Cztery drużyny w grze o ekstraklasę. Podbeskidzie i Górnik już tylko o utrzymanie

statistics-227173_1280

Zapadła przerwa zimowa w I lidze. Piłkarze rozjadą się na urlopy, zimowe obozy w kraju i zagranicą, będą rozgrywać sparingi, a na tydzień przed rundą wiosenną, w całej Polsce, prezesi, trenerzy, piłkarze i prezydenci miast staną przed kibicami i dziennikarzami, by powiedzieć, że wszystko jest jeszcze możliwe, dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć, bo to jest sport i nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Szczególnie będą tak mówić w miastach, które są po jesieni najbardziej rozczarowane swoimi klubami – w Zabrzu i w Bielsku-Białej.

 Tak, wszystko jeszcze możliwe. Zajmujące dziewiąte miejsce w tabeli Podbeskidzie, liderem I ligi może zostać już 25 marca, po 23. kolejce. Tak, dopóki piłka w grze, najwcześniejszy możliwy awans może świętować już 6 maja, na pięć kolejek przed końcem. Tak, to jest sport, Podbeskidzie może ukończyć ligę z 26 punktami przewagi nad drugim miejscem. Które może zająć MKS Kluczbork. Bo nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Każdy wciąż może spaść, każdy może awansować. Za nami dopiero 19 kolejek. Tak będą przemawiać prezydenci i właściciele, pod takimi hasłami prezesi będą sprzedawać karnety, a trenerzy motywować piłkarzy.

 Porozmawiajmy jednak o tym, co jest realne.

 Zaplecze ekstraklasy przez trzynaście sezonów XXI wieku grało aktualnym, 18-zespołowym formatem. To na tyle długi okres, by dało się wychwycić pewne prawidłowości i z dużą dozą prawdopodobieństwa (jak wyżej – pewności nie ma), przewidzieć, kto jeszcze jest w grze o ekstraklasę, a kto tylko oszukuje się, że jest.

 W ciągu minionych trzynastu sezonów, aż jedenaście razy (!) drużyna, która prowadziła po dziewiętnastu kolejkach, kończyła rozgrywki w pierwszej dwójce. Chojniczankę może jeszcze nie wszyscy traktują poważnie w walce o ekstrakaslę, ale statystyka bije po oczach: 85 procent jej poprzedników lądowało w ekstraklasie. Aż dwanaście razy sezon w czołowej dwójce kończyła przynajmniej jedna drużyna, która po 19. kolejkach była na jednym z pierwszych dwoch miejsc. GKS Katowice lub Chojniczanka. Przyzwyczajajcie się do którejś z tych drużyn w ekstraklasie. Pozostałe miejsca nie mają tak wysokich odsetków sukcesów. Sześć razy w czołowej dwójce kończyła druga drużyna po 19. kolejkach, trzy razy trzecia, pięć razy czwarta, raz szósta (piąta ani razu!).

 Tu mowa jednak o pewnych powtarzalnych prawidłowościach, od których były wyjątki. Zawsze był jednak precedens, którego można by się chwycić. W analizowanym, trzynastosezonowym okresie, I-ligowe twarde, niezmienne, nienaruszalne reguły są inne:

  1. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto zajmowałby po 19. kolejkach miejsce gorsze niż szóste.
  2. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby mniej niż 31 punktów.
  3. Nigdy w czołowej dwójce sezonu nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby więcej niż cztery punkty straty do drugiego miejsca.

 Jak to się ma do aktualnej tabeli? Podbeskidzie i Górnik zajmują miejsca gorsze niż szóste (9. i 8.), więc nie spełniają pierwszego warunku. Mają odpowiednio 25 i 27 punktów, więc nie spełniają warunku drugiego. Tracą do drugiego miejsca odpowiednio 10 i 8 punktów. Nie spełniają żadnego z warunków. Mogą oczywiście awansować, nawet wspólnie (dopóki piłka w grze!), kto chce, niech wierzy.

