„Piszczek opiera się odmłodzeniu w Borussii. Błaszczykowski musiał odejść”

10575605576_edc3655e7e_z

Na „Z nogą w głowie” kontynuujemy przygotowania do startu Bundesligi z najlepszymi polskimi ekspertami od niemieckich klubów. Po rozmowie z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium, dziś przyglądamy się sytuacji Borussii Dortmund, głównej nadziei całej ligi na zdetronizowanie Bawarczyków. Naszym przewodnikiem będzie Paweł Musiał, redaktor polskiego serwisu klubu z Dortmundu – borussia.com.pl.

Masz jakiekolwiek nadzieje, że Borussia Dortmund w tym sezonie wreszcie poważnie zagrozi Bayernowi Monachium?

Paweł MUSIAŁ: – Z jednej strony, zmiana trenera w Bayernie czy też – biorąc pod uwagę podatność kilku zawodników na kontuzje – nieco zbyt wąska kadra monachijczyków, to jakieś przejawy tego, że to jest właśnie ten sezon, w którym Bawarczyków uda się zdetronizować. Z drugiej strony, mam świadomość, że Borussia straciła trzech kluczowych zawodników, piłkarzy klasy światowej. W klubie panuje rewolucja personalna, więc ciężko wymagać, by wszystko grało od początku. Spodziewam się, że Thomas Tuchel będzie jednak potrzebował trochę czasu zanim to wszystko zaskoczy. Czyli są jakieś przesłanki, że to może być słabszy sezon Bayernu, ale zmiany w Borussii mogą sprawić, że nie uda się tego wykorzystać.

Do tego dochodzi jeszcze Liga Mistrzów, którą Dortmund nie musiał sobie w zeszłym sezonie zaprzątać głowy.

Zdecydowanie. Dla Tuchela to będzie debiut w Lidze Mistrzów i to też pewien znak zapytania, jak drużyna będzie w stanie to łączyć z Bundesligą. Na pewno Liga Mistrzów wymaga innej motywacji, Tuchel też będzie musiał pokazać coś nowego. Faktycznie, może to mieć przełożenie na ligę, ale kadra Borussii jest jednak dość szeroka. Mam nadzieję, że wystarczająco.

Borussia dostała za piłkarzy ponad sto milionów i wydała na nowych graczy sto milionów. Wzmocniła się czy osłabiła?

Z początku byłem trochę podłamany. Spodziewałem się, że Ilkay Guendogan odejdzie, bo na to się zanosiło od dawna. Mats Hummels dał do zrozumienia, że szanse na jego pozostanie wynoszą 50 na 50, więc też można się było spodziewać, że odejdzie. Ale najbardziej zszokowało mnie, że odszedł Henrich Mchitarian, po roku tak owocnej współpracy z Tuchelem. Odejście całej trójki musiało boleć. Zwłaszcza, że klub dawał do zrozumienia, że wzmocnienia mogą się skończyć na kilku młodych zawodnikach. Potem jednak doszli Andre Schuerrle oraz Mario Goetze i sytuacja zaczęła wyglądać lepiej. Zespół opuściło trzech klasowych piłkarzy, ale z drugiej strony – Hummels miał fantastyczną rundę, lecz wcześniej nie brakowało głosów, że to dobry moment na zmianę środowiska, bo był nierówny, chimeryczny. Guendogana cały czas trapiły kontuzje i w ostatnich sezonach nie zawsze był ważnym ogniwem. A Mchitarian – przed przyjściem Tuchela – był największą klapą transferową w historii klubu. Do tego w ostatnich latach z nimi, Borussia nie zdobyła żadnych trofeów. Nie chcę być źle zrozumiany – to świetni zawodnicy, ale mam wrażenie, że to był odpowiedni moment na zmianę. Też nie wyobrażałem sobie klubu bez Juergena Kloppa, a po roku wszyscy zachwycamy się Tuchelem, jego Borussią, stylem prowadzenia drużyny. Dlatego mam nadzieję, że teraz wszystko też pójdzie w dobrą stronę.

8682625903_724832bf5e_z

Wspomniałeś o Goetzem. Jak – jako kibic Borussii – traktujesz jego powrót? Jako policzek ze strony klubu w kierunku fanów?

- Jeszcze przed kilkunastoma miesiącami taki transfer wydawał mi się nierealny i nie do zaakceptowania. Ale wiemy, ile się od tego czasu wydarzyło. Nie pomyślałbym też, że Hummels wróci do Bayernu. Takie jest życie kibica. Futbol jest szalony. Dziś fani Bayernu witają Hummelsa, fani Borussii witają Goetzego. Dobro klubu jest najważniejsze. Wierzę, że Mario doda Borussii jakości. To nadal bardzo młody zawodnik, ale już z ogromnym bagażem doświadczeń. Nadal ma ogromny talent, bo to się przecież nie zmieniło w czasie jego pobytu w Monachium. Obudziliśmy się w takiej rzeczywistości. Trzeba to zaakceptować, dać mu szansę i wierzyć, że znów poprowadzi Borussię do sukcesów.

A co z Andrem Schuerrlem? On też nie był oczywistym wyborem.

To fakt, ten transfer też wzbudził w Dortmundzie kontrowersje. Kosztował około 30 milionów euro, a wszyscy mają w pamięci, że w ostatnich latach był bardzo nierówny. Ciężko powiedzieć, jak się rozwinie. Ale trzeba pamiętać, że swój bardzo dobry okres w Bundeslidze przeżywał w Mainz, pod skrzydłami Tuchela. Borussia zdecydowała się na bardzo odważny ruch. To taki autorski transfer Tuchela. Mam nadzieję, że Schuerrle się przebudzi, a Tuchel będzie w stanie dobrze zagospodarować go dla drużyny.

Schuerrle przychodzi w ramach pewnej wymiany z Wolfsburgiem za Jakuba Błaszczykowskiego. Byłeś zaskoczony tym, że Kuba nie dostał szansy?

Bardzo ubolewam nad tym, jak sprawy potoczyły się przede wszystkim przed rokiem. Żałuję, że wtedy nie zdecydował się na pozostanie w BVB. Łatwo mówić z perspektywy czasu, ale to była najlepsza okazja, by przekonać do siebie Tuchela. Jak się okazało, Adnan Januzaj nie odegrał w Borussii żadnej roli. Jonas Hofmann, po dobrym początku, również rzadko pojawiał się w składzie. Później często pierwszą opcją na skrzydło bywał Gonzalo Castro czy – w dalszej fazie sezonu – Erik Durm. Tego mi najbardziej szkoda. Błaszczykowski mógł wtedy wrócić do łask. Teraz, po transferach Emrego Mora i Ousmane’a Dembelego, można się było jeszcze łudzić, że znajdzie się miejsce dla Kuby. Ale pozyskanie Goetzego i Schuerrlego postawiło sprawę jasno. Wtedy byłem już przekonany, że Polak odejdzie. Od strony kibicowskiej, to wielka szkoda, że tracimy kolejnego zasłużonego zawodnika, jednak jak najbardziej rozumiem decyzję Tuchela. Kuba jest już dość zaawansowany wiekowo. Nie chcę robić z niego emeryta, ale znamy jego podatność na kontuzje. Do tego dochodzi chęć odmłodzenia kadry BVB. Musiał szukać szczęścia gdzie indziej.

 Temu odmłodzeniu cały czas opiera się Łukasz Piszczek, najstarszy piłkarz Borussii z pola. Myślisz, że znów będzie wyborem numer jeden na prawej obronie?

