować do Bundesligi. Prezes Peter Jackwerth twierdzi, że „klub ma potencjał Freiburga czy Mainz” i chyba wie, co mówi. Musi tylko zacząć wydawać pieniądze tak mądrze jak Freiburg czy Mainz.

Nikt poważny nie będzie przepowiadał, że Bayernowi pod nosem wyrasta konkurencja, zwłaszcza, że Volkswagen i Audi to dziś jeden koncern, którego flagowym okrętem piłkarskim ma być bezsprzecznie Wolfsburg. Ale nikt nie powinien być zdziwiony, jeśli do Bundesligi w najbliższych latach awansuje kolejny tzw. „sztuczny twór”. Bayern, Augsburg, Norymberga, za chwilę Fuerth, gdzieś w odwodzie TSV 1860, Ingolstadt… Bawaria powoli robi się jak Zagłębie Ruhry. Gdzie spojrzysz – tam klub. Przypadku nie ma w tym żadnego, bo dziś to jeden z dwóch najbogatszych regionów w kraju.

PS Na przeglądowym Z nogą w głowie napisałem o najszybszym trenerskim upadku w Bundeslidze.

PPS A na slask.sport.pl o najtrudniejszej lidze świata, z której może spaść nawet 13 drużyn!

Vlog. Czy w szaleństwie Verbeeka jest metoda

Wielkanoc Wielkanocą, ale Bundesliga w weekend grała, a Gertjan Verbeek znów był wierny swojej wizji. O szalonym sezonie 1. FC Nuernberg w cotygodniowym vlogu. A wy wolicie trenerów konsekwentnych w realizacji swojej wizji, czy elastycznych, potrafiących wygrywać z Bogiem lub choćby mimo Boga?

A w poniedziałkowym felietonie dla SportSlaski.pl piszę o ciężkim losie trenerów, którzy w ciągu życia kilkakrotnie pokonują drogę od pucybuta do Rockefellera i z powrotem.

Holender pracujący, Holender zamiatający

Lekcja dwóch holenderskich trenerów w Bundeslidze pokazuje, jak bardzo trzeba uważać z osądami. Ten, który dziś wydaje się nieudacznikiem, za parę miesięcy może się okazać bohaterem. I odwrotnie.

W książce „Futbol obnażony”, którą ostatnio polecałem, znalazłem taki cytat: „Rezultaty klubu, który zmienił trenera, mogą się nagle obrócić o 180 stopni. Nie powiem, że taktyka nie ma z tym nic wspólnego, ale kiedy słyszę eksperta, który mówi coś w rodzaju „udało mu się poukładać drużynę”, odnosząc się do poprawy wyników, to… załamka. Zazwyczaj ma to niewiele wspólnego z czasem spędzonym na treningu, lecz raczej z faktem, że piłkarze bardziej się starają”.

HSV rozpoczął sezon źle, czyli jak zwykle. Końcem września zwolnił trenera Torstena Finka i postawił na uznawanego za znakomitego fachowca Berta van Marwijka. OK, Holender był dość świeżo po spultanym Euro 2012, ale nadal był aktualnym wicemistrzem świata. Na dzień dobry zremisował we Frankfurcie, co jeszcze nie było jakimś super wynikiem, ale później zmiażdżył 5-0 Norymbergę na wyjeździe (!), zremisował ze Stuttgartem, rozbił 3-0 Freiburg na wyjeździe (!). Wtedy słyszeliśmy – a jakże – że poukładał drużynę. Zresztą, kto w to nie wierzył, niech pierwszy rzuci kamieniem. Cztery mecze, dwie wygrane na wyjazdach stosunkiem bramkowym 8-0, dwa remisy u siebie. To nie były rezultaty spadkowicza.

Zahaczyliśmy o Norymbergę, która skompromitowawszy się klęską 0-5 z Hamburgiem, zwolniła trenera Michaela Wiesingera. Wzięła za niego fachowca o mocno regionalnej reputacji, który nigdy nie wyjechał pracować poza Holandię. Facet kazał na siebie długo czekać. Minął październik, listopad, grudzień. Norymberga dalej nie miała na koncie zwycięstwa i grzęzła w strefie spadkowej. Jasne, każdy widział gołym okiem poprawę, ale trudno było się wygłupiać z chwaleniem trenera, który nie wygrał żadnego meczu.

