Dlaczego nie traktuję Lechii Gdańsk jako poważnego kandydata do mistrzostwa

lechia

Fot. Wikimedia Commons

Obejrzawszy jak Wisła Kraków zlała w sobotę Lechię Gdańsk, zwierzyłem się na Twitterze, że takie właśnie mecze sprawiają, że nie traktuję Lechii jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Wywołałem oburzenie, którego skali się nie spodziewałem. Będąc na co dzień z dala od Gdańska, nie odnotowałem, jaka musiała tam nastąpić eskalacja przekonania o wielkości Lechii. Traktowanie jej w walce o mistrzostwo Polski z przymrużeniem oka zostało odebrane jako zbrodnia, co skłoniło mnie do gruntownego zastanowienia się, jakie mam podstawy, by tak sądzić i czy przypadkiem gdańszczan nie krzywdzę.

Zachwiana równowaga 

 Na pewno mamy do czynienia z ciekawą drużyną, mającą mądrego trenera i dobrych piłkarzy, zwłaszcza w ofensywie. Natomiast oglądając ją od blisko roku – pod wodzą Piotra Nowaka – mam wrażenie, że to zespół grający dość mocno naiwnie. Doceniam, że Lechia gra już rozważniej w obronie niż na wiosnę, niemniej dalej akcenty wydają się bardzo zachwiane na rzecz formacji ofensywnych. Z przodu Lechia ma na tyle dobrych – na polskie warunki – piłkarzy, by regularnie okładać słabszych od siebie, natomiast dla mądrego trenera, to może być rywal stosunkowo łatwy do skontrowania, co skutecznie pokazały m.in. Bruk-Bet Termalica Nieciecza i ostatnio Wisła. Jest więcej niż pewne, że coraz więcej drużyn będzie szło tą drogą. I nie są bez szans powodzenia, bo umiejętności  indywidualne akurat obrońców Lechii nie powalają na kolana. Do tego dochodzi kwestia  bramkarza. Drużyna, która sięgała po mistrzostwo, praktycznie zawsze miała przynajmniej solidnego bramkarza. Vanja Milinković-Savić bywa spektakularny, ale solidnym trudno go nazwać.  Mecz z Legią Warszawa pokazał natomiast, że potencjał ofensywny Lechii wcale nie jest tak mocny, by stłamsić innego silnego rywala. Pokazał też, że Lechia nie ma planu B. Jeśli nie zmiażdży rywala siłą ofensywy, niczego innego nie jest na dziś w stanie wymyślić.

To pretendent udowadnia siłę

 W kierowanych do mnie zarzutach padało często pytanie czy inne drużyny w ekstraklasie nie rozegrały w tym sezonie słabego meczu, który by je dyskwalifkował. Oczywiście, Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie całe mnóstwo słabych spotkań. Jednak to Lechia jest tutaj pretendentem do tytułu. A to pretendent do tytułu musi udowodnić, że jest dość silny, by móc podejrzewać go o szansę na zbicie mistrza. Legia tytułu broni. Jej siła jest już więc sprawdzona i potwierdzona. Jeśli Lechia ma być traktowana jako poważny kandydat do mistrzostwa, musi przekonać większość osób, że jest silniejsza od Legii.

Przeciętna gra z czołówką

 Jedną z podstaw mojego braku pełnego przekonania, co do siły Lechii, jest fakt, że gdańszczanie nie rozegrali jeszcze naprawdę wielkiego meczu, przeciwko wielkiemu rywalowi. Zapomnijcie o bajkach, że mistrzostwo zdobywa się w meczach z Górnikiem Łęczna, a nie z Legią. Nie w Polsce, nie w systemie ESA 37. W Polsce mistrzostwo zdobywa się w bezpośrednich starciach z innymi rywalami należącymi do szerokiej czołówki. Dlatego umiejętność rozbijania innych kandydatów do tytułu, byłaby dla przyszłego mistrza pożądana. Lechia bezdyskusyjnie poległa z Legią, w dwumeczu ma gorszy bilans od Wisły, nie dała rady Niecieczy. Ograła wprawdzie Lecha, lecz na tyle szczęśliwie, że nie rozwiała moich wszelkich wątpliwości, czy byłaby w stanie to powtórzyć. Trzynaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe z rywalami z czołowej ósemki to wynik niezły, ale nie powalający. Gdyby Lechia w fazie finałowej, tak, jak w fazie zasadniczej, przegrała trzy mecze z rywalami z czołówki, raczej nie zdobyłaby mistrzostwa.

Szczęście (na razie) sprzyja Lechii

 Tyle o odczuciach. Obiektywne, choć nie idealne, wskaźniki mierzące wpływ szczęścia na wyniki w futbolu wskazują, że Lechia jest drużyną ekstraklasy, która najbardziej w tym sezonie skorzystała na szczęściu. A szczęście, wbrew bzdurnemu powiedzonku, nie sprzyja lepszym. Nie sprzyja nikomu. Jest szczęściem, czyli na dłuższą metę zwykle się wyrównuje.

