Moja historia Hull City

hull

2014 – FK AS Trenczyn – Hull City. Ja, Dave i mama. Phil robi zdjęcie.

Że akurat Hull City stało się od tego tygodnia jednym z najpopularniejszych angielskich klubów w Polsce, w ogóle mnie nie zdziwiło. Przyzwyczaiłem się.

 Nie potrafię powiedzieć, ile dokładnie razy przeczytałem w dzieciństwie Robinsona Kruzoe. Na pewno to liczba dwucyfrowa. Znałem tę książkę na tyle dobrze, że gdy w 2006 roku zobaczyłem w tabelkach lig zagranicznych w „Piłce Nożnej” drużynę Hull City, która dopiero co awansowała do League Championship, skojarzyłem, że Robinson Kruzoe wypływał właśnie z tego miasta. Co sprawiło, że zacząłem czuć dyskretną sympatię do tego klubu i cieszyłem się, gdy w tabelce mogłem jej dopisywać trzy punkty. Miałem czternaście lat.

 Dwa lata później założyłem bloga. Hull właśnie po raz pierwszy awansowało do Premier League. Gdy się mu dokładniej przyjrzałem, okazało się, że to klub wręcz skrojony pode mnie. Wychowany na bardzo obskurnym wtedy stadionie bardzo prowincjonalnego wtedy Podbeskidzia Bielsko-Biała, nie mogłem nie poczuć sympatii do klubu pochodzącego z miasta, które regularnie wygrywało rankingi najgorszych do życia w Anglii, w którym królowały stocznie, rafinerie, nad którym miał się rozciągać dym, a jedynymi jasnymi stronami miały być fabryka czekolady i charakterystyczne, jedyne takie w Anglii, kremowe budki telefoniczne. Dodatkowo, absolutnego beniaminka Premier League podejrzewano o to, że będzie najsłabszą drużyną w historii tych rozgrywek. Gdy na inaugurację niespodziewanie wygrał, Gary Lineker w „Match of the day” powiedział: „Zwykle nie pokazujemy tabeli po pierwszej kolejce, bo nie ma to większego sensu, ale tym razem robimy to specjalnie dla fanów Hull City”. „Tygrysy” były wtedy w strefie pucharowej. Gdy we wrześniu, trzy miesiące po tym, jak zacząłem prowadzić „Z nogą w głowie”, ograły na wyjeździe Arsenal, napisałem o nich pierwszy tekst. To były czasy, gdy bloga odwiedzali tylko mama i dziadek, których serdecznie pozdrawiam. Tamten tekst skomentował jednak także Michał Pol, co rozpoczęło mailową korespondencję (na pewno będę ją pokazywał wnukom) i blogową znajomość 16-latka z bardzo znanym dziennikarzem, która pięć lat później doprowadziła mnie do „Przeglądu Sportowego”. Nie wiem, czy zostałbym dziennikarzem, gdyby Hull nie ograło wtedy Arsenalu. Być może tak, ale nie jest to pewne.

 W 2009 roku, jako 17-latek, pierwszy raz byłem w Londynie. Akurat ruszał sezon Premier League. Liczyłem, że na którymś z londyńskich stadionów, uda mi się być. Okazało się, że Chelsea grała u siebie akurat z Hull. Siedziałem w koszulce Hull, którą mama wcześniej przywiozła mi z rywalizującego z „Tygrysami” Leeds, pomiędzy kibicami Chelsea. Podglądałem z bliska, jak londyńczycy buczeli na Stephena Hunta, przez którego Petr Cech od lat gra w czapeczce. Patrzyłem jak ładuje im bramkę, widziałem jak Didier Drogba wbija dwa ciosy w plecy i słuchałem jak młyn Chelsea zawołał w kierunku kibiców Hull: „Going down, going down”. Miał rację. W drugim sezonie po awansie, Hull spadło z Premier League.

 Moje związki z Hull dopiero się jednak zaczynały.

davephil

 W 2011 roku, akurat tuż przed maturą, Podbeskidzie grało u siebie w ćwierćfinale Pucharu Polski z Wisłą Kraków najważniejszy mecz w historii klubu. W dniu meczu, kolega z biura prasowego, przekazał mi, że na trybunach będzie dwóch kibiców Hull City. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie słyszałem, żeby w Bielsku-Białej na meczu byli fani jakiegokolwiek innego angielskiego klubu. Mogli być fanami Scunthorpe, Plymouth czy Nottingham, ale przyjechali akurat z Hull. Idąc na stadion, spakowałem koszulkę Hull. Łatwo odszukałem ich na trybunach. Gdy zobaczyli w mieście na końcu Polski, którego nazwy nie potrafili wymówić, gościa z koszulką ich prowincjonalnego angielskiego klubu, szczęki im opadły. To nie Manchester United. Oni też nie byli przyzwyczajeni, że ktokolwiek poza Hull, interesuje się Hull. Porozmawialiśmy, wymieniliśmy się kontaktami. Podbeskidzie wygrało z mistrzem Polski, co oni zresztą przepowiedzieli.

hullpokoj

Ten pokój naprawdę istnieje. W Hull, w domu Phila.

