Dlaczego nie żyjemy w epoce Realu Zidane’a

zidane

Dość niepostrzeżenie, czasy, w których Real Madryt sześć razy z rzędu nie mógł przebrnąć 1/8 finału Ligi Mistrzów, a tego trofeum nie był w stanie zdobyć przez dwanaście lat, zmieniły się w absolutną hegemonię Królewskich. W ostatnich siedmiu latach Real zawsze dochodził do najlepszej czwórki elitarnych rozgrywek, cechujących się większą niż gdziekolwiek indziej rotacją na szczytach, a w ostatnich czterech sezonach, trzy razy wygrał. Jako pierwszy obronił też trofeum, co skłoniło wielu do obwieszczenia, że żyjemy w erze wielkiego Realu, jak żyliśmy w erze wielkiej Barcelony. Patrząc na uginającą się półkę z trofeami pewnie tak jest. Ale o ile świetna, pragmatyczna gra zwykle wystarcza do zdobywania trofeów, zwykle nie wystarcza do stworzenia ery, epoki, przejścia do grona drużyn powszechnie uznawanych za najlepsze w historii futbolu.

 Debata o Zinedinie Zidanie trwa przynajmniej od roku, a z każdym trofeum zdobytym przez Francuza się nasila. Coraz więcej osób przyznaje się do tego, że nadal właściwie nie wie, jakim Zidane jest trenerem. Patrząc na życiorys, już jednym z absolutnie najlepszych w historii futbolu. Dołączając do tego boiskowe trofea Zidane’a, okaże się, że spośród najlepszych piłkarzy w historii świata, tylko Johan Cruyff i Franz Beckenbauer osiągnęli tyle, ile Francuz. Mimo to, to nadal nie można mieć stuprocentowej pewności, czy prezesi przykładowego Stoke City, mając możliwość zatrudnienia Zidane’a, zdecydowaliby się na to, choć pewnie przy nazwiskach Mourinho czy Guardioli by się nie zastanawiali, tylko korzystali z okazji. O ile do wygrywania czasem wystarczy, że trener nie robi nic, o tyle do ustanawiania er i zdobywania powszechnego uznania, potrzeba zwykle wyraźnego rysu, charakterystyki zespołu. Stylu. Wbrew często powtarzanemu stwierdzeniu, to nie o stylu ludzie szybko zapominają, a o wynikach. Styl nie jest potrzebny, by wygrywać, ale jest potrzebny, by być pamiętanym.

 Gdyby spróbować przywołać największe drużyny, z największymi trenerami w historii futbolu, zwykle znajdują się tam ci, którzy próbowali odcisnąć piętno na całej dyscyplinie. Arsenal Herberta Chapmana, węgierska Złota Jedenastka Gustava Sebesa, Benfica Beli Guttmanna, zespoły Helenia Herrery, holenderski futbol totalny Rinusa Michelsa, Milan Arrigo Sacchiego, Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego, Dream Team Cruyffa czy Barcelona Guardioli to zespoły, które większość wyrobionych fanów futbolu wskaże jako niezapomniane, niezwykłe. Kamienie milowe w rozwoju dyscypliny. Łączy je to, że każda miała ambicję nie tylko wygrywać, ale też stworzyć pewien uniwersalny model wygrywania. Stanowiły holistyczny obraz świata. Miały proroka, nauczyciela, którzy rzucał ludziom piłkę i uczył ich od nowa, co się z nią robi. Zadaniem zawodników nie było tylko wyjście na boisko i wygranie meczu, jak u Vicenta Del Bosquego, Carla Ancelottiego czy dzisiaj Zidane’a. Zadaniem zawodników było wyjście na boisko i wygranie w określony sposób. Zależnie od aktualnego wcielenia, albo poprzez kompletną kontrolę nad piłką, albo nad przestrzenią. Każda z tych drużyn tworzyła nowe ustawienia (WM), nowe pozycje (fałszywy napastnik), nowe sposoby gry (czwórka w linii), które wkrótce rozprzestrzeniały się na cały świat futbolu i odciskały na nim piętno. Wielkie drużyny, które wygrywały wiele, jak Real Madryt lat 50. czy Bayern Monachium lat 70. pamięta się. Nie pamięta się ich trenerów. Przeszły do historii jako „Real Di Stefano” czy „Bayern Beckenbauera”. Są wszelkie podstawy, by sądzić, że aktualny hegemon przejdzie do historii jako „Real Ronaldo”, a nie „Real Zidane’a”

 Beckenbauer wydaje mi się tu dobrym przykładem tego, co może czekać Zidane’a. Wyobrażam sobie, że w czasach, w których prowadził reprezentację Niemiec, większość miała wobec niego podobne odczucia. Wybitny piłkarz, który nie do końca wiadomo, jakim jest trenerem. Zdobył mistrzostwo świata i jako zawodnik i jako trener, wygrywał Złotą Piłkę, teoretycznie zasługuje na miejsce wśród najważniejszych postaci w historii futbolu. Ale jeśli nawet je ma, to przede wszystkim za to, jakim był piłkarzem. Trenera Beckenbauera nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby jednym z najlepszych w dziejach piłki. Chociaż wyniki by na to wskazywały. Za większego uznaje się nawet w Niemczech Seppa Herbergera, który nie tylko wygrał mistrzostwo świata, ale jeszcze ukształtował sposób, w jaki pokolenia Niemców myślały o piłce.

 Z tego względu nie wydaje mi się, byśmy żyli aktualnie w epoce Realu. I nie wydaje mi się, byśmy kiedykolwiek dożyli ery trenera Zidane’a i wymieniali go jako jednego z najlepszych w historii. Wygrywanie w futbolu nie wymaga wielkiej ideologii. Wystarczy wybrać najlepszych zawodników, ustawić ich w zależności od potrzeb i wygrać. Bardzo często wpływ trenera na wyniki jest przeceniany, a lepsze rezultaty osiągają po prostu ci, którzy mają lepszych piłkarzy. Tworzenie umownych er w futbolu wielkich ideologii jednak wymaga. Będziemy żyli w czasach Realu Zidane’a nie wtedy, kiedy Królewscy wygrają kolejne trofeum, ale gdy dzieci od Kapsztadu po Chabarowsk będą starały się odwzorowywać sposób gry Realu Zidane’a. Było dla mnie szokiem kulturowym, gdy kilka lat temu, przyuważyłem jak dzieci na orlikach wznawiają grę krótkim podaniem od bramkarza do schodzącego niżej pomocnika, krótko wykonują rzuty rożne i starają się wymieniać dużo podań po ziemi, długo budjąc akcje. Za moich czasów wszyscy wściekle biegaliśmy i uwielbialiśmy szybkie kontrataki. Ja byłem dzieckiem epoki przed Barceloną Guardioli, oni byli dziećmi z tej właśnie epoki. Real jest wielki, gra niesamowicie, potrafi i grać atakiem pozycyjnym i niesamowicie kontratakować, Zidane świetnie zarządza szatnią, niewątpliwie jest dobrym trenerem. Ale nie żyjemy w jego erze. Żyjemy w czasach przejściowych – postbarcelońskich – i oczekujemy następnej fascynującej drużyny, która może będzie wygrywać mniej niż obecny Real, ale za to będzie to robić w sposób, jakiego jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Dopiero to będzie wejściem w nową epokę.

Trener, który wie, że garnitury warto nosić

Jest Marco Silva drugim najmłodszym trenerem w Premier League, ledwie o kilka miesięcy ustępując Eddiemu Howe’owi z Bournemouth, ale jednego 39-letni menedżer Hull City zdążył się już w zawodowym życiu nauczyć: zawsze trzeba zakładać na mecz klubowy garnitur.

Cztery dni po sukcesie

 W grudniu 2014 roku jego Sporting ograł w Pucharze Portugalii FC Viselę, co było jednym z krokiem na drodze do finału rozgrywek. Lizbończycy, wygłodniale czekający od siedmiu lat na jakiekolwiek trofeum, na pięć minut przed końcem decydującego meczu, przegrywali z Bragą 0:2. I grali w dziesiątkę. Zdołali jednak jakimś cudem wyszarpać remis, przetrwać dogrywkę i wygrać rzuty karne. Sporting wprawdzie przegrał w całym sezonie tylko dwa mecze (mniej niż Benfica, która została mistrzem), ale ukończył sezon ligowy dopiero na trzecim miejscu. Puchar Portugalii, po latach oczekiwania, był jednak niewątpliwym sukcesem. Zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach. Cztery dni po finale, Silva został zwolniony.

Absurdalne zwolnienie

 Ekscentryczny prezydent Bruno de Carvalho mocno się natrudził, by uargumentować karkołomną decyzję o wyrzuceniu trenera tuż po zdobyciu trofeum, ale najbardziej absurdalnym, z całej listy powodów, było złamanie przez Silvę zapisów kontraktu, poprzez paradowanie bez klubowego garnituru w trakcie meczu z Viselą (sześć miesięcy wcześniej!). De Carvalho chciał w ten sposób zrobić miejsce dla Jorgego Jesusa, który krótko przedtem odszedł z Benfiki. Lokalny rywal zaproponował mu sześciokrotnie wyższą pensję niż tę, z którą pracował Silva. Do młodego trenera zgłosiły się Benfica i Porto. Sporting zadbał jednak o to, by przy rozwiązaniu umowy ze szkoleniowcem umieścić punkt, wedle którego objęcie przez Silvę innego portugalskiego klubu w okresie kilku miesięcy, skutkowałoby koniecznością płacenia Sportingowi. Świetnie zapowiadająca się kariera młodego trenera w ojczyźnie, musiała zostać zahamowana.

