Najgorsza choroba futbolu

symulka

Zdarzyło się podczas bójki w niższej lidze niemieckiej. Gruby trener złapany za szyję zareagował tak:

Symulowanie zawędrowało pod strzechy.

Pamiętam dokładnie ten moment, to było przy meczu Kolumbii z Brazylią. Tak po prostu w jednej chwili stwierdziłem, że nie jestem w stanie dalej na to patrzeć. Gdyby nie zawodowe obowiązki, przysięgam, wyłączyłbym telewizor. Coś się stało z futbolem, że coraz trudniej go oglądać. Parafrazując marszałka, dyscyplina wspaniała, tylko ludzie k….

Tamten mecz owszem, był brutalny, ostry. Neymar ostatecznie przypłacił go kontuzją eliminującą z mistrzostw. Ale nie ostrość była nie do zniesienia, a ciągłe kładzenie się na ziemi. Spowszedniało nam to już, nie szokuje wcale, wielu próbuje tłumaczyć zawodników, że grają o zwycięstwo i robią to, co najlepsze dla drużyny. Tyle że to niszczy dyscyplinę.

To była Wielkanoc, dziadek w przedpokoju zdejmował kurtkę, wierzę, że przypadkiem uderzył mnie z łokcia w twarz. Zaśmialiśmy się. I refleksja: powinienem był teraz wrzasnąć, podskoczyć w górę i z hukiem runąć na ziemię. Nie umiałbym, trzeba mieć nawyk. A nawyk działa tak, że się nad nim nie panuje. Myślicie, że zawodowi symulanci kładą się, gdy żona ich poklepie po ramieniu, tak jak w tym genialnym filmiku, pokazującym, co by się działo, gdybyśmy na co dzień byli jak piłkarze?

Dziś wszystkich dziwi ugryzienie Luisa Suareza, ale nie wiem co było bardziej żenujące: to, że Urugwajczyk ugryzł czy to, że ugryziony Chiellini padł jak rażony paralizatorem. Żadna indiańska zatruta strzała nie działała tak szybko jak siekacze Suareza.

Piłkarze leżą cały czas. Po każdym zagraniu. I wrzeszczą. Kiedyś synonimem takiego grania byli Włosi, teraz rozprzestrzeniło się na cały świat. Zawodnicy ćwiczą symulowanie fauli, Neymar robił to jako 12-latek na domowej kanapie, z czego zwierzał się w swojej biografii. Szczerze uważam, że najwięcej krzywdy zawodnicy robią sobie fikając kozły na ziemię kilkakrotnie w ciągu meczu, co trzy dni, na różnych nawierzchniach. Pamiętam jeszcze czasy, gdy wszyscy rozumieli symulowanie w polu karnym, ale dziwili się udawaniu, by uzyskać np. rzut wolny. Dziś nagminne jest zastawianie piłki lecącej poza linię końcową własnej bramki i przewracanie się, gdy rywal dotknie, by można było spokojnie zażegnać niebezpieczeństwo. Symulowanie w parę lat wykroczyło daleko poza pole karne i ogarnęło wszystkie regiony wszystkich boisk świata.

Narzekamy na sędziów, ale najbardziej utrudniają im pracę właśnie symulanci. O ile łatwiejsza byłaby praca sędziego, gdyby piłkarze przewracali się tylko wtedy, gdy rzeczywiście mają ku temu powód. Przecież jeśli dany zawodnik dziewięć razy udaje pad w polu karnym, sędziemu trudno wyłowić z tego jeden rzeczywisty faul, zasługujący na rzut karny. My na dziesiątkach powtórek szukamy pretekstów. Dotknął go, położył rękę, zablokował wyskok, wymusił zmianę kierunku biegu. Doszliśmy do sytuacji, która najbardziej przeszkadza mi w koszykówce – faul za każde dotknięcie. Dotknął go? I co z tego, można dotykać. Przewrócił się po zderzeniu? Trudno, futbol to gra, która premiuje także siłę mięśni. Słabszy fizycznie powinien szukać sposobu jak ograć silniejszego, a nie powinien być brany pod specjalną ochronę.

Niestety, trudno o bardziej trafne powiedzenie niż: „piłkarze udają, że boli, a rugbyści, że nie boli”. Tęsknię za czasami, gdy spoliczkowany Alessandro Del Piero ironicznie się śmiał i klaskał rywalowi. Dziś wyrzuciłby nogi w górę i runął na murawę. Dlatego – mimo że patrzę na nich jak na szaleńców – gdzieś w duchu cieszę się, że istnieją jeszcze tacy ludzie jak Alvaro Pereira czy Javier Mascherano, tak bardzo chcący grać, że ukrywają ból.

Kiedyś próbowano z symulowaniem walczyć, ale na tym mundialu nie przypominam sobie ani jednej żółtej kartki pokazanej za wymuszanie rzutu karnego/wolnego. Przydałaby się zorganizowana akcja FIFA, wytyczne, które będą tego typu zdarzenia eliminować. A trzeba, bo piłkarze, którzy kiedyś byli uznawani za mających mocniejsze ciała niż zwykli śmiertelnicy, stali się pośmiewiskami. Gdyby doszło do bójki na wiejskim weselu lub osiedlowej uliczce, każdy najbardziej chciałby się zetrzeć z topowym piłkarzem. Zanim zrobiłbyś ruch, on już by leżał. Z przyzwyczajenia.

