Który sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy (i dlaczego nie drugi)?

calculator-723917_640

W czołowej ósemce ekstraklasy jest po rundzie jesiennej dwóch zeszłosezonowych beniaminków – Bruk-Bet Termalica Nieciecza i Zagłębie Lubin. Leicester City został mistrzem Anglii w drugim sezonie po awansie do Premier League. A jednak jedna z obiegowych, odwiecznych „prawd” futbolu mówi, że dla beniaminka najtrudniejszy jest drugi sezon po awansie. Powtarzają to trenerzy, piłkarze i eksperci przed rozpoczęciem każdego sezonu. Tłumaczy się, że od razu po awansie drużyny „na fantazji” i „efekcie zaskoczenia” notują często wyniki ponad stan, później euforia opada, rywale uczą się grać przeciwko nowym przybyszom, wreszcie najlepsi piłkarze zostają rozkupieni przez bogatszych i w drugim sezonie po awansie wszystko się rypie. Tak powtarzamy. A czy naprawdę się rypie? Prześledziłem losy wszystkich beniaminków ekstraklasy i pięciu najsilniejszych lig europejskich w XXI wieku, by sprawdzić, czy to, co notorycznie powtarzamy, ma coś wspólnego z rzeczywistością.

 Nie ulega wątpliwości, że beniaminkowie generalnie nie mają lekko. Blisko połowa z nich (46%), opuszcza ligę w ciągu dwóch sezonów od awansu. Z drugiej strony, ta szklanka jest też do połowy pełna. 54% z nich gra w najwyższej lidze przez przynajmniej trzy sezony. Trzeba zaznaczyć, że te statystyki znacząco zawyża polska ekstraklasa. Funkcjonuje u nas powiedzenie, że trudniej awansować do ekstraklasy, niż się w niej utrzymać. I tylko w polskich warunkach takie powiedzenie ma rację bytu. Liczby pokazują wyraźnie, że różnica pomiędzy dwiema najwyższymi klasami rozgrywkowymi jest w Polsce relatywnie najniższa.

 Fałsz: Drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy

 Obiegowa prawda dramatycznie nie zgadza się z rzeczywistością. W żadnej z sześciu badanych lig, drugi sezon po awansie nie był najtrudniejszy. W każdej z nich, zdecydowanie najtrudniej przetrwać pierwszy rok. W Polsce 18% beniaminków od razu spada z ligi. To niedużo, ale w żadnym innym sezonie „śmiertelność” nie jest tak wysoka. W Europie widać to jeszcze wyraźniej. We Włoszech i w Hiszpanii blisko 1/3 klubów spada tuż po awansie (29%), w Niemczech i Francji odpowiednio 37 i 39%, a w Anglii aż w 40% przypadków rok po euforii, jest stypa. Wniosek: jeśli ktoś zamierza ugruntować pozycję w lidze, największą czujność powinien zachować tuż po największym sukcesie. Element zaskoczenia, „powiew świeżości” i inne bajki ekspertów, zwykle się nie sprawdzają.

 Prawda: Dla tych, którzy przetrwali pierwszy sezon, drugi jest trochę trudniejszy

 To prawda, choć nie aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Kto już przetrwał pierwszy sezon, jest na najlepszej drodze do sukcesu. W drugim roku po awansie, procent spadkowiczów spada. W Europie widać to drastycznie – we Francji z 39% do 11%, w Anglii z 40% do 16%, W Hiszpanii z 29% do 16%, we Włoszech z 29% do 16%, a w Niemczech z 37% do 12%. W Polsce różnica między pierwszym a drugim sezonem jest minimalna. 16% drużyn w XXI wieku spadało w drugim sezonie po awansie, czyli o jeden punkt procentowy mniej niż w pierwszym. O ile jednak degradacje w drugim roku po awansie są stosunkowo rzadkie, o tyle zwykle faktycznie drugi sezon jest trochę gorszy. 57% drużyn w drugim sezonie po awansie obniża formę, a 36% ją poprawia. Różnica jest wyraźna, choć nie tak drastyczna, jak mogłoby się wydawać. Przypadki typu Bruk-Bet czy Leicester to jednak mniejszość. Leicester był o tyle większym fenomenem, że w Anglii zwykle w drugim sezonie trudność rośnie najbardziej. Aż 2/3 klubów pogarsza wtedy swoje rezultaty. W Hiszpanii i w Niemczech ten odsetek jest najniższy i wynosi 52%. Nieciecza jest o tyle typowa, że aż 42% polskich beniaminków, w drugim sezonie po awansie się poprawia. Czyli w Polsce drugi sezon, choć też trudny, jest stosunkowo najłatwiejszy.

