Cztery drużyny w grze o ekstraklasę. Podbeskidzie i Górnik już tylko o utrzymanie

statistics-227173_1280

Zapadła przerwa zimowa w I lidze. Piłkarze rozjadą się na urlopy, zimowe obozy w kraju i zagranicą, będą rozgrywać sparingi, a na tydzień przed rundą wiosenną, w całej Polsce, prezesi, trenerzy, piłkarze i prezydenci miast staną przed kibicami i dziennikarzami, by powiedzieć, że wszystko jest jeszcze możliwe, dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć, bo to jest sport i nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Szczególnie będą tak mówić w miastach, które są po jesieni najbardziej rozczarowane swoimi klubami – w Zabrzu i w Bielsku-Białej.

 Tak, wszystko jeszcze możliwe. Zajmujące dziewiąte miejsce w tabeli Podbeskidzie, liderem I ligi może zostać już 25 marca, po 23. kolejce. Tak, dopóki piłka w grze, najwcześniejszy możliwy awans może świętować już 6 maja, na pięć kolejek przed końcem. Tak, to jest sport, Podbeskidzie może ukończyć ligę z 26 punktami przewagi nad drugim miejscem. Które może zająć MKS Kluczbork. Bo nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Każdy wciąż może spaść, każdy może awansować. Za nami dopiero 19 kolejek. Tak będą przemawiać prezydenci i właściciele, pod takimi hasłami prezesi będą sprzedawać karnety, a trenerzy motywować piłkarzy.

 Porozmawiajmy jednak o tym, co jest realne.

 Zaplecze ekstraklasy przez trzynaście sezonów XXI wieku grało aktualnym, 18-zespołowym formatem. To na tyle długi okres, by dało się wychwycić pewne prawidłowości i z dużą dozą prawdopodobieństwa (jak wyżej – pewności nie ma), przewidzieć, kto jeszcze jest w grze o ekstraklasę, a kto tylko oszukuje się, że jest.

 W ciągu minionych trzynastu sezonów, aż jedenaście razy (!) drużyna, która prowadziła po dziewiętnastu kolejkach, kończyła rozgrywki w pierwszej dwójce. Chojniczankę może jeszcze nie wszyscy traktują poważnie w walce o ekstrakaslę, ale statystyka bije po oczach: 85 procent jej poprzedników lądowało w ekstraklasie. Aż dwanaście razy sezon w czołowej dwójce kończyła przynajmniej jedna drużyna, która po 19. kolejkach była na jednym z pierwszych dwoch miejsc. GKS Katowice lub Chojniczanka. Przyzwyczajajcie się do którejś z tych drużyn w ekstraklasie. Pozostałe miejsca nie mają tak wysokich odsetków sukcesów. Sześć razy w czołowej dwójce kończyła druga drużyna po 19. kolejkach, trzy razy trzecia, pięć razy czwarta, raz szósta (piąta ani razu!).

 Tu mowa jednak o pewnych powtarzalnych prawidłowościach, od których były wyjątki. Zawsze był jednak precedens, którego można by się chwycić. W analizowanym, trzynastosezonowym okresie, I-ligowe twarde, niezmienne, nienaruszalne reguły są inne:

  1. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto zajmowałby po 19. kolejkach miejsce gorsze niż szóste.
  2. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby mniej niż 31 punktów.
  3. Nigdy w czołowej dwójce sezonu nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby więcej niż cztery punkty straty do drugiego miejsca.

 Jak to się ma do aktualnej tabeli? Podbeskidzie i Górnik zajmują miejsca gorsze niż szóste (9. i 8.), więc nie spełniają pierwszego warunku. Mają odpowiednio 25 i 27 punktów, więc nie spełniają warunku drugiego. Tracą do drugiego miejsca odpowiednio 10 i 8 punktów. Nie spełniają żadnego z warunków. Mogą oczywiście awansować, nawet wspólnie (dopóki piłka w grze!), kto chce, niech wierzy.

 Takie kryteria eliminują nie tylko Podbeskidzie i Górnik. Według nich, o awansie mogą rozmawiać jeszcze tylko cztery drużyny – Chojniczanka, GKS Katowice, Zagłębie Sosnowiec i… Sandecja Nowy Sącz, która ma dwa zaległe mecze do rozegrania i jeśli zdobędzie w nich cztery punkty, spełni wszystkie kryteria.

 To nie oznacza, że Podbeskidzie i Górnik nie mają już w tym sezonie o co grać. Wręcz przeciwnie. Być może czeka je gra o wszystko. W ostatnich trzynastu sezonach, pięć razy zespół zajmujący po 19. kolejkach miejsca 8-9, spadał z ligi. Historia daje im wachlarz miejsc od czwartego do szesnastego. Zabrze i Bielsko-Biała raczej sezonu nie skończą na podium, raczej nie zajmą też miejsc na samym dnie tabeli. Ale poza tym, wszystko jest dla nich jak najbardziej realne. Im szybciej sobie uświadomią zagrożenie, tym szybciej będą w stanie przed nim uciec. Zwłaszcza w Podbeskidziu powinni to dobrze rozumieć, bo w zeszłym sezonie większość uświadomiła sobie ryzyko spadku, gdy ten był już właściwie dokonany. W niedawnym komunikacie, Urząd Miasta przekazał, że cel (awans do ekstraklasy) się nie zmienia. Uczciwe postawienie sprawy nakazywałoby uznać za cel szybkie dobicie do liczby punktów dającej utrzymanie, a później skupienie się na budowaniu drużyny na kolejny rok. Więcej z tego sezonu nie da się wycisnąć.