 To już sześć lat, odkąd do domu przychodzą pocztą na każdą okazję i bez okazji programy meczowe, koszulki, szaliki, proporczyki i wszelkie możliwe gadżety związane z Hull. Dave i Phil od tego czasu byli w Polsce na meczach Podbeskidzia we Wrocławiu ze Śląskiem i w Bielsku-Białej z Ruchem Chorzów. Poznali całą rodzinę. Ja byłem u nich na meczu Hull City z Crystal Palace, dzięki czemu wiem, że to, co pisałem w 2008 roku o tym mieście było kompletną nieprawdą. Dla kogoś, kto uwielbia budynki z czerwonej cegły, Hull jest przepięknym miastem. Ja uwielbiam. Nie ma żadnych rafinerii, gęstszy dym unosi się nad polskimi miastami, a opinia o samym Hull bardzo zmieniła się także w Anglii. W 2017 roku Hull nie jest już najgorszym miastem w kraju. Jest za to angielską stolicą kultury. Hull okazało się też całkiem niezłą drużyną. Choć ciągle przeżywa turbulencje, choć było na skraju bankructwa, choć egipski właściciel chciał zmieniać nazwę, choć nadal jest chłopcem do bicia w Premier League, już trzy razy wchodziło do najwyższej ligi. Miało też sukcesy w innych rozgrywkach. Na półfinał Pucharu Anglii, Dave i Phil ściągnęli mnie na Wembley.

hull

Przegrany finał z Arsenalem, dał pierwszy w historii awans do europejskich pucharów. Hull mogło trafić na rywala od zachodu Portugalii, po wschód Kazachstanu. Wylosowało jednak oczywiście słowacki FK AS Trenczyn, który grał na stadionie w Żylinie, półtorej godziny od Bielska-Białej. Na meczu byliśmy już całą polsko-angielską grupą.

 Do dopełnienia całej polsko-angielskiej historii integracji, brakowało tylko polskiego zawodnika. Wiele lat temu, bliski transferu do Hull był Marcin Wasilewski. Jednak kilka dni po tym, gdy rozpoczęły się rozmowy, Axel Witsel złamał Polakowi nogę i wykluczył go z gry na dwa lata. Teraz wreszcie się udało. Dlatego mam do Kamila Grosickiego uprzejmą prośbę: nie zawiedź. Dzień po transferze, Dave już zaopatrzył się w stosowną koszulkę.

dave

Trener, który wie, że garnitury warto nosić

Jest Marco Silva drugim najmłodszym trenerem w Premier League, ledwie o kilka miesięcy ustępując Eddiemu Howe’owi z Bournemouth, ale jednego 39-letni menedżer Hull City zdążył się już w zawodowym życiu nauczyć: zawsze trzeba zakładać na mecz klubowy garnitur.

Cztery dni po sukcesie

 W grudniu 2014 roku jego Sporting ograł w Pucharze Portugalii FC Viselę, co było jednym z krokiem na drodze do finału rozgrywek. Lizbończycy, wygłodniale czekający od siedmiu lat na jakiekolwiek trofeum, na pięć minut przed końcem decydującego meczu, przegrywali z Bragą 0:2. I grali w dziesiątkę. Zdołali jednak jakimś cudem wyszarpać remis, przetrwać dogrywkę i wygrać rzuty karne. Sporting wprawdzie przegrał w całym sezonie tylko dwa mecze (mniej niż Benfica, która została mistrzem), ale ukończył sezon ligowy dopiero na trzecim miejscu. Puchar Portugalii, po latach oczekiwania, był jednak niewątpliwym sukcesem. Zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach. Cztery dni po finale, Silva został zwolniony.

Absurdalne zwolnienie

 Ekscentryczny prezydent Bruno de Carvalho mocno się natrudził, by uargumentować karkołomną decyzję o wyrzuceniu trenera tuż po zdobyciu trofeum, ale najbardziej absurdalnym, z całej listy powodów, było złamanie przez Silvę zapisów kontraktu, poprzez paradowanie bez klubowego garnituru w trakcie meczu z Viselą (sześć miesięcy wcześniej!). De Carvalho chciał w ten sposób zrobić miejsce dla Jorgego Jesusa, który krótko przedtem odszedł z Benfiki. Lokalny rywal zaproponował mu sześciokrotnie wyższą pensję niż tę, z którą pracował Silva. Do młodego trenera zgłosiły się Benfica i Porto. Sporting zadbał jednak o to, by przy rozwiązaniu umowy ze szkoleniowcem umieścić punkt, wedle którego objęcie przez Silvę innego portugalskiego klubu w okresie kilku miesięcy, skutkowałoby koniecznością płacenia Sportingowi. Świetnie zapowiadająca się kariera młodego trenera w ojczyźnie, musiała zostać zahamowana.

Szaleństwa Estorilu Praia

 Ledwie rok wcześniej, Silva był w Lizbonie witany jako zbawca. W tym mieście się urodził i zebrał szlify w tamtejszym Belenenses, ale na Sporting i Benfikę zabrakło mu piłkarskiego talentu. W zawodowej karierze rozegrał tylko dwa mecze w portugalskiej ekstraklasie, większość czasu spędziwszy w II lidze. W 2009 roku, gdy już zbliżał się do końca kariery, II-ligowy, zapyziały, Estoril Praia, którego był kapitanem, był zagrożony spadkiem i upadkiem, a zawodnicy myśleli o opuszczeniu klubu, z powodu zaległości finansowych. Silva miał ich przekonać, by jeszcze powalczyli, bo wiedział, że negocjacje z brazylijską agencją Traffic Sports były w zaawansowanej fazie. Sam w nich uczestniczył, dbając, by potencjalni inwestorzy czuli się jak najlepiej i ostatecznie pomógł w osiągnięciu celu. W nagrodę, tuż po zakończeniu gry w piłkę, został dyrektorem sportowym tego klubu. Estorilowi, mimo lepszej sytuacji finansowej, na boisku nie wiodło się jednak dobrze i znów był zagrożony spadkiem. Dlatego nie mający żadnego doświadczenia Silva, sam wskoczył na ławkę trenerską. Niespodziewanie, z 24 meczów pod jego wodzą, drużyna przegrała tylko trzy i dźwignęła się ze strefy spadkowej, do premiowanej awansem. Estoril wrócił do ekstraklasy po siedmiu latach, ale bajka dopiero się zaczynała. W pierwszym sezonie, mimo jednego z najniższych budżetów w stawce, zajął piąte miejsce i po raz pierwszy w historii zakwalifikował się do europejskich pucharów. W lecie stracił na rzecz wielkiej trójki czterech zawodników. Wbrew temu, w kolejnym sezonie jeszcze poprawił wynik, kończąc rozgrywki na czwartym miejscu, wyrównując najlepszy wynik w historii klubu, z 1948 roku. Wyniki Estorilu i odważny styl gry sprawiły, że w Portugalii obwieszczono narodziny nowej trenerskiej gwiazdy. Sporting, który kończył rozgrywki za Estorilem i regularnie tracił z nim punkty, dał Silvie czteroletni kontrakt, zanim po obiecującym pierwszym roku zwolnił go z powodu nieprzestrzegania dress-code’u.

