O co naprawdę gra ekstraklasa

statistics-706383_640

Teraz trochę się uspokoiło, ale to cisza przed burzą. Już za dwa tygodnie, od 9 stycznia, gdy większość drużyn ekstraklasowych wznowi przygotowania, zaatakuje nas lawina deklaracji trenerów, piłkarzy i działaczy wszystkich drużyn. Ci, którzy zimują poniżej ósmego miejsca, zapewnią, że „straty są minimalne i jeszcze nic straconego, a po zimowych korektach w składzie, wyleczeniu kontuzji przez kilku zawodników oraz – koniecznie – dobrze przepracowanym okresie przygotowawczym, udowodnią, że potrafią grać w piłkę.” Ci od ósmego miejsca w górę zaznaczą, „że muszą zachować czujność, bo jeszcze nic nie wygrali i cieszyć się będą dopiero po trzydziestej kolejce. Na razie muszą te punkty wybiegać”.

 Być może jedni i drudzy mają rację. Uznanie, że większość drużyn ma już jasność, co do tego, w której grupie zagra po podziale punktów, może zabrałoby trochę frajdy. Być może komuś uda się wygrać dziesięć meczów z rzędu. Być może będzie to Górnik Łęczna. To ekstraklasa. Nie ma się co przekonywać, że to niemożliwe. Ale mało prawdopodobne. Przygotujmy się merytorycznie na to, co jest prawdopodobne. Trzy sezony ekstraklasy w obecnym systemie to wprawdzie na tyle mało, że można się obawiać, iż pewne ekstrema jeszcze przed nami, ale na tyle dużo, by spróbować poszukać pewnych prawidłowości.

 Ile punktów potrzeba, by awansować do grupy mistrzowskiej?

 Trenerzy zawyżają tę granicę, bo chcą utrzymać u swoich piłkarzy czujność. W rzeczywistości, by myśleć o awansie do ósemki trzeba zgromadzić minimum 38 punktów. Na podstawie poprzednich sezonów, całkowitą pewność daje 41 punktów. Całkowitą pewność, czyli – jeszcze się nie zdarzyło, by 41 punktów nie wystarczyło.

 Czy tabela w tym roku jest spłaszczona bardziej niż zwykle?

 Mamy tendencję, by oceniać w danym sezonie ligę jako wyjątkowo wyrównaną, jakby zapominając, że w zeszłym roku była nie mniej wyrównana. I w jeszcze poprzednim. By to sprawdzić, porównałem różnice punktowe między drużynami z ósmego i piętnastego (nie szesnastego, by wykluczyć ekstremum) po 20 kolejkach sezonu. Dziś ta różnica wynosi osiem punktów. Tyle samo, co przed dwoma sezonami. O trzy mniej niż przed trzema sezonami, ale o trzy więcej niż przed sezonem. Co oznacza, że obecny sezon, jeśli chodzi o wyrównanie, mieści się w normie. Dodając do tego informację, że ósmy zespół na tym etapie sezonu ma pomiędzy 24 a 28 punktów (aktualnie 26), można spokojnie podejrzewać, że tak, jak w poprzednich latach, wynik w granicach 40-41 punktów da awans do grupy mistrzowskiej. Wygląda na to, że może być potrzebne minimalnie więcej punktów niż przed rokiem (wystarczyło 38). Zeszły sezon naprawdę był bardziej wyrównany niż zwykle.

Na ile tabela po 20 kolejkach odzwierciedla tabelę po 30 kolejkach?

 Bardzo mocno. Dokładnie w 87,5 procenta. Co roku siedem zespołów zajmujących miejsce w ósemce po 20 kolejkach, wchodzi do grupy mistrzowskiej. Co roku wypadał jeden.

Wszystkie zebrane informacje pozwalają wyprowadzić pięć niezmiennych reguł systemu ESA 37:

  1. Kto po 20 kolejkach ma więcej niż 30 punktów, wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  2. Kto po 20 kolejkach jest w pierwszej piątce ligi, wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  3. Kto po 20 kolejkach ma mniej niż 23 punkty, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  4. Kto po 20 kolejkach zajmuje miejsce gorsze niż dwunaste, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  5. Kto po 20 kolejkach traci więcej niż cztery punkty do ósmego miejsca, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.