Szaleństwa Estorilu Praia

 Ledwie rok wcześniej, Silva był w Lizbonie witany jako zbawca. W tym mieście się urodził i zebrał szlify w tamtejszym Belenenses, ale na Sporting i Benfikę zabrakło mu piłkarskiego talentu. W zawodowej karierze rozegrał tylko dwa mecze w portugalskiej ekstraklasie, większość czasu spędziwszy w II lidze. W 2009 roku, gdy już zbliżał się do końca kariery, II-ligowy, zapyziały, Estoril Praia, którego był kapitanem, był zagrożony spadkiem i upadkiem, a zawodnicy myśleli o opuszczeniu klubu, z powodu zaległości finansowych. Silva miał ich przekonać, by jeszcze powalczyli, bo wiedział, że negocjacje z brazylijską agencją Traffic Sports były w zaawansowanej fazie. Sam w nich uczestniczył, dbając, by potencjalni inwestorzy czuli się jak najlepiej i ostatecznie pomógł w osiągnięciu celu. W nagrodę, tuż po zakończeniu gry w piłkę, został dyrektorem sportowym tego klubu. Estorilowi, mimo lepszej sytuacji finansowej, na boisku nie wiodło się jednak dobrze i znów był zagrożony spadkiem. Dlatego nie mający żadnego doświadczenia Silva, sam wskoczył na ławkę trenerską. Niespodziewanie, z 24 meczów pod jego wodzą, drużyna przegrała tylko trzy i dźwignęła się ze strefy spadkowej, do premiowanej awansem. Estoril wrócił do ekstraklasy po siedmiu latach, ale bajka dopiero się zaczynała. W pierwszym sezonie, mimo jednego z najniższych budżetów w stawce, zajął piąte miejsce i po raz pierwszy w historii zakwalifikował się do europejskich pucharów. W lecie stracił na rzecz wielkiej trójki czterech zawodników. Wbrew temu, w kolejnym sezonie jeszcze poprawił wynik, kończąc rozgrywki na czwartym miejscu, wyrównując najlepszy wynik w historii klubu, z 1948 roku. Wyniki Estorilu i odważny styl gry sprawiły, że w Portugalii obwieszczono narodziny nowej trenerskiej gwiazdy. Sporting, który kończył rozgrywki za Estorilem i regularnie tracił z nim punkty, dał Silvie czteroletni kontrakt, zanim po obiecującym pierwszym roku zwolnił go z powodu nieprzestrzegania dress-code’u.

Greckie rekordy

 Nie mogąc w praktyce pracować w ojczyźnie, Silva ruszył do Grecji, gdzie dostał do rąk Olympiacos Pireus. Jako trener wyciskający z kiepskich zawodników maksimum możliwości sprawdził się w Praii bardzo dobrze, a w Grecji udowodnił, że potrafi też dominować nad rywalami atakiem pozycyjnym. W lidze greckiej wygrał 28 z 30 meczów, sezon ukończył trzydzieści punktów przed drugim Panathinaikosem, zwyciężył we wszystkich spotkaniach u siebie, a pracę zaczął od siedemnastu ligowych wygranych z rzędu, co było rekordem nie tylko klubu, ale i całej Europy w XXI wieku. Olympiacos dał mu też okazję debiutu w Lidze Mistrzów, w której ograł w Londynie Arsenal, jako pierwszy grecki klub na angielskiej ziemi od pół wieku. Po spektakularnym sezonie, Silva zrezygnował z pracy z powodów osobistych.

Raz na sto lat

 Od tego momentu, czyli od lipca 2016, łączono go już z kilkoma niezłymi klubami. Miał być trenerem Wolverhampton czy Interu Mediolan, a o odpowiedni rozgłos dbał opiekujący się jego interesami wszechpotężny agent Jorge Mendes. Przed dwoma tygodniami objął Hull City, co ze strony „Tygrysów” jest ruchem wręcz szokującym. Hull było od lat jednym z nielicznych klubów, które bezgranicznie ufały coraz bardziej skompromitowanej brytyjskiej myśli szkoleniowej. W ciągu ponad stu lat istnienia, klub miał ledwie jednego trenera spoza Wysp, Duńczyka Jana Molby’ego, który piętnaście lat temu wytrwał w Hull siedemnaście meczów. „Tygrysy” największe sukcesy w historii osiągały pod wodzą Anglików Phila Browna i Steve’a Bruce’a, rękami i nogami broniły się przed zalewem zagranicznych szkoleniowców. I mimo wszystko źle na tym kończyły, bo klub mógł tylko podziwiać, jak zagraniczni, głównie kontynentalni fachowcy, w typie Claudio Ranieriego, Roberta Martineza, Quique Sancheza Floresa i innych, podnosili kluby, które jeszcze niedawno plątały się w tych samych, co „Tygrysy”, rejonach tabeli. Niespodziewanie Hull zerwało z tradycją, co spotkało się z krytyką Paula Mersona, narzekającego, że „kluby biorą bezmyślnie obcokrajowców bez sukcesów, zamiast spojrzeć na angielskich trenerów” (skąd my to znamy). Ale krytyką Paula Mersona niekoniecznie warto się przejmować.

Portugalska władza

 Zatrudnienie młodego, a już mającego sukcesy, trenera, który słynie z wykorzystywania w pracy zdobyczy naukowych, dawania szans skreślonym gdzie indziej zawodnikom, to dla Hull wielka szansa, by zerwać z odwieczną bylejakością. Zwłaszcza, że Silva dostał sporą władzę. Choć podpisał kontrakt tylko na pół roku, z miejsca pozwolono mu na wymienienie całego sztabu, nie wyłączając trenera bramkarzy. Wszystkie stanowiska obsadził fachowcami z Portugalii, co raczej klubowi nie zaszkodzi. Zadanie ma skrajnie trudne, bo do dyspozycji na pierwszych treningach miał tylko czternastu graczy z pola. Klub, znajdujący się w stanie permanentnej wojny właścicieli z kibicami, w lecie niemal nie kupował zawodników i generalnie stroni od transferów, przez co w debiucie przeciwko Swansea, na środku obrony Silva musiał wystawić dwóch stoperów, a na kolejny mecz z Manchesterem United miał do dyspozycji tylko piętnastu graczy. Ale Swansea ograł, a w sobotę, w swoim pierwszym meczu w Premier League, wygrał też z Bournemouth. Dla Hull było to pierwsze ligowe zwycięstwo od dziesięciu spotkań. Po raz pierwszy od sierpnia zdarzyło się też, by „Tygrysy” wygrały dwa z trzech kolejnych meczów.

Ratunek znów z Brazylii

Hull nadal ma mało punktów, zawodników i pieniędzy. Musi rywalizować w jednej z najbardziej wymagających lig świata. Zadanie utrzymania w lidze jest z gatunku niemożliwych. Dlatego wzięcie Silvy wydaje się strzałem w dziesiątkę. O Mike’u Phelanie, jego poprzedniku, było wiadomo, że prochu już nigdy nie wymyśli. O Silvie jeszcze tego nie wiadomo. Portugalczyk, gdzie tylko pracował, osiągał dobre wyniki, a w Estorilu Praia udowodnił, że wie, jak wychodzić z sytuacji beznadziejnych. Jego pierwszym krokiem do wyprowadzenia Hull z kryzysu, było odkupienie z Porto Brazylijczyka Evandro. Tego, którego Porto trzy lata wcześniej zabrało mu z Estorilu. Tak, jak w 2009 roku, ratunek ma nadejść z Brazylii.

Jak nie zmarnować Ligi Mistrzów

 legiaflickr.com

Jak awans polskiej drużyny do Ligi Mistrzów wpłynie na ekstraklasę? Przez lata rozmawialiśmy o tym czysto teoretycznie, teraz to realne pytanie. Rok w rok twierdzono, że kto pierwszy przebrnie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ten odstawi polską ligę o lata świetlne. Powtarzano to tak często, że wielu zaczęło wierzyć. W ostatnich tygodniach media zaczęły ten mit odkręcać, podając przykłady drużyn, które grały w Lidze Mistrzów, a chwilę później wpadały w poważne tarapaty – FC Thun, Artmedia Petrżałka czy Boavista Porto. To ciekawe przykłady, ale wnoszą do sytuacji polskiej stosunkowo niewiele, bo przed albo po tych drużynach, wchodziły do Ligi Mistrzów inne kluby z tych krajów. Niwelowała się więc ich przewaga nad resztą stawki. FC Thun nie mógł wielce zdominować ligi szwajcarskiej dzięki pieniądzom z Ligi Mistrzów, bo na przestrzeni kilku lat grały w elicie także Grasshoppers Zurych, FC Zurich czy FC Basel. Artmedię poprzedziło MFK Koszyce, a kilka lat po niej nastąpiła MSK Żylina. Boavista Porto to już zupełnie nietrafiona analogia, bo przecież przy Porto, Sportingu i Benfice, Boavista nawet w sezonie, gdy grała w Lidze Mistrzów, była biedakiem. Te przykłady coś mówią, ale nie tyle, ile by mogły.

By szukać analogii do ekstraklasy, trzeba byłoby znaleźć przypadki podobne do polskiego. A więc ligi, których tylko jeden przedstawiciel, tylko raz, dostał się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Lata posuchy – jeden awans, zgarnięcie pieniędzy i nie wiadomo, co dalej. Niewykluczone, że Legia zacznie grać w Lidze Mistrzów regularnie, niewykluczone, że wkrótce awansuje do niej inny polski klub. Na razie zakładamy, że to jednorazowy wybryk.

Nie jest łatwo znaleźć w Europie podobne przypadki. Na najbardziej zbliżony wygląda przykład węgierski. W sezonie 2009/2010, po raz pierwszy w XXI wieku, do Ligi Mistrzów zakwalifikował się klub z tego kraju – Debreceni VSC. Zgodnie z teorią o zależności jednorazowego awansu do Ligi Mistrzów i dominacji w kraju, Debreczyn powinien był do dziś niepodzielnie panować w biednej lidze węgierskiej. Minęło już od tego czasu siedem sezonów. To wystarczająco długi okres, żeby zobaczyć, na ile Debreczyn potrafił wykorzystać awans:

W sezonie awansu: mistrzostwo

rok później: 5. miejsce

dwa lata później: mistrzostwo

trzy lata później: 6. miejsce

cztery lata później: mistrzostwo

pięć lat później: 4. miejsce

sześć lat później: 3. miejsce

 W siedem sezonów, które upłynęło od gry w Lidze Mistrzów, Debreczyn trzy razy wygrał ligę węgierską. To dużo, ale trudno mówić o dominacji nad Videotonem Fehervar, Ferencvarosem, Gyori ETO czy Paksi, które o milionach z UEFA mogły pomarzyć.

 Podobnie było z Mariborem. Tu mamy krótszy okres analizy. Niemniej, w sezonie awansu do elity Maribor został mistrzem Słowenii, ale już rok później przegrał z Olimpią Lublana. Potrzeba jeszcze czasu, by ocenić, jak ułoży się sytuacja w Kazachstanie. FK Astana grał w Lidze Mistrzów przed rokiem. W tym roku idzie pewnie po mistrzostwo. Ale to jeszcze niczego nie dowodzi, bo na przykładach Debreczyna i Mariboru widać, że w sezonie awansu do Ligi Mistrzów drużyny zwykle wygrywały ligę krajową. Problemy zaczynały się od drugiego sezonu.