Greckie rekordy

 Nie mogąc w praktyce pracować w ojczyźnie, Silva ruszył do Grecji, gdzie dostał do rąk Olympiacos Pireus. Jako trener wyciskający z kiepskich zawodników maksimum możliwości sprawdził się w Praii bardzo dobrze, a w Grecji udowodnił, że potrafi też dominować nad rywalami atakiem pozycyjnym. W lidze greckiej wygrał 28 z 30 meczów, sezon ukończył trzydzieści punktów przed drugim Panathinaikosem, zwyciężył we wszystkich spotkaniach u siebie, a pracę zaczął od siedemnastu ligowych wygranych z rzędu, co było rekordem nie tylko klubu, ale i całej Europy w XXI wieku. Olympiacos dał mu też okazję debiutu w Lidze Mistrzów, w której ograł w Londynie Arsenal, jako pierwszy grecki klub na angielskiej ziemi od pół wieku. Po spektakularnym sezonie, Silva zrezygnował z pracy z powodów osobistych.

Raz na sto lat

 Od tego momentu, czyli od lipca 2016, łączono go już z kilkoma niezłymi klubami. Miał być trenerem Wolverhampton czy Interu Mediolan, a o odpowiedni rozgłos dbał opiekujący się jego interesami wszechpotężny agent Jorge Mendes. Przed dwoma tygodniami objął Hull City, co ze strony „Tygrysów” jest ruchem wręcz szokującym. Hull było od lat jednym z nielicznych klubów, które bezgranicznie ufały coraz bardziej skompromitowanej brytyjskiej myśli szkoleniowej. W ciągu ponad stu lat istnienia, klub miał ledwie jednego trenera spoza Wysp, Duńczyka Jana Molby’ego, który piętnaście lat temu wytrwał w Hull siedemnaście meczów. „Tygrysy” największe sukcesy w historii osiągały pod wodzą Anglików Phila Browna i Steve’a Bruce’a, rękami i nogami broniły się przed zalewem zagranicznych szkoleniowców. I mimo wszystko źle na tym kończyły, bo klub mógł tylko podziwiać, jak zagraniczni, głównie kontynentalni fachowcy, w typie Claudio Ranieriego, Roberta Martineza, Quique Sancheza Floresa i innych, podnosili kluby, które jeszcze niedawno plątały się w tych samych, co „Tygrysy”, rejonach tabeli. Niespodziewanie Hull zerwało z tradycją, co spotkało się z krytyką Paula Mersona, narzekającego, że „kluby biorą bezmyślnie obcokrajowców bez sukcesów, zamiast spojrzeć na angielskich trenerów” (skąd my to znamy). Ale krytyką Paula Mersona niekoniecznie warto się przejmować.

Portugalska władza

 Zatrudnienie młodego, a już mającego sukcesy, trenera, który słynie z wykorzystywania w pracy zdobyczy naukowych, dawania szans skreślonym gdzie indziej zawodnikom, to dla Hull wielka szansa, by zerwać z odwieczną bylejakością. Zwłaszcza, że Silva dostał sporą władzę. Choć podpisał kontrakt tylko na pół roku, z miejsca pozwolono mu na wymienienie całego sztabu, nie wyłączając trenera bramkarzy. Wszystkie stanowiska obsadził fachowcami z Portugalii, co raczej klubowi nie zaszkodzi. Zadanie ma skrajnie trudne, bo do dyspozycji na pierwszych treningach miał tylko czternastu graczy z pola. Klub, znajdujący się w stanie permanentnej wojny właścicieli z kibicami, w lecie niemal nie kupował zawodników i generalnie stroni od transferów, przez co w debiucie przeciwko Swansea, na środku obrony Silva musiał wystawić dwóch stoperów, a na kolejny mecz z Manchesterem United miał do dyspozycji tylko piętnastu graczy. Ale Swansea ograł, a w sobotę, w swoim pierwszym meczu w Premier League, wygrał też z Bournemouth. Dla Hull było to pierwsze ligowe zwycięstwo od dziesięciu spotkań. Po raz pierwszy od sierpnia zdarzyło się też, by „Tygrysy” wygrały dwa z trzech kolejnych meczów.

Ratunek znów z Brazylii

Hull nadal ma mało punktów, zawodników i pieniędzy. Musi rywalizować w jednej z najbardziej wymagających lig świata. Zadanie utrzymania w lidze jest z gatunku niemożliwych. Dlatego wzięcie Silvy wydaje się strzałem w dziesiątkę. O Mike’u Phelanie, jego poprzedniku, było wiadomo, że prochu już nigdy nie wymyśli. O Silvie jeszcze tego nie wiadomo. Portugalczyk, gdzie tylko pracował, osiągał dobre wyniki, a w Estorilu Praia udowodnił, że wie, jak wychodzić z sytuacji beznadziejnych. Jego pierwszym krokiem do wyprowadzenia Hull z kryzysu, było odkupienie z Porto Brazylijczyka Evandro. Tego, którego Porto trzy lata wcześniej zabrało mu z Estorilu. Tak, jak w 2009 roku, ratunek ma nadejść z Brazylii.

