Cztery drużyny w grze o ekstraklasę. Podbeskidzie i Górnik już tylko o utrzymanie

statistics-227173_1280

Zapadła przerwa zimowa w I lidze. Piłkarze rozjadą się na urlopy, zimowe obozy w kraju i zagranicą, będą rozgrywać sparingi, a na tydzień przed rundą wiosenną, w całej Polsce, prezesi, trenerzy, piłkarze i prezydenci miast staną przed kibicami i dziennikarzami, by powiedzieć, że wszystko jest jeszcze możliwe, dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć, bo to jest sport i nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Szczególnie będą tak mówić w miastach, które są po jesieni najbardziej rozczarowane swoimi klubami – w Zabrzu i w Bielsku-Białej.

 Tak, wszystko jeszcze możliwe. Zajmujące dziewiąte miejsce w tabeli Podbeskidzie, liderem I ligi może zostać już 25 marca, po 23. kolejce. Tak, dopóki piłka w grze, najwcześniejszy możliwy awans może świętować już 6 maja, na pięć kolejek przed końcem. Tak, to jest sport, Podbeskidzie może ukończyć ligę z 26 punktami przewagi nad drugim miejscem. Które może zająć MKS Kluczbork. Bo nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Każdy wciąż może spaść, każdy może awansować. Za nami dopiero 19 kolejek. Tak będą przemawiać prezydenci i właściciele, pod takimi hasłami prezesi będą sprzedawać karnety, a trenerzy motywować piłkarzy.

 Porozmawiajmy jednak o tym, co jest realne.

 Zaplecze ekstraklasy przez trzynaście sezonów XXI wieku grało aktualnym, 18-zespołowym formatem. To na tyle długi okres, by dało się wychwycić pewne prawidłowości i z dużą dozą prawdopodobieństwa (jak wyżej – pewności nie ma), przewidzieć, kto jeszcze jest w grze o ekstraklasę, a kto tylko oszukuje się, że jest.

 W ciągu minionych trzynastu sezonów, aż jedenaście razy (!) drużyna, która prowadziła po dziewiętnastu kolejkach, kończyła rozgrywki w pierwszej dwójce. Chojniczankę może jeszcze nie wszyscy traktują poważnie w walce o ekstrakaslę, ale statystyka bije po oczach: 85 procent jej poprzedników lądowało w ekstraklasie. Aż dwanaście razy sezon w czołowej dwójce kończyła przynajmniej jedna drużyna, która po 19. kolejkach była na jednym z pierwszych dwoch miejsc. GKS Katowice lub Chojniczanka. Przyzwyczajajcie się do którejś z tych drużyn w ekstraklasie. Pozostałe miejsca nie mają tak wysokich odsetków sukcesów. Sześć razy w czołowej dwójce kończyła druga drużyna po 19. kolejkach, trzy razy trzecia, pięć razy czwarta, raz szósta (piąta ani razu!).

 Tu mowa jednak o pewnych powtarzalnych prawidłowościach, od których były wyjątki. Zawsze był jednak precedens, którego można by się chwycić. W analizowanym, trzynastosezonowym okresie, I-ligowe twarde, niezmienne, nienaruszalne reguły są inne:

  1. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto zajmowałby po 19. kolejkach miejsce gorsze niż szóste.
  2. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby mniej niż 31 punktów.
  3. Nigdy w czołowej dwójce sezonu nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby więcej niż cztery punkty straty do drugiego miejsca.

 Jak to się ma do aktualnej tabeli? Podbeskidzie i Górnik zajmują miejsca gorsze niż szóste (9. i 8.), więc nie spełniają pierwszego warunku. Mają odpowiednio 25 i 27 punktów, więc nie spełniają warunku drugiego. Tracą do drugiego miejsca odpowiednio 10 i 8 punktów. Nie spełniają żadnego z warunków. Mogą oczywiście awansować, nawet wspólnie (dopóki piłka w grze!), kto chce, niech wierzy.

 Takie kryteria eliminują nie tylko Podbeskidzie i Górnik. Według nich, o awansie mogą rozmawiać jeszcze tylko cztery drużyny – Chojniczanka, GKS Katowice, Zagłębie Sosnowiec i… Sandecja Nowy Sącz, która ma dwa zaległe mecze do rozegrania i jeśli zdobędzie w nich cztery punkty, spełni wszystkie kryteria.

 To nie oznacza, że Podbeskidzie i Górnik nie mają już w tym sezonie o co grać. Wręcz przeciwnie. Być może czeka je gra o wszystko. W ostatnich trzynastu sezonach, pięć razy zespół zajmujący po 19. kolejkach miejsca 8-9, spadał z ligi. Historia daje im wachlarz miejsc od czwartego do szesnastego. Zabrze i Bielsko-Biała raczej sezonu nie skończą na podium, raczej nie zajmą też miejsc na samym dnie tabeli. Ale poza tym, wszystko jest dla nich jak najbardziej realne. Im szybciej sobie uświadomią zagrożenie, tym szybciej będą w stanie przed nim uciec. Zwłaszcza w Podbeskidziu powinni to dobrze rozumieć, bo w zeszłym sezonie większość uświadomiła sobie ryzyko spadku, gdy ten był już właściwie dokonany. W niedawnym komunikacie, Urząd Miasta przekazał, że cel (awans do ekstraklasy) się nie zmienia. Uczciwe postawienie sprawy nakazywałoby uznać za cel szybkie dobicie do liczby punktów dającej utrzymanie, a później skupienie się na budowaniu drużyny na kolejny rok. Więcej z tego sezonu nie da się wycisnąć.

Trenerska rewolucja wybuchnie na prowincji

Przynajmniej od czasów pierwszych niepowodzeń Leo Beenhakkera z reprezentacją Polski, ale prawdopodobnie od jeszcze bardziej zamierzchłej przeszłości, polscy trenerzy ligowi zaczęli podnosić głowy. Przestali się pokornie godzić z tym, że są słabsi od szkoleniowców zagranicznych. Nieformalnym liderem tej odsieczy został Michał Probierz – który kiedyś na Twitterze raczył stwierdzić, że Pep Guardiola nie jest od niego lepszym trenerem, tylko ma lepszych piłkarzy – ale bardzo chętnie podążyli jego śladami inni. Gdy Borussia Dortmund boleśnie uświadamiała mistrzowi Polski, jak wiele dzieli go od solidnego futbolu, Maciej Bartoszek z I-ligowej Chojniczanki wyciągał triumfalny wniosek, że gdyby polski trener przegrał chociaż 0:3, to już byłby zwolniony – czemu kłam zadały ochy i achy po porażce (polskiego trenera) 1:5 w Madrycie. To nie były jedyne nazwiska. Znakomita większość polskich trenerów ligowych powiedziała kiedyś coś, co miało wskazywać, że trenerzy ze światowego topu różnią się od nich tylko umiejętnościami trenowanych piłkarzy.

Gdybym miał na transfery tyle co Mourinho…”

 Trzeba oddzielić dwie sprawy. Pierwszą jest ślepe przyjmowanie wszystkiego, co zagraniczne, jako lepszego. Nie, nie wszystko, co zagraniczne, jest lepsze od polskiego, nawet nie każdy zagraniczny trener jest lepszy od polskiego, co pokazało wiele przypadków w polskiej lidze – Pacheta nie był lepszy od Ojrzyńskiego, Perez Garcia od Brosza, Hasi od Urbana etc. W tej krucjacie jestem w stanie polskim trenerom przyznać rację. Zatrudniając trenerów, trzeba umieć identyfikować hochsztaplerów, bo czasem może się okazać, że lepiej zatrudnić Jacka Magierę niż Besnika Hasiego. Drugą sprawą, jest powszechne zakładanie, że trenerzy z najlepszych lig europejskich, mają lepsze wyniki, bo pracują z lepszymi piłkarzami. Szyderczo zwracają często trenerzy uwagę, że wydając po 200 milionów na transfery jak Jose Mourinho czy Louis Van Gaal, też by mogli być rozliczani za wyniki.