 Zgodnie z tymi regułami, Jagiellonia Białystok, Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Bruk-Bet Termalica Nieciecza (!) i Lech Poznań zagrają w maju w grupie mistrzowskiej. Bardzo bliskie tego jest Zagłębie Lubin, które wprawdzie osiągnęło liczbę punktów odpowiednią, by mieć pewność, ale jednak zajmuje szóste miejsce. A w dwóch z trzech poprzednich sezonów, szósty zespół po 20 kolejkach, lądował w grupie spadkowej. W Lubinie muszą zachować trochę ostrożności, ale bez przesady.

Analogicznie – Cracovia, Górnik Łęczna i Ruch Chorzów zagrają w grupie spadkowej. O ile w dwóch ostatnich przypadkach to dość oczywiste, trener, piłkarze i właściciel „Pasów” sprawiają wrażenie takich, którzy rzeczywiście wierzą, że jeszcze zdążą odrobić posiane na jesień punkty. Historia poprzednich lat nie daje im na to szans.

 Pewne złudzenia, ale niezbyt duże, mogą mieć w Gliwicach (Piast ma za mało punktów i za niską pozycję, by myśleć o ósemce, ale jego czteropunktowa strata do ósmego miejsca daje jeszcze pewną nadzieję) i Wrocławiu (za mało punktów, ale odpowiednia pozycja i nie za duża strata).

 Rzeczywistą walkę o grupę mistrzowską stoczą w dziesięciu pozostałych do końca sezonu kolejkach Pogoń Szczecin, Arka Gdynia, (jedna z nich na pewno wejdzie do grupy mistrzowskiej), Korona Kielce, Wisła Kraków i Wisła Płock. Tylko dla tych pięciu drużyn, walka będzie się toczyć o najwyższą stawkę, bo ich los balansuje na krawędzi. Pozostałe jedenaście zespołów, choć głośno tego nie powie, gra tylko o jak najlepszą pozycję i formę przed fazą finałową.

Dlaczego nie traktuję Lechii Gdańsk jako poważnego kandydata do mistrzostwa

lechia

Fot. Wikimedia Commons

Obejrzawszy jak Wisła Kraków zlała w sobotę Lechię Gdańsk, zwierzyłem się na Twitterze, że takie właśnie mecze sprawiają, że nie traktuję Lechii jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Wywołałem oburzenie, którego skali się nie spodziewałem. Będąc na co dzień z dala od Gdańska, nie odnotowałem, jaka musiała tam nastąpić eskalacja przekonania o wielkości Lechii. Traktowanie jej w walce o mistrzostwo Polski z przymrużeniem oka zostało odebrane jako zbrodnia, co skłoniło mnie do gruntownego zastanowienia się, jakie mam podstawy, by tak sądzić i czy przypadkiem gdańszczan nie krzywdzę.

Zachwiana równowaga 

 Na pewno mamy do czynienia z ciekawą drużyną, mającą mądrego trenera i dobrych piłkarzy, zwłaszcza w ofensywie. Natomiast oglądając ją od blisko roku – pod wodzą Piotra Nowaka – mam wrażenie, że to zespół grający dość mocno naiwnie. Doceniam, że Lechia gra już rozważniej w obronie niż na wiosnę, niemniej dalej akcenty wydają się bardzo zachwiane na rzecz formacji ofensywnych. Z przodu Lechia ma na tyle dobrych – na polskie warunki – piłkarzy, by regularnie okładać słabszych od siebie, natomiast dla mądrego trenera, to może być rywal stosunkowo łatwy do skontrowania, co skutecznie pokazały m.in. Bruk-Bet Termalica Nieciecza i ostatnio Wisła. Jest więcej niż pewne, że coraz więcej drużyn będzie szło tą drogą. I nie są bez szans powodzenia, bo umiejętności  indywidualne akurat obrońców Lechii nie powalają na kolana. Do tego dochodzi kwestia  bramkarza. Drużyna, która sięgała po mistrzostwo, praktycznie zawsze miała przynajmniej solidnego bramkarza. Vanja Milinković-Savić bywa spektakularny, ale solidnym trudno go nazwać.  Mecz z Legią Warszawa pokazał natomiast, że potencjał ofensywny Lechii wcale nie jest tak mocny, by stłamsić innego silnego rywala. Pokazał też, że Lechia nie ma planu B. Jeśli nie zmiażdży rywala siłą ofensywy, niczego innego nie jest na dziś w stanie wymyślić.

