Znakomita akcja Wisły Kraków

Choć Wisła Kraków przeprowadziła pod wodzą Kazimierza Moskala sporo znakomitych akcji – moją ulubioną, niezmiennie ta z Gdańska zakończona golem piętką Barrientosa – żadna nie była tak dobra, jak rozpoczęta wczoraj akcja „Wisła Kraków to nasza historia”.

Podoba mi się, że Wisła nie ukrywa, że nie jest najlepiej. Na grafikach pokazuje spadek pozycji w tabeli, jaki nastąpił w ostatnich latach. Pokazuje tracone bramki z APOEL-em czy niedawno z Jagiellonią Białystok i Śląskiem Wrocław. Wszyscy doskonale wiedzą, że Wisła to potęga dość mocno podupadła i sportowo i finansowo, ale klub mógłby iść w zaparte i wciskać wszystkim kit, że wszystko jest różowo i kolorowo.

W tej akcji Wisła szczerze przyznaje: nie, nie jest. „Za marzenia o Lidze Mistrzów płacimy do dziś”. Jest w tym filmiku dobrze pokazana potęga, a potem bolesny upadek.

Znalazłszy się w takiej sytuacji, Wisła mogłaby płakać, że nie ma wsparcia miasta. Płakać, że nikt nie chce sponsorować piłki. Generalnie płakać i nic nie robić, próbując przy tym udawać, że wszystko jest jak dawniej. Zamiast tego jednak, zdecydowała się na zmobilizowanie całej społeczności. Sfrustrowani kibice od lat wypisują na forach narzekania, jak jest źle. Teraz dostali możliwość działania, a nie gadania. Dostali możliwość przysłużenia się swojemu klubowi. Często powtarza się puste hasła: „Ja za ten klub oddałbym życie”. Na co klub: „Życie sobie zostaw, ale kup, proszę, koszulkę z Henrykiem Reymanem”. Świetne.

W momentach kryzysowych wyzwala się kreatywność, jak przed laty Real Oviedo, który będąc na skraju bankructwa zaczął za bezcen emitować swoje akcje, a wkrótce nabyło kawałki zasłużonego hiszpańskiego klubu bez mała pół świata. Przy wydatnym wsparciu kibiców od lat funkcjonuje też choćby niemieckie FC St. Pauli.

Akcja jest jednak świetna przede wszystkim dlatego, że porusza osobiste emocje. Czy ktoś jest kibicem Wisły czy nie, ma z nią związane jakieś wspomnienia. A jeśli jest urodzony na początku lat 90, jak ja, to te wspomnienia są w większości pozytywne. Nie byłem kibicem Wisły, ale na myśl o meczach z Saragossą, Parmą, Lazio, Barceloną, Schalke, ale też choćby Beitarem, mam głowę pełną obrazów. Jestem przekonany, że te same obrazy ma połowa pokolenia. Jak kiedyś Górnik, Legia czy Widzew, tak klubem naszej młodości była Wisła. Nawet jeśli w weekendy chodziliśmy na mecze innych, swoich klubów – choć ja pierwszy raz ekstraklasę widziałem właśnie na Wiśle – w 2005 roku z Górnikiem Łęczna –  w środku tygodnia, w pucharach oglądaliśmy Wisłę. Odwołując się do takich ludzi, Wisła łapie zasięgiem pół Polski, nie tylko swoich kibiców.

Świat nie kocha tylko tych, którym się udaje. Kocha też tych, którym się nie udaje, ale przynajmniej tego nie ukrywają. Brawa dla Wisły, że zachowała się w momencie kryzysowym nietypowo, niekonwencjonalnie. Zachowała się jak wielki klub, którym dalej pozostaje, mimo wszelkich przejściowych kłopotów. Bo „Wisła to historia, która nie pozwala na przeciętność”.

Szczegóły akcji „Wisła Kraków to nasza historia” TUTAJ.

Dlaczego FC St. Pauli jest kultowe

pauli

Kibicować można wielu różnym niemieckim klubom, ale FC St. Pauli niewątpliwie jest najbardziej fascynujące.

Ich i powoli także Union Berlin, zaczyna się w Niemczech postrzegać jako osobny gatunek klubów. Takich, które niezależnie od wyników są „kultowe”. Chodzi się na nie, bo są modne i wzbudzają sympatię, a nie dlatego, że tak dobrze grają w piłkę. Bardzo chciałoby tą drogą podobno pójść TSV 1860 Monachium, ale na razie ani nie jest modne ani nie wzbudza sympatii. Wśród tych dwóch osobnych klubów, St. Pauli jest zdecydowanie najbardziej fascynujące.

Zachwycanie się tym, że jego kibice walczą z prawicowymi ekstremizmami, neonazizmem, homo- i ksenofobią, rasizmem i seksizmem, przychodzi mi o tyle trudno, że to powinno być coś normalnego, a nie wyjątkowość, którą należy się zachwycać. Ale normalne niestety nie jest. Jest więc St. Pauli niemiecką samotną wyspą w morzu bardzo mocno przechylonych w prawo trybun.

Moje zainteresowanie i ciekawość budziło zawsze. Zwłaszcza od czasu, gdy spotkałem ich fanów na wyjazdowym meczu gdzieś na końcu świata, w Aalen, gdzie pokazali się ze świetnej strony. Okazało się, że po tamtym tekście, półtora roku później, odszukał mnie pan Fabian Balicki. Polak, który pisze o sobie: Kiedy w połowie lat 90. wyemigrowałem do Niemiec, niczego tak nie nienawidziłem jak piłki nożnej. Jeżeliby ktoś wtedy mi powiedział, że jako dorosły mężczyzna będę zdzierał sobie gardło na meczu piłkarskim drużyny niemieckiego drugoligowca z St. Pauli, to wziąłbym go za wariata. 

Pan Fabian o swojej wielkiej miłości do klubu, który „nigdy niczego ważnego nie wygrał” (któż z nas nie zna tego uczucia?) napisał książkę, która lada moment, nakładem Wydawnictwa Poligraf, wychodzi w Polsce. Miałem już przyjemność ją przeczytać. Łyknąłem szybko, w dwa dni. Po pierwsze, dobrze się czyta, po drugie, jest bogato ilustrowana zdjęciami z legendarnego stadionu Millerntorn i okolic.

Książka pięknie przenosi w bajkowy świat punk rocka i piłki nożnej. Autor zabiera nas do klubowych pubów, muzeów, na stadion czy do klubowych sklepików, w których – tak sobie wyobrażam, choć pan Fabian podkreśla, że St. Pauli walczy z komercją – można kupić dosłownie wszystko, od okolicznościowego albumu z naklejkami Panini, przez rozmaite koszulki, chyba aż po gadżety motoryzacyjne. Tłumaczy, dlaczego z tysięcy niemieckich klubów, akurat St. Pauli jest wyjątkowe.

