Który sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy (i dlaczego nie drugi)?

calculator-723917_640

W czołowej ósemce ekstraklasy jest po rundzie jesiennej dwóch zeszłosezonowych beniaminków – Bruk-Bet Termalica Nieciecza i Zagłębie Lubin. Leicester City został mistrzem Anglii w drugim sezonie po awansie do Premier League. A jednak jedna z obiegowych, odwiecznych „prawd” futbolu mówi, że dla beniaminka najtrudniejszy jest drugi sezon po awansie. Powtarzają to trenerzy, piłkarze i eksperci przed rozpoczęciem każdego sezonu. Tłumaczy się, że od razu po awansie drużyny „na fantazji” i „efekcie zaskoczenia” notują często wyniki ponad stan, później euforia opada, rywale uczą się grać przeciwko nowym przybyszom, wreszcie najlepsi piłkarze zostają rozkupieni przez bogatszych i w drugim sezonie po awansie wszystko się rypie. Tak powtarzamy. A czy naprawdę się rypie? Prześledziłem losy wszystkich beniaminków ekstraklasy i pięciu najsilniejszych lig europejskich w XXI wieku, by sprawdzić, czy to, co notorycznie powtarzamy, ma coś wspólnego z rzeczywistością.

 Nie ulega wątpliwości, że beniaminkowie generalnie nie mają lekko. Blisko połowa z nich (46%), opuszcza ligę w ciągu dwóch sezonów od awansu. Z drugiej strony, ta szklanka jest też do połowy pełna. 54% z nich gra w najwyższej lidze przez przynajmniej trzy sezony. Trzeba zaznaczyć, że te statystyki znacząco zawyża polska ekstraklasa. Funkcjonuje u nas powiedzenie, że trudniej awansować do ekstraklasy, niż się w niej utrzymać. I tylko w polskich warunkach takie powiedzenie ma rację bytu. Liczby pokazują wyraźnie, że różnica pomiędzy dwiema najwyższymi klasami rozgrywkowymi jest w Polsce relatywnie najniższa.

 Fałsz: Drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy

 Obiegowa prawda dramatycznie nie zgadza się z rzeczywistością. W żadnej z sześciu badanych lig, drugi sezon po awansie nie był najtrudniejszy. W każdej z nich, zdecydowanie najtrudniej przetrwać pierwszy rok. W Polsce 18% beniaminków od razu spada z ligi. To niedużo, ale w żadnym innym sezonie „śmiertelność” nie jest tak wysoka. W Europie widać to jeszcze wyraźniej. We Włoszech i w Hiszpanii blisko 1/3 klubów spada tuż po awansie (29%), w Niemczech i Francji odpowiednio 37 i 39%, a w Anglii aż w 40% przypadków rok po euforii, jest stypa. Wniosek: jeśli ktoś zamierza ugruntować pozycję w lidze, największą czujność powinien zachować tuż po największym sukcesie. Element zaskoczenia, „powiew świeżości” i inne bajki ekspertów, zwykle się nie sprawdzają.

 Prawda: Dla tych, którzy przetrwali pierwszy sezon, drugi jest trochę trudniejszy

 To prawda, choć nie aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Kto już przetrwał pierwszy sezon, jest na najlepszej drodze do sukcesu. W drugim roku po awansie, procent spadkowiczów spada. W Europie widać to drastycznie – we Francji z 39% do 11%, w Anglii z 40% do 16%, W Hiszpanii z 29% do 16%, we Włoszech z 29% do 16%, a w Niemczech z 37% do 12%. W Polsce różnica między pierwszym a drugim sezonem jest minimalna. 16% drużyn w XXI wieku spadało w drugim sezonie po awansie, czyli o jeden punkt procentowy mniej niż w pierwszym. O ile jednak degradacje w drugim roku po awansie są stosunkowo rzadkie, o tyle zwykle faktycznie drugi sezon jest trochę gorszy. 57% drużyn w drugim sezonie po awansie obniża formę, a 36% ją poprawia. Różnica jest wyraźna, choć nie tak drastyczna, jak mogłoby się wydawać. Przypadki typu Bruk-Bet czy Leicester to jednak mniejszość. Leicester był o tyle większym fenomenem, że w Anglii zwykle w drugim sezonie trudność rośnie najbardziej. Aż 2/3 klubów pogarsza wtedy swoje rezultaty. W Hiszpanii i w Niemczech ten odsetek jest najniższy i wynosi 52%. Nieciecza jest o tyle typowa, że aż 42% polskich beniaminków, w drugim sezonie po awansie się poprawia. Czyli w Polsce drugi sezon, choć też trudny, jest stosunkowo najłatwiejszy.

 Kto przetrwa drugi sezon, jest już w domu

 Można tak powiedzieć. 58% beniaminków Premier League spada z niej w ciągu dwóch lat od awansu. W innych ligach ten odsetek kręci się w okolicach połowy. W Polsce w ciągu dwóch lat spada 27% klubów. Stosunkowo najłatwiej wejść do ekstraklasy i pozostać w niej na długie lata. W Polsce ponad połowa beniaminków zostaje w lidze na przynajmniej cztery sezony, a ponad 1/3 na minimum pięć sezonów.

 Absolutni beniaminkowie mają przekichane

 W terminologii piłkarskiej funkcjonuje określenie „beniaminek tylko z nazwy”. Chodzi o klub, który teoretycznie rozgrywa pierwszy sezon po awansie, ale w praktyce nikt go jako beniaminka nie traktuje, bo jego nieobecność w lidze była tylko incydentalna. Jeśli chodzi o beniaminków absolutnych, którzy nigdy wcześniej nie grali w elicie, trudność pierwszego sezonu jeszcze wzrasta. 43% absolutnych beniaminków spada z ligi od razu w pierwszym sezonie (wśród wszystkich beniaminków 32%), a aż 58% opuszcza ligę po maksymalnie dwóch sezonach (wśród wszystkich beniaminków 46%). Najtrudniej mają nowi przybysze we Francji, bo aż 3/4 z nich spada z Ligue 1 od razu, a najłatwiej – o dziwo – w Premier League. W XXI wieku żaden absolutny beniaminek ligi angielskiej, nie spadł z niej w swoim pierwszym sezonie. W Polsce nowym też nie jest łatwo. W XXI wieku w ekstraklasie zagrało dziewięciu kompletnych nowicjuszy – Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Szczakowianka Jaworzno, RKS Radomsko, Piast Gliwice, Korona Kielce, Górnik Łęczna, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Cztery pierwsze drużyny spadły od razu w debiutanckim sezonie (45%), po dwóch sezonach „śmiertelność” wynosi już 62,5%. Żaden XXI-wieczny beniaminek nie wytrwał w lidze dłużej niż pięć sezonów z rzędu (Górnika i Koronę wycięły korupcyjne degradacje). Najdłużej walczyło Podbeskidzie, które spadło w piątym sezonie po awansie. W Polsce brakuje póki co przykładów takich jak za granicą, gdzie nowicjusz Hoffenheim gra w Bundeslidze już dziewiąty sezon, a Augsburg szósty, Getafe spędziło w La Liga dwanaście sezonów z rzędu, a Wigan Athletic osiem lat w Premier League. A to nie wróży dobrze Bruk-Betowi Termalice Nieciecza. Z każdym kolejnym rokiem obecności w ekstraklasie, prawdopodobieństwo jego spadku będzie rosnąć. Historia pokazuje, że pierwszy awans do ekstraklasy służy otrzaskaniu się z elitą, a dopiero drugi może dać prawdziwą, wieloletnią stabilizację wśród najlepszych.