To pretendent udowadnia siłę

 W kierowanych do mnie zarzutach padało często pytanie czy inne drużyny w ekstraklasie nie rozegrały w tym sezonie słabego meczu, który by je dyskwalifkował. Oczywiście, Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie całe mnóstwo słabych spotkań. Jednak to Lechia jest tutaj pretendentem do tytułu. A to pretendent do tytułu musi udowodnić, że jest dość silny, by móc podejrzewać go o szansę na zbicie mistrza. Legia tytułu broni. Jej siła jest już więc sprawdzona i potwierdzona. Jeśli Lechia ma być traktowana jako poważny kandydat do mistrzostwa, musi przekonać większość osób, że jest silniejsza od Legii.

Przeciętna gra z czołówką

 Jedną z podstaw mojego braku pełnego przekonania, co do siły Lechii, jest fakt, że gdańszczanie nie rozegrali jeszcze naprawdę wielkiego meczu, przeciwko wielkiemu rywalowi. Zapomnijcie o bajkach, że mistrzostwo zdobywa się w meczach z Górnikiem Łęczna, a nie z Legią. Nie w Polsce, nie w systemie ESA 37. W Polsce mistrzostwo zdobywa się w bezpośrednich starciach z innymi rywalami należącymi do szerokiej czołówki. Dlatego umiejętność rozbijania innych kandydatów do tytułu, byłaby dla przyszłego mistrza pożądana. Lechia bezdyskusyjnie poległa z Legią, w dwumeczu ma gorszy bilans od Wisły, nie dała rady Niecieczy. Ograła wprawdzie Lecha, lecz na tyle szczęśliwie, że nie rozwiała moich wszelkich wątpliwości, czy byłaby w stanie to powtórzyć. Trzynaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe z rywalami z czołowej ósemki to wynik niezły, ale nie powalający. Gdyby Lechia w fazie finałowej, tak, jak w fazie zasadniczej, przegrała trzy mecze z rywalami z czołówki, raczej nie zdobyłaby mistrzostwa.

Szczęście (na razie) sprzyja Lechii

 Tyle o odczuciach. Obiektywne, choć nie idealne, wskaźniki mierzące wpływ szczęścia na wyniki w futbolu wskazują, że Lechia jest drużyną ekstraklasy, która najbardziej w tym sezonie skorzystała na szczęściu. A szczęście, wbrew bzdurnemu powiedzonku, nie sprzyja lepszym. Nie sprzyja nikomu. Jest szczęściem, czyli na dłuższą metę zwykle się wyrównuje.

Nie spełnia kryteriów 

 W poprzednich trzech latach, czyli odkąd wprowadzono system ESA 37, mistrz Polski zawsze miał: najmniej straconych goli, najwięcej strzelonych, najmniej porażek w całym sezonie i najwięcej punktów na wyjazdach. Każdy mistrz od momentu wprowadzenia tego systemu spełniał każdy z tych warunków. Oczywiście, próbka jest dopiero trzyletnia, ale już coś mówi. Aktualnie Lechia traci więcej goli od Jagiellonii, Legii, Lecha i Zagłębia, strzela mniej goli od Jagiellonii, Legii, Pogoni i Wisły Kraków i na wyjazdach punktuje gorzej od Jagiellonii, Zagłębia, Legii, Bruk-Betu i Śląska. Nawet jeśli razem z Jagiellonią ma na koncie najmniej porażek w lidze, nie wygląda na przyszłego mistrza. Biorąc pod uwagę te kryteria, spełnia je póki co tylko… Jagiellonia.

