Azjatyckie papierowe tygrysy

„Nawet Iran gra w piłkę lepiej od nas” – powiedział dzisiaj Grzegorz Lato i trudno odmówić mu racji. Ale Iran i jego kontynentalni sąsiedzi znajdą na świecie niewiele drużyn, od których kopią lepiej.

Azja to piłkarska pustynia.

Mówiło się w trakcie fazy grupowej, że mamy wielki kryzys Europy. Fakt, fazę grupową przebrnęło tylko sześć europejskich drużyn, podczas gdy standardem kilku poprzednich mundiali było dziesięć. Ale już cztery lata temu Europy wyszło tak samo mało, co nie przeszkodziło wszystkim w obwołaniu turnieju wielkim zwycięstwem tego kontynentu. Nie dość, że pierwszy raz europejska drużyna zdobyła mistrzostwo świata poza swoim kontynentem, to jeszcze w półfinałach 3/4 składu grało u nas.

Choć dzisiejsze europejskie drużyny wydają się słabsze niż cztery lata temu, wciąż nie można wykluczyć sytuacji, że do półfinału dojdą np. Francja, Holandia i Belgia. Pogłoski o śmierci Europy są przedwczesne.

Podobnie rzecz się ma z Afryką. Fakt, że po pierwszej serii meczów wydawało się, że z Czarnego Lądu przyjechali sami słabeusze i do dziś trudno wierzyć, by ktokolwiek dał radę dojść choćby do ćwierćfinału, nie mówiąc już o półfinale, ale jednak dwóch afrykańskich drużyn w tej fazie mundialu nie było nigdy.

Najlepszy wynik w historii wykręciła bardzo niedoceniana strefa CONCACAF zaś paradoksem południowoamerykańskim na tym turnieju jest fakt, że najsłabiej wyglądają tradycyjni potentaci – Brazylia i Argentyna – podczas gdy cały świat zachwyca się Kolumbią, Chile i Urugwajem.

A w Azji pustka, czarna dziura.

Historycznie da się to wytłumaczyć, bo to zawsze był kontynent, na którym kopano najsłabiej. Dość powiedzieć, że pierwszego gola na mundialach zdobyli w… 1966 roku, a więc 36 lat po pierwszym turnieju. W Anglii Korea Północna zaliczyła jednorazowy wybryk, ale później aż do dziewięćdziesiątych lat Azja czekała na drugą wygraną.

XXI wiek zdawał się jednak to myślenie o Azji wywracać. Coraz więcej tamtejszych zawodników pojawiało się w mocnych europejskich ligach i nie byli już tylko nośnikami reklamowymi, ale wnosili realną wartość piłkarską, że wspomnę tylko Hidetoshiego Nakatę, Park Ji Sunga, Lee Young Pyo czy Sunga Jihaia. Od mundialu, który zorganizowali, zaczęło się szaleństwo na punkcie piłki nożnej i dobre wyniki. Jasne, Korea Południowa była niemożliwie przeciągana do półfinału, ale słabą drużyną na pewno nie była. Japonia wówczas także wygrała grupę. Kolejne mundiale też potwierdziły poprawę. W 2006 wprawdzie nikt nie wyszedł z grupy, ale Korea do końca o to realnie walczyła. W 2010 i Korea Południowa i Japonia były w 1/8 finału.

Patrząc na wybieganie, dobrą organizację tamtejszych drużyn i całkiem niezłą technikę, wreszcie widząc zalew np. Bundesligi japońskimi i koreańskimi piłkarzami, można było zacząć myśleć, że już chyba prędzej mistrzostwo świata pojedzie do Azji niż do Afryki.

Tymczasem mistrzostwa w Brazylii okazały się absolutną klapą, totalną klęską azjatyckiej piłki. Już nawet nie to, że okazali się znów najsłabszym kontynentem. Oni uciułali razem nędzne trzy punkty po trzech remisach. To najgorszy wynik od 1990 roku, gdy wysłali o połowę mniej drużyn. Pierwszy raz od mistrzostw we Włoszech azjatycki zespół nie wygrał nawet jednego meczu.

Był taki moment w fazie grupowej, gdy myślałem sobie, że to, co się dzieje w Brazylii, jest odzwierciedleniem tego, co się dzieje w geopolityce. Tradycyjne centrum, czyli Europa, staje się peryferyjne, kluczowe ośrodki przenoszą się gdzie indziej. Metafora była jednak chybiona i szybko ją porzuciłem. To, co się dzieje, jest zupełną odwrotnością geopolityki. Największy kontynent w największym sporcie nie istnieje i zwija się zamiast rozwijać.

Przynajmniej w piłce nożnej wydaje się, że Azja swój moment i szansę na skokowy rozwój przespała.

Bośnia o’Leary’egowina

spahić

Gdyby nie sędzia, sprawa byłaby wyjątkowo jasna: Bośnia i razem z nią Hercegowina zagrała z Nigerią żenująco słabo i nie ma co nad nią płakać.

