Neverlandy

Rude są fałszywe. Pokażą się młodemu, niewinnemu chłopcu, urzeką go swoim pięknem, zaproszą do zmysłowej, subtelnej gry, obiecają wiele, a gdy on odda się im bez reszty i zaufa im w pełni, pstrykną palcami i zaśmieją się w twarz, że się naiwniak kolejny raz dał nabrać. Rude barwy reprezentacji Holandii.

Hej ojcowie, bacznie strzeżcie swoich pociech! Niech się nie dadzą uwieść jak wielu mi podobnych. W reprezentacji Holandii, choć dziś już trochę trudniej, łatwo się zakochać. Pierwsi byli ci urodzeni początkiem i w połowie lat 60., których zachwycił futbol totalny Michelsa i powiew wolności Cruyffa. Cieszyli się z prowadzenia przeciwko Niemcom w finale, zanim ci w ogóle zdążyli dotknąć piłki. Przegrali.

Następni ci, którzy urodzili się za wczesnego Gierka, widzieli Holendrów prujących po złoto mundialu w Argentynie. Widzieli Rensenbrinka bijącego w słupek w ostatniej minucie przy stanie 1:1. I widzieli Argentynę wygrywającą w dogrywce.

Pokolenie początku lat 90. widziało odrodzenie, widziało najbogatszą w talent reprezentację świata. I porażki po karnych. Wszędzie. Euro 1996, Mundial 1998, Euro 2000. Tam już zadziwiająca niemoc na polu 11. metrów sięgnęła absurdu, gdy w półfinale Holendrzy nie potrafili wbić grającym w dziesiątkę Włochom gola z dwóch rzutów karnych w podstawowym czasie gry (sic!). Oczywiście w serii jedenastek odpadli.

Młodsi, urodzeni w XXI wieku, mają trudniej. Holenderskie koszulki dalej są najbardziej efektowne na turnieju, a wielcy piłkarze dalej tam się rodzą, ale już nie na kamieniu. To moja nadzieja na to, że coraz mniej jest nieszczęśników wybranych przez masakryczną pomarańczę. Dwa razy uwierzyłem, że skoro się nie da siłą (talentu), to trzeba sposobem. I że te ubogie w umiejętności zgarną to, czego nie potrafiły zgarnąć w umiejętności bogate. Ale najpierw Robben w 116. minucie przysolił w Casillasa, a potem oczywiście walili w karnych w bramkarza.

Nie. Teraz wiem, że Holandia nie będzie mistrzem świata nigdy. Tylko co mi z tego, że teraz wiem, jak za dwa lata znowu będę siedział tocząc pianę z ust przy meczu Holendrów i wierzył, że to ten moment.

Mówcie co chcecie, mówcie, że statystyki są dla dziennikarzy, a czarne serie dla czarnych kotów. Wytłumaczcie mi więc proszę was uprzejmie racjonalnie, jak to się dzieje, że jedne narody pełne świetnych piłkarzy karne strzelać potrafią i wygrywają po nich zawsze (Niemcy), a inne przegrywają zawsze (Anglia) lub prawie zawsze (Holandia).

Mówię sobie często wściekły po porażce, że kiedyś zacznę kibicować drużynom, które wszystko wygrywają. Ale potem sobie przypominam, że Hiszpanie, którzy wygrywali wszystko, dostali od Holendrów 5:1. Że najbardziej utytułowany naród świata wyleciał właśnie z mundialu po porażce 1:7. Że ci, którzy ten naród wyrzucili, mimo szatni, w której talent trzeba upychać jak kapustę w beczce, wgramolił się do finału po raz pierwszy od 24 lat. Nie ma w piłce pewnych zwycięzców, są tylko pewni przegrani.

Neverlandy.

Van Gaal Krulem, Van Gaal panem

vangaal

Niech mi ktoś jeszcze raz spróbuje powiedzieć, że piłka to tylko bieganie spoconych facetów za kawałkiem skóry. To rewelacyjna gra strategiczna. Najlepsza.

Przed karnym bramkarz Gato Diaz jadł obiad z prezesem i trenerem klubu. – Constante strzela w prawy róg – powiedział Diaz. – Zawsze – odparł prezydent. – Już po nas, on przecież wie, że ja wiem. Z drugiej strony ja wiem, że on wie, że ja wiem – zauważył bramkarz. – To rzuć się w lewo – powiedział ktoś przy stole obok. – Nie. On wie, że ja wiem, że on wie – powiedział bramkarz i poszedł spać - pisał przed laty w genialnym opisie zagmatwania serii rzutów karnych Michał Szadkowski.

Można to sprowadzić do piosenki o Stirlitzu „Kabaretu Otto”. On wie, że wiem. Ja wiem, że on wie. On wie, że ja wiem, że on wie. Ja wiem, że wiem. On wie, że ja wiem. Ja wiem, że on wie, że ja wiem.

To, co wczoraj zrobił Louis Van Gaal i jego sztab na zawsze przejdzie do historii futbolu. To jeden z tych momentów, o których za dziesięć lat więcej osób będzie mówiło, że widziało, niż naprawdę widziało. Karne to nie jest loteria. Karne to szachy. Futbol to szachy.

Znacie doskonale mój stosunek do Van Gaala. Może nie Wołkowy, ale pełen żalu za zabranie mi 12 lat temu dziecięcej przyjemności z oglądania swojego idola na mundialu. Przeszłość. Zajęło to długie 12 lat, ale dziś jestem wyznawcą Van Gaala.

Niektórzy próbują deprecjonować jego wyczyn, mówiąc, że to nic wielkiego ograć Kostarykę po karnych. Pomijam, że Kostaryka ogrywała już w tym turnieju większych od Holandii, pomijam, że straciła w tym turnieju ledwie dwa gole. Pomijam niezwykle zręczne majstrowanie składem i ustawieniem Holendrów przez cały mundial. Chcę się skupić tylko na maestrii 120. minuty.