Neverlandy

Rude są fałszywe. Pokażą się młodemu, niewinnemu chłopcu, urzeką go swoim pięknem, zaproszą do zmysłowej, subtelnej gry, obiecają wiele, a gdy on odda się im bez reszty i zaufa im w pełni, pstrykną palcami i zaśmieją się w twarz, że się naiwniak kolejny raz dał nabrać. Rude barwy reprezentacji Holandii.

Hej ojcowie, bacznie strzeżcie swoich pociech! Niech się nie dadzą uwieść jak wielu mi podobnych. W reprezentacji Holandii, choć dziś już trochę trudniej, łatwo się zakochać. Pierwsi byli ci urodzeni początkiem i w połowie lat 60., których zachwycił futbol totalny Michelsa i powiew wolności Cruyffa. Cieszyli się z prowadzenia przeciwko Niemcom w finale, zanim ci w ogóle zdążyli dotknąć piłki. Przegrali.

Następni ci, którzy urodzili się za wczesnego Gierka, widzieli Holendrów prujących po złoto mundialu w Argentynie. Widzieli Rensenbrinka bijącego w słupek w ostatniej minucie przy stanie 1:1. I widzieli Argentynę wygrywającą w dogrywce.

Pokolenie początku lat 90. widziało odrodzenie, widziało najbogatszą w talent reprezentację świata. I porażki po karnych. Wszędzie. Euro 1996, Mundial 1998, Euro 2000. Tam już zadziwiająca niemoc na polu 11. metrów sięgnęła absurdu, gdy w półfinale Holendrzy nie potrafili wbić grającym w dziesiątkę Włochom gola z dwóch rzutów karnych w podstawowym czasie gry (sic!). Oczywiście w serii jedenastek odpadli.

Młodsi, urodzeni w XXI wieku, mają trudniej. Holenderskie koszulki dalej są najbardziej efektowne na turnieju, a wielcy piłkarze dalej tam się rodzą, ale już nie na kamieniu. To moja nadzieja na to, że coraz mniej jest nieszczęśników wybranych przez masakryczną pomarańczę. Dwa razy uwierzyłem, że skoro się nie da siłą (talentu), to trzeba sposobem. I że te ubogie w umiejętności zgarną to, czego nie potrafiły zgarnąć w umiejętności bogate. Ale najpierw Robben w 116. minucie przysolił w Casillasa, a potem oczywiście walili w karnych w bramkarza.

Nie. Teraz wiem, że Holandia nie będzie mistrzem świata nigdy. Tylko co mi z tego, że teraz wiem, jak za dwa lata znowu będę siedział tocząc pianę z ust przy meczu Holendrów i wierzył, że to ten moment.

Mówcie co chcecie, mówcie, że statystyki są dla dziennikarzy, a czarne serie dla czarnych kotów. Wytłumaczcie mi więc proszę was uprzejmie racjonalnie, jak to się dzieje, że jedne narody pełne świetnych piłkarzy karne strzelać potrafią i wygrywają po nich zawsze (Niemcy), a inne przegrywają zawsze (Anglia) lub prawie zawsze (Holandia).

Mówię sobie często wściekły po porażce, że kiedyś zacznę kibicować drużynom, które wszystko wygrywają. Ale potem sobie przypominam, że Hiszpanie, którzy wygrywali wszystko, dostali od Holendrów 5:1. Że najbardziej utytułowany naród świata wyleciał właśnie z mundialu po porażce 1:7. Że ci, którzy ten naród wyrzucili, mimo szatni, w której talent trzeba upychać jak kapustę w beczce, wgramolił się do finału po raz pierwszy od 24 lat. Nie ma w piłce pewnych zwycięzców, są tylko pewni przegrani.

Neverlandy.

Van Gaal Krulem, Van Gaal panem

vangaal

Niech mi ktoś jeszcze raz spróbuje powiedzieć, że piłka to tylko bieganie spoconych facetów za kawałkiem skóry. To rewelacyjna gra strategiczna. Najlepsza.

Przed karnym bramkarz Gato Diaz jadł obiad z prezesem i trenerem klubu. – Constante strzela w prawy róg – powiedział Diaz. – Zawsze – odparł prezydent. – Już po nas, on przecież wie, że ja wiem. Z drugiej strony ja wiem, że on wie, że ja wiem – zauważył bramkarz. – To rzuć się w lewo – powiedział ktoś przy stole obok. – Nie. On wie, że ja wiem, że on wie – powiedział bramkarz i poszedł spać - pisał przed laty w genialnym opisie zagmatwania serii rzutów karnych Michał Szadkowski.

Można to sprowadzić do piosenki o Stirlitzu „Kabaretu Otto”. On wie, że wiem. Ja wiem, że on wie. On wie, że ja wiem, że on wie. Ja wiem, że wiem. On wie, że ja wiem. Ja wiem, że on wie, że ja wiem.

To, co wczoraj zrobił Louis Van Gaal i jego sztab na zawsze przejdzie do historii futbolu. To jeden z tych momentów, o których za dziesięć lat więcej osób będzie mówiło, że widziało, niż naprawdę widziało. Karne to nie jest loteria. Karne to szachy. Futbol to szachy.