 Jest jeszcze kilka przykładów zbliżonych do Polski, choć nie identycznych. Chodzi o ligi, które w XXI wieku miały tylko jednego przedstawiciela w Lidze Mistrzów, ale za to kilkakrotnie. To Norwegia z Rosenborgiem Trondheim, Serbia z Partizanem, Białoruś z BATE Borysów, Szwecja z Malmoe FF i Chorwacja z Dinamem Zagrzeb. W ciągu dziewięciu sezonów od ostatniego awansu do Ligi Mistrzów, Rosenborg trzy razy był mistrzem Norwegii. Żadnej dominacji nad Brann Bergen czy Stabaekiem nie widać. Partizan w ciągu sześciu sezonów, dwa razy przegrywał z Crveną Zvezdą. Znowu – to nie jest dominacja, tylko normalne, odwieczne serbskie realia. Malmoe w roku pierwszego awansu, wygrało ligę szwedzką, ale w roku drugiego już piąte miejsce. O prawdziwych dominacjach, absolutnym monopolu na wygrywanie, można mówić tylko w dwóch przypadkach – Dinama Zagrzeb, wygrywającego ligę chorwacką jedenaście (!) razy z rzędu i BATE Borysów, rządzącego na Białorusi nieprzerwanie od dziesięciu lat. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że pierwsze w XXI wieku awanse tych klubów do Ligi Mistrzów przypadały na środek krajowej dominacji. Awans do Ligi Mistrzów nie rozpoczynał rządów, tylko był ich potwierdzeniem. Bardzo prawdopodobne, że bez gry w elicie oba kluby i tak byłyby najsilniejsze w swoich krajach.

 A byłyby najsilniejsze, bo jako jedyne tak mocno postawiły na szkolenie i akademie. Dinamo Zagrzeb raz do Ligi Mistrzów wchodzi, innym razem nie. To bonusy. Klub utrzymuje się jednak przede wszystkim ze sprzedaży swoich perełek na Zachód, za olbrzymie pieniądze. 23 miliony euro za Marko Pjacę do Juventusu, 21 milionów euro za Lukę Modricia do Tottenhamu, 13,5 miliona za Eduardo do Arsenalu, 13 milonów za Vedrana Corlukę do Manchesteru City, 11 milionów za Mateo Kovacicia do Interu Mediolan, itd. W ostatnich dziesięciu latach Dinamo zarobiło na transferach około 180 milionów euro. To dużo więcej niż za regularne zbieranie batów w Lidze Mistrzów. To, a nie Liga Mistrzów, jest źródłem dominacji klubu z Zagrzebia. Choć Champions League niewątpliwie bardzo pomaga – po pierwsze, pozwala pokazywać największe talenty na najbardziej atrakcyjnych wybiegach, a po drugie pozwala inwestować w akademię i pozyskiwać największe talenty z innych bałkańskich klubów. Gdyby jednak Dinamo pierwszy awans do Ligi Mistrzów wykorzystało, by kupić kilku drogich emerytów z nazwiskami, pewnie nie miałoby tak imponujących przychodów z transferów.

 BATE również wybudowało najnowocześniejszą akademię na Białorusi, zbierającą największe talenty ze swojego kraju. Tutaj oczywiście przychody z transferów nie są aż tak imponujące, niemniej w Lidze Mistrzów grają regularnie, choć skład zawsze w zdecydowanej większości oparty jest na Białorusinach, narodzie przecież niespecjalnie liczącym się w piłce. BATE sprzedało w ostatniej dekadzie swoich zawodników za ponad 15 milionów euro, co nie rzuca na kolana, ale za to samo korzysta ze swojej akademii, zapewniając sobie dominację w kraju i od czasu do czasu, niezłe występy za granicą.

 Jednym z najciekawszych pytań, jakie pojawia się dziś w polskim futbolu, jest to jak Legia wykorzysta swój awans do Ligi Mistrzów. Inwestowanie w gotowych zawodników, „na już”, mijałoby się w tym momencie z celem. Obecnym składem Legia jest w stanie wygrać ekstraklasę, a choćby kupiła teraz najlepszych zawodników, na jakich ją aktualnie stać i tak niczego nie zmieni to w rywalizacji z wielokrotnie bogatszymi i lepszymi Sportingiem, Borussią Dortmund, o Realu nie wspominając. Moment trzeba byłoby wykorzystać najpełniej, jak się da – sprzedając 29-letniego Nemanję Nikolicia najdrożej jak to możliwe, umożliwiając odejście 29-letniemu Pazdanowi, z pokorą przyjąć baty w Lidze Mistrzów, a na koniec sezonu przeliczyć. Kilkanaście milionów euro z tytułu awansu do fazy grupowej, około dziesięciu milionów euro ze sprzedaży Ondreja Dudy, Pazdana i Nikolicia. Mając w rękach ponadprogramowe około 30 milionów euro można zbudować niezły, europejski klub, na solidnych podstawach.

 Przede wszystkim, zastanowić się nad strukturą składu, który niebezpiecznie zaczyna przypominać Wisłę Kraków Maaskanta – z tą różnicą, że Wisła nie przebiła się do Ligi Mistrzów. Pomijając Pazdana i Nikolicia, Legia nie bardzo ma już kogo sprzedać za ponad milion euro. Mających ponad lub blisko 30 lat Arkadiusza Malarza, Tomasza Jodłowca, Igora Lewczuka, Kaspra Hamalainena czy Tomasza Brzyskiego? Odrzuconych na Zachodzie – Thibaulta Moulina, Stevena Langila, Vadisa Odidję-Ofoego, Adama Hlouska? Z obecnej kadry, jakąkolwiek nadzieję na przyzwoite pieniądze dają jedynie Guilherme i – o zgrozo – Michał Kucharczyk. Reszty nie uda się drogo sprzedać nikomu, nawet Chińczykom.

 Legia ma teraz doskonałą okazję, by zainwestować jeszcze mocniej, w planowaną i tak, akademię. Rozwinąć skauting młodzieżowy, zmienić strukturę kadry. Działać jak, nie przymierzając, RB Lipsk – zbierać ciekawych zawodników od juniorów do 23. roku życia z tej części Europy. Sprawić, by dla zdolnego nastolatka było jasne, że droga do kariery wiedzie przez Legię, tak jak dla zdolnego Szwajcara wiedzie przez Bazyleę, dla zdolnego Białorusina przez BATE, a dla zdolnego Chorwata przez Dinamo Zagrzeb. By Robert Lewandowski czy Artjoms Rudnevs odchodzili do Bundesligi z Legii, a nie z Lecha, by Bartosz Kapustka czy Arkadiusz Milik, przed pójściem na Zachód widzieli korzyść w przejściu z Cracovii czy Górnika do Legii. Nie chodzi o to, by zapomnieć o aktualnych wynikach, ale o to, by ściągać i wychowywać na tyle dobrych, młodych piłkarzy, by móc jednocześnie wygrywać w lidze, grać w pucharach i zarabiać na transferach. Tak funkcjonują zdrowe kluby z drugiego szeregu. Miejsce polskiej ligi w europejskim łańcuchu pokarmowym jest takie, że nigdy nie będzie szansy zatrzymania najlepszych piłkarzy w Legii. Naturalne ma być, że kto się wybije, zostanie sprzedany. Legia nie zaczyna od zera, bo w ostatnich latach miała już wiele ciekawych, wielomilionowych transferów. Ale i tak jest dopiero na początku drogi.

Działając w ten sposób, Legia ma szansę zdominować polski rynek na lata. Wydając zarobione pieniądze na najlepszych aktualnie w polskiej lidze 29-latków, na podstarzałe odrzuty z poważnych lig i na odprawy dla zwalnianych co kilka miesięcy trenerów, za chwilę przegra mistrzostwo z jakimś Zagłębiem Lubin. Ten awans Legii do Ligi Mistrzów może mieć piękny walor edukacyjny w skali ogólnonarodowej. Wszystkim wydawało się, że gdy już ktoś przebije się z Polski do fazy grupowej, zrobi to po wielkiej ofensywie transferowej, w doskonałym stylu, wyważając bramę. Okazało się, że czasem ułańskie szarże znaczą mniej niż rzetelna, coroczna, solidna praca i ciułanie punktów do rankingu. Życzę Legii, żeby pieniądze z Ligi Mistrzów wydawała tak, jak do niej awansowała – mało spektakularnie. Sami w tym roku w Warszawie zobaczyli, że nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nagroda za lata rzetelnej pracy, krok po kroku.

„Dla Olkowskiego to sezon prawdy. Bundesliga może go wypluć”

Wikimedia Commons

Dzisiejszym odcinkiem zamykamy tygodniowy okres przygotowawczy do Bundesligi. Mam nadzieję, że przekonaliście się, że w Polsce mamy wielu bardzo ciekawych ekspertów od Bundesligi, którzy może i w niej nie grali, ale mają coś ciekawego do powiedzenia. Ale taki cykl byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Tomasza Urbana, czołowego speca od Bundesligi w tym kraju. Z Tomkiem porozmawiałem o klubach, którym w ciągu tygodnia jeszcze nie mieliśmy się okazji bliżej przyjrzeć. Udanego sezonu, Bundesligowicze!

urban

Jakub Błaszczykowski znowu w Bundeslidze. Myślisz, że w Wolfsburgu w końcu będzie grał regularnie?

Tomasz URBAN: – Wszystko zależy od tego, jak będzie chciał Dieter Hecking. W Pucharze Niemiec wyszli na mecz ustawieniem 4-3-3, z Kubą teoretycznie na prawej obronie. Choć to było nietypowe, mocno niesymetryczne, ustawienie, bo w posiadaniu piłki grał bardzo wysoko, więc trudno go było nazwać obrońcą. Jeśli będą chcieli grać 4-3-3, to Kubie zostaje tylko prawa obrona, o którą będzie rywalizował z Vieirinhą, Sebastianem Jungiem i Christianem Traeschem. Tyle, że ten ostatni może grać też jako środkowy pomocnik, co przy kontuzji Joshui Guilavoguiego może się przydać, a pozostali dwaj są kontuzjowani. Więc tak, Kuba będzie grał. Wniesie do tej drużyny coś ekstra. Nie tylko klasę piłkarską, ale i mentalność.

