Ciągła wymiana elit. Kariera trenerska krótsza niż piłkarska

elity

Jacques Bertaux – Prise du palais des Tuileries – Wikimedia Commons

Regularnie, przy kolejnych zmianach trenerskich, gdy w mediach pojawiają się nazwiska kandydatów przymierzanych do danego klubu, słychać wszechobecne stękania: „znów ci sami”, „cały czas te same nazwiska”, „dlaczego nikt nie daje szansy młodym/nowym/świeżym/nieuwikłanym w układy?”. W tym tonie często wypowiadają się też prezesi, którzy, zatrudniając kogoś nieznanego, tłumaczą, że chcieli wyjść poza „zamknięty krąg” czy sięgnąć po kogoś „spoza karuzeli”. Przekonanie o istnieniu tej właśnie karuzeli, z której, gdy się już na nią wsiądzie, ciężko wypaść, bo ona cały czas się kręci i wyrzuca następnych trenerów w kolejnych klubach, jest bardzo silnie zakorzenione w umyśle polskiego kibica.

Dekada – inna epoka

Ale to mit. Nie ma czegoś takiego jak karuzela trenerska, a przynajmniej nie na tak długą metę, jak niektórzy chcieliby to widzieć. I wypaść z niej niezwykle łatwo. By to udowodnić, sięgnąłem do ligi sprzed dziesięciu lat. Uznałem, że to dobry okres, by zauważyć odpowiednie tendencje. Jeśli ktoś utrzymuje się w lidze przez dziesięć lat, to znaczy, że wyrobił sobie renomę niezależną od pojedynczych niepowodzeń czy zmian trendów. Samemu trudno było mi uwierzyć, że zaledwie przed dziesięcioma laty pracowali w polskiej lidze Bogusław Baniak, Czesław Jakołcewicz, Przemysław Cecherz, Marek Piotrowicz czy Zdzisław Podedworny. Wymienianie tych nazwisk brzmi, jak podawanie składu z meczu Polska – Brazylia na mundialu w 1938 roku. Prehistoria.

Pięć lat – inna epoka

Spośród trzydziestu trzech trenerów (!), którzy w sezonie 2006/2007 pracowali w ekstraklasie, tylko pięciu prowadzi kluby z naszej najwyższej ligi także obecnie. To Czesław Michniewicz, Waldemar Fornalik, Jacek Zieliński, Michał Probierz i Kazimierz Moskal. Na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dziesięć lat to jednak zbyt długi okres i w ciągu pięciu lat to już na pewno niewiele się zmieniło – też będzie w błędzie. Z ekstraklasy sprzed Euro 2012 (przecież to było wczoraj!) wytrwało do dziś tylko sześciu szkoleniowców – oprócz pięciu wymienionych wcześniej także Mariusz Rumak. W ciągu pięciu lat, tylko 22% trenerów pracuje w elicie dalej. Blisko 80% z niej wypada. To było ledwie pięć lat temu, a w lidze pracowały tak dziś oddalone od niej nazwiska jak Andrzej Pyrdoł, Robert Kasperczyk, Tomasz Wieszczycki czy Rafał Ulatowski. Nie wspominając, o Tomaszu Hajcie. W porównaniu do najlepszych lig europejskich, Polska zalicza się do tych krajów, w których zmian następuje najwięcej. Przegrywa pod tym względem tylko z Bundesligą, która jest absolutnym ewenementem. W lidze niemieckiej nie pracuje obecnie żaden trener, który byłby w niej przed dziesięcioma laty – najwięcej meczów ma na koncie 43-letni Thomas Tuchel. W pozostałych przypadkach różnice są kosmetyczne. Zwraca uwagę ogólna tendencja: na najstabilniejszym rynku francuskim i tak 80% trenerów sprzed dziesięciu lat zniknęło z ligi.

 

Pozycja

Liga Odsetek trenerów sprzed dziesięciu lat, którzy aktualnie pracują w lidze
1 Ligue 1 21,00%
2 Premier League 20,00%
3 La Liga 16,00%
4 Ekstraklasa 15,00%
Serie A 15%
6 Bundesliga 0,00%

Polski przypadek pokazuje, że ekstraklasowych trenerów możemy podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią szkoleniowcy nietykalni. Mogą być zwalniani, mogą podpadać prezesom, ale na rynku bronią się od dekady. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jest ich tylko czterech. To Probierz, Michniewicz, Zieliński i Fornalik. Probierz i Zieliński pracowali w lidze w każdym z ostatnich dziesięciu sezonów, Michniewicz w dziewięciu, Fornalik w siedmiu, ale gdyby nie był przez dwa lata selekcjonerem, wynik byłby podobny. Od dziesięciu lat, najdłuższy okres bezrobocia Probierza wynosił pół roku. Cokolwiek się o nim myśli, to imponujący, zasługujący na szacunek, wynik.