Nie spełnia kryteriów 

 W poprzednich trzech latach, czyli odkąd wprowadzono system ESA 37, mistrz Polski zawsze miał: najmniej straconych goli, najwięcej strzelonych, najmniej porażek w całym sezonie i najwięcej punktów na wyjazdach. Każdy mistrz od momentu wprowadzenia tego systemu spełniał każdy z tych warunków. Oczywiście, próbka jest dopiero trzyletnia, ale już coś mówi. Aktualnie Lechia traci więcej goli od Jagiellonii, Legii, Lecha i Zagłębia, strzela mniej goli od Jagiellonii, Legii, Pogoni i Wisły Kraków i na wyjazdach punktuje gorzej od Jagiellonii, Zagłębia, Legii, Bruk-Betu i Śląska. Nawet jeśli razem z Jagiellonią ma na koncie najmniej porażek w lidze, nie wygląda na przyszłego mistrza. Biorąc pod uwagę te kryteria, spełnia je póki co tylko… Jagiellonia.

Pod każdym względem gorsza od Piasta 2015

 Przed rokiem pisałem podobny tekst, o tym dlaczego traktuję Piasta Gliwice jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Piast ostatecznie mistrzostwa nie zdobył, natomiast miał na nie szanse do ostatniej kolejki, co oznacza, że był poważnym pretendentem. Gdyby porównać dzisiejszą Lechię, do zeszłorocznego Piasta:

  • Piast miał od niej cztery punkty więcej;
  • Zajmował pierwsze miejsce, a nie drugie;
  • miał siedem punktów przewagi nad wiceliderem, zamiast straty gorszym bilansem bramkowym;
  • wygrał trzynaście meczów, a nie jedenaście;
  • strzelił 34 gole, a nie 28;
  • zdobył u siebie 88% możliwych punktów, a nie 81%;
  • zdobył na wyjazdach 67% możliwych punktów, a nie 52%

 W praktycznie każdym kryterium, traktowany mało poważnie Piast, był lepszy od dzisiejszej Lechii. Oczywiście nie jest wykluczone, że Lechia się rozwinie, że Piotr Nowak znajdzie sposób, by poprawić skuteczność, by drużyna lepiej broniła, by lepiej grała na wyjazdach, a w zimie ściągnie kilku dobrych obrońców i bramkarza, co sprawi, że drużyna znajdzie równowagę. W ten sposób patrząc, jeśli Lechia poprawi się w wielu aspektach, może oczywiście zdobyć mistrzostwo Polski. Wtedy zacznę ją traktować jako poważnego kandydata do tytulu. Jeśli się nie poprawi, może oczywiście zająć jedno z czołowych miejsc, natomiast dziś jest wiele przesłanek, by sądzić, że raczej nie pierwsze. Mam nadzieję, że co mniej zacietrzewieni gdańszczanie zrozumieją teraz, co miałem na myśli. Bo ta drużyna, choć obiecująca, to nie jest znowu taki cud.

Jak nie zmarnować Ligi Mistrzów

 legiaflickr.com

Jak awans polskiej drużyny do Ligi Mistrzów wpłynie na ekstraklasę? Przez lata rozmawialiśmy o tym czysto teoretycznie, teraz to realne pytanie. Rok w rok twierdzono, że kto pierwszy przebrnie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ten odstawi polską ligę o lata świetlne. Powtarzano to tak często, że wielu zaczęło wierzyć. W ostatnich tygodniach media zaczęły ten mit odkręcać, podając przykłady drużyn, które grały w Lidze Mistrzów, a chwilę później wpadały w poważne tarapaty – FC Thun, Artmedia Petrżałka czy Boavista Porto. To ciekawe przykłady, ale wnoszą do sytuacji polskiej stosunkowo niewiele, bo przed albo po tych drużynach, wchodziły do Ligi Mistrzów inne kluby z tych krajów. Niwelowała się więc ich przewaga nad resztą stawki. FC Thun nie mógł wielce zdominować ligi szwajcarskiej dzięki pieniądzom z Ligi Mistrzów, bo na przestrzeni kilku lat grały w elicie także Grasshoppers Zurych, FC Zurich czy FC Basel. Artmedię poprzedziło MFK Koszyce, a kilka lat po niej nastąpiła MSK Żylina. Boavista Porto to już zupełnie nietrafiona analogia, bo przecież przy Porto, Sportingu i Benfice, Boavista nawet w sezonie, gdy grała w Lidze Mistrzów, była biedakiem. Te przykłady coś mówią, ale nie tyle, ile by mogły.

