Moja historia Hull City

hull

2014 – FK AS Trenczyn – Hull City. Ja, Dave i mama. Phil robi zdjęcie.

Że akurat Hull City stało się od tego tygodnia jednym z najpopularniejszych angielskich klubów w Polsce, w ogóle mnie nie zdziwiło. Przyzwyczaiłem się.

 Nie potrafię powiedzieć, ile dokładnie razy przeczytałem w dzieciństwie Robinsona Kruzoe. Na pewno to liczba dwucyfrowa. Znałem tę książkę na tyle dobrze, że gdy w 2006 roku zobaczyłem w tabelkach lig zagranicznych w „Piłce Nożnej” drużynę Hull City, która dopiero co awansowała do League Championship, skojarzyłem, że Robinson Kruzoe wypływał właśnie z tego miasta. Co sprawiło, że zacząłem czuć dyskretną sympatię do tego klubu i cieszyłem się, gdy w tabelce mogłem jej dopisywać trzy punkty. Miałem czternaście lat.

 Dwa lata później założyłem bloga. Hull właśnie po raz pierwszy awansowało do Premier League. Gdy się mu dokładniej przyjrzałem, okazało się, że to klub wręcz skrojony pode mnie. Wychowany na bardzo obskurnym wtedy stadionie bardzo prowincjonalnego wtedy Podbeskidzia Bielsko-Biała, nie mogłem nie poczuć sympatii do klubu pochodzącego z miasta, które regularnie wygrywało rankingi najgorszych do życia w Anglii, w którym królowały stocznie, rafinerie, nad którym miał się rozciągać dym, a jedynymi jasnymi stronami miały być fabryka czekolady i charakterystyczne, jedyne takie w Anglii, kremowe budki telefoniczne. Dodatkowo, absolutnego beniaminka Premier League podejrzewano o to, że będzie najsłabszą drużyną w historii tych rozgrywek. Gdy na inaugurację niespodziewanie wygrał, Gary Lineker w „Match of the day” powiedział: „Zwykle nie pokazujemy tabeli po pierwszej kolejce, bo nie ma to większego sensu, ale tym razem robimy to specjalnie dla fanów Hull City”. „Tygrysy” były wtedy w strefie pucharowej. Gdy we wrześniu, trzy miesiące po tym, jak zacząłem prowadzić „Z nogą w głowie”, ograły na wyjeździe Arsenal, napisałem o nich pierwszy tekst. To były czasy, gdy bloga odwiedzali tylko mama i dziadek, których serdecznie pozdrawiam. Tamten tekst skomentował jednak także Michał Pol, co rozpoczęło mailową korespondencję (na pewno będę ją pokazywał wnukom) i blogową znajomość 16-latka z bardzo znanym dziennikarzem, która pięć lat później doprowadziła mnie do „Przeglądu Sportowego”. Nie wiem, czy zostałbym dziennikarzem, gdyby Hull nie ograło wtedy Arsenalu. Być może tak, ale nie jest to pewne.

 W 2009 roku, jako 17-latek, pierwszy raz byłem w Londynie. Akurat ruszał sezon Premier League. Liczyłem, że na którymś z londyńskich stadionów, uda mi się być. Okazało się, że Chelsea grała u siebie akurat z Hull. Siedziałem w koszulce Hull, którą mama wcześniej przywiozła mi z rywalizującego z „Tygrysami” Leeds, pomiędzy kibicami Chelsea. Podglądałem z bliska, jak londyńczycy buczeli na Stephena Hunta, przez którego Petr Cech od lat gra w czapeczce. Patrzyłem jak ładuje im bramkę, widziałem jak Didier Drogba wbija dwa ciosy w plecy i słuchałem jak młyn Chelsea zawołał w kierunku kibiców Hull: „Going down, going down”. Miał rację. W drugim sezonie po awansie, Hull spadło z Premier League.