Angers SCO. Jak z budżetem niższym od Legii zadziwić Europę

Żaden klub z pięciu najsilniejszych lig europejskich nie zachował w tym sezonie więcej czystych kont od nich. Mniej goli od nich straciły tylko PSG, Atletico i Bayern. Jako jedyni w tym sezonie, obok Realu Madryt i Bordeaux, zdołali nie przegrać u siebie z miliarderami z Paryża. Zanotowali najdłuższą w lidze serię meczów bez straty gola. Na półmetku rozgrywek są na miejscu premiowanym grą w eliminacjach Ligi Mistrzów. Wszystko to z budżetem 20 razy mniejszym niż PSG i bez dokonania ani jednego transferu gotówkowego. Stanowczo za głośno jest o Leicesterze City czy Piaście Gliwice, gdy takich cudów w Ligue 1 dokonuje Angers SCO.

Stabilizacja na szczytach

Ten klub to pochwała stabilizacji w gabinetach. W szatni może panować tłok, byle tylko nad całością czuwali cały czas ci sami, sensowni ludzie. Z tercetu, który stworzył dzisiejsze Angers, najwcześniej – w 2006 roku, jeszcze w III lidze – pojawił się w klubie dyrektor sportowy Olivier Pickeu. Od tego czasu zatrudnił tylko dwóch trenerów. Jean-Louis Garcia wytrwał na stanowisku pięć lat, tyle samo stuknie w tym roku Stephaneowi Moulinowi. Pracujący w klubie od 2011 roku prezes Said Chabane nie wie jeszcze co to zmiana trenera i dyrektora sportowego. Cały czas pracuje z tymi, których zastał.

Dwa rekordy w pół roku

Co innego w szatni. Tu wymiana kadr następuje bardzo mocna, jak w niemal wszystkich biednych klubach, które muszą sprzedawać każdego, kto tylko trochę się wybija. Dlatego nawet w sezonie awansu, Angers musiało tracić najważniejsze ogniwa. Soufiane’a Boufala sprzedało do Lille jeszcze zimą, za rekordowe 3 miliony euro. 22-latek zanotował dobre wejście do Ligue 1, czym zrobił reklamę swoim kolegom. Pół roku później, już po powrocie do elity po 21 latach przerwy, zespół stracił najlepszego strzelca Jonathana Kodjię, sprzedanego również za 3 miliony euro do angielskiego Bristolu City.

Po awansie nowa drużyna

Angers awansowało do Ligue 1 jako najsłabszy z beniaminków, zajmując trzecie miejsce w II lidze. Nie poszło jednak drogą, stosowaną przez większość. Trener i dyrektor sportowy nie mieli żadnych sentymentów i zobowiązań wobec tych, którzy dali klubowi niespodziewany awans. Latem dokonano całkowitej wymiany kadr. Ściągnięto aż 14 zawodników. Połowa z nich od razu wskoczyła do pierwszego składu i nie oddała miejsca do dziś. W mieście znad Loary, znanym dotychczas tylko z pięknego średniowiecznego zamku, a w Polsce z faktu, że w latach 1939-40 miał tam siedzibę polski rząd na uchodźstwie, stworzono po awansie całkiem nową drużynę, co było szalenie ryzykowne, ale okazało się niesamowicie skuteczne.

Zamek w Angers, jeden z licznych tego typu obiektów nad Loarą.

Wyszperani w drugiej lidze

W zespole beniaminka trafnie ocenili mizerny potencjał drużyny, która wywalczyła awans, co rzadko się zdarza. Zwykle po awansie wszyscy są pijani z euforii, a weryfikacja następuje dopiero, gdy już jest za późno na jakiekolwiek zmiany kadrowe. W Angers wykazali się wielką zręcznością, nie wydając na transfery ani grosza. Korzystając z rozeznania na rynku II-ligowym, zdecydowali się pociągnąć w górę kilku wyróżniających się zawodników z innych klubów. Jedynym wzmocnieniem z Ligue 1 był napastnik Gilles Sunu z Evian TG. Dla reszty była to niepowtarzalna szansa pokazania się w elicie.

7 milionów w rok

Trafili. Nowi zdobyli blisko 60% całego dorobku drużyny w Ligue 1. Defensywny pomocnik Cheikh N’Doye jest jednym z objawień sezonu we Francji. Bramkarza Ludovica Butellego, który wywalczył z klubem awans, sprzedano kilka dni temu za milion euro do Brugii. Skrzydłowy Abdoul Camara trafił w tym tygodniu do Derby County za 1,7 miliona. Mające budżet niższy od Legii (25 milionów euro) Angers, w ciągu roku, dzięki dobrym wynikom, sprzedało zawodników za 7 milionów euro. Dla takiego klubu to majątek i szansa na lepsze jutro. Mimo transferowych zarobków, w Angers nie wariują. Najwyższym transferem w historii klubu wciąż pozostaje Rudison Ferreira, kupiony 11 lat temu z OFK Belgrad za… 200 tysięcy euro. Co w tym wszystkim najbardziej niezwykłe, siła drużyny bardzo przy tym nie spada, skoro Angers po rundzie jesiennej przegrywa tylko z PSG i – minimalnie z – Monaco.