- Przed rokiem bałem się co z nim będzie, po tych jego problemach z biodrem. Na szczęście przetrwał tę rewolucję Tuchela, przetrwał świetną rundę Matthiasa Gintera i potrafił na nowo wywalczyć sobie miejsce w składzie. W tym sezonie raczej nic się w tej kwestii nie zmieni. Felix Passlack to moim zdaniem przyszłość reprezentacji Niemiec na prawej obronie, ale będzie potrzebował trochę czasu. Na pewno rozegra kilka spotkań, zbierze doświadczenia, ale Piszczek nie musi się obawiać z jego strony o miejsce w składzie. Opcją jest również Ginter, ale Tuchel w tym sezonie da mu więcej szans na środku obrony. Nie będzie bezpośrednim rywalem Piszczka, tylko ewentualną możliwością na wypadek kontuzji Polaka. On też ma swoje predyspozycje, ale znamy jego braki w dynamice. Jest jeszcze Durm. Nie wiemy, ile potrwa jego przerwa. Docelowo jednak myślę, że to ostatni sezon Durma w Borussii. Pałeczkę po nim przejmie Passlack i to on będzie powoli wdrażany w zespół. To jednak trochę potrwa i Łukasz ma jeszcze przynajmniej sezon regularnej gry przed sobą.

 Na wiosnę Tuchel wystawiał czasem Piszczka jako jednego ze stoperów w systemie z trójką obrońców. Myślisz, że może w tym miejscu zostać na dłużej?

- Raczej będzie zmieniał ustawienie tylko w pewnych fragmentach meczu, zależnie od sytuacji. Myślę, że nie będzie uwzględniany jako środkowy obrońca, nie licząc pewnych krótkich, awaryjnych sytuacji. Ogólnie, przed sezonem pojawiały się głosy, że Tuchel może chcieć częściej grać na trzech obrońców. To pewnie możliwe, ale na razie wygląda na to, że bazowym ustawieniem pozostaje system z czterema defensorami.

Borussia wprowadza do Bundesligi kilku nowych, bardzo ciekawych piłkarzy. Po kim obiecujesz sobie najwięcej?

- Borussia sprowadziła ośmiu nowych piłkarzy. Każdy jest wciąż młody i z potencjałem na jeszcze lepszą grę. Gdybym miał wybrać jednego, wskazałbym na Dembelego. Wszyscy wiążą z nim duże nadzieje, ze względu na swobodę poruszania się z piłką. Borussia będzie miała z niego wiele radości, a przypuszczam, że w przyszłości także wiele pieniędzy. Ciekawy jest też Emre Mor. Na razie trochę chaotyczny, pytanie czy będzie potrafił przejść granicę z juniorskiej do seniorskiej piłki, bo znamy jednak przypadki graczy imponujących techniką, szybkością, dryblingiem, ale nazywamy ich jeźdźcami bez głowy. Niemniej, w obu przypadkach, ich umiejętności są naprawdę imponujące i z przyjemnością patrzy się jak mijają kolejnych rywali.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego

Zdjęcia: Flickr.com/creative commons

 

Premier League. Liga trenerów

Żyjemy w epoce trenerów. Jeszcze nigdy nie poświęcano im tyle miejsca. Najlepsi zarabiają na poziomie gwiazd swoich drużyn, co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. O trenerskie megagwiazdy walczy się jak o najlepszych zawodników,  coraz więcej ma dbających o ich interesy agentów. Trenerzy potrafią polaryzować kibiców. O preferowanych przez nich stylach gry, internety na całym świecie zajadle dyskutują przez 365 dni. Jeszcze nigdy w historii futbolu trenerzy nie znaczyli tak wiele. Ci najwięksi, potrafią nie tylko po cichu wygrywać, ale jeszcze o tym opowiadać, „sprzedać” swoją historię sukcesu, swój wizerunek. Odpowiedź na pytanie Mourinho czy Guardiola w szczytowym okresie ich rywalizacji wykraczała już daleko poza futbol i dotyczyła wyznawanych wartości.

Premier League wykazuje największą moc przyciągania trenerskich supergwiazd.To zjawisko wyjątkowe. Dyskusja o wyższości jednej ligi nad drugą jest czysto akademicka i trudno znaleźć obiektywne argumenty mierzące atrakcyjność danych rozgrywek w porównaniu do innych. Wiadomo jednak, że największe ligi świata w gruncie rzeczy aż tak bardzo się od siebie nie różnią. Największe pieniądze są w Premier League, a mimo to najlepiej gra się w piłkę w La Liga, co potwierdzają co roku europejskie puchary. Mimo gigantycznej rynkowej przewagi Anglii, wcale nie ma tam nagromadzenia najlepszych piłkarzy świata. Gdy spojrzeć na tegoroczną listę nominowanych do Złotej Piłki, okaże się, że zdecydowanie najwięcej, bo aż 11 zawodników zarabia na co dzień w lidze hiszpańskiej, Bundesliga i Premier League mają po pięciu reprezentantów, a Serie A i Ligue 1 po jednym. Jeśli chodzi o piłkarzy, talent na kontynencie rozkłada się więc w miarę równomiernie.

Jeśli chodzi o trenerów, przewaga ligi angielskiej zaczyna się robić miażdżąca. Trenerski talent oczywiście trudno zmierzyć, ale na pewno żadna inna liga nie ma tak wielkiej mocy przyciągania trenerskich osobowości, jak Premier League. Co tydzień, najbardziej pasjonującymi historiami wydarzającymi się w Anglii są zderzenia nie na boisku, ale te wykreowane starcia generałów przy ławkach.

Pracuje w Anglii Arsene Wenger, jeden z największych oryginałów wśród światowych trenerów, fachowiec niewątpliwie budzący emocje i kontrowersje. Przyciągnęła Premier League Juergena Kloppa, choć o tym, by Niemiec objął ich drużynę, marzyli kibice każdego klubu świata. Angielskie media nie kochały tak mocno nikogo od czasów pierwszego przybycia Mourinho na wyspy. Przygarnęła Anglia Louisa Van Gaala, postać budzącą takie emocje, że nawet w odległym kraju, uznawany za elokwentnego i spokojnego publicysta, zapytany o niego przed kamerą używa słów: „kawał bufona, z chamską, prymitywną twarzą”. Także w swoim kraju Van Gaal raczej dzieli niż łączy. Odpowiednikiem Kloppa, tylko na mniejszą skalę, można uznać Slavena Bilicia, zachowującego się przy linii w bardzo podobny sposób, co Niemiec i nie tylko mówiącego o graniu heavy metalu, ale samemu go grającego. A są jeszcze rozpoznawalny w całej Europie jako „70-latek, który nigdy nic nie wygrał”, specjalista od wicemistrzostw Claudio Ranieri, kojarzony głównie z boiska Ronald Koeman czy trochę przykurzony, ale wciąż uznawany za wielkiego fachowca Guus Hiddink.

A to przecież dopiero początek. Nikt bowiem nie ma wątpliwości, że Pep Guardiola będzie od lata pracował w którymś z angielskich klubów. Nikt nie wątpi, że znajdujący się na chwilowym bezrobociu Jose Mourinho, pracę znajdzie właśnie na Wyspach. Na ten moment najbardziej prawdopodobne wydaje się, że stojący na dwóch biegunach trenerzy, wylądują w tym samym mieście. A to historia, przyznacie, aż nazbyt westernowa. Raczej prędzej niż później wyląduje też w Anglii Diego Simeone, współczesny odpowiednik młodego Mourinho. I okaże się, że wszystkie największe trenerskie postaci, mające kontynentalną skalę oddziaływania, pracują w jednej lidze.

Bundesliga latem straci swoją jedyną postać w tym stylu, czyli Pepa Guardiolę. Jego następca, Carlo Ancelotti, to oczywiście fachowiec wybitny, być może najlepszy na świecie, ale jednak nie wywołujący u kibiców dreszczyku emocji, słynący z kompromisów i spełniania widzimisię właścicieli. Włoch na pewno nie będzie – jak Katalończyk – wywoływał dysput na temat tego czy jest wizjonerem czy przereklamowanym trenerem, który przejmuje samograje. To raczej przedstawiciel jeszcze poprzedniej epoki, ktoś jak Hiddink czy Del Bosque, raczej usuwający się w cień i pozwalający błyszczeć swoim piłkarzom. Innych trenerskich osobowości o skali kontynentalnej w Bundeslidze nie znajdziemy. Potencjał na taką ma Thomas Tuchel, ale potrzebuje do tego spektakularnego sukcesu międzynarodowego, a prowadzący inne czołowe kluby – Andre Schubert z Gladbach, Andre Breitenreiter z Schalke, Roger Schmidt z Bayeru czy Dieter Hecking z Wolfsburga, to dla osób nie tkwiących w Bundeslidze po uszy, trenerskie anonimy.