W przepięknym położeniu na Hafenstrasse i Bernhard-Nocht Strasse stały domy, które wynajmowano studentom. Kryzys lat 80. spowodował, że na rynku pojawili się rózni ludzie, którzy próbowali dojść do pieniędzy na drodze spekulacji. Ci od nieruchomości odkryli robotniczą dzielnicę St. Pauli i zapragnęli terenów pod nowe budowę w tej dotychczas pogardzanej dzielnicy Hamburga. Miasto wymówiło studentom umowy o wynajem, aby sprzedać tereny na tych dwóch ulicach inwestorom. Na jakiś czas pojawiło się 12 pustych domów. Te zostały natychmiast zajęte na dziko przez punkowców, alternatywną młodzież i… studentów. W 1982 roku miasto zażądało od policji nielegalnych (…) mieszkańców. Nastał paroletni stan bliski wojnie domowej wokół Hafenstrasse, czas ulicznych bitew między dzikimi lokatorami, wspomaganymi przez ich sympatyków, a policją i czasami faszystami. 

Te wydarzenia rozgrywały się 900 metrów od stadionu grającego wtedy w lidze regionalnej St. Pauli. Było nieuniknione, że ludzie z Hafenstrasse wkrótce zaczęli się pojawiać na stadionie. Pierwsze garstki punków, studentów i innych dziwnych ludzi bardzo szybko rosną w setki. Stadion staje się strefą wolną od faszystów. Natępuje być może to najważniejsze dla przyszłej historii FC St. Pauli – faszyści zostają wyrzuceni ze stadionu przez kibiców FC St. Pauli. Nowych kibiców. W 1986 r. jeden z zajmujących nielegalnie domy na Hafenstrasse punkowiec Doc Mabuse przynosi na stadion czarną flagę z trupią czaszką i ze skrzyżowanymi piszczelami. W bardzo krótkim czasie liczba tych flag i nowych kibiców wzrasta gigantycznie. W lecie 1986 awans do II ligi ogląda już prawie 10 tysięcy kibiców. FC St. Pauli ze swoimi kibicami stał się definitywnie „nowym” klubem.

Źródeł kultowości FC St. Pauli przytacza Fabian Balicki jeszcze więcej. „Więcej niż piłka nożna? St. Pauli jest tą możliwością” to nie jest książka o futbolu. Futbol jest tu tylko tłem. Autor zabiera nas na spacer po całej dzielnicy. Kolejne rozdziały przedstawiają konkretne, z różnych powodów dla klubu i jego kibiców, ważne miejsca. Całość sprawia, że człowiek zaczyna zazdrościć Waldemarowi Sobocie, że gra w takim klubie i ma jeszcze większą ochotę tam pojechać (choć po prawdzie, miałem na to ochotę zawsze).

Kibice Wisły, Kolczak i futbol w czystej formie

Smartfony nie służą rozwiązłości. Jako że rzeczy martwe są nie złośliwe, a okrutne, blog ostatnio trochę wegetował,  bo mając w perspektywie wstukiwanie swoich skomplikowanych tekstów w telefon, stwierdzałem, że po co się rozpisywać, skoro można wszystko skomentować jednym zdaniem na Twitterze. Ale jak już się dorwałem, to nie odpuszczę, bo palce świerzbiły, a trochę się narobiło zaległości.

Otóż w poniedziałek pierwszy raz w życiu byłem w Myślenicach. Myślenic to tam wiele nie widziałem, przeszedłem się raczej po obiektach treningowych Wisły Kraków i stwierdziłem, że jak by sytuacja krakowian nie była zła, to i tak zawodników zawsze w polskich warunkach ściągną. Naprawdę jest gdzie trenować i to wystarczy, by już robiło wrażenie. Ale ja nie o tym. Sporo się ostatnio działo w Wiśle, bo wszedł do klubu nowy prezes Robert Gaszyński. Wydaje się, że kandydat niemal idealny. Biznesmenom zarzuca się, że nie rozumieją piłki. Byłym piłkarzom, że nie rozumieją biznesu. Legionistom w Krakowie, że Legioniści. A Gaszyński to i były piłkarz, więc  ”wie jak pachną skarpety” i biznesmen, więc wie jak pachną krawaty. No i Wiślak. Ale to, że jest Wiślakiem, nie wygląda na jego największy atut, a… to już spory atut.

I sprawia Gaszyński wrażenie, jakby rzeczywiście była szansa na nowe otwarcie. Mówi jak jest. Obiecuje, ale realistycznie. Nie zalicza wpadek. Dba o szczegóły. Można się śmiać, ale doceniam, że o 16.00 widzę go w Myślenicach pod krawatem, a godzinę później w Krakowie – dalej eleganckiego – już bez krawata, z odpiętym ostatnim guzikiem koszuli. Na spotkaniu z kibicami lepiej nie wyglądać na zbyt sztywnego. Dobrze, że ma tego świadomość.

Ale trudno nie zesztywnieć, gdy się słyszy i widzi, co niektórzy „kibice” Wisły wyprawiają. W skrócie: stowarzyszenie obraziło się na prezesa, że w listopadzie, kiedy jeszcze nie był prezesem, nie chciał się z nim spotkać, a w styczniu, gdy już jest prezesem, zwołuje spotkanie otwarte, na które może przyjść każdy, nawet ten, kto nie należy do stowarzyszenia. Nastąpiło uwolnienie dostępu do prezesa. Każdy mógł zadać pytanie. Już nie można aż tak bardzo roztaczać aury tajemniczości, którą skwitowałoby się pięcioma magicznymi literami – KMWTW.

Teraz konfliktu jeszcze nie ma. Jest tylko napięta atmosfera, obrażanie pracowników klubu na spotkaniu, ostentacyjne opuszczanie pomieszczenia. Ale jako że kibice to najłatwiejsza do obrażenia grupa na świecie, konfliktu można się spodziewać. A przynajmniej tego, że na trybuny wrócą race, których od wyrzucenia z klubu Jacka Bednarza, przy Reymonta nie było. Jeśli tak się stanie, Gaszyński będzie musiał płacić za to, jak Wisła jako całość zachowała się względem Bednarza. Skoro pozwoliła wtedy kibicom decydować o obsadzie prezesa prywatnej spółki, to niech się nie dziwi, że dziś kibice chcą decydować o zmienianiu rzecznika prasowego. Ciąg dalszy niestety nastąpi.

