O Niemcach. I o szczęściu

cube-620636_1280

Czuję się jak po ostatnim odpadnięciu Bayernu w półfinale Ligi Mistrzów z Atletico. Niby powinno się po porażce Niemców z Francją coś odtrąbić, ogłosić koniec jakiejś epoki, zaatakować Joachima Loewa, skrytykować powołania i taktykę. Ale podobnie jak wtedy, tak i teraz, nie bardzo potrafię.

Kwestia drabinki

Niemcy odpadli z turnieju w półfinale. Oczywiście, dla mistrzów świata to wynik rozczarowujący. Ale odpadli nie z Walią, nie z Polską, nie z Portugalią. A z Francją, czyli drugim głównym faworytem turnieju. Gdy w półfinale wpadają na siebie dwie najlepsze drużyny turnieju, jedna z nich musi odpaść już w półfinale. Czy to powód do bicia na alarm? Nie.

Posiadanie ma się dobrze

 Cały turniej stanowił obronę linii przyjętej przez niemieckiego selekcjonera. Niemcy niemal nie tracili bramek. Dzięki taktycznej świadomości Loewa, całkowicie zdominowali rewelacyjnych do tamtego meczu Włochów. Długimi momentami półfinału z Francją grali imponująco, pokazując, że wieści o śmierci futbolu opartego na posiadaniu piłki są stanowczo przedwczesne.

Brak polotu

 Oczywiście, Niemcom zabrakło trochę zawodników w najwyższej formie. Nie mieli takiego Griezmanna, który potrafiłby dać drużynie jeszcze dziesięć procent więcej. Zespół grał poprawnie, ale nie wybitnie. Dokładnie tak samo było na turnieju w Brazylii. Niemcy grali tam bardzo solidnie, momentami efektownie, ale nie z takim polotem jak choćby na mistrzostwach świata w RPA. Różnica polega na tym, że w RPA trafili w półfinale na Hiszpanię, a w Brazylii na rozchwianych gospodarzy. Sama niemiecka drużyna wyglądała bardzo podobnie. Do historii przeszła ta gorsza. Tak bywa.

Przygnieceni kontuzjami

 W kluczowym meczu turnieju Loewowi brakowało Maria Gomeza, Matsa Hummelsa, Ilkaya Guendogana, Marca Reusa, Samiego Khediry. Przez cały turniej z urazem zmagał się Jerome Boateng, który w końcu, w meczu z Francją, przegrał walkę z kontuzją. Wyjmijmy z każdej drużyny turnieju pięciu jej podstawowych piłkarzy. Wyjmijmy z Francji Antoine’a Griezmanna, Paula Pogbę, Laurenta Koscielnego, Blaise’a Matuidiego i Oliviera Giroud. Wątpliwe, by w ten sposób była w stanie pokonać Niemców. Oczywiście, Francuzi też mieli problemy. W każdej drużynie kogoś położyła kontuzja czy kartki. Ale w niemieckiej drużynie nagromadzenie kłopotów było szczególne.

Elastyczność Loewa

 Czy Loew coś mógł zrobić lepiej? Na pewno. Ale wbrew pozorom, wcale nie tak łatwo formułować wobec niego sensownie brzmiące zarzuty. Mówi się, że zabrał na turniej za mało napastników, jednak kogo tak naprawdę miał wziąć? W formie był jeden sensowny atakujący – Gomez – i w kadrze na turniej się znalazł. Co więcej, Loew pokazał, że nie jest twardogłowym uparciuchem, który nie potrafi odejść od swojej linii. Gdy zobaczył, że faworyzowany przez niego Mario Goetze, gra źle, nie miał problemu z wstawieniem do składu Gomeza. Niemiecki selekcjoner był elastyczny.

Kogo Loew zabrał

 Miał wziąć do Francji Stefana Kiesslinga czy Maksa Krusego, którzy w Bundeslidze strzelili w tym sezonie mniej goli niż Artur Sobiech? Nonsens. Mówi się, że niesłusznie Loew ciągnął na turniej będącego bez formy Goetzego. Ale Goetze to piłkarz wybitny. Zagubiony, lecz wybitny. Mieć kogoś takiego w kadrze, zwłaszcza wiedząc, że nawet bez formy jest w stanie rozstrzygnąć finał turnieju, raczej warto. Mówi się, że niepotrzebnie Loew zabierał na mistrzostwa podstarzałych i w kiepskiej formie Bastiana Schweinsteigera czy Lukasa Podolskiego. Ale budowanie dobrej reprezentacji nie polega na zabraniu na turniej 23 aktualnie najlepszych piłkarzy z danego kraju. Chodzi o budowanie drużyny. Po tym jak kariery zakończyli Philipp Lahm, Per Mertesacker i Miroslav Klose, w zespole zabrakło doświadczonych liderów. I Schweinsteiger z Podolskim mieli pełnić takie role. Pół-członków sztabu pół-piłkarzy. Mówi się, że nie powinien był wystawiać w składzie Thomasa Muellera, będącego ewidentnie bez formy. Ale kogo miał w jego miejsce wystawić? Mueller przez sześć lat obecności w seniorskiej piłce grał zawsze i wszędzie. Kontuzje nie powalały go praktycznie nigdy. Jako że nie ma muskulatury Cristiana Ronaldo ani nawet Roberta Lewandowskiego, kiedyś ten wątły i patykowaty organizm musiał zapłacić za trudny zawodowego futbolu. Zapłacił akurat we Francji. Poza tym, mówienie, że powinien był posadzić Muellera, to jak mówienie, że Adam Nawałka powinien był posadzić Lewandowskiego. W najważniejszych meczach nie rezygnuje się z piłkarzy, którzy potrafią w jednym momencie zamienić wodę w wino.

Kogo Loew nie zabrał

Loewowi zdecydowanie łatwiej sadzałoby się na ławce Schweinsteigera czy Muellera, zdecydowanie łatwiej zostawiałoby się w domu Podolskiego czy Schuerrlego, gdyby tacy Guendogan czy Reus mogli pojechać na turniej. Czy ktoś został niesłusznie pominięty przy powołaniach? Można dyskutować o Karimie Bellarabim, Marcelu Schmelzerze, można o Julianie Brandtcie, ale czy to byliby zawodnicy, którzy zasadniczo zmieniliby losy niemieckiej drużyny w turnieju? Mimo ich świetnej formy na wiosnę, mam wątpliwości.

Selekcjoner wie lepiej

 Mówi się, że Loew miał odważniej postawić na młodych, ale twierdzenie, że Julian Weigl czy Leroy Sane zrewolucjonizowaliby grę Niemców, zakrawa na naiwność. Jest wiele przykładów na to, że gra w reprezentacji, na poziomie półfinału mistrzostw Europy to jednak coś zupełnie innego niż granie w klubie przeciwko Darmstadt. Loew jest fachowcem lepszym niż my. Widział tych zawodników, rozmawiał z nimi. Jeśli uznał, że Joshua Kimmich jest gotowy, by wyjść na boisko, a  Weigl nie jest, wypada mu zaufać.

Szczęście nikomu nie sprzyja

 Dlaczego Niemcy odpadli? Bo mieli za dużo kontuzji w kluczowym momencie, bo nie mieli szczęścia w drabince, które miała Portugalia (Arkadiusz Milik trafiłby do siatki w stuprocentowej sytuacji i Niemcy graliby jutro w finale), bo nie mieli łutu szczęścia w meczu z Francją. Przecież do przerwy wszystko wyglądało dla Niemców znakomicie, oprócz cokolwiek niesprawiedliwego wyniku. W rozmowach o futbolu stanowczo za małą wagę przykłada się do elementu szczęścia, bajdurzy się o tym, że szczęście sprzyja lepszym. Szczęście czasem sprzyja lepszym, a czasem gorszym. Czyli tak naprawdę nikomu nie sprzyja. Nie ma w tej kwestii absolutnie żadnej reguły. Hasło „szczęście sprzyja lepszym” ukuto, by ucinać wszelkie dyskusje.