 Takie kryteria eliminują nie tylko Podbeskidzie i Górnik. Według nich, o awansie mogą rozmawiać jeszcze tylko cztery drużyny – Chojniczanka, GKS Katowice, Zagłębie Sosnowiec i… Sandecja Nowy Sącz, która ma dwa zaległe mecze do rozegrania i jeśli zdobędzie w nich cztery punkty, spełni wszystkie kryteria.

 To nie oznacza, że Podbeskidzie i Górnik nie mają już w tym sezonie o co grać. Wręcz przeciwnie. Być może czeka je gra o wszystko. W ostatnich trzynastu sezonach, pięć razy zespół zajmujący po 19. kolejkach miejsca 8-9, spadał z ligi. Historia daje im wachlarz miejsc od czwartego do szesnastego. Zabrze i Bielsko-Biała raczej sezonu nie skończą na podium, raczej nie zajmą też miejsc na samym dnie tabeli. Ale poza tym, wszystko jest dla nich jak najbardziej realne. Im szybciej sobie uświadomią zagrożenie, tym szybciej będą w stanie przed nim uciec. Zwłaszcza w Podbeskidziu powinni to dobrze rozumieć, bo w zeszłym sezonie większość uświadomiła sobie ryzyko spadku, gdy ten był już właściwie dokonany. W niedawnym komunikacie, Urząd Miasta przekazał, że cel (awans do ekstraklasy) się nie zmienia. Uczciwe postawienie sprawy nakazywałoby uznać za cel szybkie dobicie do liczby punktów dającej utrzymanie, a później skupienie się na budowaniu drużyny na kolejny rok. Więcej z tego sezonu nie da się wycisnąć.

Bronię Dariusza Dźwigałę

dzwig

Dariusz Dźwigała w rozmowie ze mną, która ukazała się w piątkowym „Sporcie” i wywołała spore poruszenie, miał rację. W Podbeskidziu od początku miał pod górkę. Od początku dało się wyczuć niechęć kibiców do niego. Nie ma co zaprzeczać i mówić, że przyszedł z czystą kartą. Zdecydowana większość kibiców była rozczarowana, że – choć na rozmowy przyjeżdżali znani i lubiani – Czesław Michniewicz czy Marcin Brosz, choć wymieniało się Piotra Mandrysza czy Kazimierza Moskala, do Bielska-Białej przyszedł Dźwigała, czyli kolejny, po Robercie Podolińskim, eksperyment. Ludzie nie chcieli eksperymentu, chcieli nazwiska, które dałoby duże prawdopodobieństwo, że szybko uda się pozbierać po spadku. Dźwigała mógł dać tylko nadzieję. Bo jako trener nie pracował nigdy w ekstraklasie, bo nie dał rady w Arce Gdynia, bo jego największym szkoleniowym sukcesem były dobre wyniki z Dolcanem Ząbki. A ile znaczą dobre wyniki z Dolcanem Ząbki, kibice przekonali się przy Podolińskim.

 Od początku Dźwigała musiał coś udowadniać. Drużyna źle grała w sparingach. Trener ściągał zawodników, którzy nie mają dobrej opinii w Polsce (Janota) czy w Bielsku-Białej (Feruga). Ludzie byli słusznie sfrustrowani samym faktem, że muszą na nowym stadionie, po frajerskim spadku, oglądać mecze z Wigrami Suwałki czy Chojniczanką, a już to, że Podbeskidzie nie potrafiło z nimi wygrać, sprawiało, że frustracja kipiała. Dźwigała zdawał się tego nie rozumieć, mówił, że drużyna grała dobrze, tylko zabrakło jej szczęścia, co jeszcze bardziej irytowało ludzi. Wyniki też są takie, że nie zanosi się na powrót Podbeskidzia do ekstraklasy. Po meczu z GKS-em Katowice, bezdyskusyjnie przegranym, wielu domagało się zwolnienia Dźwigały.