Gdyby skupić się na sędzim, sprawa też byłaby wyjątkowo jasna. Tego Nowozelandczyka O’Leary’ego trzeba by było wysłać najbliższym samolotem do Nowej Zelandii, tak jak to zrobiono z Kolumbijczykiem (tzn. jego wysłali do Kolumbii), który nie uznał dwóch goli Meksykowi z Kamerunem.

Ale sprawa nie jest prosta. Sprawa jest cholernie skomplikowana. Skomplikowana jak Bośnia i Hercegowina i jak w ogóle całe Bałkany.

Bo czy ten stanowczo za krótki występ Bośni i Hercegowiny na mundialu nie jest wręcz stereotypowo bałkański? Eksperci TVP bezrefleksyjnie cały czas powtarzają slogany o „skupiających się głównie na defensywie Włochach” (podczas gdy ich poczynania ofensywne np. w meczu z Anglią zachwycały), o „zawsze solidnych Niemcach” (którzy akurat grają z polotem, ale niekoniecznie solidnie), o „afrykańskiej żywiołowości” (podczas gdy Ghana jest tak zdyscyplinowana jak… Niemcy nie są). O Bośniakach akurat nic nie powiedzieli, a to byłby jedyny przypadek, w którym byłoby to uzasadnione.

Ileż to razy już jugosłowiańskie drużyny grały zachwycające mecze z wielkimi faworytami, by później w niezrozumiały sposób wyłożyć się na najprostszej przeszkodzie? Albo nie potrafiły się oderwać myślami od jednego wydarzenia. Dokładnie tak, jak wczoraj, gdy Bośniacy zaczęli nieźle, zdobyli bardzo ładną bramkę, której sędzia nie uznał.

Ja nie mogłem o tym przestać myśleć, a co dopiero zawodnicy. Nie chcę mówić, że gdyby nie sędzia, to by to wygrali, ale ten jeden gol mógł napisać historię Bośni i Hercegowiny na nowo. Z drugiej strony, Meksykanie potrafili zapomnieć o dwóch nieuznanych golach i strzelić trzeciego, już uznanego, a Bośniacy grali irytująco po polsku. Nie wiem jak to się dzieje, że drużyna, która długimi minutami dominuje nad Argentyną, parę dni później stanowi najbardziej polski akcent na mundialu. Wszystkie piłki na Dżeko/Lewandowskiego, obskakiwanie go przez trzech obrońców, frustracje, marnowane wysiłki. Da się to chyba tylko wytłumaczyć mentalnością czy brakiem doświadczenia, bo czym innym?

Nie umiem sobie poradzić z tym występem Bośni. Niby wiem, że jest lepsza od Nigerii, ale skoro nie umiała tego potwierdzić, to niby skąd wiem? No… nie wiem. Szkoda. Jedna moja drużyna już jedzie do domu. W piłkę nożną gra się głową, a niestety u Bośniaków (ich trenera też) głowa wyraźnie ustępowała nogom i nie mówię tu o nieumiejętności główkowania.

 

Nasza szkapa. Coś o koniach

kon

Koń, jaki jest każdy widzi. A jak każdy widzi, to znaczy, że nie jest czarny. Chyba, że jest noc. Wtedy wszystkie konie są czarne.

Przez ostatnie miesiące mieliśmy noc polarną i wszystkie konie były czarne. Kogokolwiek poprosić o odgłos paszczą, mówił patatajpatataj, że „X będzie czarnym koniem”. Mary senne. Skoro widać, jaki jest koń, skoro można ocenić jego szanse, skoro zna się jego zawodników, skoro wie się, że grają w najlepszych klubach świata, to ta szkapa czarną być nie może.

Ciemną maść wmawiali wszelkiego rodzaju eksperci przede wszystkim Belgom, co było tak groteskowo często powtarzane, że chyba stało się prawdą, bo jakaś swojska gwiazda w studiu plaża powiedziała w końcu: „W kuluarach mówi się, że mistrzem świata zostanie Belgia”. ACH,  te kuluary. Czarny koń wywołany tysiąc razy, staje się faworytem. Czarny koń staje się biały. Tyczy się to tak samo Kolumbii, której świetni piłkarze wciągają nosem ligi europejskie („biały”, „Kolumbii”, „wciągają nosem”, he). O czarnonieparzystokopytność były też podejrzewane Bośnia i Hercegowina, Chile, Urugwaj (czwarta drużyna świata i mistrz Ameryki Południowej!), Chorwacja, Szwajcaria, Rosja…

W skrócie: jedyną drużyną, której nikt nie określił w ostatnich miesiącach czarnym koniem, była Kostaryka. O niej nikt nawet nie odważył się pomyśleć, że zdobędzie w swojej grupie punkt, a każdy – cały jeden – gol miał być epokowym sukcesem. A w rzeczywistości: Anglia z wozu, koniom lżej. Mogą na nią wystawić rezerwowych.