By szukać analogii do ekstraklasy, trzeba byłoby znaleźć przypadki podobne do polskiego. A więc ligi, których tylko jeden przedstawiciel, tylko raz, dostał się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Lata posuchy – jeden awans, zgarnięcie pieniędzy i nie wiadomo, co dalej. Niewykluczone, że Legia zacznie grać w Lidze Mistrzów regularnie, niewykluczone, że wkrótce awansuje do niej inny polski klub. Na razie zakładamy, że to jednorazowy wybryk.

Nie jest łatwo znaleźć w Europie podobne przypadki. Na najbardziej zbliżony wygląda przykład węgierski. W sezonie 2009/2010, po raz pierwszy w XXI wieku, do Ligi Mistrzów zakwalifikował się klub z tego kraju – Debreceni VSC. Zgodnie z teorią o zależności jednorazowego awansu do Ligi Mistrzów i dominacji w kraju, Debreczyn powinien był do dziś niepodzielnie panować w biednej lidze węgierskiej. Minęło już od tego czasu siedem sezonów. To wystarczająco długi okres, żeby zobaczyć, na ile Debreczyn potrafił wykorzystać awans:

W sezonie awansu: mistrzostwo

rok później: 5. miejsce

dwa lata później: mistrzostwo

trzy lata później: 6. miejsce

cztery lata później: mistrzostwo

pięć lat później: 4. miejsce

sześć lat później: 3. miejsce

 W siedem sezonów, które upłynęło od gry w Lidze Mistrzów, Debreczyn trzy razy wygrał ligę węgierską. To dużo, ale trudno mówić o dominacji nad Videotonem Fehervar, Ferencvarosem, Gyori ETO czy Paksi, które o milionach z UEFA mogły pomarzyć.

 Podobnie było z Mariborem. Tu mamy krótszy okres analizy. Niemniej, w sezonie awansu do elity Maribor został mistrzem Słowenii, ale już rok później przegrał z Olimpią Lublana. Potrzeba jeszcze czasu, by ocenić, jak ułoży się sytuacja w Kazachstanie. FK Astana grał w Lidze Mistrzów przed rokiem. W tym roku idzie pewnie po mistrzostwo. Ale to jeszcze niczego nie dowodzi, bo na przykładach Debreczyna i Mariboru widać, że w sezonie awansu do Ligi Mistrzów drużyny zwykle wygrywały ligę krajową. Problemy zaczynały się od drugiego sezonu.

 Jest jeszcze kilka przykładów zbliżonych do Polski, choć nie identycznych. Chodzi o ligi, które w XXI wieku miały tylko jednego przedstawiciela w Lidze Mistrzów, ale za to kilkakrotnie. To Norwegia z Rosenborgiem Trondheim, Serbia z Partizanem, Białoruś z BATE Borysów, Szwecja z Malmoe FF i Chorwacja z Dinamem Zagrzeb. W ciągu dziewięciu sezonów od ostatniego awansu do Ligi Mistrzów, Rosenborg trzy razy był mistrzem Norwegii. Żadnej dominacji nad Brann Bergen czy Stabaekiem nie widać. Partizan w ciągu sześciu sezonów, dwa razy przegrywał z Crveną Zvezdą. Znowu – to nie jest dominacja, tylko normalne, odwieczne serbskie realia. Malmoe w roku pierwszego awansu, wygrało ligę szwedzką, ale w roku drugiego już piąte miejsce. O prawdziwych dominacjach, absolutnym monopolu na wygrywanie, można mówić tylko w dwóch przypadkach – Dinama Zagrzeb, wygrywającego ligę chorwacką jedenaście (!) razy z rzędu i BATE Borysów, rządzącego na Białorusi nieprzerwanie od dziesięciu lat. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że pierwsze w XXI wieku awanse tych klubów do Ligi Mistrzów przypadały na środek krajowej dominacji. Awans do Ligi Mistrzów nie rozpoczynał rządów, tylko był ich potwierdzeniem. Bardzo prawdopodobne, że bez gry w elicie oba kluby i tak byłyby najsilniejsze w swoich krajach.

 A byłyby najsilniejsze, bo jako jedyne tak mocno postawiły na szkolenie i akademie. Dinamo Zagrzeb raz do Ligi Mistrzów wchodzi, innym razem nie. To bonusy. Klub utrzymuje się jednak przede wszystkim ze sprzedaży swoich perełek na Zachód, za olbrzymie pieniądze. 23 miliony euro za Marko Pjacę do Juventusu, 21 milionów euro za Lukę Modricia do Tottenhamu, 13,5 miliona za Eduardo do Arsenalu, 13 milonów za Vedrana Corlukę do Manchesteru City, 11 milionów za Mateo Kovacicia do Interu Mediolan, itd. W ostatnich dziesięciu latach Dinamo zarobiło na transferach około 180 milionów euro. To dużo więcej niż za regularne zbieranie batów w Lidze Mistrzów. To, a nie Liga Mistrzów, jest źródłem dominacji klubu z Zagrzebia. Choć Champions League niewątpliwie bardzo pomaga – po pierwsze, pozwala pokazywać największe talenty na najbardziej atrakcyjnych wybiegach, a po drugie pozwala inwestować w akademię i pozyskiwać największe talenty z innych bałkańskich klubów. Gdyby jednak Dinamo pierwszy awans do Ligi Mistrzów wykorzystało, by kupić kilku drogich emerytów z nazwiskami, pewnie nie miałoby tak imponujących przychodów z transferów.