Półfinał, a potem zobaczymy

Jak w przypadku Pepa Guardioli, tak w przypadku Loewa: regularne dochodzenie do półfinałów, niezależnie od okoliczności i problemów, jest dla mnie dowodem ich wielkości. A w półfinałach decydują już absolutne detale, na które czasem mają wpływ, a czasem nie mają. Wbrew temu co się mówi, drużyna niemiecka 2014 nie była jakoś znacznie lepsza od drużyny niemieckiej 2016. Różni je przede wszystkim to, że jedna wygrała, a druga nie. Ale to nie powód, by zastanawiać się nad przyszłością Loewa. Jako sympatyk niemieckiego futbolu, cieszę się, że w niemieckiej federacji pracują ludzie, którzy patrzą na pracę selekcjonera trochę szerzej niż tylko przez pryzmat wyniku (który zależy od szczęścia). To dlatego Niemcy mieli w całej historii tylko dziesięciu selekcjonerów. To m.in. dlatego są tacy silni. To dlatego Loew będzie z kadrą pracował do mundialu w Rosji. Na którym dojdzie przynajmniej do półfinału. A potem będzie musiał liczyć na szczęście. Jak każdy, nawet największy trener, zawsze. Nie było jeszcze w historii futbolu drużyny, nawet najsilniejszej, której w którymś momencie turnieju nie uratowałby łut szczęścia.

Zagłębie Ruhry. 90-minutowy raj

 bochumpompa

Mieszkając przez pół roku w Niemczech, zjeździłem kraj wzdłuż i wszerz. Gdy tylko zaczynał się weekend, opuszczałem mieszkanie i do poniedziałku wieczorem tułałem się, gdzie tylko się dało. Pod jednym warunkiem: z dala od Zagłębia Ruhry. Wiedziałem, że wjechanie tam, skończy się tragicznie – przepadnę na kilka miesięcy, zawalę studia i pracę, wydam wszystkie pieniądze i wyląduję na bruku. Postanowienia się trzymałem, choć parokrotnie znajdowałem się już niebezpiecznie blisko, a raz nawet siedziałem w autobusie do Kolonii. Zdążyłem wysiąść.

Wiedziałem jednak, że kiedyś pojadę tam specjalnie, na dłużej, żeby wszystko dokładnie zobaczyć. Polowałem rok na tydzień, w którym mógłbym codziennie być na meczu. Prawie się udało. W ciągu siedmiu dni, byłem na sześciu. Chłonąłem atmosferę miast i regionu. Zobaczyłem Gelsenkirchen, Bochum, Düsseldorf, Kolonię, Leverkusen i Dortmund. Powinienem wrócić zaspokojony. Tymczasem dopiero teraz widzę, jak bardzo miałem rację nie pakując się wcześniej w Nadrenię-Północną Westfalię. Dopiero po tygodniu spędzonym tam widzę, jak niewiele widziałem.

Mimo bardzo intensywnego programu, wciąż nie wiem, jaka jest atmosfera na stadionie 1. FC Köln. Nie wiem, jak radzi sobie MSV Duisburg. Nie widziałem Arminii Bielefeld ani SC Paderborn. Nie zobaczyłem Essen, które miało się, jak Bilbao, podnosić przez kulturę, a podobno nie za bardzo to wyszło. No i – oczywiście przy okazji – nie byłem na stadionie tamtejszego Rot-Weiss. A w Kolonii jest przecież jeszcze Fortuna, też klub z tradycjami. No i wypadałoby jeszcze zobaczyć, gdzie dziś jest dawny bundesligowiec Wattenscheid. Wejść do klubowego muzeum Borussii Dortmund (ponoć świetne) i Schalke. Pojechać do Akwizgranu, jednego z najładniejszych ponoć miast regionu i zobaczyć Alemannię. No i do pięknego Monastyru, rzucając też okiem na stadion Preussen. Nie byłem też w Neandertalu i nie widziałem przełomu Renu. Czuję się, jakbym praktycznie niczego nie widział, choć przecież trochę widziałem.

Zobaczyłem, że wrażenie, jakoby wszystkie miasta Nadrenii-Północnej Westfalii były tuż koło siebie i wpadały jedno w drugie, jest mylne. Wbrew pozorom, trzeba się trochę najeździć, by wszystko zobaczyć. Runął też  w mojej głowie mit pięknego Zagłębia Ruhry. Wyobrażałem sobie, że te industrialne klimaty będą mi odpowiadać, bo lubię. Ale nie każda dzielnica przemysłowego miasta to Nikiszowiec. Większość z tych miast jest po prostu brzydkie i nie ma na czym oka zawiesić. Zdecydowanie lepiej czułem się w pięknej Bawarii. Ale mimo to do Nadrenii chciałbym jeszcze wrócić. Dla zakochanych w niemieckim futbolu, to raj na ziemi. Nawet jeśli tylko przez 90 minut w ciągu dnia.

Neony w Berlinie już te same. Świat dalej inny

berlin

Berlin jest miejscem zwrotnym, w którym szczególnie mocno ukazuje się to, że świat przychodzi do nas ze wszystkimi swoimi problemami” J. Habermas, z cytatu wysmarowanego markerem na głazie podtrzymującym rurę na jednej z budów w centrum Berlina.

W tym miejscu został rozstrzelany Kurt Schumacher, członek antynazistowskiej opozycji. I tablica pamiątkowa. Skromna. Na uboczu. Szacunek dla Kurta Schumachera. Nie znałem, nie słyszałem wcześniej. Opozycja antynazistowska w Niemczech kojarzy mi się głównie z Augustem Landmesserem, którego zdjęcie stojącego wolno na nazistowskiej manifestacji w 1936 obok salutującej masy obiegło wiele lat później cały świat. Dobrze, że takie Schumachery i Landmessery się w każdych okolicznościach jednak trafiają. Szkoda, że są tylko wyjątkami.

Od początku na stacji Warszawa-Młociny jakoś mnie to ruszało. Że ja sobie tu, wprawdzie, tak jak oni, pod osłoną nocy, ale jednak wsiadam komfortowo i tanio do Polskiego Busa i , jak gdyby nigdy nic, jadę do Berlina. A w sumie jeszcze nie tak dawno wielu pokonywało taką podróż sporo ryzykując. Patrzyłem na te lasy już we wschodnich Niemczech, wzdłuż autostrady i myślałem o smutnych panach ze Stasi pilnujących na skraju czy ktoś przypadkiem nie zboczył. Para za mną rozmawiająca o lotnisku Tempelhof, na które oczywiście musiałem parę godzin później pojechać, wiedząc, że jet nieczynne, tylko po to, by się zawieść, że dziś to tylko łąka. Obrazy. Czarno-białe oczywiście, bo jakoś do lat 70. trudno mi sobie wyobrazić, że ludzie widzieli w kolorze. Samoloty pasażerskie wypchane węglem, lądujące na Tempelhofie co kilkadziesiąt sekund. Trabant, duma Berlina, obecny wszędzie. Inna duma, charakterystyczny ludzik z sygnalizacji świetlnej, który doczekał się muzeum i pamiątkowych sklepów w mieście. Knut, niedźwiedź polarny z berlińskiego zoo, nowy symbol stolicy. Pociąg do Spandau. Dzielnicy, w której było więzienie, jedyna instytucja działająca tak, jak początkowo ustalono po wojnie – przy współpracy czterech mocarstw. Co miesiąc zmieniali flagę na maszcie i ekipę pilnującą z sowieckiej na amerykańską, francuską czy brytyjską, dopóki ostatni więzień, Rudolf Hess, za którąś kolejną próbą nie popełnił samobójstwa. Tak. W Berlinie, jak w Auschwitz, czułem jak historia chrobocze pod stopami.

Siedziba pani kanclerz. Najważniejsze aktualnie miejsce w Europie. Przecież nie cały czas ratuje świat, pewnie też, nie wiem, przygotowuje jajecznicę czy prostuje włosy. Taka pora. Bundestag, czyli Reichstag. Patrzę i myślę jak płonął. Słyszę w głowie „Kult”, piosenkę „Berlin”. Te piękne, lekkie, klubowe brzdęknięcia gitary stylizowanej na Berlin 30 lat. Słyszę je zresztą przez cały pobyt. Z błądzenia gdzieś po czasach wczesnego Hitlera wybudza rzeczywistość. Wojska Polskiego. Herb BKS-u Stal Bielsko-Biała, III liga śląsko-opolska. Możesz uciec od bielskiego futbolu, bielski futbol od ciebie nie ucieknie.