Znacie doskonale mój stosunek do Van Gaala. Może nie Wołkowy, ale pełen żalu za zabranie mi 12 lat temu dziecięcej przyjemności z oglądania swojego idola na mundialu. Przeszłość. Zajęło to długie 12 lat, ale dziś jestem wyznawcą Van Gaala.

Niektórzy próbują deprecjonować jego wyczyn, mówiąc, że to nic wielkiego ograć Kostarykę po karnych. Pomijam, że Kostaryka ogrywała już w tym turnieju większych od Holandii, pomijam, że straciła w tym turnieju ledwie dwa gole. Pomijam niezwykle zręczne majstrowanie składem i ustawieniem Holendrów przez cały mundial. Chcę się skupić tylko na maestrii 120. minuty.

Van Gaal kiedyś w Bayernie Monachium ściągnął w szatni spodnie, by pokazać piłkarzom, że ma wielkie jaja. Teraz na szczęście zrobił to w sposób mniej prymitywny i bardziej w przenośni. Ale zrobił to. Nikt nigdy w historii mundiali nie zmienił bramkarza tylko na rzuty karne. Wpuszcza się czasem jednego strzelca, a i to obarczone jest sporym ryzykiem, bo nierozgrzany, nie wszedł mecz i znienacka zderza się z olbrzymią presją. Słaby psychicznie trener nigdy by takiej zmiany nie dokonał.

Każdy doskonale wczoraj chyba czuł, że ten mecz toczył się w kierunku nieustannej, cyklicznej i jak dobrze znanej pomarańczowej katastrofy. Teoretycznie najłatwiejszy rywal, Holandia faworytem, Amsterdam z Rotterdamem kłócą się, kto zorganizuje fetę po mistrzostwie świata. To takie typowo holenderskie, że akurat w tym momencie bramkarz rywali zostaje bohaterem,  Holendrzy dwa razy lutują w poprzeczkę, a raz w słupek. Wiadomo też, że nie ma drugiej nacji gorzej strzelającej karne na świecie. Oni i Anglicy w karnych odpadają zawsze, a incydenty, takie jak wyeliminowanie Szwecji w 2004 roku urastają do rangi legendarnych wydarzeń. Nawet jednak bez tej wiedzy – Keylor Navas to znakomity fachowiec, świetnie broniący karne i w lidze hiszpańskiej i na tym turnieju. Z drugiej strony Jasper Cillessen, który karnego jeszcze nigdy w krótkiej i nieefektownej karierze nie obronił.

Van Gaal jednym ruchem zmienił rozkład psychologicznych sił na boisku. Krul w Newcastle obronił dwa z 20 rzutów karnych. Trudno go więc nazwać niesamowitym specjalistą od bronienia jedenastek. Nie chodziło o to kto wchodzi, a o sam fakt zmiany bramkarza. Niewykluczone, że gdyby przez cały turniej bronił Krul, to wczoraj na karne wszedłby Cillessen. Wszyscy w takim momencie podświadomie czują, że ten bramkarz, którego trener wpuszcza tylko na bronienie karnych, musi być jakimś niesamowitym kozakiem i strasznie ciężko mu strzelić. Jestem pewien, że Van Gaal wprowadził zamęt w głowach strzelających Kostarykanów. Krul natomiast musiał się poczuć bardzo pewnie. To pewnie jego jedyny moment w mistrzostwach, ale wiedział, że nagle może zostać bohaterem. Że wszedł tylko na to jedno zadanie – musi po prostu wybronić karne.

Psychologiczny majstersztyk Van Gaala. Ale Holendrzy stali nad przepaścią. Myślałem sobie, co by było, gdyby nierozgrzany Krul w 120. minucie puścił gola. Van Gaal byłby największym błaznem turnieju. Został bohaterem. Żaden półfinalista nie zawdzięcza swojemu trenerowi tak wiele.

Beneluksowa erupcja piłkarska

holbel

Jak najłatwiej się dorobić? Kupić Holendra za tyle, ile jest wart, a sprzedać za tyle, ile myśli, że jest wart. To wyciąg z baśni o tysiącu o jednym Holendrze. Holendrzy mają swój odpowiednik o tysiącu i jednym Belgu, z tymi samymi dowcipami tylko odwrotnie.

Belgowie i Holendrzy są nierozłączni jak Zydorowiczowscy „Beldzy i Holendrowie”. Z jednej strony to jedno z najsilniejszych połączeń politycznych i gospodarczy w Europie, z drugiej jedna z największych rywalizacji. Nie nienawiści, raczej złośliwości, dogryzania i chęci pokazania, kto w tym Beneluksie rządzi.

W futbolu Belgowie i Holendrzy są jednak jak najbardziej rozłączni. Zorganizowanie Euro 2000 było właściwie jedynym wspólnym elementem ich piłkarskiej historii. Ale już losy na samym turnieju nie. Belgia i Holandia siedzą na jednej huśtawce. Spadek jednego wypycha drugiego w górę, co dobrze pasuje do obu narodów, które są swoimi lustrzanymi odbiciami. Gdy Holender płakał, Belg się cieszył. Gdy Belg płakał, cieszył się Holender.

