Trenerska rewolucja wybuchnie na prowincji

Przynajmniej od czasów pierwszych niepowodzeń Leo Beenhakkera z reprezentacją Polski, ale prawdopodobnie od jeszcze bardziej zamierzchłej przeszłości, polscy trenerzy ligowi zaczęli podnosić głowy. Przestali się pokornie godzić z tym, że są słabsi od szkoleniowców zagranicznych. Nieformalnym liderem tej odsieczy został Michał Probierz – który kiedyś na Twitterze raczył stwierdzić, że Pep Guardiola nie jest od niego lepszym trenerem, tylko ma lepszych piłkarzy – ale bardzo chętnie podążyli jego śladami inni. Gdy Borussia Dortmund boleśnie uświadamiała mistrzowi Polski, jak wiele dzieli go od solidnego futbolu, Maciej Bartoszek z I-ligowej Chojniczanki wyciągał triumfalny wniosek, że gdyby polski trener przegrał chociaż 0:3, to już byłby zwolniony – czemu kłam zadały ochy i achy po porażce (polskiego trenera) 1:5 w Madrycie. To nie były jedyne nazwiska. Znakomita większość polskich trenerów ligowych powiedziała kiedyś coś, co miało wskazywać, że trenerzy ze światowego topu różnią się od nich tylko umiejętnościami trenowanych piłkarzy.

Gdybym miał na transfery tyle co Mourinho…”

 Trzeba oddzielić dwie sprawy. Pierwszą jest ślepe przyjmowanie wszystkiego, co zagraniczne, jako lepszego. Nie, nie wszystko, co zagraniczne, jest lepsze od polskiego, nawet nie każdy zagraniczny trener jest lepszy od polskiego, co pokazało wiele przypadków w polskiej lidze – Pacheta nie był lepszy od Ojrzyńskiego, Perez Garcia od Brosza, Hasi od Urbana etc. W tej krucjacie jestem w stanie polskim trenerom przyznać rację. Zatrudniając trenerów, trzeba umieć identyfikować hochsztaplerów, bo czasem może się okazać, że lepiej zatrudnić Jacka Magierę niż Besnika Hasiego. Drugą sprawą, jest powszechne zakładanie, że trenerzy z najlepszych lig europejskich, mają lepsze wyniki, bo pracują z lepszymi piłkarzami. Szyderczo zwracają często trenerzy uwagę, że wydając po 200 milionów na transfery jak Jose Mourinho czy Louis Van Gaal, też by mogli być rozliczani za wyniki.

Osiągnąć wynik ponad stan

 Żeby mieć do wydania 200 milionów na transfery, trzeba na to zasłużyć. Rozmawiając z wieloma trenerami, przez kilka lat, o ten brak autorefleksji mam do polskich trenerów – uogólniając, bo są oczywiście wyjątki – największy żal. Mało kogo stać na refleksję, że Van Gaal zaczął chodzić po największych klubach, bo kiedyś, dwadzieścia lat temu, potrafił z Ajaksem Amsterdam zdobyć Ligę Mistrzów, mając nieporównywalnie mniejsze możliwości finansowe niż rywale, których pokonywał. Że Mourinho, zanim zaczął być zapraszany na wielkie przyjęcia, sam się na nie, nieproszony, wdarł, prowadząc FC Porto. Że Pep Guardiola nie dostał Barcelony, jak się powszechnie uważa, dlatego, że był dobrym piłkarzem – tak, jakby Barcelona nie miała pod ręką setek dobrych, byłych piłkarzy – ale dlatego, że był wybitnym kandydatem na trenera. Rynek trenerski, także na szczycie, jest wbrew pozorom bardzo sprawiedliwy. Czasem ktoś przypadkowy, jak Avram Grant czy Roberto Di Matteo, chwilowo wskoczy na szczyt, ale bardzo szybko jest weryfikowany. Ci, którzy się utrzymują, nigdy nie są tam przypadkiem. Czy którykolwiek polski trener spróbował wskoczyć do tego wyższego kręgu? Nie do Manchesteru United, nawet nie do Stoke, ale choćby do Karpat Lwów? Czy, skoro polscy trenerzy są tak dobrzy, jak ci z samego szczytu, ktoś zdołał wycisnąć z drużyny tyle, by pobić choć trochę bogatszych? Nie mówię o biciu od razu Realu Madryt, to inna galaktyka. Ale czy polscy trenerzy, skoro są tacy dobrzy, zdołali z Jagiellonią Białystok, Cracovią, Śląskiem Wrocław czy Zawiszą Bydgoszcz osiągnąć w Europie jakiekolwiek wyniki ponad stan? Zrobili cokolwiek, by ktokolwiek ich zauważył? W ostatnich latach pamiętam tylko jeden przypadek, w którym polska drużyna w europejskich pucharach zagrała wyraźnie powyżej oczekiwań – Ruch Chorzów. Prowadzony przez Słowaka. W pozostałych przypadkach trenerzy skupiają się raczej na pokazywaniu, że rywal miał wyższy budżet.