Wszędzie Turcy, muzułmanie, przyjezdni. Kogo ze znajomych nie zapytam o wrażenia z pobytu w Niemczech usłyszę coś o „ciapatych”, oczywiście wypowiedziane z należytą wyższością i nieskrywaną pogardą. Turcy, muzułmanie, przyjezdni jednak występują nie jako błąkający się uchodźcy.. Występują jako stary Turek w metrze, czytający gazetę po turecku, ze stronami sportowymi o Guendoganie i Galatasaray zamiast o Muellerze i Bayernie. Jako małżeństwo, którego widok nikogo nie dziwi i nie zmienia zaspanych wczesną porą twarzy, bo widzieli takich małżeństw miliony i wciąż nie zostali przez nie wysadzeni w powietrze. Jako nastolatka w burce robiąca sobie selfie na tle Bramy Brandenburskiej (swoją drogą, bardzo rozczarowującej. Zawsze wydawała mi się kolosalna, a wcale nie jest) z koleżanką ewidentnie aryjską. Jako niedoświadczona i początkująca aryjska ręka męska niby niezauważalnie podszczypująca muzułmański pośladek na oko 20-letni. Dla mnie to oczywiście żadne zaskoczenie, wiem od dawna, że tak to – wykluczając patologie – funkcjonuje. Ale obserwując, co się dzieję w Polsce, dochodzę do wniosku, że raczej jestem w mniejszości.

Nie pisałem nigdy dotychczas, co sądzę o najdonioślejszym aktualnie problemie Europy. Nie pisałem, bo uznawałem, że nikogo nie obchodzi moje zdanie na ten temat. Ale doszedłem do wniosku, że skoro mądrzą się na ten temat wszyscy, na czele z tymi, których zdanie w tej kwestii mnie nie obchodzi, raz mogę się nie powstrzymać.

Chodząc tam, rozbijając się po uliczkach Berlina, patrząc na te harmonijne życie stolicy, bez żadnego wyczuwalnego napięcia, które czułoby się na polskiej ulicy, gdyby pojawił się ktoś z ciemniejszą skórą, wyglądający Bliskowschodnio, zastanawiałem się czy wy ludzie, moi znajomi i nieznajomi wypisujący wszystkie te ksenofobiczne bzdury nie widzicie? Czy wy dalej nie macie, jak ci, wpadający nielegalnie na Tempelhof, prawa wyjazdu z kraju i zobaczenia jak to naprawdę wygląda? Ale dochodzę do wniosku, że kłania się Aronson. Każdy widzi to, co chce widzieć.

Mieszkałem w Niemczech. Studiowałem niemcoznawstwo. Interesuję się Niemcami od lat. Studiując w Niemczech robiłem kursy na temat muzułmańskiej obecności w Niemczech. W kursach uczestniczyli muzułmanie i chrześcijanie. Katolicy i sunnici. Protestanci i szyici. Ateiści i alawici. Dyskutowaliśmy. Ja słuchałem ich doświadczeń, w końcu oni w tym środowisku wyrastali przez 20 lat, ja tam wpadłem na chwilę jako obcy. Pisałem licencjat o muzułmanach w Niemczech, co wymusiło jednak, w przyspieszonym tempie, przeczytanie paru rzeczy na ten temat, m.in. spojrzenia na mechanizmy przedstawiania muzułmanów w mediach. No i wychodzi na to, że jestem skażony. Skażony tym, że za cholerę nie widzę w każdym muzułmaninie napotkanym w Berlinie terrorysty wrzeszczącego Allah Akbar. Zwłaszcza, że wielu muzułmanów, z którymi studiowałem, tak przestrzegało przykazań swojej wiary, jak ja przestrzegam swojej, czyli podchodzili do nich bardzo swobodnie. Więcej napotkałem w życiu radykałów katolickich.

Tak, w Niemczech jest bardzo wielu muzułmanów. Widać to na pierwszy rzut oka na niemieckiej ulicy. Islamizacji Niemcy zawdzięczają, że ich przeciętne kobiety są dziś – z ręką na sercu – ładniejsze niż przeciętne Hiszpanki. No i ma też islamizacja jedną negatywną stronę, która mocno mnie dotknęła. Łatwiej znaleźć w Berlinie restaurację z jedzeniem azjatyckim niż z berlińskimi kiełbaskami i piwem pszenicznym. Trzeba się było naszukać, czas ich wyrzucić skąd przyszli.

Nie przekonuję, że nie ma z nimi i poważniejszych problemów. Przeszedłbym się nocą samemu po tureckiej dzielnicy to bym się przekonał. Dokładnie jak na Bałutach czy innym Tauzenie.

Berlin to miasto kontrastów. Muzułmanie i Aryjczycy jako para trzymająca się za ręce. Stare Afganki owinięte burkami (Aryjki zaczną tak wyglądać za miesiąc, gdy zrobi się chłodno i zaczną się owijać szalikami) i stare Aryjki uśmiechające się do wszystkich napotkanych osób. Nikt nie uśmiecha się tak często jak stare Niemki. Do kogo nie uśmiechnie się stara Niemka, ten naprawdę musi nie mieć serca. Salon z nowiuśkimi Lamborghini, a po drugiej stronie budynku stara, piękna dzielnica, Nicolaiviertel, z wąskimi uliczkami, budynkami z cegieł i piwem pszenicznym. Rury wystające z jakiejś budowy, umocowane do głazów z wypisanymi cytatami wielkich ludzi (o dziwo, w całej masie tylko jeden Einstein, żadnego Jana Pawła, żadnego Coelha). Nowoczesne budynki i stara kawiarnia z JF Kennedy’m, który był pączkiem. Kontrasty też regionalne, wewnątrzniemieckie. Kelner wypisujący kredą Oktoberfestowe menu i kierowca dostawczaka firmy przewozowej krzyczący do niego: Oktoberfest jest tylko w Monachium.

I łup.

Koniec miasta. Koniec świata. Mur. Checkpoint Charlie. Nie trzeba mi odgrywać scenki z przechodzeniem (a da się, za opłatą). Wystarczy mi tło, żeby działała wyobraźnia. Żeby przypominał się Stieglitz i filmy, na czele z „Zawód: Szpieg” z Redfordem i Pittem. 25 lat. Robi wrażenie patrzeć na resztki muru berlińskiego w momencie, w którym trochę na południe jeden kraj odgradza się od drugiego płotem, a niektórzy jeszcze stawiają ten kraj za przykład i żałują, że my nie działamy w ten sam sposób.

Musiało być paskudnie być Niemcem przez wiele lat po drugiej wojnie światowej. Musi być paskudnie być Niemcem za każdym razem, gdy wkręcamy ich na zakrapianych imprezach, że żadna Polka nigdy nie zechce Niemca i kiedy żartujemy sobie, że są Hitlerowcami. U nich ta rana się nie zabliźniła. Ciągle boli i kontrastuje z pragnieniem wielkości. Z jednej strony wystrzelista kolumna w samym centrum, upamiętniająca jakieś podrzędne zwycięstwo nad… Danią, z drugiej, w samym centrum, pomniki poświęcone wszystkim, którzy przez Niemców cierpieli – Romom, Żydom, to jasne, ale że nawet homoseksualistom, to nie przypuszczałem. Pamiątek martyrologii narodu niemieckiego nie stwierdzono. My, nie wiedzielibyśmy, co upamiętniać, gdyby nam zabroniono przypominać nasze krzywdy.

Niemcy mieli nazizm, czyli paskudną kartę, ale pozwoliło im to na rozliczenie się z nim. To odbija się do dzisiaj, gdy jako jedyni autentycznie czują się w obowiązku przyjmować tych nieszczęsnych uchodźców, gdy wstydem jest w towarzystwie przyznać się do niechęci ich przyjmowania, a nie jak u nas do przyjmowania.

