Dlaczego nie traktuję Lechii Gdańsk jako poważnego kandydata do mistrzostwa

lechia

Fot. Wikimedia Commons

Obejrzawszy jak Wisła Kraków zlała w sobotę Lechię Gdańsk, zwierzyłem się na Twitterze, że takie właśnie mecze sprawiają, że nie traktuję Lechii jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Wywołałem oburzenie, którego skali się nie spodziewałem. Będąc na co dzień z dala od Gdańska, nie odnotowałem, jaka musiała tam nastąpić eskalacja przekonania o wielkości Lechii. Traktowanie jej w walce o mistrzostwo Polski z przymrużeniem oka zostało odebrane jako zbrodnia, co skłoniło mnie do gruntownego zastanowienia się, jakie mam podstawy, by tak sądzić i czy przypadkiem gdańszczan nie krzywdzę.

Zachwiana równowaga 

 Na pewno mamy do czynienia z ciekawą drużyną, mającą mądrego trenera i dobrych piłkarzy, zwłaszcza w ofensywie. Natomiast oglądając ją od blisko roku – pod wodzą Piotra Nowaka – mam wrażenie, że to zespół grający dość mocno naiwnie. Doceniam, że Lechia gra już rozważniej w obronie niż na wiosnę, niemniej dalej akcenty wydają się bardzo zachwiane na rzecz formacji ofensywnych. Z przodu Lechia ma na tyle dobrych – na polskie warunki – piłkarzy, by regularnie okładać słabszych od siebie, natomiast dla mądrego trenera, to może być rywal stosunkowo łatwy do skontrowania, co skutecznie pokazały m.in. Bruk-Bet Termalica Nieciecza i ostatnio Wisła. Jest więcej niż pewne, że coraz więcej drużyn będzie szło tą drogą. I nie są bez szans powodzenia, bo umiejętności  indywidualne akurat obrońców Lechii nie powalają na kolana. Do tego dochodzi kwestia  bramkarza. Drużyna, która sięgała po mistrzostwo, praktycznie zawsze miała przynajmniej solidnego bramkarza. Vanja Milinković-Savić bywa spektakularny, ale solidnym trudno go nazwać.  Mecz z Legią Warszawa pokazał natomiast, że potencjał ofensywny Lechii wcale nie jest tak mocny, by stłamsić innego silnego rywala. Pokazał też, że Lechia nie ma planu B. Jeśli nie zmiażdży rywala siłą ofensywy, niczego innego nie jest na dziś w stanie wymyślić.

To pretendent udowadnia siłę

 W kierowanych do mnie zarzutach padało często pytanie czy inne drużyny w ekstraklasie nie rozegrały w tym sezonie słabego meczu, który by je dyskwalifkował. Oczywiście, Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie całe mnóstwo słabych spotkań. Jednak to Lechia jest tutaj pretendentem do tytułu. A to pretendent do tytułu musi udowodnić, że jest dość silny, by móc podejrzewać go o szansę na zbicie mistrza. Legia tytułu broni. Jej siła jest już więc sprawdzona i potwierdzona. Jeśli Lechia ma być traktowana jako poważny kandydat do mistrzostwa, musi przekonać większość osób, że jest silniejsza od Legii.