Nie widzisz możliwości, żeby przy 4-3-3 grał jako jeden z ofensywnych skrzydłowych?

Nie, przy 4-3-3 nie będzie grał wyżej. Daniel Didavi i Julian Draxler będą trochę podwieszeni pod Mario Gomeza. Mówi się o Hueng-Min Sonie z Tottenhamu, ale to też nie byłby konkurent dla Kuby, a raczej dla Didaviego i Draxlera. Ewentualnie mógłby czasem zastąpić Gomeza. Generalnie, w Wolfsburgu widać pewien trend – chcą odmładzać zespół. To nie jest przypadek.

Będą mocniejsi niż w zeszłym sezonie?

Nie wiem, bo są mocni „od pasa w górę”. Ofensywę mają bardzo mocną. Trójka Draxler-Didavi-Gomez to absolutny top. Może nie jest to Bayern, może nie Borussia, ale ścisła czołówka. Tyle że są problemy z defensywą. Po odejściu Dantego do Nicei zostało im trzech środkowych obrońców, z czego Robina Knochego chcieli oddać, Carlos Ascues dopiero się uczy Bundesligi. Są duże dziury w obronie. Myślę, że w ostatnim tygodniu okienka VfL dogada się z Hannoverem w sprawie Salifa Sanego. Obskoczyłby dwie pozycje – stopera i środkowego pomocnika, więc byłby bardzo cenny. Myślę, że gdyby nie mieli kogoś na oku, to nie puszczaliby Dantego. Zobaczymy, jak Hecking to wszystko poukłada. Mogą odegrać lepszą rolę niż w zeszłym sezonie, ale zagadkami są gra defensywna i to czy system zaskoczy.

O Kubę jesteśmy jednak generalnie spokojni. A o Pawła Olkowskiego?

- Byłem trochę zaskoczony, że w Pucharze Niemiec, mimo że grali 4-4-2, wyszedł Milos Jojić, a nie Paweł i jeszcze do tego strzelił gola. Podobnie jak ty, uważam, że przy systemie z trójką obrońców, Olkowski nie ma szans na grę. Widziałem dla niego szansę przy 4-4-2, gdzie mogliby z Marcelem Rissem grać po prawej stronie, niezależnie od tego, kto na obronie, a kto w pomocy. Jeśli w pierwszym meczu, przy sprzyjającym mu systemie, nie było dla niego miejsca, to znaczy, że jest w najlepszym przypadku drugim-trzecim wyborem. A to dość niepokojący sygnał. Peter Stoeger wypowiada się o nim ciepło, podkreśla, że wraca do siebie, wie, na co go stać, uporał się z kontuzjami. Ale dla Olkowskiego to będzie sezon prawdy. Jeśli znów będzie miał takie rozgrywki jak poprzednie, to Bundesliga go wypluje. Zostanie mu ewentualnie Darmstadt, zbierające odrzuty z innych klubów. Wtedy opcją mógłby być powrót do Polski, co też nie byłoby takie złe. Przykład Adama Hlouska pokazuje, że można sobie radzić w ekstraklasie bardzo dobrze, nawet jeśli w Bundeslidze się – delikatnie mówiąc – nie błyszczało.

Zapomniany trochę Eugen Polanski został kapitanem Hoffenheim. Jesteś zaskoczony?

- To była ogromna niespodzianka. Naprawdę, zastanawiam się jak Julian Nagelsmann poukłada drużynę w środku pola. Ma naprawdę dużo opcji. Typowałem, że Polanskiego nie będzie w podstawowym składzie, bo przecież są Sebastian Rudy, Pirmin Schwegler, Kevin Vogt, Polanski właśnie czy Lukas Rupp, najlepszy zawodnik Stuttgartu z poprzedniego sezonu. A jeszcze do tego Nadiem Amiri. Zastanawiam się jak ich zmieścić. Skoro Polanski jest kapitanem, to sygnał, że pewnie będzie grał. Gdzie w takim razie zmieścić innych?

Czego się spodziewasz po Hoffenheim?

- Znacznie więcej niż tego, co zrobili w zeszłym sezonie. Czuję, że Nagelsmann ma to coś, ma jakąś magię, pierwiastek szaleństwa i że to może być nowy Tuchel. Odkąd przyszedł, grali przyzwoicie, spokojnie się wyratowali. Wydaje mi się, że w tym sezonie przeprowadzili bardzo mądre transfery. Jeśli Sandro Wagner utrzyma dyspozycję z Darmstadt, będą mieli w ofensywie Andreja Kramaricia, Marka Utha, Amiriego, dobry środek pola. Wydają się mocniejsi, mimo odejścia Vollanda. Jestem przekonany, że bez problemu skończą sezon w środku tabeli. Na puchary może być jeszcze za wcześnie. Co roku trafia się jeden zespół niespodziewany, więc pewnie mają jakieś szanse. Ale jest dużo zespołów mocniejszych kadrowo.

Nowym Polakiem w Bundeslidze jest bramkarz Rafał Gikiewicz z Freiburga. Jak widzisz jego szanse na pierwszy skład?

- W Pucharze nie było go jeszcze w kadrze meczowej. Dali mu w klubie trochę czasu na potrenowanie bez presji. We Freiburgu jest trzech bramkarzy na bardzo podobnym poziomie – Alexander Schwolow, Patrick Klandt i Gikiewicz. To wszystko podobny poziom, więc wszystko w rękach Rafała. Wiele razy rozmawiałem z nim jeszcze w poprzednim sezonie. 1. Bundesliga to było jego marzenie i wymarzony cel. Dostał się tam. Schwolow to solidny bramkarz, ale do przeskoczenia. Gdy trafi mu się słabsza forma, trzeba od razu wykorzystać szansę i przekuć w złoto. Na razie musi cierpliwie czekać na swoją kolej.

Czego się spodziewasz po beniaminku?

- Mają bardzo ciekawy zespół. Mój ulubiony Vincenzo Grifo, Amir Abrashi robią fajne wrażenie. Jest kilka atutów. Nie wystarczy to pewnie do środka tabeli, będą balansować na granicy, ale myślę, że się utrzymają. Mimo wszystko, jest kilka zespołów słabszych niż Freiburg. Widzę ich na pozycjach 11-14.  Bez konieczności grania baraży, ale też bez super spokojnego sezonu. Kadrę mają nie za szeroką. Przez większość letniego okresu przygotowywali się na grę trójką z tyłu, ale kontuzje pokrzyżowały im szyki, bo z gry wypadli Marc-Oliver Kempf i Marc Torrejon. Nie mogli się do tego systemu przygotować tak, jak by chcieli. To może mieć znaczenie.

Twoja ulubiona Borussia Moenchengladbach znów będzie mieszać w ścisłej czołówce?

- Nadal nie wiemy do końca, jakim trenerem jest Andre Schubert. Widać, że ma jasną wizję. Chce grać systemem 3-4-3 i tak kompletował kadrę, by mieć możliwie dużo opcji. Kadra wyszła niesamowicie szeroka. Dokonali kilku niezłych transferów. Dla mnie błogosławieństwem jest Max Eberl. Dopóki będzie tam dyrektorem sportowym, będzie gwarancją rozwoju. Nie myśli tylko o tu i teraz, ale też dba o przyszłość. Stąd transfery Mamadou Docoure czy Laszlo Benesa. To podobne ruchy do pozyskanych wcześniej Nica Elvediego czy Djibrila Sowa. Do tego w zimie dojdzie Paragwajczyk Julio Villalba, wzięli też Mikę Hanrathsa, ponoć największy talent w Fortunie Duesseldorf od wielu lat. Opcji jest więc naprawdę sporo. Pytanie, jak poradzą sobie z potrójnym obciążeniem. Zwłaszcza, że Schubert to nie jest trener, za którym idzie się w ogień. Widać, że jest traktowany z dozą nieufność, czuć trochę do niego dystans. Nie wszyscy są przekonani, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wciąż nie wiemy, jak przetrwa jakiś kryzys na dłuższym dystansie. Pod tym względem jest niezweryfikowany. Ogólnie rzecz biorąc, o ponowną kwalifikację do Ligi Mistrzów będzie Borussii bardzo ciężko. Myślę, że skończą w Lidze Europy, choć o to czwarte miejsce mogą – przy zbiegu okoliczności – powalczyć. Może odpali im – jak pod koniec zeszłego sezonu – Andre Hahn, może Thorgan Hazard na dłużej podkreśli potencjał, bo na razie miewa przebłyski na kilka kolejek, potem gaśnie. Może pokaże się jeszcze ktoś z tylnego szeregu?

Dla FSV Mainz podobnym gwarantem rozwoju był zawsze dyrektor sportowy Christian Heidel. Jak klub poradzi sobie bez niego?

- Trener Martin Schmidt wykonuje tam genialną robotę. Skład udało się utrzymać. Największy skarb to zatrzymanie Yunusa Malliego, mimo że miał klauzulę odejścia. Nikt z niej jednak nie skorzystał. To bardzo solidny zespół, budowany już od jakiegoś czasu. Ogromne osłabienie to odejście Juliana Baumgartlingera do Leverkusen. Wykonywał ogromną robotę. Wydaje mi się jednak, że Mainz jakoś sobie poradzi. To zespół na miejsca 8-12. Kilka zespołów ma słabsze kadry. Odejście Heidela powinno nastąpić bez większych perturbacji. Wiedzą, co mają robić, a Schmidt to bardzo dobry trener. Kłopoty mogą się pojawić dopiero w dalszej perspektywie, jeśli Rouven Schroeder nie da sobie rady tak dobrze jak jego poprzednik. W tym sezonie pojadą jeszcze trochę siłą rozpędu po pracy Heidela.

Sezon temu zaskoczyła Hertha Berlin, wchodząc do pucharów. W eliminacjach Ligi Europy zagrała jednak bardzo źle i odpadła z Broendby Kopenhaga. Myślisz, że dla ekipy Pala Dardaia Liga Europy jest do powtórzenia?

- Spodziewam się po nich przede wszystkim bezpłciowej gry. Czasem zaskoczą znienacka i wygrają z mocniejszym, czasem przegrają ze słabszymi. Raczej nie załapią się w okolice pucharów. Wbrew pozorom, nie mam do Dardaia jakiegoś super przekonania, nie mogę się do niego do końca przekonać. Odpadnięcie z Broendby to ogromna niespodzianka in minus. Może zostać w głowie piłkarzom, że byli o krok od finału Pucharu Niemiec na swoim stadionie, o krok od eliminacji Ligi Mistrzów i o krok od Ligi Europy, a ostatecznie nic z tego się nie udało. W głowach piłkarzy może się rodzić myśl, że pewnych barier nie przeskoczą. Typuję dla nich miejsca 9-10. Na pewno nie jest to też zespół do walki o utrzymanie.

