Ciągła wymiana elit. Kariera trenerska krótsza niż piłkarska

elity

Jacques Bertaux – Prise du palais des Tuileries – Wikimedia Commons

Regularnie, przy kolejnych zmianach trenerskich, gdy w mediach pojawiają się nazwiska kandydatów przymierzanych do danego klubu, słychać wszechobecne stękania: „znów ci sami”, „cały czas te same nazwiska”, „dlaczego nikt nie daje szansy młodym/nowym/świeżym/nieuwikłanym w układy?”. W tym tonie często wypowiadają się też prezesi, którzy, zatrudniając kogoś nieznanego, tłumaczą, że chcieli wyjść poza „zamknięty krąg” czy sięgnąć po kogoś „spoza karuzeli”. Przekonanie o istnieniu tej właśnie karuzeli, z której, gdy się już na nią wsiądzie, ciężko wypaść, bo ona cały czas się kręci i wyrzuca następnych trenerów w kolejnych klubach, jest bardzo silnie zakorzenione w umyśle polskiego kibica.

Dekada – inna epoka

Ale to mit. Nie ma czegoś takiego jak karuzela trenerska, a przynajmniej nie na tak długą metę, jak niektórzy chcieliby to widzieć. I wypaść z niej niezwykle łatwo. By to udowodnić, sięgnąłem do ligi sprzed dziesięciu lat. Uznałem, że to dobry okres, by zauważyć odpowiednie tendencje. Jeśli ktoś utrzymuje się w lidze przez dziesięć lat, to znaczy, że wyrobił sobie renomę niezależną od pojedynczych niepowodzeń czy zmian trendów. Samemu trudno było mi uwierzyć, że zaledwie przed dziesięcioma laty pracowali w polskiej lidze Bogusław Baniak, Czesław Jakołcewicz, Przemysław Cecherz, Marek Piotrowicz czy Zdzisław Podedworny. Wymienianie tych nazwisk brzmi, jak podawanie składu z meczu Polska – Brazylia na mundialu w 1938 roku. Prehistoria.

Pięć lat – inna epoka

Spośród trzydziestu trzech trenerów (!), którzy w sezonie 2006/2007 pracowali w ekstraklasie, tylko pięciu prowadzi kluby z naszej najwyższej ligi także obecnie. To Czesław Michniewicz, Waldemar Fornalik, Jacek Zieliński, Michał Probierz i Kazimierz Moskal. Na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dziesięć lat to jednak zbyt długi okres i w ciągu pięciu lat to już na pewno niewiele się zmieniło – też będzie w błędzie. Z ekstraklasy sprzed Euro 2012 (przecież to było wczoraj!) wytrwało do dziś tylko sześciu szkoleniowców – oprócz pięciu wymienionych wcześniej także Mariusz Rumak. W ciągu pięciu lat, tylko 22% trenerów pracuje w elicie dalej. Blisko 80% z niej wypada. To było ledwie pięć lat temu, a w lidze pracowały tak dziś oddalone od niej nazwiska jak Andrzej Pyrdoł, Robert Kasperczyk, Tomasz Wieszczycki czy Rafał Ulatowski. Nie wspominając, o Tomaszu Hajcie. W porównaniu do najlepszych lig europejskich, Polska zalicza się do tych krajów, w których zmian następuje najwięcej. Przegrywa pod tym względem tylko z Bundesligą, która jest absolutnym ewenementem. W lidze niemieckiej nie pracuje obecnie żaden trener, który byłby w niej przed dziesięcioma laty – najwięcej meczów ma na koncie 43-letni Thomas Tuchel. W pozostałych przypadkach różnice są kosmetyczne. Zwraca uwagę ogólna tendencja: na najstabilniejszym rynku francuskim i tak 80% trenerów sprzed dziesięciu lat zniknęło z ligi.