Osiągnąć wynik ponad stan

 Żeby mieć do wydania 200 milionów na transfery, trzeba na to zasłużyć. Rozmawiając z wieloma trenerami, przez kilka lat, o ten brak autorefleksji mam do polskich trenerów – uogólniając, bo są oczywiście wyjątki – największy żal. Mało kogo stać na refleksję, że Van Gaal zaczął chodzić po największych klubach, bo kiedyś, dwadzieścia lat temu, potrafił z Ajaksem Amsterdam zdobyć Ligę Mistrzów, mając nieporównywalnie mniejsze możliwości finansowe niż rywale, których pokonywał. Że Mourinho, zanim zaczął być zapraszany na wielkie przyjęcia, sam się na nie, nieproszony, wdarł, prowadząc FC Porto. Że Pep Guardiola nie dostał Barcelony, jak się powszechnie uważa, dlatego, że był dobrym piłkarzem – tak, jakby Barcelona nie miała pod ręką setek dobrych, byłych piłkarzy – ale dlatego, że był wybitnym kandydatem na trenera. Rynek trenerski, także na szczycie, jest wbrew pozorom bardzo sprawiedliwy. Czasem ktoś przypadkowy, jak Avram Grant czy Roberto Di Matteo, chwilowo wskoczy na szczyt, ale bardzo szybko jest weryfikowany. Ci, którzy się utrzymują, nigdy nie są tam przypadkiem. Czy którykolwiek polski trener spróbował wskoczyć do tego wyższego kręgu? Nie do Manchesteru United, nawet nie do Stoke, ale choćby do Karpat Lwów? Czy, skoro polscy trenerzy są tak dobrzy, jak ci z samego szczytu, ktoś zdołał wycisnąć z drużyny tyle, by pobić choć trochę bogatszych? Nie mówię o biciu od razu Realu Madryt, to inna galaktyka. Ale czy polscy trenerzy, skoro są tacy dobrzy, zdołali z Jagiellonią Białystok, Cracovią, Śląskiem Wrocław czy Zawiszą Bydgoszcz osiągnąć w Europie jakiekolwiek wyniki ponad stan? Zrobili cokolwiek, by ktokolwiek ich zauważył? W ostatnich latach pamiętam tylko jeden przypadek, w którym polska drużyna w europejskich pucharach zagrała wyraźnie powyżej oczekiwań – Ruch Chorzów. Prowadzony przez Słowaka. W pozostałych przypadkach trenerzy skupiają się raczej na pokazywaniu, że rywal miał wyższy budżet.

Zmiana pokolenia nie wystarczy

 Gdy wchodziłem w świat piłki, myślałem, że to kwestia zmiany pokoleniowej. To były czasy, w których jeszcze pracowali w polskim futbolu trenerzy pokroju Janusza Wójcika, Mieczysława Broniszewskiego czy Mariusza Kurasa. Po kilkunastu latach okazuje się, że to myślenie jest zakorzenione dużo głębiej. Że wchodzące pokolenie młodych Probierzy, Ojrzyńskich czy Urbanów, nie sprawiło, że polska liga zaczęła gonić świat. Polski trener nadal najczęściej jest tym pokrzywdzonym, który urodził się w złym miejscu. Bo gdyby był tym, kim jest i urodził się w Katalonii, wołaliby na niego „Pep”. A takie myślenie jest wyjątkowo demobilizujące. Bo jeśli jest się tak dobrym, jak najlepsi na świecie, a trenuje się Grzelczaka zamiast Aguera, nie pozostaje nic innego jak załamać ręce i złorzeczyć wokoło.

Sygnały zmiany?

 Dlatego bardzo doceniam choćby ślady pojawiających się u polskich trenerów myśli, że to jednak nie przypadek, że nasz futbol ligowy od lat tkwi, tu, gdzie tkwi. Że to jednak nie jest przypadek, że absolutnie nikt z zagranicy nie chce zatrudniać polskich trenerów. Takie myśli prowadzą do wniosku, że trzeba nadganiać świat. Że jeśli mamy się zacząć zbliżać choćby do europejskich średniaków, musimy biec szybciej od nich. A mam wrażenie, że w ostatnim czasie takich trenerów zaczęło się pojawiać jakby więcej.

System ważniejszy niż Zlatan

 Wprawdzie środowisko dalej nie do końca jest gotowe, wprawdzie gdy Marcin Brosz zaprasza do sztabu Górnika Zabrze człowieka, który w Borussii Dortmund pracował nad poprawą działania mózgu piłkarzy, słyszy krytykę, że „każe piłkarzom bawić się jakimiś piłkami tenisowymi”, ale zaczynają się pojawiać ślady normalności. Ruszyło mnie niedawne zdziwienie światowych dziennikarzy, gdy Roberto Martinez, selekcjoner reprezentacji Belgii, zaczął nagrywać dronem treningi swojej drużyny. Ruszyło mnie, bo u nas to już oklepany temat – trener Czesław Michniewicz robił to już w Pogoni Szczecin i robi dalej w Bruk-Becie Termalice Nieciecza. Ruszyła mnie niedawna rozmowa z Andrzejem Rybarskim, trenerem Górnika Łęczna, który absolutnie wszystkie aspekty pracy jego drużyny, stara się przeliczyć na mierzalne elementy, fascynuje go koncepcja „Moneyball” w piłce nożnej i interesuje model Midtjylland. Ruszyło mnie nie dlatego, że myślę, że „Moneyball” da się przenieść z baseballa do piłki nożnej, bo tego jeszcze nie wiemy, ale dlatego, że w zapyziałym Górniku Łęczna pracuje człowiek, który się w ogóle nad tym zastanawia, zamiast patrzeć, jak jego piłkarze wchodzą po schodach. Właśnie w takich Górnikach Łęczna, Bruk-Betach, I-ligowcach potrzeba nam trenerów myślących w ten sposób. „W ten sposób” nie oznacza, że Rybarski, Brosz czy Michniewicz myślą tak samo. Myślą o futbolu zupełnie różnie. Ale łączy ich to, że rzeczywiście chwytają się wszelkich sposobów, by swoich piłkarzy popchnąć na wyższy poziom. Przez lata słyszałem od polskich trenerów „dajcie mi 200 milionów, a będę grał jak Barcelona”. Nie dziwcie mi się, że zdębiałem, gdy usłyszałem: „na warunki Górnika Łęczna, gdybym miał do wyboru Zlatana Ibrahimovicia albo nowoczesny system analityczny, raczej wybrałbym system analityczny”.

Pionierom sterczą strzały z pleców

 Wierzę, że takich trenerów będzie coraz więcej. I właśnie w takich, trochę prowincjonalnych klubach. Myślę, że w dużej mierze w tym tkwi współczesny fenomen niemieckiego futbolu, że Juergen Klopp, Thomas Tuchel objawiali się w FSV Mainz, a nie w Bayernie, Jezus w Betlejem, a nie w Jerozolimie, że Ralf Rangnick przez większość swojego życia nauczał futbolu w Ulm, Hoffenheim czy w Lipsku, a nie w Borussii Dortmund, że Volker Finke wprowadzał ustawienie bez libero we Freiburgu, a nie w Hamburgu. Rewolucja wybucha na prowincji, dopiero potem maszeruje na stolice. I chociaż nie będzie im łatwo, cieszę się, że ślady takiego myślenia zaczynają się w Polsce pojawiać. Nawet jeśli oni sami nie dadzą rady (Brosz czy Michniewicz pracują w zawodowej piłce od ponad 10 lat i nigdy nie dostali do prowadzenia klubów nawet z polskiego topu), nawet jeśli pionierom sterczą strzały z pleców, pojawia się nadzieja, że za nimi pójdą kolejni, którym już się uda. To kwestia nie jednego, a pewnie paru pokoleń, ale może programowe myślenie polskiego futbolu, że „się nie da”, kiedyś jednak zniknie. To więcej niż pewne, że w „magiczny sposób” pójdzie za tym i poprawa wyników i poprawa opinii o polskich trenerach za granicą.