Ekstraklasowy trener nigdy nie spadnie

Funkcjonuje w środowisku piłkarsko-trenerskim „prawda”, że prawdziwym trenerem staje się człowiek dopiero wtedy, gdy spadnie z ligi. Inna „prawda” mówi, że trenerem może się tytułować ten, kto trzy razy został zwolniony. O ile o to ostatnie w polskich warunkach nie trudno, można nawet zdobyć taki trenerski „tytuł” w obrębie jednego sezonu, o tyle taki prawdziwy, dobry, oczyszczający spadek z ligi jest niemal niemożliwy.

Byłoby niedorzecznością winić Piotra Stokowca za spadek Zagłębia Lubin. Z trudem przychodzi mi to nawet w przypadku Artura Skowronka, który wprawdzie przygotowywał drużynę do rundy wiosennej, ale jednak 21 z 37 meczów rozegrał Widzew bez jego udziału. W każdej innej dziedzinie życia – jeśli ktoś schrzanił ponad połowę roboty, czasem nawet najlepszy fachowiec tego nie odkręci. Jeśli ktoś źle napisał cztery pierwsze akapity tekstu, to rewelacyjny piąty i szósty raczej go nie uratują. Jeśli ktoś włożył do pieca źle ubite ciasto, pozostaje mu tylko wyskrobanie tego, co zostało.

Trener winny spadku to ten, który brał udział w letnich i zimowych przygotowaniach drużyny, miał wpływ na transfery w letnim i zimowym okienku oraz prowadził drużynę we wszystkich meczach. Jeśli tak nie było, możemy rozsądzać, kto zawinił bardziej, a kto mniej, ale trenera pewnie wiele to nie nauczy. Ryszard Wieczorek do dziś jest pewnie przekonany, że utrzymałby Piasta, gdyby działacze go w marcu nie zwolnili. I może ma rację, tego się nigdy nie dowiemy. Tomasz Kafarski pewnie nawet do dzisiaj myśli, że jego Cracovia jeszcze nie spadła. Ale on też przyszedł, gdy właściwie było już pozamiatane i – jak to błyskotliwie powiedział Czesław Michniewicz – bardziej trzeba było księdza niż trenera. Autor bon motu też się zresztą dwa sezony temu jako kapłan sprawdził. Drużynę przygotował mu Dariusz Kubicki i uciekł po czterech kolejkach. I teraz pewnie Kubicki twierdzi, że Podbeskidzie się utrzymało, bo dobrze je przygotował, a Michniewicz, że dlatego, iż dobrze je poprowadził. Obaj mogą mieć rację, nigdy tego nie sprawdzimy.

Trenerzy są więc bardzo często niezweryfikowani. Z jednej strony otoczenie, które ich ocenia, może się katastrofalnie mylić, bo nie bierze pod uwagę różnych okoliczności dla trenerów łagodzących albo nawet fundamentalnych, orzekających o niewinności. Z drugiej, trenerzy, którzy naprawdę notorycznie zawalają, mogą latami uciekać od odpowiedzialności, bo przecież z ligi spadł kto inny.

Powie ktoś, że to logiczne, iż skoro drużyna gra słabo i walczy o utrzymanie, to trenera zwalnia. A jednak często jest tak, że drużyna gra słabo, bo wiecznie zmienia się jej trenera. Niejednokrotnie było widać, że trwanie przy jakiejś koncepcji, jakiejkolwiek, przynosi zdecydowanie lepsze efekty niż ciągła zmiana. Chcesz utrzymywać się przy piłce? Znakomicie, ale rób tak przez dwa sezony, cokolwiek się stanie. Chcesz grać z kontry? Super, tylko pamiętaj, żeby ci się za trzy mecze nie ubzdurało, że będziesz prowadził grę.

Za granicą zdarza się wcale nie tak rzadko, że trener faktycznie jest rozliczany po sezonie i władze do końca wierzą, że jednak uda mu się uniknąć katastrofy. Czasem się udaje, czasem nie. W zeszłym roku Torsten Lieberknecht spadł po całym sezonie z Eintrachtem Brunszwik i pracuje w nim dalej, w II lidze. Dwa lata temu Norbert Meier spadł z Fortuną Düsseldorf, ale został – bardzo uczciwie – zwolniony dopiero po sezonie. To nie są odosobnione przypadki.

Oczywiście, można mnie teraz zasypać przykładami Sunderlandów i Freiburgów, które po zmianie trenera fenomenalnie odżyły i cudownie się uratowały. Jasne, nie ma jednej metody. Ba, w tym tekście chcę wyeksponować tych, którym się nie udało. Ale jeśli sami trenerzy powtarzają, że dopiero spadek z ligi czyni z ciebie trenera, to oznacza, że w Polsce… praktycznie nie ma trenerów.

W Polsce ostatni raz pełny sezon zakończony spadkiem przeżył Marek Koniarek w GKS-ie Katowice w 1999 roku. Można też tę statystykę przedstawić inaczej: od 1999 roku niezmienianie trenera gwarantuje utrzymanie w lidze, bo po Koniarku spadali z ligi tylko ci, którzy zmieniali trenerów w trakcie sezonu. Zakończyłbym ten tekst makskolonkową puentą, ale trochę się już przejadła.

Myślę sobie, że… GKS – Podbeskidzie

Pomyślałem sobie, że tyle tych meczów oglądam, a w sumie rzadko się nimi dzielę. Czasem wpada do głowy jedna myśl, za mało na elaborat, a jednak warto ją gdzieś puścić w świat. Właśnie na potrzeby takich małych myśli ruszę z cyklem „Myślę sobie że”.