Van Gaal kiedyś w Bayernie Monachium ściągnął w szatni spodnie, by pokazać piłkarzom, że ma wielkie jaja. Teraz na szczęście zrobił to w sposób mniej prymitywny i bardziej w przenośni. Ale zrobił to. Nikt nigdy w historii mundiali nie zmienił bramkarza tylko na rzuty karne. Wpuszcza się czasem jednego strzelca, a i to obarczone jest sporym ryzykiem, bo nierozgrzany, nie wszedł mecz i znienacka zderza się z olbrzymią presją. Słaby psychicznie trener nigdy by takiej zmiany nie dokonał.

Każdy doskonale wczoraj chyba czuł, że ten mecz toczył się w kierunku nieustannej, cyklicznej i jak dobrze znanej pomarańczowej katastrofy. Teoretycznie najłatwiejszy rywal, Holandia faworytem, Amsterdam z Rotterdamem kłócą się, kto zorganizuje fetę po mistrzostwie świata. To takie typowo holenderskie, że akurat w tym momencie bramkarz rywali zostaje bohaterem,  Holendrzy dwa razy lutują w poprzeczkę, a raz w słupek. Wiadomo też, że nie ma drugiej nacji gorzej strzelającej karne na świecie. Oni i Anglicy w karnych odpadają zawsze, a incydenty, takie jak wyeliminowanie Szwecji w 2004 roku urastają do rangi legendarnych wydarzeń. Nawet jednak bez tej wiedzy – Keylor Navas to znakomity fachowiec, świetnie broniący karne i w lidze hiszpańskiej i na tym turnieju. Z drugiej strony Jasper Cillessen, który karnego jeszcze nigdy w krótkiej i nieefektownej karierze nie obronił.

Van Gaal jednym ruchem zmienił rozkład psychologicznych sił na boisku. Krul w Newcastle obronił dwa z 20 rzutów karnych. Trudno go więc nazwać niesamowitym specjalistą od bronienia jedenastek. Nie chodziło o to kto wchodzi, a o sam fakt zmiany bramkarza. Niewykluczone, że gdyby przez cały turniej bronił Krul, to wczoraj na karne wszedłby Cillessen. Wszyscy w takim momencie podświadomie czują, że ten bramkarz, którego trener wpuszcza tylko na bronienie karnych, musi być jakimś niesamowitym kozakiem i strasznie ciężko mu strzelić. Jestem pewien, że Van Gaal wprowadził zamęt w głowach strzelających Kostarykanów. Krul natomiast musiał się poczuć bardzo pewnie. To pewnie jego jedyny moment w mistrzostwach, ale wiedział, że nagle może zostać bohaterem. Że wszedł tylko na to jedno zadanie – musi po prostu wybronić karne.

Psychologiczny majstersztyk Van Gaala. Ale Holendrzy stali nad przepaścią. Myślałem sobie, co by było, gdyby nierozgrzany Krul w 120. minucie puścił gola. Van Gaal byłby największym błaznem turnieju. Został bohaterem. Żaden półfinalista nie zawdzięcza swojemu trenerowi tak wiele.

Beneluksowa erupcja piłkarska

holbel

Jak najłatwiej się dorobić? Kupić Holendra za tyle, ile jest wart, a sprzedać za tyle, ile myśli, że jest wart. To wyciąg z baśni o tysiącu o jednym Holendrze. Holendrzy mają swój odpowiednik o tysiącu i jednym Belgu, z tymi samymi dowcipami tylko odwrotnie.

Belgowie i Holendrzy są nierozłączni jak Zydorowiczowscy „Beldzy i Holendrowie”. Z jednej strony to jedno z najsilniejszych połączeń politycznych i gospodarczy w Europie, z drugiej jedna z największych rywalizacji. Nie nienawiści, raczej złośliwości, dogryzania i chęci pokazania, kto w tym Beneluksie rządzi.

W futbolu Belgowie i Holendrzy są jednak jak najbardziej rozłączni. Zorganizowanie Euro 2000 było właściwie jedynym wspólnym elementem ich piłkarskiej historii. Ale już losy na samym turnieju nie. Belgia i Holandia siedzą na jednej huśtawce. Spadek jednego wypycha drugiego w górę, co dobrze pasuje do obu narodów, które są swoimi lustrzanymi odbiciami. Gdy Holender płakał, Belg się cieszył. Gdy Belg płakał, cieszył się Holender.

Chcecie to szukajcie, nie znajdziecie na mundialach od 1930 roku drugiego wspólnego wzlotu. Owszem, wspólnie oba kraje leżały na piłkarskim dnie przez 40 lat, ale gdy Holendrzy z futbolem totalnym wybili się na niepodległość, już nigdy nie było między nimi spójności. Złote pokolenie lat 70. w Holandii wyschło, to dobre geny przeniosły się do Belgii i obrodziły złotym pokoleniem lat 80. Względnie podobnie było początkiem lat 90., gdy obie drużyny osiągały na mundialach podobnie przeciętne wyniki i JEDYNY RAZ W HISTORII wyszły razem z grupy. Później jednak dorosło kolejne wielkie amsterdamskie pokolenie, a w Belgii Scifo i kumple się skończyli. W XXI wieku Holendrzy wojowali po czołówkach, a Belgowie nawet na turnieje nie jeździli. Sami zobaczcie. Na czerwono zaznaczone porażki, na zielono sukcesy. Zwróćcie uwagę, że jedyny wspólny ćwierćfinał mistrzostw Europy był w 1976 roku, czyli w czasach, gdy ćwierćfinał był właściwie rundą wstępną. W mundialu wspólnie doszli najdalej do drugiej rundy. Raz. W ćwierćfinale jednego mundialu Belgia i Holandia nie były nigdy.

tabelka

Wydawało się, że w tym mundialu reguła zostanie zachowana. Superzdolne pokolenie Belgów równa się wybitnie nieuzdolnionemu pokoleniu Holendrów. Ale z wprawną ręką Louisa Van Gaala Holendrzy przetrwali. Sąsiadów dzieli jeden wygrany mecz od wpadnięcia na siebie w półfinale. Rywalizacja belgijsko-holenderska jeszcze nigdy nie toczyła się na tak wysokim poziomie.