Na wspomnianym spotkaniu, gdy obrażeni już wyszli, było momentami wesoło, momentami żenująco. Wesoło zrobiło się, gdy jakiś dziadzia zażądał odebrania akredytacji prasowych dziennikarzom Radia Kraków i Gazety Wyborczej, bo „dziennikarze jedzą za pieniądze Wisły, a kibicują Cracovii”. Pomijam, że po drugiej stronie Błoń myślą zgoła odwrotnie. Pomijam, że jakby dziennikarze żywili się tylko tym, co Wisła daje do jedzenia, nie byłoby już od dawna żadnych dziennikarzy w Krakowie. Rozbawiło mnie, że dziadzia dostał z sali brawa, bo to pokazało, jak bardzo w narodzie mocno zakorzenione jest pragnienie cenzury i jak wolność słowa niektórych boli. Ciekawostka i tyle.

Dziś krakowska Wyborcza sprawę rozbuchała, pisząc, że „nie ugnie się pod żądaniami kiboli”. Jakich kiboli? W Krakowie jest w każdej kolejce ligowej 552381821 zachowań kibolskich, które należałoby zwalczyć/napiętnować/ukarać, ale po wypowiedzi jednego dziadka, nie róbmy z siebie męczenników.

***

Podbeskidzie miało zrobić cztery porządne transfery i zapowiedzi wyglądały szumnie. Tematy Golańskiego, Malarczyka i Drygasa były, nawet jeśli każdy z nich teraz się tego wyprze. Leszek Ojrzyński ich chciał. Jako że radni miejscy jednak nie pozwolili utonąć Koronie, Golański i Malarczyk raczej zostaną w Kielcach. Drygas po pierwsze ma ważny kontrakt w Bydgoszczy, a Podbeskidzie przecież za niego nie zapłaci, po drugie jest ważnym zawodnikiem drużyny, która wciąż ma zamiar walczyć o utrzymanie, a po trzecie ponoć interesuje się nim Lech. Drużyna już jest na jednym obozie, za chwilę będzie na drugim, a wzmocnień niemal nie ma. Jak ktoś w końcu przyjdzie, znów będzie gadka o tym, że jest nieprzygotowany do sezonu. Klub wydaje mi się natomiast trochę nieprzygotowany do okienka.

Wyciągnięcie Kristiana Kolczaka ze Slovana Bratysława należy jednak uznać za plus. CV tego grajka nijak nie pasuje do bielskich warunków. Grał w najlepszym słowackim klubie, regularnie, także w europejskich pucharach, wygrywał trofea i to nie 13 lat temu, tylko teraz, niedawno, w zeszłej rundzie. No i nie ma 48 lat tylko dwa razy mniej. Nie będzie też problemów z aklimatyzacją.

Śmierdziała mi tylko forma transferu. Definitywny na pół roku, z opcją przedłużenia o dwa lata?

Okazało się, że Podbeskidzie po raz kolejny – tak jak robiło rok temu – na oficjalnej stronie podaje nie do końca prawdziwe informacje. Wtedy kontrakty okazywały się krótsze niż podawano na stronie. Teraz okazało się, że Kolczak jest do Bielska tylko wypożyczony, za pół roku kończy się jego kontrakt ze Slovanem, może wtedy definitywnie przejdzie do Bielska (ale może nie). Rozumiem, że nie o wszystkim trzeba informować, ale strona Podbeskidzia nie informuje niemal o niczym. O zwolnieniu trenera bramkarzy i asystenta trenera poinformowano jakieś 3 tygodnie po tym, jak podały to wszystkie media sportowe i tydzień po „Gościu Niedzielnym”. Zaznaczam, nie jest to raczej wina piszących na stronie, którzy tylko wypełniają przykazy z góry. Nie ma to jak budować przemyślaną strategię informacyjną klubu. Nie wiem, jaki interes klub ma w tym, żeby ludzie myśleli, że Kolczak jest w klubie na stałe, mimo że nie jest. Wiem tylko, że nie jest to pomyłka tego, który pisał newsa. I że nie jest to poważne traktowanie swoich kibiców, łapczywie próbujących czegokolwiek się dowiedzieć.

***

Tuszowania rzeczywistości nie ma w Pucharze Narodów Afryki. Tam futbol jest szczery i piękny jak na podwórku. Pozostaje dla mnie nieodgadnione, dlaczego zawodnicy wychowani w Europie, nauczeni gry w piłkę w Europie, grający w europejskich klubach i w reprezentacjach prowadzonych przez europejskich trenerów, postawiwszy stopę na Czarnym Lądzie kompletnie zapominają o taktyce i po prostu ganiają za piłką. Mają przy tym fantastyczne umiejętności techniczne i fizyczne. To sprawia, że potrafią dużo i niemal sobie nawzajem nie przeszkadzają. Jak na podwórku – jeden wykop oznaczać może sytuację sam na sam, ale inaczej niż na podwórku – potrafią bardzo wiele. Wygrywają ci, którzy bardziej potrafią okiełznać żywioł. Dzisiaj lepiej zrobił to Gabon.

Po pierwsze, miał lepszego bramkarza. Burkiński Germain Sanou siedzi na co dzień na ławce w IV lidze francuskiej, więc gaboński Didier Ovono, podstawowy bramkarz ekstraklasowego belgijskiego Oostende wygląda przy nim jak Buffon. I tak też było – kilkoma szczęśliwymi interwencjami wybronił Gabonowi mecz. Aubameyang w europejskich warunkach to jeździec bez głowy, w Bundeslidze pewnie w takiej sytuacji jak dziś, nie strzeliłby gola, tylko zanim oddałby strzał, zabraliby mu piłkę obrońcy, ale w afrykańskich warunkach wyglądał całkiem przyzwoicie. Gabon potrafił czekać i kontrować. A że widok wyprowadzających kontrę Gabończyków działał na Burkińczyków jak laska Mojżesza na Morze Czerwone, okazji było sporo.

Druga bramka dla Gabonu, to kwintesencja Pucharu Narodów Afryki. Piękne rozpoczęcie Aubameyanga, genialne dośrodkowanie Bulota, niesamowity wyskok (z miejsca) Evuony i absolutny brak reakcji obrońców. Różnicę pomiędzy europejską a afrykańską piłką było dziś widać gołym okiem. Jakościowo na korzyść Europy, ale jeśli chodzi o frajdę, na korzyść Afryki. Na trzy tygodnie raz na dwa lata, lubię sobie przypomnieć czystą formę futbolu. Chociaż w kolejnych dniach może jej być trochę mniej, bo dziś grała zdecydowanie najsłabsza grupa. W kolejnych dniach PNA może być trochę bardziej europejski. I to dobrze. W PNA wszystko jest dobre, oprócz tego, że zwykle za szybko się kończy.

PS. Zanotowałem sobie nazwisko Bertranda Traore z Burkina Faso. Póki co ma 19 lat i gra w holenderskim Vitesee Arnhem, ale już zgarnęła go Chelsea. Na pierwszy rzut oka, wcale mnie to nie dziwi.