 Przyznam, że miałem wtedy duże wątpliwości. Emocje podpowiadały, że nie ma na co czekać. Rozum mówił, że kolejna zmiana byłaby kompletnie bez sensu. Dzisiaj Podbeskidzie znowu przegrało, Zagłębie Sosnowiec odjechało na osiem punktów, drużyna od pięciu miesięcy nie wygrała u siebie. Ale teraz wiem na pewno: nie zwolniłbym Dźwigały.

 Trener Dźwigała przyszedł, bo miał w Bielsku-Białej, po latach grania koszmarnego futbolu, zbudować zespół, który będzie potrafił rozgrywać akcje, prowadzić grę, budować atak pozycyjny. Czyli dostał trudne zadanie, bo łatwiej zamurować się i grać z kontry. Atak pozycyjny wymaga większej kreatywności, większych umiejętności, co widać chociażby po dobrych wynikach i koszmarnej grze Legii Stanisława Czerczesowa i wielkich trudnościach Besnika Hasiego, który miał coś zbudować. Budowanie drużyny prowadzącej grę wymaga więcej czasu niż budowanie drużyny, która ma przede wszystkim skupiać się na obronie.

 Dźwigała dostał więc trudne zadanie pozbierania drużyny po spadku, trudne zadanie nauczenia zespołu przez lata grającego z kontry, grania atakiem pozycyjnym, trudne zadanie zastąpienia DZIEWIĘTNASTU (!) zawodników, którzy w lecie odeszli i trudne zadanie wkomponowania do drużyny DWUDZIESTU DWÓCH zawodników, którzy do niej przyszli, z czego wielu już w trakcie ligi. Do tego doszło trudne zadanie przekonania do siebie przyzwyczajonych do oglądania meczów ekstraklasowych, kibiców. Sporo trudnych zadań jak na trzy miesiące pracy.

 Wyniki, oczywiście, są niesatysfakcjonujące, strata punktowa robi się niebezpiecznie duża. Ale wreszcie jest na czym oprzeć linię obrony trenera. Dotychczas broniły go bardzo skuteczna gra na wyjazdach i wypatrzenie oraz odważne postawienie na Daniela Mikołajewskiego. Teraz doszedł jeszcze jeden bardzo ważny argument. Czy oglądając piątkowy mecz z Zagłębiem, można było mieć wrażenie, że trener niczego nie wniósł do zespołu? Nie. Podbeskidzie rozgrywało akcje po ziemi, często z pierwszej piłki, czasem cierpliwie, a gdy trzeba szybko. Podbeskidzia atakującego z takim rozmachem nie widziałem dawno, być może od czasów Roberta Kasperczyka. Dziś było bardzo wyraźnie widać, że owszem, wiele rzeczy jest do poprawy, nie wszystko jest idealnie, ale ta drużyna zrobiła postęp. Zrobiła postęp w kierunku, który zapowiedział Dźwigała. Podbeskidzie grało dziś w piłkę dużo lepiej niż cztery miesiące temu, rok temu, dwa lata temu, trzy lata temu. A, jak już pisałem tuż po spadku, kluczowym zadaniem dla Podbeskidzia powinien być nie awans do ekstraklasy, ale wyciągnięcie ze spadku nauki. Nauką jest właśnie spróbowanie innej gry, nie nastawionej tylko na przypadek i szczęście. To dlatego Zagłębie Lubin, Arka, Termalica potrafiły w ostatnich latach wnieść wiele ciekawego do ekstraklasy – bo w I lidze nauczyły się dobrego rozgrywania piłki.