 

Pozycja

Liga Odsetek trenerów sprzed dziesięciu lat, którzy aktualnie pracują w lidze
1 Ligue 1 21,00%
2 Premier League 20,00%
3 La Liga 16,00%
4 Ekstraklasa 15,00%
Serie A 15%
6 Bundesliga 0,00%

Polski przypadek pokazuje, że ekstraklasowych trenerów możemy podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią szkoleniowcy nietykalni. Mogą być zwalniani, mogą podpadać prezesom, ale na rynku bronią się od dekady. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jest ich tylko czterech. To Probierz, Michniewicz, Zieliński i Fornalik. Probierz i Zieliński pracowali w lidze w każdym z ostatnich dziesięciu sezonów, Michniewicz w dziewięciu, Fornalik w siedmiu, ale gdyby nie był przez dwa lata selekcjonerem, wynik byłby podobny. Od dziesięciu lat, najdłuższy okres bezrobocia Probierza wynosił pół roku. Cokolwiek się o nim myśli, to imponujący, zasługujący na szacunek, wynik.

Pracują na renomę

Druga grupa to trenerzy o uznanej pozycji na polskim rynku, ale jeszcze za wcześnie, by z całkowitą pewnością stwierdzić, że żaden wiatr ich nie ruszy. Takich szkoleniowców też jest tylko czterech. To Mariusz Rumak, Piotr Stokowiec, Kazimierz Moskal i Radoslav Latal. Wszyscy pracują trzeci sezon lub dłużej. Mylący może być jedynie przypadek Moskala, który teoretycznie pracuje w lidze już w piątych rozgrywkach, ale w praktyce poprowadził jedynie 59 meczów (o jeden więcej od Latala). Wynika to z faktu, że przez lata bywał w Wiśle Kraków trenerem tymczasowym, co sprawiło, że liczba sezonów, w których pracował, wygląda imponująco, ale długo nie przekładało się to na prawdziwą szansę. Zwraca uwagę, że spośród aktualnie pracujących trenerów, tylko sześciu ma na koncie ponad sto meczów w ekstraklasie.

Połowa ligi nowa

Trzecią grupę tworzą absolutni nowicjusze, nie mający na koncie jeszcze ani jednego przepracowanego sezonu. Co pewnie dla wielu zaskakujące, to połowa ligi! Aż ośmiu obecnych trenerów, pojawiło się w ekstraklasie ledwie w zeszłym sezonie. Rok temu o tej porze nie było w ekstraklasie: Jacka Magiery, Piotra Nowaka, Macieja Bartoszka, Andrzeja Rybarskiego, Nenada Bjelicy, Grzegorza Nicińskiego, Radosława Sobolewskiego i Marcina Kaczmarka. Jak się okazuje, to także tendencja ogólnoeuropejska. Ligę angielską kojarzymy zwykle z długodystansowcami jak Arsene Wenger czy kiedyś Alex Ferguson, ale w rzeczywistości rotacja na ławkach jest tam najwyższa (nie mylić z częstymi zmianami trenerów w konkretnych klubach; chodzi raczej o zatrudnianie ludzi spoza danej ligi).

 

Pozycja

Liga Odsetek aktualnych trenerów, którzy w ostatnich dziesięciu latach pracowali w danej lidze tylko w jednym sezonie lub krócej
1 Premier League 60,00%
2 Bundesliga 56,00%
3 Ekstraklasa 50,00%
4 La Liga 45,00%
5 Ligue 1 40,00%
6 Serie A 35,00%

Sporą płynność wśród ekstraklasowych trenerów na tle lig europejskich widać także w statystyce średnio przepracowanych sezonów. Polski szkoleniowiec pracuje w naszej lidze przeciętnie ledwie przez 2,5 sezonu. We Francji jest to trochę ponad cztery lata. To nadal bardzo mało. Tyle zwykle trwa pobyt trenera na topie i to w najbardziej optymistycznym wariancie. Nielicznym udaje się wytrwać na szczycie dłużej. W pięciu najlepszych ligach europejskich jest tylko dwóch trenerów, którzy pracowali w ostatnich dziesięciu latach w każdym sezonie: Arsene Wenger i Mark Hughes (Stoke City). Pozostali wiedzą, co to długie oczekiwanie na pracę zgodną z oczekiwaniami. Polskie przypadki Probierza i Zielińskiego są na tle europejskim wielką rzadkością.

