Premier League. Liga trenerów

Żyjemy w epoce trenerów. Jeszcze nigdy nie poświęcano im tyle miejsca. Najlepsi zarabiają na poziomie gwiazd swoich drużyn, co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. O trenerskie megagwiazdy walczy się jak o najlepszych zawodników,  coraz więcej ma dbających o ich interesy agentów. Trenerzy potrafią polaryzować kibiców. O preferowanych przez nich stylach gry, internety na całym świecie zajadle dyskutują przez 365 dni. Jeszcze nigdy w historii futbolu trenerzy nie znaczyli tak wiele. Ci najwięksi, potrafią nie tylko po cichu wygrywać, ale jeszcze o tym opowiadać, „sprzedać” swoją historię sukcesu, swój wizerunek. Odpowiedź na pytanie Mourinho czy Guardiola w szczytowym okresie ich rywalizacji wykraczała już daleko poza futbol i dotyczyła wyznawanych wartości.

Premier League wykazuje największą moc przyciągania trenerskich supergwiazd.To zjawisko wyjątkowe. Dyskusja o wyższości jednej ligi nad drugą jest czysto akademicka i trudno znaleźć obiektywne argumenty mierzące atrakcyjność danych rozgrywek w porównaniu do innych. Wiadomo jednak, że największe ligi świata w gruncie rzeczy aż tak bardzo się od siebie nie różnią. Największe pieniądze są w Premier League, a mimo to najlepiej gra się w piłkę w La Liga, co potwierdzają co roku europejskie puchary. Mimo gigantycznej rynkowej przewagi Anglii, wcale nie ma tam nagromadzenia najlepszych piłkarzy świata. Gdy spojrzeć na tegoroczną listę nominowanych do Złotej Piłki, okaże się, że zdecydowanie najwięcej, bo aż 11 zawodników zarabia na co dzień w lidze hiszpańskiej, Bundesliga i Premier League mają po pięciu reprezentantów, a Serie A i Ligue 1 po jednym. Jeśli chodzi o piłkarzy, talent na kontynencie rozkłada się więc w miarę równomiernie.

Jeśli chodzi o trenerów, przewaga ligi angielskiej zaczyna się robić miażdżąca. Trenerski talent oczywiście trudno zmierzyć, ale na pewno żadna inna liga nie ma tak wielkiej mocy przyciągania trenerskich osobowości, jak Premier League. Co tydzień, najbardziej pasjonującymi historiami wydarzającymi się w Anglii są zderzenia nie na boisku, ale te wykreowane starcia generałów przy ławkach.

Pracuje w Anglii Arsene Wenger, jeden z największych oryginałów wśród światowych trenerów, fachowiec niewątpliwie budzący emocje i kontrowersje. Przyciągnęła Premier League Juergena Kloppa, choć o tym, by Niemiec objął ich drużynę, marzyli kibice każdego klubu świata. Angielskie media nie kochały tak mocno nikogo od czasów pierwszego przybycia Mourinho na wyspy. Przygarnęła Anglia Louisa Van Gaala, postać budzącą takie emocje, że nawet w odległym kraju, uznawany za elokwentnego i spokojnego publicysta, zapytany o niego przed kamerą używa słów: „kawał bufona, z chamską, prymitywną twarzą”. Także w swoim kraju Van Gaal raczej dzieli niż łączy. Odpowiednikiem Kloppa, tylko na mniejszą skalę, można uznać Slavena Bilicia, zachowującego się przy linii w bardzo podobny sposób, co Niemiec i nie tylko mówiącego o graniu heavy metalu, ale samemu go grającego. A są jeszcze rozpoznawalny w całej Europie jako „70-latek, który nigdy nic nie wygrał”, specjalista od wicemistrzostw Claudio Ranieri, kojarzony głównie z boiska Ronald Koeman czy trochę przykurzony, ale wciąż uznawany za wielkiego fachowca Guus Hiddink.