W Hiszpanii, trenerskim celebrytą jest niewątpliwie Simeone, ale nie długo się już w La Liga utrzyma. Zaskakująco cicho świat przyjmuje Luisa Enrique. Kilka lat temu popisy młodego Messiego, Henry’ego, Eto’o, Iniesty czy Xaviego wywoływały teksty o geniuszu Guardioli, aktualnie popisy Messiego, Neymara i Suareza, większe niż za czasów Guardioli, nie wywołują głosów o wielkości Luisa Enrique. O trenerze Barcelony, najlepszej przecież drużynie świata, raczej nie marzą trenerzy innych wielkich klubów na świecie, a gdyby ktoś miał do wyboru zatrudnienie jego albo Guardioli, to nawet by na Enrique nie spojrzał. W Madrycie z kolei pracuje Rafael Benitez, jeszcze kilka lat temu uznawany za człowieka z absolutnego trenerskiego topu i wywołujący skrajne emocje. Dziś, po niespecjalnie udanych pobytach w Interze, Chelsea i Napoli, dostaje na światowym poziomie być może ostatnią szansę i głównie zawodzi, a emocje wywołuje przeważnie negatywne. Serie A z kolei straciła już kilka lat temu kontynentalną siłę oddziaływania, której francuska Ligue 1 nigdy nie miała. Trenerami są w obu ligach często fachowcy nie gorsi niż gdzie indziej, ale dla osób nie siedzących w tych ligach anonimowi.

Głosy o finansowej sile Premier League, grożącej europejskim monopolem i skupieniem wszystkiego, co w futbolu najlepsze, na Wyspach Brytyjskich, od lat są przesadzone. Dopóki Anglicy nie nauczą się z sensem szkolić piłkarzy i wydawać pieniędzy, reszta Europy, która robi to lepiej, jest bezpieczna. Ale wielkich trenerskich postaci trudno Premier League nie zazdrościć.

Juergen Klopp w Liverpoolu. Kibicuję i mam obawy

Muszę przyznać, że decyzją o wzięciu Liverpoolu, Juergen Klopp mnie zaskoczył. Z jakiegoś powodu, po jego odejściu z Borussii Dortmund, wszyscy spodziewali się, że weźmie jakiś romantyczny, trochę podupadły, klub z duszą, twierdząc, że do nowoczesnej piłkarskiej korporacji nie pasuje. Myślałem, że to naiwne myślenie, byłem niemal pewny, że trafi raczej prędzej niż później do Bayernu Monachium, a jednak Klopp pozytywnie mnie zaskoczył. Nie poszedł na łatwiznę. Wziął klub niewątpliwie wielki, ale nie tak wielki jak mógłby wziąć. To ładne. Podtrzymuje jego wizerunek swojskiego gościa, który pójście do Bayernu niewątpliwie by nadszarpnęło.

Na to, że Klopp wyląduje w Anglii, wskazywało wiele czynników. Po pierwsze, sam trener podkreślał, że nie wyobraża sobie pracy w kraju, którego języka nie zna. Z tego powodu raczej odpadała Hiszpania – bo wiemy, że po hiszpańsku umiał tylko zamówić piwo, a w grę wchodziła Anglia i Niemcy. A że w Niemczech sens miałoby jedynie pójście do Bayernu, ale nie pasowałoby do jego wizerunku, Anglia wydaje się naturalnym kierunkiem. Po drugie, już od dawna pomiędzy Kloppem a angielskimi mediami dało się wyczuć szaleństwo. Angielska prasa uwielbiała Kloppa od wielu lat. Uwielbiała tak bardzo, jak żadnego trenera od czasów wczesnego Mourinho w Chelsea. Jestem absolutnie przekonany, że jego konferencje prasowe w pierwszych miesiącach będą hitami. To dla Kloppa miejsce, w którym będzie się czuł doskonale.

Z drugiej strony, obawiam się o niego. Obawiam się, że Anglicy nie będą potrafili się z Kloppem obchodzić. Sposobem zarządzania, większość klubów Premier League nie dorasta do pięt klubom Niemieckim. Są chaotyczne, przepłacone, miotające się od ściany, żądające natychmiastowych wyników. Liverpool, owszem, dał Brendanowi Rodgersowi sporo czasu, ale obawiam się, że Kloppa wita się w klubie jak Jezusa. Cudotwórcę, który wszystko od razu odmieni. Obawiam się, co się stanie, gdy nie okaże się Jezusem i nie wszystko odmieni. Liverpool nigdy nie wygrał Premier League. Ma lata zapóźnień. W drużynie nie ma dziś ani jednej gwiazdy światowego czy choćby europejskiego formatu, którymi przepełnione są kluby konkurencyjne. Jeśli Liverpool bierze trenera na lata, robi doskonały ruch. Jeśli nie odda się mu w pełni, może się okazać, że wyrzuca pieniądze w błoto.

Pamiętajmy, że Kloppowi zdarzyło się spaść z ligi. Że zanim podbił Bundesligę, najpierw zajął z Borussią szóste miejsce, później piąte, a dopiero w trzecim sezonie pierwsze. Że zanim awansował do Ligi Mistrzów, słabo spisał się z Dortmundem w Lidze Europy. Zanim podbił Ligę Mistrzów, odpadł z Borussią w fazie grupowej. Historia Kloppa w Dortmundzie była dlatego piękna, że była PROCESEM stopniowego wzrostu piłkarzy, trenera i klubu. Procesem, a nie magicznym dotknięciem, którego – mam wrażenie – Anglicy oczekują.

Zagadką pozostaje też struktura samego klubu. Nie zaniżając zasług Kloppa, bo te są ogromne, nie on sam dźwignął klub na nogi. Klopp miał w Dortmundzie największe skarby – mądrego i cierpliwego prezesa oraz skutecznego i sensownego dyrektora sportowego. Był w Dortmundzie idealnie dobranym bardzo ważnym, ale jednak tylko elementem układanki, która doprowadziła do sukcesu. Jeśli Liverpool nie ma wypracowanych takich struktur, wcale nie jest pewne, że Kloppowi się powiedzie. Poza tym, w Niemczech Klopp pracował tylko jako trener. W Anglii dostanie pewnie pełnię władzy, bez żadnego dyrektora sportowego nad sobą. Będzie musiał się zajmować całym klubem, a nie tylko samą drużyną. Nikt nie jest w stanie na ten moment powiedzieć, jak sobie z tym poradzi, ale nie jeden znakomity trener już w tym modelu sobie nie poradził. Nie jest przypadkiem, że dotychczas w Premier League pracował tylko jeden niemiecki trener – Felix Magath – który na dodatek spadł z ligi. Modele pracy w obu ligach są skrajnie różne, trudno przeskakiwać pomiędzy jednym a drugim.

Liverpool kupuje sobie w osobie Kloppa fantastyczne narzędzie. Jeśli będzie w stanie się nim umiejętnie posługiwać, tylko zyska. Ale Premier League jest ligą tak wynaturzoną, że wcale nie jest to pewne. Wiadomo natomiast, że jedno Liverpoolowi pod Kloppem uda się osiągnąć już od pierwszego wejrzenia: znaczny wzrost sympatii dla klubu na całym świecie. Nie wiem czy Liverpool wziął najlepszego trenera na świecie, ale na pewno najfajniejszego. Każdy kibic chciałby go w swojej drużynie. Fani Liverpoolu, wiedzcie: zazdroszczę wam. Nie zmarnujcie tej szansy.