Oto, jak wygląda sytuacja z trenerem Podbeskidzia

W ostatnich dniach pojawiało się sporo newsów pt: „X blisko Podbeskidzia”, „Y już dogadany z bielszczanami”. Na razie nikt nie jest do końca blisko ani nikt nie jest do końca dogadany.

Stworzyła się tego lata na polskim rynku dziwna sytuacja, w której niemal w połowie klubów nie było wiadomo, kto będzie trenerem. Pogoń nie przedłużyła kontraktu z Czesławem Michniewiczem, Korona z Marcinem Broszem, Piotr Mandrysz niby powiedział zawodnikom Termaliki, że zostaje i wyjechał na urlop, ale coś podejrzanie długo klub nie ogłasza tego jego pozostania, z Legii mógł (może?) odejść Czerczesow, niektórzy spekulowali czy Łęczna pozostawi na stanowisku Rybarskiego, niepewna była przyszłość Latala w Piaście, a do tego doszli spadkowicze, czyli Podbeskidzie i Górnik. Pomieszanie z poplątaniem.

 

Wszystkie te drużyny zaczęły się odzywać do mniej więcej tych samych trenerów, a wszyscy trenerzy zaczęli dostawać propozycje z mniej więcej tych samych klubów. Byli jak panny na wydaniu, rozmawiali z jednymi, ale drugim uchem wysłuchiwali propozycji drugich. Dopóki jeden klub nie podejmie konkretnej decyzji, pat będzie trwał.

 

Teraz wiadomo już trochę więcej. Pogoń wzięła Moskala, Korona Wilmana, Czerczesow raczej zostanie w Legii, Latal raczej zostanie w Gliwicach, a Mandrysz raczej w Niecieczy. Jak się można domyślić, Podbeskidzie i Górnik są na dole tego łańcucha pokarmowego. Trenerzy przede wszystkim chcą się załapać do ekstraklasy i to do jak najmocniejszych klubów. Jak się nie załapią, to wtedy ewentualnie zajmą się Podbeskidziem i Górnikiem. Na razie rozmawiają, wszystko fajnie, ale liczą, że uda im się popracować wyżej.

 

Dlatego sprawy trwają. Podbeskidzie chciało mieć nowego trenera do końca maja, czyli do dzisiaj, ale to się nie uda. Bo prezes Tomasz Mikołajko chce podjąć decyzję w spokoju. Wbrew pozorom, pośpiechu nie ma. I liga rusza na początku sierpnia, czyli za dwa miesiące. Piłkarze mają urlopy do 20 czerwca, więc parę dni opóźnienia nie sprawi, że klub się zawali.

 

Mikołajko rozmawiał z kilkunastoma trenerami. Byli wśród nich uznani i nieznani, utytułowani i nieutytułowani, polscy i zagraniczni. Do nieutytułowanych i nieznanych w klubie nie mają przekonania, bo to bardzo duże ryzyko. Podbeskidzie musi podjąć dobrą decyzję. Jeśli postawi teraz na dobrego konia, to spadek prawdopodobnie okaże się oczyszczeniem i przykrym doświadczeniem, ale niczym więcej. Ot, klub ma solidne fundamenty, nowy stadion, niezły skład, który nowy trener pewnie  poukłada i szybko uda się wrócić. Tak jak Zagłębie Lubin, które zrobiło puchary w większości zawodnikami, którzy dwa lata wcześniej spadli z ligi. Po prostu postawiło na dobrego trenera, czyli Piotra Stokowca. Ale postawienie na złego trenera w tym momencie może się skończyć jak w GKS-ie Bełchatów. Czy w SC Paderborn. Spadkiem rok po roku. Decyzja jest kluczowa. Dużo ważniejsza od tego czy zostanie Mójta (nie zostanie, na stole jest oferta z Wisły. Konkretna, za gotówkę) albo czy zostanie Zubas (możliwe, bo ma wysoką kwotę odstępnego).

 

Do zagranicznych też w klubie nie mają przekonania, bo I liga jest specyficzna i wcale nie taka łatwa. Wymaga dobrego rozeznania. Jego zwykle zagraniczni trenerzy nie mają. Mogliby się zderzyć ze ścianą. Zorientowanie się w realiach mogłoby zająć zbyt dużo czasu.

 

W Podbeskidziu chcą więc trenera z jakąś renomą. Po rozmowach, grono kandydatów mocno się zawęziło. Rozmawiali z Marcinem Broszem, do którego ani prezesa ani sponsorów nie trzeba przekonywać. Rozmawiali z Czesławem Michniewiczem (wczoraj).  Mówi się, że trenerowi bardzo zależy na pozostaniu Roberta Demjana i że chciałby wsparcia finansowego Murapolu na transfery. Sam trener mówi, że dobrze wspomina Bielsko i wyobraża sobie pracę w I lidze, ale na dłużej, a nie tylko na rok. No, ale obaj to trenerzy renomowani. Czyli chcieliby grać o poważne cele. Do I ligi mogą pójść, ale raczej na kilkuletni kontrakt. No i jeśli nie dostaną czegoś w ekstraklasie. I to nie są desperaci. Ich kariera pokazała, że potrafią czekać i nie biorą pierwszej lepszej oferty. Jeśli ani Podbeskidzie ani nikt inny nie da im tego, czego oczekują, to prawdopodobnie się nie ugną. Do 30 czerwca mają kontrakty w obecnych klubach. Potem pooglądają Euro, zrobią sobie urlop. A w połowie lipca zacznie się ekstraklasa i jeszcze przed końcem wakacji kilka posad się zwolni. To jest zawodowy rynek, zawodowych trenerów i zawodowych klubów. Sentymenty mają tu dość małe znaczenie.

 

Dlatego Podbeskidzie jest skazane na czekanie. Pewnie jeszcze przez kilka dni. Kilka klubów oficjalnie się zadeklaruje, wtedy przyjdą konkrety. Na razie trwają objazdowe negocjacje. Trwa wymiana wizji. Nawet jeśli wydaje ci się, że razem z trenerem się rozumiecie, musisz mieć świadomość, że za kilka godzin ma umówione spotkanie w innym mieście. Czasem łatwiej znaleźć trenera w trakcie sezonu, gdy na decyzję jest kilkanaście godzin, a na rynku dwóch desperatów do wyboru.

 

Górnik był Steauą, a Ruch Legią

Mam problem z pisaniem o Ruchu Chorzów w tym sezonie. Dwa lata temu – wiadomo. Trzeba było chwalić. W zeszłym sezonie – jasne. Nie sposób było chwalić. A teraz? Ni pies, ni wydra. Już łapiesz za komputer, żeby napisać, że są beznadziejni, kiedy nagle zaczynają grać. Już chcesz pisać, że zrobili znaczący postęp, by zagrać tak katastrofalnie, że oczy bolą. Nie wiem co sądzić o Ruchu.

Skoro nie jest dobry, ale też nie jest zły, to może przeciętny? Tylko przeciętna drużyna, taki Widzew czy Podbeskidzie, grają w miarę równo przez 90 minut. Nie wznoszą się na jakieś wielkie wyżyny, ale też nie mają wielkich wahnięć. Ruch potrafi zagrać cztery różne mecze w czasie jednego meczu.

Biorąc to wszystko pod uwagę, Wielkie Derby Śląska przypominały mi mecz Steauy z Legią, gdzie Górnik zagrał w roli Steauy, a Ruch wcielił się w Legię (sorry). Górnik, gdy grał, był dwie klasy lepszą i nie było co do tego wątpliwości. Ale gdy tylko był, Ruch potrafił na chwilę dojść do głosu i jeszcze w tym czasie strzelać gole. Dlatego, jak Legia, zdobył korzystny wynik, wcale nie prezentując się za korzystnie.