Do Berlina trafił w lecie Ondrej Duda. Jak widzisz jego rolę?

-To był jeden z najwyższych transferów w historii Herthy. Tylko cztery były wyższe. Duda był sprowadzany z myślą o grze jako „dziesiątka”. Co może niepokoić, to pomysł z ustawieniem na tej pozycji Salomona Kalou. Do składu powoli wraca Valentin Stocker, który jest ponoć jednym z wygranych okresu przygotowawczego. Jeśli sprawdzi się na lewej stronie, a współpraca Kalou z Vedadem Ibiseviciem będzie się układać, to Duda będzie miał problem. Zwłaszcza, że przez większość okresu przygotowawczego się leczył i nie miał gdzie się pokazać. Trudno liczyć, że z miejsca dostanie pewny plac. Trzeba sobie go będzie wypracować, a trudno się pokazać, wchodząc z ławki. Miał pecha, że zaczęły go męczyć urazy zaraz na wejściu do nowego zespołu. Nie będzie miał łatwo, ale w klubie są do niego przekonali. Michael Preetz, dyrektor sportowy, czy Dardai, wiedzieli, kogo biorą i jakie ma zalety. Preetz oglądał go specjalnie w trakcie Euro. Szansę na pewno dostanie. Ale pamiętajmy, że wspomniany Stocker kosztował podobne pieniądze, a po kilku słabszych meczach na długo usiadł na ławce. Pieniądze nie są gwarantem gry.

Widzisz w Hamburgerze SV jakieś symptomy powrotu do normalności?

- Co roku mi się wydaje, że wreszcie zrobili mądre transfery, a potem okazuje się, że jednak nie. Największe problemy znowu będą mieli w defensywie. Jakościowo nie ruszyli tam nic. Wzmacniali tylko ofensywę. A nie przekonują mnie ani Matthias Ostrzolek, Gotoku Sakai na bokach, ani tym bardziej Cleber, Emir Spahić czy Johan Djourou na środku. Zdziwiło mnie, że nic z tym nie zrobili. To może hamować dużą siłę ofensywną. Myślę, że Filip Kostić, Bobby Wood czy Pierre-Michel Lasogga nie nastrzelają tyle goli, ile Cleber i Djourou zawalą. HSV widzę w dolnej części tabeli. Myślę, że raczej nie spadną. Po VfB Stuttgart też się tego nie spodziewałem.

 To kto spadnie?

- Głównym kandydatem jest dla mnie Darmstadt. Nie wierzę, że powtórzą to, co w zeszłym roku. Drugiego spadkowicza szukałbym w gronie Ingolstadt, Augsburg, Frankfurt. Te trzy drużyny mogą mieć spore problemy.

Nie wymieniłeś RB Lipsk. Ale beniaminek chyba nie od razu zatrzęsie Bundesligą?

- Popatrzmy choćby na letnie wydatki. Lipsk nie szalał jakoś bardzo. Dortmund wydał na transfery ponad 100 milionów euro, a RB 26 milionów. Oni narzucili sobie kryterium płacowe, mówiące, że nie będą dawać pensji większych niż 3 miliony euro rocznie. Mają swoją linię, ściągają zawodników mających nie więcej niż 23 lata. Spodziewam się po nich spokojnego utrzymania. Ligi nie zawojują, bo nie mają aż tak wielkiej jakości. Jest dużo dziur do załatania. 

Po kim z lipskiej młodzieży spodziewasz się najwięcej?

- Znakomity na igrzyskach olimpijskich był Lukas Klostermann. To może być rewelacja ligi. Naby Keita z Salzburga może ugruntuje środek pola. Do dyspozycji jest bardzo mocna ofensywa, z Emilem Forsbergiem, Yusufem Poulsenem czy Daviem Selkem. Fajne w RB jest to, że obrali swoją drogę, widać po nich klarowną wizję Rangnicka. Chcą jak Wolfsburg, wychować sobie tożsamość drużyny. Dortmund idzie tą samą drogą. Celowo postawił na młodych, żeby ich związać z klubem i wychować w duchu „echte Liebe”, żeby trudniej było im potem pójść do Bayernu. 

Wydaje się, że selekcjonera Joachima Loewa może ucieszyć awans właśnie Lipska.

- Zdecydowanie. Jeśli chodzi o graczy w reprezentacjach młodzieżowych, RB przegrywa tylko z Dortmundem. Loew będzie na ten zespół patrzeć uważnie, bo tam może być rozwiązanie problemu z bokami obrony. Jonas Hector grał ostatnio na lewej obronie kadry, ale on w Kolonii jest planowany do występów w środku pola. Po długiej przerwie, nie wiadomo, jak będzie sobie radził na lewej obronie. Na prawej obronie też jest wakat. A Klostermann to prawy obrońca mogący grać w środku. Jeśli będzie grał w lidze tak, jak na igrzyskach, to jest gotowym reprezentantem. Równie dobrze po drugiej stronie prezentował się Jeremy Toljan z Hoffenheim. Obaj szybko mogą trafić do kadry i na bokach obrony już nie będzie problemów.

PRZECZYTAJ TAKŻE POPRZEDNIE ODCINKI CYKLU:

Z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium

Z Pawłem Musiałem o Borussii Dortmund

Z Martinem Huciem o Bayerze Leverkusen

Z Marcinem Borzęckim o Schalke 04

Z Mariuszem Mońskim o Werderze Brema

Hummels i Bayern. Transfer niemal idealny

Transfer Matsa Hummelsa do Monachium nabiera coraz wyraźniejszych kształtów. Najpierw zamieszanie swoimi wypowiedziami wywołał ojciec piłkarza, teraz coraz poważniejsze źródła potwierdzają rozmowy. Nawet Hans-Joachim Watzke, prezes Borussii Dortmund, przyznał wczoraj, że „jeśli Hummels odejdzie z Borussii, to raczej do Bayernu”. To byłby dla obu stron transfer ze wszech miar zrozumiały.

Fatalny błąd Klinsmanna

Hummels nie ukrywa, że Monachium jest docelowym miejscem, w którym ma osiąść jego rodzina. Zamieszkał tam, wraz z rodzicami, jako siedmiolatek w 1995 roku. Żył w stolicy Bawarii przez 13 lat. Na przedmieściach Monachium, w Unterhaching, do dziś pracuje jego ojciec. W tamtejszym IV-ligowym klubie gra jego młodszy brat. Z Monachium pochodzi jego żona. A on sam przez 13 lat grał w Bayernie. Przeszedł przez wszystkie grupy wiekowe. W 2007 roku, jako 19-latek, zagrał 38 minut w kończącym sezon meczu z FSV Mainz. Na więcej u Ottmara Hitzfelda nie mógł liczyć, bo przegrywał rywalizację z ówczesnymi stoperami Martinem Demichelisem i Luciem. Gdy pół roku później bawarski klub ściągnął za 12 milionów brazylijskiego stopera Breno, który zasłynął tylko tym, że spalił swój dom, Hummels zdecydował się odejść na wypożyczenie. Chciało go Hoffenheim, ale trafił do Dortmundu. Miał tam otrzaskać się z Bundesligą i wrócić do Bayernu jako podstawowy zawodnik. Ale talentu nie rozpoznał w nim Jürgen Klinsmann i stoper został sprzedany do Dortmundu za cztery miliony euro.

Od dziecka fan Bayernu

To była pomyłka, która ludziom w Bayernie długo tkwiła w głowie. Próbowali ściągnąć Hummelsa z powrotem w 2012 roku. Później spekulowało się o tym transferze jeszcze kilka razy. Ostatnio – pół roku temu, gdy Bayern na gwałt potrzebował stopera. Ale takiego transferu nie da się przeprowadzić w cztery dni, zwłaszcza w zimowym okienku transferowym. Teraz powrót wydaje się dużo bardziej prawdopodobny. Zwłaszcza, że lata temu Hummels podkreślał, że do momentu odejścia z Bayernu, był fanem tego klubu i „jego celem zawsze było grać dla Bayernu”. O tym, że perspektywy finansowe i sportowe w Monachium są lepsze niż w Dortmundzie, nie trzeba nikogo przekonywać. Dla Hummelsa to ruch praktycznie bez wad. W Borussii gra osiem i pół roku. Ma 27 lat. Obecny kontrakt obowiązuje do 2017 roku. Pozostając teraz w Dortmundzie, musiałby sobie odpowiedzieć na pytanie czy nie zostanie tam aby do końca kariery. Bardzo ryzykując, że nigdy nie wygra Ligi Mistrzów i wiedząc, że ciężko mu będzie zostać mistrzem Niemiec.

Wizerunkowe mistrzostwo świata

Dla Bayernu Hummels też byłby transferem idealnym. Takiego zawodnika Bayernowi brakowało od dawna. W Jeromie Boatengu Bawarczycy mają jednego z najlepszych stoperów świata. Ale Boateng jest tylko jeden. Ustawiani obok Niemca David Alaba czy Javi Martinez są oczywiście świetnymi piłkarzami, ale na najwyższym poziomie często wychodzi, że brakuje im tych kilku procent. Zwłaszcza jako stoperom, w czasach przed Guardiolą grali przecież w innych rejonach boiska. Hummels to postać godna Bayernu. Z Boatengiem znają się od lat. Tworzą przecież duet stoperów reprezentacji Niemiec. Razem zdobyli mistrzostwo świata. Uzupełniają się idealnie. Sportowo byłby wielkim wzmocnieniem i zapełnieniem pewnej luki. Także wizerunkowo byłby bardzo wygodny.Od lat narzeka się, że w Bayernie gra coraz mniej Niemców i coraz mniej wychowanków, co było niegdyś klubowym fundamentem. Hummels jest jednym z nielicznych piłkarzy spełniających trzy warunki: a) gracz światowej klasy b) Niemiec c) wychowanek Bayernu. Aż dziw, że dopiero dziś ten transfer nabiera kształtów.