A to przecież dopiero początek. Nikt bowiem nie ma wątpliwości, że Pep Guardiola będzie od lata pracował w którymś z angielskich klubów. Nikt nie wątpi, że znajdujący się na chwilowym bezrobociu Jose Mourinho, pracę znajdzie właśnie na Wyspach. Na ten moment najbardziej prawdopodobne wydaje się, że stojący na dwóch biegunach trenerzy, wylądują w tym samym mieście. A to historia, przyznacie, aż nazbyt westernowa. Raczej prędzej niż później wyląduje też w Anglii Diego Simeone, współczesny odpowiednik młodego Mourinho. I okaże się, że wszystkie największe trenerskie postaci, mające kontynentalną skalę oddziaływania, pracują w jednej lidze.

Bundesliga latem straci swoją jedyną postać w tym stylu, czyli Pepa Guardiolę. Jego następca, Carlo Ancelotti, to oczywiście fachowiec wybitny, być może najlepszy na świecie, ale jednak nie wywołujący u kibiców dreszczyku emocji, słynący z kompromisów i spełniania widzimisię właścicieli. Włoch na pewno nie będzie – jak Katalończyk – wywoływał dysput na temat tego czy jest wizjonerem czy przereklamowanym trenerem, który przejmuje samograje. To raczej przedstawiciel jeszcze poprzedniej epoki, ktoś jak Hiddink czy Del Bosque, raczej usuwający się w cień i pozwalający błyszczeć swoim piłkarzom. Innych trenerskich osobowości o skali kontynentalnej w Bundeslidze nie znajdziemy. Potencjał na taką ma Thomas Tuchel, ale potrzebuje do tego spektakularnego sukcesu międzynarodowego, a prowadzący inne czołowe kluby – Andre Schubert z Gladbach, Andre Breitenreiter z Schalke, Roger Schmidt z Bayeru czy Dieter Hecking z Wolfsburga, to dla osób nie tkwiących w Bundeslidze po uszy, trenerskie anonimy.

W Hiszpanii, trenerskim celebrytą jest niewątpliwie Simeone, ale nie długo się już w La Liga utrzyma. Zaskakująco cicho świat przyjmuje Luisa Enrique. Kilka lat temu popisy młodego Messiego, Henry’ego, Eto’o, Iniesty czy Xaviego wywoływały teksty o geniuszu Guardioli, aktualnie popisy Messiego, Neymara i Suareza, większe niż za czasów Guardioli, nie wywołują głosów o wielkości Luisa Enrique. O trenerze Barcelony, najlepszej przecież drużynie świata, raczej nie marzą trenerzy innych wielkich klubów na świecie, a gdyby ktoś miał do wyboru zatrudnienie jego albo Guardioli, to nawet by na Enrique nie spojrzał. W Madrycie z kolei pracuje Rafael Benitez, jeszcze kilka lat temu uznawany za człowieka z absolutnego trenerskiego topu i wywołujący skrajne emocje. Dziś, po niespecjalnie udanych pobytach w Interze, Chelsea i Napoli, dostaje na światowym poziomie być może ostatnią szansę i głównie zawodzi, a emocje wywołuje przeważnie negatywne. Serie A z kolei straciła już kilka lat temu kontynentalną siłę oddziaływania, której francuska Ligue 1 nigdy nie miała. Trenerami są w obu ligach często fachowcy nie gorsi niż gdzie indziej, ale dla osób nie siedzących w tych ligach anonimowi.

Głosy o finansowej sile Premier League, grożącej europejskim monopolem i skupieniem wszystkiego, co w futbolu najlepsze, na Wyspach Brytyjskich, od lat są przesadzone. Dopóki Anglicy nie nauczą się z sensem szkolić piłkarzy i wydawać pieniędzy, reszta Europy, która robi to lepiej, jest bezpieczna. Ale wielkich trenerskich postaci trudno Premier League nie zazdrościć.