Chcecie to szukajcie, nie znajdziecie na mundialach od 1930 roku drugiego wspólnego wzlotu. Owszem, wspólnie oba kraje leżały na piłkarskim dnie przez 40 lat, ale gdy Holendrzy z futbolem totalnym wybili się na niepodległość, już nigdy nie było między nimi spójności. Złote pokolenie lat 70. w Holandii wyschło, to dobre geny przeniosły się do Belgii i obrodziły złotym pokoleniem lat 80. Względnie podobnie było początkiem lat 90., gdy obie drużyny osiągały na mundialach podobnie przeciętne wyniki i JEDYNY RAZ W HISTORII wyszły razem z grupy. Później jednak dorosło kolejne wielkie amsterdamskie pokolenie, a w Belgii Scifo i kumple się skończyli. W XXI wieku Holendrzy wojowali po czołówkach, a Belgowie nawet na turnieje nie jeździli. Sami zobaczcie. Na czerwono zaznaczone porażki, na zielono sukcesy. Zwróćcie uwagę, że jedyny wspólny ćwierćfinał mistrzostw Europy był w 1976 roku, czyli w czasach, gdy ćwierćfinał był właściwie rundą wstępną. W mundialu wspólnie doszli najdalej do drugiej rundy. Raz. W ćwierćfinale jednego mundialu Belgia i Holandia nie były nigdy.

tabelka

Wydawało się, że w tym mundialu reguła zostanie zachowana. Superzdolne pokolenie Belgów równa się wybitnie nieuzdolnionemu pokoleniu Holendrów. Ale z wprawną ręką Louisa Van Gaala Holendrzy przetrwali. Sąsiadów dzieli jeden wygrany mecz od wpadnięcia na siebie w półfinale. Rywalizacja belgijsko-holenderska jeszcze nigdy nie toczyła się na tak wysokim poziomie.

Azjatyckie papierowe tygrysy

„Nawet Iran gra w piłkę lepiej od nas” – powiedział dzisiaj Grzegorz Lato i trudno odmówić mu racji. Ale Iran i jego kontynentalni sąsiedzi znajdą na świecie niewiele drużyn, od których kopią lepiej.

Azja to piłkarska pustynia.

Mówiło się w trakcie fazy grupowej, że mamy wielki kryzys Europy. Fakt, fazę grupową przebrnęło tylko sześć europejskich drużyn, podczas gdy standardem kilku poprzednich mundiali było dziesięć. Ale już cztery lata temu Europy wyszło tak samo mało, co nie przeszkodziło wszystkim w obwołaniu turnieju wielkim zwycięstwem tego kontynentu. Nie dość, że pierwszy raz europejska drużyna zdobyła mistrzostwo świata poza swoim kontynentem, to jeszcze w półfinałach 3/4 składu grało u nas.

Choć dzisiejsze europejskie drużyny wydają się słabsze niż cztery lata temu, wciąż nie można wykluczyć sytuacji, że do półfinału dojdą np. Francja, Holandia i Belgia. Pogłoski o śmierci Europy są przedwczesne.

Podobnie rzecz się ma z Afryką. Fakt, że po pierwszej serii meczów wydawało się, że z Czarnego Lądu przyjechali sami słabeusze i do dziś trudno wierzyć, by ktokolwiek dał radę dojść choćby do ćwierćfinału, nie mówiąc już o półfinale, ale jednak dwóch afrykańskich drużyn w tej fazie mundialu nie było nigdy.

Najlepszy wynik w historii wykręciła bardzo niedoceniana strefa CONCACAF zaś paradoksem południowoamerykańskim na tym turnieju jest fakt, że najsłabiej wyglądają tradycyjni potentaci – Brazylia i Argentyna – podczas gdy cały świat zachwyca się Kolumbią, Chile i Urugwajem.

A w Azji pustka, czarna dziura.

Historycznie da się to wytłumaczyć, bo to zawsze był kontynent, na którym kopano najsłabiej. Dość powiedzieć, że pierwszego gola na mundialach zdobyli w… 1966 roku, a więc 36 lat po pierwszym turnieju. W Anglii Korea Północna zaliczyła jednorazowy wybryk, ale później aż do dziewięćdziesiątych lat Azja czekała na drugą wygraną.

XXI wiek zdawał się jednak to myślenie o Azji wywracać. Coraz więcej tamtejszych zawodników pojawiało się w mocnych europejskich ligach i nie byli już tylko nośnikami reklamowymi, ale wnosili realną wartość piłkarską, że wspomnę tylko Hidetoshiego Nakatę, Park Ji Sunga, Lee Young Pyo czy Sunga Jihaia. Od mundialu, który zorganizowali, zaczęło się szaleństwo na punkcie piłki nożnej i dobre wyniki. Jasne, Korea Południowa była niemożliwie przeciągana do półfinału, ale słabą drużyną na pewno nie była. Japonia wówczas także wygrała grupę. Kolejne mundiale też potwierdziły poprawę. W 2006 wprawdzie nikt nie wyszedł z grupy, ale Korea do końca o to realnie walczyła. W 2010 i Korea Południowa i Japonia były w 1/8 finału.