St. Pauli jak zwykle pod prąd. Precedens w sprawie RB Lipsk

Jeśli na niemieckiej scenie kibicowskiej ktoś ma iść pod prąd, oczywiście będą to fani FC St. Pauli. Tym razem też nie zawiedli. W niedzielę ich drużyna ma zagrać pierwszy w historii mecz wyjazdowy przeciwko RB Lipsk. Zgodnie z niepisaną zasadą niemieckich ultras, powinni to spotkanie zbojkotować. Ale jadą. Wykupili wszystkie bilety, jakie im przysługiwały (ponad cztery tysiące!), zmobilizowali swoje fankluby w Lipsku i Dreźnie, więc ich kibice będą również na sektorach gospodarzy. I stwarzają ważny precedens.

Pojawiło się już parę ważnych postaci ze świata piłki, które RB nie mówią o klubie z Lipska wcale tak źle, ale jeszcze nigdy nie zrobiła tego osoba ze świata ultras.

W wywiadzie dla 11Freunde.de, Justus Peltzer, jedna z ważniejszych postaci hamburskiego ruchu ultras, tłumaczy motywy kibiców St. Pauli. I brzmi cholernie sensownie.

Jedziemy do Lipska wspierać naszą drużynę oraz pokazać miejscowym, że futbol może funkcjonować inaczej i u nas w St. Pauli od dekad funkcjonuje inaczej – demokratycznie i niezależnie od wielkich sponsorów. Nie chcieliśmy się zachować jak wszyscy inni. Rzadko się zdarza, że wszyscy są tak mocno przeciwko czemuś, że jednomyślnie to bojkotują. Wygląda jakby był przymus bojkotowania RB Lipsk. Przecież w zeszłym roku RB był tą samą drużyną, z tymi samymi pieniędzmi, a nikt ich nie bojkotował. My, kibice, mamy ochotę jechać do Lipska. Nigdy nie byliśmy na stadionie w Lipsku z naszą drużyną i chcemy to zmienić. Wielu kibiców bojkotuje Lipsk, kibicując drużynom, które też są zależne od wielkich koncernów. Kiedy fani Ingolstadt wywiesili na meczu z nami transparent przeciwko RB, a sami polegają na pieniądzach od swojego sponsora Audi, wydało nam się to nieco dziwne. Gdzie jest granica? RB funkcjonuje całkiem podobnie do wielu drużyn w kapitalizmie.

Kibice St. Pauli organizują za to wyjazd z mottem. Każdy z kibiców jadących do Lipska ma wziąć ze sobą najstarszą koszulkę FC St. Pauli, jaką tylko ma w domu. - Chcemy w ten sposób pokazać miejscowym, co to znaczy tradycja – tłumaczy Peltzer.

I świetnie. Nie dajmy się zwariować. Jeśli RB Lipsk ma rogi, to tylko bycze. Nie diabelskie.

Niemieccy fani walczą o nazwy stadionów

eintracht

To chwalebne, że Bundesliga i 2. Bundesliga nie zezwalają na przejmowanie większościowych pakietów własnościowych klubów przez prywatne przedsiębiorstwa. Godne szacunku, że nie jest możliwe wstawienie nazwy sponsora do nazwy klubu. Ale już jeśli chodzi o stadiony, jest w Niemczech wolna amerykanka. Signal-Iduna Park zamiast „Westfalenstadion”, Veltins Arena zamiast Arena Auf Schalke, Imtech Arena zamiast Volksparkstadion czy Commerzbank Arena zamiast Waldstadion. Inaczej rzecz się ma z Allianz Areną, bo ta od samego początku istnienia tak się nazywała i już weszła do świadomości fanów. Największy problem jest ze stadionami, które przez lata nazywały się po ludzku, a później nastał XXI wiek i nazwa zmienia się co pięć lat.

Potworki są mniejsze i większe. Do największych należy chyba zaliczyć easyCredit Stadion zamiast Frankenstadion w Norymberdze. To tak, jakby Stadion Śląski nazwać „Kredyty chwilówki Arena”. Nic dziwnego, że to bodaj właśnie w Norymberdze zaczął się pierwszy w Niemczech ruch mający na celu odzyskanie nazwy stadionu dla kibiców. Od 2006 roku fani forsowali nazwę „Max Morlock Stadion”, takiej używali w języku mówionym, z czasem nawet media zaczęły lekceważyć człon „easyCredit”, więc firma się wycofała. Szybko przemianowano jednak posthitlerowski obiekt na Grundig Arena. Lepiej, ale dalej źle, więc walka o Maksa Morlocka trwa nadal. W styczniu „Bild” poinformował, że gdy wygaśnie umowa z Grundigiem, właścicielem praw do nazwy stadionu zostanie firma Lotto, która zgodzi się na nazwę „Max Morlock Stadion”. W zamian, dostanie zdecydowanie więcej powierzchni reklamowych na obiekcie niż jej poprzednicy. Byłby to przykład udanej inicjatywy, ale póki co nie ma oficjalnego potwierdzenia tej informacji.

morlock

Nie ulega jednak wątpliwości, że kibice Norymbergi dali przykład i lawina ruszyła. Od 2012 roku kibice Dynama Drezno toczą podobną, choć zakrojoną na mniejszą skalę, walkę. Latem tego roku obiekt III-ligowca zmienił nazwę z „Glücksgas-Stadion” na „Stadion Dresden”, ale można obstawiać, że to tylko tymczasowy zabieg, zanim władze miasta znajdą nowego sponsora tytularnego. Walka o „Dynamo-Stadion” lub „Rudolf-Harbig-Stadion” wciąż trwa, ale pierwszy krok został już osiągnięty.

Najświeższa akcja kibicowska to ta we Frankfurcie i można obstawiać, że będzie się działo sporo, bo Eintracht naprawdę ma psychofanów. Ich trafiła jedna z gorszych nazw. Na Waldstadionie, Stadionie Leśnym, który naprawdę jest w lesie, na którym w 1974 Polacy zagrali z Niemcami na wodzie półfinał mistrzostw świata, Eintracht nie gra już od wielu lat. Gra na Commerzbank Arenie. Kibice mają tego dość i chcą przystąpić do konkursu na wykupienie nazwy stadionu. Skąd wezmą pieniądze? Z wygranej na… loterii.

- Siedzieliśmy w grupie razem i zastanawialiśmy się, jak duże są szanse, że nasz stadion kiedyś jeszcze będzie się nazywał Waldstadion. Oczywiście miasto nie zrezygnuje z milionów od sponsorów, a zebranie w gronie kibiców kilku milionów jest niemal niemożliwe. Byłoby, gdybyśmy wygrali na loterii. Rozpoczęliśmy akcję. W sobotę 13 września o 16 spotkamy się, by razem zagrać w lotto. Jeśli wygramy, chcemy przystąpić do negocjacji z miastem – mówi „11 Freunde” Dominik Zierga, inicjator akcji.