Pracują na renomę

Druga grupa to trenerzy o uznanej pozycji na polskim rynku, ale jeszcze za wcześnie, by z całkowitą pewnością stwierdzić, że żaden wiatr ich nie ruszy. Takich szkoleniowców też jest tylko czterech. To Mariusz Rumak, Piotr Stokowiec, Kazimierz Moskal i Radoslav Latal. Wszyscy pracują trzeci sezon lub dłużej. Mylący może być jedynie przypadek Moskala, który teoretycznie pracuje w lidze już w piątych rozgrywkach, ale w praktyce poprowadził jedynie 59 meczów (o jeden więcej od Latala). Wynika to z faktu, że przez lata bywał w Wiśle Kraków trenerem tymczasowym, co sprawiło, że liczba sezonów, w których pracował, wygląda imponująco, ale długo nie przekładało się to na prawdziwą szansę. Zwraca uwagę, że spośród aktualnie pracujących trenerów, tylko sześciu ma na koncie ponad sto meczów w ekstraklasie.

Połowa ligi nowa

Trzecią grupę tworzą absolutni nowicjusze, nie mający na koncie jeszcze ani jednego przepracowanego sezonu. Co pewnie dla wielu zaskakujące, to połowa ligi! Aż ośmiu obecnych trenerów, pojawiło się w ekstraklasie ledwie w zeszłym sezonie. Rok temu o tej porze nie było w ekstraklasie: Jacka Magiery, Piotra Nowaka, Macieja Bartoszka, Andrzeja Rybarskiego, Nenada Bjelicy, Grzegorza Nicińskiego, Radosława Sobolewskiego i Marcina Kaczmarka. Jak się okazuje, to także tendencja ogólnoeuropejska. Ligę angielską kojarzymy zwykle z długodystansowcami jak Arsene Wenger czy kiedyś Alex Ferguson, ale w rzeczywistości rotacja na ławkach jest tam najwyższa (nie mylić z częstymi zmianami trenerów w konkretnych klubach; chodzi raczej o zatrudnianie ludzi spoza danej ligi).

 

Pozycja

Liga Odsetek aktualnych trenerów, którzy w ostatnich dziesięciu latach pracowali w danej lidze tylko w jednym sezonie lub krócej
1 Premier League 60,00%
2 Bundesliga 56,00%
3 Ekstraklasa 50,00%
4 La Liga 45,00%
5 Ligue 1 40,00%
6 Serie A 35,00%

Sporą płynność wśród ekstraklasowych trenerów na tle lig europejskich widać także w statystyce średnio przepracowanych sezonów. Polski szkoleniowiec pracuje w naszej lidze przeciętnie ledwie przez 2,5 sezonu. We Francji jest to trochę ponad cztery lata. To nadal bardzo mało. Tyle zwykle trwa pobyt trenera na topie i to w najbardziej optymistycznym wariancie. Nielicznym udaje się wytrwać na szczycie dłużej. W pięciu najlepszych ligach europejskich jest tylko dwóch trenerów, którzy pracowali w ostatnich dziesięciu latach w każdym sezonie: Arsene Wenger i Mark Hughes (Stoke City). Pozostali wiedzą, co to długie oczekiwanie na pracę zgodną z oczekiwaniami. Polskie przypadki Probierza i Zielińskiego są na tle europejskim wielką rzadkością.