  1. Zszokowała mnie sytuacja przy drugim karnym dla GieKSy. Bielszczanie zdążyli przeprowadzić cały kontratak, oddać strzał, Budziłek podał do obrońcy, gdy sędzia dopiero przerwał grę, by zająć się leżącym w polu karnym Sławomirem Dudą, skonsultować się z asystentem i wyrzucić kolejno: Franka Adu z boiska, Czesława Michniewicza na trybuny, a w międzyczasie dać karnego. Nie spotkałem osoby, która by widziała, co zaszło między Adu a Dudą, więc nie chcę się mądrzyć. Sądząc po tym, jak obity był GieKSiarz, pewnie nie udawał. Ale nie zmienia to faktu, że cała sytuacja była kuriozalna. Asystentowi trzeba oddać, że od razu machał chorągiewką, lecz główny jakby tego nie widział. Gdzie łączność arbitrów? Nie mogę znaleźć rozwiązania na pytanie: co by było, gdyby kontra Podbeskidzia skończyła się golem. Bramka powinna być uznana, bo przecież sędzia nie przerwał akcji. Skoro bramka, to GKS powinien zacząć od środka. A gdzie tu jeszcze wcisnąć karnego? Tak się nie stało, ale i tak sędziowie sporo w tym meczu pokręcili. A już to zezwalanie na dwie piłki na boisku? Zdarzyło się parokrotnie.

  1. Pierwszy raz widziałem, żeby piłkarz coś czytał na murawie. Marcin Węglewski podał kartkę Adamowi Dei, ten przekazał ją Bartłomiejowi Koniecznemu, a on przed rzutem rożnym przestudiował korespondencję. Co za dziwactwo? Kapitan Podbeskidzia nie chciał zdradzić, o co chodziło, zasłaniając się tajemnicą założeń taktycznych :-)

  1. Eksperyment Podbeskidzia z 3-5-2. Wypalił czy nie? Nie wiem. Miałem wrażenie, że jak by tej drużyny nie ustawić, to ona cały czas gra tak samo. OK, jeden pionek jest przesunięty bardziej do przodu, drugi bardziej do tyłu, ale generalnie Podbeskidzie i tak wyglądało tak samo marnie jak zwykle

     

  2. GKS Katowice dość mocno bielszczan obnażył. Gospodarze naprawdę mi się podobali. Kilka akcji było na poziomie, jaki się rzadko spotyka. Katowiczanie panowali na boisku, grali w piłkę, a nie biegali za nią. Wyglądali jak ekstraklasowy zespół przy I-ligowym, który swoje braki nadrabiał walecznością i bieganiem. Mówiło się, że GKS się zepnie, a wcale tak nie wyglądało. GKS grał swoją piłkę i był zwyczajnie lepszy.

Dygresja: wiele osób uważa, że odpadnięcie z rywalem z niższej ligi to dla Podbeskidzia jakaś kompromitacja. Teoretycznie tak. Ale popatrzmy inaczej. Na papierze:

Ladislav Rybansky jest słabszy od Łukasza Budziłka.

Podbeskidzie nie ma tak kreatywnego zawodnika jak Przemysław Pitry.

Podbeskidzie nie ma takiego środkowego pomocnika jak Grzegorz Fonfara.

Podbeskidzie nie ma takiego skrzydłowego jak Tomasz Wróbel.

Wszystko inne to mniej więcej jeden poziom. Nie czuję przepaści między Adamem Deją a Alanem Czerwińskim czy Sławomirem Dudą a Mateuszem Kupczakiem. A GieKSa wcale nie ma najmocniejszej kadry w I lidze, do takiej Niecieczy trochę jej brakuje.

Stąd wniosek: Podbeskidzie ma dziś kadrę na miejsca 5-8, ale w I lidze. Co oczywiście nie oznacza, że nie może sobie radzić w ekstraklasie. Oczywiście, że może. Nie takie różnice można niwelować. Jak powszechnie wiadomo, trudniej jest awansować niż się utrzymać. Ale popatrzmy na takiego Piasta i nie lamentujmy nad różnicami między ekstraklasą a I ligą. Są – w większości przypadków – mikroskopijne.

  1. Ladislav Rybansky jest sympatyczny i żal mi go. Byłbym gotów uwierzyć, że to afera w stylu rumuńskiego studenta w Wiśle Kraków. Rybansky wygląda mi na siatkarza, którego ktoś wcisnął do Podbeskidzia jako bramkarza. Każdy strzał lecący w górę odbija, jakby przyjmował na palce, te w dół podbija sposobem dolnym jak zdolny libero, a do dośrodkowań wychodzi jak do ataku, tylko zbyt uważa, żeby nie zahaczyć antenki. Stara się, ale nie wychodzi. Pozdrawiam tego, który z miejsca dał mu dwuletni kontrakt.

  2. Rudolf Urban, piłkarz kontrowersyjny. Jego występ trzeba podzielić na dwa etapy. Przez pierwszą godzinę notował swój najlepszy mecz w Podbeskidziu. Widać było, że ten facet nieszablonowo myśli. Próbuje wyjść poza schemat. Ciężko to przychodziło, różnie się kończyło, ale miło było wreszcie kogoś takiego zobaczyć. Po 60. minucie był już tylko czarną czupryną snującą się po boisku.