 Kto przetrwa drugi sezon, jest już w domu

 Można tak powiedzieć. 58% beniaminków Premier League spada z niej w ciągu dwóch lat od awansu. W innych ligach ten odsetek kręci się w okolicach połowy. W Polsce w ciągu dwóch lat spada 27% klubów. Stosunkowo najłatwiej wejść do ekstraklasy i pozostać w niej na długie lata. W Polsce ponad połowa beniaminków zostaje w lidze na przynajmniej cztery sezony, a ponad 1/3 na minimum pięć sezonów.

 Absolutni beniaminkowie mają przekichane

 W terminologii piłkarskiej funkcjonuje określenie „beniaminek tylko z nazwy”. Chodzi o klub, który teoretycznie rozgrywa pierwszy sezon po awansie, ale w praktyce nikt go jako beniaminka nie traktuje, bo jego nieobecność w lidze była tylko incydentalna. Jeśli chodzi o beniaminków absolutnych, którzy nigdy wcześniej nie grali w elicie, trudność pierwszego sezonu jeszcze wzrasta. 43% absolutnych beniaminków spada z ligi od razu w pierwszym sezonie (wśród wszystkich beniaminków 32%), a aż 58% opuszcza ligę po maksymalnie dwóch sezonach (wśród wszystkich beniaminków 46%). Najtrudniej mają nowi przybysze we Francji, bo aż 3/4 z nich spada z Ligue 1 od razu, a najłatwiej – o dziwo – w Premier League. W XXI wieku żaden absolutny beniaminek ligi angielskiej, nie spadł z niej w swoim pierwszym sezonie. W Polsce nowym też nie jest łatwo. W XXI wieku w ekstraklasie zagrało dziewięciu kompletnych nowicjuszy – Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Szczakowianka Jaworzno, RKS Radomsko, Piast Gliwice, Korona Kielce, Górnik Łęczna, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Cztery pierwsze drużyny spadły od razu w debiutanckim sezonie (45%), po dwóch sezonach „śmiertelność” wynosi już 62,5%. Żaden XXI-wieczny beniaminek nie wytrwał w lidze dłużej niż pięć sezonów z rzędu (Górnika i Koronę wycięły korupcyjne degradacje). Najdłużej walczyło Podbeskidzie, które spadło w piątym sezonie po awansie. W Polsce brakuje póki co przykładów takich jak za granicą, gdzie nowicjusz Hoffenheim gra w Bundeslidze już dziewiąty sezon, a Augsburg szósty, Getafe spędziło w La Liga dwanaście sezonów z rzędu, a Wigan Athletic osiem lat w Premier League. A to nie wróży dobrze Bruk-Betowi Termalice Nieciecza. Z każdym kolejnym rokiem obecności w ekstraklasie, prawdopodobieństwo jego spadku będzie rosnąć. Historia pokazuje, że pierwszy awans do ekstraklasy służy otrzaskaniu się z elitą, a dopiero drugi może dać prawdziwą, wieloletnią stabilizację wśród najlepszych.

La Liga tylko i aż jak tapas

SONY DSC

Jeszcze nigdy nowy rok nie wypadał tak wcześnie. 1 stycznia to data bez znaczenia, doskonale wiadomo nam wszystkim, że rok zaczyna się wtedy, gdy zaczyna się pierwszy mecz. W naszym klimacie oznacza to zwykle wegetację gdzieś do połowy stycznia i pierwszych zimowych sparingów. W tym roku miałem szczęście. Albo raczej sobie o nie zadbałem.