Zmiana pokolenia nie wystarczy

 Gdy wchodziłem w świat piłki, myślałem, że to kwestia zmiany pokoleniowej. To były czasy, w których jeszcze pracowali w polskim futbolu trenerzy pokroju Janusza Wójcika, Mieczysława Broniszewskiego czy Mariusza Kurasa. Po kilkunastu latach okazuje się, że to myślenie jest zakorzenione dużo głębiej. Że wchodzące pokolenie młodych Probierzy, Ojrzyńskich czy Urbanów, nie sprawiło, że polska liga zaczęła gonić świat. Polski trener nadal najczęściej jest tym pokrzywdzonym, który urodził się w złym miejscu. Bo gdyby był tym, kim jest i urodził się w Katalonii, wołaliby na niego „Pep”. A takie myślenie jest wyjątkowo demobilizujące. Bo jeśli jest się tak dobrym, jak najlepsi na świecie, a trenuje się Grzelczaka zamiast Aguera, nie pozostaje nic innego jak załamać ręce i złorzeczyć wokoło.

Sygnały zmiany?

 Dlatego bardzo doceniam choćby ślady pojawiających się u polskich trenerów myśli, że to jednak nie przypadek, że nasz futbol ligowy od lat tkwi, tu, gdzie tkwi. Że to jednak nie jest przypadek, że absolutnie nikt z zagranicy nie chce zatrudniać polskich trenerów. Takie myśli prowadzą do wniosku, że trzeba nadganiać świat. Że jeśli mamy się zacząć zbliżać choćby do europejskich średniaków, musimy biec szybciej od nich. A mam wrażenie, że w ostatnim czasie takich trenerów zaczęło się pojawiać jakby więcej.

System ważniejszy niż Zlatan

 Wprawdzie środowisko dalej nie do końca jest gotowe, wprawdzie gdy Marcin Brosz zaprasza do sztabu Górnika Zabrze człowieka, który w Borussii Dortmund pracował nad poprawą działania mózgu piłkarzy, słyszy krytykę, że „każe piłkarzom bawić się jakimiś piłkami tenisowymi”, ale zaczynają się pojawiać ślady normalności. Ruszyło mnie niedawne zdziwienie światowych dziennikarzy, gdy Roberto Martinez, selekcjoner reprezentacji Belgii, zaczął nagrywać dronem treningi swojej drużyny. Ruszyło mnie, bo u nas to już oklepany temat – trener Czesław Michniewicz robił to już w Pogoni Szczecin i robi dalej w Bruk-Becie Termalice Nieciecza. Ruszyła mnie niedawna rozmowa z Andrzejem Rybarskim, trenerem Górnika Łęczna, który absolutnie wszystkie aspekty pracy jego drużyny, stara się przeliczyć na mierzalne elementy, fascynuje go koncepcja „Moneyball” w piłce nożnej i interesuje model Midtjylland. Ruszyło mnie nie dlatego, że myślę, że „Moneyball” da się przenieść z baseballa do piłki nożnej, bo tego jeszcze nie wiemy, ale dlatego, że w zapyziałym Górniku Łęczna pracuje człowiek, który się w ogóle nad tym zastanawia, zamiast patrzeć, jak jego piłkarze wchodzą po schodach. Właśnie w takich Górnikach Łęczna, Bruk-Betach, I-ligowcach potrzeba nam trenerów myślących w ten sposób. „W ten sposób” nie oznacza, że Rybarski, Brosz czy Michniewicz myślą tak samo. Myślą o futbolu zupełnie różnie. Ale łączy ich to, że rzeczywiście chwytają się wszelkich sposobów, by swoich piłkarzy popchnąć na wyższy poziom. Przez lata słyszałem od polskich trenerów „dajcie mi 200 milionów, a będę grał jak Barcelona”. Nie dziwcie mi się, że zdębiałem, gdy usłyszałem: „na warunki Górnika Łęczna, gdybym miał do wyboru Zlatana Ibrahimovicia albo nowoczesny system analityczny, raczej wybrałbym system analityczny”.

Pionierom sterczą strzały z pleców

 Wierzę, że takich trenerów będzie coraz więcej. I właśnie w takich, trochę prowincjonalnych klubach. Myślę, że w dużej mierze w tym tkwi współczesny fenomen niemieckiego futbolu, że Juergen Klopp, Thomas Tuchel objawiali się w FSV Mainz, a nie w Bayernie, Jezus w Betlejem, a nie w Jerozolimie, że Ralf Rangnick przez większość swojego życia nauczał futbolu w Ulm, Hoffenheim czy w Lipsku, a nie w Borussii Dortmund, że Volker Finke wprowadzał ustawienie bez libero we Freiburgu, a nie w Hamburgu. Rewolucja wybucha na prowincji, dopiero potem maszeruje na stolice. I chociaż nie będzie im łatwo, cieszę się, że ślady takiego myślenia zaczynają się w Polsce pojawiać. Nawet jeśli oni sami nie dadzą rady (Brosz czy Michniewicz pracują w zawodowej piłce od ponad 10 lat i nigdy nie dostali do prowadzenia klubów nawet z polskiego topu), nawet jeśli pionierom sterczą strzały z pleców, pojawia się nadzieja, że za nimi pójdą kolejni, którym już się uda. To kwestia nie jednego, a pewnie paru pokoleń, ale może programowe myślenie polskiego futbolu, że „się nie da”, kiedyś jednak zniknie. To więcej niż pewne, że w „magiczny sposób” pójdzie za tym i poprawa wyników i poprawa opinii o polskich trenerach za granicą.