Podbeskidzie zagrało na Legii beznadziejnie, a nie całkiem fajnie

U piłkarzy, trenerów i niektórych kibiców Podbeskidzia zauważam w ostatnich dniach dziwne zjawisko. Zamiast przyjąć na klatę kompromitację, do jakiej doszło w Warszawie, próbują przekonywać, że bielszczanie zagrali na Legii dobry mecz i przegrali pechowo. Dowodem na to być duża liczba stworzonych sytuacji. Dariusz Kubicki na konferencji prasowej też podkreślał, że nie pamięta, kiedy jego drużyna stworzyła na Łazienkowskiej tyle sytuacji.

Krótka piłka: ja nie pamiętam, kiedy Podbeskidzie straciło na Łazienkowskiej tyle goli.

Trener Kubicki lubi przedstawiać się jako zwolennika ofensywnego futbolu. Podkreśla, że Legii się nie boi, a jakby się bał, to powinien zmienić zawód. Ofensywny futbol jest fajny, jeśli się ma zabezpieczone tyły. Ofensywny futbol z niezabezpieczonymi tyłami to podwórkowy futbol. Przegrać na Legii oczywiście można, można przegrać nawet 0:5, chociaż jeśli jednocześnie deklaruje się „minimum awans do czołowej ósemki”, to jednak wypadałoby nawiązać walkę. Trener Kubicki pytany przed sezonem o awans do czołowej ósemki, kontrował: „a dlaczego nie do czołowej piątki?”. Może dlatego, że za łatwo przyjmujecie piątki.

W piłce nożnej chodzi o znalezienie odpowiedniego balansu między atakiem a obroną. Podbeskidzie w niedzielę go nie miało. To była drużyna, bez trenera, której jedynym celem było strzelenie na Łazienkowskiej gola, niezależnie od tego, ile przy tym straci. Gdy Podbeskidzie na Legii grało z trenerem, też przegrywało, bo Legia jest mocniejsza, ale jednak potrafiło do 81. minuty prowadzić (drugi sezon, za Kasperczyka), a gdy Legia zlekceważyła, potrafiło nawet wygrać.

Dawid nie wygrał z Goliatem w walce wręcz, wychodząc na niego odważnie, z wypiętą piersią. Wygrał, bo miał sposób, żeby ukryć swoje wady i wyeksponować swoje zalety. Toczył walkę partyzancką, a nie otwartą, bo wiedział, że w otwartej nie miałby szans. Podbeskidzie wyszło na ten mecz bez żadnego planu, więc chwaląc się dużą liczbą stworzonych sytuacji Dariusz Kubicki zmarnował znakomitą okazję, by trochę pomilczeć. Trudno, stało się, nie ma co od razu robić z trenera i zawodników bandy nieudaczników, ale też nie ma co się chwalić klęską i nieprzygotowaniem.

A wszystkim, którzy Podbeskidzie za grę w Warszawie chwalą, polecam przemowę Jose Mourinho kończącą poprzedni sezon ligi angielskiej. Trener Chelsea przedstawia tam różne drużyny. Mówi m.in. o zespole, który grał świetnie, fantastycznie i efektownie, ale tylko na jedną bramkę, na co FIFA się nie zgodziła, bo w futbol gra się na dwie bramki.

Tiki-taka czy kontra-taka? Ważne, że obie perfekcyjne

guardiola

Różnica między sukcesem a porażką na tym poziomie Ligi Mistrzów? Detal. Zdaję sobie sprawę, że trąci to Hajtą, ale zupełnie pozornie nieważny szczegół rozstrzyga losy całego sezonu.

Manchester, 1 kwietnia 2014, 66. minuta. Wrzutka Bayernu Monachium z prawej strony na dalszy słupek, zgranie głową Mario Mandżukicia na wbiegającego na środku pola karnego Bastiana Schweinsteigera. Niemiec strzela kluczowego gola na 1-1. 21 dni później trener Manchesteru zostaje zwolniony.

Madryt, 23 kwietnia, 18.minuta. Identyczna wrzutka Bayernu Monachium z prawej strony na dalszy słupek, zgranie głową Mario Mandżukicia na wbiegającego na środku pola karnego Bastiana Schweinsteigera. Niemiec strzela, ale blokuje go Serio Ramos. Real wyprowadza kontrę, po której strzela gola na 1-0. Czy kluczowego, jeszcze nie wiemy. Ale akcje były IDENTYCZNE.