 BATE również wybudowało najnowocześniejszą akademię na Białorusi, zbierającą największe talenty ze swojego kraju. Tutaj oczywiście przychody z transferów nie są aż tak imponujące, niemniej w Lidze Mistrzów grają regularnie, choć skład zawsze w zdecydowanej większości oparty jest na Białorusinach, narodzie przecież niespecjalnie liczącym się w piłce. BATE sprzedało w ostatniej dekadzie swoich zawodników za ponad 15 milionów euro, co nie rzuca na kolana, ale za to samo korzysta ze swojej akademii, zapewniając sobie dominację w kraju i od czasu do czasu, niezłe występy za granicą.

 Jednym z najciekawszych pytań, jakie pojawia się dziś w polskim futbolu, jest to jak Legia wykorzysta swój awans do Ligi Mistrzów. Inwestowanie w gotowych zawodników, „na już”, mijałoby się w tym momencie z celem. Obecnym składem Legia jest w stanie wygrać ekstraklasę, a choćby kupiła teraz najlepszych zawodników, na jakich ją aktualnie stać i tak niczego nie zmieni to w rywalizacji z wielokrotnie bogatszymi i lepszymi Sportingiem, Borussią Dortmund, o Realu nie wspominając. Moment trzeba byłoby wykorzystać najpełniej, jak się da – sprzedając 29-letniego Nemanję Nikolicia najdrożej jak to możliwe, umożliwiając odejście 29-letniemu Pazdanowi, z pokorą przyjąć baty w Lidze Mistrzów, a na koniec sezonu przeliczyć. Kilkanaście milionów euro z tytułu awansu do fazy grupowej, około dziesięciu milionów euro ze sprzedaży Ondreja Dudy, Pazdana i Nikolicia. Mając w rękach ponadprogramowe około 30 milionów euro można zbudować niezły, europejski klub, na solidnych podstawach.

 Przede wszystkim, zastanowić się nad strukturą składu, który niebezpiecznie zaczyna przypominać Wisłę Kraków Maaskanta – z tą różnicą, że Wisła nie przebiła się do Ligi Mistrzów. Pomijając Pazdana i Nikolicia, Legia nie bardzo ma już kogo sprzedać za ponad milion euro. Mających ponad lub blisko 30 lat Arkadiusza Malarza, Tomasza Jodłowca, Igora Lewczuka, Kaspra Hamalainena czy Tomasza Brzyskiego? Odrzuconych na Zachodzie – Thibaulta Moulina, Stevena Langila, Vadisa Odidję-Ofoego, Adama Hlouska? Z obecnej kadry, jakąkolwiek nadzieję na przyzwoite pieniądze dają jedynie Guilherme i – o zgrozo – Michał Kucharczyk. Reszty nie uda się drogo sprzedać nikomu, nawet Chińczykom.

 Legia ma teraz doskonałą okazję, by zainwestować jeszcze mocniej, w planowaną i tak, akademię. Rozwinąć skauting młodzieżowy, zmienić strukturę kadry. Działać jak, nie przymierzając, RB Lipsk – zbierać ciekawych zawodników od juniorów do 23. roku życia z tej części Europy. Sprawić, by dla zdolnego nastolatka było jasne, że droga do kariery wiedzie przez Legię, tak jak dla zdolnego Szwajcara wiedzie przez Bazyleę, dla zdolnego Białorusina przez BATE, a dla zdolnego Chorwata przez Dinamo Zagrzeb. By Robert Lewandowski czy Artjoms Rudnevs odchodzili do Bundesligi z Legii, a nie z Lecha, by Bartosz Kapustka czy Arkadiusz Milik, przed pójściem na Zachód widzieli korzyść w przejściu z Cracovii czy Górnika do Legii. Nie chodzi o to, by zapomnieć o aktualnych wynikach, ale o to, by ściągać i wychowywać na tyle dobrych, młodych piłkarzy, by móc jednocześnie wygrywać w lidze, grać w pucharach i zarabiać na transferach. Tak funkcjonują zdrowe kluby z drugiego szeregu. Miejsce polskiej ligi w europejskim łańcuchu pokarmowym jest takie, że nigdy nie będzie szansy zatrzymania najlepszych piłkarzy w Legii. Naturalne ma być, że kto się wybije, zostanie sprzedany. Legia nie zaczyna od zera, bo w ostatnich latach miała już wiele ciekawych, wielomilionowych transferów. Ale i tak jest dopiero na początku drogi.