Oto, jak wygląda sytuacja z trenerem Podbeskidzia

W ostatnich dniach pojawiało się sporo newsów pt: „X blisko Podbeskidzia”, „Y już dogadany z bielszczanami”. Na razie nikt nie jest do końca blisko ani nikt nie jest do końca dogadany.

Stworzyła się tego lata na polskim rynku dziwna sytuacja, w której niemal w połowie klubów nie było wiadomo, kto będzie trenerem. Pogoń nie przedłużyła kontraktu z Czesławem Michniewiczem, Korona z Marcinem Broszem, Piotr Mandrysz niby powiedział zawodnikom Termaliki, że zostaje i wyjechał na urlop, ale coś podejrzanie długo klub nie ogłasza tego jego pozostania, z Legii mógł (może?) odejść Czerczesow, niektórzy spekulowali czy Łęczna pozostawi na stanowisku Rybarskiego, niepewna była przyszłość Latala w Piaście, a do tego doszli spadkowicze, czyli Podbeskidzie i Górnik. Pomieszanie z poplątaniem.

 

Wszystkie te drużyny zaczęły się odzywać do mniej więcej tych samych trenerów, a wszyscy trenerzy zaczęli dostawać propozycje z mniej więcej tych samych klubów. Byli jak panny na wydaniu, rozmawiali z jednymi, ale drugim uchem wysłuchiwali propozycji drugich. Dopóki jeden klub nie podejmie konkretnej decyzji, pat będzie trwał.

 

Teraz wiadomo już trochę więcej. Pogoń wzięła Moskala, Korona Wilmana, Czerczesow raczej zostanie w Legii, Latal raczej zostanie w Gliwicach, a Mandrysz raczej w Niecieczy. Jak się można domyślić, Podbeskidzie i Górnik są na dole tego łańcucha pokarmowego. Trenerzy przede wszystkim chcą się załapać do ekstraklasy i to do jak najmocniejszych klubów. Jak się nie załapią, to wtedy ewentualnie zajmą się Podbeskidziem i Górnikiem. Na razie rozmawiają, wszystko fajnie, ale liczą, że uda im się popracować wyżej.

 

Dlatego sprawy trwają. Podbeskidzie chciało mieć nowego trenera do końca maja, czyli do dzisiaj, ale to się nie uda. Bo prezes Tomasz Mikołajko chce podjąć decyzję w spokoju. Wbrew pozorom, pośpiechu nie ma. I liga rusza na początku sierpnia, czyli za dwa miesiące. Piłkarze mają urlopy do 20 czerwca, więc parę dni opóźnienia nie sprawi, że klub się zawali.

 

Mikołajko rozmawiał z kilkunastoma trenerami. Byli wśród nich uznani i nieznani, utytułowani i nieutytułowani, polscy i zagraniczni. Do nieutytułowanych i nieznanych w klubie nie mają przekonania, bo to bardzo duże ryzyko. Podbeskidzie musi podjąć dobrą decyzję. Jeśli postawi teraz na dobrego konia, to spadek prawdopodobnie okaże się oczyszczeniem i przykrym doświadczeniem, ale niczym więcej. Ot, klub ma solidne fundamenty, nowy stadion, niezły skład, który nowy trener pewnie  poukłada i szybko uda się wrócić. Tak jak Zagłębie Lubin, które zrobiło puchary w większości zawodnikami, którzy dwa lata wcześniej spadli z ligi. Po prostu postawiło na dobrego trenera, czyli Piotra Stokowca. Ale postawienie na złego trenera w tym momencie może się skończyć jak w GKS-ie Bełchatów. Czy w SC Paderborn. Spadkiem rok po roku. Decyzja jest kluczowa. Dużo ważniejsza od tego czy zostanie Mójta (nie zostanie, na stole jest oferta z Wisły. Konkretna, za gotówkę) albo czy zostanie Zubas (możliwe, bo ma wysoką kwotę odstępnego).

 

Do zagranicznych też w klubie nie mają przekonania, bo I liga jest specyficzna i wcale nie taka łatwa. Wymaga dobrego rozeznania. Jego zwykle zagraniczni trenerzy nie mają. Mogliby się zderzyć ze ścianą. Zorientowanie się w realiach mogłoby zająć zbyt dużo czasu.