Niemiecko-holenderska wymiana genetyczna

Płynne tożsamości współczesnej Europy. Hybrydowość. Glokalizacja. Niemki ładne a Hiszpanki brzydkie. Jose Gonzalez ze Szwecji. Hiszpanie wygrywający przez lata wszystko jak leci. Niemcy grający pięknie i przegrywający. Grecy prowadzący grę i tracący gole po rzutach rożnych. Stereotyp runął, runął runął i pogrzebał stary świat.

 To może i ten runął? Pytam z cichą nadzieją, trwogą i nieśmiało.

 Może teraz to Niemcy będą pięknie przegrywać, a Holendrzy brzydko wygrywać?

 Może gdzieś tak w okolicach 2005-2006 roku, korzystając z tego, że przejście graniczne Roermond – Emmerich am Rhein już dawno nieobstawione surowymi celnikami, chyłkiem przeskoczył na drugą stronę gen pięknego przegrywania. Nic się Niemcy nie pokapowali, nawet się cieszyli, że grali tak efektownie na mundialach w 2006 i 2010 oraz Euro 2008 i Euro 2012. Dopiero po tym ostatnim coś im przestało pasować. „Wszyscy grają 90 minut i dłużej a na końcu wygrywają Niemcy?“. To dlaczego nie wygraliśmy od 20 lat? Dlaczego tracimy gole w końcówkach. Dlaczego prowadzimy 4:0 i remisujemy 4:4?

 Holendrzy mieli swojego genu bardziej burzliwy proces ekstradycyjny. W 2006 roku wykopali do Emmerich piękne przegrywanie, ale zobaczyli, że to nie było zbyt mądre, bo nic nie wzięli w zamian, co sprawiło, że w Niemczech zagrali brzydko jak nigdy i przegrali jak zwykle. W międzyczasie gen pięknego przegrywania, przebywający już w Niemczech, podczas wizyty w Amsterdamie – dzieci, sprawdźcie czy was nie ma w kuchni -połączył się z komórką genetyczną holenderską i w 2008 obie pięknie przegrały. Ale Holendrzy się zorientowali, wyrzucili za granicę piękne przegrywanie i zaczęli grać bardzo brzydko. O mało nie zgarnęli w ten sposób mistrzostwa świata, ale jednak korzenie dały o sobie znać. Możesz wyciągnąć człowieka z Holandii, ale nie tak od razu wyciągniesz Holandię z człowieka.

 W 2012 w wyniku powikłań związanych z zamianą genów, doszedł do głosu inny holenderski gen odpowiedzialny za przerośnięte ego. Holendrzy nie mieścili się przez niego w drzwiach krakowskiego Sheratonu, nie mówiąc już o wąskich tunelach na stadion. Na żaden mecz nawet nie wyszli.

 U Niemców ta zamiana genów dokonała się nagle, u Holendrów to był długotrwały proces.

 Ale tak sobie marzę, może to już? Może teraz wszyscy grają 90 minut i dłużej, a na końcu wygrywają Holendrzy?

 Czy to nie jest takie niemieckie, jak Holendrzy bezlitośnie punktują rywali, sami nawet nie próbując wmawiać, że są idealni? Czy to nie jest niemieckie, że przegrywają do 88. minuty i wygrywają nawet bez dogrywki, po golu najsłabszego zawodnika na boisku? Czy to nie jest niemieckie, że wszyscy rywale wybijają się w jednej części drabinki, a Holendrzy z krzywym niemieckim uśmiechem brną przez rywali uboższych w talent? Czy to nie jest niemieckie, że drużyna składa się z dziewięciu rzeźników i dwóch gości, którzy rozumieją, co się z tą gałą robi?

 Nie, to nie jest niemieckie. Niemieckie to teraz grać pięknie jak nigdy i przegrać jak zawsze. Dać się wyeliminować w jedynym słabszym meczu w turnieju. Chcę wierzyć, że odwieczne stereotypy zamieniły się właścicielami.

 Nie kwilcie mi tu w czasie meczów Holendrów, że grają brzydko. Nie ma nic piękniejszego niż brzydko grająca Holandia. Za dużo już razy widziałem ten mecz z Meksykiem, który toczył się wczoraj do 88. minuty. To odpadanie w najmniej spodziewanym momencie. 2000, 2004, 2006, 2008, 2010. Pięć razy mi wystarczy.

 Holandia wyrachowana, och. Brutalna, ach. Wygrywająca fuksem, jak wspaniale. Zwyciężająca niesprawiedliwie, a najlepiej przy pomocy sędziów – uczta dla strudzonej duszy. Pomarańczowa rewolucjo trwaj, jesteś piękna.

Nadciągająca pomarańczowa katastrofa

pomarancza

Wiele osób pisało wczoraj, że nie lubi widzieć gdy chłostają mistrzów. Ja lubię. Sprawia mi to sadystyczną przyjemność. Tylko pytanie czy tych mistrzów w ogóle musieli wczoraj bić?

Nie będę teraz się błaźnił, próbując krytykować del Bosque, za dużo pan wygrał. Zastanawia mnie tylko czy wiedział, że tak się to skończy i wybrał lojalność wobec piłkarzy nad zwycięstwa czy ślepo wierzył w magię ludzi, którzy wygrali więcej niż jakiekolwiek inne pokolenie?