Lepszy Bayern niż Barcelona

Miotają mną mieszane uczucia czy to dobry transfer dla bezstronnych fanów Bundesligi. Odejście Hummelsa będzie wielkim osłabieniem Borussii. Bayern znów skumuluje u siebie najlepszych piłkarzy ligi niemieckiej. W momencie, w którym rywalizacja o mistrzostwo Niemiec zaczynała się robić ciekawa, to będzie spory cios w Dortmund. Z drugiej strony, ostatnimi czasy zaczynała się nasilać niebezpieczna tendencja, w której najlepsi piłkarze Bundesligi nie idą do Monachium, ale do innych lig. Rozumiem, że zatrzymanie Hummelsa w Dortmundzie będzie trudne. Rozumiem, że nadszedł moment na transfer. A jeśli już ma odejść z Dortmundu, to lepiej, żeby trafił do Monachium i pozostał w Bundeslidze niż żeby grał w Barcelonie czy innym Manchesterze. Jeśli angielskie pieniądze sprawiają, że najlepsi piłkarze z Niemiec mają wyjeżdżać do Premier League, to cieszę się, że Bayern jest w stanie się temu przeciwstawić.

A poza wszystkim, transfer Hummelsa do Monachium miałby istotny walor estetyczny. Oznaczałby, że będziemy mogli co tydzień – a nie raz na kilka miesięcy, gdy gra reprezentacja Niemiec – podziwiać najlepiej wyprowadzających piłkę, najbardziej elegancko grających, stoperów świata, występujących obok siebie. Ta perspektywa nie pozwala mi pomstować na Bayern, że znów uderza w konkurencję.

Atletico z koszmarów Guardioli

Doprawdy, futbol nie oszczędza nam w tym roku emocji. Jeszcze całkiem nie doszliśmy do siebie po nieziemskim starciu Liverpoolu z Borussią, a właśnie spadła na nas jak donica z balkonu wiadomość, że w półfinale Ligi Mistrzów Bayern zagra z Atletico.

W emocjach bloguję, może się okazać, że za tydzień, jak już trochę ochłonę, zobaczę jakiś cień szansy dla Bayernu i rysę słabości na Atletico. Na ten moment wszelkiej nadziei się wyzbyłem. Jeśli wielu przez lata czuło, że drużyny Pepa Guardioli nie są idealne i mają pewne słabości, to chyba los właśnie daje wszystkim sceptykom względem tego trenera koronne argumenty.

Atletico jawi się w mojej głowie jako drużyna wprost stworzona do ogrywania Bayernu. Z hordą Diego Simeone nie lubi grać nikt na świecie, ale najbardziej nie będą tego lubiły drużyny Guardioli. Szczęśliwie dla reputacji Pepa, póki co udawało mu się praktycznie unikać starć z Simeone. Gdyby zebrać wszelkie drobne słabostki, chwiejne momenty Bayernu i z całego świata zmontować ekipę, która spróbowałaby je wykorzystać, wyszłoby nam Atletico Madryt. Każdy, kto pokonywał Barcelonę w ostatnich latach, robił to stosując taktykę Atletico. A nikt nie doprowadził do takiego mistrzostwa taktyki Atletico jak samo Atletico.

Przez lata żyliśmy w świecie, w którym przeciwieństwem Guardioli był Jose Mourinho. Podczas gdy najprawdziwszym przeciwieństwem jest Diego Simeone. To antyteza najkompletniejsza. Jeśli Guardiola uczy, że w futbolu da się wygrywać tylko na jego modłę, to Simeone wygrywa robiąc wszystko odwrotnie. Starcie tych światów będzie fascynujące. Dotychczas obaj zmierzyli się tylko raz. W 2012 roku Barcelona schyłkowego Guardioli grała z wschodzącym Atletico Simeone. Barcelona wygrała, ale Simeone dopiero uczył swoich piłkarzy sztuki bronienia, którą dziś doprowadzili do perfekcji.

Już widzę oczami wyobraźni Bayern mający piłkę przez 176 ze 180 minut rywalizacji z Atletico. I wymieniający ją od lewa do prawa i prawa do lewa, nie potrafiąc znaleźć pół luki w murze madrytczyków. Widzę próby dryblingów Ribery’ego i Douglasa Costy, rozbijające się o potrojoną asekurację rywali. Widzę jak Lewandowski upada po każdym starciu z Godinem, a cały nadwiślański naród drży o jego zdrowie w kontekście Euro. Widzę jak Guardiola drapie się po głowie. Widzę jak wszyscy piszą: „Brakuje Robbena”. No i widzę jak w ciągu tych czterech minut, w których Bayern nie będzie miał piłki, daje się kontrować. Jak traci piłkę w środku pola, jak obrońcy dają się rozjeżdżać, jak bezradni są wobec kontrującego rywala. I jak jeden Arturo Vidal walczy przeciwko jedenastu Arturom Vidalom.

Tak, gdyby Bayern trafił na Manchester City, nastawiałbym się na spacerek. Gdyby trafił na Real, szanse dawałbym 50 na 50. Jako że trafił na Atletico, jedynej mikrej szansy Bayernu upatruję w Thomasie Müllerze. Jeśli ktoś ma znaleźć szparę w murze Atletico, to tylko on, Raumdeuter.

Bayer Leverkusen. Porażka w DNA

bayer

Miasta jak filmy. Mają strzelać piorunem od pierwszego wejrzenia, wolno rozkręcać mogą się tylko piosenki. Kolonia jest jak dobry film. Największa atrakcja miasta – katedra, to pierwsze, co widać, gdy wysiądzie na dworcu. I tak ma być. Najlepsze od razu na początek, można wracać. Tak jakby Wawel było widać z peronu.

koloniakatedra

 Duesseldorf rozkręcał się bardzo powoli, trzeba się było do niego przekonywać. Kolonia jest mistrzynią pierwszego wrażenia. Na pierwszy rzut oka – imponująca katedra. Ucha – grajkowie uliczni z Afryki. To niedoceniany element tworzenia atmosfery miasta. Jeden facet z Bałkanów z akordeonem, z Andów z jakimiś piszczałkami czy z Afryki z czymkolwiek brzęczącym, potrafi kompletnie odmienić atmosferę w mieście. Na miejscu urzędów miast, bym ich wynajmował. W Kolonii nie trzeba nigdzie chodzić, by zobaczyć miasto. Najlepsza dzielnica to ta tuż obok dworca.

koloniakosciol

Kolonia dzienna budzi zachwyt. Pełna ludzi, życia, gwaru, zapachu pieczonych kasztanów. Przed wyjazdem zdziwiony odkryłem, że nie istnieje w polskich księgarniach coś takiego jak przewodnik po Zagłębiu Ruhry, a w przewodnikach po Niemczech opis całej Nadrenii-Północnej Westfalii zaczyna się i kończy na Kolonii, ewentualnie wspominając jeszcze Akwizgran i Monastyr. Początkowo byłem oburzony, jak można tak nie doceniać atrakcyjności turystycznej Duisburga i Bochum, ale po 10 minutach pobytu w Kolonii żałowałem, że nie siedziałem tam cały tydzień, zamiast tułać się od miasta do miasta.

Kolonia nocna jest dużo gorsza i w tym jest już podobna do Duesseldorfu. To spory problem. Atmosferę miasta, w podobnym stopniu jak grajkowie, buduje życie w godzinach wieczornych. Uwielbiam miasta, które nie zasypiają, w których zawsze coś się dzieje, w których o każdej porze znajdzie się otwarte knajpy. Taki jest Kraków. Taki jest Berlin. W dziwny sposób dotychczas nie zauważałem, że takie nie są niemieckie miasta.

Podczas mieszkania we frankońskim Erlangen tego nie poczułem. Ale to było miasteczko studenckie, więc żyło – zwłaszcza nocą – bardziej niż Bangkok. W Berlinie tego nie poczułem, bo bez problemu przesiedziałem noc w otwartej 24-godzinnej knajpie. Ale to stolica. W Augsburgu poczułem, ale myślałem, że to wynik małomiasteczkowości Augsburga. A to nie tak. W piątek czy w sobotę w Augsburgu też tętni życie. Ale w tygodniu Niemcy pracują, więc knajpy nie pracują. Atmosferze w centrach nie sprzyja też wyprzedanie wielkich połaci przestrzeni pod sklepy globalnych marek. Dlatego w godzinach otwarcia sklepów centra tętnią życiem, ale o 21 się wyludniają. Koło północy otwartą knajpę w Kolonii trudno znaleźć, a w ciągu 20-minutowej przechadzki przez centrum spotkałem dokładnie… siedem osób. Kilka godzin wcześniej były ich tam tysiące.

 Po zmroku, nie sprawia już Kolonia tak dobrego wrażenia.

 W Kolonii w ogóle by mnie nie było, gdyby nie to, że przespać noc w Leverkusen jest niemal niemożliwością. Leverkusen leży mniej więcej w połowie drogi między Kolonią a Duesseldorfem. Ciężko uwierzyć, że miejscowość, o której tyle się mówi co weekend na całym świecie, jest taką dziurą.

 Przejść całe Leverkusen zdążysz zanim powiesz „placek z jagodami”. Stacja kolejowa, sklepy, kiermasz bożonarodzeniowy, ze trzy kawiarnie, stadion, fabryka Bayera, kopcące kominy. Koniec miasta. Jeśli ktoś nie wierzy, jaką futbol ma moc promocyjną, niech spojrzy na Leverkusen. Bez klubu nie byłoby żadnego powodu, by kiedykolwiek wymienić nazwę tego miasta, ewentualnie raz za czas kwartalnikach farmaceutycznych.

leverkusenkominy

Leverkusen to zresztą wyjątkowy przypadek, w którym klub jest starszy od miasta, z którego pochodzi. W XIX wieku Leverkusen nie było wioską. W ogóle go nie było. Było polami między Kolonią a Duesseldorfem. Chemik Carl Leverkus zbudował na tych polach swoje zakłady chemiczne. Początkiem XX wieku, korzystając z bliskości zakładów, obok wybudowała się firma Bayer. W 1904 jeden z jej pracowników poprosił kierownictwo o możliwość założenia klubu piłkarskiego, w którym pracownicy mogliby grać po godzinach. Miasto Leverkusen powstało dopiero ponad 20 lat później.

bayarena

 Nie ma wątpliwości, że jedyne warte odwiedzenie miejsce w Leverkusen to BayArena. Trzeba przyznać, że jest dopieszczona. Nowoczesna, wydaje się większa niż jest w rzeczywistości (30-tysięcy miejsc), zadbana i ładnie podświetlona. Można by ją jednak uznać za obiekt bez duszy. Ot, nowoczesny stadion, dużo świateł, ale nic wyjątkowego. Podobnie jak można by uznać Bayer za klub bez duszy. Kibiców w mieście spotyka się mało, na co dzień Bayer, mimo dobrych wyników, ma problem z zapełnieniem trybun, jeśli chodzi o oglądalność w telewizji też wypada kiepsko. Mimo gry w Bundeslidze od 30 lat, nadal jest uważany za trochę sztuczny twór, którego sztuczność tylko trochę umniejsza obecność tworów jeszcze sztuczniejszych jak Wolfsburg, Hoffenheim czy RB Lipsk. Dowód na to, że Bayer nie jest postrzegany całkiem jak inne kluby, mieliśmy niedawno, gdy FC St. Pauli wystąpiło do ligi, by dla zakładowych klubów (notabene, w Niemczech Bayer nazywa się właśnie klubem zakładowym – „Werkself”, a nie „Aptekarzami” – jak w Polsce) ustalić osobne reguły rozdziału telewizyjnych pieniędzy. W większości Niemiec Bayer jest po prostu obojętny. Nie wywołuje emocji.