Tak jak Steaua nie była w stanie grać całego meczu pressingiem, tak nie był w stanie Górnik. Ale gdy to robił, nie było, co zbierać. Cieszy mnie, że wreszcie wziął się za siebie Paweł Olkowski, w którym od czasów GieKSy widzę reprezentanta Polski, ale w poprzednich dwóch sezonach jakoś tego nie potwierdzał. Nakoulma po prostu wpieprzał się, żeby nie powiedzieć gorzej, ostro, bezkompromisowo, całym Nakoulmą w obrońców i siał postrach. Mariusz Przybylski grał na swoim wysokim poziomie. Zachara popisał się niebywałą skutecznością. O tym jak dobrze potrafi grać Górnik, niech świadczy fakt, że nie irytuje Mączyński! Podaje do przodu, celnie, nieźle dogrywa ze stałych fragmentów gry, czasem strzeli z dystansu. I to piszę o Krzysztofie, nie o Mateuszu!

Górnik mógł dobić Ruch, ale potem skupił się na wybijaniu piłki. Nie tyle, że nie potrafił się przy niej utrzymywać, bo przecież „Niebiescy” jakoś specjalnie nie przeszkadzali, ale jakby nie chciał. Laga na Nakoulmę i spokój. A za to prawie zawsze się płaci.

Ruch? Na miarę możliwości. Ale aż nie chcę myśleć, gdzie dziś byłaby ta drużyna, gdyby nie jej weterani i ich zanikająca umiejętność strzelania z dystansu. Malinowski dał punkty z Lechem i Lechią, Surma z Legią, Zieńczuk z Górnikiem. Wszystko zza pola karnego. Czyli gdzie by był Ruch? Z jednym punktem na ostatnim miejscu w tabeli.

Zauważyłem też, że nie rozumiem trenerów. Nie to, że się mądrzę, ale nie rozumiem. Przecież każdy oglądający mecze na trzeźwo człowiek wie, że Bartłomiej Babiarz był jednym z najlepszych środkowych pomocników I ligi, ale też domyśla się, że wystawianie go na lewej obronie może się skończyć masakrą. I skończyło się, bo przy pierwszym golu Babiarz zaliczył kluczowe podanie przed piękną asystą Małkowskiego, a przy drugim golu… Co on zrobił przy drugim golu? Nie wiem. Biegł, trącił piłkę, po czym zostawił ją i zaczął uciekać. Nie wiem na co liczył, ale podejrzewam, że nie na idealną piłkę Przybylskiego do Nakoulmy i stratę gola przez Ruch. Oba gole obciążają Babiarza, ale dlaczego w ogóle trener go tam wystawił?

A Grzegorz Kuświk? Ja wiem, że Jankowski głową jest gdzieś indziej i zamieszanie na pewno odbija się na nim negatywnie, ale porywanie się na ekstraklasowego przeciwnika z Kuświkiem, to jak kawaleryjska szarża na czołg. Jankowski z głową w Mons, a prawą nogą w Lubinie i tak jest groźniejszy.

Adama Nawałki też nie rozumiem. Norbert Witkowski był od pierwszej kolejki walizką pozostawioną na dworcu w Islamabadzie bez opieki. Można liczyć, że ktoś zapomniał, ale można się też liczyć z tym, że to tykająca bomba. Co więcej, Nawałka nie jest w sytuacji Czesława Michniewicza, który bramkarza wybiera spomiędzy raka trzustki a raka prostaty, bo na zabrzańskiej ławce siedział Pavels Steinbors, który w Bełchatowie bronił na poziomie dla Witkowskiego nieosiągalnym. Dlaczego więc po raz kolejny bronił Witkowski? Nawet gdyby nie puścił tego gola w końcówce, jego występ i tak byłby zły. Co to było za pełzanie wzdłuż linii końcowej, po którym Jankowski strzelał na pustą bramkę? A pierwszy gol? Niby nie jego wina, cudowny strzał Zieńczuka, ale na oko widać, że szwankuje komunikacja z obrońcami – gdyby Szeweluchin zostawił piłkę Witkowskiemu, to Zieńczuk nie powąchałby piłki. A zostawiłby, gdyby miał za sobą wrzeszczącego Witkowskiego.

Z drugiej strony, co ja się tam znam. Jak nawet Mączyński zaczął grać, to Nawałka musi naprawdę widzieć lepiej niż wszyscy inni. Szkoda, że zaczął grać dopiero po kilku latach frustrowania, ale chapeau bas, że w ogóle zaczął.

Górnik zaskoczył, bielskie derby niestety nie…



Dziś na liczniku mam dwa mecze drużyn, które nas na tym blogu interesują. Jeden całkiem dobry, drugi ciężkostrawny.

Bełchatów – Górnik

Nie wierzę. Górnik, o którym znawcy tematu mówili, że nie przejdzie rundy w Pucharze Polski, dopóki jego trenerem będzie Nawałka, gra dalej! Myślałem, że zabrzanie przegraliby nawet z „wolnym losem”, a tymczasem doszło do jakiejś totalnej zmiany myślenia. Czas umierać.

Myślę sobie, że…

  1. Pavels Steinbors będzie pierwszym bramkarzem Górnika. Nie wiem czy już w Wielkich Derbach Śląska czy za tydzień, czy za miesiąc. Będzie. Nie ma siły, żeby ten gość przegrał na dłuższą metę rywalizację z Norbertem Witkowskim. Podobno Łotysz początkowo prezentował się świetnie, a po podpisaniu kontraktu gwałtownie zjechał z formą. Nawet jeśli tak, to chyba wraca. Bez niego Górnik mógłby dziś nie wygrać. Dobry refleks, pewne wyjścia do dośrodkowań. W bramce Górnika nie będzie wyrwy i to cieszy.

  2. Szymon Skrzypczak nie zrobi w Zabrzu kariery. Jasne, sympatie i antypatie Adama Nawałki są czasem kompletnie irracjonalne i rozumie je tylko Adam Nawałka, ale czasem to po prostu widać. Strzelił gola w debiucie. Dobrze, i co z tego? Grał źle. Podpisuję się pod zdaniem redakcyjnego kolegi, który powiedział: „Skrzypczak zimą pójdzie na wypożyczenie i to będzie jego koniec kariery w Zabrzu”.

  3. Nie wiem czy Wojciech Łuczak zrobi w Zabrzu karierę, ale wiem, że powinien. Podobał mi się już w Łęcznej, uważałem, że Górnik robi świetny ruch, ściągając go. Nawałka stawiał na niego – hmm – dość oszczędnie, ale teraz nie ma Kwieka, a jest Łuczak, który naprawdę pokazuje, że wie, co robi na boisku. Po raz kolejny.

  4. Podobało mi się kilka zagrań Siergieja Mosznikowa. Ma ten rys nieszablonowości. A Sobolewski? Bez zmian. Ile razy jakiś klub ściąga starego zawodnika, jego kibice lamentują, że ściąga się dziadków, a nie młodzież. Po paru meczach okazuje się, że rep jest lepszy od wszystkich. Ruch ciągnie Malinowski i zaczyna Surma, w Górniku świetnie gra Sobolewski. Czasem myślę, co będzie jak oni wszyscy skończą kariery, ale potem przypominam sobie, że młodzi też się zestarzeją i będą lepsi od wszystkich. Taki Mila 10 lat temu irytował, dziś da się go znieść, a za pięć lat będzie się patrzeć na jego grę z przyjemnością.

  5. Bełchatów gra lepiej niż wiele drużyn ekstraklasy – tak, wiecie, który klub mam zwłaszcza na myśli, ale są tacy, którzy twierdzą, że się na rodzinne miasto uwziąłem. Odnalazł się Arkadiusz Malarz. Nie wiedziałem, że wrócił do Polski. Pierwszy raz od dawna widziałem też Pawła Baranowskiego, którego potencjału uważam, że Podbeskidzie nie wykorzystało. Dziś się nie pokazał. Mam jednak do niego sentyment, bowiem przy nim po raz pierwszy doświadczyłem okrutnej i krwawej zemsty kobiecej za krytykę „ich misia, a przecież on tak dobrze gra w piłkę głupi debilu-pismaku!!!”. Teraz jestem już w tej kwestii doświadczonym zawodnikiem :-)

Rekord Bielsko-Biała – Podbeskidzie II Bielsko-Biała

Nie mogło mnie nie być na kolejnych III-ligowych derbach miasta. Rekord widziałem w tym roku po raz pierwszy. Podbeskidzie II – na swoje nieszczęście – nie.