  3. Mateusz Kupczak. Dobry odbiór, dużo biegania i – alleluja – ktoś, kto nie boi się strzelać na bramkę. Pozostali gracze przekładali piłkę, póki nie stracili. Ten – nawet jeśli niecelnie – przynajmniej próbował.

  4. Łukasz Żegleń. A to ci niespodzianka. Facet z numerem po Demjanie, z zadaniami Demjana i – przy zachowaniu wszelkich proporcji – dało się zauważyć podobieństwo. Niby nie taki rosły jak Pawela, ale widać, że to on, a nie bardziej doświadczony kolega potrafi grać na ścianę, zastawiać się, przepychać z obrońcami. Ten chłopak ma talent i może sprawić, że Pawela wróci niebawem na pozycję „dziesiątki”. Oby jak najszybciej, z pożytkiem dla niego, drużyny i zszarganych nerwów kibiców.

  5. Adam Deja. Przypomina mi trochę Damiana Byrtka. Przez cały mecz nie gra źle, ale jak już coś zawali, to święci pańscy ratujcie. Ale przesunięcie go do obrony to może być strzał w dziesiątkę. On za wolno myśli jak na miejsce, gdzie jest ruch jak na autostradzie pod Berlinem. A na obronę w sam raz.

  6. Frank Adu. Zagrał żenująco słabo i jeszcze do tego dostał czerwoną kartkę. Jest archetypem jeźdźca bez głowy. Jeśli powiedzieć, że „Malina” ma tylko szybkość, to co powiedzieć o nim?

  7. Sławomir Duda – man of the match. Środkowy pomocnik jak się patrzy. Trzeba zapamiętać to nazwisko. Ale Gancarczyk niech lepiej zniknie jak najszybciej ze składu. Pal sześć karnego. Ważniejsze, że psuł naprawdę wszystko czego się dotknął.

 

Aha i na koniec: czytam coraz częściej, że Michniewicz nie umie przygotować zespołu do rundy, a utrzymanie zrobił tylko dlatego, że bazował na przygotowaniu fizycznym Kubickiego. Nie trafia do mnie argument, że za ciężki trening trzy tygodnie temu sprawił, że teraz ktoś nie może biegać. Ale nie to jest najważniejsze.

Niech każdy, kto powtarza bezmyślnie „Czesiek nie umie przygotować zespołu i to teraz widać”, zada sobie pytanie: czy ta drużyna źle biega? Mam wrażenie, że wytrzymuje spotkania kondycyjnie i o nikim nie można powiedzieć, że oddycha rękawami. Problemem jest przygotowanie fizyczne czy raczej marne umiejętności?

Tak, wiosną byli tymi samymi ludźmi, ale mieli przy sobie Demjana. Można powiedzieć, że to tylko jeden element. Cóż, głowa też jest jednym elementem ciała i jakby ją tak odciąć, to wszystko inne powinno przecież działać bez zarzutu. Hmm, a dziwnym trafem nie działa.

 

 

Czas na GieKSę?

Nie ma nigdzie hucznych haseł „Ekstraklasa albo śmierć”, ale doskonale wiadomo, że w Katowicach by się za awans nie obrazili. Mamy cztery drużyny w ekstraklasie, więc najwyższy czas na kolejną. Przez trzy lata z rzędu z I ligi awansowały kluby z województwa śląskiego: Górnik, Podbeskidzie i Piast. W zeszłym sezonie tę tendencję przerwano, a czy teraz jest szansa do niej powrócić?

Pytająco patrzę właśnie na GieKSę. Nie wiem. Rafał Górak – z całym szacunkiem – nie wygląda mi na człowieka, który mógłby doprowadzić katowicką zgraję do ekstraklasy. Swoją drogą, zauważyliście, że po słowach „z całym szacunkiem”, zwykle padają najgorsze określenia? Wracając jednak do trenera GKS-u, nie ufam mu i nie wierzę w niego. Wydaje mi się, że w kolejnych awansach Ruchu Radzionków więcej było wkładu Artura Skowronka niż Góraka.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że przy Bukowej wreszcie jest normalniej. Nie tylko nie ma już atrakcji „fundowanych” przez Ireneusza Króla, ale też skład zaczął mieć ręce i nogi. Górak w końcu zbudował drużynę. Już na wiosnę GieKSa wyglądała naprawdę obiecująco, a przede wszystkim – nie walcząc już o nic – nie przestawała wygrywać. Przez poprzednie kilka lat klub z Katowic przyzwyczaił, że notował tragiczną końcówkę wiosny, która przekreślała wszystkie – i tak nieliczne – pozytywy z wcześniejszej części sezonu. Teraz nawet ostatni mecz z Dolcanem Ząbki, na którym niespodziewanie zjawił się Arek Milik z Bayer Leverkusen, był bardzo ciekawy i emocjonujący. Przy takim gościu GieKSiarze nie mogli zawieść. Przemysław Pitry złapał życiową formę, wiele wniósł Grzegorz Fonfara, od zimy GKS ma też świetnego bramkarza Łukasza Budziłka, co po sąsiedzku często podkreśla Czadoblog. Są do tego ciekawi młodzi zawodnicy, jak Sławomir Duda, Alan Czerwiński, którego pamiętam jeszcze z Rekordu Bielsko-Biała czy Dominik Sadzawicki. W klubie mówią jednak, że na tego ostatniego trzeba uważać, bo wykazuje spore tendencje do sodówki, a teraz dołączył jeszcze Tomasz Wróbel.