Utkwiło mi to w pamięci, bo uświadamia, jak niewiele oddziela czasem sukces od porażki. Z Manchesteru United robi się w tym sezonie nieudaczników, jakich mało, Real Madryt ma być jednym z faworytów Ligi Mistrzów. A różnica między nimi jest właśnie taka – mikroskopijna. Tu nie ma rozjeżdżania walcem. Chodzi o to, czy w kluczowym momencie umiesz zablokować Schweinsteigera czy nie.

Jestem zachwycony wszystkimi czterema tegorocznymi półfinalistami Ligi Mistrzów, bo mam wrażenie, że żaden nie zaniedbuje szczegółów. Bayern jest tak różny od Atletico i Chelsea, a jednak podobnie fascynujący. To zderzenie światów, zupełnie innego podejścia do futbolu, innych odpowiedzi na pytanie: „Mieć czy nie mieć?”. Każde z ujęć ma swoich zagorzałych wyznawców i przeciwników (wystarczy spojrzeć na fora). Real jakoś próbuje je łączyć, w czym objawia się kompromisowa natura Ancelottiego. Z każdego z czterech półfinalistów próbuje się robić zabójcę futbolu. Według zwolenników narracji estetycznej, Chelsea i Atletico zabijają, bo bronią, według narracji romantycznej, Real zabija, bo kupuje,a według narracji pragmatycznej, Bayern zabija, bo klepie od prawa do lewa. Jeden detal zadziała na korzyść którejś ze stron i już triumfalnie krzyczą zwolennicy jednych i drugich, jakby to właśnie minimalne zwycięstwo czy porażka miały ostatecznie udowadniać wyższość/niższość tiki-taki/kontra-taki

Te półfinały doskonale pokazują, jak trudny, niejednoznaczny, a przez to ciekawy, jest futbol na najwyższym poziomie. Perfekcja walczy z zupełnie inną, ale też perfekcją. Nie ma – jak rok temu – wdeptywania w ziemię. Wszystko na ostrzu noża. O awansie decydują pojedyncze kopnięcia. Machające skrzydłami motyle mają w tym roku wyjątkowo ważną rolę do odegrania.

A może David Moyes ma rację?

Wybaczcie tytułową herezję, dobrze przecież wszyscy wiemy, że David Moyes błądzi nawet po własnym domu, jest nieudacznikiem i o niczym nie ma pojęcia, a mądrzejszy od niego jest nawet mój cokolwiek matołkowaty, aczkolwiek sympatyczny pies (sorry, stara, drapię za uchem!).

A mimo to, nie chce mnie puścić myśl, że Moyes może jednak mieć rację.

Piję do słów, wypowiedzianych jakby w rozpaczy, przez zapomnienie. „Ferguson miałby te same problemy”. Ferguson stał się świętym za życia, z którym można już tylko chodzić na kremówki. Nie neguję, że to trener wielki, jeden z największych i prawie na pewno lepszy od Moyesa. Ale mam wrażenie, że bardzo szybko go zmitologizowaliśmy i przestaliśmy się trzymać faktów.

I nie chodzi o te już frazesowe pierwszych sześć sezonów bez triumfów, bo Ferguson wchodził jednak do zupełnie innego Manchesteru niż Moyes. Gdyby Moyes naprawdę musiał czekać sześć sezonów na zdobycie czegokolwiek z Manchesterem, wtedy faktycznie mógłby zostać uznany za nieudacznika. Ale bierzemy te 27 Fergusonowskich lat i wyliczamy: tyle triumfów w Lidze Mistrzów, tyle mistrzostw Anglii, tyle Pucharów Anglii etc. Nie pamiętamy o tym, co było w międzyczasie.