Vlog. Z nogą w głowie na Wembley!

Coponiedziałkowy vlog tym razem nie o Bundeslidze, ale okazja jest szczególna. Jestem świeżo po powrocie z Wembley, gdzie Hull City po raz pierwszy w historii awansowało do finału Pucharu Anglii i zarazem do europejskich pucharów po szalonym meczu z Sheffield United (5:3). Zobaczcie, jak świętowali fani Tygrysów. Szerszy tekst o pięknej wędrówce Hull będziecie mogli znaleźć w miesięczniku o lidze angielskiej „Mecz” (choć jeszcze nie w najbliższym numerze). Póki co, polecam gadane wrażenia.

A w coponiedziałkowym felietonie dla SportSlaski.pl piszę o najbardziej fałszywych napastnikach w lidze. Tych z Podbeskidzia.

Cwany lis w piekle

„Jurij Szatałow”. Tym mianem określa się w Polsce sytuację, w której trener sam, z własnej woli, w trakcie sezonu opuszcza jedną drużynę, dla innej z tej samej ligi. Tak jak Szatałow wystawił Polonię Bytom, dla Cracovii, tak jak Cracovię miał ponoć wystawić dla Zagłębia Lubin, tak teraz uczynił Nigel Pearson z Hull City. A – sami wiecie – skoro uczynił tak „Tygrysom”, to ta zniewaga krwi wymaga.

Hull po słabym początku, którego część na własne oczy widziałem, nagle stwierdziło, że właściwie to mogłoby awansować z powrotem do Premier League. Skoro nie było przeciwwskazań, to zaczęło wygrywać. Dziewięć meczów bez porażki wywindowało „Tygrysy” do strefy barażowej. Później przyszły dwie porażki z rzędu i… nagle Pearson zdecydował się przyjąć ofertę, plasującego się siedem pozycji niżej Leicester City. „Lisy” bardzo chciały w tym roku wrócić do najwyższej ligi. Popełniły jednak błąd, powierzając tę misję Svenowi-Goranowi Erikssonowi. A ten, od momentu, kiedy przestał trenować reprezentację Anglii, czego się nie dotknie, to zepsuje. Pearson trenował Leicester przed przyjściem do Hull i jest tam dobrze wspominany. Zgoda, ale to jednak nie wspomnienia zainspirowały go do powrotu. Chodziło raczej o milion funtów rocznie plus dodatkowy milion premii za awans do Premier League.

To wystarczyło, by w trakcie sezonu, drużynie, która jest w gazie powiedzieć „why? for money”.

Jego następcą w Hull został Nick Barmby, który na razie ma być tylko pełniącym obowiązki pierwszego trenera, ale kierownictwo klubu daje do zrozumienia, że jeśli pójdzie mu dobrze, to pozwoli pracować z drużyną dłużej. To dla 37-latka pierwsza praca jako szkoleniowca. Gdyby dał sobie radę, jeszcze umocni pozycję jako legendy Hull. W tym klubie grał od 2004 roku i dał mu największe sukcesy w historii, z awansem i utrzymaniem w Premier League na czele. To też koniec kariery piłkarza, którego koniec kariery jeszcze kilkanaście lat temu wyobrażaliśmy sobie jako wielkie i niezwykle smutne wydarzenie. To jego Pele nazywał zawodnikiem, który w przyszłości będzie najlepszy na świecie. Nigdy nie był. Nie był nawet najlepszy w Anglii, czy choć w Liverpoolu. Ale za to, że był najlepszy w Hull, wszyscy w tym mieście są mu wdzięczni i otaczają go nabożnym szacunkiem.

Teraz może budować legendę jako trenera. Pierwszy krok ku temu już uczynił, wygrywając w debiucie 2-0 na wyjeździe z Derby County. „Tygrysy” są na szóstym miejscu, a więc dającym szansę na grę w barażach. Do drugiego West Hamu tracą siedem punktów i mają rozegrany mecz mniej. Tymczasem Pearson debiutuje dziś w Leicester, meczem z Crystal Palace. Nie muszę chyba mówić, czego mu w tym spotkaniu życzę. I nie muszę chyba mówić, co czeka angielskiego Szatałowa 3 grudnia, kiedy ze swoim nowym klubem przyjedzie na KC Stadium. Myślę, że już może się szykować na piekło.

Ja wam mówię: jest dobrze, ale nie najgorzej jest

Kończąc korespondencję z Hull, zajmę się – nareszcie – tym, co najważniejsze, czyli piłką nożną. To, co zobaczyłem, nie napawało optymizmem, ale wszyscy wierzą, że „Tygrysy” będą znów rozszarpywać rywali w Premier League i to już w najbliższej przyszłości.

Na razie zawodnicy Nigela Pearsona nie potrafią – tak samo jak w zeszłym sezonie – wygrywać na swoim boisku. Dotychczas przegrali wszystkie trzy mecze na KC Stadium – z Macclesfield w Pucharze Ligi, z Blackpool i Crystal Palace w lidze. To sprawia, że początek rozgrywek można uznać za fatalny. W klubie wprowadza się jednak plan oszczędnościowy, w ramach którego pozbywa się zawodników, którzy obciążali klubowy budżet. W czasie, gdy ja gościłem na Wyspach, najgłośniejszym tematem było rozstanie z błyskotliwym, acz chimerycznym pomocnikiem Jimmy’m Bullardem.

Kto jest następcą Geovanniego, Myhilla, Windassa czy Turnera? Muszę przyznać, że ja ich za wielu nie widzę. Styl gry Hull to na razie staroangielskie „Kick and rush”, a te długie piłki kompletnie nic nie dawały. Dlatego spodobał mi się tylko jeden, niezwykle błyskotliwy prawy obrońca, Liam Rosenior, który już w poprzednim sezonie był ponoć jednym z jaśniejszych punktów Hull.