Działając w ten sposób, Legia ma szansę zdominować polski rynek na lata. Wydając zarobione pieniądze na najlepszych aktualnie w polskiej lidze 29-latków, na podstarzałe odrzuty z poważnych lig i na odprawy dla zwalnianych co kilka miesięcy trenerów, za chwilę przegra mistrzostwo z jakimś Zagłębiem Lubin. Ten awans Legii do Ligi Mistrzów może mieć piękny walor edukacyjny w skali ogólnonarodowej. Wszystkim wydawało się, że gdy już ktoś przebije się z Polski do fazy grupowej, zrobi to po wielkiej ofensywie transferowej, w doskonałym stylu, wyważając bramę. Okazało się, że czasem ułańskie szarże znaczą mniej niż rzetelna, coroczna, solidna praca i ciułanie punktów do rankingu. Życzę Legii, żeby pieniądze z Ligi Mistrzów wydawała tak, jak do niej awansowała – mało spektakularnie. Sami w tym roku w Warszawie zobaczyli, że nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nagroda za lata rzetelnej pracy, krok po kroku.

Trzech piłkarzy z Bundesligi wzmocni Legię

Legia Warszawa zbroi się pod kątem mistrzostwa na stulecie klubu, a w dłuższej perspektywie także na Ligę Mistrzów. Wicemistrzowie Polski zostali królem zimowego polowania, ściągając trzech graczy, którzy jeszcze jesienią biegali po boiskach Bundesligi!

Wzmocnieniem ataku będzie 25-letni napastnik, który ma spore szanse pojechać z reprezentacją swojego kraju na Euro 2016. O miejsce w kadrze rywalizuje z Robertem Lewandowskim. Jesienią regularnie był podstawowym zawodnikiem swojego niemieckiego klubu. Rundę zaczął wprawdzie na ławce rezerwowych, bo klub sprowadził do ataku dwóch nowych zawodników, ale szybko nowy nabytek Legii wygrał z nimi rywalizację i miejsca w ataku nie oddał już do grudnia, kiedy musiał pauzować z powodu kontuzji. Nowy nabytek warszawian był najlepszym strzelcem swojego zespołu. W przeszłości grał z nim już w europejskich pucharach. Mimo młodego wieku ma już na koncie 111 występów w Bundeslidze. Dorobek 14 bramek może nie powala na kolana, ale biorąc pod uwagę, że w ekstraklasie dobrze sobie radzą nawet zawodnicy z III ligi hiszpańskiej, ktoś regularnie grający w Bundeslidze musi być wzmocnieniem.

O zabezpieczenie prawej obrony zadba 25-letni reprezentant swojego kraju, który niemal na pewno zagra w czerwcu na mistrzostwach Europy. Jesienią grał regularnie w podstawowym składzie swojego klubu, który był solidnym średniakiem Bundesligi. Furorę zrobił jednak zwłaszcza w pierwszym sezonie w lidze niemieckiej, gdy niespodziewanie pozbawił miejsca w składzie kapitana zespołu, który po roku rywalizacji z nowym nabytkiem Legii zdecydował się odejść, nie widząc dla siebie szans na regularną grę. Nowy prawy obrońca warszawskiego klubu dostał w Niemczech nowy kontrakt na zdecydowanie lepszych warunkach. Jego atutem jest świetne przygotowanie fizyczne. Równie dobrze co na obronie, radzi sobie także na prawej pomocy.

Największą słabość Legii, czyli miejsce na lewej obronie, rozwiąże inny zawodnik z Bundesligi. Nowy piłkarz warszawskiego klubu ma 28 lat, czyli jest w najlepszym wieku dla piłkarza. Jesienią pojawił się na boiskach Bundesligi tylko siedem razy, ale trzeba zaznaczyć, że grał w klubie walczącym o czołowe miejsca w lidze. W poprzednich latach nowy piłkarz warszawian grał ze swoim klubem w fazie pucharowej Ligi Mistrzów i był podstawowym zawodnikiem zespołu. Wcześniej przez lata występował w Werderze Brema, a jest wychowankiem znakomitej akademii Schalke 04. Grał też w reprezentacji swojego kraju na Euro 2012. 

Z takimi wzmocnieniami Legia pokazała siłę ligowym rywalom. Wygląda na to, że wiosną nie będzie na nią mocnych i mistrzostwo na stulecie stanie się faktem.*

Ci zawodnicy to Artur Sobiech, Paweł Olkowski i Sebastian Boenisch. Ale gdybym podał nazwiska, pewnie nie zrobiłoby to większego wrażenia, bo każdego z nich znacie, także, a może przede wszystkim z ich gorszych stron. Wiecie, że Artur Sobiech nie strzela goli, że Olkowski rzadko kiedy gra dobrze, a Boenisch od kontuzji odniesionej przed kilkoma laty właściwie nie zagrał dobrego meczu. Informacja o tym, że Sobiech, Olkowski i Boenisch przechodzą do Legii, pewnie nie wywołałaby większego entuzjazmu.