A przecież rok temu Manchester odpadł w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Jasne, z Realem, ale wcześniej zdążył jeszcze przegrać z Cluj i Galatasaray.  A przecież dwa lata temu nie wyszedł z grupy, ulegając Benfice i Bazylei, a z Ligi Europy odpadł z Bilbao. A w sezonie 2005/2006 też spoczął na dnie grupy. Gdy czytam dzisiaj rozhisteryzowanych fanów Manchesteru, mam wrażenie, że przez 27 ostatnich sezonów zespół zawsze dochodził finału. A – eureka – osiągnęli w tym roku lepszy wynik niż w dwóch ostatnich sezonach Fergusona.

W ogóle, jeśli można zarzucać świętemu grzechy, to myślę, że Ferguson źle zrobił, nie odcinając pępowiny. Wiem, że Old Trafford to jego dom, ale może powinien przestać się pojawiać na trybunach i roztaczać tę cholerną, świętą aurę, przestać świecić aureolą im bardziej na murawie się nie wiedzie, przestać żuć świętą gumę i prowokować realizatorów do pokazywania go po każdym straconym przez Manchester golu. Sprawia wrażenie, że dalej jest jakimś nadtrenerem, patronem, a może lepiej byłoby się osunąć w cień i przestać sugerować, że dalej jest blisko. Pozwolić rzeźbić Moyesowi, bez jego krępującego spojrzenia.

Nade wszystko jednak, myślę, że Moyes ma rację, iż Ferguson miałby w tym roku problemy. Manchester wymaga przebudowy i nie przypadkiem święty mówi, iż zdobycie z tym składem mistrzostwa Anglii było dla niego najtrudniejszym zadaniem. Moyes potrzebuje mieć czas na tak gruntowną wymianę składu na Old Trafford, by nikt już nie pamiętał Fergusona jako szefa. Tak, żeby zawodnicy nie chodzili po kątach i nie myśleli „A Ferguson by to zrobił tak czy siak”. Jeśli wierzyć doniesieniom medialnym, Manchester chce kupić latem każdego w miarę zdolnego grajka z każdej części Europy. To dobrze. Gdy szaleje rewolucja, następuje też wymiana elit. Żaden rewolucjonista po przejęciu władzy nie postawił na tych, którzy byli wierni poprzedniemu. A przecież jeśli odejście Fergusona nie jest rewolucją, to co nią właściwie jest?

Spójrzmy na szatnię Interu po Mourinho, Chelsea po Mourinho, Barcelony po Guardioli. Pozbieranie zawodników i pociągnięcie ich za sobą po takich postaciach trwa latami. Piszę to właśnie dzisiaj, właśnie przed meczem z Bayernem, spodziewając się jakiejś druzgocącej klęski Manchesteru. Pamiętajmy, że osierocona przez Guardiolę Barcelona przyjęła od Bayernu siedem goli, nie zdobywając żadnego. A chyba zgodzimy się, że takiej dziury jak po odejściu Fergusona, nie zostawił jeszcze nikt w żadnym klubie. Nawet gdyby Moyesowi zostawił młodą, perspektywiczną i zdolną drużynę, byłoby mu ciężko. Gdy zostawił mu podstarzałą i mającą wyraźne deficyty talentu, zadanie wygląda na bodaj najcięższe w piłce światowej ostatnich lat.

Pastwienie się nad Moyesem, puszczanie nad Old Trafford jakichś samolotów z transparentami, jest teraz głupie. Ale jednocześnie stanowi potencjalnie piękny początek przyszłej opowieści. Daję głowę, że ten motyw samolotu będziemy za parę lat wykorzystywać do pisania „filmowych historii o Davidzie Moyesie”. Bo przecież nie może się okazać, że byle smród z Wąchocka miał w długiej perspektywie rację, wyzywając Moyesa. To by było zbyt niepiłkarskie.

Mourinho wtyka język w nasze sprawy

Gdy był w Chelsea, rzekł Jose Mourinho po jednym z meczów Premier League, że przeciwnik postawił autobus w polu karnym. Nie zdawaliśmy sobie wówczas sprawy, że Portugalczyk dokonywał wówczas epokowej przemiany w języku, którym mówimy i piszemy o piłce. Z doniosłości chwili zdawał sobie sprawę prawdopodobnie tylko on sam, bo przecież wszystko ma zaplanowane w najmniejszych szczegółach i niczego nie robi przypadkowo.