Marketingowo GKS już jest w ekstraklasie i fajnie, gdyby wrócił do niej również sportowo. Chciałbym, ale dopóki nie zobaczę, to nie uwierzę. Choć I-ligowa stawka wygląda na słabszą niż rok temu, to wcale nie oznacza, że uda się awansować. O awans powinny walczyć Termalica, Arka, Olimpia, Bełchatów, jakiś beniaminek i oby GieKSa. Nie wierzę w Miedź. Rafał Ulatowski to dla mnie chodzący przerost formy nad treścią.

Mówiąc „jakiś beniaminek”, mam cichą nadzieję na ROW Rybnik. Jeśli zeszłoroczny GKS Tychy był w stanie zająć szóste miejsce, to tym bardziej jest w stanie ROW. Oczywiście, klubowy chaos jest przezabawny. Pani Magdalena Figura mówiąca o tym, że dziwi się, że w klubie z tego szczebla komuś przeszkadzają zaległości finansowe, pan Grzegorz Janik, który przez miesiąc nie jest w stanie podpisać kontraktów ze sztabem szkoleniowym i planujący zwalniać trenera, gdy drużyna była liderem. Do tego honorowi patroni tego bloga – Ryszard Wieczorek i Sławomir Szary. Ale pal sześć rybnickie gejzery wody sodowej – ROW naprawdę świetnie gra w piłkę. Klepie z pierwszej piłki, gra po ziemi, efektownie. Dobrze się to ogląda. Gdyby miał obronę zeszłorocznego GKS-u Tychy, byłby murowanym faworytem do awansu. A że nie ma, to myślę, że po prostu może się zakręcić gdzieś wysoko. Idrissa Cisse powinien być strzałem w dziesiątkę.

Najbardziej obawiam się o GKS Tychy. Już mówiłem, że zapłaczą tam jeszcze za Piotrem Mandryszem, który doskonale wiedział, jak tę przykrótką tyską kołderkę naciągać. Tomasz Fornalik to enigma. Trener totalnie niezweryfikowany, bo nikt chyba nie nazwie jego samodzielnej pracy w Ruchu nieudaną. Trudno w ogóle to nazwać pracą. Ruch potraktował go jak śmiecia i obawiałem się, że nikt już mu nie da szansy. GKS dał i dobrze, bo warto zobaczyć, ile brat selekcjonera jest wart. Osobowościowo totalnie mnie jednak nie przekonuje. Jest jeszcze bardziej zamknięty niż „Waldek King”, mówi tak cicho, że w szatni pewnie i tak nikt go nie słyszy i w ogóle nie wygląda jak chodząca charyzma. Ale to, że ktoś wygląda jak chodząca charyzma wcale nie oznacza, że ją ma i odwrotnie. Może więc wkrótce w Tychach będzie „Tomek King”.

Pomijając jednak trenera, kadra GKS-u i tak wygląda na słabszą. Oczywiście o Piotra Rockiego. Tak jak Piast bez Tomasza Podgórskiego i Śląsk bez Sebastiana Mili biłyby się pewnie o utrzymanie, tak GKS bez „Rocky’ego” też może to czekać. A wiadomo, jaki jest drugi sezon. Nadzieja w tym, że zaplecze ekstraklasy jest taką dziwną ligą, w której możesz wygrać jeden mecz na własnym boisku przez cały sezon, a i tak się w niej utrzymać (pozdrawiam Okocimskiego Brzesko).

Lato zagłady śląskiej piłki

Ktoś nam zabrał to lato. Powinniśmy się cieszyć słońcem, wylegiwać na plaży, wspinać po górach, w międzyczasie nasłuchując, jakich transferów nasze kluby dokonują, jakie deklaracje składają trenerzy, jak radzą sobie w sparingach piłkarze. Niestety, ja już mam dość lata 2012. Niech ono się skończy. Wczoraj GKS Katowice przestał istnieć, dziś kosa dosięgła Ruch Radzionków. Kto będzie jutro? Czyją zagładę przyniesie nowy dzień?

To lato będzie się wspominać. Niestety, bo im bardziej chce się o czymś zapomnieć, tym bardziej to będzie do nas wracać. Ireneusz Król bezradnie rozkłada ręce: „Wolałbym awans na boisku, ale nie było na to szans“. Biedactwo. Nie było szans, to trzeba było tę szansę stworzyć. A jak nie było ochoty szansy stwarzać, to trzeba było GKS sprzedać, oddać, wykazać odrobinę dobrej woli. Zamiast przejść do historii jako grabarz GieKSy.

O KP Katowice jestem spokojny. Jeśli nie spadnie za rok, spadnie za dwa lata. Jak się Król uprze to może i za pięć (można przecież co roku po spadku kupować licencję tego, który się utrzymał, prawda?). Ale Dariusz Wolny, były pomocnik GKS-u, w dzisiejszym dzienniku „Sport“ powiedział prawdę: „Każdy klub przechodzi czasem przez okresy stagnacji“. Dlatego jestem spokojny. KP też dosięgnie stagnacja. Tyle, że nie każdy klub wytrzymuje okresy stagnacji. Jeśli buduje się go na wariackich papierach, bez żadnych fundamentów, można być pewnym, że KP będzie tylko bolesnym wspomnieniem lata 2012.