Kilkadziesiąt lat temu szokiem dla wszystkich wyjeżdżających do Berlina były pełne sklepy i kolorowe neony. Tych się w końcu sami dorobiliśmy. Ale odnoszę wrażenie, że Berlin to nadal inny świat.

„Kryzys” niemieckiego futbolu

niemcy

Niemiecka kadra U-21 została niedawno zdemolowana w półfinale mistrzostw Europy przez Portugalię. W Niemczech rozpoczęła się seria lamentów, której echa dochodzą też do nas. Wynik 0:5 miał pokazać, że złote pokolenie wcale nie jest takie złote, jak wydawało się rok temu, następcy mistrzów świata wcale nie rodzą się na kamieniu, system szkolenia jednak nie jest tak genialny, jak się wydawało, a problem niemieckiej piłki mają też pokazywać gorsze niż zwykle wyniki niemieckiej kadry w eliminacjach Euro 2016. Jeszcze chwilę i ktoś naprawdę uwierzy w kryzys.

Kryzys niemieckiego futbolu owszem, miał miejsce, gdy dorosła reprezentacja na dwóch mistrzostwach Europy z rzędu nie wychodziła z grupy, chociaż nie należy zapominać, że w środku tego kryzysu została wicemistrzem świata. Porażka młodzieżówki, nawet 0:5, w PÓŁFINALE, nie jest objawem kryzysu.

Zresztą, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, o co chodzi w turniejach młodzieżowych. O to, by je wygrywać czy by przygotować jak największą liczbę ich uczestników do gry na najwyższym poziomie? Mało kto tak dobrze rozumie, jak niewiele warte są triumfy w młodzieżowych kategoriach wiekowych, jak Polacy. Co z tego, że taki Dariusz Zawadzki był gwiazdą mistrzostw Europy, skoro w wieku 33 lat gra w Sparcie Kazimierza Wielka, nie zadebiutowawszy nawet w polskiej ekstraklasie? Co z tego, że Mariusz Sacha grał w kadrze, która wychodziła z grupy mistrzostw świata U-20, skoro mając 27 lat jest byłym piłkarzem, podobnie jak jego koledzy z drużyny Dawid Janczyk czy Krzysztof Strugarek. Młodzieżowe turnieje są fajną, ciekawą rozrywką na letnie miesiące, gdy nie dzieje się nic ciekawszego, można z nich wyciągnąć perełki i jakieś wnioski, ale nie należy ich traktować ze śmiertelną powagą.

Ważniejsze od tego czy Niemcy ograją Portugalię czy z nią przegrają jest jak radzą sobie w dorosłym futbolu.

Bramkarz Portugalii Jose Sa to rezerwowy klubu Maritimo. Bramkarz Niemiec Marc Andre ter Stegen wygrał w tym roku Ligę Mistrzów i to wygrał aktywnie, broniąc we wszystkich meczach Barcelony. Jego zmiennikami w kadrze byli Bernd Leno, który wyszedł z grupy Ligi Mistrzów i Timo Horn z Kolonii, bramkarskie objawienie sezonu jednej z najlepszych lig Europy.

W składzie Portugalii zmieścili się jeszcze Ricardo Esgaio, wypożyczony ze Sportingu Lizbona do Pacos Ferreira, rezerwowy Sportingu Tobias Figueiredo czy rezerwowy Porto Ricardo Pereira. Najwięcej w seniorskiej piłce znaczy William Carvalho, podstawowy zawodnik, jedna z gwiazd Sportingu, ale to dalej liga portugalska, piekielnie silne, lecz tylko zaplecze najwyższego europejskiego poziomu. Tego, na którym od lat grają rówieśnicy z Niemiec.

Za Matthiasa Gintera Borussia Dortmund zapłaciła 10 milionów euro. Ma już w dorobku dorosłe mistrzostwo świata. Emre Can regularnie grał w Liverpoolu, po świetnym sezonie w Bayerze Leverkusen. W Bundeslidze miejsce w składach swoich drużyn mieli też Christian Guenter, Julian Korb, Nico Schulz, Johannes Geis, za którego tego lata Schalke dało 10 milionów euro, Kevin Volland, Max Meyer, Leonardo Bittencourt, Felix Klaus, Maximilian Arnold i Robin Knoche (wicemistrzostwo i Puchar Niemiec) czy Yunus Malli. Joshuę Kimmicha Bayern kupił w tym roku za osiem milionów euro. Widzicie różnicę?

Portugalczycy zmietli Niemców, mogą sięgnąć po mistrzostwo Europy U-21, natomiast gdy już się nacieszą i wrócą z wakacji, w większości nadal będą dopiero aspirantami na najwyższy poziom. A młodzi Niemcy pozbierają się, odpoczną i wrócą do odgrywania centralnych ról w liczących się europejskich klubach. Taki jest ten kryzys niemieckiego szkolenia.

Podobnie ma się rzecz z dorosłą reprezentacją. Pewnego rodzaju odprężenie pomundialowe, połączone z wieloma kontuzjami przyniosło trochę gorsze wyniki. Swoje musiała też zrobić reforma mistrzostw Europy. Reprezentacja taka jak Niemcy wie, że cokolwiek by zrobiła i tak na turnieju zagra. Selekcjoner może sobie eksperymentować do woli, nawet kosztem jakiejś porażki z Polską czy remisu z Irlandią. W przypadku reprezentacji Niemiec, liczą się tylko wielkie turnieje. Przypomnę, że przed zgarnięciem mistrzostwa świata w imponującym stylu, Niemcy w meczach towarzyskich nie wyglądali na faworyta mundialu – wymęczyli wygraną z Chile, będąc wyraźnie słabszym, zremisowali z Polską i Kamerunem, rozjechali jedynie Armenię, choć i tak niżej niż miesiąc później Brazylię. Taka specyfika. Wielcy piłkarze grają wielkie mecze w wielkie wieczory, co nie oznacza, że błyszczą zawsze i wszędzie. Rozlicza się ich z mistrzostw świata i mistrzostw Europy. A tu ostatnimi czasy mają: mistrzostwo, trzecie miejsce, trzecie miejsce, wicemistrzostwo, trzecie miejsce. Ot, niemiecki kryzys.

Mur runął, ale stoi

 Tilt śpiewał, że runął już ostatni mur. Ale to nie była piosenka o sytuacji Niemiec po zjednoczeniu. Wiadomy bard dodawał, że mury runą. Ale to nie była pieśń o futbolu niemieckim 25 lat po upadku muru berlińskiego. W niemieckim futbolu mury rosną. I nie runął jeszcze żaden mur, a co dopiero mówić o ostatnim.

 Franz Beckenbauer mylił się wiele razy, ale chyba nigdy nie przestrzelił swoją wypowiedzią bardziej niż tuż po zjednoczeniu Niemiec. Ma pecha, bo to akurat jego najbardziej znane słowa. Po dodaniu do reprezentacji RFN najlepszych zawodników ze wschodu, Niemcy w piłce miały być ponad wszystko już na zawsze. Jeszcze w 1996, gdy zgarniały mistrzostwo Europy, a rudy Matthias Sammer ze wschodu był najlepszym piłkarzem kontynentu, wydawało się, że Cesarz mógł mieć trochę racji. Ale ponad naprawdę wszystkich Niemcy wyrosły dopiero w tym roku, 24 lata po zjednoczeniu. I 24 lata po ostatnim mistrzostwie świata. Paradoksalnie jeszcze nigdy nasi zachodni sąsiedzi tak długo nie czekali na tytuł mistrza świata. Między pierwszym startem w 1934, a pierwszym mistrzostwem w 1954 minęło 20 lat. Później kolejne 20 do 1974. I 16 do 1990. A po zjednoczeniu, gdy mieli być niepokonani, aż 24.

 W czym jednak Kaiser przestrzelił najbardziej: wkład piłkarzy ze wschodnich Niemiec w sukcesy RFN jest żaden. Albo homeopatyczny.