 

  1. Nie chcę za szybko oceniać, ale coś mi mówi, że Sebastian Bartlewski będzie miał problemy – albo już ma – z twardym stąpaniem po ziemi. Porozmawiałem z nim dziś chwilę i myślałem: „Nie dokazuj, przecież nie jest z ciebie znowu taki cud”. Może to i najzdolniejszy junior w Polsce, może ja się nie znam, ale on kompletnie nic nie grał. Nie wyróżnia się – po raz kolejny – na tle III-ligowców. On chce do pierwszej drużyny. A w czym on tak naprawdę lepszy od jakiegoś Damiana Nowaka czy innego Jonkisza?

  2. Rekord bardzo taktownie rozegrał zwolnienie Ireneusza Kościelniaka. Janusz Szymura ogłosił, że będzie rewolucja i stawianie na młodzież mocne jak w krucjacie dziecięcej, a efekt jest taki, że w podstawowej jedenastce gra jeden nastolatek, który notabene grał i rok temu. Papatanasiu, Koczur, Woźniak, Rucki, Michałowski dalej są i znaczą wiele. Kościelniak jednak od początku do tego klubu nie pasował.

  3. Jak to jest, że tym młodym z Podbeskidzia tak bardzo się nie chce?! Ja nie wiem, można grać słabo, coś może nie wyjść, ale oni już w kolejnym meczu nie wykazali grama ambicji. Wojtasik, Bujok, Olszowski z BKS-u byli jak Pendolino na włoskich torach. Wojtasik, Bujok, Olszowski w Podbeskidziu są jak Pendolino na polskich torach. Najlepszym zawodnikiem „Dwójki” był dziś Juraj Dancik, którego klub potraktował bardzo brzydko. Święci pańscy, to jeden z najdłużej grających zawodników w historii Podbeskidzia, przechodził z tym klubem różne chwile. Nie mówię, że zasłużył na przedłużenie kontraktu, ale skoro ma ważny, to czemu próbować go rozwiązać? Jurek jest bliżej niż dalej końca kariery, osiadł tutaj, robi papiery trenerskie. Za chwilę będzie cenne kogoś takiego mieć u siebie, więc po co palić mosty? Co mnie obchodzi, że kontrakt Dancika negocjował Glogaza a nie Borecki? Pacta sunt servanda.

  4. Łatwy test na to, czy ktoś widział w akcji Piotra Adamka: kto się domaga, żeby zastąpił w bramce Rybansky’ego, ten go nigdy nie widział. To pewne. Ten chłopak powinien szybko znaleźć inne zajęcie, póki młody. Dziś miał prostą do wyłapania piłkę. Pomijam, że jej nie złapał, ale on jej nawet nie umiał wypiąstkować! Uderzył ją nieudolnie w górę i stworzył zagrożenie z niczego. Żaden piłkarz Podbeskidzia tak dobrze nie stwarza zagrożenia jak on.

    Zastanawia mnie jedno. Można ściągnąć słabego młodego bramkarza i się pomylić. Zdarza się. Ale który geniusz wpadł na to, by po pół roku przedłużyć jego kontrakt?

Hit dnia: sprawa testowanego bramkarza Vujadinovicia. Michniewiczowi bardzo się spodobał i chciał go od razu do drużyny, ale oczywiście nie dogadał się w sprawach finansowych. Podbeskidzie chce robić ekstraklasę za darmo, a za darmo umarło. Zajac do treningów ma wrócić za sześć tygodni, a Podbeskidzie zostało z Ladislavem jak Himmilsbach z angielskim. Wytłumaczenie pożegnania Czarnogórca jest boskie. Za „Przeglądem Sportowym”: Bielszczan nie stać na utrzymanie czterech bramkarzy, a w kadrze są już Zajac, Rybansky i Adamek.

Ktoś myślał, że jak przyjedzie Vujadinović, to tamci znikną? Obawiam się, że kogo by nie przywieźli na testy, to i tak w kadrze będzie już trzech bramkarzy.

 

Górnik potrzebuje rewolucji

Jeśli normalny, zdrowy człowiek, po dobrze przespanej nocy, nie przechowujący w żyłach ani kropli alkoholu, zainteresowany futbolem, zwłaszcza polskim, a już w szczególności śląskim, siada przy meczu i w 15. minucie zasypia, mimo że przez poprzednie siedem godzin nie uśpiło go czytanie o historii Niemiec, to coś tu jest nie tak. Górnik Zabrze robi mi to ostatnio notorycznie.

Bez żadnej przesady, nie wiem czy jest obecnie w ekstraklasie drużyna gorzej grająca w piłkę. Do wczoraj myślałem, że Pogoń Szczecin…

Nie wiem, co jest tego przyczyną, ale wiem, że trwanie w tym stanie po wakacjach może się zakończyć dla Górnika katastrofą. Na razie dalej jest to jeden z najlepszych sezonów od lat. Tyle, że są bardzo wyraźne symptomy, które każą się obawiać, czy następny nie będzie najgorszy od lat.

Jestem niemal przekonany, że w Zabrzu doszli do momentu, w którym nie wystarczy, że latem trener weźmie piłkarzy do Zakopanego i Radenci, dwóch sprzeda i dwóch dokupi, wpuści jeszcze do tego dwóch młodych i wszystko będzie cacy. Mam wrażenie, że w Górniku coś się musi wydarzyć.

Czadoblog pisze, że przed Górnikiem są cztery rozwiązania. Przytoczę:

„- ten sam trener buduje spokojnie drużynę na tym samym budulcu, bez większych zmian;

- ten sam trener buduje drużynę od nowa po odejściu kilku bardzo ważnych zawodników (kilku kończą się kontrakty, mnie śmieszy jedynie, że z Zabrza mógłby odejść Mączyński. Tak, to byłaby „fundamentalna” strata);

- inny trener buduje spokojnie drużynę na tym samym budulcu, bez większych zmian;

- inny trener buduje drużynę od nowa po odejściu kilku bardzo ważnych zawodników.”

Najbardziej skłaniałbym się ku rozwiązaniu drugiemu, choć brakuje mi w nim słowa „rewolucja”. Odejście kilku kluczowych zawodników, to jednak nie to samo, co „rozpirzenie istniejącej drużyny i budowa nowej”. Ale pod kierownictwem tego samego trenera. Dla Nawałki jest już gotowy nowy kontrakt, ale na razie nie przedstawiono go trenerowi do podpisu. Mam nadzieję, że wreszcie to zrobią. Nawałka ma swoje wady, to bez wątpienia, ale nie ulega też wątpliwości, że to dobry trener. Z tym składem osobowym doszedł już do ściany. Coś się wypaliło, pewne metody już nie działają. Ale byłoby strasznym błędem, gdyby w tej sytuacji zachować się typowo po polsku – pozbyć się trenera, a słabych piłkarzy zostawić. Wiem, że Adam Nawałka zachowuje się jak Jose Mourinho w Porto – „W Porto był Bóg, a zaraz po Bogu ja” i wielu osobom może to przeszkadzać. Wiem, że Nawałka powinien się zachowywać jak pracownik, a w wielu sytuacjach zachowuje się jak pracodawca, ale nikogo lepszego Górnik raczej nie dostanie. Coś jak z Churchillem i demokracją.

Nie ulega jednak wątpliwości, że trwanie w tym samym składzie byłoby katastrofą. Ktoś powie, że nie można robić rewolucji, bo ta drużyna była budowana od dawna, z myślą o nowym stadionie. Była budowana, ale okazała się za krótka. W pewnym momencie wydawało się, że z domku jednorodzinnego może powstać wieżowiec, ale ktoś przyszedł i przypomniał, że fundamenty są jednak pod domek jednorodzinny. Ci zawodnicy zrobili swoje, powinni dostać kwiatki i miłe słowo na koniec, ale mam wrażenie, że nikt już na nich nie może patrzeć. Nawet jeśli zabrzańscy kibice się oburzają, czytając, że czekanie na autobus jest ciekawsze od patrzenia na grę Górnika, to nie robią tego z pełnym przekonaniem.