Adama Hlouska większość z gry nie kojarzy. Ocenia się go po CV, które wygląda całkiem nieźle. Oczywiście, w naszych warunkach nawet Hlousek, jeden ze słabszych piłkarzy Bundesligi, może się okazać wzmocnieniem. Tak jak mogliby się nimi okazać Olkowski, Boenisch, Sobiech, którzy jeśli chodzi o CV Czechowi, którego Legia pozyska nie ustępują.

W całym tym entuzjazmie towarzyszącym transferowi Czecha niektórzy zapomnieli, że w Bundeslidze też grywają piłkarze kiepscy i przeciętni. Że Erik Jendriszek sporo pograł w Niemczech, w Cracovii jest od roku i wciąż nie do końca wiadomo czy oceniać go pozytywnie czy negatywnie, ale na pewno gwiazdą nie został. Że Ebi Smolarek, który jeśli chodzi o CV przeważał nad wszystkimi Olkowskimi, Boenischami, Hlouskami i Jendriszkami, nie zbawił Polonii Warszawa i Jagiellonii. Że występy w Bundeslidze mają na koncie Jakub Świerczok, tułający się od Bydgoszczy po Łęczną czy Dragan Paljić czy Marco Reich, którzy kiedyś grali w Wiśle czy w Jagiellonii, ale nikt już o nich nie pamięta.

Być może Hlousek okaże się na polskie warunki wzmocnieniem. Ale na dziś jest zupełną niewiadomą. Może się równie dobrze obawiać niewypałem. Nie ma co się ekscytować samą bundesligową przeszłością.

*Na wszelki wypadek: Gdyby jakiś portal miał zamiar wrzucić informację o tym, że Legia interesuje się Sobiechem, Boenischem i Olkowskim, to podkreślam: zmyśliłem to, żeby pokazać jak nas oszukuje CV.

Palenie Berga na stosie

Wygląda na to, że już przesądzone jest odejście Henninga Berga z Legii Warszawa. Nie jestem blisko tego klubu, co ma ten minus, że pewnych rzeczy być może nie wiem, ale ma ten plus, że z dystansu, bez zaangażowania emocjonalnego i tzw. myślenia „górnomokotowskiego” niektóre rzeczy lepiej widać.

Nie mam przekonania, co do słuszności decyzji o zwolnieniu Norwega. Być może jest słuszna, ale jestem daleki od robienia z Norwega nieudacznika, jak ostatnio często czyni się w mediach czy jak piszą kibice Legii.

Po pierwsze, Henning Berg zdobył z tym klubem mistrzostwo Polski. Niektórym wydaje się to rzeczą zupełnie normalną, ale warto przypomnieć, że Legii udało się to wcześniej zaledwie dziewięciokrotnie w niemal stuletniej historii klubu. Przed nim dokonało tego tylko ośmiu trenerów, mimo że Legia niemal zawsze była jednym z faworytów ligi i pracowało w tym klubie wielu świetnych fachowców. Dziś krytycy mówią, że przejął drużynę w połowie sezonu. Ale jednak w tej mniej ważnej. Norweg przeprowadził klub przez decydującą fazę, wygrał grupę mistrzowską, zrealizował cel, choć chyba wszyscy doskonale pamiętamy Legię (choćby Macieja Skorży, ale nie tylko) wielokrotnie wykładającą się na samym finiszu.

Po drugie, Berg zdobył Puchar Polski. Niektórym wydaje się to czymś oczywistym. Legia faktycznie jest rekordzistą kraju jeśli chodzi o te rozgrywki, jednak Legia nie wygrywa Pucharu Polski co roku. W niemal 100 letniej historii, przed Norwegiem wygrała go „tylko” 16-krotnie. Na 61 edycji, wygrała 17 razy. Norweg na jedno uczestnictwo, wygrał raz. Zrealizował cel.

Pozwólmy przemówić suchym faktom. Średnia punktów Berga w Legii to 2,05 na mecz.

Urban? 1,91

Skorża? 1,82

Urban? 1,97

Wdowczyk? 1,91

Zieliński? 1,56

Kubicki? 2,14 (też jestem zdziwiony)

Czyli od 12 lat żaden trener Legii nie punktował z taką regularnością.

Można jednak powiedzieć o Legii, jak o Bayernie, że przy tym budżecie i możliwościach, sukcesy krajowe są normalnością i od warszawian trzeba oczekiwać czegoś ekstra. Zatrudniono go po to, by w pucharach dał drużynie to, czego nie dawał Jan Urban.

Rozbicie Celtiku Glasgow, to zdecydowanie było coś ekstra. I wynik i styl. Celtic faktycznie podupadł, ale nie tak, jak się wtedy mówiło. Od tamtego czasu nikt już w pucharach nie zlał Szkotów tak dotkliwie jak Legia. Berga za błąd formalny, który skutkował odpadnięciem, nie można winić.