Pozycja Liga Liczba sezonów przepracowanych średnio przez trenera w danej lidze
1 Ligue 1 4,13
2 Premier League 4,07
3 Serie A 4
4 La Liga 3,4
5 Ekstraklasa 2,6
6 Bundesliga 1,7

Przyznając sześć punktów za dorobek świadczący o największej wymianie na ławkach i jeden za najmniejszą rotację, w każdej z tych trzech kategorii, można uzyskać zbiorczy obraz tego, w której lidze najszybciej następuje wymiana trenerskich elit. W tym umownym zestawieniu, ekstraklasa jest druga, jedynie za Bundesligą. Co jednak chyba najbardziej zadziwia – nawet w przypadku Francji nie można powiedzieć o istnieniu jakiejś trenerskiej elity, która tylko wymienia się stołkami. Nawet tam, cykl pracy topowego trenera jest stosunkowo krótki. Mówi się, że kariera trenera jest długa. Zwykle w ligach pracują szkoleniowcy w wieku pomiędzy 40 a 70 lat. Błędne byłoby jednak stwierdzenie, że kariera trenera trwa około trzydziestu lat. To dotyczy nielicznych, wybitnych jednostek, utrzymujących się w każdej lidze na powierzchni przez różne epoki. W zdecydowanej większości, trenerzy kształcą się, zbierają doświadczenia, wydają pieniądze, nie śpią po nocach po to, by przez maksymalnie cztery lata zbierać tego owoce, a przez pozostałe 26 tułać się po niższych ligach, chwytać posad asystentów, dyrektorów sportowych, komentatorów telewizyjnych albo w ogóle pracować poza piłką (vide Bartoszek zarządzający niegdyś wysypiskiem śmieci). Nie ma karuzeli trenerskiej, ani w Polsce, ani za granicą. Dla większości jest tylko pięć minut chwały. Ekstraklasowa kariera szkoleniowa jest krótsza niż piłkarska. Kolejny dowód na to, że zawód trenera piłkarskiego jest jednym z najtrudniejszych na świecie.

Pozycja Liga Liczba punktów (im wyższa, tym bardziej „przewiewny” światek trenerski)
1 Bundesliga 17
2 Ekstraklasa 13
3 Premier League i La Liga po 10
5 Serie A 8
6 Ligue 1 4

Obliczenia własne. Dane ze stron 90minut.pl, transfermarkt.de, sklady.hostmix.pl

Ekstraklasowy powiew normalności

probierz

Ligowi prezesi chyba zmądrzeli. Wiem, że teza jest straszliwie ryzykowna, ale chyba prawdziwa. Nie wszyscy i pewnie nie na dobre, ale tendencji nie sposób nie zauważyć. Zwłaszcza, że powtarza się drugi rok z rzędu. Na półmetku fazy zasadniczej, pracę straciło tylko pięciu trenerów ekstraklasowych – czterech zostało zwolnionych, a Dariusz Wdowczyk sam podał się do dymisji. Rok temu na tym samym etapie sezonu, wyrzuconych też było pięciu. Dwa takie sezony z rzędu jeszcze się w XXI wieku nie zdarzyły. Bywało, w 2001 i 2007 roku, że po 15 kolejkach tylko czterech trenerów traciło pracę, ale to były lata wyrwane z kontekstu – wkrótce po nich następowało masowe wylewanie trenerów z kąpielą. Dość powiedzieć, że już w 2008 roku po piętnastej kolejce zmieniło się aż 12 trenerów.

Sześć autorskich projektów

 Dwa lata z rzędu z umiarkowanymi zwolnieniami pozwalają jednak zauważyć jakiś malutki trend. Mamy aktualnie sytuację dawno w Polsce niespotykaną. W aż pięciu klubach, trenerzy pracują już dwa lata lub dłużej. Absolutny rekordzista Marcin Kaczmarek, wznosi Wisłę Płock już od blisko czterech i pół roku. Michał Probierz dobija w Jagiellonii Białystok do trzech lat. A ponad dwa lata pracują także Piotr Stokowiec w Zagłębiu Lubin, Grzegorz Niciński w Arce Gdynia i Waldemar Fornalik w Ruchu Chorzów. W przypadku pracującego w Cracovii od półtora roku Jacka Zielińskiego, też można mówić o autorskim projekcie drużyny. W ponad 1/3 ekstraklasy, szkolą obecnie trenerzy, którzy dostali czas na spokojne wpajanie drużynie swojej wizji.