Czarny koń, jaki jest, nikt nie widzi. I na tym jego czarność właśnie polega.

Urugwaj ma twarz wariata

rodriguez

Najlepszym symbolem przemiany, jaką w ciągu paru dni przeszedł Urugwaj, był Alvaro Pereira. Przecież ten szajbus powinien się cieszyć, że w ogóle żyje, nie mówiąc już o graniu na wysokim poziomie!

Strasznie wyglądały te sceny, gdy koledzy gorączkowo wołali lekarzy i masowali go w okolicach klatki piersiowej. Przypominało to najgorsze momenty futbolu, z umierającymi na boisku Markiem Vivienem Foem, Miklosem Feherem czy przeżywającym atak serca Fabricem Muambą.

Tragedii szczęśliwie nie było. Dostać z taką siłą kolanem w skroń z tak bliska, potem uderzyć głową w ziemię, to igrać ze śmiercią. A w najlepszym wypadku z graniem w śmiesznym kasku na głowie do końca swoich dni.

Pereira tracił przytomność, ale go ocucili. Wskazanie urugwajskiego lekarza, że konieczna jest zmiana, było ze wszech miar zrozumiałe. To, że ten szaleniec protestował i zaczął się wykłócać musiało wpędzić Oscara Tabareza w spore kłopoty. Z jednej strony, skoro dobrze grający obrońca w ważnym momencie meczu mówi, że może grać, to dlaczego go ściągać? Z drugiej, może jest w szoku pourazowym i nie warto ryzykować jego zdrowia? Wybaczcie porównanie, ale przecież jak kurze odrąbać głowę to ponoć też jeszcze trochę siłą rozpędu pobiega.

To, że ten facet jeszcze wrócił, jeszcze wygrywał pojedynki główkowe, jeszcze robił wślizgi, było niesamowite. I pokazywało, jak wiele Urugwaj zrobi, by ten mecz wygrać.

Parę dni temu z Kostaryką to była druga Hiszpania. Senna, nudna drużyna, która po szczęśliwym karnym strzela gola i marzy o zejściu do szatni. Minimalistyczna. Nic dziwnego, bohaterowie byli starzy, zmęczeni, przypominaliśmy, że najwięcej zawodników sprzed czterech lat mają w kadrze Hiszpanie i Urugwajczycy właśnie. Wtedy symbolem Urugwaju był „podstarzały blondynek” Diego Forlan, teraz jest szalony Alvaro Pereira.

Nie wiem czy to obecność Suareza podziałała na kolegów jak obecność Drogby działa na Iworyjczyków, ale nie ma co udawać – bez Suareza tego meczu by nie wygrali. Tak wygląda lider, który ciągnie zespół. Gdzie te wszystkie gadki o dochodzeniu do siebie po kontuzji? Suarez pięć tygodni nie grał w piłkę, a jak wszedł, to nie miał sobie równych.

To, że Urugwajczycy z najbardziej minimalistycznej przemienili się w najbardziej zadziorną drużynę zwiastuje jeszcze wielkie emocje w tej grupie. Tak grający Urugwaj nie musi się bać nikogo na świecie. Nawet jeśli jego styl jest prosty jak budowa cepa – długa piłka na Cavaniego, a ten z Suarezem coś wymyślą. Nawiązując do powiedzenia Billa Shankly’ego, Urugwaj ma dziewięciu gości do niesienia fortepianu i dwóch, którzy potrafią na tym cholerstwie grać. Wystarczy.

Dzień 6. Mundialowe szaleństwo transferowe

Jest coś niedorzecznego w mundialu i szaleństwie z nim związanym, a także w transferach, które po nim następują. Mówi się, że takie turnieje to największe okno wystawowe i jest to prawda. Ale właściwie, dlaczego?

 Piszę o tym w podsumowaniu szóstego dnia mundialowego, bowiem objawiła nam się póki co największa bramkarska gwiazda mistrzostw, czyli Guillermo Ochoa. Dobry bramkarz potrafi drużynie wybronić mecz i Meksykanin właśnie to zrobił. Zatrzymał Brazylię i wiele w nim było z Tomaszewskiego. Dużo szczęścia, dużo brawury, no i zwycięski remis. Ktoś słusznie napisał na Twitterze, że za 100 lat Ochoa będzie gadał dyrdymały na każdy temat i wejdzie do meksykańskiego parlamentu.

 Ale czy Ochoa to tak naprawdę dobry bramkarz?

 Możecie potraktować go jako symbol, to się właściwie tyczy każdego innego piłkarza mistrzostw. Ochoa jechał do Brazylii jako piłkarz, który nie mógł być pewny, że za dwa tygodnie znajdzie prace. Jeśli Meksykowi będzie dobrze szło na turnieju, to może się okazać, że w decydujących fazach będzie bronił bezrobotny bramkarz. Gigantyczna pomyłka czy co?