Klub Kopy i Adamskiego

Piłkarskie zasługi andegaweńskiego Angers były dotychczas bardzo mizerne. Klub grał już w Ligue 1, najdłużej nieprzerwanie przez 12 lat (1956-68), ale nie walczył o najwyższe cele. Największą zasługą dla francuskiego futbolu było umożliwienie dobrego startu do kariery Raymondowi Kopie, jednemu z najlepszych piłkarzy świata w latach 50. To nie jedyny polski ślad w Angers, bo epizod zaliczył tam też obrońca Marcin Adamski.

O awans do Europy

Trudno być naiwniakiem i wierzyć, że Angers wiecznie będzie stawiać się Paryżowi, ogrywać Lyon i Marsylię i mieć jedną z najszczelniejszych defensyw w Europie. Ale zanim drużyna doszczętnie się rozpadnie, jak wszystkie jej podobne poprzedniczki, jest szansa powalczyć o drugi w historii klubu awans do europejskich pucharów. W 1972 roku Angers odpadło z Pucharu UEFA po dwumeczu z NRD-owskim Dynamem Berlin. Przez następne 40 lat do takich sukcesów nawet się nie zbliżało. Teraz, gdy brakuje mu tylko osiem punktów do utrzymania, gdy dołują Lyon, Marsylia i Bordeaux, Angers może się znów zdobyć na szalony skok do Europy. Na dłuższą metę pieniądz rządzi futbolem, ale na krótszą, udaje się czasem oszukać pusty portfel. 

1 – tylu byłych reprezentantów Francji jest w kadrze Angers. Jedynym jest Olivier Auriac, który w drużynie narodowej zagrał… raz.

21 – tyle meczów w Ligue 1 rozegrali średnio przed tym sezonem piłkarze Angers. Żadna drużyna nie miała mniejszego doświadczenia w elicie.

O fenomenie beniaminka porozmawiałem z Jakubem Golańskim, ekspertem od ligi francuskiej i autorem strony Vive la Ligue 1.

 Który czynnik był twoim zdaniem decydujący dla znakomitej rundy Angers? Wielu beniaminków próbuje grać dobrze w defensywie, ale mało komu to po awansie wychodzi. Dlaczego Angers wyszło?

Jakub GOLAŃSKI: „Dlaczego Angers wyszło?” to pytanie, które zadaje sobie każdy – dosłownie – każdy fan ligi francuskiej. Znajdźcie mi takiego, który znalazł na nie odpowiedź, a wtedy go zacytuję. Co stoi za sukcesem Piasta? Co stoi za sukcesem Leicester? To podobnie brzmiące pytanie i identyczny brak jednoznacznej odpowiedzi. Najłatwiej oprzeć się na mieszance dwóch fundamentów – udanych transferach oraz obiecującym starcie. Cheick N’Doye, Thomas Mangani, Billy Ketkeophomphone, Romain Saiss, Yoann Andreu, Ismaël Traore, Romain Thomas czy Gilles Sunu, a więc kluczowi zawodnicy tej drużyny, dołączyli przed startem obecnego sezonu. Klasa działaczy, którzy postawili właśnie na tych zawodników oraz wielkie brawa dla trenera, który potrafił tak wiele nowych twarzy scalić w jedną, dobrze rozumiejącą się, grupę. Nie zapomnijmy także o „miesiącu miodowym” Angers, jak nazywaliśmy ledwie jedną porażkę i skromne sześć straconych bramek w jedenastu pierwszych kolejkach. To właśnie Angers było liderem po premierowej kolejce sezonu 2015/16. To pozwoliło chłopakom uwierzyć w siebie, a każdy kolejny dobry rezultat (jak choćby wygrana w spotkaniu z OM na Velodrome) tę wiarę wzmacniał.

Twoim zdaniem Angers będzie w stanie powtórzyć wiosną bardzo udaną rundę i powalczy o awans do europejskich pucharów czy nadal jedynym celem jest spokojne utrzymanie w lidze?

- Absolutnie nie. Angers nie będzie w stanie powtórzyć podobnych wyników, a tym samym plany o awansie do europejskich pucharach trzeba będzie przesunąć na następne lata. Dlaczego? Ponieważ drużyna straciła już dwóch podstawowych zawodników – bramkarza Butelle oraz Abdoula Camarę – a na dniach planowe jest odejście paru następnych zawodników. Angers przestanie być anonimem, przestanie być zagadką. Wszyscy wiedzą już, jaki styl prezentuje ta drużyna i czego można się po niej spodziewać. Dodatkowo, przeciwnicy przestaną patrzeć na Angers jak na beniaminka, a zaczną dostrzegać ich w kategorii mocnego rywala. A to spowoduje, że znacznie częściej zaczną gubić punkty. Utrzymanie w lidze jest w dalszym ciągu głównym celem dla trenerów oraz prezesa. Mało kto odważy się mówić o większych planach.

Jak wpłynie na zespół strata Ludovica Butellego i Abdoula Camary?

- Wielką stratą dla klubu jest odejście Butellego. Wielką. Butelle w wielu ankietach został uznany najlepszym bramkarzem Ligue 1 rundy jesiennej, a fani tak bardzo nie mogli i nie chcieli uwierzyć w jego transfer, że zaczęli pisać do niego listy z pogróżkami i nazywać go zdrajcą. Francuz ze spokojem odpowiadał, że transfer służył zarówno jego karierze, jak i finansom klubu, a gdyby nie akceptacja ze strony zarządu on sam nie planowałby odejścia. Jeśli myślimy o sensacyjnych wynikach Angers, najpierw myślimy o solidnej defensywie. A defensywę utożsamiamy właśnie z nazwiskiem Butelle. Ciężko będzie go zastąpić.

Czy widzisz w Angers kolejnych kandydatów do transferów do lepszych klubów?

Cheick N’Doye, przede wszystkim! Zawodnik stworzony do ligi angielskiej – silny, agresywny, z olbrzymią wytrzymałością i dobrym odbiorem. Stąd liczne zainteresowanie jego usługami ze strony kilkunastu europejskich klubów. Romain Saiss jest drugim nazwiskiem, który przychodzi na myśl – nieco w cieniu N’Doye, jednak i jemu należą się olbrzymie brawa za świetne wyniki klubu.

Francja walczy z Rosją. O przetrwanie

Jest pięć lig zagranicznych, które w sporym wymiarze można u nas oglądać co tydzień z polskim komentarzem. Przegląd Sportowy wydaje skarby kibica pięciu największych lig. W mediach są działy zajmujące się pięcioma najlepszymi ligami zagranicznymi. I gdy tak wyliczam te pięć lig, każdy wie, że chodzi o Premier League, Bundesligę, La Ligę, Serie A i Ligue 1.