 Dźwigała podpisał kontrakt na dwa lata. Na samym początku podkreślano, że celem jest awans do ekstraklasy w ciągu dwóch lat. Czyli dopuszczano do siebie, że w tym roku się może nie udać. Koniecznym warunkiem, by kontynuować współpracę, musi być jednak monitorowanie postępów. I po trzech miesiącach, po drużynie Dźwigały te postępy widać. Trzeba czekać na następne. Ale dziś jest dla mnie jasne, że warto wytrzymać ciśnienie i nie zwalniać trenera po świetnym meczu jego drużyny, przegranym przez koszmarne indywidualne błędy. Trenera powinno się rozliczać za to jak wygląda drużyna. A drużyna Podbeskidzia wyglądała dziś bardzo dobrze, nawet jeśli poszczególne jej części (Piacek, Baran, Lis) nie wyglądały dobrze. To nie może być jednak powód, by pozbywać się trenera. U mnie Dźwigała kupił sobie dzisiejszym meczem cierpliwość. Nie mówię, że na pewno jest świetnym trenerem, bo nie wiem, nie mówię, że Podbeskidzie osiągnie z nim sukces, bo tego też nie wiem. Ale widzę, że obiecał, że jego drużyna będzie grać inaczej i faktycznie gra inaczej. Lepiej. Mam nadzieję, że władze Podbeskidzia pamiętają, jak kiepskie było pierwsze pół roku Kasperczyka i jak bardzo źle byli do niego nastawieni kibice na rok przed tym jak biegał przed nimi, machając góralskim kapeluszem. 

Przeciw rewolucji w Podbeskidziu

Zrzut ekranu 2016-06-09 o 00.02.35

Wikimedia Commons

Dwudziestu zawodników, którzy z Zagłębiem Lubin w 2014 roku spadli z ekstraklasy, wywalczyło rok później awans. Trzynastu z nich kolejny rok później wywalczyło awans do europejskich pucharów. Podobnie w Cracovii, która po spadku w 2012 roku, awansowała rok później do ekstraklasy z czternastoma zawodnikami z tamtej kadry. I w GKS-ie Bełchatów, który wygrał I ligę w 2014 roku, rok po degradacji z ekstraklasy, z piętnastoma zawodnikami pamiętającymi spadek. Tutaj nie wymieniono nawet trenera. W 2015 roku, gdy GKS znowu spadł, władze klubu – przymuszone bądź nie – postanowiły działać w inny sposób. Wyrzuciły ponad dwie trzecie kadry, która spadła oraz trenera. GKS znowu spadł. Tym razem do II ligi.

Nie chcę mówić, że przedstawiłem właśnie złotą recepturę na szybki powrót do ekstraklasy. Da się znaleźć oczywiście kontrprzykłady. Piast po spadku nie dokonał rewolucji i nie awansował. Dokonał rewolucji dopiero wtedy i rok później awansował. Reguły nie ma. Natomiast praktyka wielu lat pokazuje, że utrzymanie ekstraklasowego składu, znacznie zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu w I lidze. Nawet jeśli bardzo podobny skład rok wcześniej był za słaby na ekstraklasę.

 Utrzymanie ekstraklasowego składu jest jednak rozwiązaniem trudnym i wymagającym mądrości oraz odporności na cięgi. Trudnym nie tylko dlatego, że z każdej, nawet najgorszej drużyny, inne kluby zawsze po spadku wyciągną kilku zawodników. Trudnym także dlatego, że to niepopularne. Po spadku, kibice domagają się głów. Wszystkich. Właściciela, prezydenta miasta, prezesa, dyrektora sportowego, trenera, piłkarzy. Zależnie od klubu, domagają się ich wszystkich jednocześnie, a czasem tylko paru. Chcąc zyskać popularność fanów, prezes musi koniecznie pozbyć się wszystkich „nieudolnych kopaczy”, „najemników bez charakteru” i zapowiedzieć: „odmłodzenie drużyny”, „stawianie na chłopaków z regionu, identyfikujących się z miastem i regionem” oraz „ładny dla oka styl gry”. Im więcej zawodników ze spadkowego składu się wyrzuci, tym lepsze nastroje wśród kibiców w lipcu, na rozpoczęcie sezonu. I tym gorsze w czerwcu, na zakończenie sezonu.

 Kryzysy wzmacniają radykałów i populistów. Tak było jak świat światem. Nie tylko w piłce.