Co jednak ważne, nie ma już zagrożenia, że klub – podobnie jak wcześniej m.in. Charlton, Southampton czy Leeds – nie wytrzyma finansowo i spadnie do niższej ligi. „Tygrysy” były o krok od bankructwa w zeszłym sezonie, ale uratował ich Assam Allam, egipski multimilioner, ale jednak swojski, bo od lat szczęnięcych mieszka w Hull i tam zarobił swoją fortunę. Chciał się więc odwdzięczyć miejscowej społeczności. To oczywiście tylko ładna i chwytliwa mowa trawa, bo każdy chciałby też jakiś przychód mieć, a ten – jak wiadomo – jest możliwy przede wszystkim w Premier League. Dlatego po naprawieniu sytuacji finansowej, klub ma się bić o awans. I w tym nadzieja.

Na razie wygląda na to, że bardziej martwić się trzeba utrzymaniem. Philip zapewnił mnie, że spadku nie będzie. Dodał też, że nie wierzy w awans w tym sezonie, ale nie wyklucza wejścia do baraży. Jeśliby tak się stało, na Wembley po prostu muszę być!

Angielski dziennikarz to ma ciężkie życie

Jak już wam wspominałem, przed meczem Hull – Crystal Palace, po raz pierwszy za granicą figurowałem jako dziennikarz. Mogłem się przejść po centrum prasowym, ale co najważniejsze, porozmawiać z rzecznikiem prasowym i samymi miejscowymi dziennikarzami, jak to u nich wygląda. I wierzcie mi – ciężko mają. Zwyczaje są zdecydowanie inne niż w Polsce. Obyśmy nie czerpali od nich bezkrytycznie…

 Dziennikarz nie ma praktycznie dostępu do zawodnika. Nie dzieje się tak tylko w Chelsea Londyn czy Manchesterze United. W Hull jest tak samo. Nie ma wstępu na treningi. Po meczu mogą porozmawiać z jednym, wyznaczonym do tego przez klub (!) piłkarzem. Jeśli natomiast chciałoby się zrobić wywiad – tu zaczyna się cała procedura. U nas ta procedura wygląda tak – wyszukujesz numer telefonu, dzwonisz, pytasz czy zechciałby, jeśli zechciałby to spotykasz się, rozmawiasz i publikujesz. A tam…

 Na początek trzeba wysłać wiadomość do klubu, z prośbą o wywiad z danym zawodnikiem. Jeśli klub przychyli się do twojej prośby – pyta o zgodę trenera. Jeśli ten również odpowie twierdząco – wtedy decyduje zawodnik. – Czy przed publikacją klub też jeszcze sprawdza, co zawodnik powiedział? – pytam zszokowany. – Nie – odpowiada mi rzecznik prasowy – bo wiemy, że jak będzie coś niepochlebnego, to drugi raz wywiadu dany dziennik nie zrobi.

 Brrr. Straszne. Rozumiem punkt widzenia klubu. To są pieniądze, globalne marki, budowane przez speców od lat. A tymczasem wkurzony zawodnik może nagadać na trenera i kolegów, skrytykować kibiców, dziennikarz opublikuje i już w świat idzie smród. A tak – piszą dobrze, albo wcale. Tyle, że to fatalne, bo jak coś jest złe, to trzeba pisać, że jest złe, a nie, „nie najlepsze z możliwych, ale i tak dobre”.


 Skąd więc biorą się informacje? Są konferencje prasowe pomeczowe i dwa dni przed meczem. Trzeba je wyciskać, jak cytrynę, do końca. To, że u nas często konferencja jest odbębniana, bo i tak każdy chce mieć materiał na wyłączność, tam by nie przeszło. – Musimy również śledzić Twittera i Facebooka. Piłkarze piszą tam czasem ciekawe spostrzeżenia – mówi jeden z dziennikarzy.

 Nie wątpię, że mają swoje źródła, o których na głos nie mówią, ale klub zdecydowanie bardziej rygorystycznie pilnuje kontaktów z mediami, niż u nas. Na niektórych stadionach ekstraklasy, po meczu nadal da się wchodzić na murawę, by na gorąco porozmawiać z piłkarzami. Tam by nas chyba Scotland Yard powystrzelał…

 PS I na koniec trochę liczb. O Hull City pisze około 30 dziennikarzy. W Premier League było ich w granicach 80. Wśród nich, po spadku do Championship, jest tylko jeden dziennikarz z gazety ogólnokrajowej. To pokazuje, o ile mniejszy rozgłos jest w II lidze.



Hull – Crystal Palace. To, czego nie widać w kamerze

Co można robić w przerwie meczu? Można rozmawiać, jeśli się ma z kim. Można kupić nasiona słonecznika. Można posłuchać hitów z głośników. W najlepszym wypadku można też zobaczyć cheerleaderki, choć to na stadionie pomysł chybiony. No bo co? Z każdego miejsca trybun do nich daleko, pląsają coś tam, skaczą, zbiegają i tyle je widziano. W sportach halowych to może jest jakaś droga – w piłce nożnej żadna.