Nie wszędzie tak jest. Niemcy mówią o trzech wielkich ligach zagranicznych. Serie A, Premier League i La Liga. W Kickerze pisze się o nich dwa razy w tygodniu, o Francji od wielkiego dzwona.

I gdy tak zajrzeć w ranking UEFA, wychodzi, że nasze zaliczanie Francji do piątki najlepszych/największych lig w Europie, coraz mniej ma wspólnego z rzeczywistością. Ranking UEFA uważam za niezwykle miarodajne narzędzie do mierzenia siły lig. To nie ranking FIFA, gdzie czasem wyniki są z kosmosu (Szwajcaria w pierwszej dziesiątce na świecie, etc.). W rankingu UEFA za każdą wygraną drużyny w pucharach, przyznaje się punkty (dwa w fazach zasadniczych i pucharowych, jeden w kwalifikacjach). Za remis 1 albo 0,5. Do tego odpowiednie premie – za awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów, do pucharowej obu lig. To wszystko podzielone przez liczbę zespołów z danego kraju biorących udział w rozgrywkach. A co najważniejsze, bierze się pod uwagę pięć ostatnich sezonów. To wyklucza wahnięcia po bardzo udanych wyskokach i pojedynczych tąpnięciach. Pięć lat to miarodajny okres. Na podstawie tego rankingu wyznacza się m.in., ile drużyn dany kraj ma w pucharach.

W czołówce rankingu zaczynają się dziać rzeczy dziwne, przeczące ogólnie znanym „faktom”. Na przykład na ten moment czwartą najsilniejszą ligą w Europie jest… portugalska Liga Zon Sagres. Włoska Serie A przegrywa z nią minimalnie, ale w tym roku włoskie kluby muszą wykręcić lepszy wynik od portugalskich. Jeśli zrobią tyle samo, stracą czwarte miejsce. To ma jednak dość małe znaczenie, bo nie zmienia rozkładu miejsc w pucharach. Tu kluczowe są pozycje:

trzecia – bo daje cztery drużyny w Lidze Mistrzów (kilka lat temu ten przywilej powędrował z Włoch do Niemiec).

szósta – bo daje trzy drużyny w Lidze Mistrzów zamiast dwóch.

A to już znacząca różnica. W tym roku liga francuska musi stoczyć prawdziwą, bardzo ważną dla całej piłki w tym kraju, batalię. Jeszcze sześć lat temu Ligue 1 była rankingowo mocniejsza od Bundesligi i goniła Serie A. Jednak ostatnie nieudane lata w pucharach sprawiły, że francuskie rozgrywki obsunęły się nie tylko za Portugalię, ale też – uwaga – od tego roku za Rosję. To dopiero początek sezonu, więc wiele może się jeszcze zmienić, ale jeśli francuskie kluby nie zagrają w pucharach lepiej niż rosyjskie, od sezonu 2016/2017 Ligue 1 będzie miała tylko dwie drużyny w Lidze Mistrzów!

Francja nawet w dobrych dla tamtejszej klubowej piłki czasach narzekała, że ma problemy z konkurowaniem na najwyższym poziomie z klubami z zagranicy ze względu na przepisy podatkowe. Od tego czasu, wraz z nowymi przepisami podatkowymi ekipy prezydenta Hollande’a, sytuacja tamtejszych klubów jeszcze się pogorszyła. Paris Saint Germain to jedyna wyspa dobrobytu. Monaco niby też, ale ono wygląda już coraz słabiej. W Ligue 1 dalej jest wielu świetnych piłkarzy, zwłaszcza ze względu na dobre szkolenie i umiejętność przeczesywania rynku afrykańskiego, ale zanim większość z tych piłkarzy zdąży zaistnieć w pucharach, przejmą ich kluby z Premier League, La Liga i Bundesligi. Pieniądz rządzi światem.

Równo 10 lat temu, liga rosyjska była na 21. pozycji (sześć miejsc za Polską!). Traciła do Francji 16 miejsc. Teraz jest u progu jej przeskoczenia. Zwłaszcza, że kluby z Ligue 1, póki co się kompromitują.

Lille nie weszło wczoraj do Ligi Mistrzów. Zenit Sankt Petersburg wszedł. W czwartej rundzie eliminacji Ligi Europy Lyon uległ u siebie rumuńskiej Astrze Giurgiu. Saint Etienne przegrało na wyjeździe z tureckim Karabuksporem. Rosjanie? Lokomotiv Moskwa zremisował na wyjeździe bramkowo z Apollonem, Rostów przegrał w Trabzonsporze,  Krasnodar w San Sebastian, a Dinamo Moskwa zremisowało u siebie z Omonią Nikozja. Wyniki Rosjan nie wyglądają wcale wiele lepiej od Francuzów, ale pamiętajmy, że Francuzi muszą wykręcić wynik lepszy, a nie taki sam.

W fazie grupowej Ligi Mistrzów Francja ma PSG i Monaco, Rosja CSKA Moskwa i Zenit. W fazie grupowej Ligi Europy z Francji są Lille i Guingamp, a rosyjska czwórka gra w eliminacjach. Wielką nadzieją Ligue 1 jest PSG, które powinno wykręcić w Lidze Mistrzów lepszy wynik niż rosyjskie drużyny. Na Monaco specjalnie bym nie liczył. Kluczowa będzie jednak Liga Europy. Te mniej poważane rozgrywki są punktowane tak samo jak Liga Mistrzów, a wygrywać tam zdecydowanie łatwiej. Na miejscu Francuzów nie liczyłbym specjalnie na marniutkie Guingamp, ale Lille może kilka punktów nabić.

Z perspektywy Ligue 1 – musi. Świat może nie zauważać, że Francja coraz mocniej obsuwa się w rankingu, ale na pewno zauważy, gdy z całej 20-zespołowej ligi, tak mało będzie miejsc w pucharach. Francja kończy już nowe stadiony na Euro 2016, odbudowała piłkę reprezentacyjną, ale klubowo – gdyby nie przeklinani szejkowie ze swoimi paryskimi petrodolarami – obsunęłaby się na dno już dawno temu.

Francja – Rosja. Najbardziej pasjonujący korespondencyjny pojedynek sezonu 2014/2015.

Butelki w TGV

To drużyna z gatunku wywołujących kontrowersje. Jedni będą jej zawzięcie sprzed monitorów kibicować, bo to „romantyczne”, że takie kluby wchodzą do najwyższych lig. Inni będą wołać „Against modern football”. Ja będę, jak się domyślacie, w tej pierwszej grupie. Czy można jednak inaczej, gdy klub ma przydomek… „Butelki wody”, a jego mniejszościowymi udziałowcami są Bixente Lizarazu, Zinedine Zidane i Alain Boghossian, czyli bohaterowie mojej młodości? Nie można inaczej.