 Po spadku, wśród fanów Podbeskidzia huczy. Trwa festiwal całkowitego niezadowolenia ze wszystkiego, co da się oczywiście wytłumaczyć i zrozumieć. Na forach, portalach społecznościowych i niespołecznościowych, w codziennych rozmowach, słychać głównie kwękania i narzekania. Nie zadowoli ich żaden transfer, żaden trener ani żadna deklaracja. Odkupić winy można tylko wygrywając. Co jednak wolno kibicom, byłoby niedopuszczalne u osób decyzyjnych. Prezes Tomasz Mikołajko dzień po meczu z Łęczną, stwierdził, że „najchętniej wyrzuciłby wszystkich piłkarzy”. Ale to było zrozumiałe. To było dzień po spadku. Jestem przekonany (albo lepiej: mam nadzieję), że miesiąc po spadku już by tak nie powiedział.

Ten wpis powstał jako polemika do tekstu Pawła Przybyły ze śląskiej „Gazety Wyborczej”. Możecie go znaleźć TUTAJ. Cytuję: „Jeżeli jednak, „Górale” w I lidze nadal będą tworzeni przez zawodników, którzy spuścili Podbeskidzie z ekstraklasy, nowy trener niczego nie zmieni. Żeby była jasność: osobiście nic nie mam przeciwko Jozefowi Piackowi, Pawłowi Baranowskiemu, Mateuszowi Możdżeniowi i reszcie tej paczki, ale nie podołali zadaniu utrzymania bielskiego klubu w ekstraklasie i ich czas przy Rychlińskiego się już skończył. Dlaczego w ogóle poruszam ten temat? Przecież w zasadzie to logiczne, że w Podbeskidziu będzie teraz czystka, prawda? Własnie nie! Krążą bowiem pogłoski, że pod Klimczokiem myślą o zbudowaniu drużyny na tych piłkarzach, którzy raczą w klubie pozostać. Błagam, nie! W Bielsku-Białej potrzeba świeżej krwi, młodych, ambitnych, zdeterminowanych, żądnych zwycięstw i sukcesów zawodników, którzy szybko powrócą z Podbeskidziem do elity. Obecnie zatrudnieni w klubie piłkarze, choćby ich wołami targać, polotu już nie są w stanie zapewnić.

Mam odwrotnie. Osobiście mam coś przeciwko Piackowi, Baranowskiemu, Możdżeniowi i wszystkim innym, bo spuścili z ekstraklasy klub, na którego meczach się wychowałem. Ale obiektywniej patrząc, to, że ktoś spadł, nie oznacza automatycznie, że do niczego się nie udaje. Spadek zwykle jest zrodzony przez masę czynników. Napastnik, który trafia w słupek, zamiast do bramki, jest zazwyczaj ostatnim ogniwem łańcucha nieszczęść. Nie jedynym.

 Biorąc pod uwagę doświadczenia ligowe ostatnich lat, „czystka” nie jest logiczna. I mam wrażenie, że hasła o „świeżej krwi, młodych, ambitnych i zdeterminowanych” to tylko to, co kibice chcą dzisiaj usłyszeć. Nic więcej.

 Podbeskidzie potrzebuje dzisiaj spokoju. Mądrości. Generalnie na świecie jest tak, że w dłuższej perspektywie, kto działa spokojnie i długofalowo, odnosi sukcesy, a kto przeprowadza „czystki” po każdym niepowodzeniu, ponosi porażki. Nawet jeśli w perspektywie jednego sezonu „efekt nowej miotły” i działanie pod publiczkę przyniesie powodzenie, w perspektywie pięciu sezonów raczej nie. Wszystko, co Podbeskidzie powinno dziś zrobić, to zatrzymać jak największą liczbę ważnych członków tej drużyny. Wszystkich się nie uda. Mójta i Szczepaniak już odeszli. Choć w klubie twierdzą inaczej, myślę, że ciężko będzie zatrzymać Zubasa i raczej Stefanika. W przypadku większości pozostałych, Podbeskidzie ma w ręku karty.