 Zastanawiające jest, że w dobie klubów, które monitorują każde dziecko raczkujące wokół piłki w każdym zakątku planety, nagle na miesiąc wszyscy zapominają o logice. Przecież kupowanie gwiazd czy objawień mistrzostw świata to tak naprawdę kupowanie kota w worku, kogoś, kto zagrał parę dobrych meczów. W klubie może być patałachem, ale wystrzelił w dobrym momencie. Ilu już było zawodników, którzy przeciętnie grali w przeciętnych klubach, by potem trzema dobrymi meczami na turnieju się wypromować i parę miesięcy później przeciętnie grać już w dobrych klubach? Że przypomnę tylko Jurija Żirkowa, który wczoraj z Rosją strasznie kaleczył, ale sześć lat temu dobrym turniejem wypromował się do Chelsea? Albo Arszawina do Arsenalu, Pawljuczenkę do Tottenhamu czy Biljalietdinowa do Evertonu? Oczywiście zjawisko nie dotyczy tylko Rosjan, ale ich udany kilkumeczowy wyskok z 2008 roku stanowi idealną ilustrację tego, co mam na myśli. Nie trzeba mówić, że wszyscy wyżej wymienieni okazali się w nowych klubach większymi lub mniejszymi niewypałami i dość szybko odchodzili.

 Guillermo Ochoa przez osiem lat występował w mocnej lidze meksykańskiej. Daję głowę, że największe kluby świata śledzą, co się dzieje w tych rozgrywkach i gdyby trafiła się jakaś perła, to nie daliby jej za długo tam pograć. Tymczasem Ochoa dopiero jako 26-latek pojawił się w Europie, w słabiutkim francuskim Ajaccio. Tu grał przez trzy lata, a ostatnio spadł z ligi i obecnie nie jest pewny przyszłości. Wyskakuje na mistrzostwach i już czytam, że przygląda mu się Real, a chrapkę na niego ma pół Europy.

 Kluby mają skautów, którzy znają Ochoę od dobrych 10 lat, ale nigdy nie zawracali sobie nim głowy. Zawracają dopiero, gdy rozegrał dobre 90 minut. A to bardzo, bardzo ryzykowne.

 Mistrzostwa świata produkują nowych bohaterów, ale też daję głowę, że przede wszystkim produkują niewypały transferowe i przepłaconych piłkarzy. Słusznie zwrócił uwagę Jacek Staszak, że Serge Aurier, prawy obrońca Wybrzeża Kości Słoniowej, dwoma asystami z Japonią podbił cenę o jakieś pięć milionów. Czy to nie chore? Przecież podstawą jego oceny i wyceny powinna być przede wszystkim gra w Tuluzie przez cały sezon, a nie dwa błyski w meczu mistrzostw świata.

 Analogicznie, fani Arsenalu zaczęli się upominać o danie szansy Joelowi Campbellowi, ale gdyby przed mundialem Arsene Wenger powiedział, że nie kupi żadnego napastnika, tylko ściągnie Kostarykanina z wypożyczenia do Olympiakosu Pireus, Francuza by ukrzyżowano.

 Jest to wszystko bardzo ciekawe, nakręca biznes transferowy, ale przypomina szał zakupów, w którym zatracamy się, chcąc kupić to, o czym wszyscy mówią, nawet po zawyżonej cenie. Nie mówię, że Ochoa jest słaby, bo zagrał fantastycznie. Ale jeden znakomity mecz z Brazylią mniej o nim mówi niż ponad 100 spotkań, jakie rozegrał w lidze francuskiej.

Dzień 2. Pięknie jest i godnie bardzo jest

Rozumiem, że można nie spodziewać się, że za chwilę będzie się oglądać jeden z meczów roku. Można się nie kapnąć w 10. minucie. Ale po 40 minutach coś się chyba powinno czuć po kościach. Ja nie miałem świadomości oglądania czegoś wielkiego.

Precyzyjniej mówiąc, byłem załamany. Początek jeszcze jakoś wyglądał, Robben stworzył Sneijderowi świetną szansę, podobną do tej, jaką Sneijder stworzył Robbenowi cztery lata wcześniej, ale tak wtedy, jak i dziś, Casillas obronił. Ale potem ta niechlujna pomoc Holendrów, ci gubiący piłkę w najmniej odpowiednim momencie obrońcy. Ten Vlaar ratujący sytuacje dramatycznymi wślizgami i świadomość, że wszystkiego nie wyratuje. W końcu kontrowersyjny karny, gol Xabiego i narastająca przewaga Hiszpanów.

Myślałem sobie, że niektórzy tak mają ze ślubem. Żenią się z piękną i dobrą, a parę/paręnaście lat później żyją z brzydką i zołzą. Z dziećmi też chyba tak jest. Cytat z jakiegoś holenderskiego filmu: „A takiego ładnego synka urodziłam”. I ja się tak samo czułem oszukany. Bo zadurzyć się w Kluivertach, Overmarsach, Cocu’ach i Davidsach, by potem cierpieć oglądając De Jongów, De Guzmanów, De Vrijów, Janmaatów czy Martins Indiów? Nie na moje nerwy. Liczyłem, że Sneijder będzie nadal wielki, a nie był, liczyłem, że rozbłyśnie Daley Blind, a nie rozbłyskiwał. Holendrom dramatycznie brakowało jakości.