Pierwsze schody, jakie nas czekają w przyszłym sezonie, to nauczyć się pełnej nazwy. Evian Thonon-Gaillard. Pierwszy człon jest jasny, wszak woda Evian nie jest może u nas tak popularna, jak te z Nałęczowa czy Żywca, ale jednak na rynku gdzieś ją widać. Gdyby klub nazywał się Activia czy Danonki pewnie kojarzylibyśmy go jeszcze mocniej. Jego właścicielem jest bowiem potężny koncern Danone.

Teraz będzie dygresja. Podbeskidzie Bielsko-Biała, nie bez racji, jest uznawane za klub bez tradycji. Wiecie, w którym miejscu byli bielszczanie w 2003 roku? W dawnej II lidze, czyli już na szczeblu centralnym. W tym samym czasie w miejscowości Croix-de-Savoie zakładano dopiero zespół znany dziś jako Evian TG. To się nazywa pokonywanie kolejnych lig z prędkością TGV.

Już w pierwszym sezonie istnienia, klub okazał się dzieckiem szczęścia. W IV lidze zajął trzecie miejsce, ale pierwsze dwa przypadły rezerwom Olympique Lyon i FC Metz, które nie mogły awansować wyżej, by zachować dystans pomiędzy pierwszą a drugą drużyną. Do III ligi dostało się więc Croix-de-Savoie 74′. Tam w pierwszym sezonie psim swędem się utrzymało (2 punkty nad strefą spadkową), a w kolejnym już spadło, tracąc jeden punkt do bezpiecznego miejsca.

Wtedy, w 2007 roku, do poprzedniej nazwy dodano jeszcze człon „Olympique”, chyba po to, by zaklinać rzeczywistość i sprawić, by klub zaczął wygrywać jak inne znane „Olimpiki”. Zwróćcie uwagę na to, że w sezonie 2008/2009, a więc naprawdę niedawno, ten klubik wygrał… IV ligę. Dwa lata temu jeszcze rozgrywał mecze w IV lidze, a dziś jest już beniaminkiem Ligue 1!

Po tym sukcesie do zespołu wszedł Frank Riboud, szef Danone, zmienił nazwę na Evian i wpompował olbrzymie pieniądze głównie w szkolenie młodzieży. Po roku po raz pierwszy w historii awansowali do drugiej ligi. Tam zadbano o wsparcie doświadczonych zawodników, tak więc dla miasta Thonon-les-Bains przyszłoroczna gra w ekstraklasie będzie debiutem, ale dla większości graczy już nie.

Zespół młody już na pewno nie jest – średnia wieku to ponad 27 lat, ale doświadczenie w takiej lidze może się okazać niezbędne. Najbardziej znani piłkarze, którzy wprowadzili Evian do Ligue 1 to pomocnik Olivier Sorlin (wcześniej m.in. Rennes, Monaco, Metz), napastnik Nicolas Gousse (Nantes, Rennes, Troyes), czy przede wszystkim brazylijski obrońca Cacapa, przez lata podpora mistrzowskiego Lyonu, były gracz Newcastle, a nawet mający za sobą epizody w reprezentacji Canarinhos. Nas najbardziej interesuje jednak skromny serbski obrońca Sasa Cilinsek, który w 2005 roku zagrał pięć meczów w naszej ekstraklasie w barwach Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Widać upodobał sobie takie dziwne, acz urokliwe kluby. Ciekawe jest jednak co innego- na naszą ligę był za słaby, a w Ligue 1 będzie grał?

Wiekopomnego sukcesu dokonał trener Bernard Casoni, który jak dotychczas nic spektakularnego, poza prowadzeniem reprezentacji Armenii rzecz jasna, nie osiągnął. Jako piłkarz jednak przez lata grał w Marsylii i był nawet na Euro 1992, czego oczywiście pamiętać nie mogę, bo wtedy nawet jeszcze nie kwiliłem. Może jednak ktoś z was go sobie w tym momencie przypomni i zawoła: Ach więc to ten Casoni!

I teraz, drodzy przeciwnicy klubów tego typu, wręczam wam do rąk argumenty. Po awansie do II ligi klub nie miał gdzie grać, bo nie dysponował odpowiednim stadionem. Początkowo chciał grać w pobliskiej… szwajcarskiej Genewie, co byłoby absurdem do potęgi. Ostatecznie poprzedni sezon spędzili gościnnie w Annecy, które stara się o organizacje zimowej olimpiady w 2018 roku. Tamtejszy stadion mieści 12 500 tysiąca osób. Evian maksymalnie ściągnął na trybuny 10 tysięcy, jednak średnia wynosiła tylko 5100 widzów. Jeśli tak będzie w ekstraklasie, to coś tu jednak nie będzie pasować…

Panowie Riboud, Zidane, Lizarazu i Boghossian biedni nie są. Muszą więc szybko nakupić kilku dobrych zawodników, żeby nie skończyć jak poprzednie podobne drużyny w Ligue 1. Scenariusz był zawsze taki sam – ja się na blogu podniecam i produkuje, a od początku sezonu i tak widać wyraźnie, że te beniaminki spadną na łeb na szyję. Nie wiem, czy publikując ten wpis nie wpuszczam w butelki Evian tchnienia śmierci. W Grenoble, Arles-Avignon czy Boulogne coś by na ten temat mogli powiedzieć. A tu trzeba wyjątkowo uważać, bo siła rozpędu działa w dwie strony – Evian szybko do Ligue 1 wskoczyło, ale niech popatrzy na Grenoble, które rozpędziło się teraz w drugą stronę i właśnie spadło do trzeciej ligi. Mając jednak minimum 40 milionów euro budżetu będzie trochę łatwiej o odgrywanie jakiejś roli we francuskiej piłce.