To ładne, gdy trener chce być lojalny, ale osobiście bardziej podoba mi się droga Sir Aleksa Fergusona. Nikt nie jest większy niż klub, nikt nie jest większy niż drużyna narodowa. Gdyby Ferguson chciał być ślepo wierny swoim wielkim piłkarzom, pozwalając im razem przegrać, znałbym go tylko z opowiadań, bo nie dotrwałby na ławce Manchesteru do początku XXI wieku. W Hiszpanii nie mamy do czynienia z sytuacją, w której złote pokolenie się zestarzało, a następców nie widać. Następcy są znakomici i w Realu i w Barcelonie i w Atletico i w Sevilli i w Valencii i w klubach zagranicznych. Drużyna złożona z De Gei, Illaramendiego, Javiego Martineza, Koke, Juanfrana, Isco, Bartry i innych pewnie byłaby trochę słabsza piłkarsko, ale miałaby głód. Skoro del Bosque widział głód tylko w oczach Kokego, to dlaczego wpuścił go na boisko gdy było już po herbatce? Tak jak mówię, del Bosque miał prawo wybrać lojalność, lecz jego szefowie mają prawo wybrać dymisję.

***

Myśli zaprzątała mi wczoraj jednak przede wszystkim Holandia. To by było takie holenderskie rozbić Hiszpanię i przegrać z Australią. Było tego bardzo blisko, ale ostatecznie Oranje urwali się ze stryczka.

Jeśli jednak ktoś po pierwszym meczu wierzył, że Holendrzy teraz wreszcie zdobędą mistrzostwo świata, to chyba już wie, że nie. Ja pisałem: mecz z Hiszpanią wygrało trzech zawodników – Blind, Robben i Van Persie. Niestety, z Australią jeszcze bardziej uwidoczniła się straszliwa przeciętność w holenderskim składzie. Niestety, ale Cillesen, De Vrij, Janmaat, De Jong, De Guzman i może jeszcze Indi to goście, którzy parę lat temu mieliby problem z miejscem w składzie w czołówce Eredivisie, nie mówiąc o reprezentacji. Ta kadra to rażące ‚Zidanes y Pavones’. Obok wielkich gwiazd zupełni drwale. Drużynę, która ma tyle słabych punktów, musi czekać piękna katastrofa. Tyczy się to moim zdaniem tak samo Holandii, jak i Argentyny, czyli dwóch zespołów, w których amplituda talentu jest największa w całym turnieju.

Ale co się Holendrów naoglądamy, to nasze.

Dzień 2. Pięknie jest i godnie bardzo jest

Rozumiem, że można nie spodziewać się, że za chwilę będzie się oglądać jeden z meczów roku. Można się nie kapnąć w 10. minucie. Ale po 40 minutach coś się chyba powinno czuć po kościach. Ja nie miałem świadomości oglądania czegoś wielkiego.

Precyzyjniej mówiąc, byłem załamany. Początek jeszcze jakoś wyglądał, Robben stworzył Sneijderowi świetną szansę, podobną do tej, jaką Sneijder stworzył Robbenowi cztery lata wcześniej, ale tak wtedy, jak i dziś, Casillas obronił. Ale potem ta niechlujna pomoc Holendrów, ci gubiący piłkę w najmniej odpowiednim momencie obrońcy. Ten Vlaar ratujący sytuacje dramatycznymi wślizgami i świadomość, że wszystkiego nie wyratuje. W końcu kontrowersyjny karny, gol Xabiego i narastająca przewaga Hiszpanów.

Myślałem sobie, że niektórzy tak mają ze ślubem. Żenią się z piękną i dobrą, a parę/paręnaście lat później żyją z brzydką i zołzą. Z dziećmi też chyba tak jest. Cytat z jakiegoś holenderskiego filmu: „A takiego ładnego synka urodziłam”. I ja się tak samo czułem oszukany. Bo zadurzyć się w Kluivertach, Overmarsach, Cocu’ach i Davidsach, by potem cierpieć oglądając De Jongów, De Guzmanów, De Vrijów, Janmaatów czy Martins Indiów? Nie na moje nerwy. Liczyłem, że Sneijder będzie nadal wielki, a nie był, liczyłem, że rozbłyśnie Daley Blind, a nie rozbłyskiwał. Holendrom dramatycznie brakowało jakości.

Hiszpanie popadli moim zdaniem w chorobę, która kiedyś była charakterystyczna dla Włochów. Z jednej strony można powiedzieć, że to genialne oszczędzanie sił i sposób, który dał im nie jedno trofeum, ale jednak nigdy nie zrozumiem futbolu najmniejszym nakładem sił. Hiszpanie wcisnęli z kontrowersyjnego karnego, kontrolowali grę i nic się nie miało wydarzyć. Ile razy już takie ich mecze widzieliśmy?

Do teraz nie mogę rozstrzygnąć, czy bardziej mnie zachwycił w tym meczu Van Persie, Blind czy Robben. Van Persie zdobył mocnego kandydata do gola turnieju. Robben szybkościowo wyglądał rewelacyjnie. Nie dogoniłby go nie tylko Bale z finału Pucharu Króla, ale nawet Bolt miałby problem. Casillasem powycierał ziemię, poczekał aż obrońcy wbiegną do bramki. Genialny. Ale jednak najlepszy chyba ten najmniej znany.

Gdyby nie to, że Blind był ustawiony bliżej lewej strony, a nie w kole środkowym, powiedziałbym, że zagrał jak reżyser w starym stylu. Tak sobie wyobrażam Deynę i paru innych wielkich historycznych playmakerów. Przez lata utarło się, że trzeba podawać tylko po ziemi i krótko. Blind dwoma zagraniami przywołał ginący kunszt grania długich piłek przez pół boiska. Zagrał genialnie, a jego koledzy genialnie to wykańczali. Symboliczne było, gdy Blind w 91. minucie powstrzymał Torresa przed pustą bramką. Nawet gola na 5-2 nie dali im strzelić.