 

W Podbeskidziu chcą więc trenera z jakąś renomą. Po rozmowach, grono kandydatów mocno się zawęziło. Rozmawiali z Marcinem Broszem, do którego ani prezesa ani sponsorów nie trzeba przekonywać. Rozmawiali z Czesławem Michniewiczem (wczoraj).  Mówi się, że trenerowi bardzo zależy na pozostaniu Roberta Demjana i że chciałby wsparcia finansowego Murapolu na transfery. Sam trener mówi, że dobrze wspomina Bielsko i wyobraża sobie pracę w I lidze, ale na dłużej, a nie tylko na rok. No, ale obaj to trenerzy renomowani. Czyli chcieliby grać o poważne cele. Do I ligi mogą pójść, ale raczej na kilkuletni kontrakt. No i jeśli nie dostaną czegoś w ekstraklasie. I to nie są desperaci. Ich kariera pokazała, że potrafią czekać i nie biorą pierwszej lepszej oferty. Jeśli ani Podbeskidzie ani nikt inny nie da im tego, czego oczekują, to prawdopodobnie się nie ugną. Do 30 czerwca mają kontrakty w obecnych klubach. Potem pooglądają Euro, zrobią sobie urlop. A w połowie lipca zacznie się ekstraklasa i jeszcze przed końcem wakacji kilka posad się zwolni. To jest zawodowy rynek, zawodowych trenerów i zawodowych klubów. Sentymenty mają tu dość małe znaczenie.

 

Dlatego Podbeskidzie jest skazane na czekanie. Pewnie jeszcze przez kilka dni. Kilka klubów oficjalnie się zadeklaruje, wtedy przyjdą konkrety. Na razie trwają objazdowe negocjacje. Trwa wymiana wizji. Nawet jeśli wydaje ci się, że razem z trenerem się rozumiecie, musisz mieć świadomość, że za kilka godzin ma umówione spotkanie w innym mieście. Czasem łatwiej znaleźć trenera w trakcie sezonu, gdy na decyzję jest kilkanaście godzin, a na rynku dwóch desperatów do wyboru.

 

Piasta Gliwice czeka świetlana przyszłość!

brosz

Piast pozbył się ostatniej przeszkody w drodze do świetlanej przyszłości. Nieudacznik, który zniszczył gliwicki zespół, został zwolniony. Teraz są świetni zawodnicy, rewelacyjnie poukładany klub i droga do gwiazd otwarta. Wystarczy zatrudnić jakiegoś porządnego trenera. Albo nawet nie. Wystarczy, że Brosza już nie ma, bo ta ekipa to samograj!

***

Tak się kończy zbyt wysoki wzlot. Gdyby Piast w zeszłym roku zajął bezpieczne, dziewiąte miejsce, odpuszczając ostatnie mecze, dziś Marcin Brosz spokojnie by sobie pracował, ciesząc się należną mu estymą. Ale nie, Brosz popełnił błąd Ikara, wleciał tam, gdzie nie było jego miejsce i już po nim. Po raz kolejny okazuje się, że w Polsce awans do europejskich pucharów to trenerskie samobójstwo.

Przerost ambicji, nieumiejętność realnego spojrzenia na własną drużynę, to plaga zżerająca polskie kluby. W Gliwicach uważali, że ósme miejsce, po zeszłorocznym wzlocie, im się zwyczajnie na leży. Ósme minimum. Jakby im samym nie zdarzyło się parę lat temu zlecieć z ligi w drugim sezonie po awansie.

Gdyby Piast ściągnął Ronaldo. Albo chociaż Olę Johna zamiast Collinsa. Albo nie wiem, Kownackiego, Piątka, Kwieka. Zrobił pakę jak Zagłębie Lubin. Wtedy Brosza trzeba by było wyrzucić. Ale nie, takich zawodników nie ściągnięto. Piast ma skład na poziom pomiędzy Koroną, Podbeskidziem a Widzewem, czyli dokładnie na miejsca, w których aktualnie się znajduje. To, że rok temu wzbił się wyżej, było zasługą splotu okoliczności, słabości rywali i taktycznej konsekwencji. A nie znaczyło, że Mateusz Matras to już poziom europejski.

Nie mówię, że Brosz nie popełnił błędów. Wiem tylko, że to trener, który ma otwarte oczy na to, na co wielu trenerów polskich oczy przymyka. Dietę, przygotowanie mentalne. Od dawna uważam, że najbardziej europejski element Piasta to trener. W każdym miejscu, w którym był, robił wynik przynajmniej przyzwoity. Czy to w Polonii Bytom, Koszarawie Żywiec, Podbeskidziu i w Piaście – tak, w Piaście. W Wodzisławiu też był o krok od dokonania niemożliwego.

Wiem, że trener tego nie zrobi, bo to nie w jego stylu, ale ludziom z Gliwic należałaby się teraz klątwa w stylu Beli Guttmanna. Jak ja rzucę, to też się będzie liczyć? To rzucam:

„Od teraz przez najbliższe 100 lat Piast Gliwice nie zagra w europejskich pucharach”.

Choć generalnie nikomu nie życzę źle, to Piastowi przydałby się teraz spadek z ligi. Za bujanie w obłokach się płaci.

***

Na Piast.Gliwice.pl przeczytałem tekst podsumowujący pracę Brosza. To mocny kandydat do dziennikarskiej maliny roku.