Hiszpanie popadli moim zdaniem w chorobę, która kiedyś była charakterystyczna dla Włochów. Z jednej strony można powiedzieć, że to genialne oszczędzanie sił i sposób, który dał im nie jedno trofeum, ale jednak nigdy nie zrozumiem futbolu najmniejszym nakładem sił. Hiszpanie wcisnęli z kontrowersyjnego karnego, kontrolowali grę i nic się nie miało wydarzyć. Ile razy już takie ich mecze widzieliśmy?

Do teraz nie mogę rozstrzygnąć, czy bardziej mnie zachwycił w tym meczu Van Persie, Blind czy Robben. Van Persie zdobył mocnego kandydata do gola turnieju. Robben szybkościowo wyglądał rewelacyjnie. Nie dogoniłby go nie tylko Bale z finału Pucharu Króla, ale nawet Bolt miałby problem. Casillasem powycierał ziemię, poczekał aż obrońcy wbiegną do bramki. Genialny. Ale jednak najlepszy chyba ten najmniej znany.

Gdyby nie to, że Blind był ustawiony bliżej lewej strony, a nie w kole środkowym, powiedziałbym, że zagrał jak reżyser w starym stylu. Tak sobie wyobrażam Deynę i paru innych wielkich historycznych playmakerów. Przez lata utarło się, że trzeba podawać tylko po ziemi i krótko. Blind dwoma zagraniami przywołał ginący kunszt grania długich piłek przez pół boiska. Zagrał genialnie, a jego koledzy genialnie to wykańczali. Symboliczne było, gdy Blind w 91. minucie powstrzymał Torresa przed pustą bramką. Nawet gola na 5-2 nie dali im strzelić.

Dałem się na Twitterze ponieść po meczu emocjom, pisząc, że mogliśmy być świadkami narodzin wielkiej drużyny. Bo mogliśmy. To dogranie Blinda i lot Van Persiego mogą być idealnymi składnikami do mitu założycielskiego. Ale tak naprawdę dopiero teraz zacząłem się o Holandię obawiać. Typowe w ich stylu byłoby teraz przegranie z Chile i Australią, a w konsekwencji niewyjście z grupy. Albo jak to ujął Bohdan Pękacki…

pekacki

Jestem i meczem i wynikiem i bramkami absolutnie zachwycony. Ale spokojnie, to tylko jeden mecz. Na Euro 2008 Holendrzy też zaczęli wybitnie. A Hiszpanie cztery lata temu zaczęli od porażki. Bez pochopnych wniosków. Holenderskiej obronie i dużej części pomocy jakości jak brakowało, tak brakuje. Dzisiejszy mecz rozstrzygnęły trzy indywidualności i świetnie wyprowadzane kontry. Z sądami na temat Holendrów trzeba ostrożnie.

* * *

Jeśli chodzi o Hiszpanię, myślę, że to już najwyższy czas coś pozmieniać. Ta drużyna jeszcze może wszystko, ale chyba koniec z lojalnością i wyrozumiałością dla wielkich mistrzów. Wygrali razem wszystko, teraz razem dostali po twarzach. Czas wpuścić paru głodnych. Grupa będzie ciekawsza.

***

Z wielką niecierpliwością wypatrywałem meczu Chilijczyków. Do 10. minuty się męczyli, ale potem zaczęli koncertować. Dwa gole w dwie minuty, cudowne akcje, w tym jedna z udziałem chyba całej drużyny. Palce lizać. Przypomnienie, że tiki-taka kiedyś była piękna mniej więcej dla wszystkich i nie kojarzyła się tylko z hiszpańskim człapaniem i wiecznym podawaniem w miejscu. Chilijczycy są ruchliwi, dzicy, z wysokim pressingiem i pewni technicznie. Zanosiło się na pogrom.

Ale nie wiedzieliśmy chyba wszyscy, że Australia tak się postawi. Drużyna bez takich gwiazd jak jeszcze parę lat temu, z ledwie kilkoma graczami występującymi w Europie, z nieznanym trenerem, budowana raczej z myślą o przyszłorocznym Pucharze Azji i następnym mundialu. Generalnie w kryzysie. Wyszli Australijczycy na zespół do bólu prymitywny, ale trudny do ogrania. Stare, dobre kick&rush. Przejęcie piłki, szybki transport na skrzydło, szalony bieg Leckiego lub Oara przed siebie i dośrodkowanie na Cahilla. 34-letni napastnik wygrywa dzisiaj Mundialową Nagrodę im. Dariusza Łatki dla najlepiej główkującego zawodnika poniżej 180 centymetrów wzrostu. Chilijscy stoperzy to nie wielkoludy, ale jednak przy 178 centymetrach wygrywać niemal wszystkie główki w polu karnym? Panie Cahill, chapeau z głów.