W Lidze Europy Berg nie potknął się na Kazachach (niby oczywistość, a ile już razy nasze kluby się potykały w takich miejscach) i rozniósł fazę grupową. W Amsterdamie Legia zagrała bardzo dobry mecz z Ajaksem. Mimo że akurat sprzedawano jej lidera i najlepszego zawodnika.

W tym roku Legia bezdyskusyjnie rozbiła w eliminacjach Ligi Europy przedstawicieli lig lepszych od polskiej – rumuńskiej i ukraińskiej. Jako że od pokoleń traktujemy z pogardą Ukraińców i Rumunów, nie zrobiło to na nikim żadnego wrażenia. Być może faktycznie Botosani i Zoria Ługańsk były rozbite i zostały z nich tylko nazwy. Niemniej, na nie takich przeszkodach i Legia i inne polskie kluby już się potykały. Berg wprowadził drużynę do fazy grupowej Ligi Europy, czyli zrealizował cel. Trafił tym razem do trudnej grupy. Przegrał w niej na razie jeden mecz. Nazwa Midtjylland nie robi na nikim wrażenia, ale Duńczycy przed chwilą wyeliminowali Southampton, drużynę jednak odrobinę lepszą od Legii.

Bilans Berga w europejskich pucharach: 16 zwycięstw, 1 remis, 4 porażki. Gdyby każdy trener polskiego klubu miał taki, mielibyśmy ligę z czołowej dziesiątki w Europie.

Jeśli chodzi o stan na dziś, Berg nie zrealizował w Polsce tylko jednego celu: zajął drugie miejsce, przegrywając z rywalem o bardzo podobnym potencjale.

Dzisiaj Legia niewątpliwie jest w dołku, gra kiepsko i ciężko się na nią patrzy. Niemniej jest w lidze na trzecim miejscu, mając 11 punktów przewagi nad najgroźniejszym rywalem w walce o tytuł, mając przed sobą 27 kolejek i podział punktów. Sytuacja bardzo daleka od beznadziejnej. Nie ma potrzeby bicia na alarm.

Mam jednak wrażenie, że Berg jest zwyczajnie palony na stosie. Po głupio się tłumaczy, bo wystawia piłkarzy na dziwnych pozycjach (jak twierdzą miliony ekspertów), bo Michał Probierz, który jest generalnie lubiany i uważany za fajnego, ma jego ewidentny kompleks (zresztą nie tylko jego, generalnie zagranicznych trenerów), mówi o nim częściej niż prezes Leśnodorski, robi z niego pośmiewisko, dyktując cały sposób mówienia o norweskim trenerze.

Górnomokotowskie myślenie powoduje, że niektórym się wydaje, iż Legia ma piłkarzy, których boi się cała Polska i który powinien roznosić ligę. Generalnie jednak, Legię od reszty ligi dzieli przepaść pod każdym względem, nie licząc jakości piłkarzy. Berg może nie osiąga z Legią niczego ponad program, ale póki co skrupulatnie realizuje to, po co Legia go zatrudniła.

Patrząc z zewnątrz, wydaje mi się, że Warszawie zachodzi nagła potrzeba znalezienia winnego tego, że Legia aktualnie nie jest na miejscu Piasta Gliwice, z przewagą, jaką Piast Gliwice ma nad resztą ligi, więc Berga trzeba spalić na stosie. Czy naprawdę warto zwalniać trenera, który ma wyniki adekwatne do poziomu zespołu, dlatego, że ma problemy z komunikacją, przez co jest powszechnie nielubiany?

Podbeskidzie zagrało na Legii beznadziejnie, a nie całkiem fajnie

U piłkarzy, trenerów i niektórych kibiców Podbeskidzia zauważam w ostatnich dniach dziwne zjawisko. Zamiast przyjąć na klatę kompromitację, do jakiej doszło w Warszawie, próbują przekonywać, że bielszczanie zagrali na Legii dobry mecz i przegrali pechowo. Dowodem na to być duża liczba stworzonych sytuacji. Dariusz Kubicki na konferencji prasowej też podkreślał, że nie pamięta, kiedy jego drużyna stworzyła na Łazienkowskiej tyle sytuacji.

Krótka piłka: ja nie pamiętam, kiedy Podbeskidzie straciło na Łazienkowskiej tyle goli.

Trener Kubicki lubi przedstawiać się jako zwolennika ofensywnego futbolu. Podkreśla, że Legii się nie boi, a jakby się bał, to powinien zmienić zawód. Ofensywny futbol jest fajny, jeśli się ma zabezpieczone tyły. Ofensywny futbol z niezabezpieczonymi tyłami to podwórkowy futbol. Przegrać na Legii oczywiście można, można przegrać nawet 0:5, chociaż jeśli jednocześnie deklaruje się „minimum awans do czołowej ósemki”, to jednak wypadałoby nawiązać walkę. Trener Kubicki pytany przed sezonem o awans do czołowej ósemki, kontrował: „a dlaczego nie do czołowej piątki?”. Może dlatego, że za łatwo przyjmujecie piątki.