Dortmund, czyli Zagłębie Rury

bvb6

Mieszkając w Niemczech, szukałem sobie co tydzień jakiegoś meczu, najlepiej Bundesligi, w promieniu 400 kilometrów. Pod jednym warunkiem: moja stopa nie stanie w Zagłębiu Ruhry. Wiedziałem, że gdy się tam pojawię, w głowie ujrzę napis znany z murów pod polskimi stadionami: „Stój, Polaczku. Przyjechałeś, nie wyjedziesz”. Wiedziałem, że stężenie miast, stadionów, klubowych muzeów, meczów na kilometr kwadratowy zostawi mnie bez żadnych pieniędzy, z zawalonymi studiami i pracą, bo pochłonie mnie na kilka miesięcy. Choć kusiło czasem wsiąść do pociągu z napisem Moenchengladbach albo nie wysiąść z autobusu jadącego do Kolonii, wytrzymałem. Planowałem, że kiedyś, raz, pojadę, koniecznie sam, na długo i będę oglądał mecze do porzygu. I dalej planuję.

Póki co był tylko Dortmund, sprawiający wrażenie najbardziej piłkarskiego miasta świata. Nad wieloma znanymi stadionami w teorii przelatywałem, Camp Nou, Wembley i co tam jeszcze, a jakoś nigdy z samolotu ani trochę ich nie widziałem. A tu, jeszcze nie postawiłem stopy na tej ziemi, a już przelatywałem nad środkowym kołem Signal Iduna Park, w dodatku będąc tego w pełni świadomy. Oczywiście w tym momencie okazało się, że połowa tegoż samolotu leci do Niemiec nie na święta, ale na mecz.

Potem, gdy już postawiłem stopę na tej ziemi, ale jeszcze wciąż nie byłem w mieście, stadion widziałem po raz drugi. Tym razem z okna pociągu z lotniska na dworzec. Dortmund to takie cudowne miejsce na ziemi, które na początku wizyty zawsze pokazuje stadion. Będąc w Barcelonie, Camp Nou zobaczyłem jakoś po pięciu dniach. Będąc w Londynie, Wembley jakoś po czterech latach. A tu na pierwszy rzut oka – dwa razy.

dortmund

Ze strzępków rozmów dolatujących mnie w pociągu, dochodziło tylko „Borussia”, „Bayern”, „Fussball”, „Stadion”. Niezależnie od tego czy rozmawiały tureckie nastolatki czy postaryjscy dziadkowie. Zapowiadało się, że jestem we właściwym miejscu.

Potwierdziło się to już po wyjściu z dworca. Pierwszy rzut oka na centrum Dortmundu? Tablica informacyjna z budowy powstającego właśnie Muzeum Niemieckiego Futbolu. Czyli trzeba tam koniecznie wrócić, to będzie jedno z najlepszych miejsc na planecie.

museum

Pomijając futbol, na pierwszy (krótki) rzut oka, Dortmund ma niewiele do zaoferowania. Zawsze uważałem, że żadne polskie miasto nie wygląda dobrze z perspektywy torów kolejowych, a w Dortmundzie miałem to samo wrażenie. Na trasie wjazdowej, oprócz stadionu, rzucały się w oczy kilometry szemranych fabryk i hurtowni, w których nie chciałoby się znaleźć po zmroku, podejrzane ścieki, wyrzucone do pseudolasków śmieci. Niczym nie różniło się to od trasy Radom – Puławy. I wszędzie, wszędzie rury. Żeliwne, pordzewiałe, brzydkie, pokręcone rury. Zapominałem, że w nazwie regionu jest jednak „h” i że Ruhra to rzeka a nie rura. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, bzdurę o niemieckim porządku i zorganizowaniu może powtarzać tylko ten, kto nigdy w Niemczech nie był.

Sam Dortmund? Szału też nie robi. Miasto nie sprawia wrażenia ani szczególnie starego, ani szczególnie nowoczesnego. Bardzo przypomina Katowice. Potwierdziło się, przynajmniej na pierwsze wrażenie, że Górny Śląsk i Zagłębie Ruhry są bardzo podobne. Idąc głównymi ulicami starego miasta, miałem wrażenie, że znajduję się na rogu Stawowej i 3 maja. Niby względnie stare i potencjalnie ładne ulice, ale na każdym kroku walące po oczach szyldy znanych, globalnych marek. Domyślam się, że gdyby przyjechać z PRL czy z NRD do Dortmundu, robiłyby wrażenie te „kolorowe neony”, ale te czasy już minęły.

Wszystko to sprawia, że nie dziwię się, że Dortmund tak kocha swoją Borussię. Ona się naprawdę Dortmundowi udała. Oprócz rozmawiających o niej ludzi, na każdym kroku wpada się na samochody z logo Borussii, ludzi w klubowych koszulkach czy herby wywieszone w oknach. Kompletnie przestało mnie dziwić 80 tysięcy ludzi na każdym meczu i zgłaszane czasem zapotrzebowanie na bilety sięgające pół miliona. Borussia to absolutnie podstawowa miłość Dortmundu.

W drodze do Niemiec przeczytałem ciekawy artykuł w jednej z niemieckich gazet. Autorzy, specjaliści od marketingu, przekonywali, że marka Borussii Dortmund jest nawet silniejsza niż Bayernu Monachium. Bayern zbudował swoją tożsamość wokół hasła „Mia san mia”, czyli „Wir sind wir”, czyli „My to my”, czyli „Jesteśmy jacy jesteśmy” – nikt nas nie lubi, wszystkich wkurzamy, jesteśmy aroganccy, zabieramy waszych najlepszych piłkarzy, mieliśmy wasze kobiety i zawsze wygrywamy. Na takiej marce poważną rysą byłaby seria pięciu porażek z rzędu, nie mówiąc już o obsunięciu się na piąte miejsce w tabeli. Żeby marka Bayernu była mocna i wiarygodna, drużyna musi wygrywać zawsze i wszędzie.

goetze

Borussia natomiast buduje wizerunek globalnej firmy, która jednak pamięta o tym, skąd się wywodzi, o swoich robotniczych korzeniach i kibicach, którzy zarabiają na życie ciężką fizyczną pracą, a nie są biznesmenami. Borussia to „Echte Liebe”, czyli „Prawdziwa miłość”. W opisie marki Borussii mieści się, że czasem klub może znaleźć się na skraju bankructwa, a czasem zajmować ostatnie miejsce w tabeli. Takie jest życie. A najbardziej wiarygodnym składnikiem tej marki jest trener Juergen Klopp, potrafiący pokazać cały repertuar min – od najgroźniejszego człowieka, po najsympatyczniejszego. Jednego z największych trenerów na świecie, ale też gościa, który chętnie pogada z kibicami o meczu przy piwie.

oprawa

I to na stadionie Borussii widać. Pal już sześć te 80 tysięcy, imponującą żółtą ścianę – nie czuje się, że jest się na tak wielkim stadionie, wszyscy są blisko siebie i blisko murawy. Oczywiście, doping robi potężne wrażenie, oczywiście gdy gwizdano na Goetzego, trąbka Eustachiusza machała białą flagą. Ale największe wrażenie zrobiło na mnie odczytywanie składów. Zwykle nazwiska podstawowych piłkarzy wykrzykują kibice, a rezerwowych i trenera odczytuje spiker. Jeśli trener jest szczególnie lubiany, i jego nazwisko wykrzykują kibice. A tutaj? Odczytywanie nazwiska trenera było najważniejszym punktem ceremonii. Brzmiało to tak, jakby Norbert Dickel odczytał nazwiska jakichś tam 11 piłkarzy, siedmiu rezerwowych, a potem… „I trener, NASZ, JÜRGEN…”

… KLOPP!

Nasz Juergen. Borussia naprawdę nie mogła zwolnić Kloppa. To by się kłóciło z całą otoczką klubu i regionu.

Wymyślić Borussię na nowo

klopp

Wszystko już było. Bezideowy jak cywilizacja zachodnia? Nie przemawia to do mnie. Bezideowy jak Borussia Dortmund! Ostatnie miesiące pokazują, że między „Borussia w kryzysie“ a „stara, dobra Borussia“ jest jeszcze masa stanów pośrednich. Po raz nie wiadomo który potwierdza się, że świat nie jest czarno-biały i nie toczy się tylko od skrajności do skrajności, a ma jeszcze masę odcieni szarości.