Pozycja Liga Liczba sezonów przepracowanych średnio przez trenera w danej lidze
1 Ligue 1 4,13
2 Premier League 4,07
3 Serie A 4
4 La Liga 3,4
5 Ekstraklasa 2,6
6 Bundesliga 1,7

Przyznając sześć punktów za dorobek świadczący o największej wymianie na ławkach i jeden za najmniejszą rotację, w każdej z tych trzech kategorii, można uzyskać zbiorczy obraz tego, w której lidze najszybciej następuje wymiana trenerskich elit. W tym umownym zestawieniu, ekstraklasa jest druga, jedynie za Bundesligą. Co jednak chyba najbardziej zadziwia – nawet w przypadku Francji nie można powiedzieć o istnieniu jakiejś trenerskiej elity, która tylko wymienia się stołkami. Nawet tam, cykl pracy topowego trenera jest stosunkowo krótki. Mówi się, że kariera trenera jest długa. Zwykle w ligach pracują szkoleniowcy w wieku pomiędzy 40 a 70 lat. Błędne byłoby jednak stwierdzenie, że kariera trenera trwa około trzydziestu lat. To dotyczy nielicznych, wybitnych jednostek, utrzymujących się w każdej lidze na powierzchni przez różne epoki. W zdecydowanej większości, trenerzy kształcą się, zbierają doświadczenia, wydają pieniądze, nie śpią po nocach po to, by przez maksymalnie cztery lata zbierać tego owoce, a przez pozostałe 26 tułać się po niższych ligach, chwytać posad asystentów, dyrektorów sportowych, komentatorów telewizyjnych albo w ogóle pracować poza piłką (vide Bartoszek zarządzający niegdyś wysypiskiem śmieci). Nie ma karuzeli trenerskiej, ani w Polsce, ani za granicą. Dla większości jest tylko pięć minut chwały. Ekstraklasowa kariera szkoleniowa jest krótsza niż piłkarska. Kolejny dowód na to, że zawód trenera piłkarskiego jest jednym z najtrudniejszych na świecie.

Pozycja Liga Liczba punktów (im wyższa, tym bardziej „przewiewny” światek trenerski)
1 Bundesliga 17
2 Ekstraklasa 13
3 Premier League i La Liga po 10
5 Serie A 8
6 Ligue 1 4

Obliczenia własne. Dane ze stron 90minut.pl, transfermarkt.de, sklady.hostmix.pl

Wisła nie szanuje Kazimierza Moskala. A powinna

wisla

Chociaż książki w stylu „Futbol i statystyki” czy historie Midjtylland i Brentford wznoszonych w oparciu o liczby, coraz mocniej uświadamiają kibicom rolę przypadku w futbolu, wciąż jego wszechwładzy się nie docenia. A nie wzięcie pod uwagę szczęścia czy pecha przy podejmowaniu ważnych decyzji, może fatalnie skutkować dla klubów.

Analitycy prowadzący Midjtylland i Brentford klasyfikują europejskie kluby nie na podstawie osiąganych wyników, bo te kłamią. Oglądają mecze i oceniają liczbę stworzonych i dopuszczonych pod własną bramką idealnych, bardzo dobrych i dobrych sytuacji. Wychodzą z założenia, że przypadek czasem sprawia, że tzw. sytuacja stuprocentowa nie zostaje wykorzystana. A realną siłę drużyn pokazuje dopiero spojrzenie na to, ile takich szans się stwarza.

Mówi się, że tabela nie kłamie, ale analitycy Matthew Benhama powiedzą co innego. Według ich obliczeń, Borussia Dortmund była jesienią drugą najlepszą drużyną w Niemczech i czwartą w Europie. Tymczasem leżała na dnie tabeli Bundesligi, a wszyscy zastanawiali się, co jest przyczyną kryzysu. Mówili o podatności na kontuzje, zmęczeniu, nieudanych transferach, wyczerpaniu formuły Juergena Kloppa. Benham powiedziałby: Dortmundowi brakowało szczęścia. Po prostu.

Nie zamierzam nikogo przekonywać, że ten model na pewno nie ma wad i jest idealny. Nie można przeginać. Sam nie mam wrażenia, by model, który wskazuje jesienny Dortmund jako czwartą najlepszą drużynę w Europie, był wiele wart, ale chcę pokazać, że przypadek w futbolu ma wielką siłę.

Mam wrażenie, że w Wiśle Kraków o tym nie pamiętają. Prezes Robert Gaszyński nie był dziś w stanie wydusić z siebie deklaracji, że Kazimierz Moskal poprowadzi klub w przyszłym sezonie, choć trzy miesiące temu podpisał z nim kontrakt na półtora roku. Mówił, że o obsadzie pozycji trenera zdecyduje po tym, jak przeprowadzona zostanie inwentaryzacja, czyli analiza raportu, czytaj: jeśli znajdzie taniego, a niezłego trenera, to Moskala zwolni, a jeśli nie znajdzie, to nie zwolni. Moskal siedział obok i musiał czuć się wyjątkowo niezręcznie.