Pod każdym względem gorsza od Piasta 2015

 Przed rokiem pisałem podobny tekst, o tym dlaczego traktuję Piasta Gliwice jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Piast ostatecznie mistrzostwa nie zdobył, natomiast miał na nie szanse do ostatniej kolejki, co oznacza, że był poważnym pretendentem. Gdyby porównać dzisiejszą Lechię, do zeszłorocznego Piasta:

  • Piast miał od niej cztery punkty więcej;
  • Zajmował pierwsze miejsce, a nie drugie;
  • miał siedem punktów przewagi nad wiceliderem, zamiast straty gorszym bilansem bramkowym;
  • wygrał trzynaście meczów, a nie jedenaście;
  • strzelił 34 gole, a nie 28;
  • zdobył u siebie 88% możliwych punktów, a nie 81%;
  • zdobył na wyjazdach 67% możliwych punktów, a nie 52%

 W praktycznie każdym kryterium, traktowany mało poważnie Piast, był lepszy od dzisiejszej Lechii. Oczywiście nie jest wykluczone, że Lechia się rozwinie, że Piotr Nowak znajdzie sposób, by poprawić skuteczność, by drużyna lepiej broniła, by lepiej grała na wyjazdach, a w zimie ściągnie kilku dobrych obrońców i bramkarza, co sprawi, że drużyna znajdzie równowagę. W ten sposób patrząc, jeśli Lechia poprawi się w wielu aspektach, może oczywiście zdobyć mistrzostwo Polski. Wtedy zacznę ją traktować jako poważnego kandydata do tytulu. Jeśli się nie poprawi, może oczywiście zająć jedno z czołowych miejsc, natomiast dziś jest wiele przesłanek, by sądzić, że raczej nie pierwsze. Mam nadzieję, że co mniej zacietrzewieni gdańszczanie zrozumieją teraz, co miałem na myśli. Bo ta drużyna, choć obiecująca, to nie jest znowu taki cud.

Ciągła wymiana elit. Kariera trenerska krótsza niż piłkarska

elity

Jacques Bertaux – Prise du palais des Tuileries – Wikimedia Commons

Regularnie, przy kolejnych zmianach trenerskich, gdy w mediach pojawiają się nazwiska kandydatów przymierzanych do danego klubu, słychać wszechobecne stękania: „znów ci sami”, „cały czas te same nazwiska”, „dlaczego nikt nie daje szansy młodym/nowym/świeżym/nieuwikłanym w układy?”. W tym tonie często wypowiadają się też prezesi, którzy, zatrudniając kogoś nieznanego, tłumaczą, że chcieli wyjść poza „zamknięty krąg” czy sięgnąć po kogoś „spoza karuzeli”. Przekonanie o istnieniu tej właśnie karuzeli, z której, gdy się już na nią wsiądzie, ciężko wypaść, bo ona cały czas się kręci i wyrzuca następnych trenerów w kolejnych klubach, jest bardzo silnie zakorzenione w umyśle polskiego kibica.

Dekada – inna epoka

Ale to mit. Nie ma czegoś takiego jak karuzela trenerska, a przynajmniej nie na tak długą metę, jak niektórzy chcieliby to widzieć. I wypaść z niej niezwykle łatwo. By to udowodnić, sięgnąłem do ligi sprzed dziesięciu lat. Uznałem, że to dobry okres, by zauważyć odpowiednie tendencje. Jeśli ktoś utrzymuje się w lidze przez dziesięć lat, to znaczy, że wyrobił sobie renomę niezależną od pojedynczych niepowodzeń czy zmian trendów. Samemu trudno było mi uwierzyć, że zaledwie przed dziesięcioma laty pracowali w polskiej lidze Bogusław Baniak, Czesław Jakołcewicz, Przemysław Cecherz, Marek Piotrowicz czy Zdzisław Podedworny. Wymienianie tych nazwisk brzmi, jak podawanie składu z meczu Polska – Brazylia na mundialu w 1938 roku. Prehistoria.