Szanse na to, że akcja się powiedzie, wynoszą jakieś 1:139 836 160. - Jeśli będziemy mieć pecha, wygramy tylko milion albo dwa i może wystarczy chociaż na rok (śmiech). Jasne, wiemy, że wygrana jest mało prawdopodobna, ale chodzi o to, by przynajmniej pokazać, że dyskusja o powrocie do tradycyjnych nazw stadionów nie jest skończona. Chcemy przynajmniej powalczyć o zmianę stadionu na jeden mecz, by zwrócić uwagę na problem.

Choć akcje w Norymberdze i Dreźnie nie zakończyły się pełnymi sukcesami, ich przykłady pokazują, że warto próbować. Jeśli wbrew wszelkiej logice, któryś z kibiców Eintrachtu trafi szóstkę, dopiero może się zacząć w kwestii odzyskiwania nazw stadionów dziać ciekawie. Można być pewnym, że to dopiero początek i także kibice innych klubów upomną się w końcu o swoje obiekty. Trudno budować identyfikację z miejscem, w które chodzi się z dziada, pradziada, co tydzień, przez całe życie, jeśli nosi ono nazwę „easyCredit”.

Najbardziej potworne nazwy stadionów w Niemczech:

1. easyCredit Stadion – 1. FC Nürnberg (do 2012 roku)

2. Commerzbank Arena – Eintracht Frankfurt

3. Trolli Arena – Greuther Fürth (do 2014 roku. Trolli to producent żelków)

4. Generali Sportpark – Unterhaching

5. Volksbank Stadion – FSV Frankfurt

6. rewirPOWER Stadion – Bochum

7. ESPRIT Arena – Fortuna Düsseldorf

8. Imtech Arena – Hamburger SV

9. Signal Iduna Park – Borussia Dortmund

10. Mage Solar Stadion – Freiburg

Problem stadionowego chuligaństwa nie tkwi w ludziach

To jak rozmowa o Hobbesie i Rousseau. Zło tkwi w ludziach czy w instytucjach. Ja wczoraj uświadomiłem sobie, że stadionowe zło tkwi w zwyczajach i społecznych przekonaniach.

Tych „złych” na meczu Wisły z Ruchem nie było. W czasie derbów zarzucili boisko racami, więc ich trybuna została zamknięta, a nikt, kto na niej siedział, nie mógł wejść na spotkanie z Niebieskimi.

Ci „źli” dali, mimo to, pokaz swojej głupoty. Chociaż to było na swój sposób genialne. Ciekawi mnie, jak wystrzelili race spod Parku Jordana, że te spokojnie wylądowały na murawie. Na ile kontrolowali miejsce lądowania? Czy strzelali na oślep, nie wiedząc czy trafią na boisko, w trenera czy może sektor rodzinny? Nie wiem, ale to ciekawy problem, na który zwrócił uwagę Dominik Szarek na Twitterze:

Bo przecież każdy może sobie spacerować przez park Jordana i odpalić w nim fajerwerki, ale już wrzucić ich na stadion nie może. A kto ma temu zapobiegać? I jak? Zamknąć Błonia? Park Jordana? Kilometr wokół stadionu? A może wtedy wrzucą race na stadion z samolotów? Zastanawiające.

Pomijając jednak specyficzny geniusz, to jeszcze bardziej przeraża głupota tych, którzy idą pod stadion w sobotę wieczorem specjalnie po to, by zakłócić mecz, pokazać, że się nie dadzą i są tacy niezłomni. Jak ci herszci klasowi, którzy wymyślają coś super megaśmiesznego, a inni głupkowato się cieszą i naśladują.

Race sprzątnięto, niezłomni poszli opowiadać swoim kumplom, jaką akcję zrobili, wydawało się, że będzie spokój. Na stadionie zostali ci „dobrzy”, „normalni” kibice, o których zawsze się mówi, że „nie powinni być karani za głupotę grupki niezainteresowanej futbolem”. I co? Rynsztok.

Jeśli akurat nie ma derbów, z młyna wiślackiego pada zwykle stosunkowo niewiele bluzgów. Wczoraj „normalni” kibice kilkakrotnie intonowali „Cracovia K, Cracovia S, Cracovia starą k… jest”, dodając też, że „zawsze nad wami pier… Żydami” (chociaż oni raczej śpiewali z małej litery). Śpiewali też, że „Legia to stara k…” i oczywiście nadawali na Ruch. Na koniec, mimo bardzo dobrego sędziowania Pawła Raczkowskiego, krzyczeli „J…ć sędziego i całą rodzinę jego”.

Niby nic szokującego, słyszymy to zawsze na stadionach, ale raczej nie łączymy tego z normalnymi kibicami, którzy po prostu przychodzą obejrzeć mecz, a z tymi mitycznymi chuliganami. Wczoraj było czuć, że jeśli chodzi o stężenie bluzgów, lepiej jest w meczach z ultrasami niż bez nich.

Byłem tym, muszę przyznać, zaskoczony. I myślę, że ile byśmy zakazów i kar nie dali, rynsztok na naszych stadionach będzie, dopóki nie zmienimy społecznego postrzegania tych obiektów. Dzisiaj piekarnia to jest miejsce, w którym można kupić chleb, na myjni myje się samochód, na stacji benzynowej się tankuje, a na stadionie rzuca k…ami. Przekracza się bramy stadionu i hulaj dusza, piekła nie ma. Można zjechać każdego, każdym określeniem, które ślina na język przyniesie, nawet jeśli na co dzień jest się cnotliwym i poważanym panem z korporacji. Smutne.

Problem, jak się okazało, nie dotyczy tylko kibiców. Gdy sędzia nie uznawał gola dla Wisły, skakał koło mnie jakiś miejscowy dziennikarz, waląc pięścią w pulpit i wołając „Jak ja nienawidzę tych j…ch Hanysów” (choć on to krzyczał z małej litery). Wszyscy czują, że na stadionie mogą więcej niż gdzie indziej. A niby dlaczego?

Współczuję kibicom Bayernu

Z każdą wizytą na Allianz Arenie coraz wnikliwiej patrzę na twarze ludzi na trybunach i zastanawiam się: jak to jest? Czy oni wiedzą, że Bayern wygra i zastanawiają się tylko ile? Czy przychodzą oczekując „ogolenia frajerów?“ Idą zobaczyć jak wygrywają „nasi“? A może za każdym razem obawiają się, że tym razem się nie uda?

 Wreszcie najważniejsze: czy kibice Bayernu, ale w tym miejscu może też być Barcelona, Real i inne drużyny z tej półki, też podpisaliby się oboma rękami pod najświętszą prawdą, że futbol jest okrutny? Czy dla nich jest jednak sprawiedliwy?