Szansa na wyjście z dołków

 Co jednak najbardziej budujące, coraz więcej prezesów nauczyło się wytrzymywać ciśnienie, gdy nie ich zespołom się nie wiedzie. Posada Probierza w Białymstoku wisiała na włosku, gdy wiosną nie awansował do grupy mistrzowskiej. Został i dziś Jagiellonia jest liderem ekstraklasy. Kaczmarek i Niciński notują ostatnio kiepskie serie, ale trzymają się posad dość pewnie. Fornalik jest z Ruchem w strefie spadkowej i zwolnienia też raczej nie musi się obawiać. A Zieliński, który rozbudził oczekiwania prezesa Janusza Filipiaka zeszłym sezonem, też jeszcze dziesięć lat temu nie przetrwałby zjazdu do dolnej części tabeli i nie pomogłyby tłumaczenia, że zwolnienie byłoby absurdalne. Dziś trzyma się mocno i nikt nawet nie myśli o wyrzucaniu go.

Bieda to nie wytłumaczenie

 Pozytywnych przykładów jest więcej. Wdowczyk dziś wprawdzie zrezygnował z pracy w Wiśle, ale przed chwilą klub pozwolił mu pracować dalej, mimo siedmiu przegranych z rzędu, czyli najdłuższej serii porażek w historii klubu. Analogiczną historię przeżywał we Wrocławiu Mariusz Rumak. Prawdopodobnie w obu klubach przeczekano trudny okres ze względu na kiepską sytuację finansową, ale to wytłumaczenie tylko połowiczne, bo jak świat światem, w polskiej lidze grały biedne drużyny, co nie przeszkadzało im w notorycznych zmianach trenerów. Dotychczas nigdy nie brakowało pieniędzy akurat na zwalnianie trenerów. Co najważniejsze, obaj obdarzeni zaufaniem szkoleniowcy, zdołali podnieść swoje drużyny z kryzysów. Już dawno temu w Polsce pojawiła się książka „Futbol i statystyki”, dowodząca, że efekt nowej miotły nie istnieje i w większości przypadków drużyna wpadająca w dołek wychodzi z niego w podobnym czasie, niezależnie od tego czy trener zmieni się czy nie. Te rewolucyjnie w Polsce brzmiące tezy, nigdy nie mogły zostać przetestowane w praktyce, bo efekt nowej miotły był dla wielu klubów jedynym pomysłem na utrzymywanie się w lidze. Dzięki Wiśle i Śląskowi wiemy, że zwolnienie trenera nie jest jedynym sposobem wyjścia z kryzysu.

Nieedukacyjne przykłady Podbeskidzia i Górnika

 Oczywiście, zarządzanie klubem byłoby dużo łatwiejsze, gdyby była chociaż jedna reguła niezawodnie prowadząca do sukcesu. Na wiosnę okrutnie pokazały to przypadki Podbeskidzia Bielsko-Biała i Górnika Łęczna. W Podbeskidziu młody prezes nie chciał zachowywać się, jak tradycyjni działacze, którzy pierwsze, co robią, to zwalniają trenera. Dlatego, choć Tomasz Mikołajko nie miał do Roberta Podolińskiego przekonania jeszcze w przerwie zimowej, trwał z nim na stanowisku aż do ostatniej kolejki. Równolegle Górnik Łęczna zadziałał tradycyjnie i w podbramkowej sytuacji złapał się brzytwy, z braku laku zastępując trenera jego asystentem, chcąc zmienić choćby cokolwiek. Ta historia nie miała waloru edukacyjnego dla polskiej piłki, bo w ostatecznym starciu Łęczna wiedziona efektem nowej miotły (?) spuściła Podbeskidzie z ligi. Ale i w Górniku zasłużyli później na – póki co ostrożne – pochwały za to, że nie ulegli pokusie i pozwolili tymczasowemu trenerowi pracować dłużej i mimo obecności w strefie spadkowej, nadal się go trzymają.