Skrót:

W pierwszym sezonie w Gliwicach Brosz fatalnie poprowadził zespół na wiosnę.

W drugim wprawdzie awansował do ekstraklasy (ledwie drugi raz w historii – dopowiadam ja, bo mogłoby się wydawać, że to takie oczywiste), ale, ALE: menedżer Bodzioch sprowadził Wojciecha Kędziorę (parę fragmentów dalej pada zarzut do Brosza o złe transfery, przy których „ostatnie słowo należy zawsze do trenera”. Przy Kędziorze nie należało?), a poza tym Piast rozgrywał większość meczów w rundzie wiosennej na własnym stadionie. A większość meczów w rundzie jesiennej rozgrywał na wyjazdach i co? Gdyby Brosz przerżnął jesienią 17 wyjazdów, to niespecjalnie by mu pomogło 17 wygranych na własnym stadionie. Na koniec rozbrajający argument o tym, że Piast miał wysoki budżet i „awans w tych okolicznościach był formalnością”. Powiedzcie to Arce Gdynia, Górnikowi Łęczna czy GieKSie, dla których awans od lat jakoś formalnością nie jest.

W ekstraklasie – czytamy dalej – Brosz działał już lepiej, bo nie stosował rotacji i wszedł do pucharów, ale zebrał baty od Azerów i zostało mu to wybaczone.

W takim jesteśmy położeniu, że lanie od Azerów to nic wielkiego. Lech dostał lanie od Litwinów i Rumaka też nie zwolniono, mimo że gdzie Lech, a gdzie Piast. W drugim sezonie Brosz niezrozumiale rotował składem. A może jednak zrozumiale, skoro zawodnicy musieli być w gorszej formie fizycznej po obcej dla nich przygodzie z Europą i graniu na trzech frontach?

Generalnie odniosłem po tym tekście wrażenie, że Brosz to największe zło, jakie spotkało Piasta. Zamiast podziękować mu za to, o czym nigdy nie mogli marzyć: bycie powyżej Górnika Zabrze, odbierają mu zasługi. Dobre sobie.

Mój absolutnie ulubiony fragment to ten, w którym autor przekonuje, że Brosz zaczął tracić kontrolę nad drużyną przegrywając w zeszłym sezonie u siebie z Bełchatowem. Tak, mecz o nic, wieńczący najlepszy sezon w historii, to najlepszy dowód na to, że drużyna zaczyna się rozłazić! :-)))

***

W mojej ulubionej Bundeslidze jest drużyna SC Freiburg, która rok temu – równolegle z Piastem – sensacyjnie awansowała do Ligi Europy. W niej spisała się – jak na niemiecki zespół – źle, w Bundeslidze przez większość sezonu była w strefie spadkowej i szybko odpadła z Pucharu Niemiec. Nieprzyzwyczajeni do grania na trzech frontach, zawodnicy wyraźnie nie wytrzymywali trudów sezonu. Gdyby Freiburgiem rządzili ludzie pracujący w Piaście, trenera Christiana Streicha już dawno by tam nie było. Ale działacze potrafili racjonalnie ocenić sytuację, dali Streichowi czas i po piorunującym finiszu zespół utrzymał się w lidze. Tyle, że nikt od niego nie oczekiwał powtórzenia wyniku.

Może Piast się w tym sezonie utrzyma, nie wiem. Ale działacze całym tym sezonem dali dowód, że nie potrafią racjonalnie ocenić drużyny. A to wróży katastrofę. Raczej prędzej niż później.

Mam problem z Janem Kocianem

Można twardo stąpać po ziemi, analizować statystyki, studiować kadry zespołów, patrzeć chłodno, bez emocji, a potem wszystko weźmie w łeb, bo dochodzi jeszcze czynnik nie do zmierzenia. Czynnik ludzki. I nie wiem, co o tym myśleć.

Nie rozumiem, jak to możliwe, że na jeden z najtrudniejszych terenów dla trenerów w Polsce, gdzie są wielkie ambicje niepoparte wielkimi pieniędzmi, czyli do Chorzowa, mógł tak po prostu przyjść anonimowy Słowak i odmienić to jednym dotknięciem… Tak, nienawidzę sformułowania dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach. Coś się nie udaje, ktoś macha różdżką i wszystko się zaczyna udawać. Nieracjonalne.

Nazwałem Jana Kociana anonimowym, choć wiem, że karierę piłkarską miał bardzo przyzwoitą. Jednak z ręką na sercu – kto rok temu słyszał o Kocianie-trenerze? Ja nie. Wszyscy doskonale wiedzą, w jakiej sytuacji Kocian trafił do Ruchu, a w jakiej sytuacji Ruch kończył rundę. To jeden wielki argument przeciw tym wszystkim, którzy twierdzą, że trener ma znaczenie marginalne, bo na końcu i tak grają piłkarze. Dlaczego w takim razie trener chyba bardzo przyzwoity, za jakiego uchodzi Jacek Zieliński, notował z tą drużyną wyniki – jak się wydawało – przystające do potencjału ludzkiego, ale nic ponad to, a ktoś, kto tych gości kompletnie nie znał, przyszedł i zamienił ich w jednego z najbardziej niewygodnych rywali w lidze?