Wynik sugeruje, że było w miarę łatwo. Przeciwnie. W drugiej połowie Chile pokazało słabszą twarz. Marnie grał wracający po kontuzji Vidal, a zawodnicy z każdą chwilą popełniali coraz prostsze błędy. Wyrównanie wisiało w powietrzu. Jest 3-1 i to Hiszpanie w meczu z Chilijczykami będą pod ścianą. Grupa będzie ciekawsza.

***

A zaczęło się dzisiaj od kolejnego sporego sędziowskiego niesmaku. Kolumbijski arbiter nie uznał trzech goli – jednego dla Kamerunu (słusznie) i dwóch dla Meksyku (niesłusznie). Kameruńczycy kiedyś byli zespołem budzącym sympatię i szalenie groźnym. Zgarniali wielu neutralnych kibiców. Gdzieś się jednak zatracili w tych targach, kłótniach o premie, wykupywanych apartamentach. Zapomnieli o graniu w piłkę. Wiedziałem, że to już nie taka drużyna jak kiedyś, ale nie spodziewałem się, że aż tak słaba. Jedyny wart uwagi zawodnik to Benoit Assou-Ekotto. Stoperzy stali o dwa kilometry od siebie, prawi obrońcy nie nadążali, środkowi łatwo gubili piłkę, skrzydłowi nie istnieli, Eto’o zauważałem tylko dlatego, że dobrze znam jego sylwetkę. Dra-mat. Powinno się było skończyć 4-0 dla Meksykanów.

Meksykanie znów pokazali bardzo ciekawą ekipę. Bohaterem meczu był dla mnie znakomity pomocnik Hector Herrera, ale bardzo dobrze wyglądali też wahadłowi Aguilar i zwłaszcza Layun. Kameruńczycy stwarzali zagrożenie głównie po stałych fragmentach gry. Dobrze było znów zobaczyć Rafę Marqueza, o którego dziś znajomy spytał mnie, czy jeszcze żyje. Żyje, został pierwszym piłkarzem, który czwarty raz z rzędu zagrał na mundialu jako kapitan. Rzucił mi się w oczy szczególnie w pierwszej połowie, gdy IDEALNIE dośrodkował na głowę Peralty. Niby zawsze defensywny zawodnik, ale technika dośrodkowania nienaganna. Mecz Meksyku z Chorwacją o wyjście z grupy zapowiada się znakomicie. Kamerun już swoje osiągnął – 7 tysięcy premii.

Mój kościół holenderski

Nie pamiętam turnieju, nie pamiętam meczu, dopiero finał Brazylii z Francją oglądałem w miarę świadomie, ale najdawniejsza migawka, błysk piłkarski w pamięci to ten Dennis Bergkamp:

bergkamp

Dopiero potem doczytałem, że właśnie strzelił gola Argentynie w ćwierćfinale i że później Holendrzy odpadli – a jakże – po karnych z Brazylią. Ja pamiętam tylko to dziwne ułożenie rąk. Nie prosto w górę, tylko takie wygięte, dłonie nie zaciśnięte, a otwarte.

Ale do kościoła holenderskiego zapisałem się dopiero dwa lata później, w trakcie Euro 2000. Piszę o kościele, bo choć Holandia nie ma tylu wyznawców, co Argentyna czy Brazylia, to wiem, że wielu mi podobnych, wchodzących w piłkarską świadomość na przełomie wieków, do dzisiaj co dwa lata płacze za Holandią.

To był najpiękniejszy turniej świata. Wiem, że wszyscy tak mówią o swoim pierwszym, ale ten naprawdę taki był. Że się posłużę autorytetem „Odwróconej piramidy” Jonathana Wilsona:

Euro 2000 to być może najlepszy turniej współczesnej ery

 

Właśnie. Ja bym wykreślił tylko to „być może”. Od tego momentu zaczęło się moje parę lat niewysłowionych cierpień związanych z tym panem:

vangaal

Z powodów biograficznych nie mogłem przeżyć wygrania Ligi Mistrzów przez Ajax, ani wygrania ligi hiszpańskiej przez Barcelonę Van Gaala. Van Gaal w moim życiu pojawił się w wakacje 2000, gdy jako ośmiolatek wiernie śledziłem drogę Holandii na mundial w 2002 roku.

Nie wiem jak można było z Kluivertem, Van der Sarem, Van Nistelrooy’em, Overmarsem, Cocu, Stamem, Van Bronckhorstem, Hasselbainkiem przegrać grupę z IRLANDCZYKAMI. Ale nigdy tego Van Gaalowi nie wybaczyłem. Przez niego nigdy nie zobaczyłem swojego ulubionego Patricka Kluiverta na mundialu.