Czy Kazimierz Moskal poprawił wyniki Wisły? Nie. Średnią punktów ma gorszą niż Franciszek Smuda. Nie wprowadził zespołu do europejskich pucharów. W kilku meczach frajersko stracił punkty. Wpuszczane w końcówkach meczów bramki były trudne do wytrzymania. Zgoda.

Gdyby jednak spojrzeć szerzej, Wisła grała w ciągu tych trzech miesięcy bardzo ciekawą piłkę. Momentami jedną z najlepszych w ekstraklasie. Dwukrotnie była lepsza od Legii Warszawa na Łazienkowskiej. Nie walcząc o nic, bardzo mocno postawiła się brnącemu po tytuł Lechowi Poznań. Dobrze wyglądała w wyjazdowych meczach z Jagiellonią Białystok. Stwarzała mnóstwo sytuacji, rozgrywała naprawdę efektownie, kilku zawodników doszło do dawno niewidzianej formy, jak Maciej Jankowski czy Rafał Boguski.

Jeśli Moskal zostanie zwolniony, to dlatego, że jego piłkarze nie mieli skuteczności. Dlatego, że Stilić w meczach z Legią i Śląskiem Wrocław, zamiast do pustej bramki, kopnął obok niej. Dlatego, że Jagiellonia, grając fatalny mecz, strzeliła Wiśle dwa gole, w tym jednego ze spalonego, choć gdy zrobiła to kilka tygodni później Lechii, to nikt nie chce zwalniać Jerzego Brzęczka. Dlatego, że sędzia uznał nieprawidłowe gole dla Legii. Dlatego, że Boban Jović nieszczęśliwie kopnął piłkę do własnej bramki. Moskala niszczy nagromadzenie nieszczęśliwych okoliczności. Mogą się temu dać zwodzić kibice, ale analizujący teoretycznie wszystko, jak w korporacjach, prezes, już nie powinien.

Mam wrażenie, że w wielu polskich klubach Moskal byłby uznawany za dobrego, normalnego trenera. Jego nieszczęściem jest jednak, że pracuje w Wiśle, gdzie wciąż jest uznawany za zapchajdziurę, którego traktuje się z lekkim przymrużeniem oka. Gdy wracał w marcu, wydawało się, że przychodzi z zupełnie innej pozycji. Jako trener, który mimo wszystko pokazał w Niecieczy i w Katowicach, że coś potrafi. Jako trener, a nie asystent trenera. Ale nic się nie zmieniło. Dla wielu dziennikarzy na konferencjach prasowych dalej jest „Kaziem”, dla zarządu klubu chyba niestety także.

W sytuacji, w jakiej Wisła się znajduje, trudno mi sobie wyobrazić dla tego klubu lepszego trenera. Gaszyński, z uporem maniaka wymaga, by Wisła grała efektownie i ładnie dla oka, choć piłkarze w Krakowie zostają coraz gorsi. Niewielu trenerów w Polsce jest w stanie to zagwarantować. Moskal tak. On ładną, ofensywną grę ma nie tylko na sztandarach, ale też na boisku. On jest swój, co może być atutem, a nie jak dotychczas wadą. Swój, czyli nie przestanie pracować, jeśli raz nie dostanie wypłaty. Będzie bardziej wyrozumiały niż trener z zewnątrz.

Moskal nie jest trenerem idealnym. Pewnie mógłby mieć twardszy charakter. Ale pewne jest, że pracował wiosną w skrajnie trudnych warunkach. Musiał prowadzić zawodników rozczarowanych niespełnionymi deklaracjami finansowymi prezesa, wciąż nie mając poczucia wsparcia z góry. W tej sytuacji Wisła powinna go sobie szanować, bo na lepszego trenera jej nie stać. W momencie, gdy ktokolwiek zaczął insynuować, że Wisła może zatrudnić Ojrzyńskiego, klub powinien zapewnić, że Moskal ma pełne poparcie. Była do tego idealna okazja. Moskal siedział dziś obok Gaszyńskiego. Mogły paść deklaracje, które umacniałyby pozycję trenera, a nie jeszcze bardziej ją podkopywały.

Mam wrażenie, że w – skądinąd nieistniejącym – planie budowy drużyny na fazę grupową europejskich pucharów Kazimierz Moskal przeszkadza akurat najmniej. Ale jego najłatwiej obarczyć winą i kupić sobie trochę czasu.