 Dziś nie można już powiedzieć, że Borussia jest w kryzysie. Nie, z kryzysu wyszła. Przestała przegrywać ze wszystkimi jak leci, traci bramki trochę mniej niefrasobliwie, strzela trochę więcej. Z ligi na pewno nie spadnie. To już nie myślenie magiczne, ale stwierdzenie faktu. Może nawet wgramoli się do Ligi Europy (to już myślenie trochę magiczne), jednak dalej nie będzie to „stara, dobra Borussia“.

 Może to truizm nad truizmami, mnie trafiło – pozazdrościć refleksu – dopiero dzisiaj: już nigdy nie będzie takiej Borussii.

 Cały czas obracałem się w kręgu myślenia czarno-białego. Było dobrze, wyłączył się jakiś przycisk, było źle, Klopp szukał przycisku, znalazł go, nacisnął, teraz już będzie znowu dobrze. Nie ma tak. Kryzys jest zażegnany, a została pustka. Borussię Dortmund trzeba wymyślić na nowo.

 Wszystko, co Juergen Klopp od początku w Dortmundzie robił, miało ręce i nogi. Borussia ma grać kontrpressingiem, biegać więcej i szybciej od rywali, osaczać ich natychmiast po stracie, odbierać, kontratakować. Miała grać formacją 4-2-3-1, gdzie jeden stoper dobrze wprowadzał piłkę do gry, dwóch bocznych obrońców szorowało od linii do linii, jeden środkowy pomocnik był bardzo kreatywny, drugi mniej, ale dobrze go asekurował, trójka pomocników ofensywnych tasowała się na wszelkie sposoby, a środkowy napastnik był ścianą, która albo kleiła i odgrywała do wbiegających pomocników, albo odbijała, stojąc tyłem do bramki. Proste i genialne.

 Nie doceniliśmy wagi Lewandowskiego dla Dortmundu, przynajmniej ja nie. Przychylałem się nawet do często kolportowanego zdania, że to Dortmund jest potrzebny Lewandowskiemu, a nie Lewandowski Dortmundowi. Nie sprawdzimy, gdzie by dziś była Borussia, gdyby Lewandowski grał w niej dalej, ale z całą pewnością jego odejście skończyło epokę. Nie Kagawy czy Goetzego, bo znaleźć ich następców było stosunkowo łatwo. Może nie tak dobrych, ale jednak w charakterystyce podobnych. Napastników a’la Lewandowski i podobnych mu klasą jest na świecie paru i żaden nie jest na półce finansowej, na której szuka Dortmund.

 To wszystko wiedzieliśmy już jednak od lata. Powtarzał też Klopp, potwierdzały transfery Ramosa i Immobilego. O ile Ramos miał być pewną niedoskonałą formą zastąpienia Lewandowskiego, o tyle Immobile, w zamyśle pierwszy napastnik, kimś zupełnie innym. Klopp ostrzegał, że Dortmund trzeba wymyślić na nowo. I po siedmiu miesiącach i przegranym z kretesem sezonie, to zadanie jest nadal aktualne.

 Chodzi mi po głowie, że najtrudniejsze dopiero przed Kloppem. Udało mu się wprowadzić drużynę na szczyt, zahamować spadek na dno, ale wprowadzenie jej z powrotem na szczyt może być trudniejsze niż wszystko dotychczasowe. W meczu z Juventusem stawały mi – a pewnie i wam – przed głową obrazy z poprzednich meczów wielkiego Dortmundu, na czele z tym niesamowitym z Malagą z 2013 roku. I z każdą minutą uświadamiałem sobie, że ta drużyna tego nie potrafi. Nie ma co przykładać kalki z wielkiego Dortmundu do dzisiejszej drużyny, bo to do niczego nie prowadzi.

 Dortmund jest dziś drużyną, która potrafi wyjść z grupy Ligi Mistrzów i w fazie pucharowej bezwzględnie odpaść. W stylu Leverkusen czy Schalke sprzed roku. Bo dziś, trzeba zauważyć, z niemieckich drużyn Dortmund przegrał najbardziej dotkliwie. Nawet Schalke i Bayer, mając za rywali finalistów poprzedniej edyccji Ligi Mistrzów, były o włos od ćwierćfinału. Borussia ani przez moment nie wyglądała w tym dwumeczu na lepszą.

 Przyjdzie nowy sezon i od Borussii znów będziemy oczekiwać, że nieobarczona stratami z fatalnej rundy jesiennej, zaczynając od zera, powalczy z Bayernem i odeprze napory Wolfsburgu. Ale bez ponownego wymyślenia Dortmundu, to się nie uda. Borussia niby gra dziś formacją identyczną jak z Lewandowskim, ale bez odpowiednich do tego wykonawców. Aubameyang jest zawodnikiem odpowiedniego formatu do złojenia Freiburga, ale na arenie międzynarodowej piłkarz grający tak bezmyślnie nie może się sprawdzić. Immobile się po prostu nie sprawdza, albo Klopp nie ma na niego pomysłu. Ramos też, ale jego nie można za to winić, bo to ani przez moment nie był piłkarz takiego formatu.

 Ryzyko stałego popadnięcia w przeciętność jest bardzo duże, bo obecny zespół walczyć z najlepszymi nie potrafi, a transfery… niczego dobrego nie wróżą. Borussia była w ostatnich latach bardzo chwalona za transfery, ale jakby nie zauważano, że te złote i tanie strzały – Piszczek, Lewandowski, Guendogan, Bender, Kagawa – skończyły się bardzo dawno temu. Ostatni udany transfer Borussii, choć już nie tani, to Marco Reus. Miliony wydane na Mchitariana (kosztował więcej niż De Bruyne!), Ramosa, Immobilego, Gintera, Papastathopoulosa, Aubameyanga wyglądają na mniej lub bardziej wyrzucone w błoto. A Kevin Kampl, mam wrażenie, jest na najlepszej drodze, by do tej listy dołączyć. Mało który dyrektor sportowy w Niemczech miał w ostatnich latach do wydania tyle, co Michael Zorc i mało którego efekty pracy są tak mizerne (mówimy o czasach najnowszych). Gdyby taki Stefan Reuter zaliczył tyle pomyłek co Zorc, Augsburga już od lat nie byłoby w Bundeslidze.

 I to właśnie chyba jest największym wyzwaniem dla trenera, gdy pracuje się w jednym klubie przez lata. Nie wystarczy, że raz wymyślisz coś genialnego. Coś genialnego – nowego! – musisz wymyślić co kilka lat, koniecznie z innymi wykonawcami. Przez lata podkreślano, że w tym tkwi fenomen Aleksa Fergusona. Parę już osób aspirowało do bycia Fergusonami swoich klubów. A Ferguson nadal jest tylko jeden, co daje do myślenia czy Kloppowi się uda.

Gdzie się rozgrywa spadek z ligi. Na przykładzie Borussii Dortmund

Z 11 sezonów, które w całości, świadomie, spędziłem na stadionie Podbeskidzia Bielsko-Biała, w sześciu oglądałem walkę o utrzymanie. Dramatyczną walkę. Z Podbeskidziem nigdy nie było tak, żeby spokojnie się utrzymało. Same ekstrema. To sprawia, że walkę o utrzymanie autodestrukcyjnie – choć oczywiście jej nienawidzę – uwielbiam. Zgadzam się z Nickiem Hornby’m, że wywołuje ona nieporównanie większe emocje niż gra o czołowe miejsca w lidze. I śmiem twierdzić, że dobrze znam mechanizmy sprawiające, że zespół nagle, choć wcale nie był do tego typowany, zaczyna bronić się rozpaczliwie przed spadkiem. Kibice drużyn w stylu Podbeskidzia są w tej kwestii wręcz ekspertami.