Oto ostatnimi czasy w internecie i w gazetach znajduję tylko pojedyncze oazy wolne od autobusu. Autobusują wszyscy. Starzy i młodzi. Dziennikarze fachowi, dziennikarze niedoszli, dziennikarze domorośli. Kibice też uderzają w retorykę autbusową. W wydaniu Mourinho to może i było ładne porównanie. Sami popatrzcie – gdyby w bramce postawić takiego Ikarusa czy Solarisa, zwróconego drzwiami w kierunku siatki, nie dałoby się strzelić gola bez wybijania dwóch warstw szyb. A zanim byśmy to uczynili, już nadbiegliby obrońcy. Taki zresztą stary poczciwy Jelcz też jest w jelczowej swej naturze prostokątnym pudełkiem i do tarasowania bramki nadaje się jak znalazł. Tak, zdecydowanie, porównanie Portugalczyka było trafione. I świeże.

Teraz jednak nie ma relacji bez autobusu. Nawet jak drużyna grała na wskroś ofensywnie, to motoryzacyjnego ducha przywołuje się, żeby powiedzieć, że zespół „nie postawił autobusu w polu karnym”. Pojawiają się też modyfikacje. Coraz częściej już nie autobus, tylko autokar. Zaraz będą wersje pokrewne. Bus – slangowo, „duży pojazd przeznaczony do przewozu osób w transporcie zbiorowym” – jako peryfraza. Oczywiście wszystko poprzedzone słowem „przysłowiowy”, bo wszak przysłowia o autobusie mają już rodowód nieomal biblijny (Prz, 7, 7-14).

Kiedyś klepało się w nieskończoność obronę Częstochowy. Teraz o niej nikt już nie pamięta. Stara, poczciwa Jasna Góra. Mourinho zmienia nas w stopniu mocniejszym, niż się komukolwiek wydaje.

 

Kibic w klapkach. Na oczach

Choć przy okazji madrycko-barcelońskich starć, sympatie mam, od kiedy pamiętam, rozłożone zdecydowanie i kategorycznie niesprawiedliwie, wszystko co ciepłe pozostawiając Katalończykom, są sytuacje, w których aż przekornie chciałbym, żeby „Królewscy” zdobyli gola. Pewne nosy zasługują na utarcie wbrew wszystkiemu.

Kiedy słyszę słowo „antyfutbol” wykręca mi śledzionę. Która to tęga głowa wydedukowała, że futbol to jest wtedy, gdy pada jedenaście bramek, nie ma żadnej obrony, a wszyscy radośnie i z uśmiechem na ustach strzelają sobie bramki? Kiedy słyszę słowa „antyfutbol” i „Mourinho” umieszczone niebezpiecznie blisko siebie w zdaniu, śledziona fika mi kozła. Pochylmy głowę przed geniuszem, który umie sprawić, że drużyna posiadająca piłkę przez 29 procent czasu gry strzela gola, trafia w słupek i ma bramkowych sytuacji nie mniej niż najwspanialsza drużyna świata. (Powstrzymujmy się przed sformułowaniem „wszech czasów”, bo zbyt dużo było genialnych drużyn na całej ziemi w ciągu minionych 150 lat, żeby kategorycznie stwierdzać, że to, co widzimy jest najcudowniejsze.)

Kibice Barcelony, wespół z którymi pochłaniałem wczorajsze delicje, mają kompletnie upośledzone zmysły i połączenia nerwowe z rozumem. – Fanatycy to ludzie pozbawieni słuchu – pisał Stanisław Jerzy Lec. A w towarzystwie ludzi emocjonujących się piłką nożną widać to wyjątkowo znakomicie.Nie, Barceloniści. Ronaldo nie jest patałachem, który powinien grać w Maksymilianie Cisiec. Mourinho to nie trener nadający się do Zapory Porąbka. Nie każde przewrócenie się madrytczyka to symulowanie. Nie każde przewrócenie się barcelończyka to brutalny faul. A dyskredytowanie Realu poprzez jakże błyskotliwe stwierdzenie „Jak można przegrać u siebie ze Sportingiem Gijon?” (A jak można przegrać u siebie z Herculesem Alicante?), tylko potęguje niepowodzenie Barcelony.