O GKS też jestem spokojny. Tym się różni od KP, że choć przez ostatnie lata nad jego dziejami ciąży coś tragicznego, on te fundamenty ma. I przetrwa. I nie zginie. Ale ile zajmie powrót po kolejnym ciosie? Zaczynali kibice budować klub od IV ligi i wypchnęli go na zaplecze ekstraklasy. Zrobili bardzo wiele. Wierzyli, że oddając klub miastu spełnią marzenie „Ekstraklasa w Katowicach“. Cóż, „gdy bogowie chcą nas ukarać, spełniają nasze prośby“…

Nie każdy inwestor musi być Abramowiczem. Po pierwsze niech nie szkodzi. Pan Król bredzi coś o dobru śląskiej piłki. Polonia Bytom będzie mogła grać w I lidze. A Concordia Knurów w IV. No, za to to się należy Order Uśmiechu, albo Krzyż Walecznych! Ja sądzę, że gdyby prezes Polonii budował wielką Polonię, prezes Concordii wielką Concordię, a prezes GKS-u wielki GKS, śląska piłka skorzystałaby na tym sto razy bardziej. Bo takie przysługi, jakie pan wyświadcza śląskiej piłce zwykło się w języku polskim nazywać niedźwiedzimi…

Nie ma też już Ruchu Radzionków. Albo przynajmniej nie ma go w tym kształcie. Prędko okazało się, że choć teoretycznie Śląsk ma 1/3 ekstraklasy, wielkich perspektyw – paradoksalnie – nie ma. Lato 2012 jest zapowiedzią chudego czasu na Śląsku. W poprzednich latach śląskie kluby regularnie uzyskiwały awanse do ekstraklasy. Teraz? Miejsce choćby w czołówce GKS-u Tychy byłoby sensacją. Kto wie, czy beniaminek I ligi nie będzie jedynym reprezentantem województwa na tym szczeblu? Nawet jeśli Polonia Bytom dostanie licencję, to może z nią być krucho. Nie wiem, na jakiej podstawie prezes Nowakowski mówi, że drużyna spokojnie by się utrzymała, bo chyba nie na podstawie analizy siły obecnej kadry? Skoro kilka miesięcy temu to było za mało, to dlaczego po kilku letnich… osłabieniach, miałoby już być wystarczająco?

Niższe ligi? Widzi ktoś gdzieś wspinającą się rok w rok potęgę, która zaraz może dotrzeć na poziom przynajmniej I ligi? Rozwój Katowice? Energetyk ROW Rybnik? Nie spodziewałbym się ich walki o awans, podobnie jak w przypadku Rakowa czy Zagłębia.

Zostaje jeszcze ekstraklasa. Tu Śląsk jest kolosem, choć na glinianych nogach. Że KP Katowice nie ma perspektyw, to już ustaliliśmy. Podbeskidzie nie jest kandydatem numer jeden do spadku tylko dlatego, że u innych dzieje się jeszcze gorzej. W Piaście mają to szczęście, że choćby nie znali imienia ani jednego testowanego gracza i tak wybudowali stadion i to daje im gwarancję jako takiej stabilizacji na wysokim poziomie.

Tylko Górnik i Ruch pasują na swoim podwórku jak kwiatki do kożucha. Wzmocnienia, albo brak osłabień, europejskie puchary, nawet w skali Polski oba nasze największe kluby zaczynają wyglądać coraz bardziej obiecująco. Ale w tym morowym powietrzu, które nam zawiało latem 2012 i w tym przypadku upatruję jakiegoś haka. Może dla Ruchu strata trenera będzie jednak nie do przeskoczenia, a dla Górnika brak „Prezesa“ Nakoulmy kluczowy? To by było dopełnienie tragicznego lata 2012. Skoro teraz już jesteśmy w wisielczych nastrojach, to ja się boję co będzie jesienią…

Fuzja? Nie fandzolcie

Rabanu narobili jak do tej pory dziennikarze i kibice warszawscy. Środowisko stolicy zorientowało się, że wielu lat bogatej historii nie warto przekreślać jedną transakcją biznesową. Ocknęli się po czterech latach, można by powiedzieć: lepiej późno, niż wcale. Zgłoście do najniższej ligi Polonię Warszawa, odbudujcie ją, wróćcie do ekstraklasy, a wszyscy będą was szanować i wam będzie jakoś zdecydowanie lepiej na sercu, bez świadomości, że wasz klub to Dyskopolo Warszawa. Jazgotu natomiast stanowczo za mało słychać na Śląsku. Nie mówię, że w ogóle, ale już na nasilające się plotki o likwidacji GieKSy powinni wszyscy jednak nieco ostrzej zareagować.

Ja wiem, że Katowice, stolica dużego i ważnego przecież dla polskiej (i nie tylko) piłki regionu dawno ekstraklasy na żywo nie widziały. Bukowa chce czuć, prawdziwą ekstraklasę, a nie tylko widzieć ją w telewizji. I ja ją w pełni rozumiem. GieKSy nie ma w elicie stanowczo zbyt długo. Ale przecież odbudowanie się od IV ligi trochę czasu musi zająć. Jeśli katowiczanie, mimo deklaracji w stylu „ekstraklasa albo śmierć“, nie są w stanie wywalczyć awansu na boisku, to należy powiedzieć „trudno“ i starać się dalej. Niepowodzenia nie trwają wiecznie. Do ekstraklasy awansował nawet Piast Gliwice, po 30 sezonach dobijania się do niej. Awansował Greuther Fuerth do Bundesligi, choć wydawało się, że nie zrobi tego nigdy. Wtarabaniło się nawet Podbeskidzie Bielsko-Biała. Każdy w końcu może awansować. I GieKSa jest bliżej niż dalej. Ma problemy, z finansami nie jest dobrze, grajków ma słabych, trenera na ich poziomie. Ale to jest I liga! Brakuje jednego dobrego sezonu, spokojnego poukładania wszystkich spraw i Katowice osiągną, czego chciały, bez powoływania nowego klubu. Pokusę pójścia na skróty, rozumiałbym, choć nie akceptował, gdyby GKS grał na poziomie Jedności Wieprz i marzył o elicie. Wielopoziomowa wspinaczka jest żmudna i trudna, skrót rzeczywiście ułatwia życie. Tymczasem fuzja w czasach I-ligowych, kiedy biegnie się już do mety, jaką jest ekstraklasa, to popełnienie samobójstwa na ostatniej prostej.