Teoretycznie 4 stycznia oglądałem najlepszą ligę świata. Pierwszy raz w życiu, bo w Hiszpanii dotychczas byłem tylko na meczu o Superpuchar. Wmawiałem sobie i wszystkim wokół, że nawet jeśli Espanyol i Eibar nikogo nie elektryzują, to po boisku będą biegać sami wybitni, choć jeszcze niezbyt znani piłkarze.

No, nie.

Nie żebym narzekał. Futbol to futbol. Eibar zagrał w moim ulubionym stylu Podbeskidzia – każda liga ma swoje Podbeskidzie – biedny, mały, ambitny klub z gór – czyli skupił się na treści, a nie formie. Jak scena z Indiany Jonesa. Czyli Espanyol wymachiwał szablami i maczugami, a Eibar wyjął pistolet i strzelił od niechcenia Espanyolowi w czoło. Mądre bronienie, konkretne kontrataki i dobre stałe fragmenty gry, to elementy przy których cmokałem na pierwszym noworocznym meczu.

Ale jednak średni poziom piłkarza hiszpańskiego teoretycznie jest wyższy niż każdego innego. Tymczasem ten mecz spokojnie mógłby się odbyć w polskiej lidze. Dowiódł tego test prawego obrońcy. Wychowany jestem na stadionie, na którym biegnący skrzydłem prawy obrońca osiem na dziesięć wrzutek ładuje w trybuny. Najpierw tę rolę dzierżył Sławomir Cienciała, dziś jest to Tomasz Górkiewicz. Poziom Bundesligi zachwycił mnie dlatego, że proporcje były odwrócone – osiem dośrodkowań idealnych na dwa beznadziejne.

W meczu Espanyol – Eibar osiem na dziesięć wrzutek prawego obrońcy szło w trybuny. Były emocje, mecz miał swoją historię, ale nie miał poziomu.

Nie miał też atmosfery. Gdy Niemiec jedzie na mecz (obojętne czy mówimy o Bayernie Monachium czy Arminii Bielefeld), wie o tym cała okolica. Odwrotnie niż mówi stereotyp. W Barcelonie było spokojnie, cicho. Metro puste. Śladów obecności kibiców jadących na mecz tak mało, że aż zaglądałem czy nie pomyliłem dnia meczu. W podobnych okolicznościach w Niemczech podskakiwałbym ściśnięty razem z całym wagonikiem, bo akurat ktoś zaintonował „Wer nicht hüpft ist ein…” (Kto nie skacze ten…). W dzień meczu całe Niemcy jadą na mecz. W Barcelonie tego nie czułem.

Na samym meczu zresztą też, szczyt dopingu to „Espanyol!”, a większość ludzi skupia się jednak na chamskim dogadywaniu swoim, obcym i sędziom. Młyn na 200 osób. Dużo pustych miejsc. Kibiców gości – ujawnionych – żadnych. A nade mną niebo gwieździste. Bo nie wpadłem na to, że na nowiutkim, zadaszonym stadionie, ktoś – pewnie z dziwnie pojmowanej oszczędności – nie dał kawałka blachy w narożnikach, bo po co? Jakoś to fuszerką śmierdziało.

SONY DSC

Ale być kibicem Espanyolu w Barcelonie ewidentnie nie jest łatwo. Nie dość, że wszędzie widać ślady wiadomego kolosalnego sąsiada, to jeszcze na ulicznych straganach panoszy się Real Madryt. Dla mnie to triumf pieniądza nad tradycją, skoro w stolicy Katalonii bez problemów można kupić dowolny gadżet Realu. Triumf pieniądza nad tradycją widać też notabene na Camp Nou, pod które się przeszedłem. Jeszcze nie tak dawno Barcelona szlachetnie opierała się wpuszczaniu sponsorów na koszulki, ale teraz już nie zna umiaru. Quatar Airways widać przy stadionie bardziej niż nazwę FC Barcelona.

SONY DSC

 Śladów Espanyolu aż do samego dnia meczu, przez cały tydzień patrzenia uważnym okiem na miasto, nie stwierdziłem. Nic dziwnego, że wszystkim musiałem tłumaczyć, że Espanyol gra w najwyższej lidze i to od wielu lat i to z sukcesami. Normalni ludzie o tym klubie nie słyszeli. I po tym meczu sądząc, niech tak zostanie. Może liga hiszpańska jest najlepsza na świecie, ja zostaję przy Bundeslidze. La Liga posłużyła mi za szybki otwieracz nowego roku i to wystarczy. Była niezłym tapas, ale nie daniem głównym.