Zaczyna się na przedsezonowej prezentacji, gdy nigdy, przenigdy nie padają słowa „utrzymanie” czy „bronienie się przed spadkiem”. Zawsze stawiany cel jest wyższy. Nawet jeśli klub ściąga bandę anonimowych zawodników, łudzisz się, że akurat udało się przechytrzyć konkurencję i wyłowić perełkę za bezcen, bo przecież „pieniądze nie grają”. Sezon się zaczyna i twoja drużyna na ogół nie gra źle. Wygląda wręcz obiecująco. Rzadko kiedy kandydat do spadku przegrywa pierwszy mecz haniebnie, powiedzmy 0:4. Raczej ambitnie walczy, pokazuje ciekawy futbol, stwarza masę sytuacji i pechowo przegrywa, dając się skontrować w końcówce. Tydzień później schemat się powtarza. Tym razem o porażce przesądził ewidentny błąd sędziego. Później wyjazd do lidera, więc tam akurat przegrana niczego nie przesądza. Za tydzień u siebie, znów, po dobrej grze, w końcówce bramkarz w niewytłumaczalny sposób źle wychodzi do dośrodkowania. I przegrywacie, mimo czterech sytuacji sam na sam i dwóch strzałów w poprzeczkę. Zaczyna się szkoła, a w knajpach zaczyna się picie. Za oknem szarzeje. Powoli z meczu na mecz, gra siada. Porażki robią się coraz mniej pechowe, a coraz bardziej zasłużone. Deszczu za oknem coraz więcej, sytuacji bramkowych coraz mniej. Zawodnicy w formie coraz gorszej. Z prasy dochodzą sygnały o kłótni w szatni. Prezes obwinia trenera, trener narzeka na nietrafione transfery. Rozbita drużyna przestaje pasować do ligi. Na trybuny chodzi garstka osób.

Sprawa jest oczywiście nie do sprawdzenia, ale jestem przekonany, że gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka w drugiej i trzeciej kolejce, gdyby wtedy mieć szczęście, żadnej walki o utrzymanie by nie było. Z każdym meczem, którego nie udaje się – nawet mimo dobrej gry – wygrać, zawodnicy są coraz bardziej sparaliżowani, trener coraz bardziej myśli o zwolnieniu, kibice i prasa wywierają coraz większą presję. I drużyna wygląda coraz gorzej.

Z tego względu panicznie się boję nieudanych, pechowych początków sezonu. Później trzeba olbrzymiej siły mentalnej trenera i piłkarzy, by coś takiego przezwyciężyć. Zazwyczaj nie trzeba wiele. Jedno efektowne, ale naprawdę efektowne zwycięstwo, potrafi zdziałać cuda. Podbeskidzie po rundzie, w której zdobyło sześć punktów, wbiło Jagiellonii cztery gole, grając koncertowo. I wszystko się odmieniło. Jasne, później czasem remisowało, czasem nawet przegrywało, ale nie miało to już nic wspólnego z beznadzieją jesienną, chociaż drużyna mocniejsza wcale nie była.

Johann Cruyff, w jednym z przebłysków geniuszu, powiedział kiedyś, że w piłkę nożną gra się głową. Zazwyczaj to głowy, a nie nogi, czynią spadkowicza spadkowiczem. Niesamowite, że działa to także w przypadku najlepszych.

Bo Borussia Dortmund z tego sezonu wypisz-wymaluj pasuje do powyższego schematu. W pierwszych kolejkach nie wyglądała wcale źle. W jesiennej sondzie „Kickera” ponad 50% osób jako głównego winnego zapaści Dortmundu wskazało pecha i trafiło tym w sedno. Borussia jesienią grała wiele dobrych meczów. Wyjazdowy w Augsburgu, wyjąwszy ostatnie 10 minut. Wyjazdowy w Monachium, gdzie była jak dawny Dortmund. U siebie z Arsenalem, który Juergen Klopp nazwał meczem „niemal perfekcyjnym”. Gdyby przyczyn zapaści Borussii szukać w przygotowaniu fizycznym, nietrafionych transferach itp., nie grałaby jesienią tak dobrze w Lidze Mistrzów. Ale w piłkę nożną gra się głową. W Lidze Mistrzów Dortmund grał na luzie, bo wszystko się układało. W Bundeslidze, po kilku pechowych meczach, wpadła Borussia w spiralę, z której naprawdę bardzo trudno wyjść.

Co się dzieje teraz? Czy od beznadziejnego meczu z Augsburgiem miesiąc temu, po którym całe Niemcy i pół Polski dyskutowało poważnie o zwolnieniu Kloppa, coś się zmieniło? Czy diametralnie zmienił się skład? Czy trener przestawił taktykę? Czy poprawił przygotowanie fizyczne? Nie, po prostu następny mecz z Freiburgiem ułożył się szczęśliwie. Z Mainz, mimo momentami fatalnych błędów, udało się wygrać. Ze Stuttgartem szczęście też dopisywało. Przestało się mówić o zwolnieniu trenera, przestało się wytykać nieudane transfery, przestano mówić o II lidze, kibice przestali robić bury piłkarzom. I ci przestali mieć spętane nogi.

Przecież w meczu z Schalke Dortmund bardzo długo miał niesamowitego pecha. Robił to, co przez cały sezon – strzelał wszędzie, tylko nie do bramki. Pamiętajmy, że Borussia we wszystkich wskaźnikach typu posiadanie piłki, bieganie, sprinty itp. miała w tym sezonie wyniki na poziomie tych z najlepszych czasów. Beznadziejnie pogorszyła tylko skuteczność. Śmiem twierdzić, że jeszcze miesiąc temu, gdyby Borussia po takiej nawałnicy jak w sobotę, przez 30 minut nie strzeliła gola, piłkarze by się załamali, spięli i stracili w końcu głupiego gola. Na jesień robili tak notorycznie. Ale w sobotę byli już po trzech wygranych z rzędu luźniejsi psychicznie. Po 28 nieudanych strzałach, nie siedli i nie zaczęli płakać, tylko parli dalej i oddali skuteczne strzały numer 29, 30, 31. W piłkę nożną gra się głową.

Śmiesznie brzmią czasem trenerzy mówiący, że ich drużyna potrzebuje „meczu na przełamanie”, ale tak, historia z Borussią Dortmund utwierdza mnie w przekonaniu, że to słuszne postawienie sprawy. Kryzysy zaczynają się w głowach i w nich kończą.

W Mainz nie znają powiedzenia „lepsze jest wrogiem dobrego”

schmidt

Foto: Flickr.com

Dobrze się stało, że od zwolnienia Kaspra Hjulmanda z Moguncji, do powstania tej notki, minęło kilka dni. Christian Heidel to nie jest osoba, która decyzje podejmuje pochopnie, więc jego poczynań też nie warto oceniać pochopnie.

Bo na pierwszy rzut oka wydaje się to zwolnienie Duńczyka trochę niesprawiedliwe. Facet nie był wybrany na chybcika ani w ciemno. Heidel wiedział, że  Nordsjaelland Hjulmanda gra taką piłkę, jaką dyrektor sportowy chętnie widziałby u siebie. Heidel został zaskoczony rezygnacją Thomasa Tuchela, ale działał, jak to on, w pełni racjonalnie.

I początkowo znakomicie się bronił. Drużyna, tradycyjnie rozpatrywana jako kandydat do spadku, zdobywała dużo punktów, wygrywała, strzelała bramki. Częściej niż wcześniej utrzymywała się przy piłce i prowadziła grę. Od mniej więcej połowy rundy jesiennej, przestały się zgadzać wyniki, ale i gra też. Nie to, żeby Mainz robiło coś nie tak. Jeśli chodzi o tzw. „kulturę gry”, wyglądało to poprawnie. Ale postawcie się w sytuacji Heidela i kibiców. Od 15 lat oglądali – z półroczną przerwą na innego faceta z północy – trenerów wściekle szalejących przy linii. Takich, co do których nie ma wątpliwości, że słuchają rocka. Ba, Klopp chodził po meczach z kibicami na piwo. Klopp i Tuchel, czyli ludzie, którzy dali Moguncji największe sukcesy w historii, byli i są pozytywnymi szaleńcami i wariatami. Tego też wymagają od swojego zespołu. Pressing, wściekła walka o odbiór piłki, gra pełna pasji.