Niech nikt nie będzie za chytry. Niech nie myśli, że Katowice łatwo przeskoczą konieczność wygrywania walki o awans. Oj nie, GKS przestanie wtedy istnieć. Nawet jeśli na Bukowej będzie przez jakiś czas ekstraklasa (bo przecież nie wiecznie, nic nie trwa wiecznie. I Legia kiedyś spadnie), to ktoś potem wpadnie na to, żeby tę ekstraklasę zabrać. Przyniósł ją z Warszawy do Katowic, to może zabrać z Katowic do Skierniewic, a potem jeszcze do Przemyśla. Tak jak Wojciechowski przyniósł z Grodziska Wielkopolskiego, a zaniósł przez Warszawę do Katowic.

Kibice katowiczan na razie nie protestują. Mówią, że czekają na konkrety, bo na razie słuchaja tylko medialnych plotek. Tyle, że jak będą konkrety, to już będzie za późno. Odpór planom zabicia GieKSy trzeba dać teraz. Trzeba powiedzieć władzom klubu, że „Ekstraklasa albo śmierć“ to było tylko takie chwytliwe hasło, nic poważnego, nie należy sobie brać do serca. Panowie za bardzo w to uwierzyli, strach przed śmiercią podsuwa ostateczne rozwiązania, instynkt przetrwania własnego jest silniejszy niż wszystkie inne.

Może GieKSa nie była mistrzem, może jest od niej kilkanaście bardziej utytułowanych klubów w Polsce, ale to przeciwko niej grał Christoph Dugarry, późniejszy mistrz świata i Europy, gdy prawdopodobnie jedyny raz w życiu usłyszał słowa: „Nie fanzol, chopie, ino grej!“. Nawet jeśli nie byłoby innych argumentów za ratowaniem GieKSy, chciałbym ją ratować choćby dla tej urokliwej odzywki Mariana Janoszki. Śląskie środowiska, śląscy kibice, pokojowo, ale jazgoczcie, bo za chwilę największym klubem stolicy województwa będzie Rozwój Kopalni Węgla Kamiennego Wujek Katowice. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie oznaczało to likwidacji GKS-u Katowice, najważniejszej polskiej GieKSy…

A jeśli do kogoś nie trafiają powyższe argumenty, to niech jeszcze spróbuje wyciągnąć wnioski z tej wyliczanki: Sokół Pniewy => Sokół Tychy, Polonia Bytom+Szombierki Bytom = Polonia/Szombierki Bytom, Olimpia Poznań => Lechia/Olimpia Gdańsk, Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski => Polonia Warszawa, Ceramika Opoczno+KSZO Ostrowiec Świętokrzyski => Stasiak Ceramika Opoczno, Kujawiak Włocławek => Zawisza Bydgoszcz (2).

To wybrane przykłady fuzji z ostatnich lat. Wszystkie, mimo dużych oczekiwań, zakończyły sie obustronnym fiaskiem. Szczególnie znamienna jest ta ostatnia transakcja. Kibice IV-ligowego wówczas Zawiszy zrobili odpowiedni harmider, rozprowadzili po całej Polsce akcję [i]Zawisza jest jeden, IV-ligowy. „Nie!“ dla złodziei z Hydrobudowy[/i]. Z konieczności powstały dwa kluby o nazwie „Zawisza Bydgoszcz“. Tyle, że ten przeniesiony z Włocławka szybko wypłynął w aferze korupcyjnej, a następnie przestał istnieć. Prawdziwy Zawisza odbudował się i w maju o maly włos nie awansował do ekstraklasy. Gdyby wtedy nie zablokowano w Bydgoszczy transakcji, pewnie grałby w okolicach bydgoskiej okręgówki. Sportowo fuzja opłaciła się tylko Lechowi Poznań z Amiką Wronki. Ale kiedy po wielu latach dalej słyszę „Sprzedali się za lodówkę“, zastanawiam się, czy poznańscy kibice nie woleliby poczekać trochę dłużej na lepsze czasy, ale mieć za to czyste sumienie?

Graj albo… giń

Gra w śląskim klubie to z jednej strony przyjemność. Każdy klub to wielka firma, z tradycją. Jak przyszłemu teściowi powiesz, że grasz w Ruchu, Górniku czy GieKSie to cmoknie z uznaniem i odda rękę swojej córki. Jesteś rozpoznawalny, występujesz na niezłym poziomie. Może wielkiej kasy nie ma, może areny nie powalają na kolana, a jeśli już to z rozpaczy, ale generalnie przyjemnie być piłkarzem na Śląsku. Dopóki nie zaczynasz regularnie przegrywać…

Grzebię w otchłaniach pamięci od kilku dni. I jestem bezradny. Zabijcie mnie, ale nie wymyślę innego regionu, w którym tak często kibic, czy też fanatyk, kierowałby agresję przeciwko swojemu piłkarzowi. Owszem, zdarzyło się na Legii, zdarzyło się w Arce, zdarzało się w innych miejscach, jednak nigdzie nie przybiera to tak regularnie tak radykalnej formy.