Pięć lat – inna epoka

Spośród trzydziestu trzech trenerów (!), którzy w sezonie 2006/2007 pracowali w ekstraklasie, tylko pięciu prowadzi kluby z naszej najwyższej ligi także obecnie. To Czesław Michniewicz, Waldemar Fornalik, Jacek Zieliński, Michał Probierz i Kazimierz Moskal. Na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dziesięć lat to jednak zbyt długi okres i w ciągu pięciu lat to już na pewno niewiele się zmieniło – też będzie w błędzie. Z ekstraklasy sprzed Euro 2012 (przecież to było wczoraj!) wytrwało do dziś tylko sześciu szkoleniowców – oprócz pięciu wymienionych wcześniej także Mariusz Rumak. W ciągu pięciu lat, tylko 22% trenerów pracuje w elicie dalej. Blisko 80% z niej wypada. To było ledwie pięć lat temu, a w lidze pracowały tak dziś oddalone od niej nazwiska jak Andrzej Pyrdoł, Robert Kasperczyk, Tomasz Wieszczycki czy Rafał Ulatowski. Nie wspominając, o Tomaszu Hajcie. W porównaniu do najlepszych lig europejskich, Polska zalicza się do tych krajów, w których zmian następuje najwięcej. Przegrywa pod tym względem tylko z Bundesligą, która jest absolutnym ewenementem. W lidze niemieckiej nie pracuje obecnie żaden trener, który byłby w niej przed dziesięcioma laty – najwięcej meczów ma na koncie 43-letni Thomas Tuchel. W pozostałych przypadkach różnice są kosmetyczne. Zwraca uwagę ogólna tendencja: na najstabilniejszym rynku francuskim i tak 80% trenerów sprzed dziesięciu lat zniknęło z ligi.

 

Pozycja

Liga Odsetek trenerów sprzed dziesięciu lat, którzy aktualnie pracują w lidze
1 Ligue 1 21,00%
2 Premier League 20,00%
3 La Liga 16,00%
4 Ekstraklasa 15,00%
Serie A 15%
6 Bundesliga 0,00%

Polski przypadek pokazuje, że ekstraklasowych trenerów możemy podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią szkoleniowcy nietykalni. Mogą być zwalniani, mogą podpadać prezesom, ale na rynku bronią się od dekady. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jest ich tylko czterech. To Probierz, Michniewicz, Zieliński i Fornalik. Probierz i Zieliński pracowali w lidze w każdym z ostatnich dziesięciu sezonów, Michniewicz w dziewięciu, Fornalik w siedmiu, ale gdyby nie był przez dwa lata selekcjonerem, wynik byłby podobny. Od dziesięciu lat, najdłuższy okres bezrobocia Probierza wynosił pół roku. Cokolwiek się o nim myśli, to imponujący, zasługujący na szacunek, wynik.

Pracują na renomę

Druga grupa to trenerzy o uznanej pozycji na polskim rynku, ale jeszcze za wcześnie, by z całkowitą pewnością stwierdzić, że żaden wiatr ich nie ruszy. Takich szkoleniowców też jest tylko czterech. To Mariusz Rumak, Piotr Stokowiec, Kazimierz Moskal i Radoslav Latal. Wszyscy pracują trzeci sezon lub dłużej. Mylący może być jedynie przypadek Moskala, który teoretycznie pracuje w lidze już w piątych rozgrywkach, ale w praktyce poprowadził jedynie 59 meczów (o jeden więcej od Latala). Wynika to z faktu, że przez lata bywał w Wiśle Kraków trenerem tymczasowym, co sprawiło, że liczba sezonów, w których pracował, wygląda imponująco, ale długo nie przekładało się to na prawdziwą szansę. Zwraca uwagę, że spośród aktualnie pracujących trenerów, tylko sześciu ma na koncie ponad sto meczów w ekstraklasie.