Mainz Hjulmanda było jak sam Hjulmand. Z kamienną twarzą, często schowany w boksie, z rzadka podnoszący głos. Duńczyk deklarował, że też uwielbia grę praktykowaną przez poprzedników, ale mecze i – według głosów z Moguncji – treningi, tego nie wskazywały. Mainz ćwiczyło grę na utrzymanie. Nie mówię, że to źle. Ale chyba nikt z dyrektorów sportowych nie dba o klubowe DNA tak jak Heidel. I lampka musiała mu się zapalić. To nie było to, czego oczekiwano.

Jeśli zwalniać, to w przerwie zimowej. Wydawało się, że rozbiciem na inaugurację Paderborn, Hjulmand rozwiał wątpliwości, ale okazało się, że tylko na chwilę je odsunął. Heidel zareagował szybko. Mainz było na 14. miejscu, czyli wciąż nad strefą spadkową. Grało mniej więcej na miarę potencjału. Ale właśnie – potencjał Mainz nie jest na miarę Bundesligi. By w niej grać, Mainz musi na boisku dawać trochę więcej niż by to wynikało z sumy umiejętności wszystkich piłkarzy. Tak, jak dawało za Kloppa czy Tuchela, a nie dawało za Andersona.

Przypomnijcie sobie 2009 rok. To też było dziwne zwolnienie, bo tuż przed startem ligi Heidel wyrzucił trenera Andersona – Norwega – który właśnie wywalczył dla Mainz drugi awans do Bundesligi w historii. Wtedy musiało się to wydawać niesprawiedliwe. Ale dziś wygląda na wizjonerskie, bo jego następcą został Tuchel, trener rezerw i wiemy, kim dziś jest.

Do osieroconej wtedy przez Tuchela drużyny rezerw z Moguncji przyszedł Martin Schmidt, Szwajcar, który przez całą karierę piłkarską nie wyściubił nosa powyżej II ligi swojego kraju, czyli nie zrobił żadnej kariery. Później był mechanikiem przy wyścigach samochodowych, prowadził warsztat, w którym tuningował samochody, założył firmę odzieżową. Do tego został przewodnikiem górskim, a w wolnych chwilach uprawiał narciarstwo ekstremalne.

Na zapleczu drużyny miał wielu zawodników dziś znanych w Bundeslidze. Sam z drużyną awansował (fakt, że dzięki rezygnacji Freiburga) do – profesjonalnej! – III ligi, co czyni Mainz tylko jednym z trzech klubów – obok Dortmundu i Stuttgartu – mającym rezerwy na tak wysokim poziomie.  W zeszłym tygodniu w trybie natychmiastowym zastąpił Hjulmanda.

Od początku urzędowania powtarza słowa „pasja, emocje, walka, pressing”. Czyli DNA klubu już przyswoił. Wszystkich chłopaków zna. Na dzień dobry ograł w derbach Eintracht Frankfurt. Jako pierwszy trener w historii Mainz wygrał swój bundesligowy debiut. Jego piłkarze wykonali w meczu 260 sprintów. Więcej niż w jakimkolwiek wcześniejszym mecz tego sezonu.

Ten cały wizerunek Schmidta, wszystkie narciarstwa ekstremalne i wyścigi samochodowe, po prostu pasują do Mainz. To niezwykle hermetyczny klub. Klopp najpierw był jego piłkarską legendą. Tuchel, zanim został trenerem, prowadził rezerwy. Ludzie z zewnątrz w Moguncji dotychczas się nie sprawdzali.

Zakładam, że Heidel zwolnił Hjulmanda nie dlatego, że uznał go za zbyt słabego, ale dlatego, że Schmidta uznał za lepszego. A to każe patrzeć czy w Moguncji nie rozpoczęła się w sobotę kolejna pasjonująca era trenerska.

Mchitarjan. Geniusz całkiem osobny

mchitaryanarmradio.com

Najprościej w Henricha Mchitarjana rzucić szufladą: niewypał. Dorzucić jeszcze, że to najdroższy transfer w historii Borussii Dortmund i sprawa zamknięta. Sprawa wydaje się bardziej złożona, ale nawet jeśli to prawda, to tylko połowiczna. Jeśli niewypał, to specyficzny.

 Z Mchitarjanem mam ewidentny problem od samego początku. Wgapianie się w jego ruchy dwa razy w tygodniu od pół roku wcale mi sprawy nie objaśniło, raczej skomplikowało. Z jednej strony, rzadko się zdarza piłkarz, nawet na najwyższym poziomie, o którym miałbym przekonanie, że potrafi absolutnie wszystko. A tu mam. Myślę, że nie ma takiej sytuacji, w której Mchitarjan nie potrafiłby czegoś zrobić. Technicznie jest Ormianin przygotowany do piłki wybitnie. Armenia dała Bundeslidze tego jednego jedynego rodzynka w całej historii, ale nie jakiegoś zapchajdziurę czy kościołamacza tylko artystę. I to raczej domorosłego niż starannie wykutego w akademii. Z drugiej, mimo południowoamerykańskich skojarzeń, które wywołuje, jest – no, nie bójmy się słów – totalnym niewypałem.

 Jego statystyki na pierwszy rzut oka nie wyglądają źle. W zeszłym sezonie, debiutanckim w końcu, w obcym zupełnie kraju, 15 goli i 11 asyst we wszystkich rozgrywkach. W tym jest dużo gorzej, bo póki co w Bundeslidze bez gola i z jedną marną asystą, ale sezon jeszcze wciąż młody. Gorzej, gdy przepuścić statystyki przez współczynnik humanistyczny, czyli podejść do nich po ludzku. A po ludzku patrząc, Borussia sprawiła sobie za 25 milionów euro reżysera gry, który im ważniejszy mecz, tym bardziej więdnie.

 Ze swoich wszystkich 11 bundesligowych goli, tylko jednego wbił Mchitarjan zespołowi ze strefy pucharowej. Bayernowi Monachium wprawdzie, ale w meczu, który o niczym już nie decydował, więc też nie miał normalnego dla tych spotkań ciężaru emocjonalnego. Ze wszystkich swoich dziewięciu asyst w Bundeslidze, tylko dwie zaliczył w starciach z drużynami z czołówki. To było w wygranych derbach Schalke w zeszłym sezonie. Wtedy – śmiem twierdzić, że jedyny raz w ważnym meczu – Mchitarjan zrobił to, po co go kupiono.

 Problem z wielkimi meczami objawia się doskonale, gdy spojrzymy na Ligę Mistrzów. Wszyscy pamiętamy, że Borussia kupowała Mchitarjana z Szachtara po sezonie, w którym zdobył 29 goli i zaliczył 13 asyst, ale już zapominamy, że większość tego dorobku natrzaskał w lidze ukraińskiej. W Lidze Mistrzów bramki wbił jedynie duńskiemu Nordsjaelland. Po przejściu do Dortmundu, w Europie strzelił Arsenalowi (ważny gol w meczu o stawkę, zaliczamy) i Zenitowi, gdy sprawy awansu były już rozstrzygnięte. Wszyscy pamiętamy pudła na pustą bramkę w ćwierćfinale z Realem Madryt, kiedy trzykrotnie miał na nodze wyeliminowanie późniejszego triumfatora i trzykrotnie zawodził, a potem błędnym wzrokiem odpływał.

 W 35 występach w Lidze Mistrzów asysty nie zaliczył ani jednej.

 To odpływanie wzrokiem po raz pierwszy naprowadziło mnie na trop, dla wielu może bluźnierczy: Juan Roman Riquelme. Oczywiście, Argentyńczyk był artystą absolutnie osobnym, w swoim geniuszu i tragizmie nie porównywalny absolutnie z nikim. Ale Mchitarjan wydaje się być produktem tego samego gatunku.

 Gatunku, który potrafi absolutnie wszystko, ale umie to pokazać tylko w ściśle określonych okolicznościach. Kiedy to drużyna absolutnie dostosowuje się do niego, on jest jej centrum, on podaje kiedy chce, a drybluje, kiedy podać nie chce. On nie przyspiesza, kiedy nie musi, a nie musi prawie nigdy i nie lubi biegać z wywieszonym jęzorem, by odzyskać piłkę. Mają coś wspólnego w spojrzeniu, po zmarnowaniu najważniejszej akcji w najważniejszym meczu. Riquelme tuż po spartaczeniu karnego na wagę finału Ligi Mistrzów odpływał wzrokiem w pampasy, Mchitarjan odpływa w stepy, ale beznamiętne spojrzenie tu i tam jest takie samo. Gdyby ktoś miał wątpliwości czy Mchitarjan to postać tragiczna – jego ojciec miał na imię Hamlet.