Perspektywa dzisiejsza? Gertjan Verbeek w ósmym meczu (żaden trener w historii Bundesligi nie czekał tak długo na pierwszą wygraną) w końcu zwyciężył. Potem zwyciężył po raz drugi. Przegrał z Bayernem Monachium, by dziś przerwać rewelacyjną passę Augsburga, wygrywając w jego jaskini mecz derbowy. Wygrywając, dodajmy, bez bardzo ważnego prawego obrońcy Chandlera i środkowego napastnika Ginczka.

Norymberga po 21. kolejce jest na 14. miejscu. Dalej zagrożona, ale raczej teoretycznie niż praktycznie, bo tendencję ma zdecydowanie w kierunku środka tabeli. Hamburg jest na miejscu 17. Właśnie cztery gole wbił mu zdecydowanie najsłabszy atak w lidze. Właśnie ograła go zdecydowanie najsłabsza drużyna w lidze. Tzn. do niedawna najsłabsza, bo dziś Brunszwik w niczym HSV nie ustępuje i jego przeskoczenie to kwestia czasu.

Verbeek przedstawia się Bundeslidze jako fachowiec. Van Marwijk się z Bundesligą żegna.

Futbol polega na codziennej pracy, a nie na efekcie nowej miotły. Pytanie więc, na co w Hamburgu liczą, biorąc do klubu Mirko Slomkę. Jeśli chodzi im o pracę, to dobrze trafili, bo prowadząc przez lata Hannower ten szkoleniowiec udowodnił, że – gdy ma czas – potrafi zbudować zespół. Ale, no właśnie, gdy ma czas. W HSV czasu nie ma nikt, ale zwłaszcza Slomka. W Hamburgu oczekują wstrząsu. Pod tym względem trafili źle, bo zanim Bundeslidze objawił się Verbeek, rekord najdłuższej passy bez zwycięstwa w nowym klubie dzierżył… właśnie Slomka. Pracę w Hannoverze 96 rozpoczął od sześciu porażek. Gdyby powtórzył to w HSV, na dzień dobry zaliczy spadek z ligi.

Za mocni, by spadać

Kiedy kibicujesz takiej drużynie, najgorsze co możesz zrobić, to uwierzyć. Masz sobie traktaty sceptyków przybijać nad łóżkiem i jak się już musisz modlić, to tylko do św. Tomasza. Nigdy nie wierz zanim nie wsadzisz palca w ranę.

Wiem co mówię, przeżywałem to nie raz. Siedzę na Łazienkowskiej. Mój klub ma dostać czterema, pięcioma bramkami, to kwestia czasu. Piłki nie dotyka w ogóle. Legia klepie jak Barcelona. Pudłuje. Raz, drugi, trzeci. Bramkarz znowu ma dzień konia. Rok temu na Łazienkowskiej też miał. Ile jeszcze? Cholera, 72 minuty. Wytrzymać do przerwy. Dobra, przerwa. Karny dla Legii. Obroniony. Idą we trzech sam na sam. Nie trafili. Patrzę na zegar. 82. minuta. To się chyba uda… Kur.. 0-1 „. Błąd. Jak kibicujesz takiej drużynie nigdy nie możesz pomyśleć, że to się uda. 

Dlatego wiem, co przeżywają teraz kibice Eintrachtu Brunszwik. Weszli do Bundesligi sensacyjnie, bez nakładów, bez bogatego sponsora w zarządzie, bez świetnej szkółki, bez wielkich transferów. Sukces wyrwany z kontekstu, autorski wynalazek piłki nożnej. Sami doskonale wiecie, że czasem zdarzają się w piłce rzeczy, które dopiero potem obuduje się odpowiednią narracją. W momencie, w którym się dzieją, można je tylko skwitować wzruszeniem ramion i stwierdzić „No, tak to już czasami bywa… Przegrywali, a teraz wygrywają. Odwróciło się”

W Bundeslidze mieli plan, żeby mądrze spaść. Jeszcze nie rozegrali pierwszego meczu, a już mówili o spadku, podkreślając, że utrzymanie byłoby większym cudem niż awans. Chodziło o to, by dalej kupować tanio, zasysać pieniądze z telewizji, od sponsorów i biletów, wzmocnić drużynę tak, by po spadku szybko wrócić i dopiero wtedy normalnie rywalizować. Tak jak zrobiło w Anglii chociażby Hull City. Tak jak próbuje robić Fuerth.