Połowa ligi nowa

Trzecią grupę tworzą absolutni nowicjusze, nie mający na koncie jeszcze ani jednego przepracowanego sezonu. Co pewnie dla wielu zaskakujące, to połowa ligi! Aż ośmiu obecnych trenerów, pojawiło się w ekstraklasie ledwie w zeszłym sezonie. Rok temu o tej porze nie było w ekstraklasie: Jacka Magiery, Piotra Nowaka, Macieja Bartoszka, Andrzeja Rybarskiego, Nenada Bjelicy, Grzegorza Nicińskiego, Radosława Sobolewskiego i Marcina Kaczmarka. Jak się okazuje, to także tendencja ogólnoeuropejska. Ligę angielską kojarzymy zwykle z długodystansowcami jak Arsene Wenger czy kiedyś Alex Ferguson, ale w rzeczywistości rotacja na ławkach jest tam najwyższa (nie mylić z częstymi zmianami trenerów w konkretnych klubach; chodzi raczej o zatrudnianie ludzi spoza danej ligi).

 

Pozycja

Liga Odsetek aktualnych trenerów, którzy w ostatnich dziesięciu latach pracowali w danej lidze tylko w jednym sezonie lub krócej
1 Premier League 60,00%
2 Bundesliga 56,00%
3 Ekstraklasa 50,00%
4 La Liga 45,00%
5 Ligue 1 40,00%
6 Serie A 35,00%

Sporą płynność wśród ekstraklasowych trenerów na tle lig europejskich widać także w statystyce średnio przepracowanych sezonów. Polski szkoleniowiec pracuje w naszej lidze przeciętnie ledwie przez 2,5 sezonu. We Francji jest to trochę ponad cztery lata. To nadal bardzo mało. Tyle zwykle trwa pobyt trenera na topie i to w najbardziej optymistycznym wariancie. Nielicznym udaje się wytrwać na szczycie dłużej. W pięciu najlepszych ligach europejskich jest tylko dwóch trenerów, którzy pracowali w ostatnich dziesięciu latach w każdym sezonie: Arsene Wenger i Mark Hughes (Stoke City). Pozostali wiedzą, co to długie oczekiwanie na pracę zgodną z oczekiwaniami. Polskie przypadki Probierza i Zielińskiego są na tle europejskim wielką rzadkością.

Pozycja Liga Liczba sezonów przepracowanych średnio przez trenera w danej lidze
1 Ligue 1 4,13
2 Premier League 4,07
3 Serie A 4
4 La Liga 3,4
5 Ekstraklasa 2,6
6 Bundesliga 1,7

Przyznając sześć punktów za dorobek świadczący o największej wymianie na ławkach i jeden za najmniejszą rotację, w każdej z tych trzech kategorii, można uzyskać zbiorczy obraz tego, w której lidze najszybciej następuje wymiana trenerskich elit. W tym umownym zestawieniu, ekstraklasa jest druga, jedynie za Bundesligą. Co jednak chyba najbardziej zadziwia – nawet w przypadku Francji nie można powiedzieć o istnieniu jakiejś trenerskiej elity, która tylko wymienia się stołkami. Nawet tam, cykl pracy topowego trenera jest stosunkowo krótki. Mówi się, że kariera trenera jest długa. Zwykle w ligach pracują szkoleniowcy w wieku pomiędzy 40 a 70 lat. Błędne byłoby jednak stwierdzenie, że kariera trenera trwa około trzydziestu lat. To dotyczy nielicznych, wybitnych jednostek, utrzymujących się w każdej lidze na powierzchni przez różne epoki. W zdecydowanej większości, trenerzy kształcą się, zbierają doświadczenia, wydają pieniądze, nie śpią po nocach po to, by przez maksymalnie cztery lata zbierać tego owoce, a przez pozostałe 26 tułać się po niższych ligach, chwytać posad asystentów, dyrektorów sportowych, komentatorów telewizyjnych albo w ogóle pracować poza piłką (vide Bartoszek zarządzający niegdyś wysypiskiem śmieci). Nie ma karuzeli trenerskiej, ani w Polsce, ani za granicą. Dla większości jest tylko pięć minut chwały. Ekstraklasowa kariera szkoleniowa jest krótsza niż piłkarska. Kolejny dowód na to, że zawód trenera piłkarskiego jest jednym z najtrudniejszych na świecie.