W przypadku Riquelme to już potwierdzone latami niepowodzeń i powodzeń – nie był człowiekiem na wielkie kluby. U Mchitarjana to dopiero hipoteza, ale zupełnie mnie nie zdziwi, gdy Ormianina pozbędą się w końcu z Dortmundu z łatką najbardziej nieudanego transferu w historii, a on – wylądowawszy w małym klubie na uboczu – zacznie absolutnie zachwycać. Mówcie co chcecie, między tymi dwoma jest połączenie dusz. Ciał też. Od czasów Riquelme nie było na najwyższym europejskim poziomie mniej chętnego do biegania rozgrywającego. On do tej heavy metalowej Borussii nie pasuje. Pytanie czy pasuje dokądkolwiek pozostaje otwarte.

Borussia. Miał być metal, wyszło Linkin Park

Przez długie minuty wydawało się, że plotki o śmierci Borussii Dortmund były kompletnie przesadzone. Ale nie można tego meczu rozpatrywać w oderwaniu od całej sytuacji. Borussia zagrała dobrze i znów przegrała. Po 10 kolejkach jest w strefie spadkowej. Ma ponad dwa razy mniej punktów niż Paderborn (sic!). Ma mniej punktów niż Freiburg. Ma mniej punktów niż chaotyczny Stuttgart. Ma mniej punktów niż Hamburger SV, więc trudno mieć już mniej. Ma, innymi słowy, mniej punktów niż 16 drużyn ligi.

„Podniesie się!”, „to jest ten moment!” – świta w głowie od dawna. Właściwie od 1. kolejki. Z dzisiejszej perspektywy, traktuję jako coś symbolicznego to, że Borussia zaczęła sezon od straty bramki w 8. sekundzie. Tu nie ma przypadku. Tu jest zapowiedź sezonu błędów w obronie, dekoncentracji, frajerskich strat bramek, głupich porażek na własnym boisku. Jak nigdy nie widziałem sensu w tezie lansowanej przez mojego dziadka o pierwszych kopnięciach, z których da się wyczytać, co się będzie działo dalej, tak w przypadku Borussii sprawdza się znakomicie. Zanim dotknęła pierwszy raz piłkę, już przegrywała 0:1.

Mimo powtarzanych zdań, że teraz jest ten moment (najmocniej wierzyłem w ten moment przed derbami z Schalke), nadal ten moment nie nadchodzi. A komputer wypluwający terminarz jest figlarny. Gdyby po takim meczu z Bayernem, Borussia dostała np. Werder Brema czy Paderborn, rozszarpałaby je na strzępy, święcie w to wierze. 5:0, 4:0. Dostaje jednak inną Borussię. Tak jak przed ostatnim weekendem, gdy zastanawiałem się, jak niewdzięczne zadanie stoi przed dortmundczykami. Nawet jeśli zagrają na najwyższym poziomie, jak za dawnych lat, to i tak mogą przegrać i kryzys będzie się pogłębiał. To samo może się stać za tydzień. Dortmund, nawet grając fantastyczny mecz, może przegrać. Gladbach to nie Bayern, ale jednak piekielnie silna drużyna w dobrej formie. Z obroną, która popełnia mało błędów, skrzydłowymi, którzy wykorzystują błędy bezlitośnie. Tak, Dortmund kolejny mecz na przełamanie rozegra z najtrudniejszym na dziś możliwym rywalem.

Fundamentalnych pytań w Dortmundzie póki co nie ma. Wielki szacunek za to, jak zachowują się władze Borussii, kibice, a nawet media. Nic o zwalnianiu Kloppa. Zresztą jak spojrzeć na tabelę – do czwartego Hoffenheim BVB traci 10 punktów. Do trzeciej Gladbach 13. To nie jest dystans nie do odrobienia. To tylko zapowiada ciekawszą wiosnę, gdy Dortmund będzie szaleńczo szukał straconego czasu.

Ale tak już jest, że czasem brak szczęścia może się szybko przekształcić w głęboki kryzys. Kluczowe jest najszybsze przerwanie spirali nieszczęść. Jestem z miasta, w którym gra klub permanentnie kryzysowy. Widziałem nie jedną walkę o utrzymanie i każda zaczynała się tak samo – od znakomitej gry w pierwszych kolejkach i pechowo traconych bramek, złych decyzji sędziowskich, irracjonalnych indywidualnych błędów. Z czasem pewność siebie siada, gra się pogarsza, później porażki stają się już w pełni zasłużone. Odkręcenie tego jest cholernie trudne. Tak więc najważniejszym zadaniem, także – nie bójmy się słów – dla przyszłości Kloppa w Borussii – jest natychmiastowe przerwanie spirali porażek wszelkimi możliwymi sposobami. Mówienie, że Kloppa nikt by nigdy z Borussii nie zwolnił, to dla mnie mrzonki. Wielu już świat widział trenerów, których nikt by nigdy nie zwolnił. A jednak gniew i zniecierpliwienie kibiców będzie narastać i na kimś musi się skupić. W końcu tłum zacznie oczekiwać działań. Jeśli nie będzie winny trener, trzeba będzie spalić na stosie dyrektora sportowego. W takiej sytuacji każdy dyrektor sportowy poświęciłby każdego trenera. Jestem o tym przekonany. Jeśli Borussia nie zacznie w końcu wygrywać, cierpliwość nawet do Kloppa się skończy. Nikt nie będzie w Dortmundzie czekał, jak w Moguncji, aż drużyna spadnie z ligi.

Racjonalnych przyczyn kryzysu wskazywano już wiele. Sam wskazywałem, chociaż z dzisiejszej perspektywy patrząc, robiłem to w czasie, gdy nie było kryzysu tylko jakiś mały dołeczek. Przychodzą mi do głowy mniej racjonalne. Wszyscy wiemy, że Borussia z transferami ostatnio nie trafiała. Wydaje mi się, że nie tyle piłkarsko, co charakterologicznie. Nie tak dawny Dortmund kojarzy mi się z zakrwawionym Benderem, Błaszczykowskim z zajadłą twarzą, Grosskreutzem prącym do przodu gdziekolwiek by grał, wirującą w pełnym biegu grzywą Schmelzera. I skaczącym przy linii Kloppem. To był spójny wizerunek chłopaków charakternych, pełnych pasji, których Klopp czasem kopnie w dupę, czasem przytuli, ale będą walczyć. To była Borussia heavy metalowa jak chciał Klopp.

Dziś twarzami Borussii jest dla mnie wiecznie zadowolony z siebie Aubameyang, przy którym nawet w najtrudniejszym momencie mam wrażenie, że myśli tylko o tym, by spłatać jakiegoś figla typu wyjąć ze spodenek maskę spidermana albo wyciąć sobie herb na łbie. Albo Mchitarjan, zawsze mający trochę błędny wzrok, jakby odlatywał i nie wiedział gdzie jest. Przypominający tym trochę Juana Romana Riquelme tylko od niego jednak mniej genialny. Albo Immobile, sprawiający wrażenie, jakby wychodził na boisko tylko po to, by udowodnić, że Lewandowski to był pionek, a ON, ON IMMOBILE, jest teraz królem, klękajcie germańskie ludy przed wielkim Ciro. Z nowych nabytków charakter dawnej Borussii widzę tylko w Sokratisie. Nie jest dla mnie przypadkiem, że akurat jego nikt nie nazwie transferową wtopą.

Przy tej grupie ludzi myślę, że choćby nie wiem jak Klopp skakał, kopał po tyłkach i wrzeszczał, z ich instrumentów nie wybrzmią ciężkie metalowe brzmienia. Raczej coś w rodzaju The Rasmus czy Linkin Park. Niby ostro, ale jednak dla 15-latków.