 Można też wziąć przykład z Hull City i zrobić naprawdę ciekawy konkurs, korzystny dla wszystkich. W przerwie meczu z Crystal Palace, żeby nikt się nie nudził, zorganizowano zmagania dla kibiców. A odbywa się to tak – na kilka dni przed meczem, na Facebooku, zgłaszają się chętni do wzięcia udziału w konkursie kibice obu drużyn. Spośród nich są losowani dwaj zwycięzcy – po jednym z każdej drużyny. W przerwie schodzą na murawę i ustawiają się na linii środkowej. Cały stadion odlicza na głos sekundy. Obaj startują sprintem do ustawionych w połowie drogi do pola karnego naturalnej wielkości podobizn Deana Windassa (legenda Hull, strzelec gola dającego awans do Premier League). Uczestnicy trzykrotnie okrążają Deana i wbiegają w pole karne. A tam…

 Na linii 16 metrów ustawiona złota piłka. Na linii 11 metrów ustawiona biała piłka. W bramce stoi Roary The Tiger – klubowa maskotka. Kto pierwszy wpadnie w pole karne, może wybrać, którą piłką chce strzelać. Jeśli trafi z 16 metrów, od firmy Cashconverters, sponsora klubu, dostanie 100 funtów. Jeśli trafi z karnego – 50 funtów. Gdy jego strzał zostanie obroniony przez tygrysa – nie dostaje nic. Konkurencja jest efektowna, zajmuje kibiców, którzy wspierają swoich przedstawicieli. Na meczu, na którym ja byłem, 100 funtów wygrał kibic Crystal Palace, 50 zgarnął fan Hull, ale wszyscy byli zadowoleni. Chętnie ujrzałbym w Bielsku kibiców Podbeskidzia i np. Legii obiegających Grzegorza Więzika i strzelających jakiemuś góralowi…

 Inne rzeczy okołopiłkarskie, na które zwróciłem uwagę? Trudno było nie zachwycić się pokojem, w którym spałem. Philip i David – moi gospodarze – to fanatycy. Umieścili mnie w pomieszczeniu, w którym jedyne przedmioty niezwiązane z Hull City to komputer i… szalik Podbeskidzia. Poza tym – poduszki, tapeta na ścianach, zasłony, obrazy, dywan, koce, lampki, zegary, figurki, ołówki, książki były ozdabiane klubowymi logami. Przy takich kibicach, ten zespół nigdy nie zbankrutuje. Do tego była też duża maskotka tygrysa i regał pełen książek piłkarskich. Raj na ziemi.

 W ogóle, ludzi, noszących klubowe gadżety, jest w całym mieście mnóstwo. Może dlatego, że to jedyna drużyna piłkarska w Hull – innych nie ma nawet w amatorskich ligach! Trzeba jednak oddać, że w koszulkach innych klubów też można chodzić. Widziałem Liverpool, Manchester United, ale też znienawidzone Leeds United, czy kibiców Crystal Palace chóralnie śpiewających w tłumie rozczarowanych fanów Hull. Zawsze mnie to zachwyca, gdy wyjeżdżam za granicę…

 A przecież wcale nie jest tak, że Hull ma samych przyjaciół. Kibice, wspomnianego Leeds, nie cierpią. Podobnie jak pobliskich Grymsby Town, Scunthorpe United i innych mniejszych klubów. Jedyna sympatia, jaką moi gospodarze żywili, spotkała klub Berwick z miasta Berwick upon Tweed. To ośrodek obecnie angielski (choć w historii żonglowała nim Anglia i Szkocja, stąd aż 14 razy znajdował się to w jednym, to w drugim kraju. Co ciekawe, poprzez zapomnienie podobne do tego ze stadionem im. Adolfa Hitlera w Zabrzu, miasto było w stanie wojny z Rosją przez ponad 100 lat od 1860 roku!), ale klub gra w IV lidze szkockiej. Jego barwy są czarno-bursztynowe, a więc dokładnie takie jak Hull. Jego największym sukcesem w historii było pokonanie Glasgow Rangers w krajowym pucharze. Podobno niebieskie szaliki fanów Rangersów jeszcze długo pływały w rzece Tweed…

 PS – Pomysły dla naszych działaczy? Oprócz sponsora meczu, co i u nas już zaczyna się spotykać, są też sponsorzy konkretnych zawodników, których loga widnieją obok ich nazwisk. Drugi pomysł – troje dzieci w czasie każdego meczu nosi tytuł „Maskotki dnia”. Dzięki temu mogą biegać sobie po murawie, spiker zadaje im pytania, witają się z Roary’m the Tigerem i są przedstawiani w meczowych programach. Te ostatnie, nie są jak u nas, na 3-5 stron, ale niemal opasłymi tomiskami, które czyta się nierzadko już dobrze po meczu.



Z wizytą na zagranicznych stadionach: KC Stadium

Nawet sobie nie wyobrażacie jak przygnębiający to widok, gdy angielski klub II-ligowy… nie gra przy pełnych trybunach. Na nowiutkim, 25-tysięcznym stadionie, jest „tylko” 18 tysięcy widzów. Będąc na KC Stadium w Hull, w duszy płakałem nad naszymi I-ligowymi obiektami – wszystkimi Stroszkami, Ząbkami, Kolejarzami, które w swoje przedpotowe progi przyjmują w porywach 3 tysiące osób.

Kingston Community Stadium wybudowano początkiem XXI wieku w ekspresowym tempie 15 miesięcy. Co więcej, jego pojemność można stosunkowo łatwo zwiększyć do 40 tysięcy. Jak widać na załączonych obrazkach, obiekt w Hull z jednej strony jest zdecydowanie niższy niż z drugiej. Filary są jednak przygotowane do przyjęcia zdecydowanie większych obciążeń, więc bez wielkiego wysiłku można „dołożyć” drugą warstwę trybun. I jeśli Hull City będzie się rozrastać, KC Stadium będzie się rozrastać razem z nim.

Z obiektu położonego w zachodniej części miasta, korzystają jeszcze rugbyści Hull FC, klubu grającego w najwyższej angielskiej lidze. Zresztą, w tym sporcie Hull stoi zdecydowanie wyżej niż w piłce, bo w ekstraklasie grają jeszcze rugbyści Hull Kingston Rovers. Oni jednak grają na mniejszym stadionie po drugiej stronie miasta. Na meczach Hull FC jest zwykle około 7-8 tysięcy widzów.