W piłce nożnej chodzi o znalezienie odpowiedniego balansu między atakiem a obroną. Podbeskidzie w niedzielę go nie miało. To była drużyna, bez trenera, której jedynym celem było strzelenie na Łazienkowskiej gola, niezależnie od tego, ile przy tym straci. Gdy Podbeskidzie na Legii grało z trenerem, też przegrywało, bo Legia jest mocniejsza, ale jednak potrafiło do 81. minuty prowadzić (drugi sezon, za Kasperczyka), a gdy Legia zlekceważyła, potrafiło nawet wygrać.

Dawid nie wygrał z Goliatem w walce wręcz, wychodząc na niego odważnie, z wypiętą piersią. Wygrał, bo miał sposób, żeby ukryć swoje wady i wyeksponować swoje zalety. Toczył walkę partyzancką, a nie otwartą, bo wiedział, że w otwartej nie miałby szans. Podbeskidzie wyszło na ten mecz bez żadnego planu, więc chwaląc się dużą liczbą stworzonych sytuacji Dariusz Kubicki zmarnował znakomitą okazję, by trochę pomilczeć. Trudno, stało się, nie ma co od razu robić z trenera i zawodników bandy nieudaczników, ale też nie ma co się chwalić klęską i nieprzygotowaniem.

A wszystkim, którzy Podbeskidzie za grę w Warszawie chwalą, polecam przemowę Jose Mourinho kończącą poprzedni sezon ligi angielskiej. Trener Chelsea przedstawia tam różne drużyny. Mówi m.in. o zespole, który grał świetnie, fantastycznie i efektownie, ale tylko na jedną bramkę, na co FIFA się nie zgodziła, bo w futbol gra się na dwie bramki.

Ten walkower wyjdzie Legii na dobre

legia

20 października 1971 Borussia Mönchengladbach rozgromiła w drugiej rundzie Pucharu Mistrzów Inter Mediolan 7:1. W rewanżu przegrała jedynie 2:4, a jednak do następnej rundy przeszli Włosi. W 27. minucie pierwszego meczu jeden z Włochów miał zostać trafiony w gardło pustą puszką. Mecz powtórzono i zakończył się bezbramkowym remisem. Do dziś uchodzi za jeden z najbardziej legendarnych w historii niemieckiej piłki.

Większość ludzi, która była świadkami tego incydentu przyrzeka, że Boninsegna udawał, a raport Czerwonego Krzyża twierdził, że na ciele piłkarza nie można się dopatrzeć żadnego śladu. Max Merkel, austriacki trener, później napisał: „Leżąc na ziemi, uciął sobie pogawędkę ze swoimi kolegami, mówił im, by skarżyli się u sędziego. Od tamtego dnia wiem, że w futbolu leżący na ziemi Włoch jest często bardziej niebezpieczny od tego stojącego” - pisał Ulrich Hesse w książce „Tor”.

Najlepiej zapamiętujemy tych, którym się nie udało. Gladbach, które rozgromiwszy 7:1 Inter, nie przeszło dalej. Węgierską Złotą Jedenastkę, która nie zdobyła mistrzostwa świata. Brazylię 1950 i 1982. Czy Holandię, która nigdy nie wygrywa niczego (wyjąwszy 1988), a rozkochuje w sobie tłumy. Za wygrane wręczają pieniądze i puchary, za przegrane nagrodą – lub czasem karą – jest pamięć.

Dlatego przełknąwszy już wszystkie rozczarowania, smutki i żale. Może Legia źle nie wyjdzie na tym walkowerze? Może to początek jakiejś legendy? Tegoroczne odpadnięcie jest dramatem wielu ludzi, ale paradoksalnie klubowi może to pomóc. Dla kilku osób w Polsce Legia zyskała ludzkie oblicze. A o ile piękniej będzie smakował awans do Ligi Mistrzów, gdy się wspomni ile przeciwności, trzeba było pokonać.

Bo Legia kiedyś do tej Ligi Mistrzów wejść musi. Postawiła stadion, zbudowała drużynę, ma piłkarzy, kibiców, ma pieniądze i ma trenera. Może teraz będzie mieć też kierownika  drużyny. To kwestia czasu. A jeśli się mimo to nie uda? Przejdzie do historii jako mistrz, którego niesprawiedliwość pozbawiła wielkiej szansy. Niechby się Legia wyrżnęła w ostatniej rundzie na jakimś Mariborze (to takie niemożliwe?) i nie miałaby ani Ligi Mistrzów, ani pomnika drużyny pięknej acz niespełnionej. A tak chociaż niechcący zbudowała pomnik.