Jeśli ktoś chce kupić Nakoulmę – niech bierze. Skorupski? Dobry jest, przydałby się, ale mam wrażenie, że tkwienie wśród kumpli z okolicy kiedyś go ściągnie na złą drogę. Że wywinie taki numer, po którym Górnik będzie z nim musiał rozwiązać kontrakt i nie zarobi ani grosza. Słowem, sprzedawać! Olkowskiego chce Augsburg? To samo co ze Skorupskim – droga wolna. Kwiek już jest w Zagłębiu. Reszty raczej nikt nie zechce kupić, lecz gdyby chciał, niech bierze. I żeby nikomu do głowy nie przyszło przedłużanie kontraktów z Mączyńskimi, Zahorskimi i Boninami.

Wszystko sprowadza się do jednego. Górnik powinien zrobić to, co Piast Gliwice po sezonie 2010/2011. Marcin Brosz przegrywał wiosną tak, jak teraz Nawałka, a że nie miał mocnej pozycji, to kibice chcieli jego zwolnienia. Przy Nawałce też by tak było, ale nawet podchmielony Alojz wie, że zrobił za dużo dobrego, by tak po prostu krzyczeć „Nawałka wypie…”. Prezes Drabicki nie zwolnił wtedy Brosza, a on pozbył się większości drużyny. Na jej gruzach, za bezcen, zbudował ekipę, która awansowała do ekstraklasy, a po kolejnych wzmocnieniach za chwilę zadebiutuje w europejskich pucharach.

Argumenty odbiera mi tylko sam Nawałka. Chcę w nim widzieć twardego faceta, który ma głowę na karku i wie, co ma latem zrobić. To, że nie reaguje już tak emocjonalnie jak kiedyś, tłumaczę tym, że wie, iż nie ma co się stresować, bo z tą zgrają puchary i tak są już przegrane. Ale kiedy słyszę, że Olkowskiego do Augsburga nie chce puścić, a z Mączyńskim chce przedłużyć kontrakt (>$@$!?!), to sam już nie wiem, czy wie co robi. Ostatnie okienko transferowe wyszło Nawałce tak dramatycznie, że teraz coś się powinno w kwestii podejmowania decyzji zmienić. Trener powinien dostać SILNEGO, mocniejszego od siebie, fachowego dyrektora sportowego. „Obecny” – wiceprezydent miasta Krzysztof Lewandowski – się w tej roli nie sprawdził.

Młodzież Adama Nawałki

Adam Nawałka udzielił wywiadu „Przeglądowi Sportowemu”, co już samo w sobie jest zaskakujące, bo nie tak dawno trener Górnika Zabrze zapowiadał, że poza konferencjami prasowymi nie będzie rozmawiał z mediami. Jeszcze bardziej zaskakujące jest jednak, co szkoleniowiec zabrzan w tymże wywiadzie powiedział.

Teraz Wojtka (Łuczaka – przyp. MT) nie ma, ale są inni młodzi gracze. Żeby jednak wkomponowali się do składu i poczuli automatyzmy, które działały jesienią, potrzeba trochę cierpliwości.

Skoro Nawałka mówi „Wojtka nie ma”, tzn., że ma na myśli podstawowy skład. Śledzę na bieżąco poczynania Górnika, więc mocno mnie zastanowiło, o jakich nowych, młodych graczy może chodzić.

W meczu z Podbeskidziem najmłodszy spośród zawodników, którzy jesienią grali rzadko albo wcale był 25-letni Siergiej Mosznikow (rezerwowy).

W meczu ze Śląskiem Mateusz Zachara, który ma 23 lata, ale wszedł tylko na 20 minut, więc trudno chyba twierdzić że Górnik przegrał przez to, że „Zachara nie wkomponował się do składu i nie poczuł automatyzmów”.

W meczu z Widzewem najmłodszy był Bartosz Kopacz – 20-latek – tyle, że Górnik wtedy wygrał.

Z Legią zagrał jesienny skład, wsparty wspomnianym Łuczakiem i Zahorskim, którego młodym chyba nikt, kto się urodził po wojnie, nie nazwie.

Z Lechem był jeszcze Bonin, ale to przypadek podobny do Zahorskiego.

I tak dalej.

To wytłumaczenie słabej postawy jest chyba dla kompletnych naiwniaków, którzy nie wiedzą, ile lat ma który zawodnik. Problemem zimowych transferów Górnika nie jest to, że przyszli do niego młodzi gracze, którzy jeszcze nie zdążyli się wkomponować. Problemem jest to, że przyszli gracze albo słabi (Bonin, Zahorski, raczej Mosznikow) albo bez formy (Jeleń, Kuś), albo w ogóle nie przyszli (Słodowy), bo Górnik wciąż czeka na certyfikat z Viktorii Żiżkow, a certyfikatu nie ma, bo Czesi chcą pieniędzy.

Trener mówi, że w Zabrzu jest zupełnie inna drużyna niż jesienią. Jasne, jest słabsza. Arkadiusza Milika nie zastępuje się ot tak, choć na pewno wspomniane wyżej transfery nie były nawet próbą zapełnienia luki po napastniku Bayeru Leverkuen. Ale gdyby wszyscy pozostali grali na swoim poziomie, to i tych nieszczęsnego Bonina i Zahorskiego udałoby się jakoś ukryć.

Górnik w siedmiu wiosennych meczach stracił 10 bramek, a w poprzednich 15 tylko o jedną więcej. A obrona, choć trochę się zmieniała, to była kosmetyka. Został ten sam bramkarz, ta sama para stoperów, ten sam lewy obrońca (czasem zastępowany jeszcze lepszym Magierą, którego na jesień niemal nie było) i prawy obrońca Olkowski zamiast Bembna. Tyle, że jak ten Bemben grał z Jagiellonią, to Stefana Szczepłka pewnie aż świerzbiły palce, żeby napisać coś o tym, że doświadczony gracz odpuścił mecz.

Nieswojo prezentują się niemal wszyscy zawodnicy Górnika. Przydałby się jakiś plan naprawczy – zagaja dziennikarz „PS”.

Przede wszystkim dokonaliśmy wnikliwej analizy dwóch ostatnich spotkań. Wyciągnęliśmy wnioski.

A więc kibice Górnika Zabrze mogą już spać spokojnie! Co było, to było, ale skoro analiza dokonana, wnioski wyciągnięte, to już sytuacja opanowana. Nikt przecież tak dobrze nie wyciąga wniosków jak polski ligowiec.

Z trenerem Nawałką zgadzam się natomiast w kwestii europejskich pucharów. Dziennikarz mówi, że Górnik to nie jest drużyna na Europę. Może i prawda, ale takich mamy w Polsce maksimum dwie, ale to w bardzo optymistycznym scenariuszu, a miejsc pucharowych cztery. Po wczorajszych rozstrzygnięciach w Pucharze Polski, jest wielce prawdopodobne, że czwarte miejsce w lidze da awans do pucharów, a więc Piast z Górnikiem stoczą zabójczą walkę o Europę. Czy tego chcą czy nie.

PS A na koniec tego małego przeglądu prasy, cytat z Jarosława Kołodziejczyka, prezesa Piasta, w dzisiejszym „Sporcie”: „Nie chcę zdradzać nazwisk zawodników, którymi się interesujemy, bo jeszcze ktoś by nam ich podebrał”. Zaiste, wie przed czym się bronić. Sami przecież zimą podebrali GieKSie Franka Adu Kwame.

 

 

 

 

Najgorsze Derbiki w historii

Rzadko kiedy zdarza się taki rozdźwięk. Zwykle – nie licząc ortodoksyjnych fanatyków – mecz, jaki jest, każdy widzi. W przypadku zabrzańsko-bielskich Derbików, działo się coś dziwnego. Niektórzy widzieli w tym spotkaniu coś interesującego!