Pozycja Liga Liczba punktów (im wyższa, tym bardziej „przewiewny” światek trenerski)
1 Bundesliga 17
2 Ekstraklasa 13
3 Premier League i La Liga po 10
5 Serie A 8
6 Ligue 1 4

Obliczenia własne. Dane ze stron 90minut.pl, transfermarkt.de, sklady.hostmix.pl

Ekstraklasowa dyktatura nazwisk

To czy piłkarz jest dobry czy słaby ma znaczenie drugorzędne. Najważniejsze czy jest kojarzony. Skład złożony z zawodników, o których wiadomo, że są słabi, jest w obiegowej opinii uznawany za silniejszy niż skład z nazwisk kompletnie nieznanych. Chociaż – zwłaszcza w polskich warunkach – różnica między znanymi a nieznanymi jest mikroskopijna i najczęściej sprowadza się do kwestii, że znany jest znany, a nieznany jest nieznany.

 Często słychać narzekania, że polskie kluby zatrudniają cały czas tych samych piłkarzy. Niezależnie od tego, że w każdym klubie zawodzą i tak znajdują zatrudnienie w ekstraklasie. Przyjęło się, że dany piłkarz przynależy do ekstraklasy i basta. Taki Artur Lenartowski, zawodzący w Koronie i w Podbeskidziu, bardzo szybko załapał się do Ruchu. Problemów ze znalezieniem pracy na najwyższym poziomie nie miał przez lata Mateusz Żytko, trzyma się Bartosz Rymaniak, zawsze wypłynie Sebastian Przyrowski itd. Wszyscy doskonale wiemy, że niektórzy piłkarze wożą się w ekstraklasie na nazwisku, co tym bardziej dziwne, że nigdy specjalnie nie zapracowali na jego wyrobienie.

 Innych, często nie gorszych od nich, ktoś kiedyś nie wcisnął do klubu, ktoś się później rozwinął, miał ciężką kontuzję i długo się przebijał, ktoś został przegapiony albo z powodów formalnych grał niżej. Gdy w wieku 25 lat trafia do ekstraklasy, jest kompletnym anonimem. Mateusz Piątkowski, Patryk Tuszyński, Paweł Zieliński, Kamil Adamek, Sylwester Patejuk i wielu innych co roku pokazuje, że można przeskoczyć z dowolnej ligi i dawać radę w ekstraklasie. A potem równie szybko przepaść i nie wyróżniać się w II lidze.

 Ja wolę takich, o których nie wiadomo, że są słabi niż takich, o których to wiadomo.

 Najlepszym bramkarzem ekstraklasy zeszłego sezonu był Bartłomiej Drągowski. Gdyby rok temu Michał Probierz ogłosił, że 17-letni Drągowski będzie pierwszym bramkarzem Jagiellonii, wszyscy uznaliby, że białostoczanie grają „bez bramkarza”. Lechia oddała Jagiellonii Tuszyńskiego i jeszcze dopłaciła za Dźwigałę. Dziś Tuszyński ładuje bramki w pucharach, a Dźwigała nie ma szans na grę w słabszej Lechii. Rok temu Dźwigała był uznawany za talent, a Tuszyński za łajzę, więc jeden był wart więcej niż drugi, dlatego Lechia bezrefleksyjnie, nie patrząc na rzeczywiste możliwości piłkrzy, w szale transferów przepłaciła. Dziś opinie o nich są zgoła odwrotne.