Podrosłem i przyzwyczaiłem się, że Holandia na turniejach oznacza rozbudzone nadzieje, a potem nagłe cierpienie. W 2004 nie wierzyłem w wyjście z grupy śmierci. Gdy już wyszli, nie wierzyłem w eliminowanie Szwecji. Gdy już to zrobili, w dodatku po karnych, uwierzyłem, że to ten moment. I wtedy nie wyszli nawet na mecz z Portugalią. W 2006 znów wątpiłem w wyjście z grupy śmierci, a gdy w drugiej rundzie sędzia szalał, dając 16 żółtych kartek, wiedziałem, że to się skończy źle dla – a jakże – Holandii, a nie Portugalii. W 2008 ich gra odbierała mowę jak w 2000 roku. Do dziś nie rozumiem jak mogli przegrać akurat z Rosją. W 2010 wielbiłem Van Marwijka całym sercem. Byłem chyba jedyny. Zachwycało mnie, że potrafił tak zmienić Holandię z ofiary w kata i liczyłem, że po latach pięknego przegrywania nareszcie brzydko wygra. Przegrał. U nas znów trafili do grupy śmierci i tym razem nie dali rady.

A teraz znów ten przebrzydły Van Gaal. Nie wybaczyłem mu też z innego powodu. Po klęsce z Holendrami, gdy wydawało mi się, że już nikt nigdy nie powinien go zatrudnić, wzięła go Barcelona. Ta, która była moją pierwszą klubową miłością, bo Kluivert. I ta, która zajmowała szóste miejsca, grała po jakichś pucharach UEFA, sprawiając, że zadałem z – perspektywy czasu – najbardziej absurdalne pytanie świata: Dlaczego ja muszę kibicować drużynie, która nigdy nic nie wygra? Gdy Barcelona zaczęła wygrywać, obrzydła mi. Przy Van Gaalu to nie groziło.

Odbudował się – muszę niechętnie przyznać – imponująco. Alkmaar, które rozbiło trio PSV – Feyenoord – Ajax. Potem finał Ligi Mistrzów z Bayernem. A dla mnie mógł dalej nie istnieć.

I wtedy Holendrzy znów dali mu kadrę. Do której w dodatku wziął TEGO Kluiverta na asystenta. Byłem oczywiście niemal pewny, że nie awansuje na mundial, ale awansował nad wyraz pewnie. Przeprowadził w kadrze rewolucję.

Tak anonimowej drużyny Holendrzy za mojego życia nie mieli. Parę gasnących gwiazd, a do nich cała gwardia dość anonimowych dzieciaków. Przy Belgach Holendrzy wyglądają na papierze jak Luksemburg. Ale w kraju, który od 40 lat rodzi wielkich piłkarzy z najwyższą regularnością, banda anonimowych 20-latków powinna zwiastować, że to w tej drużynie trzeba upatrywać objawienia mistrzostw.

Cóż z tego, gdy ja akurat przeczuwam klęskę i odpadnięcie kosztem Chilijczyków. Przez lata 2000-2003, gdy futbol bardziej chłonąłem niż analizowałem, Van Gaalowi już nigdy nie zaufam.

Polacy nie chcą oglądać mundialu!

foto

My Polacy jesteśmy dość często zmuszeni do tego, by wybierać sobie na mundiale drugą reprezentację do kibicowania. A właściwie pierwszą, bo naszej nie ma już od połowy eliminacji. Ja ten problem rozwiązuję zawsze dość łatwo: kibicuję Holendrom i najsłabszym teoretycznie drużynom. Gdy już odpadną i Holendrzy i najsłabsze zespoły, sympatyzuję z Niemcami, co zazwyczaj pozwala mi przetrwać do samego końca mundialu z drużyną, której dobrze życzę.

Zastanawiało mnie jednak zawsze, jak rozkładają się sympatie w innych krajach i teraz pierwszy raz miałem okazję to sprawdzić. Przy okazji, mogłem też prześledzić nastroje w krajach mundialowych na dwa tygodnie przed startem turnieju. A konkretnie zrobili to za mnie badacze przeprowadzający ankiety w ramach projektu Komisji Europejskiej*. Mnie tylko przesłali bardzo ciekawe wyniki.

POLSKA

Spośród badanych krajów europejskich, najmniej osób planuje śledzić mundial w Polsce.

Szok numer jeden. 62,3 procenta ankietowanych deklaruje, że NIE BĘDZIE ŚLEDZIĆ MISTRZOSTW ŚWIATA. To bardziej przerażający wynik niż siedem procent dla króla w ostatnich wyborach. Z Korwina się wyrasta, z nieoglądania mistrzostw świata, obawiam się, że nie.

Nasi rodacy uważają w większości, że mistrzem świata zostanie Brazylia (17,3%) albo Hiszpania (15,6%). W inne kraje nie wierzymy niemal kompletnie. Bo jak nazwać ledwie 2% dla Argentyny?

Większość Polaków twierdzi, że mundial wygra Brazylia.