Jest jak w Europie

 Każdy przypadek jest inny. Całą sztuką jest umieć rozróżnić przyczyny kryzysu. Kiedy drużyna przegrywa, bo ma pecha, a kiedy trener naprawdę jest zagubiony. Ale najważniejsze, że w Polsce ktoś w ogóle zaczął się zastanawiać nad przyczynami kryzysów, a skończyło się wyrzucanie trenerów niemal z automatu, po trzech porażkach. Staliśmy się pod tym względem normalnym europejskim rynkiem. W niektórych klubach prezesi są bardziej w innych mniej cierpliwi, ale generalnie zmiany trenerów powinny być zdecydowaną mniejszością. W Polsce drugi rok z rzędu są. W najsilniejszych ligach wprawdzie nadal zwalnia się rzadziej, ale już nieznacznie – w Bundeslidze i La Liga były dotychczas cztery zwolnienia, we Serie A i Premier League po trzy, a w Ligue 1 – dwa. Ale też w Polsce rozgrywki są w bardziej zaawansowanej fazie, więc statystyki mogą się jeszcze wyrównać.

Czas na środowisko

 Pole, w którym jest jeszcze wiele do zrobienia, to ogólna świadomość środowiska, które nadal bardzo często w zmianie trenera widzi jedyny lek na całe zło. Kibice w wielu miastach wciąż, po dwóch porażkach, domagają się głów i powtarzają bzdury o „braku chemii w drużynie”. Dziennikarze spekulują czy trener gra o posadę, a eksperci sugerują nieuchronność zmian (sztandarowy przykład: Remigiusz Jezierski zastanawiający się w dzisiejszym „Sporcie” czy Ruch nie powinien przesunąć Fornalika na stanowisko dyrektora sportowego, jakby nie zauważając, że jedynym, co Ruch w tej chwili ma, jest bardzo dobry trener). Te połączone naczynia wywierają ciśnienie, które nie każdy prezes potrafi wytrzymać. Ale jest dla polskiej piłki nadzieja, że i to się z czasem zmieni. To mały kroczek do normalności.

To nie jest liga dla zagranicznych trenerów

radolsky

Jednym z głęboko zakorzenionych mitów środowiska piłkarskiego jest przekonanie, że w Polsce panuje moda na zagranicznych trenerów. Ostatnio to zdanie powtórzył Jacek Zieliński z Cracovii w wywiadzie dla Interii, ale w podobnym tonie wypowiada się często wielu trenerów i kibiców. Tymczasem, gdy sprawie przyjrzeć się dokładniej, wychodzi na to, że Polska jest jednym z najbardziej hermetycznie zamkniętych środowisk trenerskich. I wcale nie mam przekonania czy to dobrze.

Osiem procent zagranicznych

 W ekstraklasie pracuje aktualnie dwóch obcokrajowców – Czech Radoslav Latal w Piaście i Chorwat Nenad Bjelica w Lechu. W I lidze i II lidze tylko dwa kluby mają zagranicznych trenerów – to Podbeskidzie Bielsko-Biała ze Słowakiem Janem Kocianem i Radomiak Radom z Czechem Wernerem Liczką. Choć kryterium narodowościowe, jak zwykle i w wielu dziedzinach, jest bezdennie głupie, bo np. Kocian jest w Bielsku-Białej – położonym 50 kilometrów od słowackiej granicy – traktowany za bardziej swojego niż Dariusz Dźwigała z odległej o 350 kilometrów Warszawy. Ale skoro jest niby moda na trenerów z zagranicy, przyjmijmy kryterium narodowościowe. Oznacza to, że spośród 52 klubów szczebla centralnego w Polsce, cztery mają trenerów z zagranicy. Niecałe osiem procent.

30 procent to nie trend

W czasach najnowszych, trudno w Polsce szukać śladów mody na trenerów z zagranicy. W XXI wieku, pracowało w Polsce 30 szkoleniowców z obcymi paszportami. Rekordzista, Duszan Radolsky, nie dobił nawet do stu meczów w ekstraklasie. Maksymalnie, jednocześnie zatrudnionych w ekstraklasie było pięciu trenerów z zagranicy. Taki stan utrzymał się jednak tylko przez dwa miesiące 2014 roku. Zawiszę Bydgoszcz prowadził wtedy Portugalczyk Jorge Paixao, Lechię Gdańsk Portugalczyk Quim Machado, Piasta Hiszpan Angel Perez Garcia, Legię Warszawa Norweg Henning Berg, a Ruch Chorzów Słowak Kocian. Pięciu trenerów to jednak nawet nie 1/3 ekstraklasy. Dalej trudno to nazwać modą. Zwłaszcza, że nigdy później taki stan już się nie powtórzył.