Nie trzeba chyba dodawać, że widoczność z każdego miejsca na KC Stadium jest znakomita. Wejście na niego nie wymaga takich gadżetów jak karta kibica, PESEL i osobiste kupno biletu.

Muszę się pochwalić, że KC Stadium to drugi zagraniczny stadion, który miałem okazję zwiedzić od podszewki. Na barcelońskiej Cornella El Prat byłem jednak turystą. Tu – dzięki moim gospodarzom – byłem oprowadzany jako dziennikarz przez rzecznika prasowego. Po tych dokładnych oględzinach, łącznie z przejściem przez tunel dla piłkarzy i obejrzeniem luksusowych – że tak zażartuję – „ławek” rezerwowych, jedyne do czego mogę się przyczepić, to fakt, że wiele korytarzy świeci po prostu gołym betonem.

KC jest jednak imponujące. Lożę prasową usytuowano pod samym dachem, tak więc widok jest znakomity nie tylko na murawę, ale też na miasto, w tym okoliczne… wiatraki. Tych ma się wkrótce pojawić tak wiele, że będzie ich najwięcej w jednym miejscu w Europie. W czasie nudnych meczów widok ze stadionu będzie więc jeszcze lepszy. O ile nie zdecydują się go podwyższyć…

Wiatraków nie udało się złapać, ale widok na miasto jest lepszy niż na zdjęciu…

Hull jak Pas de Calais

Typowa dla Hull uliczka. Najgorsza w Anglii? Aż takim rajem Wielka Brytania nie jest.

We francuskim filmie „Jeszcze dalej niż północ”, główny bohater zostaje zesłany z południa kraju do regionu Pas de Calais na północy. Wszyscy mu współczują, przestrzegają go, policjanci, dowiedziawszy się dokąd jedzie, wykazują się wyrozumiałością. Podobnie mają się sprawy z moją wizytą w angielskim Kingston upon Hull.

 Pamiętacie, że to miasto jest uznawane za najgorsze do życia w Anglii? Że jedyna atrakcje w nim to fabryka czekolady i Hull City, które przez dwa sezony grało w Premier League? W przeciwieństwie do bohatera wspomnianego filmu, ja czułem się jednak radośnie, jadąc do Hull. Choć spodziewałem się najgorszego…

 Z tysiąca małych drużyn z całej Europy, które już w czasie istnienia tego blogu opisałem, Hull jest pierwszą, którą widziałem na żywo. Stało się to w sierpniu 2009 roku w wyjazdowym meczu z Chelsea Londyn. Od teraz jest też pierwszą, którą podziwiałem w meczu na własnym stadionie. A było to tak.

 W marcu tego roku do Polski przyjechali dwaj piłkarscy turyści – Philip i David. Odwiedzili stadiony GKS-u Katowice, Lecha Poznań, Wisły Kraków, Cracovii, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski i… Podbeskidzia Bielsko-Biała, w czasie meczu z Białą Gwiazdą (2-2). Przed spotkaniem otrzymałem informację, że na stadionie będą kibice Hull City, z którym od trzech lat sympatyzuję. Spotkało mnie niesamowite szczęście. Mogli przecież przyjechać fani Southend United, Queens Park Rangers czy Darlington Town. Przyjechali akurat z Hull. Zszokowałem ich, paradując w koszulce Hull City. Porozmawialiśmy, zrobiłem z nimi materiał i wróciłem.

 A jednak odnaleźli mnie, podziękowali za poświęcenie im miejsca w mediach i utrzymaliśmy kontakt. W czerwcu przysłali mi paczkę z gadżetami Hull. Już wtedy zaprosili na wybrany mecz nowego sezonu. W minioną sobotę oglądałem „Tygrysy” w akcji na KC Stadium przeciwko Crystal Palace (0-1).

 Spędziłem świetny weekend, godzinami rozmawiając o piłce. Panowie David i Philip są bardzo dobrze zorientowani w polskim futbolu. Podczas pobytu w naszym kraju, największe wrażenie zrobiła na nich jednak… atmosfera na stadionie Podbeskidzia. Tak, to nie żart. – Niby mało ludzi, ale było tak głośno, że stworzyli rywalom prawdziwe piekło – mówili. Przyznam, że mogą mieć trochę wypaczony obraz rzeczywistości, bo byli w Bielsku akurat na najlepszym meczu w historii, ale z błędu ich nie wyprowadzałem :-)

Moje wrażenia po powrocie są takie, jak na końcu filmu „Jeszcze dalej niż północ”. Hull to ładne, zadbane, portowe miasto, z budynkami z cegły, które uwielbiam. Ciche i bardzo spokojne – jak na 250 tysięczny ośrodek. – Życie toczy się wolniej, dlatego trzeba mieć specyficzny charakter żeby tu mieszkać. Młodzi czasem narzekają, że nie ma tu nic do roboty. Ale nam za całą adrenalinę wystarcza wizyta na KC Stadium – mówili moi gospodarze. Miasto ładne, zielone, ludzie niezwykle uczynni, z  tradycyjną angielską gościnnością. Zobaczyłem i dementuję – Hull to całkiem przyjemne miejsce do życia. Znam około pięciu tuzinów gorszych w Polsce.

 W najbliższych dniach możecie się spodziewać serii korespondencji stamtąd.