Eintracht też wyglądał w Bundeslidze na ciało obce, które nie wiadomo jakim cudem się tam znalazło. W pierwszych czterech meczach cztery klęski, strzałów prawie w ogóle, nawet dobrych akcji. To miał być słabszy beniaminek niż Greuther Fuerth rok temu, który nie wygrał – jako pierwszy w historii Bundesligi – ani jednego meczu u siebie.

Ale tu w tej historii następuje „wtem”. Wtem Brunszwik wygrał derby w Wolfsburgu. Wtem Brunszwik wygrał z wiceliderem z Leverkusen, który w tym sezonie nie zwykł łatwo rozdawać punktów. Wtem okazało się, że Eintracht potrafił uciułać jesienią 11 punktów i dziś traci tylko trzy punkty do miejsca barażowego. Zaczyna się pojawiać cień nadziei.

W Norymberdze też popełnili błąd, myśląc, że najgorsze przetrwali. Po latach biedy, spadków i drżenia o własny byt, nagle trafił się trener, który rozumiał specyfikę klubu i potrafił osiągać wyniki wbrew otoczeniu. Dieter Hecking potrafił znaleźć tanią perełkę i z odpowiednim przebiciem posłać ją dalej, a Norymberga wreszcie poczuła co to bezpieczny środek tabeli. Odejścia Heckinga do Norymbergi bali się wszyscy. Ale runda wiosenna pod batutą żółtodzioba Michaela Wiesingera była więcej niż obiecująca. O ile Norymberga w XXI wieku cały czas drży przed spadkiem, tak tego lata wreszcie spodziewano się nudnego, spokojnego sezonu, bez wielkich wzlotów i upadków.

I przyszły wszystkie klęski. Niewytłumaczalne 0-5 z Hamburgiem. Dobra gra w większości meczów i fatalne rezultaty. Typowa Norymberga to ciekawa drużyna, która stwarza multum sytuacji, wszystkie marnuje, a w czasie jednego pięciominutowego przestoju w grze traci trzy gole po metrowym spalonym, koszmarnym kiksie niezawodnego obrońcy  i strzale życia rywala. Jesienią nieszczęścia bombardowały Norymbergę jak alianci. Zmiana trenera nie pomogła. Może nawet u Verbeeka ten tragizm się jeszcze bardziej uwidocznił. Apogeum (a może ono jeszcze przed nami?) fatum było widać w Hanowerze, gdy Norymberga prowadziła 3-0, by dać sobie strzelić „honorową” bramkę, a w końcówce po grubych pomyłkach sędziów roztrwonić całą przewagę. Jako pierwsza drużyna w historii nie wygrała ani jednego meczu przez całą rundę. Mimo to nikt nie wierzy, że spadnie, bo gra naprawdę dobrze i uzyskała aż 11 punktów za remisy. Z Norymbergą wcale się łatwo nie wygrywa.

A Freiburg? Dla nich spadek w tym sezonie byłby taki typowo polski. Jak już polski sportowiec wyjdzie z grupy śmierci, po heroicznych bojach bijąc największe potęgi, to w następnej rundzie przegra z jakimś anonimowym nikomu nieznanym rywalem. Sprawdzone, potwierdzone. Gdy ma być już z górki, to akurat robi się pod górkę. Freiburg walkę o utrzymanie ma wpisaną w statut. Tkwi ona w klubowym DNA. Ale akurat rok temu do samego końca walczył o Ligę Mistrzów. Co z tego, gdy latem rozgrabili Christianowi Streichowi pół drużyny i kazali grać na trzech frontach. Freiburg ma tę zaletę, że której pozycji by mu nie ucięli, to i tak odrośnie. Przy tym systemie wychowywania talentów, Freiburg w długofalowej perspektywie zawsze jakoś da radę. Tylko czasem w krótkofalowej nie daje rady. Talenty nie zdążą dojrzeć. Wtedy zdarzy się spadek z ligi i dojrzewanie na boiskach 2. ligi, by znów awansować.

A Eintracht Frankfurt? Przecież tego nikt nie traktuje poważnie. Wiadomo, że jego zaplątanie w walkę o utrzymanie to tylko coś chwilowego. To samo mówiło się po piątej, dziesiątej i piętnastej kolejce. Ten klub, który świetnie radzi sobie w europejskich pucharach i w Pucharze Niemiec może być groźny absolutnie dla każdego, tylko jakoś się nie składało. Gdyby Eintracht nie tracił bramek w końcówkach meczów, byłby gdzieś 20 punktów przed Bayernem. Ale tracił. Ale nie wygrał w rundzie żadnego meczu u siebie. I żeby w maju nie trzeba było mówić: „Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka”.