Jest jednak coś, co sprawia, że Bayer Leverkusen jest charakterystyczny, że z czymś się jednak kojarzy. To ta nieuchronna tragedia, która zawsze na niego spada. Pod tym względem jest podobny do Borussii Moenchengladbach lat 70. I to dodaje mu uroku.

Wszyscy na stadionie emocjonują się pasjonującą walką z Barceloną, ani przez moment nie łudząc się, że się uda. Po nieszczęśliwym odpadnięciu, nie są załamani. Są przyzwyczajeni. Bayer Leverkusen z każdym meczem coraz bardziej pracuje na umocnienie przezwisk „Vicekusen” i „Neverkusen”, które ukuto właśnie z powodu niemożności klubu do wygrania czegokolwiek, mimo że zawsze jest blisko. Mecz z Barceloną to historia klubu opowiedziana w 90 minut. Świetna gra, porywające ataki, mnóstwo zmarnowanych szans, jeszcze więcej pecha. I nieszczęśliwe zakończenie.

 Kilka lat temu Bayer zastrzegł prawnie nazwy „Vicekusen” i „Neverkusen” niejako je uznając, choć przecież pierwotnie powstały jako określenia pejoratywne. Żaden klub nie chce się kojarzyć z tym, że jest wiecznie drugi. Ale Bayer przede wszystkim chce się kojarzyć. Chce wywoływać emocje, chce być jakiś, chce przestać być klubem bez duszy z miasta bez wyrazu. Pod tym względem remis taki jak z Barceloną, „honorowa”, idealnie wpasowuje się w wizerunek klubu. A ludzie kochają bohaterów, którym nie wychodzi, ale przynajmniej próbowali. W tym nadzieja Bayeru.

Czy warto strzelać do Guardioli

pep

Pisanie o Pepie Guardioli w takich okolicznościach wpędza mnie w pewną niezręczność. Z jednej strony, futbolu proponowanego przez tego trenera zwyczajnie nie lubię. Większość meczów jego drużyn zwyczajnie mi się nie podoba. Mój futbol, to szybkie kontrataki. Im szybsze, tym lepiej. Wściekły pressing, ale po to, by jak najszybciej dostać się w pole karne. Czyli Borussia Dortmund z najlepszych czasów albo Bayern z ostatniego sezonu Heynckesa. Z drugiej, jest jednak różnica pomiędzy wrażeniami estetycznymi, a suchymi faktami.

Sprawdza się to, co pisałem dwa i pół roku temu, gdy ogłoszono, że Guardiola zastąpi Heynckesa. Wtedy komentowano tę decyzję zwykle w duchu „poszedł na łatwiznę, bo wziął samograj”. Okazało się przeciwnie. Wziął najtrudniejsze, co tylko można było. Heynckesowi zostało zapomniane, że w przedostatnim sezonie nie wygrał nic. Po sezonie, w którym wygrał wszystko, odszedł i zostawił pomnik. Gdyby pociągnął jeszcze rok, zostawiłby na nim sporą rysę, to pewne. Na absolutnie najwyższym poziomie nikt nie wytrzymuje dwóch lat z rzędu, co potwierdza fakt, że nikt nigdy nie obronił trofeum w Lidze Mistrzów. Heynckes odszedł więc w doskonałym momencie i to być może osiągnięcie większe niż potrójna korona 2013.

Od lat wychodzę z założenia, że w Lidze Mistrzów można coś przewidzieć do poziomu półfinałów. Tam zwykle dochodzą absolutnie najlepsze drużyny sezonu, te, które przerastają wszystkie inne o głowę. Później decydują już detale. Ktoś jest akurat bardziej rozpędzony, ktoś się poślizgnie, ktoś ma więcej szczęścia, albo mniej kontuzji. Dlatego dla największych klubów minimum przyzwoitości to powinien być awans do półfinału, a tam może się zdarzyć wszystko.

Jasne, żyjemy w świecie klubów, które muszą być „naj”. Sęk w tym, że tych „naj” klubów jest kilka, a puchar jeden. Dochodzimy więc do paranoi, w której trener, który akurat przegrał w półfinale czy w finale musi się gęsto tłumaczyć. Prasa huczy o tym, że jeśli Carlo Ancelotti nie wygra Ligi Mistrzów, pożegna się z posadą trenera Realu Madryt, choć jako jedyny od dekady zdołał sobie z tą drużyną poradzić. Pep Guardiola ma absolutnie przekichane, bo dwa razy z rzędu przegrał w półfinale. Na tym polega okrucieństwo czołówki futbolu, że zderzają się naprawdę najlepsi. Przegranie z najlepszym nie powinno oznaczać, że jest się automatycznie beznadziejnym, ale niestety dla wielu oznacza.

Rok temu, owszem, Bayern został zdemolowany. Haniebnie wysoko. Wpadł na rozpędzony Real Madryt, ale rozmiary porażki rzeczywiście mogły szokować. Teraz odpadnie z Barceloną, ale okoliczności łagodzące są tak łagodzące, że naprawdę trudno mi odsądzać Guardiolę od czci i wiary. Jeśli mówimy o trzech wielkich, niesamowicie silnych klubach, jak Real Madryt, Barcelona i Bayern, nieobecność niezwykle ważnych graczy staje się kluczowa. Real raczej nie postawiłby się Bayernowi w najsilniejszym składzie, gdyby musiał grać bez Ronaldo, Bale’a i do tego Ramosa. Barcelona bez Messiego, Suareza i Pique też prawdopodobnie nie wygrałaby 3:0. Jeśli ktoś chce budować klub rozsądnie, nie może powiedzieć trenerowi: Liga Mistrzów albo śmierć, jeśli o wygranej bądź przegranej decydują czasem rzeczy mikroskopijne. Nie można przyjmować, że „ten jest ostatni, który nie pierwszy”. Okoliczności trzeba brać pod uwagę.

Guardiola drugi rok z rzędu pozostanie królem niemieckiego podwórka, a i to nie do końca, bo z półfinału Pucharu Niemiec ośmielił się odpaść z Borussią Dortmund, w meczu, który był całkowitym potwierdzeniem przypadkowości futbolu. Jeszcze nigdy Juergen Klopp nie ograł Bayernu, mając do dyspozycji tak słabo dysponowaną drużynę.

Daliśmy sobie w ostatnich latach wmówić, że wygranie Bundesligi to dla Bayernu pestka, oczywistość, jak splunięcie. Tymczasem nie chcemy zauważać, że raptem czwarty raz w historii Bayern zdobył trzy mistrzostwa z rzędu, a ostatni raz udało mu się to jeszcze w zeszłym stuleciu. Nie chcemy zauważać, że jeszcze nigdy w dwóch kolejnych latach, Bayern nie odstawił Bundesligi o tyle długości. Bayern zawsze skupował najlepszych niemieckich piłkarzy, przynajmniej od otwarcia stadionu olimpijskiego w latach 70. był zdecydowanie bogatszy niż wszystkie niemieckie kluby, a dopiero pod wodzą Guardioli wziął całe Niemcy, przepraszam za wyrażenie, za mordę. Wcześniej zdarzało się, że Bayern odskoczył w jednym sezonie, czasem nawet na 25 punktów, ale na przestrzeni dwóch sezonów, zawsze można było chociaż z nim rywalizować.

Wcześniej zawsze mogło się zdarzyć, że Bayern potknie się w 2. rundzie Pucharu Niemiec na jakiejś Alemannii Aachen czy Magdeburgu. Że zleje go przynajmniej parę razy w sezonie jakieś Mainz czy Freiburg. Dziś Bayern, jeśli przegrywa, to tylko w wyjątkowych okolicznościach i tylko ze ścisłą czołówką. Guardiola nie daje póki co klubowi pięknych wyskoków, takich, jakie miały miejsce w ostatnim roku Heynckesa czy pierwszych latach Hitzfelda. Daje za to doskonałą niemal regularność. Sami zobaczcie. Oto dorobek Bayernu z ostatnich 23 sezonów, czyli piłkarskiej nowożytności. Od powstania Ligi Mistrzów:

guardiola

Widzimy wyraźnie, że w erze nowożytnej tylko trzem trenerom udało się z Bayernem dwa razy z rzędu awansować do półfinału Ligi Mistrzów – Heynckesowi, Guardioli i Hitzfeldowi jeszcze w XX wieku. Tyle, że Hitzfeldowi zdarzało się też odpaść w fazie grupowej. Dopiero dwaj ostatni trenerzy Bayernu dali temu klubowi regularność na najwyższym europejskim poziomie. Wcześniej Bayern w czołówce bywał, teraz w tej czołówce jest.

Bundesligę Guardiola wygrywał w tym okresie dwa razy z rzędu jako jedyny obok Hitzfelda i Magatha. Tyle, że robi to z przewagą, o jakiej tamci dwaj mogą tylko pomarzyć. Poza tym, Hitzfeldowi oprócz mistrzostw zdarzało się też zajmować czwarte miejsce i w ogóle nie awansować do Ligi Mistrzów, co dziś wydaje nam się nierealne, a przecież działo się nie tak dawno.

Odpadnięcie w półfinale Pucharu Niemiec też nie jawi się w tej tabelce jako straszliwe faux pas. Dwa razy z rzędu to trofeum w ostatnim ćwierćwieczu wygrał dla Bayernu tylko Magath.