Warkoczyki a upuszczanie krwi

Gervinho i warkoczyki

Dawno, dawno temu… Czekaj! Nie uciekaj jeszcze na inną stronę! To wcale nie początek nudnej historycznej opowiastki, czy kolejnej zmyślonej bajki, ale wstęp do jakże ciekawej, daj Boże, futbolowej opowiastki. Otóż lata temu medycyna była jedynie trudnym słowem, którego znajomością imponowało się szlacheckiej braci. Wtedy, owa tajemnicza medycyna polegała, w pewnym uproszczeniu, na upuszczaniu choremu delikwentowi krwi. Jak przeżył, to znaczy, że lekarstwo zadziałało. Jeśli zszedł, to taka była wola nieba. A wiedzieć trzeba, że tę metodę przeżywali nieliczni, więc niebiańskie drogi i autostrady na hell były bardzo zakorkowane. Gdybyśmy nadal żyli w tych czasach, dwa francuskie zespoły – Lille i Rennes – zaliczałyby się do szczęśliwców, którzy po upuszczaniu krwi stali się jeszcze silniejsi.

Oba kluby znajdują się na czele Ligue 1. Zespół Ludovica Obraniaka pruje na razie w tych regatach na pierwszym miejscu, Bretończycy są na trzecim miejscu, mając zaledwie węzeł straty. To jeszcze nic dziwnego, wszak to kluby dość znane i od wielu lat grające w najwyższej lidze, a takiemu Lille zdarzało się pstryknąć w nos samego Aleksa Fergusona. Dziwne stanie się to dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie ile krwi upuszczono w ostatnich latach obu drużynom. Pół Francji i ćwierć Europy czerpie dziś z piłkarzy wypromowanych w Rennes i Lille. Nie wierzycie?

Bramki londyńskiej Chelsea strzeże Petr Cech, kupiony z Rennes. Jego następcą we francuskim klubie był, dysponujący nie mniejszym potencjałem, Szwed Anders Isaksson, który przez Manchester City, zakotwiczył w PSV Eindhoven. Alexander Frei grając w bretońskim klubie zwrócił na siebie uwagę Borussii Dortmund, a dziś zbliża się do końca kariery w Bazylei. Rywalem Roberta Lewandowskiego w walce o miejsce w składzie Westfalczyków jest Damien Le Tallec również wyciągnięty ze Stade. Ousmane Dabo wystrzelił stamtąd do Interu Mediolan, a dziś jest w Sevilli, podobnie zresztą jak Julien Escude, który dotarł do Andaluzji z przystankiem w Ajaksie Amsterdam. Asamoah Gyan wyemigrował do Sunderlandu, a w mijającym roku, kontrowersyjnie, został włączony do grona najlepszych piłkarzy świata. Jego klubowym kolegą jest John Mensah, wcześniej występujący w Lyonie. W ogóle dwa najlepsze obecnie kluby nad Sekwaną – Marsylia i Lyon bardzo chętnie czerpią z piłkarzy Rennes. W tym pierwszym występują dziś Rod Fanni i Stephane Mbia, zaś po Stade Gerland biegają Jimmy Briand, Kim Kallstroem, Anthony Reveillere, Yoann Gourcuff, grający wcześniej w Milanie. A czasy trochę dawniejsze? Proszę bardzo, El Hadji Diouf, krnąbrny Senegalczyk odszedł przed ponad dziesięcioma laty z Rennes do mocnego wówczas Lens, a później wylądował w Liverpoolu, zaś Sylvain Wiltord, przez Bordeaux, doleciał do Arsenalu Londyn. Był też jeszcze Shabani Nonda, który później, grając w Monaco, został królem strzelców Ligue 1.

A dzisiejszy lider ligi francuskiej? W ostatnich latach wypromował Mathieu Bodmera do Lyonu (dziś gra w PSG), Brazylijczyka Michela Bastosa również na Gerland i do reprezentacji Brazylii. W tym samym klubie znalazł się też Kameruńczyk Jean Makoun, natomiast Marsylia upatrzyła sobie Benoita Cheyrou. Jego brat Bruno, wyfrunął z Lille do Liverpoolu, Eric Abidal przez Lyon trafił na sam szczyt, czyli do Barcelony, Stephane Lichtsteiner awansował do Lazio Rzym, a dobre wyniki osiągane przez trenera Claude’a Puela skusiły dominatorów pierwszej dekady we Francji do powierzenia mu opieki nad drużyną. Ocena? Ambiwalentna. Mistrzostwa ponownie nie zdobył, ale za to jako pierwszy wprowadził Lyon do najlepszej czwórki Ligi Mistrzów. Dawniej, grając na północy Francji uwagę zwracali Abedi Pele, który w 1990 roku trafił do Marsylii oraz wiecznie naznaczony nazwiskiem Pascal Cygan, którego białą glacę wypatrzył wśród górników Arsene Wenger.

Toż to cała armada świetnych piłkarzy! Niewielu z nich Rennes i Lille wychowały. Nie, one wyszukiwały, szlifowały, promowały i sprzedawały za zazwyczaj niemałe pieniądze. Przy takim eksporcie, klubowe finanse powinny bardzo podrosnąć. Sakwa Lille wydaje się już być coraz bardziej nabita, w końcu już wkrótce klub otworzy nowy stadion i powinno to jeszcze zwiększyć wyniki finansowe. Zwłaszcza, że w obecnych kadrach obu zespołów nadal można znaleźć perełki. W Rennes zwłaszcza 20-latek Yann M’Vila, który już ma za sobą debiut w reprezentacji Francji, czy cztery lata starszy Sylvain Marveaux, a zespół lidera kryje w sobie znanego już na pół świata warkoczykowego dryblera wybrzeżokościosłoniowatego – Gervinho, nadzieję belgijskiej piłki Edena Hazarda, czy obecnego lidera klasyfikacji strzelców Ligue 1 Senegalczyka Moussę Sow’a pozyskanego z, uwaga, Rennes! Obraniaka, jak ustabilizuje formę, też można od biedy sprzedać, choć on akurat jest naznaczony sami-wiecie-jakim piętnem…

Te i inne transfery, mogą spowodować, że oba kluby same zaczną się rozrastać i bić o najwyższe cele, czego zapowiedź widzimy już w tym sezonie. Może dojdzie do tego, że to one będą wyciągać utalentowanych piłkarzy z innych klubów. Lyon i Marsylia mogą wpaść na pomysł, żeby przejąć oba, mniejsze od siebie zespoły, w całości. Bo zwykłe wyciąganie najlepszych zawodników już nie wystarcza. Popatrzcie na tabelę…

Na cypelku lider jest, co się zowie Stade Brest!