Przypomina mi to wstępne czasy Marcina Brosza w Bielsku-Białej. Wprawdzie obecny trener Piasta dostał na początku w Podbeskidziu półtora miesiąca okresu przygotowawczego i okienko transferowe na pomieszanie w drużynie, która przez poprzednie lata cudem unikała spadku do III ligi, ale sytuacja w gruncie rzeczy była podobna – nieznany nikomu trener, zawodnicy ściągani z IV ligi, jeden okres przygotowawczy i nagle stworzyła się czołowa drużyna ligi.

Obu panu łączy też to, że są zwyczajnie sympatyczni. Mili, uśmiechnięci, sprawiają wrażenie bardzo skromnych, mających szacunek dla pracy i twardo stąpających po ziemi. W połączeniu z nagłą, bardzo zaskakującą zmianą wyników, jaka wiązała się z ich nazwiskami, Kocian może się doczekać w Chorzowie niemal boskiego szacunku, jaki Brosz miał w Bielsku. Na sektorówki kibice wynoszą trenerów niezwykle rzadko.

Mimo że Kocian nie jest gwiazdą mediów, to i tak potrafił mnie za ich pośrednictwem zdumieć. We wczorajszym „Sporcie” przyznał, że uwielbia Eminema, doskonale zna jego biografię, wie jakie było jego dzieciństwo w Detroit, jakie były losy jego rodziny, cały czas czeka na kolejną jego płytę, a wszystkie poprzednie już w domu ma. Niesamowite. Nie żeby stosunek do Eminema był dla mnie miarą człowieczeństwa, ale powiedzcie, że was nie zdziwiło, że 50-letni starszy pan ze Słowacji w samochodzie cały czas słucha „Lose Yourself” czy „Sing for the moment”?

Może to tylko odpowiednia kreacja, ale Słowak wkroczył do Polski w niesamowity sposób. Zdobył serca piłkarzy, teraz zdobywa serca kibiców. Mam z nim jednak problem, bo… dalej traktuję go z dystansem. Przepraszam bardzo, nie wierzę w cuda, nadal uważam, że Ruch ma skład na walkę o utrzymanie i mój mózg nie jest w stanie zrozumieć, że teraz już „Niebiescy” będą tak po prostu należeć do czołówki ligi. Że wszystko można w jednym momencie unicestwić, to jasne. W budowanie w sekundę nie wierzę.

Lubię go i lubię Ruch. Liczę, że mnie przekona, że cuda istnieją. Nie chciałbym, żeby się okazało, że jednak nie jest takim cudotwórcą, jak się wydaje. Niemniej, nadal uważam, że uczciwość nakazuje, by oceniać trenera przynajmniej po jednej przepracowanej rundzie razem z okienkiem transferowym i okresem przygotowawczym. Czy zaczyna tragicznie czy rewelacyjnie. Robert Kasperczyk w Bielsku po pierwszej rundzie wydawał się skończonym nieudacznikiem, a Czesław Michniewicz cudotwórcą, a ciekawe kogo bielszczanie lepiej wspominają? Chciałbym się zachwycać Kocianem już teraz, ale – przy całej sympatii i trzymaniu kciuków – poczekajmy, dajmy mu popracować. Obecny Ruch to dalej nie jest jego drużyna.

Śmiejcie się z siebie

Miał rację Orest Lenczyk, mówiąc, że najgorsze, co może spotkać polskiego trenera, to awans do pucharów. Jeszcze wczoraj Marcin Brosz – całkiem słusznie – był bohaterem, dziś ożyły stałe śpiewki o „ogórkach”, „frajerach”, którzy wyeliminowali Piasta. Dziś obudzili się kibice Ruchu i Górnika, którzy zalewają internet szyderstwami z gliwiczan.

Piast nie odniósł sukcesu w pucharach. Walczył, starał się, doprowadził do dogrywki, ale odpadł. Był od Azerów słabszy i chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. Karabach przeszedł zasłużenie, lecz to raczej on może mówić, że poziom europejskiej piłki się wyrównuje. Trzy lata temu rywal z Polski nie sprawił mu najmniejszych problemów, a teraz musieli się z nim sporo namęczyć.

Nie poniósł też klęski. Odpadnięcie chluby nie przynosi i już nie chodzi o to, że z Azerami. W takim miejscu jest dziś nasz futbol, że z Azerami wojujemy prawie jak równy z równym. Czasem przegramy, czasem wygramy. Dziś przegraliśmy. Piast nie zagrał swojej życiówki, ale też nie grał poniżej swoich możliwości. Grał swoje. Na krajowych rywali wystarczyło, na Azerów nie. Trudno.

Ale wyśmiewanie się z Piasta jest dziś nie na miejscu, zwłaszcza w ustach kibiców innych śląskich klubów. Naprawdę kibice Górnika, który przegrał 2/3 wiosennych meczów mają czelność krytykować Piasta? Naprawdę kogoś z Ruchu śmieszy, że gliwiczanie nie przebrnęli rundy w EUROPEJSKICH PUCHARACH? Ich powinno śmieszyć, że Ruch spadł z ligi.