Patrząc na wybieganie, dobrą organizację tamtejszych drużyn i całkiem niezłą technikę, wreszcie widząc zalew np. Bundesligi japońskimi i koreańskimi piłkarzami, można było zacząć myśleć, że już chyba prędzej mistrzostwo świata pojedzie do Azji niż do Afryki.

Tymczasem mistrzostwa w Brazylii okazały się absolutną klapą, totalną klęską azjatyckiej piłki. Już nawet nie to, że okazali się znów najsłabszym kontynentem. Oni uciułali razem nędzne trzy punkty po trzech remisach. To najgorszy wynik od 1990 roku, gdy wysłali o połowę mniej drużyn. Pierwszy raz od mistrzostw we Włoszech azjatycki zespół nie wygrał nawet jednego meczu.

Był taki moment w fazie grupowej, gdy myślałem sobie, że to, co się dzieje w Brazylii, jest odzwierciedleniem tego, co się dzieje w geopolityce. Tradycyjne centrum, czyli Europa, staje się peryferyjne, kluczowe ośrodki przenoszą się gdzie indziej. Metafora była jednak chybiona i szybko ją porzuciłem. To, co się dzieje, jest zupełną odwrotnością geopolityki. Największy kontynent w największym sporcie nie istnieje i zwija się zamiast rozwijać.

Przynajmniej w piłce nożnej wydaje się, że Azja swój moment i szansę na skokowy rozwój przespała.

Czemu cieniu odjeżdżasz cz. I

linda

Mundial mundial i po mundialu. 12 dni z prysznicem, pamiątki dla dzieci kupione i można jechać do domu. Cztery reprezentacje na mundialu mogą już sobie zanucić „niewiele tu po mnie, po mnie, po mnie” i dołączyć do Ibrahimovicia na trybunach. Muszą sobie  teraz odpowiedzieć na bardzo ważne pytanie: skoro było tak dobrze, to dlaczego poszło tak źle?

KAMERUN

Klapa absolutna. Po stronie plusów można zapisać tylko jednego gola zdobytego przeciwko Brazylii. W poszukiwaniu drużyn, z którymi Polska mogła by powalczyć o remis, Kamerun był jedynym uczestnikiem mundialu, z którym nie wydawało się to niemożliwe. Drużyna i z Samuelem Eto’o i bez niego wyglądała równie fatalnie. Kamerun dalej ma dużo nazwisk z liczących się lig europejskich, ale widać, że to nie przypadek iż dwa razy ostatnio nie kwalifikowali się nawet do Pucharu Narodów Afryki, a do Brazylii bilety zdobyli psim swędem, gdzieś pod stadionem. Na zespole nie było widać ręki trenera. Kto ogląda na co dzień europejską piłkę, nie mógł się przyzwyczaić do tych stoperów stojących tak daleko od siebie, że zagrać prostopadłą piłkę pomiędzy nich umiałby nawet Piotr Bałtroczyk. Do tego głupie wybryki gwiazd, jak bezmyślna czerwona kartka Aleksa Songa w meczu z Chorwacją. Zresztą mundial źle się już zaczął, od tego wykłócania o premie. Czemu cieniu odjeżdżasz? „Bo jesteś słaby! Można przeklinać? Bo jesteś k… słaby” – Przemysław Cecherz. Warto było zawiesić oko na: Benoit Assou-Ekotto, ale tylko w pierwszym meczu. Potem już skupił się na wybrykach pozasportowych.

CHORWACJA

Na początek trzeba zaznaczyć – dobrze, że w ogóle w Brazylii była. Igor Stimac w eliminacjach okazał się trenerską porażką i sam dobrze o tym wiedział, bo przed barażami złożył rezygnację. O tym, jak był słaby świadczy fakt, że prezes Davor Suker w takim momencie ją przyjął i wolał postawić na gołowąsa Niko Kovaca. Były trener młodzieżówki z trudem ograł Islandię, ale potem pokazał, że w parę miesięcy potrafi sklecić drużynę. Chorwaci bardzo dobrze wyglądali w meczu z Brazylią i gdyby sędzia ich nie skrzywdził, ich los mógł być zupełnie inny. Kamerun zgodnie z obowiązkiem zmiażdżyli. Mecz z Meksykiem pokazał, że Miguel Herrera potrafił w kilka miesięcy sklecić jeszcze lepszą drużynę. Odpadnięcie Chorwacji jest rozczarowaniem, ale biorąc pod uwagę chaos, jaki w ostatnim czasie był w tej drużynie, nie aż tak dużym. Czemu cieniu odjeżdżasz? Bo obrony nie miałeś ani w połowie tak dobrej jak ataku. Warto było zawiesić oko na: O dziwo na Ivanie Perisiciu, który zagrał całkiem niezły turniej i dobrze współpracował z Ivicą Oliciem.