 W Brazylii po mistrzostwo świata sięgał JEDEN piłkarz urodzony w NRD. Toni Kroos. Żeby być bardziej dosadnym: więcej aktualnych mistrzów świata urodziło się w Polsce (Podolski, Klose) niż w NRD. Jest pewnym chichotem historii, że słynące przez 40 lat istnienia z niesamowitej siermięgi i toporności w każdej dziedzinie życia wschodnie Niemcy, ostatnim tchnieniem dały zjednoczonej reprezentacji Niemiec akurat jej najbardziej kreatywnego piłkarza. Skoro taki prawdziwy artysta przyszedł na świat w topornym i szarym NRD, musiał nastąpić koniec tego socjalistycznego świata.

 - Naprawdę jestem jedyny? – zdziwił się urodzony na Pomorzu Kroos. – To pewnie ostatni – dodał po chwili namysłu. Tak, prawdopodobnie pomocnik Realu Madryt jest ostatnią przysługą NRD dla wspólnych Niemiec.

 Gdyby wraz z upadkiem berlińskiego muru, którego 25. rocznicę w tym miesiącu przeżywamy, runął już ostatni mur między Niemcami, dziś w kadrze byłoby pełno młodych chłopaków wychowanych w landach wschodnich, a tamtejsze kluby biłyby się z zachodnioniemieckimi klubami o mistrzostwo. Ale „Runął już ostatni mur“ to nie jest piosenka o niemieckim futbolu. To w ogóle nie jest piosenka o Niemczech.

Różnice na pierwszy rzut oka? Widoczne, choć nie rewolucyjne. Ot, panowie narysowani na sygnalizacji świetlnej mają na głowach kapelusze. Na pierwszy rzut ucha? Słyszalne. Trudniej się dogadać po angielsku. Kolejne? Mało młodych. Nie licząc największych miast, gdzie jest trochę studentów i nie biorąc pod uwagę erazmusów, którzy i tak po najdalej roku wyjeżdżają, wschodnie landy się starzeją. Jasne, starzeje się całe społeczeństwo niemieckie, ale na wschodzie starzeje się bardziej. Młodzi nie mają perspektyw, więc masowo wyjeżdżają na studia i za pracą w inne rejony kraju. Miastom ubywa ludności i mało jest pomysłów jak temu zaradzić. Dopiero Lipsk wydaje się znajdywać rozwiązanie. W socjologii miasta jest ono znane jako „Efekt Bilbao“. Wyludniające się baskijskie miasto zainwestowało w kulturę, precyzyjniej mówiąc, postawiło bombastyczne Muzeum Guggenheima i zaczęli do niego jeździć turyści z całego świata, a Bilbao stało się nagle modne. Lipsk próbuje iść tą samą drogą, stara się inwestować w kulturę, stara się być modny.

 Ale generalnie nie jest łatwo rządzić miastami we wschodnich Niemczech. Nie jest łatwo rządzić wschodnimi landami. Nie jest łatwo rządzić wschodnimi klubami.

 Gdy zjednoczenie się dokonywało, dwa wschodnioniemieckie kluby, Dynamo Drezno i Hansa Rostock dostały miejsca w 1. Bundeslidze, a sześć kolejnych w drugiej. Dziś ten bilans brzmi już 0+3. Od spadku Energie Cottbus w 2009 roku, wschód nie ma Bundesligi. W 2. Bundeslidze, gdyby nie było Red Bulla Lipsk, byłby prawdziwy dramat. Zostałyby tylko walczące o utrzymanie Union Berlin i Erzgebirge Aue. Gdyby chcieć utworzyć ligę z 16 najlepszych dzisiaj postenerdowskich zespołów, musiałoby się w niej znaleźć aż siedmiu IV-ligowców. Z zespołów, które grały w najwyższej lidze NRD w jej ostatnim sezonie, najlepiej odnalazło się maleńkie Aue, od paru lat będące w 2. lidze. Stahl Brandenburg i Stahl Eienhüttenstadt grają w szóstej lidze, Fortschritt Bischofswerda, po przemianowaniu jest o poziom wyżej. Podobnie jak Lokomotive Lipsk.

 Zamiast być coraz lepiej, z wschodnioniemieckim futbolem jest z każdym rokiem coraz gorzej. W 2002 roku na mundialu było jeszcze siedmiu reprezentantów urodzonych w NRD. W 2006 tylko czterech. W 2010 i 2014 już tylko Toni Kroos. Można by to wytłumaczyć naturalnie – w kadrze gra coraz więcej piłkarzy urodzonych już po 1990. Ale wcale nie jest lepiej. Z dawnych wschodnich landów w kadrze póki co zagrał tylko JEDEN piłkarz – drezdeńczyk Maximilian Arnold. A przecież Saksonia czy Meklemburgia były poddawane takim samym zabiegom szkoleniowym, jak Bawaria i Nadrenia. Projekty akademii były ogólnoniemieckie, a nie tylko zachodnie. Goetze czy Draxler mogli się spokojnie urodzić w Lipsku czy w Halle. Ale się nie urodzili.

 W klubowej piłce teoretycznie jakąś zmianę niesie za sobą odmieniony już przez wszystkie przypadki RB Lipsk. Ale nie wszyscy się z tym zgadzają. – RB Lipsk nie należy do wschodniego futbolu. Nie może być przykładem dla Halle, Drezna czy Aue. Byłoby dużym błędem twierdzić, że można rozwijać wschodnioniemiecki futbol idąc tą drogą – stwierdził niedawno w „Kickerze” Michael Schädlich, prezes III-ligowego Halleschera SC. Faktycznie, jedyną zmianą będzie możliwość oglądania Bundesligi na żywo w Lipsku. Ale to nie rozwiąże problemu, dlaczego talenty nie rodzą się w dawnej NRD, ani jak ratować tradycyjne wielkie firmy wschodnie.

 Dla wielkich firm wschodnich RB jest problemem. Już nawet nie konkurentem. To walka przy użyciu różnych środków, ale już dawno przez firmy przegrana. W najbliższej okolicy RB Lipsk nie ma i nie będzie miał w najbliższych latach żadnej konkurencji w walce o kibica, ale też o młodych piłkarzy. Jeśli tylko w Aue czy w Chemnitz pojawi się drugi Michael Ballack, akademia Rangnicka zaczai się w jego miseczce z ryżem i zgarnie go zanim zdąży powiedzieć placek z jagodami.

 - Ale w Lipsku nie popełniają żadnego przestępstwa. Budują klub bardzo mądrze. To wina Chemie i Lokomotive, że Lipsk stał się piłkarską pustynią, na którą spokojnie wszedł Red Bull z nowym klubem – twierdzi Ralf Minge, dyrektor sportowy Dynama Drezno. Wschodnioniemieckie kluby płacą za zaniedbania z pierwszych lat po zjednoczeniu. Nie miały szans zatrzymać swoich piłkarzy, bo każdy chciał wyjechać do RFN, to oczywiste, ale mogły na ich miejsce ściągnąć kogoś sensownego, albo wychowywać młodzież. – A my braliśmy ślepców z zachodu i dawaliśmy im grać w naszych drużynach oraz trenować je. Myśleliśmy, że skoro są z zachodu, to będą lepsi. A to dalej byli ślepcy – mówi Eduard Geyer, bielszczanin, który był ostatnim trenerem w historii reprezentacji NRD. – Akurat w ostatnim pokoleniu mieliśmy bardzo ciekawych graczy, awansowalibyśmy na mundial w 1990. Czasem sobie myślę, że wolałbym, aby ten mur runął półtora roku później – przyznaje. Stracił w końcu niepowtarzalną szansę poprowadzić drużynę na mistrzostwach świata.

 Geyer stworzył model, który wbrew wszelkiej logice był jeszcze jakąś nadzieją. Maleńkie Energie Cottbus był w stanie wprowadzić do Bundesligi i rywalizować w niej z wielkimi zachodnimi korporacjami (przy użyciu wielu Polaków – Andrzeja Kobylańskiego, Witolda Wawrzyczka itd.). W końcu musiało się to jednak skończyć. – Przepaść pomiędzy nami a klubami z zachodu zrobiła się zbyt duża, by kiedykolwiek ją odrobić – uważa Geyer. Trzeba się chyba przyzwyczaić, że już na wiele dziesięcioleci Bundesligi przy granicy z Polską raczej nie będzie. Chyba, że przyjdą następne, tak wyklinane, Red Bulle.