Nie widzę w tym momencie śląskiego kandydata do gry w europejskich pucharach innego niż Piast. Oczywiście, w naszej lidze każdy może się zakręcić koło pucharowego miejsca, ale bardziej racjonalne jest typowanie wysokiej pozycji Piasta niż Ruchu, Górnika czy Podbeskidzia.

Brosza krytykuje się dziś za wystawianie Króla, a trzymanie na ławce kogoś tam innego. To bzdury. Dzięki temu trenerowi Piast Gliwice wszedł do Europy. To informacja z gatunku Luksemburczyków eliminujących Holendrów. Jakaś paranoja, a jednak się dzieje.

Z taką niezasłużoną krytyką trzeba uważać. W Lizbonie też krytykowali Belę Guttmana, trenera Benfiki, za którego czasów drużyna wygrywała Puchar Mistrzów. Nie chcieli mu dać podwyżki, więc odszedł, zapowiadając, że „Orły” już nigdy nie zdobędą żadnego europejskiego trofeum. Od tego czasu były już w siedmiu finałach europejskich pucharów i wszystkie przegrały.

Szanujcie Brosza swego, nie będziecie mieć lepszego.

PS. Za jedną rzecz Piastowi Gliwice dziękuje. Szlag mnie jasny przez lata trafiał, że nasze drużyny nie dość, że słabe techniczne, niewytrenowane, źle przygotowane taktycznie i słabe kadrowo, to jeszcze nie wykorzystują najprostszego sposobu zdobywania bramek na świecie, czyli stałych fragmentów gry. Nareszcie ktoś miał je przygotowane. Każdy rzut wolny czy różny siał popłoch. I o to chodzi. Jak się nie da wygrać siłą, to trzeba sposobem. Piast był tego blisko.

PPS Warto olać ogólnopolskie media, które krytykują Piasta. Legia, Lech i Śląsk miały znacznie słabszych rywali, a nie zaprezentowały się znacznie lepiej od Piasta.

Piast już się powinien martwić

Piast Gliwice notuje tak dobre wyniki (nie mylić z: gra tak dobrze), że lada moment będzie najlepszą śląską drużyną i zaczyna mieć jakieś szanse na europejskie puchary. O ile „wyścig” o mistrzostwo wygląda żałośnie, to ten o trzecie miejsce jest jeszcze gorszy. Górnik, który na wiosnę nie zagrał jeszcze dobrego meczu, Śląsk, który dobrego meczu nie zagrał od półtora roku, Lechia, czyli najbardziej nijaka drużyna ligi. No i ten Piast.

Nie jest wykluczone, że beniaminek wykorzysta nijakość ekstraklasy i faktycznie zajmie miejsce pucharowe. Nie musi być nawet trzeci. Jeśli Śląsk zajmie trzecie miejsce i w finale Pucharu Polski trafi na Legię, to także czwarta pozycja w lidze da awans do pucharów. Ale na miejscu gliwiczan jednak bym uważał. Nie odlatywał. Już myślałbym o następnym sezonie.

Dopiero w nim okaże się czy w Gliwicach potrafili wyciągnąć wnioski ze swoich i cudzych błędów. Swoich, bo już raz Piast w drugim sezonie spadł z ekstraklasy. Cudzych, bo jest ryzyko, że gliwiczanie popełnią błąd Podbeskidzia. „Piastunki” chętnie czerpią zasoby ludzkie z Bielska-Białej: Marcin Brosz, Marek Matuszek, Michał Wilk, Bogdan Wilk (pamiętajcie, menedżer, nie kierownik!!!), Tomasz Mikołajko. Niech też czerpią wiedzę. Bo mniej więcej w analogicznym okresie poprzedniego sezonu, Podbeskidzie zajmowało piąte miejsce i jej mecz z Koroną Kielce okrzyknięto mianem „walki o puchary”. Jak było, wszyscy pamiętają. Ani kielczan nie było w Europie, ani bielszczan.

To właśnie teraz jest dla Piasta najtrudniejszy moment. Nie można nic zepsuć w dobrze funkcjonującej maszynie. Trzeba wypłacić wszystkie obiecane premie. Trzeba zatrzymać największe gwiazdy. Najważniejsze: NIE POPADAĆ W SAMOZACHWYT (zwłaszcza obowiązuje prezesa i asystenta trenera, którzy wydają się na samozachwyt podatni). Drużynę latem trzeba bezwzględnie wzmocnić. Nie zmienić, tylko wzmocnić.

Gdyby oderwać się od wyników, Piast nie jest super drużyną. W Krakowie przez większość czasu nie istniał. Ma mnóstwo ogniw do wymiany. Dziś wygrywa stałymi fragmentami gry. Ale kiedyś przyjdzie moment, że dana drużyna nie będzie faulować w pobliżu bramki. Że będzie dobrze wybijać piłki. Że Tomasz Podgórski zostanie rozpracowany. To właśnie wtedy w Gliwicach zacznie się problem. Całkiem prawdopodobne, że stanie się to jeszcze w tym sezonie. Jeśli ktoś nie wie, dlaczego wygrywa, to nie będzie też wiedział, dlaczego przegrywa.