 To zupełnie inny gatunek kibica. Dla mnie obcy, bo nie rozumiem go, nie wiem jakie myśli nim kierują. Gdy widzę kibica Augsburga czy Eintrachtu Brunszwik potrafię sobie dość dokładnie wyobrazić, co myśli w danym momencie meczu. Czuję z nimi wspólnotę, mimo że akurat mnie ich klub nie grzeje, a oni nie wymówiliby nawet nazwy mojego klubu.

 Tych z Monachium nie potrafię rozgryźć. Niby się cieszą po golach, ale ta radość jest inna, taka kontrolowana. Nie ma Pilchowego „całowania obcej kobiety w usta i piersi“ w ekstazie po golu dla Auxerre czy Bordeaux. Cieszą się z kolejnych goli Bayernu, jak ja z sukcesów skoczków narciarskich. Zastanawiam się, czy oni rzeczywiście potrafią sobie wmówić, że to super, iż Thiago dotkął piłki 185 razy w jednym meczu. I że za pół roku wyciągną największemu rywalowi największą gwiazdę, co może pozwoli przekroczyć granicę 100 punktów w jednym sezonie w lidze, w której maksymalnie można zdobyc 102?

 A może oni przeżywają wszystko tak samo, tylko na innym poziomie? Ich wprawdzie nie grzeje liga, jak nas nie grzeją sparingi, ale na poziomie półfinału Ligi Mistrzów doświadczają jednak normalnych, kibicowskich emocji? I mają złamane serca gdy ich zespół przegra finał?

 Nie wiem, ale ja im intuicyjnie współczuję. W gruncie rzeczy to oni powinni mi współczuć, że naoglądawszy się przez parę miesięcy Toniego Kroosa, pomocnika moich marzeń, za chwilę będę oglądał środkowego pomocnika, który wprawdzie nie umie ani podawać ani strzelać, ale dobrze robi wślizgi. Że za chwilę boczni obrońcy na moich oczach dziewięć na dziesięć dośrodkowań będą wyrzucać w trybuny, a nie odwrotnie.

 Ale myślę, że nie mają racji. Są jednak w jakiś sposób upośledzeni. Nie są temu winni, tak jak upośledzony nie jest winny swojego upośledzenia, ale nie znają jednak futbolu w najczystszej postaci. Futbolu, w którym z kimkolwiek twoja drużyna gra, spodziewasz się porażki. Ile by nie prowadziła, spodziewasz się, że za chwilę wszystko roztrwoni. I wiesz, że nawet jak masz w składzie największy talent od lat, to za chwilę kupi go największy rywal.

 Guardiola po meczu z Frankfurtem powiedział, że to był najlepszy Bayern w tym sezonie Bundesligi. Pewnie ma rację, bo nie ma się właściwie do czego przyczepić. A jednak mi się nie podobało. Ja się wynudziłem. Futbol, w którym jedynym pytaniem jest nie czy tylko ile, jest dla mnie nudny jak skoki narciarskie.

 Piłkarze i drużyna Bayernu są dla mnie zbyt doskonali. Doceniam kunszt każdego z nich, podziwiam, ale nie potrafię się tym emocjonować. To, że idealny profesjonalista strzela w okienko jest dla mnie dość naturalne. Ale o ile więcej radości daje, gdy to przebrzydłe drewno, które ma 30 lat i w całej karierze strzeliło cztery gole, nagle na 10 sekund w życiu zmienia się w Messiego i mija pięciu rywali? To właśnie tłumaczy nabożny szacunek Szkotów do gola Archiego Gemmila z mundialu w 1978. Czczą go nie dlatego, że minął czterech Holendrów, ale dlatego, że przez całe życie – wyjąwszy ten moment – mijał czterech obrońców w sezonie a nie w jednej akcji.

 Tak, regularne obcowanie z doskonałością Bayernu pokazało mi na czym tak naprawdę polega futbol. I to mają w Bełchatowie, Szczecinie czy Moguncji. Nie w Monachium, chyba, że w TSV.

Ranga reprezentacji Polski spadła. Nie widzę problemu

Co roku, bądź częściej, zależnie od częstotliwości rozgrywania meczów reprezentacji Polski w dziwnym krajowym składzie, na dziwnym, pustym stadionie, z dziwnym przeciwnikiem, w dziwnym miejscu i z Tomaszem Jasiną czy Jackiem Jońcą jako komentatorami, pojawia się lament, że „kiedyś to było inaczej“. „Kiedyś czasem nawet wielcy piłkarze nie dostawali szansy gry w reprezentacji, kiedyś powołanie znaczyło więcej, kiedyś trzeba się było postarać, żeby się dostać do reprezentacji“. To wszystko prawda. I co z tego?

 Kiedyś zwycięstwo w Pucharze Rappana znaczyło więcej, a teraz nic nie znaczy, bo go już nie ma. Kiedyś Trabant znaczył więcej, a teraz znaczy mniej.

 Kiedyś czasy były inne, a teraz są inne. Kiedyś Polska była trzecia na świecie, a dziś jest 78., więc też siłą rzeczy kiedyś żeby zostać reprezentantem Polski trzeba było się wznieść na wyższy poziom niż obecnie. Kiedyś Polska rozgrywała kilka meczów w roku, a teraz rozgrywa kilkanaście, w tym także w krajowym składzie, więc siłą rzeczy jest większa szansa załapać się do kadry.

 Ktoś, czytaj firma Sportfive, zapłacił, by ten mecz był uznawany za oficjalny. Skoro PZPN się na to zgodził i skoro nie zrobił niczego niezgodnego z prawem, to nie rozumiem dlaczego mecz miałby nie być uznawany za oficjalny. A zasadność rozgrywania takich meczów? PZPN-owi pozwala zarobić, selekcjonerowi też raczej nie zaszkodzi, a już na pewno nie piłkarzom. Kiedyś oczywiście też takie sparingi rozgrywano, tylko nie zaliczano ich do rejestru oficjalnych meczów, a teraz się zalicza. Tak jak kiedyś kobiet nie zaliczało się do ludzi, a teraz się zalicza.

 Zgadzam się, że ranga reprezentacji Polski spadła. No i? Spadła ranga każdej reprezentacji świata, bo spadła ranga futbolu reprezentacyjnego w ogóle. Zupełnie normalne zjawisko. Poza tym ranga naszej kadry – bardziej niż przez rozgrywanie meczów w krajowym składzie – spadła przez notoryczne zbieranie oklepu, gdzie się tylko pojawi.