TEKST UKAZAŁ SIĘ W MAGAZYNIE „PIŁKARSKA PRAWDA”. CAŁE WYDANIE MOŻNA ZNALEŹĆ TUTAJ.

Nie mamy szans z Niemcami. Powiedzmy to sobie już dziś uczciwie

Selekcjoner Joachim Löw ogłosił powołania na mecz z Polską. Bez większych niespodzianek. Jest 16 mistrzów świata, Antonio Rüdiger, Sebastian Rudy i Max Kruse, których też selekcjoner już powoływał i jeden debiutant – Karim Bellarabi, którego powołanie jest tyleż uznaniem dla świetnej skądinąd formy skrzydłowego Bayeru Leverkusen, ile zamknięciem mu drogi do czyniącej pod niego zakusy reprezentacji Maroka.

16 mistrzów świata. Przeciwko Polsce. A jednak w ostatnich dniach da się zaobserwować w naszym kraju analizy tak optymistyczne, że aż oderwane od rzeczywistości. Próbuje się szukać racjonalnych przesłanek przemawiających za Polską. Daremne żale, próżny trud. Racjonalnych przesłanek nie ma. Najbardziej racjonalne zdanie o optymistycznej wymowie, jakie można przed tym meczem wygłosić to „Kiedyś w końcu musi być ten pierwszy raz”. Tak, rachunek prawdopodobieństwa wskazuje, że kiedyś w końcu powinno się udać.

W niemieckiej bramce słabych punktów nie ma co szukać. Przeciwko Polsce zagra Manuel Neuer, czyli najlepszy bramkarz świata, definiujący grę na tej pozycji na nowo. Jeśli nawet uda się wyjść z kontratakiem i ktoś urwie się obrońcom, to zaraz, tuż za połową boiska wyrośnie przed nim Neuer. W innym przypadku znakomicie obroni na linii. Trudność gry z Niemcami polega na tym, że możesz być lepszy i przegrać, bo oni maja Neuera, a ty nie masz. Pokazał to przykład Algierii na mundialu. Roman Weidenfeller i Ron-Robert Zieler są powołani tylko dla potwierdzenia hierarchii bramkarzy w Niemczech. I żeby na ławce nie było zbyt pusto.

Słabe punkty można znaleźć w niemieckiej defensywie. Zwłaszcza na bokach. Na mundialu na tych pozycjach grali albo Philipp Lahm (skończył reprezentacyjną karierę), albo Jerome Boateng, albo Benedikt Höwedes. Dwaj ostatni to stoperzy, z konieczności wypychani w okolice linii bocznych boiska. Höwedes jednak ma kontuzję i dlatego nie znalazł się w gronie powołanych, a będący w świetnej formie Boateng jest potrzebny na środku. Zwłaszcza, że karierę skończył Per Mertesacker, a Mats Hummels dopiero wyleczył się po kontuzji. W pierwszych meczach po mundialu na bokach obrony zagrali Kevin Grosskreutz (źle, więc nie znalazł się w kadrze), Sebastian Rudy (środkowy pomocnik, którego Löw przerobił na prawego obrońcę) i Erik Durm (środkowy napastnik, którego rok temu Klopp przerobił na lewego obrońcę). Eksperyment z Rudym można uznać za udany. Zawodnik zaliczył w meczu ze Szkocją świetną asystę, a selekcjonerowi pomógł też jego klubowy trener Markus Gisdol, który zaczął go wystawiać również na prawej obronie. To najbardziej prawdopodobne rozwiązanie na mecz z Polską. Rudy nie jest oczywiście zawodnikiem klasy Łukasza Piszczka, ale czy nie będzie w stanie powstrzymać ataków np. Macieja Rybusa? Erik Durm jest natomiast w ewidentnie słabej formie, ale i tak powinien zagrać. Gdyby mieli na niego nacierać Jakub Błaszczykowski z Piszczkiem, byłby to dla Löwa na pewno spory problem. Jednak w Bundeslidze grają w większości piłkarze jednak o klasę lepsi niż Kamil Grosicki. Mimo to, lewa obrona Niemców jest miejscem, które Polacy powinni atakować szczególnie mocno.

To właśnie Hummels z Boatengiem stworzą najpewniej parę stoperów. Może i ten pierwszy w derbach Zagłębia Ruhry zaprezentował dyspozycję cokolwiek wakacyjną, ale doszukiwanie się akurat w tym zawodniku niemieckiej słabości, byłoby przejawem nadmiernego optymizmu. Alternatywy? Przeciętne. Matthias Ginter, mistrz świata, który po transferze z Freiburga przeżywa w Borussii Dortmund lekcję za lekcją (póki co dość bolesne), Shkodran Mustafi, wynalazek Löwa, którego zalety są póki co dość skrzętnie chowane przed światem, oraz Antonio Rüdiger, stoper silny jak czołg, ale chimeryczny jak Ricardo Quaresma. Forowany trochę chyba na siłę środkowy obrońca Stuttgartu będzie jednak siedział na ławce. Jeśli nic złego się nie zdarzy, Hummels z Boatengiem odpowiednio zadbają o zaryglowanie dostępu do bramki Neuera.

Innych słabych punktów w niemieckiej drużynie znaleźć po prostu nie sposób. W linii pomocy Christoph Kramer, Toni Kroos, Mesut Özil, Andre Schürrle i będący w świetnej formie Mario Götze. Wysunięty w ataku Thomas Müller? Pozostający w odwodzie lider Borussii Mönchengladbach Kruse, Lukas Podolski, Julian Draxler i debiutant Bellarabi? Druga linia i atak w podobnym zestawieniu wbiły w półfinale mistrzostw świata trzy miesiące temu siedem bramek Brazylii w półfinale mistrzostw świata. Nie jest więc specjalnie uczciwe mówienie, że Polacy mają wielkie szanse powstrzymać Niemców, bo „to już nie ta sama drużyna”. Mają szanse, bo „to jest sport”. Czyli jakiś nikły procent, dzięki któremu legenda głosi, że kiedyś zadziałał. Powiedzmy to sobie już dziś uczciwie, żeby nie zdziwić się niemiło za tydzień.

A co my zrobiliśmy w ostatnich 12 latach?

Niemieckie mistrzostwo świata jest piękne nie tylko dlatego, że ich drużyna najładniej grała. Ale dlatego, że była najbardziej zespołowa. Nie doprowadził jej do niego jeden trener, tylko sztafeta trenerów. Nie doprowadziło jedno pokolenie tylko sztafeta pokoleń. Dobry system, współpraca związku, organizacji zarządzającej ligą, klubów, trenerów i piłkarzy wykluła mistrzostwo świata. To piękna lekcja o tym, jak mistrzostwo świata można zaplanować.

Dla takich, którzy jak ja urodzili się początkiem lat 90 i zaczęli interesować się piłką gdzieś od mundialu 1998 czy Euro 2000, powiedzonko Gary’ego Linekera o zawsze wygrywających na końcu Niemcach brzmiało cokolwiek archaicznie. Dla mojego pokolenia Niemcy to była drużyna wiecznie przegrywająca. Dostająca lanie od Chorwacji, zajmująca dwa razy ostatnie miejsca w grupie mistrzostw Europy, nawet jeśli zachodząca daleko, to w ostatnim momencie przegrywająca.

W 2004 roku leżeli na dnie. Na Euro w Portugalii nie wbili gola Łotwie, a Czesi pobili ich, grając bez żadnej motywacji, w całkiem rezerwowym składzie. W kwalifikacjach remisowali z Litwą i Szkocją, a towarzysko nie byli w stanie pobić Islandii. Dwa lata przed organizowanym przed siebie mundialem nie mieli trenera, bo Rudi Völler podał się do dymisji, ani drużyny ani piłkarzy. Samych tylko topornych i wiekowych rzeźników. Tak stereotypowo niemieckich. Ich liga musiała się obawiać, by wkrótce nie wyprzedziła jej francuska, o rywalizacji z Włochami, Anglikami czy Hiszpanami nawet nie marząc.