 Bardzo łatwo powiedzieć: „wyrzucić wszystkich, postawić na młodych!”. Trzeba jednak mieć skąd tych młodych wziąć. Wiadomo, że Podbeskidzie własnych dobrych, młodych  nie ma od lat. Trzeba wziąć ich z innych miejsc. W regionie można raz na parę lat znaleźć jedną perłę, ale raczej nie piętnaście w miesiąc. Trzeba ich więc kupić. A młodzi Polacy, najlepiej jeszcze ograni w ekstraklasie lub w I lidze, mają to do siebie, że kosztują więcej niż ktokolwiek inny. I raczej nie walą drzwiami i oknami do Podbeskidzia.

 Podbeskidzie jest w tym dobrym położeniu, że piłkarzy wybierało sobie jeszcze jako ekstraklasowy klub i z niektórymi podpisało więcej niż roczne kontrakty. Dzięki temu ma ekstraklasowych piłkarzy, których ciężko byłoby namówić na transfer do I ligi. Oczywiście, dziś o wszystkich zawodnikach wszyscy powiedzą, że są beznadziejni, bo mamy na świeżo w pamięci ich ostatnie występy. Ale generalnie rzecz biorąc, zdecydowana większość trenerów I-ligowych bardzo chciałaby mieć ofensywnego pomocnika jak Możdżeń, nawet jeśli jest zagubiony. Chciałaby mieć stopera jak  Piacek czy Baranowski (na I-ligowym rynku bardzo ceniony). Chciałaby mieć napastnika jak Demjan i pomocnika jak Chmiel. I tak dalej. Oczywiście, ci wszyscy zawodnicy z różnych powodów byli w słabszej formie. Ale umiejętności na czołówkę I ligi – a to chyba jest celem Podbeskidzia – na pewno mają.

 Pamiętajmy o okolicznościach, w jakich Podbeskidzie się w  I lidze znalazło. Nie zleciało z hukiem. Nie odstawało od reszty stawki. Nie było straszliwym chłopcem do bicia, jak wtedy, gdy w pół roku uzbierało sześć punktów. Nie, było drużyną, która potrafiła dwa razy ograć mistrza Polski, łupnąć Wisłę na wyjeździe i osiągnąć jeszcze parę dobrych rezultatów. Przy tym w skali 30 kolejek sezonu było w stanie zająć dziewiąte miejsce. W  wyniku regulaminu rozgrywek, który nie wybacza kryzysów w ostatnim miesiącu sezonu i koszmarnego dołka psychicznego, drużyna znalazła się w I lidze. To nie zeruje jednak umiejętności wszystkich piłkarzy. Piłkarsko Podbeskidzie było na poziomie dołu tabeli ekstraklasy, czyli mniej więcej na poziomie góry tabeli I ligi. I skoro taki skład się ma, to warto go utrzymać.

 Podbeskidzie oczywiście potrzebuje zmian. I one będą, bo to nie uniknione. Potrzeba kilku młodzieżowców, by spełnić wymóg regulaminowy (kilku, a nie całą drużynę!). Na kilku pozycjach potrzebuje zmian, na kilku będzie zmuszone do zmian. Chodzi jednak o to, by wyrzucić z koszyka zgnite jabłka, a nie o to, by wywalić cały koszyk. Czy inaczej mówiąc, wylać dziecko z kąpielą.

 Nie mam przekonania, że obecni piłkarze „choćby ich wołami targać”, nie są w stanie zapewnić polotu. Od kiedy Jacek Zieliński zrobił z Cracovii Roberta Podolińskiego jedną z najefektowniej grających drużyn w Polsce, nie odważę się na takie sądy. Wydaje mi się wręcz, że ci sami piłkarze, ustawieni odrobinę inaczej, grający trochę innym stylem, mający za sobą trenera, który im ufa i kolegów, z którymi dobrze się czują, potrafią w niczym nie przypominać piłkarzy, którzy spadli z ligi. Podbeskidzie rewolucję już przeszło. Rok temu. Piętnastu zawodników odeszło, czternastu przyszło. Jako tako zaczęło  wyglądać w październiku, trzy miesiące po rozpoczęciu sezonu. Nieźle w lutym, siedem miesięcy po rozpoczęciu sezonu. Te miesiące oddane walkowerem okazały się kluczowe dla losów klubu. Walka o awans będzie trwać od pierwszej kolejki. Dlatego jeśli się ma zbudowane podstawy drużyny na czołówkę I ligi, a do tego zawodników w miarę ze sobą zgranych, trzeba dziękować za to niezasłużone błogosławieństwo, a nie burzyć zalążki fundamentów.