 Moje związki z Hull dopiero się jednak zaczynały.

davephil

 W 2011 roku, akurat tuż przed maturą, Podbeskidzie grało u siebie w ćwierćfinale Pucharu Polski z Wisłą Kraków najważniejszy mecz w historii klubu. W dniu meczu, kolega z biura prasowego, przekazał mi, że na trybunach będzie dwóch kibiców Hull City. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie słyszałem, żeby w Bielsku-Białej na meczu byli fani jakiegokolwiek innego angielskiego klubu. Mogli być fanami Scunthorpe, Plymouth czy Nottingham, ale przyjechali akurat z Hull. Idąc na stadion, spakowałem koszulkę Hull. Łatwo odszukałem ich na trybunach. Gdy zobaczyli w mieście na końcu Polski, którego nazwy nie potrafili wymówić, gościa z koszulką ich prowincjonalnego angielskiego klubu, szczęki im opadły. To nie Manchester United. Oni też nie byli przyzwyczajeni, że ktokolwiek poza Hull, interesuje się Hull. Porozmawialiśmy, wymieniliśmy się kontaktami. Podbeskidzie wygrało z mistrzem Polski, co oni zresztą przepowiedzieli.

hullpokoj

Ten pokój naprawdę istnieje. W Hull, w domu Phila.

 To już sześć lat, odkąd do domu przychodzą pocztą na każdą okazję i bez okazji programy meczowe, koszulki, szaliki, proporczyki i wszelkie możliwe gadżety związane z Hull. Dave i Phil od tego czasu byli w Polsce na meczach Podbeskidzia we Wrocławiu ze Śląskiem i w Bielsku-Białej z Ruchem Chorzów. Poznali całą rodzinę. Ja byłem u nich na meczu Hull City z Crystal Palace, dzięki czemu wiem, że to, co pisałem w 2008 roku o tym mieście było kompletną nieprawdą. Dla kogoś, kto uwielbia budynki z czerwonej cegły, Hull jest przepięknym miastem. Ja uwielbiam. Nie ma żadnych rafinerii, gęstszy dym unosi się nad polskimi miastami, a opinia o samym Hull bardzo zmieniła się także w Anglii. W 2017 roku Hull nie jest już najgorszym miastem w kraju. Jest za to angielską stolicą kultury. Hull okazało się też całkiem niezłą drużyną. Choć ciągle przeżywa turbulencje, choć było na skraju bankructwa, choć egipski właściciel chciał zmieniać nazwę, choć nadal jest chłopcem do bicia w Premier League, już trzy razy wchodziło do najwyższej ligi. Miało też sukcesy w innych rozgrywkach. Na półfinał Pucharu Anglii, Dave i Phil ściągnęli mnie na Wembley.

hull

Przegrany finał z Arsenalem, dał pierwszy w historii awans do europejskich pucharów. Hull mogło trafić na rywala od zachodu Portugalii, po wschód Kazachstanu. Wylosowało jednak oczywiście słowacki FK AS Trenczyn, który grał na stadionie w Żylinie, półtorej godziny od Bielska-Białej. Na meczu byliśmy już całą polsko-angielską grupą.

 Do dopełnienia całej polsko-angielskiej historii integracji, brakowało tylko polskiego zawodnika. Wiele lat temu, bliski transferu do Hull był Marcin Wasilewski. Jednak kilka dni po tym, gdy rozpoczęły się rozmowy, Axel Witsel złamał Polakowi nogę i wykluczył go z gry na dwa lata. Teraz wreszcie się udało. Dlatego mam do Kamila Grosickiego uprzejmą prośbę: nie zawiedź. Dzień po transferze, Dave już zaopatrzył się w stosowną koszulkę.

dave

Który sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy (i dlaczego nie drugi)?

calculator-723917_640

W czołowej ósemce ekstraklasy jest po rundzie jesiennej dwóch zeszłosezonowych beniaminków – Bruk-Bet Termalica Nieciecza i Zagłębie Lubin. Leicester City został mistrzem Anglii w drugim sezonie po awansie do Premier League. A jednak jedna z obiegowych, odwiecznych „prawd” futbolu mówi, że dla beniaminka najtrudniejszy jest drugi sezon po awansie. Powtarzają to trenerzy, piłkarze i eksperci przed rozpoczęciem każdego sezonu. Tłumaczy się, że od razu po awansie drużyny „na fantazji” i „efekcie zaskoczenia” notują często wyniki ponad stan, później euforia opada, rywale uczą się grać przeciwko nowym przybyszom, wreszcie najlepsi piłkarze zostają rozkupieni przez bogatszych i w drugim sezonie po awansie wszystko się rypie. Tak powtarzamy. A czy naprawdę się rypie? Prześledziłem losy wszystkich beniaminków ekstraklasy i pięciu najsilniejszych lig europejskich w XXI wieku, by sprawdzić, czy to, co notorycznie powtarzamy, ma coś wspólnego z rzeczywistością.