Przeciętna gra z czołówką

 Jedną z podstaw mojego braku pełnego przekonania, co do siły Lechii, jest fakt, że gdańszczanie nie rozegrali jeszcze naprawdę wielkiego meczu, przeciwko wielkiemu rywalowi. Zapomnijcie o bajkach, że mistrzostwo zdobywa się w meczach z Górnikiem Łęczna, a nie z Legią. Nie w Polsce, nie w systemie ESA 37. W Polsce mistrzostwo zdobywa się w bezpośrednich starciach z innymi rywalami należącymi do szerokiej czołówki. Dlatego umiejętność rozbijania innych kandydatów do tytułu, byłaby dla przyszłego mistrza pożądana. Lechia bezdyskusyjnie poległa z Legią, w dwumeczu ma gorszy bilans od Wisły, nie dała rady Niecieczy. Ograła wprawdzie Lecha, lecz na tyle szczęśliwie, że nie rozwiała moich wszelkich wątpliwości, czy byłaby w stanie to powtórzyć. Trzynaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe z rywalami z czołowej ósemki to wynik niezły, ale nie powalający. Gdyby Lechia w fazie finałowej, tak, jak w fazie zasadniczej, przegrała trzy mecze z rywalami z czołówki, raczej nie zdobyłaby mistrzostwa.

Szczęście (na razie) sprzyja Lechii

 Tyle o odczuciach. Obiektywne, choć nie idealne, wskaźniki mierzące wpływ szczęścia na wyniki w futbolu wskazują, że Lechia jest drużyną ekstraklasy, która najbardziej w tym sezonie skorzystała na szczęściu. A szczęście, wbrew bzdurnemu powiedzonku, nie sprzyja lepszym. Nie sprzyja nikomu. Jest szczęściem, czyli na dłuższą metę zwykle się wyrównuje.

Nie spełnia kryteriów 

 W poprzednich trzech latach, czyli odkąd wprowadzono system ESA 37, mistrz Polski zawsze miał: najmniej straconych goli, najwięcej strzelonych, najmniej porażek w całym sezonie i najwięcej punktów na wyjazdach. Każdy mistrz od momentu wprowadzenia tego systemu spełniał każdy z tych warunków. Oczywiście, próbka jest dopiero trzyletnia, ale już coś mówi. Aktualnie Lechia traci więcej goli od Jagiellonii, Legii, Lecha i Zagłębia, strzela mniej goli od Jagiellonii, Legii, Pogoni i Wisły Kraków i na wyjazdach punktuje gorzej od Jagiellonii, Zagłębia, Legii, Bruk-Betu i Śląska. Nawet jeśli razem z Jagiellonią ma na koncie najmniej porażek w lidze, nie wygląda na przyszłego mistrza. Biorąc pod uwagę te kryteria, spełnia je póki co tylko… Jagiellonia.

Pod każdym względem gorsza od Piasta 2015

 Przed rokiem pisałem podobny tekst, o tym dlaczego traktuję Piasta Gliwice jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Piast ostatecznie mistrzostwa nie zdobył, natomiast miał na nie szanse do ostatniej kolejki, co oznacza, że był poważnym pretendentem. Gdyby porównać dzisiejszą Lechię, do zeszłorocznego Piasta:

  • Piast miał od niej cztery punkty więcej;
  • Zajmował pierwsze miejsce, a nie drugie;
  • miał siedem punktów przewagi nad wiceliderem, zamiast straty gorszym bilansem bramkowym;
  • wygrał trzynaście meczów, a nie jedenaście;
  • strzelił 34 gole, a nie 28;
  • zdobył u siebie 88% możliwych punktów, a nie 81%;
  • zdobył na wyjazdach 67% możliwych punktów, a nie 52%

 W praktycznie każdym kryterium, traktowany mało poważnie Piast, był lepszy od dzisiejszej Lechii. Oczywiście nie jest wykluczone, że Lechia się rozwinie, że Piotr Nowak znajdzie sposób, by poprawić skuteczność, by drużyna lepiej broniła, by lepiej grała na wyjazdach, a w zimie ściągnie kilku dobrych obrońców i bramkarza, co sprawi, że drużyna znajdzie równowagę. W ten sposób patrząc, jeśli Lechia poprawi się w wielu aspektach, może oczywiście zdobyć mistrzostwo Polski. Wtedy zacznę ją traktować jako poważnego kandydata do tytulu. Jeśli się nie poprawi, może oczywiście zająć jedno z czołowych miejsc, natomiast dziś jest wiele przesłanek, by sądzić, że raczej nie pierwsze. Mam nadzieję, że co mniej zacietrzewieni gdańszczanie zrozumieją teraz, co miałem na myśli. Bo ta drużyna, choć obiecująca, to nie jest znowu taki cud.