Tę wyliczankę mógłbym kontynuować do jutra w południe, mając przecież z tyłu głowy, że z Bundesligi nigdy nie spadają drużyny, które po jesieni zamykają tabelę, a jeden z zeszłorocznych spadkowiczów – Fortuna Duesseldorf – zimował w środku tabeli w wydawałoby się komfortowej sytuacji. Być może przyszłego spadkowicza znajdziemy w drużynie, o której dziś powiedzielibyśmy, że walczy o puchary?

Z Bundesligi nie ma komu spaść. Jest ten jeden nieszczęsny Brunszwik, który jednak wcale nie jest tak słaby, by nie mógł wywinąć numeru. A kto na drugie miejsce spadkowe? A kto do baraży? – W Bundeslidze nie mogę teraz znaleźć drużyny, która skupiałaby się na wybijaniu piłki i czekaniu na kontry. Każdy próbuje prowadzić grę – mówi Christian Streich. Właśnie. Wszyscy tacy kulturalni w grze, tacy poukładani, tacy ułożeni, a jak nawet szaleni to z metodą. Wiosną z Bundesligi nie spadną dwie najsłabsze drużyny, tylko dwie najmniej dobre.

Hitler i Bundesliga

Ten widok może wam nic nie powiedzieć:

Ten już na pewno wszyscy znacie.

Poznajecie? To samo miejsce. Na górnym zdjęciu widać stadion i boiska. Wiedziałem oczywiście, że w Norymberdze na bardzo starym stadionie gra 1. FC Nuernberg. Wiedziałem też oczywiście, że w Norymberdze odbywały się Parteitagi i że w historii XX wieku to miasto zapisało się paskudnie. Ale nie kojarzyłem obu miejsc ze sobą.

Gdy pierwszy raz szedłem na mecz w Norymberdze, jakoś we wrześniu, zwróciła moją uwagę ponadprzeciętnie szeroka ulica i jakieś stare trybuny wokół niej. Pełno betonu i asfaltu. Kojarzyło mi się to z opuszczonym torem Formuły 1. Sprawdziłem, w Norymberdze nie ma i nie było toru Formuły 1. Jednak nie do końca skojarzenie było złe, bo jak się okazuje, odbywają się tu wyścigi samochodowe lecz mniej prestiżowe.

Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że te dzieci, które biegają za piłką, ci kibice, którzy w barwnych szalikach ciągną na stadion, ci młodzi piłkarze, którzy codziennie przychodzą tutaj trenować, robią to dokładnie na terenach będących areną najbardziej wstydliwego czasu XX wieku.

Dziś to tylko parking przed meczami 1. FC Nuernberg. Podniszczone trybuny. Ale gdy się już wie, to miejsce budzi grozę. Ciężko będzie teraz przejść koło niego obojętnie.

Wykopmy sponsorów ze stadionów

I się zaczęło. Usiedziałem w Niemczech bez meczu cały jeden dzień. Ale przez pewien czas czułem się, jakbym w ogóle nie wyjechał z Bielska-Białej. No, może na Śląsk.

 Jak to jest, że niemal wszystkich wielkich stadionów, jakie widziałem, nie widać? Wiem, brzmi głupio, ale już tłumaczę. Wydaje ci się, że kolos na 50, 70 czy 100 tysięcy powinien być widoczny z kosmosu, a tymczasem ledwo wystaje ponad okoliczne bloki i platany. Tak było choćby z Camp Nou czy Marakaną w Belgradzie. W Norymberdze jest podobnie, może oprócz tych platanów. Wysiadasz na stacji „Frankenstadion”, więc trochę głupio pytać, gdzie jest stadion, skoro wiadomo, że tutaj. Ale nie wiadomo, bo nie widać.

 Pełna zmyła następuje, gdy widzisz ulicę Bytomską obok siebie. Się śni mi? A potem, jak już przebrnąłem przez służby informacyjne, które zawsze są najgorszej poinformowane, dają mi jedzenie. Rolada, modra kapusta i ziemniaki, dość, że nie kluski. Już się nie dziwię, że wpuścili mnie jako SportSlaski.pl. Prawie jak na Olimpijskiej.

 Żart.