Dałem się na Twitterze ponieść po meczu emocjom, pisząc, że mogliśmy być świadkami narodzin wielkiej drużyny. Bo mogliśmy. To dogranie Blinda i lot Van Persiego mogą być idealnymi składnikami do mitu założycielskiego. Ale tak naprawdę dopiero teraz zacząłem się o Holandię obawiać. Typowe w ich stylu byłoby teraz przegranie z Chile i Australią, a w konsekwencji niewyjście z grupy. Albo jak to ujął Bohdan Pękacki…

pekacki

Jestem i meczem i wynikiem i bramkami absolutnie zachwycony. Ale spokojnie, to tylko jeden mecz. Na Euro 2008 Holendrzy też zaczęli wybitnie. A Hiszpanie cztery lata temu zaczęli od porażki. Bez pochopnych wniosków. Holenderskiej obronie i dużej części pomocy jakości jak brakowało, tak brakuje. Dzisiejszy mecz rozstrzygnęły trzy indywidualności i świetnie wyprowadzane kontry. Z sądami na temat Holendrów trzeba ostrożnie.

* * *

Jeśli chodzi o Hiszpanię, myślę, że to już najwyższy czas coś pozmieniać. Ta drużyna jeszcze może wszystko, ale chyba koniec z lojalnością i wyrozumiałością dla wielkich mistrzów. Wygrali razem wszystko, teraz razem dostali po twarzach. Czas wpuścić paru głodnych. Grupa będzie ciekawsza.

***

Z wielką niecierpliwością wypatrywałem meczu Chilijczyków. Do 10. minuty się męczyli, ale potem zaczęli koncertować. Dwa gole w dwie minuty, cudowne akcje, w tym jedna z udziałem chyba całej drużyny. Palce lizać. Przypomnienie, że tiki-taka kiedyś była piękna mniej więcej dla wszystkich i nie kojarzyła się tylko z hiszpańskim człapaniem i wiecznym podawaniem w miejscu. Chilijczycy są ruchliwi, dzicy, z wysokim pressingiem i pewni technicznie. Zanosiło się na pogrom.

Ale nie wiedzieliśmy chyba wszyscy, że Australia tak się postawi. Drużyna bez takich gwiazd jak jeszcze parę lat temu, z ledwie kilkoma graczami występującymi w Europie, z nieznanym trenerem, budowana raczej z myślą o przyszłorocznym Pucharze Azji i następnym mundialu. Generalnie w kryzysie. Wyszli Australijczycy na zespół do bólu prymitywny, ale trudny do ogrania. Stare, dobre kick&rush. Przejęcie piłki, szybki transport na skrzydło, szalony bieg Leckiego lub Oara przed siebie i dośrodkowanie na Cahilla. 34-letni napastnik wygrywa dzisiaj Mundialową Nagrodę im. Dariusza Łatki dla najlepiej główkującego zawodnika poniżej 180 centymetrów wzrostu. Chilijscy stoperzy to nie wielkoludy, ale jednak przy 178 centymetrach wygrywać niemal wszystkie główki w polu karnym? Panie Cahill, chapeau z głów.

Wynik sugeruje, że było w miarę łatwo. Przeciwnie. W drugiej połowie Chile pokazało słabszą twarz. Marnie grał wracający po kontuzji Vidal, a zawodnicy z każdą chwilą popełniali coraz prostsze błędy. Wyrównanie wisiało w powietrzu. Jest 3-1 i to Hiszpanie w meczu z Chilijczykami będą pod ścianą. Grupa będzie ciekawsza.

***

A zaczęło się dzisiaj od kolejnego sporego sędziowskiego niesmaku. Kolumbijski arbiter nie uznał trzech goli – jednego dla Kamerunu (słusznie) i dwóch dla Meksyku (niesłusznie). Kameruńczycy kiedyś byli zespołem budzącym sympatię i szalenie groźnym. Zgarniali wielu neutralnych kibiców. Gdzieś się jednak zatracili w tych targach, kłótniach o premie, wykupywanych apartamentach. Zapomnieli o graniu w piłkę. Wiedziałem, że to już nie taka drużyna jak kiedyś, ale nie spodziewałem się, że aż tak słaba. Jedyny wart uwagi zawodnik to Benoit Assou-Ekotto. Stoperzy stali o dwa kilometry od siebie, prawi obrońcy nie nadążali, środkowi łatwo gubili piłkę, skrzydłowi nie istnieli, Eto’o zauważałem tylko dlatego, że dobrze znam jego sylwetkę. Dra-mat. Powinno się było skończyć 4-0 dla Meksykanów.

Meksykanie znów pokazali bardzo ciekawą ekipę. Bohaterem meczu był dla mnie znakomity pomocnik Hector Herrera, ale bardzo dobrze wyglądali też wahadłowi Aguilar i zwłaszcza Layun. Kameruńczycy stwarzali zagrożenie głównie po stałych fragmentach gry. Dobrze było znów zobaczyć Rafę Marqueza, o którego dziś znajomy spytał mnie, czy jeszcze żyje. Żyje, został pierwszym piłkarzem, który czwarty raz z rzędu zagrał na mundialu jako kapitan. Rzucił mi się w oczy szczególnie w pierwszej połowie, gdy IDEALNIE dośrodkował na głowę Peralty. Niby zawsze defensywny zawodnik, ale technika dośrodkowania nienaganna. Mecz Meksyku z Chorwacją o wyjście z grupy zapowiada się znakomicie. Kamerun już swoje osiągnął – 7 tysięcy premii.

Mój kościół holenderski

Nie pamiętam turnieju, nie pamiętam meczu, dopiero finał Brazylii z Francją oglądałem w miarę świadomie, ale najdawniejsza migawka, błysk piłkarski w pamięci to ten Dennis Bergkamp:

bergkamp

Dopiero potem doczytałem, że właśnie strzelił gola Argentynie w ćwierćfinale i że później Holendrzy odpadli – a jakże – po karnych z Brazylią. Ja pamiętam tylko to dziwne ułożenie rąk. Nie prosto w górę, tylko takie wygięte, dłonie nie zaciśnięte, a otwarte.