Kto wygrał, a kto przegrał na ligowej farsie

Przez lata ekstraklasa pracowała sumiennie na podmiejskich stacjach benzynowych na wizerunek ligi, w której główne rozstrzygnięcia zapadały wszędzie tylko nie na boisku. Od wybuchu afery korupcyjnej, trwało mozolne odbudowywanie ubabranego w błocie wizerunku. Każdym kolejnym czystym – miejmy nadzieję – sezonem powoli liga pracowała sobie na zaufanie. Ekstraklasa S.A., kluby, telewizja czy PZPN działaniami PR-owymi zrobiły wiele dla opakowania tej ligi w jak najlepszy możliwy sposób. 10 lat po wybuchu afery korupcyjnej, coraz bardziej się o niej zapominało, coraz mniej było zatrzymań. Coraz rzadziej na trybunach śpiewało się „jeb..ć PZPN”, coraz rzadziej żartowano, że ktoś coś załatwił pod stołem, coraz rzadziej zdarzały się „niedziele cudów”. Polscy sędziowie zaczęli nawet brać udział w ważnych europejskich meczach. Opowiadanie starszych o tamtych czasach zaczynało brzmieć jak abstrakcyjne opowieści, w stylu „a potem poszliśmy na kremówki…”. Na trybunach zaczynało coraz gęściej zasiadać pokolenie, które „Piłkarski poker” traktowało jak „Rejs” czy „Misia”.

Niestety, minione cztery dni zrujnowały dziesięć lat ciężkiej pracy wielu ludzi. Ruch miał prawo czuć się poszkodowany, bo w trakcie rozgrywek stracił zdobyty na boisku punkt, Jeszcze w piątek rano nie istniała matematyczna możliwość, by został wyprzedzony przez Podbeskidzie, a w sobotę wieczorem został przez nie wyprzedzony. Podbeskidzie ma prawo czuć się poszkodowane, bo wychodząc w sobotę na boisko wiedziało, że jeśli Lechia wygra z Ruchem 2:0, Jagiellonia i Wisła nie wygrają swoich meczów, a samo pokona Termalikę 2:0, to awansuje do grupy mistrzowskiej. Zrobiwszy swoje, miało pełne prawo czuć, że awansowało do grupy mistrzowskiej. Zwłaszcza po tym jak Ekstraklasa SA. potwierdziła jego zwycięstwo nad Ruchem w klasyfikacji fair play. Gdyby w środę o losie którejś z drużyn zadecydował Trybunał Arbitrażowy, ktoś na pewno czułby się poszkodowany. Ale też ten ktoś mógłby czuć, że o jego losie zadecydował niezależny organ, złożony z prawników, którzy dokładnie i bez emocji rozsądzili sprawę. Niestety, do niezależnego arbitrażu nie doszło, a o awansie do grupy mistrzowskiej zadecydowała Lechia Gdańsk, pozostawiając – już na zawsze – masę niedopowiedzeń. Mogą się pojawić wątpliwości na ile na wycofanie skargi wpłynął PZPN? Czy może doszło do jakiejś cichej rozgrywki Ruchu z Lechią? Może Stępiński za niższą kwotę trafi latem do Gdańska? Nie wiemy. Oczywiście, nie chcę dopuszczać do siebie takich myśli. Ale sam cień takiej wątpliwości jest wielką kompromitacją ligi. I kolejnym powszechnym zszarganiem zaufania do niej. W Podbeskidziu Bielsko-Biała mogą czuć teraz nie tylko żal – jak byłoby po ewentualnej niekorzystnej dla nich decyzji Trybunału Arbitrażowego – ale wręcz niesprawiedliwość.