Hiszpania

Spore zaskoczenie, że wakacje można rozpocząć tak szybko. Ale to powtórzenie casusu Francji 1998 czy Włoch 2010. Traf chciał, że akurat w tym sezonie gwiazdy Barcelony i Realu nie mogły w lidze odpoczywać od marca, bo wdarło się Atletico, które wymusiło krwawą jatkę do samego maja. Do tego zabójcze hiszpańskie batalie w Europie. Podczas gdy inni wyprowadzali psy na spacer, gracze Realu i Atletico musieli bić się aż po dogrywkę o uszate trofeum. Organizmów nie oszukasz. Zwłaszcza, gdy walczą o trofeum, które już zdobyły. Czemu cieniu odjeżdżasz? Bo trener zdecydował, że grupa, która razem wygrała wszystko, ma prawo razem przegrać. Warto było zawiesić oko na: Dajcie spokój. Ci, na których warto by było, weszli dopiero gdy już było po wszystkim, albo w ogóle w Brazylii ich nie było.

Australia

Czyli pozytywne zaskoczenie i powód dla Polaków do ostatecznego pocięcia się tudzież upicia się na smutno. W Australii przeminęło złote pokolenie Schwrzerów, Emertonów, Viduków i Kewellów. Nowych nie było widać, a niemiecki trener Holger Osieck sprawiał, że drużyna grała jak Niemcy w latach 80, czyli nie dało się na nią patrzeć i stawiał na 47-letnich zawodników. Federacja na kilka miesięcy przed mundialem powiedziała dość. Postawiła na australijską myśl szkoleniową uosobianą przez trenera młodzieżówki Ange Postecoglu, ten zaufał lidze australijskiej, zabrał tylko paru weteranów i dostał zadanie budowania drużyna na Puchar Azji 2015 i mundial 2018. Gra bez presji przyniosła efekt, bo Australia – mimo przegrania wszystkich trzech meczów – zagrała bardzo dobrze. Napędziła sporo strachu i Chile i Holandii. Daj Boże Polsce w takim stylu przegrać z takimi rywalami. Australia z innej grupy miałaby szanse wyjść. Nie wyszła, ale perspektywy dla jej futbolu wyglądają całkiem solidnie. Wiele osób dalej myśli, że tam się chodzi do góry nogami, więc jak tu myśleć o graniu w piłkę, ale smutny fakt jest taki: Australia też bije nas na głowę. Czemu cieniu odjeżdżasz? Bo zabrakło ci umiejętności zwłaszcza w obronie. Ale wszyscy będą cię ciepło wspominać. Warto było zawiesić oko: na dwójce skrzydłowych grających na peryferiach europejskiej piłki – Tommy’m Oarze z Utrechtu i Matthew Leckiem z FSV Frankfurt.

Czy Niemcy będą cyniczni

Jak się ogląda mundial, trzeba oglądać wszystko. Tylko frajerzy oglądają wybrane mecze, tylko oni wiedzą, które wybrać. Dziecinada czysta – na mundialu nie ma meczów mniej ważnych. Ileż to razy, gdy byłem młody i naiwny, opuszczałem jakieś spotkania na oko bezbarwne i na rozum bez znaczenia i zawsze się okazywało, że na tych trzeciorzędnych sparingach działy się rzeczy wstrząsające i niepoczytalne: jakieś monstrualne wyniki, jakieś niebywałe ekscesy, jakieś krwawe porażki stuprocentowych faworytów, jacyś kuwejccy szejkowie na płycie.

Chyba żaden mecz mundialu nie potwierdzał tych słów Jerzego Pilcha bardziej niż spotkanie Algierii z Koreą Południową. Jeszcze bluźnierczo kwiliłem na Twitterze, że z grupy H nikt nie powinien wyjść, a zamiast tego powinniśmy dobrać dwie najfajniejsze odpadające drużyny z innych grup. Ustawiałem w głowie, kogo bym wybrał i wyszło mi, że dwie to za mało. Bo za dobrzy żeby odpaść są Meksyk/Chorwacja, Anglia, Włochy/Urugwaj, Ghana/Stany Zjednoczone. Wyszło więc na to, że system jest jednak bardzo sprawiedliwy i wychodzi dokładnie tylu, ilu trzeba. A na końcu okazało się nawet, że tę grupę H strasznie niesprawiedliwie oceniłem.

Dlaczego niby taka Algieria miałaby nie wyjść? Zagrała wczoraj z Koreą znakomitą piłkę (nudne to już, wszyscy znakomici). Odkryła ponownie piękno „lagi do przodu”. To była w pełni zdyscyplinowana drużyna, która z zamysłem nie bawiła się w rozegranie tylko waliła z całej siły w kierunku napastnika. Podwórkowość w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ja się wychowałem na podwórkach, na których grało się lagę do przodu. Żal mi było patrzeć, gdy dzisiejsi młodzi utrzymywali piłkę i próbowali grać tiki-takę. Nuda. Nam się najfajniej grało – laga od obrony lub bramkarza, bieg, strzał. Futbol to szybki sport jak Algieria. A Korea, choć do przerwy wyglądała na przybłędę, po przerwie pokazała, po co tam przyjechała. Hueng Min Son przechodził samego siebie. I tylko szkoda, że Belgia nie musiała nic pokazać, by wygrać grupę. Dalej uważam, że ta drużyna świata nie zawojuje.