 By wszystko się udało, Podbeskidzie potrzebuje mądrego i dobrego trenera. Wychodzę z założenia, że trener jest kluczowy. Dobry trener ściągnie zazwyczaj dobrych zawodników i dobrze ich ustawi. Zły trener ściągnie złych zawodników i źle ich ustawi. Podbeskidzie nie wzięło ani mojego wymarzonego kandydata (trafił do Górnika Zabrze, gratuluję awansu) ani mojego drugiego wymarzonego kandydata (gratuluję Pogoni), ani mojego trzeciego wymarzonego kandydata (gratuluję Termalice), ani mojego czwartego wymarzonego kandydata (odszedł z Termaliki). Podbeskidzie w ogóle nie wzięło mojego wymarzonego kandydata. Dariusza Dźwigałę znałem dotychczas tylko z mediów. W rozmowie robi dobre wrażenie. Cieszę się, że rozumie, iż Podbeskidzie nie potrzebuje rewolucji personalnej tylko taktycznej. Uchodzi za trenera, który stara się uczyć zawodników prowadzić grę w ataku pozycyjnym. Podbeskidziu będzie to bardzo potrzebne w nowym sezonie. Dźwigały nie znam, jego zatrudnienie nie wyrwało mnie z butów, ale dajmy mu popracować. Pamiętajmy, że Podbeskidzie było najlepsze za Roberta Kasperczyka, który ani wcześniej ani później nie odniósł spektakularnych sukcesów. A do Bielska pasował idealnie. Nigdy nie wiadomo jak kto się sprawdzi w danych warunkach. Więc dajmy czas. Marzę, żeby po ciągłych rewolucjach, Podbeskidzie przepracowało dwa sezony z rzędu z tym samym trenerem. Jeśli tak się stanie, jestem dziwnie spokojny, że kibice będą bardziej zadowoleni niż są dzisiaj. Spadek i zmiana trenera są wystarczającym trzęsieniem ziemi jak na jedno lato. Nie domagajmy się kolejnego.

 

Katowice – wybiorą drogę na Bielsko, czy na Gliwice?

W Katowicach przerabiają teraz to samo, co rok temu było w Bielsku-Białej. To samo, tylko… bardziej. W Podbeskidziu trener musiał w czerwcu 2010, po meczu z Motorem Lublin, wychodzić ze stadionu w towarzystwie ochrony.

Miało być spokojne utrzymanie i budowa zespołu, który rok później będzie walczył o awans. Było utrzymanie zdecydowanie niespokojne, wyszarpane w ostatniej chwili na drugim końcu Polski. A potem były wzmocnienia i… obiecany awans, w który z tym trenerem, 365 dni wcześniej, wierzył tylko prezes Janusz Okrzesik.

 Sprytnymi fortelami poradził sobie z presją wyrzucenia Kasperczyka, która była mocna również wewnątrz zarządu. Powinno się więc dziś słyszeć w mieście śpiewy „Kibicu, szanuj Okrzesika”, a nie na odwrót.

 Ireneusz Król, sterujący GieKSą, też może sobie mołojecką sławę zapewnić. On trenera Stawowego zatrudnił po porażce 1-6 z… Podbeskidziem. Miał utrzymać zespół w I lidze i zbudować fundamenty pod awans w przyszłym roku.

 Utrzymanie osiągnął naprawdę spokojnie, nie tak, jak Podbeskidzie. Kibice twierdzą jednak, że podwalin pod przyszłoroczny sukces nie ma żadnych. Dali więc zarobić producentom chusteczek po to, by nimi trenerowi pomachać(chusteczkami, nie producentami). Przywieźli też taczki, by pokazać, że już go nie chcą.