Nie wiem, naprawdę nie wiem, o co chodzi. Ja widziałem, owszem, kilka ciekawych rzeczy. Cała ekipa porządkowych najpierw skwapliwie zamiatała, a potem odkurzała zielony dywan na zabrzańskiej trybunie. Ochroniarze chodzili po nowych trybunach, szukając czegoś, jakby bomby. Ale żeby coś ciekawego było na boisku? Ktoś ponoć coś widział. Brylowała w tym przede wszystkim telewizja Polsat. Mecz widziałem na żywo ze stadionu, więc z naturalnych przyczyn nie słyszałem, co też tam opowiadano, ale ponoć jeszcze nigdy Podbeskidzie nie było tak chwalone. Ochy i achy, zachwyty. Co więcej, po zejściu z wizji, zarówno Bożydar Iwanow, jak i Jan Żurek powtórzyli z entuzjazmem, jak znakomity to był mecz. Bez ironii. Iwanow napisał w felietonie na portalu sportowebeskidy.pl, że to najlepsze spotkanie Podbeskidzia, jakie widział na żywo, co nasuwa wątpliwości czy widział jakieś inne niż przegrane z Bełchatowem 0-6 i Górnikiem 1-3 na jesień. Ktoś pod stadionem, słysząc, że Żurek był pod wrażeniem, stwierdził natomiast, iż na co dzień pracuje z graczami LZS-u Piotrówka, więc siłą rzeczy ekstraklasa wywołuje w nim podziw. Może coś w tym jest.

Gdy czytałem wpisy oburzonych czytelników, którzy uważali, że mecz był całkiem ciekawy, szczerze zastanawiałem się czy Polsat nie transmitował przypadkiem Borussii z Malagą.

Co innego jednak było w Derbikach ważne. Podbeskidzie, bodaj pierwszy raz w tym sezonie, potrafiło wygrać, grając kaszanę. Zazwyczaj, żeby wygrać, potrzebowało totalnie zdominować rywala. A tu – mecz na remis i nagle trzy punkty dla bielszczan. To dobrze wróży, bo w taki sposób bardzo rzadko wygrywają spadkowicze. Przyszłych spadkowiczów zwykle da się zauważyć przez to, że przez cały sezon wiatr im wieje w oczy (jak Bełchatowowi w sobotę). OK, zgodzę się, że obrona Podbeskidzia może i dobrze wyglądała, ale mam wrażenie, że jak rywal niespecjalnie próbuje zagrozić, to i obrona Jagiellonii wyglądałaby dobrze. Do defensywy nie ma się jednak o co przyczepić, bo Zajac przynajmniej nie musiał interweniować. Jednak jeśli chodzi o grę do przodu, bywały już w Bielsku, w tym sezonie dużo lepsze mecze. Nawet genialny Robert Demjan akurat wczoraj zagrał jak na siebie bardzo przeciętnie.

Postawa Górnika była natomiast dość łatwa do wytłumaczenia. Jak się ma w środku pola Krzysztofa Mączyńskiego, na skrzydle Grzegorza Bonina, a wynik ratuje się Tomaszem Zahorskim, to trudno oczekiwać czegoś innego niż przegrywanie pięciu spotkań na wiosnę. Samochodem z zaciągniętym ręcznym, zepsutym gazem i przebitymi oponami też się dość trudno jeździ.

Dziwne było właściwie tylko jedno. Co wyprawiał Mariusz Magiera? Kandydat na reprezentacyjnego lewego obrońcę prezentował się wczoraj fatalnie jak reszta drużyny, a dotychczas rzadko schodził poniżej przyzwoitego poziomu.

To jednak, jakie były wrażenia estetyczne, ma w tym momencie najmniejsze znaczenie. Wymęczyliśmy się na trybunach, wynudziliśmy się za wszystkie czasy, gdyby to widział Dariusz Michalczewski, to rzuciłby nie jedną „k…ą”, tylko całą wiązanką. Ale to wszystko nieważne. Podbeskidzie traci teraz pięć punktów do fatalnie grającej Pogoni. Pięć! Przed nimi jeszcze bezpośredni mecz, więc „Górale” naprawdę mogą dokonać niemożliwego. Dotychczas takie straty odrabiała tylko Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, tyle, że zdecydowaną większość spotkań kupowała.

A, korupcja. Od zamieszania wokół meczu Zawisza-Arka, nagle się wszyscy „obudzili”. Lewiński partaczył już niejedno kopnięcie, ale dopiero po korupcyjnym doniesieniu, przestano w tym upatrywać nieudolności, a zaczęto celowości. Podbeskidzie zaczęło wygrywać, więc na wszelkiego rodzaju forach widzę, że Górnik i Ruch puściły mu mecz (ten ostatni chyba żeby samemu spaść). Jakby nie było wiadomo, że ta nasza liga po prostu tak wygląda. Gdyby Lewiński chciał podać do Peskovicia tak jak w meczu z Podbeskidziem, to na pewno by mu nie wyszło. Tu niewiele trzeba. Jeśli ostatnia drużyna dobrze kontruje i w miarę sensownie stoi w obronie, to prawdopodobnie jest w stanie ograć każdą drużynę w Polsce.

Dlatego przeraża mnie, że mamy w pucharach aż cztery miejsca. To oznacza konieczność wysłania na lanie do Kazachstanu kogoś z czwórki Śląsk, Wisła, Piast, Górnik.

Ale można oczywiście obejrzeć mecze tych zespołów, zaklinać rzeczywistość i zachwycić się jak wczoraj komentatorzy Polsatu a latem się zdziwić, że poziom europejskiej piłki tak się wyrównał i na kontynencie nie ma już słabych drużyn.

Mecz z Legią nic nie zmieni

Dziennik „Sport” wziął dziś na spytki Marka Kostrzewę i Jacka Grembockiego. Dawni gracze zabrzan mieli powiedzieć, czego się spodziewają po meczu z Legią. I powiedzieli. Cytuję:

„ W Warszawie Górnik albo pozostanie w grze o puchary, albo definitywnie z niej odpadnie, bo nikt nie będzie na zabrzan czekał” – powiedział Grembocki.

W normalnym świecie należałoby się z nim zgodzić. Ale ten świat nie jest normalny.

„Nikt nie będzie na zabrzan czekał”? Według mnie to nonsens. Czysto hipotetycznie załóżmy, że Górnik w Warszawie przegra (choć równie dobrze możemy założyć wersję odwrotną, Legia już pokazała ile ją dzieli od wizerunku stworzonego przez warszawskich dziennikarzy). Wtedy strata do lidera będzie wynosić dziewięć punktów. Dużo. Ale jak na 11 kolejek przed końcem, to wcale nie aż tak bardzo.

Tu jest jednak mowa o PUCHARACH. „Definitywnie z niej odpadnie”. Definitywnie, czyli nie będzie już cienia szansy na awans.

Grę w pucharach daje w tym sezonie trzecie, a być może także czwarte miejsce (finał Pucharu Polski Legia – Śląsk, przy założeniu, że Śląsk zajmie miejsce w pierwszej trójce). Zabrzanie tracą do trzeciego miejsca jeden punkt. Zakładając, że Polonia wywiezie z Białegostoku trzy punkty – choć właściwie w Polsce, zgodnie z brakiem logiki, powinno być zgoła na odwrót – strata wzrośnie do czterech oczek. Olaboga. Cztery punkty na 11 kolejek przed końcem? Toż to pryszcz.

Nikt na zabrzan nie będzie czekać… Pamiętacie zeszły rok? Ruch bił się o mistrzostwo Polski. W kwietniu jechał na Legię i mówiło się, że to mecz o tytuł. Chorzowianie przegrali i wydawało się, że jest po herbatce. A jak było? Każdy czekał na każdego, Legia zajęła niższe miejsce niż Ruch, który w ostatniej kolejce przez kilkadziesiąt minut był mistrzem. Wygrał Śląsk, który grał tak fatalnie, że nikt nawet się nie zająknął o tym, że może wygrać ligę.