Ale działało już coś, czego nie dało się zatrzymać. Od dwóch lat działał Poszerzony Program Promocji Talentów. W całych Niemczech powstało 390 baz piłkarskich dla młodzieży, związek opłacał 1170 trenerów i przekazywał na ten projekt 12,5 miliona euro rocznie. Kluby zaczęły inwestować w swoje akademie nawet po 74 miliony euro rocznie. Co oznacza, że niemiecki futbol jako całość wydawał od 2012 roku przeciętnie 70 milionów euro rocznie na szkolenie młodzieży. Götze, który miał w dniu rozpoczęcia programu dziesięć lat, wczoraj się spłacił. Mistrzostwo świata jest efektem lawiny, która została puszczona ze szczytów niemieckiej piłki 12 lat temu. I jest sukcesem kolektywnym. Od trenera młodzieży pracującego gdzieś w zapadłej dziurze pod Brunszwikiem, po szefa związku.

Wielki wpływ na mistrzostwo świata ma też Jürgen Klinsmann. To on wpuścił do zatęchłego niemieckiego pokoju świeże powietrze i nowinki, które dziś już są normalnością. On, ten jedyny frajer, który w 2004 zgodził się przyjąć ofertę DFB, nie bojąc się klęski na mundialu u siebie, ma dziś swoją dużą cegłę. Tym większą, że to on sprzeciwił się związkowi, który chciał mu wcisnąć na asystenta odpowiednika naszego Strejlaua czy Engela – Holgera Osiecka, i wyciągnął z austriackiego niebytu Joachima Löwa.

Prowadzenie niemieckiej piłki i reprezentacji powinno być wzorem dla wszystkich. W 100-letniej historii piłkarstwa niemieckiego, Löw jest zaledwie dziesiątym (sic!) selekcjonerem. My dziesięciu mieliśmy w ostatnich 17 latach. Siedmiu na dziesięciu niemieckich selekcjonerów wcześniej było asystentami w kadrze, podpatrywali, przygotowywali się do tej roli tak jak Löw. I DFB nie napawa się sukcesem. Już planuje dać Löwowi na asystenta młodego i utalentowanego Thomasa Tuchela. Przez dwa lata ma patrzeć, co się robi, a po Euro 2016 pewnie przejmie kadrę. A niemiecki system szkolenia z każdym rokiem wypluwa nowych Götzech, kluby odważnie stawiają na nastolatków, więc następcy będą mieć raczej łatwiej niż trudniej.

Zamiast zazdrościć sąsiadowi, lepiej zapytać: co my zrobiliśmy z naszym futbolem przez 12 lat?

PS. Dziś na stronach Przeglądu Sportowego znajdziecie dwa moje duże, przekrojowe teksty. Pierwszy to połączenie moich pasji, czyli jak piłka nożna wpływa na świat. Z perspektywy dumnego studenta niemcoznawstwa opisuję jak zdobycie mistrzostwa świata opowiadało i opowiada o samych Niemcach. W drugim zastanawiam się nad Joachimem Löwem. Teoretycznie powinien dołączyć do panteonu niemieckiego futbolu jak Herberger, Schön czy Beckenbauer. A jednak oni wszyscy byli wielcy już przed wygraniem mundialu. On to poczciwy Jogi. Zawsze to wielkie postacie dawały mistrzostwo świata. Czy teraz mistrzostwo świata stworzy wielką postać? 

Neverlandy

Rude są fałszywe. Pokażą się młodemu, niewinnemu chłopcu, urzeką go swoim pięknem, zaproszą do zmysłowej, subtelnej gry, obiecają wiele, a gdy on odda się im bez reszty i zaufa im w pełni, pstrykną palcami i zaśmieją się w twarz, że się naiwniak kolejny raz dał nabrać. Rude barwy reprezentacji Holandii.

Hej ojcowie, bacznie strzeżcie swoich pociech! Niech się nie dadzą uwieść jak wielu mi podobnych. W reprezentacji Holandii, choć dziś już trochę trudniej, łatwo się zakochać. Pierwsi byli ci urodzeni początkiem i w połowie lat 60., których zachwycił futbol totalny Michelsa i powiew wolności Cruyffa. Cieszyli się z prowadzenia przeciwko Niemcom w finale, zanim ci w ogóle zdążyli dotknąć piłki. Przegrali.

Następni ci, którzy urodzili się za wczesnego Gierka, widzieli Holendrów prujących po złoto mundialu w Argentynie. Widzieli Rensenbrinka bijącego w słupek w ostatniej minucie przy stanie 1:1. I widzieli Argentynę wygrywającą w dogrywce.

Pokolenie początku lat 90. widziało odrodzenie, widziało najbogatszą w talent reprezentację świata. I porażki po karnych. Wszędzie. Euro 1996, Mundial 1998, Euro 2000. Tam już zadziwiająca niemoc na polu 11. metrów sięgnęła absurdu, gdy w półfinale Holendrzy nie potrafili wbić grającym w dziesiątkę Włochom gola z dwóch rzutów karnych w podstawowym czasie gry (sic!). Oczywiście w serii jedenastek odpadli.

Młodsi, urodzeni w XXI wieku, mają trudniej. Holenderskie koszulki dalej są najbardziej efektowne na turnieju, a wielcy piłkarze dalej tam się rodzą, ale już nie na kamieniu. To moja nadzieja na to, że coraz mniej jest nieszczęśników wybranych przez masakryczną pomarańczę. Dwa razy uwierzyłem, że skoro się nie da siłą (talentu), to trzeba sposobem. I że te ubogie w umiejętności zgarną to, czego nie potrafiły zgarnąć w umiejętności bogate. Ale najpierw Robben w 116. minucie przysolił w Casillasa, a potem oczywiście walili w karnych w bramkarza.

Nie. Teraz wiem, że Holandia nie będzie mistrzem świata nigdy. Tylko co mi z tego, że teraz wiem, jak za dwa lata znowu będę siedział tocząc pianę z ust przy meczu Holendrów i wierzył, że to ten moment.

Mówcie co chcecie, mówcie, że statystyki są dla dziennikarzy, a czarne serie dla czarnych kotów. Wytłumaczcie mi więc proszę was uprzejmie racjonalnie, jak to się dzieje, że jedne narody pełne świetnych piłkarzy karne strzelać potrafią i wygrywają po nich zawsze (Niemcy), a inne przegrywają zawsze (Anglia) lub prawie zawsze (Holandia).

Mówię sobie często wściekły po porażce, że kiedyś zacznę kibicować drużynom, które wszystko wygrywają. Ale potem sobie przypominam, że Hiszpanie, którzy wygrywali wszystko, dostali od Holendrów 5:1. Że najbardziej utytułowany naród świata wyleciał właśnie z mundialu po porażce 1:7. Że ci, którzy ten naród wyrzucili, mimo szatni, w której talent trzeba upychać jak kapustę w beczce, wgramolił się do finału po raz pierwszy od 24 lat. Nie ma w piłce pewnych zwycięzców, są tylko pewni przegrani.

Neverlandy.

Niemiecko-holenderska wymiana genetyczna

Płynne tożsamości współczesnej Europy. Hybrydowość. Glokalizacja. Niemki ładne a Hiszpanki brzydkie. Jose Gonzalez ze Szwecji. Hiszpanie wygrywający przez lata wszystko jak leci. Niemcy grający pięknie i przegrywający. Grecy prowadzący grę i tracący gole po rzutach rożnych. Stereotyp runął, runął runął i pogrzebał stary świat.

 To może i ten runął? Pytam z cichą nadzieją, trwogą i nieśmiało.

 Może teraz to Niemcy będą pięknie przegrywać, a Holendrzy brzydko wygrywać?

 Może gdzieś tak w okolicach 2005-2006 roku, korzystając z tego, że przejście graniczne Roermond – Emmerich am Rhein już dawno nieobstawione surowymi celnikami, chyłkiem przeskoczył na drugą stronę gen pięknego przegrywania. Nic się Niemcy nie pokapowali, nawet się cieszyli, że grali tak efektownie na mundialach w 2006 i 2010 oraz Euro 2008 i Euro 2012. Dopiero po tym ostatnim coś im przestało pasować. „Wszyscy grają 90 minut i dłużej a na końcu wygrywają Niemcy?“. To dlaczego nie wygraliśmy od 20 lat? Dlaczego tracimy gole w końcówkach. Dlaczego prowadzimy 4:0 i remisujemy 4:4?