 Ja w GKS-ie widziałem jeden z najmocniejszych zespołów, jaki tej wiosny przyjechał do Bielska. Piłka krążyła między piłkarzami płynnie i przyjemnie, jak krążek między kanadyjskimi hokeistami. Nie jestem na tyle naiwny, by sądzić, że GieKSa grała tak dobrze w każdym meczu. Wiem jednak, że atak katowiczanie mają więcej niż przyzwoity. Kasperczyk zaczął od obrony, a nie miał napadu. Postępował jednak po bożemu. Stawowy robi to po szatańsku, ale kto powiedział, że nie ma w tym metody?

 GKS takim składem nie awansuje. Ale GKS wzmocniony 4-5 zawodnikami ma ku temu wszelkie podstawy. Nie ma co narzekać na średnią wieku, bo wieloletnie doświadczenie pokazuje, że do ekstraklasy wchodzi się wygami, jak ŁKS i Podbeskidzie chociażby, a w niej grać można gołowąsami.

 Katowiczanie wraz z Wartą będą teraz najdłużej nieprzerwanie grającym zespołem w I lidze, podobnie jak ostatnio Podbeskidzie. Czas więc najwyższy „uciekać”. Czy jest gwarancja, że z innym trenerem się powiedzie? Absolutnie. Nie ma nawet szczególnych podstaw, by sądzić, że do GKS-u przyjdzie trener lepszy niż Stawowy.

 A czy jest gwarancja, że powtórzy się historia z Bielska? Również żadnej, ale chociaż prawdopodobieństwo większe…



Niecieczany, pany!

Uff… udało się! Jeden z najbardziej imponujących stadionów I ligi nadal będzie imponował w I lidze. Inaczej mówiąc – Termalica Bruk Bet Nieciecza, jaka szkoda, że już nie LKS, utrzymała się. W ostatniej kolejce jej mecz z Piastem Gliwice był ostatnim, który mnie naprawdę grzał.

Po sierpniowym wyjeździe z tej wsi, miałem w głowie wizję tego nowego stadionu za 10 lat. Pusto, wieje, zaczyna się rozsypywać. Wokół żadnej żywej duszy. Tylko słoń przy bramie wejściowej z odłupanym już trochę uchem pamięta, że kiedyś był tu futbol na szczeblu centralnym, a nie tylko pasjonujące rozgrywki o puchar wójta gminy Żabno.

Ta wizja męczyła mnie do wczoraj. Śledziłem wyniki poczciwej Niecieczy, którą Podbeskidzie złoiło na początku sezonu pięcioma bramkami. Pod koniec jesieni już się zaczynali podnosić. A potem znów było źle. Jak na złość z Bielska jednak punkty wywieźli, murując boisko na całej szerokości – od ulicy Broniewskiego po ulicę Żywiecką.

A jednak wszyscy bielszczanie powinni o Niecieczy myśleć ciepło. Może nie pielgrzymka, ale odpalenie świeczki w jej intencji jak najbardziej. Gdyby Termalica nie walczyła do końca w meczu z Flotą Świnoujście, Podbeskidzie pewnie i tak by awansowało. Ale nie awansowałoby wtedy. 25 maja, kiedy cały stadion był nastawiony na fetowanie. I za to, że niecieczanie strzelili wyrównującego gola w 95. minucie, sympatia do nich urosła mi do jeszcze większych rozmiarów.

Kiedy tydzień temu Termalica przegrała 1-5 w Ząbkach myślałem, że to już koniec. Piasta Gliwice ograć tej wiosny może jednak nawet pudełko od zapałek, więc przy korzystnym układzie innych meczów Niecieczy udało się zostać. Oj ile w tym sezonie niezamierzonej radości dał mi trener Marcin Brosz!

A co do niecieczan – widzimy się za rok. W ekstraklasie:-)