Tygrysów wóz albo przewóz

 

Czy mając na półmetku czwarte miejsce od końca można marzyć o awansie do wyższej ligi? Można, jeśli gra się w angielskiej drugiej lidze, która słusznie jest uznawana za najbardziej wyczerpującą na świecie. Mimo to zszokowała mnie wypowiedź Roberta Korena, zawodnika Hull City, który powiedział, że wciąż wierzy w powrót do Premier League.
O Tygrysach dawno żadnego tekstu nie popełniłem, ale to nie oznacza, że wraz ze spadkiem kompletnie o nich zapomniałem. Podejrzewam, że przez sentyment, nawet gdyby grali na siedemnastym poziomie rozgrywkowym w Anglii (a co, myślicie, że takiego nie mają?) i tak śledziłbym co u nich słychać. Na razie słychać bardzo źle. Wszyscy wiemy, jak ciężko jest po spadku z jakiejkolwiek ligi po sezonie znów awansować. Wypadać z Premier League jest jeszcze trudniej, co udowodniły w ostatnich latach Leeds United, Charlton Athletic, czy Southampton. Wchodząc do Eldorado podpisuje się wysokie kontrakty z zawodnikami. Po degradacji kontrakty wcale nie są rozwiązane, a pieniądze w II lidze już nie te. Przez rok spadkowiczów wspiera jeszcze specjalny fundusz, który pozwala przetrwać. Dlatego zazwyczaj albo wraca się do Premier League od razu, jak Newcastle, czy West Brom, albo nie wraca się nigdy.
Dlatego dla Hull ten sezon jest tak bardzo ważny. Na razie  stawce przewodzą Queens Park Rangers, Cardiff i Swansea, a Tygrysy zajmują dopiero 19 miejsce. Pod tym kątem przywołane na początku słowa Słoweńca mogą się wydawać cokolwiek zbyt optymistyczne. Z drugiej jednak strony, do strefy play-off, a więc do szóstego miejsca, zawodnicy Nigela Pearsona tracą ledwie 10 punktów i rozegrali jeden mecz mniej niż szóste Norwich. Taka strata, przy 26 meczów do zagrania to nic, to jak splunięcie. Problem w tym, że podobnie uważa około 15 drużyn…
Jeśli więc Hull ma w najbliższym czasie wrócić do Premiership, musi zacząć sumiennie gromadzić punkty już teraz. Okres świąteczno-noworoczny to w Anglii czas na dokonywanie rzeczy wielkich. Gdy zobaczę, że Tygrysy teraz ruszą i będą rozszarpywać kolejne ofiary, znów rozpali mnie ten ogień, który czułem, gdy w niesamowity sposób po raz pierwszy wchodzili do ekstraklasy i tam rozstawiali wszystkich po kątach. Może bodźcem do zmiany będzie wejście do klubu swojskich, choć egipskich inwestorów. Można być właściwie pewnym, że jeśli teraz nie będzie awansu, to niebawem będzie… spadek, a ja będę uznawany za snoba, który zarzeka się, że kibicuje zespołowi z siedemnastego poziomu rozgrywkowego w Anglii.

Czy mając na półmetku czwarte miejsce od końca można marzyć o awansie do wyższej ligi? Można, jeśli gra się w angielskiej drugiej lidze, która słusznie jest uznawana za najbardziej wyczerpującą na świecie. Mimo to zszokowała mnie wypowiedź Roberta Korena, zawodnika Hull City, który powiedział, że wciąż wierzy w powrót do Premier League.

O Tygrysach dawno żadnego tekstu nie popełniłem, ale to nie oznacza, że wraz ze spadkiem kompletnie o nich zapomniałem. Podejrzewam, że przez sentyment, nawet gdyby grali na siedemnastym poziomie rozgrywkowym w Anglii (a co, myślicie, że takiego nie mają?) i tak śledziłbym co u nich słychać. Na razie słychać bardzo źle. Wszyscy wiemy, jak ciężko jest po spadku z jakiejkolwiek ligi po sezonie znów awansować. Wypadać z Premier League jest jeszcze trudniej, co udowodniły w ostatnich latach Leeds United, Charlton Athletic, czy Southampton. Wchodząc do El Dorado podpisuje się wysokie kontrakty z zawodnikami. Po degradacji kontrakty wcale nie są rozwiązane, a pieniądze w II lidze już nie te. Przez rok spadkowiczów wspiera jeszcze specjalny fundusz, który pozwala przetrwać. Dlatego zazwyczaj albo wraca się do Premier League od razu, jak Newcastle, czy West Brom, albo nie wraca się nigdy.

Dlatego dla Hull ten sezon jest tak bardzo ważny. Na razie  stawce przewodzą Queens Park Rangers, Cardiff i Swansea, a Tygrysy zajmują dopiero 19 miejsce. Pod tym kątem przywołane na początku słowa Słoweńca mogą się wydawać cokolwiek zbyt optymistyczne. Z drugiej jednak strony, do strefy play-off, a więc do szóstego miejsca, zawodnicy Nigela Pearsona tracą ledwie 10 punktów i rozegrali jeden mecz mniej niż szóste Norwich. Taka strata, przy 26 meczach do zagrania to nic, to jak splunięcie. Problem w tym, że podobnie uważa około 15 drużyn…

Jeśli więc Hull ma w najbliższym czasie wrócić do Premiership, musi zacząć sumiennie gromadzić punkty już teraz. Okres świąteczno-noworoczny to w Anglii czas na dokonywanie rzeczy wielkich. Gdy zobaczę, że Tygrysy teraz ruszą i będą rozszarpywać kolejne ofiary, znów rozpali mnie ten ogień, który czułem, gdy w niesamowity sposób po raz pierwszy wchodzili do ekstraklasy i tam rozstawiali wszystkich po kątach. Może bodźcem do zmiany będzie wejście do klubu swojskich, choć egipskich inwestorów. Można być właściwie pewnym, że jeśli teraz nie będzie awansu, to niebawem będzie… spadek, a ja będę uznawany za snoba, który zarzeka się, że kibicuje zespołowi z siedemnastego poziomu rozgrywkowego w Anglii.