 Holendrzy mieli swojego genu bardziej burzliwy proces ekstradycyjny. W 2006 roku wykopali do Emmerich piękne przegrywanie, ale zobaczyli, że to nie było zbyt mądre, bo nic nie wzięli w zamian, co sprawiło, że w Niemczech zagrali brzydko jak nigdy i przegrali jak zwykle. W międzyczasie gen pięknego przegrywania, przebywający już w Niemczech, podczas wizyty w Amsterdamie – dzieci, sprawdźcie czy was nie ma w kuchni -połączył się z komórką genetyczną holenderską i w 2008 obie pięknie przegrały. Ale Holendrzy się zorientowali, wyrzucili za granicę piękne przegrywanie i zaczęli grać bardzo brzydko. O mało nie zgarnęli w ten sposób mistrzostwa świata, ale jednak korzenie dały o sobie znać. Możesz wyciągnąć człowieka z Holandii, ale nie tak od razu wyciągniesz Holandię z człowieka.

 W 2012 w wyniku powikłań związanych z zamianą genów, doszedł do głosu inny holenderski gen odpowiedzialny za przerośnięte ego. Holendrzy nie mieścili się przez niego w drzwiach krakowskiego Sheratonu, nie mówiąc już o wąskich tunelach na stadion. Na żaden mecz nawet nie wyszli.

 U Niemców ta zamiana genów dokonała się nagle, u Holendrów to był długotrwały proces.

 Ale tak sobie marzę, może to już? Może teraz wszyscy grają 90 minut i dłużej, a na końcu wygrywają Holendrzy?

 Czy to nie jest takie niemieckie, jak Holendrzy bezlitośnie punktują rywali, sami nawet nie próbując wmawiać, że są idealni? Czy to nie jest niemieckie, że przegrywają do 88. minuty i wygrywają nawet bez dogrywki, po golu najsłabszego zawodnika na boisku? Czy to nie jest niemieckie, że wszyscy rywale wybijają się w jednej części drabinki, a Holendrzy z krzywym niemieckim uśmiechem brną przez rywali uboższych w talent? Czy to nie jest niemieckie, że drużyna składa się z dziewięciu rzeźników i dwóch gości, którzy rozumieją, co się z tą gałą robi?

 Nie, to nie jest niemieckie. Niemieckie to teraz grać pięknie jak nigdy i przegrać jak zawsze. Dać się wyeliminować w jedynym słabszym meczu w turnieju. Chcę wierzyć, że odwieczne stereotypy zamieniły się właścicielami.

 Nie kwilcie mi tu w czasie meczów Holendrów, że grają brzydko. Nie ma nic piękniejszego niż brzydko grająca Holandia. Za dużo już razy widziałem ten mecz z Meksykiem, który toczył się wczoraj do 88. minuty. To odpadanie w najmniej spodziewanym momencie. 2000, 2004, 2006, 2008, 2010. Pięć razy mi wystarczy.

 Holandia wyrachowana, och. Brutalna, ach. Wygrywająca fuksem, jak wspaniale. Zwyciężająca niesprawiedliwie, a najlepiej przy pomocy sędziów – uczta dla strudzonej duszy. Pomarańczowa rewolucjo trwaj, jesteś piękna.

Czy Niemcy będą cyniczni

Jak się ogląda mundial, trzeba oglądać wszystko. Tylko frajerzy oglądają wybrane mecze, tylko oni wiedzą, które wybrać. Dziecinada czysta – na mundialu nie ma meczów mniej ważnych. Ileż to razy, gdy byłem młody i naiwny, opuszczałem jakieś spotkania na oko bezbarwne i na rozum bez znaczenia i zawsze się okazywało, że na tych trzeciorzędnych sparingach działy się rzeczy wstrząsające i niepoczytalne: jakieś monstrualne wyniki, jakieś niebywałe ekscesy, jakieś krwawe porażki stuprocentowych faworytów, jacyś kuwejccy szejkowie na płycie.

Chyba żaden mecz mundialu nie potwierdzał tych słów Jerzego Pilcha bardziej niż spotkanie Algierii z Koreą Południową. Jeszcze bluźnierczo kwiliłem na Twitterze, że z grupy H nikt nie powinien wyjść, a zamiast tego powinniśmy dobrać dwie najfajniejsze odpadające drużyny z innych grup. Ustawiałem w głowie, kogo bym wybrał i wyszło mi, że dwie to za mało. Bo za dobrzy żeby odpaść są Meksyk/Chorwacja, Anglia, Włochy/Urugwaj, Ghana/Stany Zjednoczone. Wyszło więc na to, że system jest jednak bardzo sprawiedliwy i wychodzi dokładnie tylu, ilu trzeba. A na końcu okazało się nawet, że tę grupę H strasznie niesprawiedliwie oceniłem.

Dlaczego niby taka Algieria miałaby nie wyjść? Zagrała wczoraj z Koreą znakomitą piłkę (nudne to już, wszyscy znakomici). Odkryła ponownie piękno „lagi do przodu”. To była w pełni zdyscyplinowana drużyna, która z zamysłem nie bawiła się w rozegranie tylko waliła z całej siły w kierunku napastnika. Podwórkowość w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ja się wychowałem na podwórkach, na których grało się lagę do przodu. Żal mi było patrzeć, gdy dzisiejsi młodzi utrzymywali piłkę i próbowali grać tiki-takę. Nuda. Nam się najfajniej grało – laga od obrony lub bramkarza, bieg, strzał. Futbol to szybki sport jak Algieria. A Korea, choć do przerwy wyglądała na przybłędę, po przerwie pokazała, po co tam przyjechała. Hueng Min Son przechodził samego siebie. I tylko szkoda, że Belgia nie musiała nic pokazać, by wygrać grupę. Dalej uważam, że ta drużyna świata nie zawojuje.

Świat zawojują Amerykanie, czy nam się to podoba czy nie, choć jeszcze nie teraz. Zrobili to z siatkówką, która była dla nich obcym sportem, ale nauczyli się podbijać i dziś są w tym jednymi z najlepszych na świecie. Z piłką idzie im dłużej, oporniej, ale też to zrobią. Robią wielkie postępy, które każą mi o Klinsmannie zacząć myśleć jako o naprawdę porządnym trenerze. Tym razem mecz kompletnie im się nie ułożył, kiks Camerona to był kryminał, to, że bramkarz siadł na tyłku przed strzałem – też. Wszystko układało się przeciw nim. A jednak byli za dobrzy, by przegrać. Pudłowali na potęgę, inaczej niż w meczu z Ghaną, ale zasługiwali. Nigdy nie widziałem Fabiana Johnsona tak biegającego do przodu. Mamy mundial bocznych obrońców, ale występ Johnsona i tak był jednym z najbardziej spektakularnych na tych mistrzostwach.

Podobnie gol Jermaina Jonesa, po takich nie ma co zbierać. Zasłużenie Amerykanie prowadzili, bo Portugalia była szokująco słaba. Tym razem Jankesi nie zagrali do końca, a to przede wszystkim wina Bradley’a. Sorry, ale jak w 95. minucie tak głupio traci się piłkę w środku pola, to zawsze kończy się to golem. Futbol nie wybacza błędów w doliczonym czasie gry.

Sytuację mają Amerykanie i tak dość przyzwoitą. Szykuje się mecz przyjaźni Loewa z Klinsmannem, choć… oni się wcale nie przyjaźnią. Turniej to jednak turniej, trzeba umieć kalkulować. W dłuższej perspektywie wiadomo, że Amerykanie nie zagrożą Niemcom w wygraniu turnieju, a Portugalczycy – jak się rozkręcą, jak strzeleckie buty znajdzie Ronaldo – już mogą. Według mnie należy cynicznie wykorzystać okazję, perfidnie zremisować i nie wypuścić z grupy Portugalczyków. Sport zawodowy i podwórkowy łączy może piękno lagi do przodu, ale dzieli kalkulacja. W tym pierwszym jest pożądana, w drugim zakazana.