Ale do kościoła holenderskiego zapisałem się dopiero dwa lata później, w trakcie Euro 2000. Piszę o kościele, bo choć Holandia nie ma tylu wyznawców, co Argentyna czy Brazylia, to wiem, że wielu mi podobnych, wchodzących w piłkarską świadomość na przełomie wieków, do dzisiaj co dwa lata płacze za Holandią.

To był najpiękniejszy turniej świata. Wiem, że wszyscy tak mówią o swoim pierwszym, ale ten naprawdę taki był. Że się posłużę autorytetem „Odwróconej piramidy” Jonathana Wilsona:

Euro 2000 to być może najlepszy turniej współczesnej ery

 

Właśnie. Ja bym wykreślił tylko to „być może”. Od tego momentu zaczęło się moje parę lat niewysłowionych cierpień związanych z tym panem:

vangaal

Z powodów biograficznych nie mogłem przeżyć wygrania Ligi Mistrzów przez Ajax, ani wygrania ligi hiszpańskiej przez Barcelonę Van Gaala. Van Gaal w moim życiu pojawił się w wakacje 2000, gdy jako ośmiolatek wiernie śledziłem drogę Holandii na mundial w 2002 roku.

Nie wiem jak można było z Kluivertem, Van der Sarem, Van Nistelrooy’em, Overmarsem, Cocu, Stamem, Van Bronckhorstem, Hasselbainkiem przegrać grupę z IRLANDCZYKAMI. Ale nigdy tego Van Gaalowi nie wybaczyłem. Przez niego nigdy nie zobaczyłem swojego ulubionego Patricka Kluiverta na mundialu.

Podrosłem i przyzwyczaiłem się, że Holandia na turniejach oznacza rozbudzone nadzieje, a potem nagłe cierpienie. W 2004 nie wierzyłem w wyjście z grupy śmierci. Gdy już wyszli, nie wierzyłem w eliminowanie Szwecji. Gdy już to zrobili, w dodatku po karnych, uwierzyłem, że to ten moment. I wtedy nie wyszli nawet na mecz z Portugalią. W 2006 znów wątpiłem w wyjście z grupy śmierci, a gdy w drugiej rundzie sędzia szalał, dając 16 żółtych kartek, wiedziałem, że to się skończy źle dla – a jakże – Holandii, a nie Portugalii. W 2008 ich gra odbierała mowę jak w 2000 roku. Do dziś nie rozumiem jak mogli przegrać akurat z Rosją. W 2010 wielbiłem Van Marwijka całym sercem. Byłem chyba jedyny. Zachwycało mnie, że potrafił tak zmienić Holandię z ofiary w kata i liczyłem, że po latach pięknego przegrywania nareszcie brzydko wygra. Przegrał. U nas znów trafili do grupy śmierci i tym razem nie dali rady.

A teraz znów ten przebrzydły Van Gaal. Nie wybaczyłem mu też z innego powodu. Po klęsce z Holendrami, gdy wydawało mi się, że już nikt nigdy nie powinien go zatrudnić, wzięła go Barcelona. Ta, która była moją pierwszą klubową miłością, bo Kluivert. I ta, która zajmowała szóste miejsca, grała po jakichś pucharach UEFA, sprawiając, że zadałem z – perspektywy czasu – najbardziej absurdalne pytanie świata: Dlaczego ja muszę kibicować drużynie, która nigdy nic nie wygra? Gdy Barcelona zaczęła wygrywać, obrzydła mi. Przy Van Gaalu to nie groziło.

Odbudował się – muszę niechętnie przyznać – imponująco. Alkmaar, które rozbiło trio PSV – Feyenoord – Ajax. Potem finał Ligi Mistrzów z Bayernem. A dla mnie mógł dalej nie istnieć.

I wtedy Holendrzy znów dali mu kadrę. Do której w dodatku wziął TEGO Kluiverta na asystenta. Byłem oczywiście niemal pewny, że nie awansuje na mundial, ale awansował nad wyraz pewnie. Przeprowadził w kadrze rewolucję.

Tak anonimowej drużyny Holendrzy za mojego życia nie mieli. Parę gasnących gwiazd, a do nich cała gwardia dość anonimowych dzieciaków. Przy Belgach Holendrzy wyglądają na papierze jak Luksemburg. Ale w kraju, który od 40 lat rodzi wielkich piłkarzy z najwyższą regularnością, banda anonimowych 20-latków powinna zwiastować, że to w tej drużynie trzeba upatrywać objawienia mistrzostw.

Cóż z tego, gdy ja akurat przeczuwam klęskę i odpadnięcie kosztem Chilijczyków. Przez lata 2000-2003, gdy futbol bardziej chłonąłem niż analizowałem, Van Gaalowi już nigdy nie zaufam.

Zdążyli w ostatniej chwili. Jak w filmach

To, jak wygląda dziś FC Barcelona, wskazuje niezbicie, że Johana Cruyffa należy słuchać. W Amsterdamie też chyba nie żałują, że końcem minionego roku zawierzyli się wielkiemu Holendrowi.

Johan skrytykował ówczesnego trenera Martina Jola za porzucenie taktyki ze skrzydłowymi, która od zawsze była jedyną wybieraną przez Ajax. Jak pisał w styczniu Michał Szadkowski, szkoleniowiec bronił się, że nie ma pieniędzy na skrzydłowych, podobnie jak odpowiednich zawodników w kadrze. Jol nie rozumiał specyfiki klubu. Wszak brakujących piłkarzy powinien był szukać w akademii, która wypluwa talenty z częstotliwośćią kombajnu do zbierania kur po wioskach. Trenera początkiem grudnia zwolniono za przeciętne wyniki. Zanosiło się na siódmy sezon z rzędu bez mistrzostwa. Tak fatalną serię amsterdamski klub miał ostatnio… tuż po wojnie, gdy nie zdobył trofeum przez 10 lat.