 Rzeczywiste umiejętności poszczególnych piłkarzy – nie licząc kilku-kilkunastu wyjątków – są na zbliżonym poziomie, zarówno w ekstraklasie, jak i w I lidze. Dlatego taki Piotr Tomasik mógł nie wyróżniać się w Arce Gdynia, przejść do Podbeskidzia, grać przyzwoicie, ale bez znowu przesady, wskoczyć do Jagiellonii i grać w pucharach. To nie oznacza, że aż tak strasznie się rozwinął. Niewykluczone, że gdyby go teraz wrzucić do Arki Gdynia, znowu by się nie wyróżniał.

 To dlatego każdy może wygrać z każdym. Dlatego wyniki są jak z maszyny losującej. Legia ma od takiego Podbeskidzia dziesięć razy większy budżet, ale nie ma 10 razy lepszych piłkarzy. Dlatego przedsezonowe prognozy w Polsce są tak trudne. Bo wyśmiewany Kamil Wilczek może nagle zostać królem strzelców. Bo Robert Demjan może z sezonu na sezon tak zmarnieć, że kibice, mając w składzie króla strzelców sprzed dwóch lat, mogą mówić, że Podbeskidzie nie ma napastnika. Dlatego Maciej Korzym może się w rzeczywistości okazać gorszym transferem niż Bartosz Śpiączka z Floty Świnoujście. W tej lidze ostre sądy tracą rację bytu. Spadkowicz jest pucharowiczem, pucharowicz spadkowiczem. Ja np. Nie widzę w Jagiellonii trzeciej siły ligi, bo wiem, że w gruncie rzeczy jest złożona z piłkarzy tak samo przeciętnych, jak pozostałe drużyny i może zmarnieć w dowolnym momencie.

 Dlatego też od tygodni mówię naokoło, że Ruch Chorzów i Korona Kielce nie są dla mnie pewnymi spadkowiczami. Mam uznawać Górnik Łęczna za mocniejszy, bo mają już znanych Prusaka, Bonina, Sasina czy Mierzejewskiego? Mam sądzić, że lepszy jest Piast, bo znam Adriana Klepczyńskiego, a nie znam takiego Vladislavsa Gabovsa? Mam uważać, że Podbeskidzie o klasę przerasta Ruch, bo ma w składzie Adama Mójtę, a nie Mateusza Cichockiego? Nie, to wszystko mniej więcej jeden poziom. W dobrej formie i przy szczęściu każda z tych drużyn może się zakręcić w strefie pucharowej, a w złej formie i przy pechu, spaść z ligi. Ruch Chorzów Zielińskiego i Kocjana najlepszym przykładem.

 Nagromadzenie anonimowych nazwisk w jednym miejscu sprawia, że jest się uznawanym za pewnego spadkowicza. Dziś takim jest dla wielu Korona. W składzie ma jednak Małkowskiego, który przez lata nieźle dawał radę w lidze. I Trelę, który zanim zaczął być uznawany za nieudacznika, był uznawany za gwiazdę. Jeden udany rok i znow będzie gwiazdą. Ma przyzwoitych obrońców z Malarczykiem, Dejmkiem czy Sylwestrzakiem i bardzo ciekawym, choć wcześniej nieznanym Gabovsem. Ma niezłych jak na naszą ligę środkowych pomocników Jovanovicia i Fertovsa. Czy Sobolewskiego, jeszcze jakiś czas temu kawał grajka. A do tego masą anonimowych Przybyłów, Cebul, Rogali, Matulek czy Załęckich. Równie dobrze za rok możemy się zachwycać Bartoszem Kwietniem, by za dwa lata, gdy ktoś z wielkich już za niego wyłoży wielkie pieniądze, psioczyć, jaki to nieudacznik.

 Ekstraklasa to nie liga indywidualności. Tu niemal nie ma ludzi robiących różnicę. Nie dajmy się dyktatowi nazwisk. Rok temu o tych samych nazwiskach myśleliśmy coś zupełnie innego. I za rok też będziemy.