 

We Francji obrodziło ostatnio niespodziankami. Liderowały już zespoły takie jak Toulouse, Saint-Etienne, Rennes, ale próżno wśród nich szukać Lyonu, Bordeaux czy Marsylii. Obecnie żółte koszulki przywdziewają piłkarze Stade Brestois i tu się trzeba zatrzymać, bo to drużyna, która nas interesuje w kontekście tekstu na tym blogu. Mało znana? Tak. Ma swoje pięć minut? Tak. Chcecie ją poznać? Tak.
Na samym krańcu Europy, w Bretanii leży to przeciętnej wielkości miasto Brest. Jest nawet angielkie wyrażenie „Europe from Brest to Brest”, co należy rozumieć jako Europa od Brest (we Francji) do Brześcia (na Białorusi). I tutaj wykluwały się, rozwijały, bądź kończyły przenajprzedniejsze nazwika, mimo że klub przez wiele lat był poza I-ligową cyrkulacją. Idąc chronologicznie, najpierw swą grą Bretończyków cieszył obrońca Jorge Higuain, ale jego kilkaset meczów i tak idzie w niepamięć, wobec jego sukcesów łóżkowych. Bądźmy szczerzy, jest znany tylko z tego, że spłodził Gonzalo Higuaina, napastnika Realu Madryt. Przewinął się też przez Brest Franck Ribery, Claude Makelele, świetny argentyński bramkarz Sergio Goycochea, twórca potęgi Olympique Lyon Paul le Guen oraz wybitny David Ginola, o którym nawet sam Mezo rapował.
Mimo tak fantastycznych zawodników, Brest ostatni raz było widziane w Ligue 1 w czasie, gdy autor tego tekstu jeszcze nie istniał. W 1991 roku spadli i rozpoczęli blisko 20-letnią Odyseję, w czasie której tułali się nisko, bardzo nisko. Jeszcze 10 lat temu grali w IV lidze. Dzisiejsza ekipa rozgrywa 11 sezon w najwyższej klasie.
Miasto Brest zostało niedawno, bo po II Wojnie Światowej odbudowane praktycznie od zera. Dokumentne zniszczenie zawdzięcza kardynałowi Richelieu, żyjącemu… początkiem XVII wieku. To on zbudował w Brest wielki port wojskowy, do dziś największy we Francji, po Toulonie i właśnie dlatego miasto było tak ważnym punktem w czasie II zawieruchy. Do historii przeszła też zresztą bitwa o Brest, część operacji Cobra. Tam na cypelku Europy mają nawet swój język, który musi znosić usilne próby resuscytacji. No po prostu chcą go przywrócić do życia właśnie w Brest, co jest o tyle ciekawe, że kiedy język bretoński przeżywał chwile największej świetności, Brest był jedynym… francuskojęzycznym miastem.
Gdy patrzy się na skład lidera Ligue 1, zaczyna się wątpić w poprawność wyszukanej tabeli. To drużyna prawie kompletnie bez nazwisk! Fachowcy mogą kojarzyć jedynie Senegalczyka Omara Dafa, który w 2002 roku podbijał ze swoimi kolegami świat. W Polsce znany może być też Mario Liczka, czyli syn trenera Wernera, brat słabszego piłkarza Marcela. Z całej rodziny Mario osiągnął chyba najwięcej, bo był partnerem Rasiaka, Saganowskiego i wschodzącej gwiazdy Garetha Bale’a w Southamptonie, dobrze radził sobie w Baniku Ostrawa, a teraz wywiało go na kraniec Europy. Kapitanem nie jest jednak żaden z nich, a Kongijczyk Oscar Ewolo, który dba o duchową formę zespołu, ponieważ jest… pastorem. Chyba to tu tkwi tajemnica dobrych wyników Brest.
Z tym twierdzeniem mógłby się nie do końca zgodzić trener, który kieruje tę wesołą bandę anonimów. Sam jest anonimem, bo przez lata kariery piłkarskiej i szkoleniowej osiągnął bardzo niewiele. Mourinho powiedziałby o nim: „Ma 70 lat i jeszcze nic nie wygrał”. W rzeczywistości Alex Dupont ma zim 56, trenował same kluby z niższych lig, ale ponad 10 lat temu zaliczył dwa jasne epizody – Puchar Ligi z Guegnon i prowadzenie przez sezon ekstraklasowego Sedanu (znaczy drużyny, nie samochodu). Ja wiem, że to wielkie osiągnięcia, ale powiedzmy sobie szczerze, takiego sukcesu, jak liderowanie w Ligue 1 jeszcze chyba nie miał. Sporym osiągnięciem będzie sprawienie, że Brest nie zakończy swojej przygody z najwyższą ligą tak jak inni sensacyjni beniaminkowie ostatnich lat – Grenoble, Boulogne, a teraz najprawdopodobniej Arles, czyli spadkiem z grzmotem.

We Francji obrodziło ostatnio niespodziankami. Liderowały już Toulouse, Saint-Etienne, Rennes, ale próżno wśród nich szukać Lyonu, Bordeaux czy Marsylii. Obecnie żółte koszulki przywdziewają piłkarze Stade Brestois i tu się trzeba zatrzymać, bo to drużyna, która nas interesuje w kontekście tekstu na tym blogu. Mało znana? Tak. Ma swoje pięć minut? Tak. Chcecie ją poznać? Tak.

Na samym krańcu Europy, w Bretanii leży to przeciętnej wielkości miasto Brest. Jest nawet angielskie wyrażenie „Europe from Brest to Brest”, co należy rozumieć jako Europa od Brest (we Francji) do Brześcia (na Białorusi). I tutaj wykluwały się, rozwijały, bądź kończyły przenajprzedniejsze nazwika, mimo że klub przez wiele lat był poza I-ligową cyrkulacją. Idąc chronologicznie, najpierw swą grą Bretończyków cieszył obrońca Jorge Higuain, ale jego kilkaset meczów i tak idzie w niepamięć, wobec jego sukcesów łóżkowych. Bądźmy szczerzy, jest znany tylko z tego, że spłodził Gonzalo Higuaina, napastnika Realu Madryt. Przewinął się też przez Brest Franck Ribery, Claude Makelele, świetny argentyński bramkarz Sergio Goycochea, twórca potęgi Olympique Lyon Paul Le Guen oraz wybitny David Ginola, o którym nawet sam Mezo rapował.

Mimo tak fantastycznych zawodników, Brest ostatni raz było widziane w Ligue 1 w czasie, gdy autor tego tekstu jeszcze nie istniał. W 1991 roku spadli i rozpoczęli blisko 20-letnią Odyseję, w czasie której tułali się nisko, bardzo nisko. Jeszcze 10 lat temu grali w IV lidze. Dzisiejsza ekipa rozgrywa 11 sezon w najwyższej klasie.