Kolejny raz poproszono o ratunek Cruyffa. Ten uznał, że w zespole jest za mało ludzi związanych z Ajaksem. Do 8-osobowej Rady Nadzorczej weszło siedmiu byłych piłkarzy klubu, wskazanych oczywiście przez Johana. Trenerem mianowano Franka de Boera, wychowanka Joden, dla którego miała to być pierwsza samodzielna seniorska praca. Wcześniej był asystentem  Berta van Marwijka w reprezentacji Holandii.

Sytuacja wyjściowa? Na półmetku pięć punktów straty do prowadzących PSV Eindhoven i Twente Enschede. Zrobiło się jeszcze gorzej, gdy w zimowym okienku transferowym, klub sprzedał Luisa Suareza, najlepszego napastnika, do Liverpoolu. Następców zaczął szukać w rezerwach i drużynie młodzieżowej. To on dał szansę debiutu 19-letniemu Nicolaiowi Boilesenowi, rok młodszemu Jody’emu Lukokiemu, 20-letniemu Geoffrey’owi Castillionowi, mocno postawił na Araza Ozbiliza (21) i Lorenzo Ebecilio, któremu już wróży się dużą międzynarodową karierę.

De Boer wziął się do roboty. Sezon kończył już z 16 wychowankami, w 26-osobowej kadrze! Średnia wieku jego drużyny wynosi niespełna 25 lat. Odrabianie strat szło jednak mozolnie. Prowadząca dwójka nie traciła punktów seriami.

Sytuacja zrobiła się niemal beznadziejna na sześć kolejek przed końcem, gdy Ajax przegrał 3-2 wyjazdowy mecz z ADO Den Haag. Zespół ze stolicy ograł ich już po raz drugi w tym sezonie. W tym momencie strata do prowadzącego zespołu z Eindhoven wynosiła sześć punktów. Rok ostatecznie spisano na straty, o tytuł Ajax miał walczyć w kolejnym. Jak zwykle walkę odkładano na później…

De Boer i jego piłkarze nie odkładali. Wygrali pięć spotkań z rzędu, czego rywale nie potrafili już wytrzymać. Na dwie kolejki przed końcem, po raz pierwszy w sezonie (!) znaleźli się w tabeli wyżej od zespołu Phillipsa. Przed ostatnim meczem tracili do broniącego tytułu Twente jeden punkt. Zespół z Enschede przyjeżdżał na ich Arenę. Tydzień wcześniej po dogrywce wygrał z Ajaksem w finale Pucharu Holandii. Tym razem jednak przegrał 3-1 i amsterdamski klub, wskoczył na szczyt tabeli po raz pierwszy, dopiero po ostatniej kolejce. Zadziwiające wyczucie czasu.

Nikt już nie ma wątpliwości, że droga budowania drużyny obrana przez de Boera jest słuszna. Były stoper Barcelony zaczął karierę trenerską w takim stylu, że rokuje ona nadzieję na spektakularność podobną do jego kariery boiskowej. Młodzi wprowadzeni do drużyny, nabiorą doświadczenia, wzmocnią się i mogą już niebawem namieszać w Europie. Oby w barwach Ajaksu, bowiem nadwątlony klubowy budżet może stanowić pokusę do szybkiego spieniężenia talentów. Nie warto. Niech powtórzą sukcesy wielkiej generacji lat 90., to sakiewka niebawem się napełni.

Madziarzy, co kota gonią

Gabor i jego słynne spodnie.

Po skandalicznie i haniebnie długiej, niespotykanej wcześniej i, miejmy nadzieję, później na tym blogu przerwie, wracam, kajam się i obiecuję więcej was na tak długo nie opuszczać. Nawet nie zdajecie sobie sprawę, jak ciężko jest wrócić, gdy wypadnie się z trzymanego od ponad dwóch lat rytmu. Trzeba wówczas specjalnego impulsu, a ten się nadarzył w najmniej spodziewanym momencie.

Od wielu lat mam niewytłumaczalną i kompletnie irracjonalną słabość do węgierskiej piłki. Madziarów lubię właściwie ciężko powiedzieć za co. Jedyne co przychodzi mi do głowy to swojskie dresowe spodnie Gabora Kiraly’a, ale przyznacie chyba, że powód to niezbyt mocny. Holendrów również darzę dużą sympatią, dlatego mocno nastawiałem się na eliminacyjny dwumecz obu drużyn. Odrodzenie Węgrów obwieszczano już tyle razy, ile to, że polska piłka sięgnęła dna. W rzeczywistości okazywało się, że ani jednego, ani drugiego nie widać. Tę tezę potwierdził piątkowy mecz w Budapeszcie, gdzie wicemistrzowie świata nie pocąc się nawet zbyt mocno, zmasakrowali gospodarzy czterema bramkami.

W patriotycznym geście we wtorkowy wieczór planowałem oglądać Polaków starcie z Grecją, bo to dobry test na sprawdzenie siły woli. Jednak już początkowe minuty wybiły mi to z głowy, poszedłem na łatwiznę, wybrałem Holendrów. I dobrze zrobiłem, bo zobaczyłem piękny podwórkowy mecz.

Zawsze tylko taktyka, taktyka i taktyka. Holendrzy porzucili na mundialu swój odwieczny styl, świetnie na tym wyszli, a ja klaskałem najgłośniej. Ale co innego rozumieć i popierać, a co innego oglądać. Radosny futbol jest po prostu miły dla gałek i spojówek.