Dlatego myślę, że Atletico wszystko przegra

atleti

Oczywiście może się okazać, że wszystko wygra. Prognozowanie jest bardzo trudne, zwłaszcza jeśli dotyczy przyszłości.

I oczywiście w ten weekend najbardziej interesuje mnie, żeby Podbeskidzie zapewniło sobie utrzymanie, Hull City wygrało Puchar Anglii, a Greuther Fuerth awansował do Bundesligi.

Ale będzie też miał weekend smaczki poboczne. Takim będzie walka o mistrzostwo Hiszpanii. Walka niesamowita, która bardzo dobrze zrobiła tej lidze i w której wszystko rozstrzygnie się w bezpośrednim meczu dwóch delikwentów. Pisałem już kiedyś, że ten sezon La Liga jest Desperadem. A Desperado kończy się przyjściem El Mariachi do hacjendy Bucha. I jatką.

Myślę, że Atletico przegra. Bo futbol jest okrutny. Atletico miało przed sobą dwa scenariusze – albo zgarnie trofea bogatym i za to zapłaci okrutnym rozgrabieniem latem, albo będzie blisko zgarnięcia trofeów, ale polegnie na finiszu. Atletico miało wszystko w swoich nogach, ale szans nie wykorzystało. Teoria mówi, że na Camp Nou wystarczy nie przegrać. Doświadczenie i znajomość przewrotności futbolu mówi, że wygra Barcelona.

Ile to razy ten romantyczny przegrywał na finiszu? Ile razy wszystko miało pójść jak nigdy, a szło jak zawsze? Weźmy choćby ten tegoroczny Liverpool, który jak już stał się bardzo blisko zgarnięcia trofeum, to zaczął nagle trwonić trzybramkowe prowadzenia z rywalami, którzy o nic nie walczą, a jego najlepszy zawodnik ślizgał się w najważniejszych momentach na skórce od banana. Tak, jeśli jest możliwość, by futbol zrobił coś okrutnego, to na pewno to zrobi.

A historia z Barceloną? Toż to taki chichot losu, jaki tylko futbol potrafi napisać. Wszyscy już napisali artykuły o końcu Barcelony, końcu epoki, końcu posiadania piłki, wszyscy stwierdzili, że Barcelona od odejścia Guardioli nie ma trenera. Do tego stopnia wszyscy, że dyrektor sportowy Andoni Zubizaretta zaczął za plecami Martino negocjować już kontrakt z Luisem Enrique. Miał to robić cichaczem, ale wie o tym cały świat. I w tym momencie nagle okazuje się, że Barcelona jest o jeden mecz od obronienia mistrzostwa Hiszpanii. I ocena sezonu diametralnie się zmienia. W walce z bardzo trudnymi rywalami – Realem i Atletico, zdołała zwyciężyć, była w finale Pucharu Hiszpanii. Wtedy nawet to odpadnięcie z Atletico po dwóch remisach łatwiej przeboleć.

Barcelona to wielcy, syci mistrzowie, ale z mentalnością zwycięzców. Jasne, Atletico będzie wypruwać żyły, ale daję głowę, że wielcy mistrzowie akurat tego wieczoru, akurat w tym momencie, zagrają ten jeden jedyny porywający mecz w sezonie, kiedy nikt na świecie nie będzie ich umiał zatrzymać. Rozumiem Xaviego czy Iniestę, że nie grzeje ich już wygrywanie z Valladolid czy Elche, ale na ten jeden wieczór będą potrafili się spiąć.

Rozbite Atletico wyjdzie z nosami na kwintę na Real w finale Ligi Mistrzów i wiadomo, jak się to skończy. Bo – Michał Okoński naprawdę znalazł kamień filozoficzny tej dyscypliny – futbol jest okrutny. Jak cholera.