Moim zdaniem to wszystko kwestia poziomu. Nasza liga jest słaba, więc i reprezentacja skompletowana z zawodników z tej ligi jest słaba. Chcemy, by reprezentowali nas wielcy piłkarze, a nie łamagi. Problem nie tkwi w samym sprzeciwie dla uznawania kadry ligowej za kadrę narodową, bo wtedy – na tej samej zasadzie – Hiszpanie powinni uznawać za hańbienie reprezentacji wystawienie samych graczy z Primera Division. Przeszkadza nam, że reprezentacja jest do niczego, a nie, że akurat na te dwa mecze są w niej sami piłkarze z krajowej ligi.

 Zawsze znajdzie się ktoś, kto rzuci jakimś nazwiskiem z przeszłości – niech będzie śp. Krzysztofa Surlita – i powie, że bardziej zasłużył, bo był znakomitym piłkarzem, a teraz wartość koszulki z orłem na piersi się zdewaluowała. No, pewnie bardziej zasłużył od takiego Rafała Leszczyńskiego.

Ale dlaczego w tej głupiej licytacji się zatrzymać tylko na reprezentacji?

 Kazimierz Deyna nigdy nie zagrał w Lidze Mistrzów. Nawet w fazie grupowej. A zasłużył bardziej niż Łukasz Szukała!

 Włodzimierz Lubański nigdy nie zagrał w Premier League. A zasłużył bardziej niż Grzegorz Rasiak.

 Zygmunt Maszczyk nigdy nie zagrał na mistrzostwach Europy. A zasłużył bardziej niż Mariusz Jop.

 Andrzej Szarmach nie dostał w karierze żadnego milionowego kontraktu. A zasłużył bardziej niż Krzysztof Mączyński.

 Nie ma co porównywać minionych realiów z obecnymi, bo to do niczego nie prowadzi. Graham Bell bardziej ode mnie zasłużył na to, by mieć telefon komórkowy. Ale takie czasy – ja mam, on nie miał.

 Gdyby śp. Krzysztof Surlit miał możliwość zagrania w reprezentacji Polski w krajowym składzie przeciwko Norwegii w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, to by z niej skorzystał. Nie miał i niczyja to wina, taki los. Przeciwko komu i czemu chcecie się buntować?

 Dzisiaj powołanie 20 najlepszych zawodników z polskiej ligi jest uznawane za hańbienie barw narodowych. A 40 lat temu kadra – w krajowym składzie! – zdobyła trzecie miejsce na świecie. Wtedy chyba nikt o hańbie nie mówił.

PS Zgodnie z zapowiedzią, kontynuuję nieśmiałe raczkowanie w multimedialnym świecie. Wczoraj pogadałem ze stadionu w Fuerth o Arkadiuszu Miliku i Sebastianie Tyrale.

Najbardziej muzyczny klub Bundesligi

Zwierzałem wam się już jakiś czas temu, że lubię, gdy kibice biorą się za nagrywanie piosenek. Zadziwiająco – zwłaszcza dla mnie samego – chętnie słucham o ustawkach, o walce na śmierć i życie z wrogiem, z policją, słucham pozdrowień do więzienia, albo „tych którzy już odeszli w stronę słońca, którzy byli wierni aż do końca, którzy na stadionach zostali pomszczeni – na zawsze są w sercu stalowowolskiej ziemi”. Też mnie to dziwi. Niby nie moje klimaty, ale jednak często dają poczuć jakąś atmosferę klubu.

Nasz rynek w tej kwestii jednak dopiero raczkuje. W Niemczech skala zjawiska tak mnie uderzyła, że przez kilka dni nie słuchałem niczego innego niż tylko kibicowskich piosenek. Przebijałem się przez rozmaite pieśni biesiadne, przy których Niemcy lubią się kiwać (przy stole), znajdowałem polskie wątki (w piosence Hamburgera SV: – Jesteś z Cottbus, to tak jakbyś był z Polski), odkrywałem, że w hymnie Bayernu jest jakże bezdyskusyjna fraza „Nigdy nie spadnie”, by stworzyć bundesligową listę przebojów. Ale nie wyszło, bo zatrzymałem się przy Eintrachcie Frankfurt.

Już przy okazji wizyty tam, pisałem, że ci kibice wydają mi się jakoś bardziej fanatyczni niż gdzie indziej. Że z tej trybuny bije jakaś groza. Wyjazd w 12 tysięcy osób do Bordeaux w grudniu zdawał się to potwierdzać. A teraz wiem na pewno, fani Eintrachtu są jacyś inni. Nigdy wcześniej nie widziałem, by kibice wydali aż trzy pełne płyty (!), łącznie około 50 utworów, tylko o jednym zespole. O ile u nas – z drobnymi wyjątkami – są to zwykle kawałki rapowe, we Frankfurcie mamy pełną różnorodność.

Od piosenki na melodię Pippi Langstrumpf…

http://www.youtube.com/watch?v=npgtMh4SOZ0

… przez coś zahaczającego o reggae


… techno

… rap

… rock

… metal

i coś czego nie umiem nazwać, a jest nietypowe i ciekawe…

I wiele, wiele innych. To jest znakomita droga, idźcie nią wszyscy kibice świata. Skoro można się ubierać tylko w produkty z klubowym znaczkiem, skoro można zjadać towary wyprodukowane przez klub, skoro można karmić kota z miski z herbem APOEL-u Nikozja, a żonie kupić bieliznę z Realu Oviedo (sobie też), skoro można nosić słuchawki z klubowymi logami, dlaczego nie ma z nich płynąć muzyka związana z klubami? Wciska się nam futbol w każdą dziedzinę życia, niech wciska się też do głowy przez uszy. A może o to chodzi w futbolu totalnym? A może o to chodzi w nazwie „Z nogą w głowie”?

Dla kibiców Borussii Kuba nie istnieje

Nawet tutaj, w Bawarii spotykam wielu fanów Borussii Dortmund. Do Lewandowskiego mają chłodny szacunek. Piszczka naprawdę lubią i cenią. Ale prawdziwie wielbią Błaszczykowskiego, który u nas jest gdzieś w cieniu „Lewego”.

W magazynie kibiców Borussii znalazłem świadectwo. Wyznanie wiary Feliksa Oedinga, fana Dortmundu i amatorskiego piłkarza.

***

Juergen? Zostaje! Zeljko? Zostaje! Peter? Zostaje! To trzy świetne i zdecydowanie najważniejsze informacje ostatnich dni. Mnie – i pewnie wam też – dają one niemal gwarancję, że także w następnych latach będziemy oglądać taki sam cudowny futbol, do jakiego przyzwyczailiśmy się w ostatnich latach.