Miasto Brest zostało niedawno, bo po II Wojnie Światowej odbudowane praktycznie od zera. Dokumentne zniszczenie zawdzięcza kardynałowi Richelieu, żyjącemu… początkiem XVII wieku. To on zbudował w Brest wielki port wojskowy, do dziś największy we Francji, po Tulonie i właśnie dlatego miasto było tak ważnym punktem w czasie II zawieruchy. Do historii przeszła też zresztą bitwa o Brest, część operacji Cobra. Tam na cypelku Europy mają nawet swój język, który musi znosić usilne próby resuscytacji. No po prostu chcą go przywrócić do życia właśnie w Brest, co jest o tyle ciekawe, że kiedy język bretoński przeżywał chwile największej świetności, Brest był jedynym… francuskojęzycznym miastem.

Gdy patrzy się na skład lidera Ligue 1, zaczyna się wątpić w poprawność wyszukanej tabeli. To drużyna prawie kompletnie bez nazwisk! Fachowcy mogą kojarzyć jedynie Senegalczyka Omara Dafa, który w 2002 roku podbijał ze swoimi kolegami świat. W Polsce znany może być też Mario Liczka, czyli syn trenera Wernera, brat słabszego piłkarza Marcela. Z całej rodziny Mario osiągnął chyba najwięcej, bo był partnerem Rasiaka, Saganowskiego i wschodzącej gwiazdy Garetha Bale’a w Southamptonie, dobrze radził sobie w Baniku Ostrawa, a teraz wywiało go na kraniec Europy. Kapitanem nie jest jednak żaden z nich, a Kongijczyk Oscar Ewolo, który dba o duchową formę zespołu, ponieważ jest… pastorem. Chyba to tu tkwi tajemnica dobrych wyników Brest.

Z tym stwierdzeniem mógłby się nie do końca zgodzić trener, który kieruje tę wesołą bandę anonimów. Sam jest anonimem, bo przez lata kariery piłkarskiej i szkoleniowej osiągnął bardzo niewiele. Mourinho powiedziałby o nim: „Ma 70 lat i jeszcze nic nie wygrał”. W rzeczywistości Alex Dupont ma zim 56, trenował same kluby z niższych lig, ale ponad 10 lat temu zaliczył dwa jasne epizody – Puchar Ligi z Gueugnon i prowadzenie przez sezon ekstraklasowego Sedanu (znaczy drużyny, nie samochodu). Ja wiem, że to wielkie osiągnięcia, ale powiedzmy sobie szczerze, takiego sukcesu, jak liderowanie w Ligue 1 jeszcze chyba nie miał. Sporym wyczynem będzie sprawienie, że Brest nie zakończy swojej przygody z najwyższą ligą tak jak inni sensacyjni beniaminkowie ostatnich lat – Grenoble, Boulogne, a teraz najprawdopodobniej Arles, czyli spadkiem z grzmotem.

 

Święty, Nostradamus i pisarz

Jaki jest wspólny mianownik pomiędzy średniowiecznym świętym chroniącym przed zarazami – Rochem, francuskim pisarzem renesansowym Francois Rabelais’em i astrologiem Nostradamusem? Montpellier. Gdyby wspomniani panowie żyli, pewnie dziś szaleliby na trybunach Stade de la Mosson, bo ich HSC Montpellier łupie faworytów, dręczy maluczkich, do których przed sezonem wszyscy ich zaliczali i ciemięży średniaków. Beniaminek z południa Francji po dwudziestu trzech kolejkach zajmuje drugie miejsce z trzema punktami straty do Bordeaux. Czekałem aż opadną jak większość nowicjuszy, zaczną zbierać cięgi. Nic z tego. Dalej są regularni i bezlitośni, więc nie mogę dłużej o nich milczeć.

Można górnolotnie powiedzieć, że fundamenty pod obecną „potęgę” klubu położyli Polacy i bez nich nie byłoby takich wyników. Byłaby to oczywiście bzdura, ale skoro nie mamy praktycznie żadnych sukcesów w największych ligach europejskich to możemy się pocieszać tym, że dawniej było inaczej. W sześćdziesiątych latach trenerem Montpellier był pochodzący z naszego kraju Marian Borowski. Trzydzieści lat później zespół „La Paillade” przejął Henryk Kasperczak. Ten okres przyniósł drugi w historii klubu Puchar Francji (1990 rok). Również w latach dziewięćdziesiątych w drużynie dzisiejszego beniaminka grał Roman Kosecki, jednak wypocił tylko dwie bramki w dziewiętnastu spotkaniach. W podobnym czasie w Montpellier występował też Jacek Ziober, który oprócz tego, że był całkiem niezłym piłkarzem, kojarzy mi się z piosenką Kazika „12 groszy” („A najlepsza fryzura, jeśli jeszcze nie wiecie, krótko z przodu długo z tyłu i wąsy na przedzie”). Ponoć sam Staszewski pisząc tekst miał na myśli Ziobera, którego uczesanie było dla Kazika symbolem polskiego wieśniactwa.

Oprócz naszych wybitnych osobistości w Montpellier grały też blade przy Zioberze i Koseckim gwiazdy Erica Cantony, Laurenta Blanca czy Patrice’a Loko.

Do idealnego, romantycznego obrazu klubowej sensacji brakuje jeszcze jednego – miasta, które powinno być zapyziałe, małe, wyśmiewane przez wszystkich, śmierdzące i zagrożone zatonięciem. Niestety, w tym aspekcie Montpellier zawodzi na całej linii. Jest to dwustutrzydziestotysięczny ośrodek, założony jeszcze w głębokim średniowieczu, który bardzo szybko się rozwijał ponieważ miał szczęście leżeć przy głównym szlaku pielgrzymkowym do Santiago de Compostela. Uniwersytet, na którym studiowali wspomniani Nostradamus i Rabelais, działa od 1180 roku, więc nasza Akademia Krakowska jest przy nim gołowąsem. W ostatnich dwudziestu pięciu latach Montpellier jest najszybciej rozwijającym się francuskim miastem.

Właścicielem klubu już od trzydziestu sześciu lat jest Louis Niccolin. Niestety, grozi mu bankructwo. Po niedawnym derbowym zwycięstwie z Olympique Marsylia, uradowany właściciel podniósł drużynie premie za zwycięstwa o trzysta (!) procent. Jeśli piłkarze zgarną pierwsze w historii mistrzostwo, będą musieli chyba wspomóc finansowo swojego szefa, który i tak będzie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. I tego mu jako „Stawka Większa Niż Życie” – blog wspierający malutkich, z całego serca życzymy.