 To była IV liga niemiecka, Regionalliga Bayern. Rezerwy FC Nuernberg z SV Heimstetten. Czyli poziom Czarnych Otmuchów i Polonii Głubczyce. A tu jedzenie, picie, wszystko. Jak mi zacznie brakować euro, będę się stołował na stadionach, to pewne. Niegłupie to, bo jak się dziennikarza nakarmi, to jest najedzony, a nie zajadły. Dla marketingu to lepiej.

 Nie chcę za dużo o jedzeniu gadać, ale naprawdę, taką obsługę widziałem tylko na reprezentacji Polski.

 Szybko złapałem lokalną ciekawostkę. Stadion, na którym gra Norymberga i jej rezerwy to… No właśnie. Stacja nazywa się Frankenstadion i to najpopularniejsza nazwa. Kibice używają jednak „Max-Morlock Stadion” (były piłkarz, mistrz świata z 1954). Oficjalnie obiekt nazywa się „Grundig Arena”, a jeszcze przed chwilą nazywał się „Easy Credit Stadion”. Natknąłem się na plakat wyborczy, których pełno obecnie w Niemczech. Ten był jednak inny niż wszystkie – upolitycznienie trybun zaszło dużo dalej niż u nas – kibice promują SWOJĄ partię i apelują do wyrzucenia sponsora ze stadionu. Against modern football pełną gębą.

Teraz i tak jest pół biedy, bo gorszej nazwy niż „Easy credit” nie będzie, to pewne. Tak jakby nazwać „Kredyty-Chwilówki Arena”. Brr. Nie kracz chłopie, bo jeśli komuś to grozi, to raczej twojemu miastu.

 Skojarzenia z Bielskiem miałem też przy graniu klubowego hymnu, w którym są słowa „Unser Club wird niemals untergehn”.

 „Niiiigdy nie spadnie…!”. Jak ktoś nawet w hymnie gada o utrzymaniu, to już znaczy, że może być z tym utrzymaniem problem.

 Na trybunie prasowej za to dość specyficznie. Mam wrażenie, że ludzie przyjeżdżają tu oglądać i opisywać konkretnego zawodnika. Skoro ma skośne oczy, to pewnie pisze o Kiyotakem, skoro zajada hamburgera to zajmuje się Chandlerem, skoro ma skarpetki, sandały i wąsa jednocześnie, to przyjechał dla Stępińskiego. Nie no, żart. Jedyny, jakiego spotkałem w naszym narodowym stroju był Niemcem. Teraz to my ich podbijamy!

 Mecz wzbudził moje mieszane uczucia. Po pierwsze, zaliczyłem spektakularną gafę, chętnie bym nawet powiedział kobiecą, ale nie powiem, bo mnie w domu zabiją. Mianowicie, nie zorientowałem się, którzy są którzy. Wydawało mi się oczywiste, że skoro gra Norymberga i ma charakterystyczne bordowe stroje, to takich samych nie może mieć jakieś Heimstetten. Może. A Norymberga biała. Dziwny jest ten świat.

 Kiedy się już zorientowałem, było 1-0 dla Norymbergi. Myślałem, że to jakaś Barcelona gra. Przypominało mi się, jak Krzysio Król mówił, że IV liga niemiecka jest lepsza od naszej ekstraklasy, a wszyscy się z niego śmiali. Patrzyłem jak FCN rozklepuje przybyszy na wszystkie sposoby. Ale potem gdzieś wyczułem feler. Niby grali jak Barcelona, ale wykańczali jak – z całym szacunkiem – Motor Lublin. Do 16. metra to była Bundesliga, ale w polu karnym już nasza ekstraklasa.

 Było jasne, że jak drużyna ma 153 sytuacje i nie potrafi ich strzelić, za chwilę straci gola. Heimstetten wywiozło punkt, chociaż nie dorastało gospodarzom do pięt. W Norymberdze grali niemal sami 18 i 19-latkowie, najstarszy zawodnik miał 22 lata i to on najbardziej mi się podobał. Michael Ngadeu Ngadjui. Może dlatego, że lubię jak środkowy obrońca nie jest jakimś chuchrem tylko szafą, najlepiej czarną, demolującą wszystko i wszystkich wokół i mającą ksywkę „Opoka”. Taki był „Gadu-Gadu”. Naszego Stępińskiego nie było, bo pojechał na zgrupowanie młodzieżówki. Ale dopadnę go tutaj i przemagluję.

 Może jestem beznadziejnym skautem, ale nie sądzę, żebym dziś zobaczył jakąś przyszłą światową gwiazdę, albo chociaż grajcara na Bundesligę. Lecz do ekstraklasy połowa by się nadała.