Ledwo zrobiło się spokojniej wokół Marca, „Manniego” i Ilkay’a, barcelońskie wróble zaczęły ćwierkać o Matsie. Szok po odejściu naszej grubej księżniczki sprawia, że przy wszystkich takich doniesieniach wpadam w lekką panikę. Nie mam tak już tylko z jednym zawodnikiem. Chcę mu to powiedzieć przy każdej bramce, przy każdym występie, nawet – a niech mnie – przy każdym gównianym podaniu… Nie, ja nie chcę mu tego powiedzieć. Chcę go dopaść i szepnąć mu na ucho: „Wybacz chłopie. Dupiato cię oceniłem”. A on by odpowiedział: „Kuba może by się zachował dupiato. Ale teraz jestem Jakub. Jakub Błaszczykowski”.

Raz za czas, gdy nikt nie widzi, zakładam okulary i przenoszę się w czasie. Zerkam na sezon 2007/2008 i im dłużej patrzę, tym jaśniej stwierdzam, jak wszystko było gówniane. OK, dotarliśmy do finału Pucharu Niemiec, ale Duisburg też kiedyś dotarł, więc umówmy się, że to nie jest jakiś wielki wyczyn. A przez wynikające z tego europejskie puchary przemknęliśmy nad wyraz… dyskretnie. 

Jakub i Sebastian są ostatnimi reliktami z tamtego berlińskiego, majowego wieczoru. Jakub – wtedy jeszcze Kuba – wyleciał z boiska w 108. minucie za drugą żółtą kartkę. Sebastian został w 86. minucie zmieniony przez Nelsona Valdeza. Symboliczne… 

 Kuba był dla mnie wtedy promykiem nadziei. Młody, szybki zawodnik, który już na pierwszy rzut oka miał w sobie więcej jakości niż większość jego kolegów z drużyny. To znaczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli, kochałem prawie wszystkich… Piosenka „Gruby z szóstką” do dziś jest na mojej playliście na wszystkich urządzeniach. Tinga, który świętował kiedyś z nami wygraną przez otwarte okno, gdy wytoczyliśmy się z taksówki totalnie nawaleni pod jego domem, czy Valdez, który swego czasu słynął z najbardziej ofensywnej interpretacji gry na pozycji defensywnego pomocnika. Ale prawdziwe show mógł dać tylko Błaszczykowski.

Kuba. Zapytaj dowolnego dortmundczyka. Każdy z zamiłowaniem opowie ci, że jego nazwisko nie zmieściłoby się na koszulce. Pamiętam swój pierwszy kontakt z wieloma zawodnikami i zawsze był przy tym Nobby Dickel. Nie zapomnę też swojego pierwszego zetknięcia z Błaszczykowskim. Teraz wydaje mi się, że ma całkiem przystępne nazwisko. Ale wówczas połowa stadionu postanowiła się nie kompromitować i poszła na łatwiznę, krzycząc „Kuba”, podczas gry druga połowa – w tym samym momencie – kaleczyła jego nazwisko „Błaszczykowski”. Cała trybuna miała wtedy uśmiech na twarzy.

Już po paru miesiącach u nas, zaczęły się pojawiać doniesienia, że interesuje się nim Liverpool. Raz człowiek słyszał to głośniej, raz ciszej, a ja raz ciszej, raz głośniej odpowiadałem: „Kuba!” Nobby’emu. 

Pamiętam, były nawet czasy, w których Kuba był prawym obrońcą. Przeciwko żadnemu obrońcy nie chciałbym zagrać tak bardzo, jak przeciwko Kubie. No, może jeszcze przeciwko Testosteronowemu potworowi z Monachium… Kuba. Im częściej to słyszę, tym bardziej wydaje mi się, że to imię idealne dla artysty. I sztuką – właśnie sztuką – jest to, co potrafił wyrabiać. 

Naprawdę miał możliwości, by zostać wielkim artystą. 

Ale co się dzieje, gdy artysta nie może uprawiać sztuki, a musi się zająć rzemiosłem? Stara się, lecz jest nieszczęśliwy i widać to po nim. Ja też po nim widziałem, że zepchnięcie do roli rzemieślnika go męczy. Coś we mnie mówiło: „On jest następnym, który odejdzie”. A drugi głos dopowiadał: „W sumie, jak zapłacą ze 12 milionów, to sam mu spakuję walizkę”. 

Dziś trochę się tych myśli wstydzę, ale wtedy byłem młodszy i bardziej impulsywny. W tamtym czasie nastąpił może najważniejszy, a na pewno najbardziej niepozorny transfer ostatnich lat. Jeśli to wszystko było zamierzone, trudno to nazwać inaczej niż przebłyskiem geniuszu. Chodzi o ściągnięcie Łukasza Piszczka, spadkowicza z Berlina, który tylko sporadycznie był widywany na boku obrony. Ten ruch nie tylko dał nam świetnego prawego obrońcę, ale uratował też Kubę. 

Nie mam wątpliwości, że to, co zaczęli wyrabiać Kuba z Piszczkiem jest najzajebistszym wschodnioeuropejskim wytworem w zachodniej Europie. Właśnie w Dortmundzie człowiek spotyka codziennie wielu ludzi ze wschodniej Europy i wielu z nich marzy, by wyprodukować coś zajebistego. Ale… nie, te ataki na prawej stronie są zajebistsze niż wszystko inne. 

Stało się to, co musiało się stać. Przy takiej sile na skrzydle staliśmy się w ciągu roku drużyną, która własnie Liverpoolowi zabiera zawodników, a Liverpool już nie był drużyną, która miałaby coś do zaoferowania Kubie.

Kuba… Nie. Błaszczykowski. Jakub Błaszczykowski. Kuba to archaizm z 2008 roku. Teraz na tego, którego nie udało się ściągnąć Liverpoolowi, polowało subtelnie kilku szejków, którzy chcieliby doprowadzić swoje kluby do finału Ligi Mistrzów.

Już raz złote dupy go nie skusiły, ale teraz byłem pewny, że nie odrzuci okazji. I może wtedy, kilka lat wcześniej, ten niespełniony artysta Kuba by to zrobił, ale dziś Jakub Błaszczykowski powiedział: „Borussia zrobiła postęp. Mamy świetną drużynę, rewelacyjnego trenera, cudownych kibiców i wielkie perspektywy. Nie można kierować się tylko pieniędzmi. W Dortmundzie mam rodzinę i wszystko, czego potrzebuję”. A potem przedłużył kontrakt do 2018 roku.

Gdybym był piłkarzem… W sumie jestem. Ale gdybym był naprawdę tak dobry jak Jakub, też bym tak powiedział dziennikarzom. Tyle, że gram w okręgówce i chęci przerastają umiejętności, więc dziennikarze się mną nie interesują. Zostaje więc jedno podobieństwo: też gram na prawym skrzydle. 

Czasem, gdy biegnę i biegnę coraz szybciej i udaje mi się kogoś minąć, czuję się jak Kuba… Nie, jak Jakub. Jakub Błaszczykowski 

W zeszłym tygodniu dostaliśmy nowe stroje. Wziąłem szesnastkę.