Węgrzy naprawdę zdają się wychodzić z kryzysu. Fakt, że Holendrzy po łatwym strzeleniu pierwszej bramki wpadli w nastrój wybitnie wakacyjny, ale nie każdą drużynę stać na tak szybkie odwrócenie losów meczu z wicemistrzami świata. Strzelenie im dwóch goli to jeszcze nic. Najbardziej zaimponowało mi, że gdy Pomarańczowi wzięli się do roboty i wyszli na prowadzenie 3-2 (Ruud naprawdę jest maszyną!) to Węgrzy zamiast się położyć i uznać, że stracili szansę, poszli do przodu i szybciutko udowodnili, że wcale jej nie stracili. Dirk Kuyt rozwiał wątpliwości, ale wynik 5-3 robi wrażenie, a jeszcze większe robi fakt, że bratankowie solidnie kota Tulipanom pogonili.

Problemów Węgrów nie sposób przemilczeć. Obrony to oni nie mają prawie żadnej. Marton Fulop to nie bramkarz na miarę nieodżałowanego Kiraly’a. I to trzeba poprawić jeśli Madziarzy chcą zawitać do Polski w przyszłym roku. Jednak z przodu Balazs Dzudzsak i Zoltan Gera to już naprawdę poważna siła. Gdy kilka lat temu byłem na Węgrzech widziałem reklamy Pepsi, na których ten drugi widniał na równi z Davidem Beckhamem. Wtedy było to dla mnie sporym nadużyciem, ale dziś wiem, że jeśli 32-latek pociągnie kadrę na pierwszą wielką imprezę od od ćwierćwiecza, to dla rodaków będzie kimś więcej niż Anglik, który „nie umie kopać lewą nogą, nie umie grać głową ani robić wślizgów, nie strzela wielu goli, ale poza tym jest ok”. A szansa na to jest spora, bo Szwedzi, choć teoretycznie mocniejsi, w rzeczywistości są słabi jak rzadko.

Pomarańczowa rewolucja (GwiaKoLI)

Wystartowałem w drugiej odsłonie Gwiazdkowego Konkursu Literackiego, organizowanego przez Michała Pola, dziennikarza Sport.pl. Jak mi poszło, okaże się dopiero 10 stycznia, ale już teraz podzielę się z Wami swoim konkursowym tekstem o reprezentacji Holandii. Tekst można też przeczytać na blogu organizatora, gdzie jest możliwość głosowania, co jednak nie wpływa na wyniki rywalizacji
http://michalpol.blox.pl/2011/01/GwiaKoLi-2010-Odslona-3.html

***

Pomarańczowa rewolucja

Pewne kopnięcia mają rangę symboliczną. Zvonimir Boban topiący nogę w pośladkach policjanta podczas zadymy na meczu Dinama Zagrzeb w 1990 roku, został uznany za metaforyczny znak końca Jugosławii. 2010 rok też przyniósł pamiętny ruch kończyną, nie mający jednak politycznego tła.

Nigel de Jong ładujący nakładką w pierś Xabiego Alonso to adekwatne zwieńczenie gry Holendrów na mundialu. Gry pięknej, choć w nieklasyczny sposób. Pomarańczowi, za sprawą Berta van Marwijka, który okazał się być wizjonerem, porzucili styl, który od lat na prawie każdym turnieju przysparzał im rzesze zwolenników i… druzgocące klęski, wprost proporcjonalne do potencjału.

Gdyby jego Holandia odpadła w fazie grupowej, byłaby to, co najwyżej, niespodzianka. Nie wymieniano jej w gronie głównych faworytów, bo przecież skoro Cruyff, van Basten, czy Kluivert nie potrafili dopaść pucharu, nie zrobią tego Mathijsen, czy de Zeeuw. To pokolenie holenderskich piłkarzy wydawało się być najmniej zdolnym od lat. Nie pozbawione graczy solidnych, ale nie mające wielkich gwiazd. Byli wprawdzie Sneijder czy Robben, ale ich nie tak dawno wykopano z największych klubów.

Van Marwijk potrafił pójść pod prąd. Gdyby przegrał, wygnano by go bez skrupułów. Na mundialu, po każdym meczu słyszałem od ekspertów, że to nie ta Holandia, co kiedyś, że grali brzydko, schematycznie i brutalnie. Schematyczność miał potwierdzać styl Robbena, który od 1997 roku nie zdobył gola w inny sposób niż schodząc do środka, nabierając obrońców na prosty zwód i uderzając zza pola karnego. Nikomu nie przychodziło do głowy, że skoro strzela bramki w ten sposób, mając przeciwko sobie najlepszych obrońców, to coś w nim jednak musi być?

Z Brazylią wygrali „przypadkiem”, bo rywale sami strzelali sobie gole. Ciekawe, czy grając z Polakami, też zaczęliby ładować bramki Julio Cesarowi? Futbol jest grą błędów, trzeba umieć je wykorzystać. Ileż to razy, gdy Polacy cudem wepchną gola, słyszymy, że „szczęście sprzyja lepszym”? Czy ten slogan pasuje tylko do plemion nadwiślańskich?

Holendrzy udowodnili, że taktyką i determinacją można dojść do finału. Przez cały mundial chodziłem z wypiekami na twarzy, rodzina myliła mnie z Mariuszem Lewandowskim. Przed pierwszym meczem byłem zgorzkniały, bo myślałem, że jak zwykle będę musiał oglądać turniej, w którym Pomarańczowi pięknie przegrają.

Cudownego gola, nie pasującego do tegorocznej Holandii, strzelił tylko dziadek van Bronckhorst, łączący pokolenie wielkich indywidualności z pokoleniem wielkiej drużyny. Tym ładnym akcentem skończył karierę. W finale de Jong brutalnym kopnięciem pokazał, że rywalizacja o puchar toczyła się pomiędzy różnymi siłami wszechświata. Oba narody zawsze grały pięknie i zawsze przegrywały. Hiszpanie pozostali na jasnej stronie i dopięli swego. Holendrzy przeszli na ciemną i osiągnęli więcej niż się spodziewali. Zło fascynuje, więc pan, o którego autobiografię walczę, zepsuł mi wówczas wieczór i połowę tygodnia…