Trochę już zapomniany został atak na piłkarzy GKS-u Katowice, kiedy kibice zaatakowali swoich piłkarzy po kolejnym przegranym meczu z Górnikiem Łęczna. Minęło ledwie kilka lat, a Bukowa powróciła do tradycji, wywieszając słynny transparent „Ekstraklasa albo śmierć”. Gdzie indziej potraktowano by to jako slogan. Na Śląsku takie slogany wywołują raczej gęsią skórkę, niż uśmiech.

Idźmy dalej. Spadający z ekstraklasy Górnik i „motywująca” wizyta kibiców na treningu zespołu Henryka Kasperczaka. „Nie wystarczy tylko biegać, lub trochę się starać. Z naszym herbem na sercu trzeba zapier…”. Tam do rękoczynów nie doszło, choć po ostatnim, przesądzającym o spadku z ligi meczu, również było gorąco i piłkarze trochę musieli siedzieć w szatni.

Teraz wyskoczyli fani Polonii Bytom. „Jak spadniemy, zaje…my”. Ja w to wierzę. Jeden spadek wszyscy przeżyli, drugiego nie zdzierżą. Współczuję piłkarzom Polonii, bo im brakuje umiejętności. Jakości. Tu trener Fornalak wiele nie zdziała, ani żadne techniki motywacyjne. Zawodnicy są ofiarami polskiego systemu szkolenia. Są w większości piłkarskimi półproduktami, na które w danej chwili akurat było zapotrzebowanie w Polonii, bo nie było możliwości ściągnięcia lepszych. Gracze są pewnie adekwatni do obecnego poziomu bytomskiego klubu. Ich dramat polega na tym, że nie przystają do oczekiwań fanów, którzy od takiego Maksyma Pokotyluka żądają przywrócenia należnej pozycji „Królowej Śląska”.

Tutaj taka „motywacja” może prowadzić tylko do spięcia. A spięcie prowadzi do spadku. Zresztą, jak spojrzymy tylko na trzy przywołane powyżej przykłady. GKS walczy o ekstraklasę, po mobilizacji transparentem? Górnik utrzymał się w ekstraklasie? GKS nie spadł z ligi? No właśnie. Aż strach w takim razie pomyśleć, co czeka za pół roku piłkarzy Polonii…

Katowice – wybiorą drogę na Bielsko, czy na Gliwice?

W Katowicach przerabiają teraz to samo, co rok temu było w Bielsku-Białej. To samo, tylko… bardziej. W Podbeskidziu trener musiał w czerwcu 2010, po meczu z Motorem Lublin, wychodzić ze stadionu w towarzystwie ochrony.

Miało być spokojne utrzymanie i budowa zespołu, który rok później będzie walczył o awans. Było utrzymanie zdecydowanie niespokojne, wyszarpane w ostatniej chwili na drugim końcu Polski. A potem były wzmocnienia i… obiecany awans, w który z tym trenerem, 365 dni wcześniej, wierzył tylko prezes Janusz Okrzesik.

 Sprytnymi fortelami poradził sobie z presją wyrzucenia Kasperczyka, która była mocna również wewnątrz zarządu. Powinno się więc dziś słyszeć w mieście śpiewy „Kibicu, szanuj Okrzesika”, a nie na odwrót.

 Ireneusz Król, sterujący GieKSą, też może sobie mołojecką sławę zapewnić. On trenera Stawowego zatrudnił po porażce 1-6 z… Podbeskidziem. Miał utrzymać zespół w I lidze i zbudować fundamenty pod awans w przyszłym roku.

 Utrzymanie osiągnął naprawdę spokojnie, nie tak, jak Podbeskidzie. Kibice twierdzą jednak, że podwalin pod przyszłoroczny sukces nie ma żadnych. Dali więc zarobić producentom chusteczek po to, by nimi trenerowi pomachać(chusteczkami, nie producentami). Przywieźli też taczki, by pokazać, że już go nie chcą.

 Ja w GKS-ie widziałem jeden z najmocniejszych zespołów, jaki tej wiosny przyjechał do Bielska. Piłka krążyła między piłkarzami płynnie i przyjemnie, jak krążek między kanadyjskimi hokeistami. Nie jestem na tyle naiwny, by sądzić, że GieKSa grała tak dobrze w każdym meczu. Wiem jednak, że atak katowiczanie mają więcej niż przyzwoity. Kasperczyk zaczął od obrony, a nie miał napadu. Postępował jednak po bożemu. Stawowy robi to po szatańsku, ale kto powiedział, że nie ma w tym metody?

 GKS takim składem nie awansuje. Ale GKS wzmocniony 4-5 zawodnikami ma ku temu wszelkie podstawy. Nie ma co narzekać na średnią wieku, bo wieloletnie doświadczenie pokazuje, że do ekstraklasy wchodzi się wygami, jak ŁKS i Podbeskidzie chociażby, a w niej grać można gołowąsami.

 Katowiczanie wraz z Wartą będą teraz najdłużej nieprzerwanie grającym zespołem w I lidze, podobnie jak ostatnio Podbeskidzie. Czas więc najwyższy „uciekać”. Czy jest gwarancja, że z innym trenerem się powiedzie? Absolutnie. Nie ma nawet szczególnych podstaw, by sądzić, że do GKS-u przyjdzie trener lepszy niż Stawowy.

 A czy jest gwarancja, że powtórzy się historia z Bielska? Również żadnej, ale chociaż prawdopodobieństwo większe…