Teraz nastał dla zabrzan taki czas, że co kolejkę będzie się zapowiadać „mecz o wszystko”, „mecz ostatniej szansy”. Tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, by Górnik walczył o mistrzostwo, ale już żądać od zabrzan pucharów wręcz wypada. Obiło mi się gdzieś o uszy, że Polonii nie można brać pod uwagę w kontekście gry o podium. Śląsk? Tam się skupiają bardziej na prawdopodobnym wniosku o upadłość klubu. Naprawdę, Legia, Lech i kto? Lechia? Piast? Już prędzej Zagłębie Lubin.

Polskie realia wyglądają tak, że są dwie całkiem mocne drużyny, które są naturalnymi kandydatami do reprezentowania kraju w pucharach, a miejsca do obsadzenia cztery. Każda drużyna spoza Lecha i Legii będzie się wszystkim wydawała za słaba na puchary. Trudno, taką mamy sytuację, w której miejsc jest więcej niż choćby przyzwoitych drużyn.

Dlatego choćby Górnik przerżnął w Warszawie i jeszcze w czterech kolejnych meczach i tak powinien mieć szansę na puchary do samego końca. I zgrzeszy jeśli jej nie wykorzysta.

Oblężone twierdze

Wśród trenerów ekstraklasy zapanowała nowa moda. Najnowsze zimowe trendy nakazują wypraszać ze sparingów wszelkie kamery, w obawie przed szpiegami najbliższego rywala, który i tak zwykle na stadionie jest. Tak zrobił Pavel Hapal z Zagłębia Lubin, a wczoraj powtórzył Adam Nawałka z Górnika Zabrze.

Pytam: po co? Choć równie dobrze mógłbym spytać: jakim prawem?

To, że Nawałka jest świetnym trenerem (już) nie ulega wątpliwości i nikt nie kwestionuje jego przeszłych zasług dla Górnika, ani też nie przekreśla możliwych przyszłych sukcesów. Ale to nie znaczy, że trzeba każdą jego decyzję i dziwaczne zachowanie pochwalać czy przymykać na nie oko, tylko dlatego, że ma wyniki. O jego syndromie oblężonej twierdzy już raz pisałem. Teraz objawił się jeszcze mocniej.

Hapal w sparingu z GKS-em Katowice zabronił sfilmować bramki z meczu dziennikarzom Orange Sport i kibicowskiej telewizji klubowej z Katowic. Chciał też zabronić rejestrowania sparingu na cele szkoleniowe przez sztab Rafała Góraka, ale szkoleniowiec GieKSy całkiem słusznie się zbuntował, zagroził nierozegraniem sparingu i swego dopiął. Czech bał się, że katowiczanie udostępnią nagranie Pogoni Szczecin, dzisiejszemu rywalowi lubinian.

Nawałka z analogicznych powodów nie zgodził się na filmowanie meczu z Zagłębiem Sosnowiec przez TVP Katowice. Obawiał się, że wszystko trafi w ręce siedzącego na trybunach Dariusza Dudka i innych członków sztabu szkoleniowego Piasta. Z tego, co czytam, asystent Marcina Brosza, nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje, a portalowi slask.sport.pl powiedział: – W dzisiejszych czasach nic się nie ukryje. Kamery na sparingu? A w czym problem? Zapraszam do Gliwic. Jesteśmy otwarci na media. Ja swoją pracę i tak wykonałem, a w głowie mam wiele spostrzeżeń dotyczących gry Górnika.

No, właśnie. Nic się nie ukryje. To jak – nie przymierzając – Jacek Kurski, który rozsyłał maile do różnych mediów, „by o nim nie pisały”. No, proszę, bądźmy poważni. Globalna wioska, te sprawy. Co miał Dudek zobaczyć, zobaczył i przekaże Broszowi. A co takiego Górnik czy Zagłębie miały do ukrycia? Że Zahorski jest wysokim napastnikiem, nieprzesadnie szybkim i niezbyt pląsonogim? Że Bemben dobrze dośrodkowuje? Czy jakiś ojaciejakbardzotajemniczy sposób rozegrania stałego fragmentu gry?

Całe to zamykanie treningów, robienie z klubu twierdzy, mnie śmieszy, bo, no właśnie, jak ktoś jest dobry, to i tak da radę. Mój ulubiony przykład to Arjen Robben. Cały świat zawsze wiedział, że schodzi z prawej strony na lewą nogę i będzie strzelał. Co więcej, w każdym momencie można było powiedzieć: „O, PATRZ, skończ odkurzać, teraz będzie schodził na lewą nogę!”. I zawsze schodził. 10/10. Obrońcy i trenerzy też to wiedzieli. Ale gdy był w formie, nie przeszkadzało mu to strzelać goli. Gdy natomiast przestał w niej być – przestał strzelać. „Futbol jest prostą grą‚ pogmatwaną przez ludzi‚ którzy zawsze wiedzą lepiej”.

Kompletnie inna kwestia, to jakim prawem Nawałka czy Hapal mogli czegoś takiego żądać? Sparingi są z zasady otwarte, stadion miejski jest miejscem, w którym dziennikarzowi niespecjalnie można zabronić wykonywać jego pracę. Adam Nawałka miał takie samo prawo powiedzieć dziennikarzowi TVP: „nie nagrywaj tego meczu” jak ten dziennikarz Adamowi Nawałce: „Nie siedź na tej ławce”. I jeden i drugi był tam wykonać swoją pracę.

W tym wszystkim dziwi mnie też podejrzliwość obu trenerów. Czy oni naprawdę myślą, że dziennikarzom nic innego w głowie, jak tylko pomóc Pogoni Szczecin i Piastowi Gliwice? Że nagrywają akcje tylko z myślą: „Obym to dobrze nagrał, żeby Skowronek mógł odczytać ich schemat rozegrania”. Że jak jestem na sparingu, to zapisuję notatki nie dla siebie, ale po to, by tuż po meczu przekazać je Broszowi? Nawet gdy Kazachowie z Żetysu Tałdykorgan zgłosili się latem do Legii, by ta przekazała im zapisy meczów Lecha Poznań, warszawianie się nie zgodzili. A akurat im mogło zależeć, by najgroźniejszy rywal miał problemy. Nie zależało.

PS Jak już jesteśmy przy rejestrowaniu meczów, zasmuciła mnie informacja o tym, że Piotr Góralczyk został zwolniony z Podbeskidzia Bielsko-Biała, dla którego od lat nagrywał mecze w celach szkoleniowych. Trener Dariusz Kubicki miał stwierdzić, że do analizy wystarczy mu zapis z Canal+ (nie komentuję, nie znam się).

Ale jest mi tak po ludzku szkoda. Góralczyk to była osoba, która w tym klubie działała – z mojej perspektywy – od zawsze. Choćby Majowie trąbili o armagedonie, dopóki pan Piotrek stał gdzieś pod dachem stadionu z kamerką, czułem się spokojny. Przeżyliśmy razem nie jeden wyjazd, bo nierzadko zdarzało się, że byliśmy jedynymi bielszczanami na trybunie prasowej. To był człowiek, który świetnie radził sobie z bałaganem w polskich klubach. Gdy nie było wiadomo, gdzie ma odebrać akredytację, a mecz już się miał zaczynać, szedł do zamkniętych pancernych drzwi, walił w nie pięściami i gdy jakaś ochroniarska szafa otworzyła, wpychał się siłą, nim goryl zdążył coś powiedzieć. Nie było dla niego zamkniętych drzwi. Gdyby wszyscy w Podbeskidziu mieli jego mentalność, „Górale” biliby się dziś o podium ekstraklasy. Szkoda, że już nie będę miał komu wynosić żurku z trybuny prasowej na Wiśle Kraków. Takich odwiecznych było w Podbeskidziu czterech: Góralczyk, pan Heniu od piłek, kierownik Marek Móll i masażysta Marek Ociepka. Mam nadzieję, że tych trzech ostatnich nikt nigdy nie tknie.