Moda jest w Anglii

 W skali Europy, też trudno mówić w przypadku Polski o modzie na trenerów zagranicznych. Raczej o czymś zgoła przeciwnym. W każdej z pięciu najlepszych lig europejskich, pracuje aktualnie więcej trenerów zagranicznych niż w Polsce. I to mimo faktu, że większość z tych krajów wychowuje wielu naprawdę znakomitych szkoleniowców. W Niemczech zagraniczni trenerzy stanowią prawie połowę ligi (8/18), choć przecież potrafiliby znaleźć równie dobrych własnych, w Hiszpanii siedem na dwadzieścia klubów prowadzą obcokrajowcy, we Francji cztery na dwadzieścia, a we Włoszech pięć. Prawdziwa moda na trenerów z zagranicy to jest w Anglii, gdzie szesnaście z dwudziestu miejsc w lidze obsadzają obcokrajowcy, a nie w Polsce, gdzie to tylko 12 procent.

Białoruski przykład

Podobnie jest w przypadku lig bardziej porównywalnych do polskiej. Odsetek trenerów zagranicznych wyższy niż Polska mają chociażby Rosja, Ukraina, Słowacja, Litwa, Łotwa czy Estonia. Na Węgrzech obcokrajowcy zajmują połowę miejsc pracy dla trenerów. W tym te najbardziej atrakcyjne – u mistrza kraju (Ferencvaros prowadzi Niemiec Thomas Doll) i lidera (Ujpeszt trenuje Niemiec Michael Oenning). Podobny przypadek do polskiego to Czechy, gdzie jest aktualnie tylko jeden trener z zagranicy, ale za to w Viktorii Pilzno, jednym z najlepszych klubów. Absolutnie żadnego obcego szkoleniowca nie mają w lidze Białorusini. Ale nie jestem pewien czy to kierunek, z którego powinniśmy brać przykład.

Wzorce z zagranicy

 W Polsce nie ma i nie było mody na trenerów z zagranicy. Niektóre kluby chętniej sięgały po obcokrajowców, ale nigdy nie stało się to ogólnoligową tendencją. Nadal, w porównaniu do kolegów z zagranicy, polscy trenerzy nie mają powodów do narzekania. Inna sprawa, czy to dobrze. Ilekroć jakiś kraj chce podnieść poziom swojego futbolu, zatrudnia licznych trenerów z zagranicy. W zamierzchłych czasach, polską ligę też podnosili Węgrzy czy Czechosłowacy. I patrząc na 30-tkę obcych trenerów, którzy pracowali w Polsce, nie mam wrażenia, byśmy musieli z nich robić diabły wcielone polskiego futbolu.

Solidni fachowcy

 Oczywiście, mamy wszyscy w głowach świeże przykłady Besnika Hasiego i Jacka Magiery, w których drużyna polskiego trenera bije na głowę zespół szkoleniowca z zagranicy. Ale wbrew pozorom, tak radykalne przypadki zdarzały się bardzo rzadko. Równie wiele było historii o trenerach, którzy swoje kluby albo podnosili na wyższy poziom albo przynajmniej robili swoje.

 Czy można narzekać na obecność w lidze Latala, który osiągnął największy sukces w siedemdziesięcioletniej historii istnienia klubu? Radolsky’ego, który podpisał triumfy prowincjonalnej Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski nad Manchesterem City czy Herthą Berlin? Czerczesowa, który z Legią zdobył wszystko, co się dało? Berga, który zanim skończył źle, zdobywał mistrzostwo i efektownie grał w pucharach? Kociana, który o mało nie przebił się z Ruchem do Ligi Europy? To przykłady jaskrawych sukcesów, ale była jeszcze cała masa trenerów, którzy po prostu rzetelnie robili swoje. Jak Robert Maaskant, ostatni mistrz Polski z Wisłą Kraków, Dragomir Okuka, który też zapisał się w historii Legii, Dan Petrescu, Jose Rojo Martin Pacheta, Werner Liczka czy nawet wyśmiewany bardziej za wygląd niż za wyniki Stanislav Levy. Ewidentnych niewypałów w stylu Hasiego czy Paixao było naprawdę zdecydowanie mniej niż solidnych fachowców. Wybierając spośród trzydziestu polskich trenerów, też łatwo znaleźlibyśmy dwóch nieudaczników.