Z kolei sympatia nad Wisłą będzie wędrować raczej w kierunku Hiszpanów, którym będzie kibicowało 16,3% spośród ankietowanych. Na drugim miejscu jest Brazylia (8,4%) i Niemcy (6,2%).

EUROPA

Jeśli chodzi o śledzenie mistrzostw świata, w Europie będzie dużo lepiej niż w Polsce. Mundial chce oglądać 82,2% ankietowanych Niemców, 67,6% Duńczyków (nie podejrzewałbym ich o to), 67,3% Hiszpanów, 66,1% Francuzów itd. W żadnym z przepytywanych krajów tak często nie zgłaszano niechęci dla mundialu!

Największą dumę ze zwycięstw reprezentacji odczuwają Turcy, przed Niemcami. Najmniejszą Polacy, bo nie pamiętamy chyba jak to jest wygrywać i czuć z tego powodu dumę.

Co ciekawe, o ile Niemcy są dumni ze zwycięstw, to zupełnie nie smucą się porażkami. Przygnębienie po przegranej ich reprezentacji zadeklarowało tylko 3,9% respondentów. Oni z kolei chyba nie pamiętają, jak to jest przegrywać. Najsmutniejsi po porażkach są Włosi, przed Brytyjczykami.

Jeśli chodzi o wiarę w reprezentację przed mundialem, najlepiej wypadają Niemcy i Hiszpanie. Tylko 1,1% pytanych Niemców uważa, że ich drużyna nie wyjdzie z fazy grupowej, podczas gdy boi się tego aż 17,8% zagadniętych Anglików i Francuzów. Pewnych zwycięstwa w całym Turnieju jest blisko 10% Niemców i aż 17 procent Hiszpanów!

Jeśli chodzi o faworytów mundialu:

Austriacy wskazują Niemców.
Duńczycy, Niemcy, Francuzi, Włosi, Polacy, Hiszpanie, Brytyjczycy i Turcy Brazylijczyków. Swoją drogą, największą wiarę w Wybrzeże Kości Słoniowej wykazują Austriacy (0,8%), a w Kamerun Francuzi (0,9%). W moich biednych Holendrów najbardziej wierzą Turcy (4%).

I najciekawsze. Jak rozkładają się sympatie?

Austriacy kibicują głównie Niemcom. Bez zaskoczeń.
Duńczycy wolą Hiszpanów. Podobnie jak Francuzi, Polacy i Włosi. Hiszpanie najlepiej życzą sobie, ale gdy dowiadują się, że mają wybrać inną kadrę, wskazują Brazylię. Turcy też o dziwo najlepiej życzą Brazylii, a potem dopiero Niemcom.

Polska jest jedynym krajem obok Danii, w którym nikt nie wskazał sympatii dla reprezentacji Rosji. Bez zaskoczeń.

A czytelnicy Z nogą w głowie kogo będą wspierać na mundialu?

NAJ, NAJ, NAJ MUNDIALU…

Najmniej osób planujących śledzić mundial: Polska.

Najwięcej osób planujących śledzić mundial: Niemcy.

Najdumniejsi po zwycięstwach: Turcy.

Najmniej dumni po zwycięstwach: Polacy

Najmniej rozpaczający po porażkach: Niemcy.

Najbardziej rozpaczający po porażkach: Włosi i Anglicy

Najbardziej będziemy kibicować: Hiszpanii

Najbardziej wierzymy w: Brazylię.

Najbardziej wierzą w swoją reprezentację: Hiszpanie.

Największy faworyt mundialu to dla Austriaków: Niemcy, ale dla pozostałych badanych państw: Brazylia.

Austriacy najlepiej życzą: Niemcom, Turcy i Hiszpanie: Brazylijczykom, pozostali: Hiszpanom.

*Projekt “FREE – Football Research in an Enlarged Europe” jest innowacyjnym przedsięwzięciem akademickim z zakresu nauk społecznych, którego tematami są piłka nożna oraz europejska tożsamość. Projekt trwa trzy lata (2012-2015) i finansowany jest ze środków europejskiego siódmego programu ramowego (7PR) na rzecz badań i rozwoju technologicznego, na podstawie umowy grantowej numer 290805. Jego koordynatorem jest Szkoła Zarządzania ESSCA we Francji, która współfinansowała ankietę.Badania przeprowadzono przy współpracy wszystkich uniwersytetów zaangażowanych w projekt FREE: Københavns Universitet (Dania), Loughborough University (Wielka Brytania), Middle East Technical University (Turcja), Universitat de València (Hiszpana), Universität Stuttgart (Niemcy), Universität Wien (Austria), Université de Franche-Comté (Francja) oraz Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Koordynatorem badań ankietowych we wszystkich dziewięciu krajach była Céline Bracq z firmy BVA France. W Polsce badania zostały przeprowadzone przez firmę Mareco Polska w okresie grudzień 2013/styczeń 2014. Ankiety zostały przeprowadzone w formie telefonicznej. W każdym kraju zapytano po 800 osób.