Świat zawojują Amerykanie, czy nam się to podoba czy nie, choć jeszcze nie teraz. Zrobili to z siatkówką, która była dla nich obcym sportem, ale nauczyli się podbijać i dziś są w tym jednymi z najlepszych na świecie. Z piłką idzie im dłużej, oporniej, ale też to zrobią. Robią wielkie postępy, które każą mi o Klinsmannie zacząć myśleć jako o naprawdę porządnym trenerze. Tym razem mecz kompletnie im się nie ułożył, kiks Camerona to był kryminał, to, że bramkarz siadł na tyłku przed strzałem – też. Wszystko układało się przeciw nim. A jednak byli za dobrzy, by przegrać. Pudłowali na potęgę, inaczej niż w meczu z Ghaną, ale zasługiwali. Nigdy nie widziałem Fabiana Johnsona tak biegającego do przodu. Mamy mundial bocznych obrońców, ale występ Johnsona i tak był jednym z najbardziej spektakularnych na tych mistrzostwach.

Podobnie gol Jermaina Jonesa, po takich nie ma co zbierać. Zasłużenie Amerykanie prowadzili, bo Portugalia była szokująco słaba. Tym razem Jankesi nie zagrali do końca, a to przede wszystkim wina Bradley’a. Sorry, ale jak w 95. minucie tak głupio traci się piłkę w środku pola, to zawsze kończy się to golem. Futbol nie wybacza błędów w doliczonym czasie gry.

Sytuację mają Amerykanie i tak dość przyzwoitą. Szykuje się mecz przyjaźni Loewa z Klinsmannem, choć… oni się wcale nie przyjaźnią. Turniej to jednak turniej, trzeba umieć kalkulować. W dłuższej perspektywie wiadomo, że Amerykanie nie zagrożą Niemcom w wygraniu turnieju, a Portugalczycy – jak się rozkręcą, jak strzeleckie buty znajdzie Ronaldo – już mogą. Według mnie należy cynicznie wykorzystać okazję, perfidnie zremisować i nie wypuścić z grupy Portugalczyków. Sport zawodowy i podwórkowy łączy może piękno lagi do przodu, ale dzieli kalkulacja. W tym pierwszym jest pożądana, w drugim zakazana.

Bośnia o’Leary’egowina

spahić

Gdyby nie sędzia, sprawa byłaby wyjątkowo jasna: Bośnia i razem z nią Hercegowina zagrała z Nigerią żenująco słabo i nie ma co nad nią płakać.

Gdyby skupić się na sędzim, sprawa też byłaby wyjątkowo jasna. Tego Nowozelandczyka O’Leary’ego trzeba by było wysłać najbliższym samolotem do Nowej Zelandii, tak jak to zrobiono z Kolumbijczykiem (tzn. jego wysłali do Kolumbii), który nie uznał dwóch goli Meksykowi z Kamerunem.

Ale sprawa nie jest prosta. Sprawa jest cholernie skomplikowana. Skomplikowana jak Bośnia i Hercegowina i jak w ogóle całe Bałkany.

Bo czy ten stanowczo za krótki występ Bośni i Hercegowiny na mundialu nie jest wręcz stereotypowo bałkański? Eksperci TVP bezrefleksyjnie cały czas powtarzają slogany o „skupiających się głównie na defensywie Włochach” (podczas gdy ich poczynania ofensywne np. w meczu z Anglią zachwycały), o „zawsze solidnych Niemcach” (którzy akurat grają z polotem, ale niekoniecznie solidnie), o „afrykańskiej żywiołowości” (podczas gdy Ghana jest tak zdyscyplinowana jak… Niemcy nie są). O Bośniakach akurat nic nie powiedzieli, a to byłby jedyny przypadek, w którym byłoby to uzasadnione.

Ileż to razy już jugosłowiańskie drużyny grały zachwycające mecze z wielkimi faworytami, by później w niezrozumiały sposób wyłożyć się na najprostszej przeszkodzie? Albo nie potrafiły się oderwać myślami od jednego wydarzenia. Dokładnie tak, jak wczoraj, gdy Bośniacy zaczęli nieźle, zdobyli bardzo ładną bramkę, której sędzia nie uznał.

Ja nie mogłem o tym przestać myśleć, a co dopiero zawodnicy. Nie chcę mówić, że gdyby nie sędzia, to by to wygrali, ale ten jeden gol mógł napisać historię Bośni i Hercegowiny na nowo. Z drugiej strony, Meksykanie potrafili zapomnieć o dwóch nieuznanych golach i strzelić trzeciego, już uznanego, a Bośniacy grali irytująco po polsku. Nie wiem jak to się dzieje, że drużyna, która długimi minutami dominuje nad Argentyną, parę dni później stanowi najbardziej polski akcent na mundialu. Wszystkie piłki na Dżeko/Lewandowskiego, obskakiwanie go przez trzech obrońców, frustracje, marnowane wysiłki. Da się to chyba tylko wytłumaczyć mentalnością czy brakiem doświadczenia, bo czym innym?

Nie umiem sobie poradzić z tym występem Bośni. Niby wiem, że jest lepsza od Nigerii, ale skoro nie umiała tego potwierdzić, to niby skąd wiem? No… nie wiem. Szkoda. Jedna moja drużyna już jedzie do domu. W piłkę nożną gra się głową, a niestety u Bośniaków (ich trenera też) głowa wyraźnie ustępowała nogom i nie mówię tu o nieumiejętności główkowania.

 

Nasza szkapa. Coś o koniach

kon

Koń, jaki jest każdy widzi. A jak każdy widzi, to znaczy, że nie jest czarny. Chyba, że jest noc. Wtedy wszystkie konie są czarne.