Oczywiście i tak wszystkie moje wątroby i pęcherzyki płucne wyrywały się, by pomóc Katalończykom w strzeleniu drugiego gola. Wszak piłkarze temu nie są winni, że wytworzyli we własnych fanach iluzję bycia predestynowaną arystokracją. Teraz byle smród, co kibicuje Barcelonie, myśli, że jest tak dobry, jak jego ulubieni zawodnicy.

The most Special One?

Jeśli myślicie, że Jose Mourinho to The Special One i nikt go nigdy nie przerośnie to być może macie racje. Sęk w tym, że Portugalczyk miał też uczniów, którym przekazywał wiedzę, uczył podejścia do zawodników, pokazywał jak sprawić, by każdy czuł się tak ważny, jak cyfra w numerze telefonu. I kiedy już im wszystkie te arkana magii przekazał, czeladnicy zaczęli czmychać by pracować samodzielnie. A uczniowie mają to do siebie, że  czasem przerastają mistrzów.

Ich droga jest bardzo podobna. O Mourinho napisano już więcej niż o Jezusie Chrystusie, więc nie ma sensu po raz kolejny przytaczać opisu jego „nazarejskich lat”. O Andre Villasie Boasie wiadomo jeszcze stosunkowo niewiele. Kiedyś także będzie o nim więcej niż o bohaterze ewangelii. Już zresztą teraz ma z nim wiele wspólnego. Niedawno skończył bowiem 33 lata.

Co może zrobić właściciel wielkiego klubu, gdy bardzo doświadczony trener, szanowany nestor i guru, który co rano zjadał zęby na piłce, zajął tragiczne, katastrofalne i nie do przyjęcia trzecie miejsce w lidze? Może z rozpaczy spektakularnie doprowadzić swoje ciało do eksplozji przy tysiącach pielgrzymów w Fatimie, albo powierzyć zespół trenerowi, którego największym osiągnięciem jest jedenaste miejsce w lidze portugalskiej i oddychanie tym samym powietrzem, co Józef święty. Oba rozwiązania na podobnym poziomie absurdu. Wybrał drugie.

***
33 lata wcześniej w Porto na świat przychodzi Andre, syn Luísa Filipe Manuela Henrique do Vale Peixoto de Sousa de Villas-Boas, którego na świat wydała Teresa Maria de Pina Cabral e Silva. Jego dziadkowie pochodzą z Anglii. Chłopak dzieckiem był dziwnym. Niby coś tam grał w piłkę z rówieśnikami, ale mając kilkanaście lat postanowił w ogóle nie próbować robić kariery zawodniczej. Poświęcił się taktyce, wyszukiwaniu talentów i trenerce. Gdy miał 17 lat (!) zrobił w Szkocji licencję trenerską UEFA klasy C. Rok później, ze względu na biegłe posługiwanie się angielskim nawet przez sen, zapragnął go mieć w sztabie szkoleniowym słynny Bobby Robson. Wkracza w dorosłość będąc scoutem najsłynniejszego portugalskiego klubu.

Młodość pcha go jednak do przenikania ludzkości całych ogromów z końca do końca. Wylatuje więc na Karaiby i zostaje selekcjonerem kadry… Wysp Dziewiczych. Ma wówczas 21 lat. W Polsce dopiero mógłby się żenić. Po 18 miesiącach wraca do Portugalii i zostaje trenerem zespołu U-19 Porto. Od swoich zawodników był niewiele starszy i w ogóle nie bardziej doświadczony. Zauważył go tam Jose i zaprosił do swojego sztabu. U jego boku wygrał Puchar UEFA i Ligę Mistrzów. Wdzięczny święty Józef wziął go do Chelsea. I tam się zaczęło!