Piast nie sprawia dla mnie wrażenia drużyny, która ma swój styl. O ile narzekania trenera Kaczmarka na toporną piłkę Piasta są śmieszne, bo po pierwsze, która drużyna w Polsce nie gra topornie, a po drugie nawet jeśli któraś gra, to nie jest to jego Lechia, o tyle prawdą jest, że stałe fragmenty gry to środek doraźny. Ważny, warto go mieć w swoim arsenale, ale nie można na nim opierać gry. Nie można ulegać złudzeniu, że drużyna, która umie tylko dobrze bić rogi i rzuty wolne jest już klasowa. Nie, nie jest.

Dlatego na ochy i achy nad Piastem patrzę przychylnie, ale z dystansem. Jeśli w Gliwicach mądrze popracują w najbliższych miesiącach, są w stanie zrobić naprawdę dobrą drużynę, która na dłużej zadomowi się w ekstraklasie i będzie w niej coś znaczyć. Jeśli siądą i pomyślą, że są absolutnie znakomici, za rok mogą się obudzić na obecnym miejscu Bełchatowa i Podbeskidzia.

Żeby Piast nie stał w miejscu

Piastowi Gliwice przyglądam się uważnie, bo jest rzadkim w Polsce przykładem budowy drużyny. Gdy między trenerem a piłkarzami coś wyraźnie nie grało, działacze nie poszli na łatwiznę i nie wywalili Marcina Brosza, ale połowę drużyny. Szkoleniowiec podobierał sobie odpowiadających mu zawodników i pokazał, że miał rację. Nie tylko wyniki, ale przede wszystkim gra w ekstraklasie jeszcze dobitniej pokazują, że ją miał.

 Ale hola, hola. Piast jeszcze nie jest potęgą. Mam wrażenie, że jego zawodnikom od początku tego sezonu, a może jeszcze wcześniej, włączył się syndrom odczuwalny także w Cracovii. Syndrom pt: „Przegrywaliśmy z wszystkimi jak leci, byliśmy beznadziejni i wszyscy się z nas śmiali. Teraz gramy lepiej, więc automatycznie jesteśmy najlepsi na świecie”. Mateusz Żytko mówiący o ofensywnej grze nawet przeciwko Barcelonie i o otwarciu nowej ery, w której to „Pasy” będą dominować nad każdym rywalem. Piłkarzom z Gliwic natomiast raz za czas wymsknie się, że to rywale mają się ich bać i tym podobne brednie. Na szczęście przy Okrzei nad wszystkim czuwa trener, który raczej nie odleci. A na Kałuży przeciwnie, trener, który odleciał pierwszy.

 Podziwiałem ładną i mądrą grę Piasta we Wrocławiu, choć nie zgadzam się z oburzeniem Marcina Brosza, po tym jak zasugerowano mu, że Śląsk był słaby. Piast był dobry i wygrał zasłużenie, tylko dzięki sobie. A Śląsk jest słaby. To stan permanentny. Z tej drużyny Orest Lenczyk wycisnął siódme poty, ale to jest zespół przeciętny. Ot, tak na miejsca pięć (przy dobrych wiatrach) do 13 (przy złych wiatrach) i zeszły rok nie powinien specjalnie zaciemniać obrazu. Co oczywiście rangi wygranej gliwiczan nie umniejsza.

 Doceniam to wszystko, co się w Gliwicach dzieje. Stadion (w sobotę wreszcie zobaczę go na żywo), to, że klub jest podobno stabilny finansowo i sposób budowy drużyny. Ale przestrzegam, żeby ktoś w Gliwicach nie odleciał (a są symptomy). Podkreślam – moim zdaniem Piast w niezmienionym – czytaj niewzmocnionym – składzie za rok będzie walczył o utrzymanie. Może nie wegetował jak teraz Podbeskidzie, ale realnie zagrożony spadkiem. Ten mechanizm przerabiano już 58833237564984 razy. Element zaskoczenia w naszej nieprzewidywalnej lidze jest CHOLERNIE ważny. Piast nie wygrywa przypadkiem, ale jednak od większości drużyn jest personalnie słabszy. I to prędzej czy później będzie widać.

 Mam nadzieję, że w Gliwicach wyciągnęli lekcję ze swojej poprzedniej przygody w ekstraklasie. Jeśli Piast ma być drużyną ekstraklasową na długie lata, nie czas teraz na trwonienie energii na sędziów, zachwycanie się tym, jacy jesteśmy mocni i prężenie wątłych jeszcze muskułów, a na szukanie wzmocnień, wzmocnień, wzmocnień. Z chwilą, w której stwierdzicie, że ten skład jest akurat wystarczający na ekstraklasę i nie trzeba wydawać więcej pieniędzy, prawdopodobnie przegracie.