Jeśli spojrzymy na średnią ważoną trofeów, jakie trenerzy dawali Bayernowi w nowożytności, najlepsi okazują się Magath i Heynckes. Tyle że to Magatha, a nie Guardiolę można nazwać królem własnego podwórka, bo jego Bayern w Lidze Mistrzów wiele nie zdziałał, a Heynckes cały swój dorobek zawdzięcza genialnemu, ale jednemu sezonowi, bo w pierwszym przegrał wszystko. Guardiola, ze średnią 2,5 na sezon, jest na równi z Hitzfeldem. Wahania formy z sezonu na sezon są jednak u jego drużyn mniejsze niż u Szwajcara.

Oczywiście, Bayern nie wziął trenera z najwyższej światowej półki po to, by nosił stylowe koszule i miał porównywalne wyniki do poprzedników, ale po to, by zdecydowanie ich przerósł. Czy to się jednak komuś podoba czy nie, pod Guardiolą Bayern przeżywa jeden z najlepszych okresów w swojej najnowszej historii. Suma talentów w zeszłorocznym Realu i tegorocznej Barcelonie jest jednak wyższa niż w dzisiejszym Bayernie. Władze klubu mogą oczywiście posłuchać głosów z internetowych forum i Guardiolę wyrzucić, ale może jednak sensowniej byłoby, widząc, że drużyna może nie milowymi krokami, jednak idzie do przodu, pozwolić mu dalej pracować i sprawić w letnim okienku transferowym, że wypadnięcie Robbena nie będzie dla Bayernu oznaczało końca sezonu?

Guardiola oczywiście święty nie jest i wiele błędów popełnił. Ale futbol nie jest zero-jedynkowy. Czy jesteście absolutnie przekonani, że z innym trenerem tegoroczny Bayern rozbiłby Barcelonę na Camp Nou? I nie mówcie, że Heynckes wygrał z Barceloną dwumecz 7:0. Ówczesna i dzisiejsza Barcelona to jak ówczesna i dzisiejsza Borussia Dortmund.

Piszczek, Immobile i Son. Niemcy trzymają się mocno

Borussia Dortmund w Bundeslidze: jak by nie grała i tak przegrywa. Borussia Dortmund w Lidze Mistrzów: jak by nie grała i tak wygrywa. Przeciwko Galatasaray Stambuł dortmundczycy nie pokazali nic wielkiego i ot tak sobie strzelili jakoś tam jednak renomowanej drużynie cztery gole. Jak gdyby nigdy nic, awansowali do kolejnej fazy w najszybszym możliwym trybie, stracili jedną nędzną bramkę, by wygrać grupę wystarczy im remis na Emirates w następnej kolejce. W takim wypadku na zakończenie fazy grupowej przeciwko Anderlechtowi będzie można wystawić zawodników III-ligowych rezerw. Sam dziś byłem zaskoczony, jak druga drużyna jest spójna z pierwszą – obie zajmują przedostatnie miejsca w swoich ligach.

Nie tak dawno, pamiętam, rewelacyjna w lidze niemieckiej Borussia nie radziła sobie w Lidze Europy, a potem w Lidze Mistrzów. Mówiło się, że musi nabrać doświadczenia, żeby radzić sobie w Europie. Teraz nabrała takiego, że przechodzi przez fazę grupową jak rutyniarz, suchą stopą i bez wysiłku. Musi teraz nabrać doświadczenia, żeby radzić sobie w Bundeslidze.

Mecz z Galatasaray, choć nudny i senny, parę rzeczy jednak pokazał. Na przykład, że skandalicznie niesprawiedliwie traktuje się u nas Łukasza Piszczka. Zajmujemy się ostatnio głównie wypominaniem mu błędów w defensywie, Wojciech Kowalczyk mówi wręcz, że już się Piszczek specjalnie nie nadaje do kadry, parę przyzwoitych meczów Olkowskiego w Koeln sprawia, że niektórzy już widzą go na miejscu kolegi z Dortmundu. Hola, hola. Genialna asysta Piszczka przy golu Reusa była jego SIÓDMĄ w piętnastym meczu tego sezonu. To wynik rewelacyjny, zwłaszcza dla bocznego obrońcy. Tą dzisiejszą asystą ujął mnie wyjątkowo, bo nie było to – jak zwykle – cudowne dośrodkowanie na czubek nosa, ale tym razem prostopadłe podanie a’la Miralem Pjanić czy Mirosław Szymkowiak. Szymkowiakowy szacuneczek.

Drugą osobą, która mnie ujęła, był – nie uwierzycie – Ciro Immobile. Facet dziś po wejściu z ławki co dotknął, zamieniał w złoto. Gdyby Muslera się nie potknął, gola by nie było, zgoda, ale Immobile zachował się jak prawdziwy lis. Jak Pippo Inzaghi z najlepszych czasów. Chwilę później pokazał jednak przy tym niebywałą kreatywność, o którą bym Inzaghiego nie posądzał. Podanie do Aubameyanga po ziemi było wymuskane, idealne. To, że Pierre-Emerick zrobił z nim to, co zwykł czynić, nie jest Włocha winą. A czwarty gol – samobój, też był główną zasługą Immobilego. Facet strzelił już parę goli w Niemczech, ale wreszcie pokazał też jakąś grę wewnątrz drużyny. To dobrze, bo nie przekonuje mnie Borussia z fałszywą dziewiątką Reusem.

Dobre wieści przyszły dziś też z frontu wschodniego, choć długo się na to nie zanosiło, bo Leverkusen męczyło się niemiłosiernie z Zenitem. Znowu proste błędy w obronie, znowu niemrawy atak, znowu Bernd Leno bohaterem. Po przerwie jednak Bayer jak rutynowany bokser. Pierwsza bramka – majstersztyk pod wieloma względami. Po pierwsze, sposób rozegrania rzutu wolnego ewidentnie ćwiczony. Czyli żywy dowód na działanie trenera. Po drugie, sposób wykonania rzutu wolnego absolutnie genialny. Można wyćwiczyć, że ten biegnie tu, a tamten tam, ale nie można zaplanować, że Son tak idealnie zakręci piłką.

Drugi gol, też piękna kontra, pełen spokój Sona. Dobrze, że w Leverkusen wreszcie mają się na kogo rozkładać bramki. Do tego stopnia, że Kiessling już chyba nie pamięta, kiedy strzelił ostatnią. Bayer był dziś mniej szalony, bardziej rozważny i to dobrze. Rozważny Bayer ugra w tym sezonie więcej niż szalony Bayer. Choć w końcówce, po pięknym golu Zenita, zrobiło się groźnie. Nie raz już w tym sezonie Leverkusen w takich okolicznościach traciło punkty. Teraz nie straciło i za to brawa. Jest pierwsza pozycja i spora szansa na wygranie grupy. Czyli jest nadzieja na dłuższą grę w Lidze Mistrzów niż rok temu.

I tylko o Calhanoglu mam do Schmidta lekki żal. Ostatnio zaczął go wystawiać jako szóstkę, pomocnika jednak bardziej defensywnego. Radzi sobie przyzwoicie, bo to dobry piłkarz. Ale żałuję. Bo jakoś Turek to dla mnie zawodnik, który najpełniej rozkwita w ofensywie. Nie ma jednak większych powodów do narzekań. Bundesliga znów dość gładko przeszła przez mecze w Europie, potwierdziła, że jest silna. To już osiem zwycięstw z rzędu niemieckich drużyn w europejskich pucharach. Biorą bundesligowicze Europę szturmem.

Ten walkower wyjdzie Legii na dobre

legia

20 października 1971 Borussia Mönchengladbach rozgromiła w drugiej rundzie Pucharu Mistrzów Inter Mediolan 7:1. W rewanżu przegrała jedynie 2:4, a jednak do następnej rundy przeszli Włosi. W 27. minucie pierwszego meczu jeden z Włochów miał zostać trafiony w gardło pustą puszką. Mecz powtórzono i zakończył się bezbramkowym remisem. Do dziś uchodzi za jeden z najbardziej legendarnych w historii niemieckiej piłki.

Większość ludzi, która była świadkami tego incydentu przyrzeka, że Boninsegna udawał, a raport Czerwonego Krzyża twierdził, że na ciele piłkarza nie można się dopatrzeć żadnego śladu. Max Merkel, austriacki trener, później napisał: „Leżąc na ziemi, uciął sobie pogawędkę ze swoimi kolegami, mówił im, by skarżyli się u sędziego. Od tamtego dnia wiem, że w futbolu leżący na ziemi Włoch jest często bardziej niebezpieczny od tego stojącego” - pisał Ulrich Hesse w książce „Tor”.

Najlepiej zapamiętujemy tych, którym się nie udało. Gladbach, które rozgromiwszy 7:1 Inter, nie przeszło dalej. Węgierską Złotą Jedenastkę, która nie zdobyła mistrzostwa świata. Brazylię 1950 i 1982. Czy Holandię, która nigdy nie wygrywa niczego (wyjąwszy 1988), a rozkochuje w sobie tłumy. Za wygrane wręczają pieniądze i puchary, za przegrane nagrodą – lub czasem karą – jest pamięć.

Dlatego przełknąwszy już wszystkie rozczarowania, smutki i żale. Może Legia źle nie wyjdzie na tym walkowerze? Może to początek jakiejś legendy? Tegoroczne odpadnięcie jest dramatem wielu ludzi, ale paradoksalnie klubowi może to pomóc. Dla kilku osób w Polsce Legia zyskała ludzkie oblicze. A o ile piękniej będzie smakował awans do Ligi Mistrzów, gdy się wspomni ile przeciwności, trzeba było pokonać.

Bo Legia kiedyś do tej Ligi Mistrzów wejść musi. Postawiła stadion, zbudowała drużynę, ma piłkarzy, kibiców, ma pieniądze i ma trenera. Może teraz będzie mieć też kierownika  drużyny. To kwestia czasu. A jeśli się mimo to nie uda? Przejdzie do historii jako mistrz, którego niesprawiedliwość pozbawiła wielkiej szansy. Niechby się Legia wyrżnęła w ostatniej rundzie na jakimś Mariborze (to takie niemożliwe?) i nie miałaby ani Ligi Mistrzów, ani pomnika drużyny pięknej acz niespełnionej. A tak chociaż niechcący zbudowała pomnik.