Villas Boas mógł rozwijać swoje taktyczne zboczenie. Godzinami oglądał kolejnych rywali, analizował, myślał, wycinał, kopiował, wklejał i każdemu z piłkarzy dawał gotowe płyty DVD, na których była zawarta w przystępny sposób podana taktyka na kolejne mecze. Na pewno pustaczek do sukcesów Mourinho dołożył i jego szef to wiedział. Zabrał go więc do Mediolanu.

W 2009 roku asystent powiedział sobie dość. Chciał zacząć pracować na swoje nazwisko. Wsadził się jednak na minę. W październiku objął portugalską Academikę Coimbra, która teoretycznie do niego pasowała. „Lizbona się bawi, Porto pracuje, Coimbra się uczy, a Braga modli” – tak mówi portugalskie porzekadło. No i uniwersytecki klub wydawał się być jak znalazł dla pasjonata taktyki i teoretyka futbolu. Tyle, że po kilkunastu kolejkach zespół zajmował ostatnie miejsce w tabeli i nie miał jeszcze na koncie zwycięstwa. Zacząć pracę od spuszczenia zespołu z ligi, to, chyba przyznacie, nie jest wymarzony początek kariery.

A jednak ofensywny styl gry wpojony przez Villasa Boasa sprawdził się znakomicie. Coimbra uciekła spod topora, ruszyła w górę tabeli, skończyła sezon na jedenastym miejscu z dziesięcioma punktami przewagi nad strefą spadkową i doszła do półfinału Pucharu Ligi. O najmłodszym trenerze w lidze zaczęło być głośno.

***
Wracamy więc do punktu wyjścia, w którym Villas Boas zostaje zatrudniony w Porto. Ma zażegnać kryzys, w który wszedł zespół pod wodzą doświadczonego Jesualdo Ferreiry. Aby mu w tym pomóc, klub sprzedaje dwóch najważniejszych zawodników – obrońcę Bruno Alvesa do Zenita Sankt Petersburg i Raula Meirelesa do Liverpoolu. Po miesiącu pracy zdobył pierwsze trofeum – Superpuchar kraju po zwycięstwie nad Benficą. A później przyszła fantastyczna seria…

11 grudnia 2010 roku pobił rekord swojego mentora Mourinho. Jego Porto nie przegrało w 33 kolejnych meczach we wszystkich rozgrywkach. Poległo dopiero w styczniu w pucharowym meczu z Nacionalem Madeira, dziś w lidze ma 11 punktów przewagi nad mistrzem z Lizbony, Porto wygrało 17 z 19 meczów, dwa zremisowało, czyli nie przegrało ani razu. Bramki zdobyte? 44 – najwięcej w lidze. Bramki stracone? 7 – najmniej w lidze. Europejskie puchary? 5 zwycięstw, jeden remis, pierwsze miejsce w grupie. Za kilka dni Porto zagra z Sevillą. Ma szansę zdobyć w tym sezonie cztery trofea (jedno już zdobył). Jeśliby wygrał Ligę Europejską, co nie jest niemożliwe, porównania do Mourinho jeszcze by się nasiliły. Przecież guru wszedł na kontynentalną scenę wygrywając Puchar UEFA. Rok później triumfował w Lidze Mistrzów. Za rok Porto prawie na pewno do niej powróci. Ja wam dobrze zawczasu radzę – ładujcie wszystkie swoje oszczędności w obstawianie triumfu „Smoków” – za rok będziecie milionerami, o ile bukmacherzy nie zbankrutują. Jest też ryzyko, że ktoś go Portugalczykom wykradnie – zimą był już nim zainteresowany Liverpool.

A on? Znajomo nonszalancki styl, charakter na twarzy, świetne przygotowanie do zawodu. Jak trochę posiwieje, dojrzałym paniom będą na jego widok drżały kolana, jak teraz drżą na myśl o Mourinho. Villas Boas odcina się od porównań do trenera Realu Madryt. Przyznaje, że był dla niego bardzo ważny, ale spokojnie przekonuje, że jest sobą i swoją karierę prowadzi. Niby każdy to mówi, ale jemu chyba wyjątkowo można wierzyć.