Ostatnie dni wiele powiedziały też o nas jako społeczeństwie nie mającym żadnego szacunku dla prawa. Poczytni i opiniotwórczy dziennikarze potrafili na serio rozważać pomysły takie jak: „olać Trybunał” (czy to się nie kojarzy z wydarzeniami ostatnich miesięcy na szczeblu państwowym?) czy „zorganizować baraż pomiędzy Podbeskidziem a Ruchem”, choć przecież w zaakceptowanym przez wszystkich regulaminie były zapisane dokładne kryteria rozstrzygające, kiedy Podbeskidzie jest ponad Ruchem, a kiedy poniżej niego. O barażu moglibyśmy debatować, gdyby w klasyfikacji fair play nastąpiła pomiędzy oboma klubami idealna równość. Wtedy mielibyśmy do czynienia z sytuacją nieobjętą regulaminem. Wszelkie inne propozycje były tylko okazywaniem totalnego braku szacunku wobec obowiązujących reguł.

Dlatego nie uważam, żeby Podbeskidzie miało sobie pluć w brodę, że nie zgodziło się na rozegranie barażu. Uważam, że Podbeskidzie zachowało się w całej sprawie w jedyny sensowny sposób, czyli powiedziało: „zgodnie z którym punktem regulaminu mielibyśmy grać baraż?”. Niestety, Ruch Chorzów skompromitował się jako klub, chcąc rozgrywać baraż w momencie, gdy był na dziewiątym miejscu. Gdyby szybko odciął się od tego pomysłu, byłby w tej sprawie Bogu ducha winny podobnie jak bielszczanie i tylko czekałby na decyzję, która nie zależała od niego. Wyszedł tymczasem na kombinatora, który – gdy jest mu to na rękę – byłby gotów złamać reguły, zasłaniając się hasłem „niech rozstrzygnie boisko”. Długo nie miałem za to pretensji do Lechii Gdańsk, która – zgodnie z obowiązującymi zasadami – miała prawo dochodzić swoich racji. Niestety, to że w niejasny sposób zrezygnowała z arbitrażu, stawia klub w fatalnym, jak najgorszym świetle. Wiadomo, że odjęty punkt dzisiaj nie jest jej do niczego potrzebny, ale honorowo byłoby nie mieszać się przynajmniej w rozstrzygnięcia między innymi klubami.

Często pada argument, że Ruch i Lechia na boisku wyprzedziły Podbeskidzie. Niestety, ale mamy do czynienia z zawodową ligą, w której oprócz grania w piłkę, trzeba spełniać również inne wymogi. Kibicom Ruchu nie przeszkadzało, gdy inne wymogi uratowały klub przed spadkiem z ligi w 2013 roku. Wchodząc do ligi, kluby zobowiązują się do przestrzegania pewnych reguł, np. spłacania zaległości w terminie. Nie szafowałbym więc argumentem: „na boisku to…”, bo nie jest powiedziane, jak skończyłoby się na boisku, gdyby Podbeskidzie, wzorem Ruchu, zadłużyło się na kilkadziesiąt milionów.

Po całej sprawie pozostaje wielki niesmak. Choć w gruncie rzeczy uważam, że na dłuższą metę najwięcej na całym zamieszaniu może zyskać Podbeskidzie. Lechia czy Ruch zajmą trochę wyższe miejsce w tabeli i dostaną za to trochę więcej pieniędzy, ale sympatii nie zyskały. Podbeskidzie będzie musiało się trochę bardziej wysilić, by pozostać w lidze, nie osiągnie pewnie swojego historycznego wyniku, ale w gruncie rzeczy i tak przeszło do historii jako klub, który był w grupie mistrzowskiej przez 45 godzin i został z niej przez niejasne układy wyrzucony. A nikogo polskie społeczeństwo nie kocha bardziej niż niesprawiedliwie przegranych.