Przez ostatnie miesiące mieliśmy noc polarną i wszystkie konie były czarne. Kogokolwiek poprosić o odgłos paszczą, mówił patatajpatataj, że „X będzie czarnym koniem”. Mary senne. Skoro widać, jaki jest koń, skoro można ocenić jego szanse, skoro zna się jego zawodników, skoro wie się, że grają w najlepszych klubach świata, to ta szkapa czarną być nie może.

Ciemną maść wmawiali wszelkiego rodzaju eksperci przede wszystkim Belgom, co było tak groteskowo często powtarzane, że chyba stało się prawdą, bo jakaś swojska gwiazda w studiu plaża powiedziała w końcu: „W kuluarach mówi się, że mistrzem świata zostanie Belgia”. ACH,  te kuluary. Czarny koń wywołany tysiąc razy, staje się faworytem. Czarny koń staje się biały. Tyczy się to tak samo Kolumbii, której świetni piłkarze wciągają nosem ligi europejskie („biały”, „Kolumbii”, „wciągają nosem”, he). O czarnonieparzystokopytność były też podejrzewane Bośnia i Hercegowina, Chile, Urugwaj (czwarta drużyna świata i mistrz Ameryki Południowej!), Chorwacja, Szwajcaria, Rosja…

W skrócie: jedyną drużyną, której nikt nie określił w ostatnich miesiącach czarnym koniem, była Kostaryka. O niej nikt nawet nie odważył się pomyśleć, że zdobędzie w swojej grupie punkt, a każdy – cały jeden – gol miał być epokowym sukcesem. A w rzeczywistości: Anglia z wozu, koniom lżej. Mogą na nią wystawić rezerwowych.

Czarny koń, jaki jest, nikt nie widzi. I na tym jego czarność właśnie polega.

Urugwaj ma twarz wariata

rodriguez

Najlepszym symbolem przemiany, jaką w ciągu paru dni przeszedł Urugwaj, był Alvaro Pereira. Przecież ten szajbus powinien się cieszyć, że w ogóle żyje, nie mówiąc już o graniu na wysokim poziomie!

Strasznie wyglądały te sceny, gdy koledzy gorączkowo wołali lekarzy i masowali go w okolicach klatki piersiowej. Przypominało to najgorsze momenty futbolu, z umierającymi na boisku Markiem Vivienem Foem, Miklosem Feherem czy przeżywającym atak serca Fabricem Muambą.

Tragedii szczęśliwie nie było. Dostać z taką siłą kolanem w skroń z tak bliska, potem uderzyć głową w ziemię, to igrać ze śmiercią. A w najlepszym wypadku z graniem w śmiesznym kasku na głowie do końca swoich dni.

Pereira tracił przytomność, ale go ocucili. Wskazanie urugwajskiego lekarza, że konieczna jest zmiana, było ze wszech miar zrozumiałe. To, że ten szaleniec protestował i zaczął się wykłócać musiało wpędzić Oscara Tabareza w spore kłopoty. Z jednej strony, skoro dobrze grający obrońca w ważnym momencie meczu mówi, że może grać, to dlaczego go ściągać? Z drugiej, może jest w szoku pourazowym i nie warto ryzykować jego zdrowia? Wybaczcie porównanie, ale przecież jak kurze odrąbać głowę to ponoć też jeszcze trochę siłą rozpędu pobiega.

To, że ten facet jeszcze wrócił, jeszcze wygrywał pojedynki główkowe, jeszcze robił wślizgi, było niesamowite. I pokazywało, jak wiele Urugwaj zrobi, by ten mecz wygrać.

Parę dni temu z Kostaryką to była druga Hiszpania. Senna, nudna drużyna, która po szczęśliwym karnym strzela gola i marzy o zejściu do szatni. Minimalistyczna. Nic dziwnego, bohaterowie byli starzy, zmęczeni, przypominaliśmy, że najwięcej zawodników sprzed czterech lat mają w kadrze Hiszpanie i Urugwajczycy właśnie. Wtedy symbolem Urugwaju był „podstarzały blondynek” Diego Forlan, teraz jest szalony Alvaro Pereira.

Nie wiem czy to obecność Suareza podziałała na kolegów jak obecność Drogby działa na Iworyjczyków, ale nie ma co udawać – bez Suareza tego meczu by nie wygrali. Tak wygląda lider, który ciągnie zespół. Gdzie te wszystkie gadki o dochodzeniu do siebie po kontuzji? Suarez pięć tygodni nie grał w piłkę, a jak wszedł, to nie miał sobie równych.

To, że Urugwajczycy z najbardziej minimalistycznej przemienili się w najbardziej zadziorną drużynę zwiastuje jeszcze wielkie emocje w tej grupie. Tak grający Urugwaj nie musi się bać nikogo na świecie. Nawet jeśli jego styl jest prosty jak budowa cepa – długa piłka na Cavaniego, a ten z Suarezem coś wymyślą. Nawiązując do powiedzenia Billa Shankly’ego, Urugwaj ma dziewięciu gości do niesienia fortepianu i dwóch, którzy potrafią na tym cholerstwie grać. Wystarczy.