Atletico (na chwilę) może wszystko

Z braku Bundesligi wędrówki po innych ligach ciąg dalszy. Dziś zdecydowanie było warto zajrzeć do Hiszpanii na hit Atletico – Barcelona, chociaż większość wydaje się rozczarowana.

Ja jestem zachwycony poziomem. Zwłaszcza ze względu na Atletico.

Na początku najbardziej nie mogłem się przyzwyczaić, że ta Korona Kielce to Barcelona. Ale szybko bardziej zaczęło mnie dziwić, że ta drużyna, która z wywieszonym jęzorem cały czas biega za piłką to Barcelona. Atletico w stu procentach kontrolowało mecz. Barcelona była jego igrzyskiem. Gdy gospodarze zechcieli Katalończyków przycisnąć, to tamci nie mogli wymienić trzech podań. Gdy Atletico odpoczywało, Barcelona mogła sobie klepać, ale w zupełnie niegroźnej strefie.

Wydawało się, że mecz może odmienić wejście Messiego. Zakodowałem, że wszedł w 46. minucie, a jednak gdy 25 minut później komentator powiedział „Messi zdecydował się przenieść ciężar gry”, pomyślałem: „to Messi gra?”. Prezes Zbigniew Boniek napisał na Twitterze, że lepsze mecze widział w Polsce. To musiało być w dawnych czasach, bo ja sobie nie przypominam, żeby któraś drużyna w Polsce zagrała kiedykolwiek tak, że Messiego nie było widać w ogóle, a Barcelona nie mogłaby grać tiki-taki.

W ogóle, myślę, że czas powiedzieć sobie jasno, że tiki-taka na świecie jest dziś w kilku miejscach na świecie, ale nie w Barcelonie. Najdoskonalsza w Bayernie, gorsza w Swansea czy Rayo Vallecano. Mimo że Barcelonie zdarzały się już mecze z niższym posiadaniem piłki od rywala, to dopiero dzisiejsze – tak bardzo ciężkiej wagi – pokazało, że określenia tiki-taka w odniesieniu do Barcelony używamy tylko z przyzwyczajenia.

Barcelona za to dalej znakomicie broni. Gdyby nie to, przegrałaby dziś z Atletico. Stawiam dolary przeciw orzechom, czy jakby pewnie powiedział Leszek Orłowski „jeny przeciw migdałom”, że dziś Bayern nie rozbiłby Barcelony siedmioma bramkami. Mała ilość sytuacji w dzisiejszym meczu nie wynikała z tego, że drużyny grały tak źle, tylko z tego, że grały tak dobrze w obronie. Znane powiedzenie mówi, że gdyby odbył się kiedyś doskonały mecz, to zakończyłby się on wynikiem 0-0. I bardzo mi się to dziś kojarzyło. Oczywiście, w futbolu chodzi o bramki, ale czy ten mecz byłby lepszy, gdyby po kilku kiksach skończyło się 4-4? Albo gdyby ktoś kogoś zdemolował 5-0? Nie. Dobry thriller nie rozstrzyga się w połowie. W połowie kończy się remisem, a ostateczne rozstrzygnięcia padają w ostatniej sekundzie. Walki największych potentatów wagi ciężkiej kończą się zwykle na punkty, a nie nokautami. Starcia największych mistrzów szachowych potrafią trwać tygodniami.

Leszek Orłowski, który komentował ten mecz, cieszył się, że nie ma dogrywki i mówił, że obie drużyny mogłyby grać tak do rana. Bardzo żałuję, że na mecze na tym poziomie nie jest przewidziana podwórkowa reguła „kto strzeli, ten wygra”. W wielobramkowych hitach często zerkam ile do końca. Atletico – Barcelona oglądałbym z wielkim napięciem choćby do piątku bez przerwy, mimo że żadna z drużyn ani mnie grzeje, ani ziębi.

Najważniejszy wniosek: skoro Atletico ogrywa Real, skoro jest zdolne zdominować Barcelonę, skoro potrafi zagrać z nią tak mądrze, to potrafi ograć każdego w Europie i wygrać każde trofeum. To taka Borussia Dortmund z czasów, zanim ją rozgrabili wielcy. Atletico też rozgrabią, ale zanim to zrobią, mogą się z ich strony spodziewać wszelkich upokorzeń.