 Nie ulega wątpliwości, że beniaminkowie generalnie nie mają lekko. Blisko połowa z nich (46%), opuszcza ligę w ciągu dwóch sezonów od awansu. Z drugiej strony, ta szklanka jest też do połowy pełna. 54% z nich gra w najwyższej lidze przez przynajmniej trzy sezony. Trzeba zaznaczyć, że te statystyki znacząco zawyża polska ekstraklasa. Funkcjonuje u nas powiedzenie, że trudniej awansować do ekstraklasy, niż się w niej utrzymać. I tylko w polskich warunkach takie powiedzenie ma rację bytu. Liczby pokazują wyraźnie, że różnica pomiędzy dwiema najwyższymi klasami rozgrywkowymi jest w Polsce relatywnie najniższa.

 Fałsz: Drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy

 Obiegowa prawda dramatycznie nie zgadza się z rzeczywistością. W żadnej z sześciu badanych lig, drugi sezon po awansie nie był najtrudniejszy. W każdej z nich, zdecydowanie najtrudniej przetrwać pierwszy rok. W Polsce 18% beniaminków od razu spada z ligi. To niedużo, ale w żadnym innym sezonie „śmiertelność” nie jest tak wysoka. W Europie widać to jeszcze wyraźniej. We Włoszech i w Hiszpanii blisko 1/3 klubów spada tuż po awansie (29%), w Niemczech i Francji odpowiednio 37 i 39%, a w Anglii aż w 40% przypadków rok po euforii, jest stypa. Wniosek: jeśli ktoś zamierza ugruntować pozycję w lidze, największą czujność powinien zachować tuż po największym sukcesie. Element zaskoczenia, „powiew świeżości” i inne bajki ekspertów, zwykle się nie sprawdzają.

 Prawda: Dla tych, którzy przetrwali pierwszy sezon, drugi jest trochę trudniejszy

 To prawda, choć nie aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Kto już przetrwał pierwszy sezon, jest na najlepszej drodze do sukcesu. W drugim roku po awansie, procent spadkowiczów spada. W Europie widać to drastycznie – we Francji z 39% do 11%, w Anglii z 40% do 16%, W Hiszpanii z 29% do 16%, we Włoszech z 29% do 16%, a w Niemczech z 37% do 12%. W Polsce różnica między pierwszym a drugim sezonem jest minimalna. 16% drużyn w XXI wieku spadało w drugim sezonie po awansie, czyli o jeden punkt procentowy mniej niż w pierwszym. O ile jednak degradacje w drugim roku po awansie są stosunkowo rzadkie, o tyle zwykle faktycznie drugi sezon jest trochę gorszy. 57% drużyn w drugim sezonie po awansie obniża formę, a 36% ją poprawia. Różnica jest wyraźna, choć nie tak drastyczna, jak mogłoby się wydawać. Przypadki typu Bruk-Bet czy Leicester to jednak mniejszość. Leicester był o tyle większym fenomenem, że w Anglii zwykle w drugim sezonie trudność rośnie najbardziej. Aż 2/3 klubów pogarsza wtedy swoje rezultaty. W Hiszpanii i w Niemczech ten odsetek jest najniższy i wynosi 52%. Nieciecza jest o tyle typowa, że aż 42% polskich beniaminków, w drugim sezonie po awansie się poprawia. Czyli w Polsce drugi sezon, choć też trudny, jest stosunkowo najłatwiejszy.

 Kto przetrwa drugi sezon, jest już w domu

 Można tak powiedzieć. 58% beniaminków Premier League spada z niej w ciągu dwóch lat od awansu. W innych ligach ten odsetek kręci się w okolicach połowy. W Polsce w ciągu dwóch lat spada 27% klubów. Stosunkowo najłatwiej wejść do ekstraklasy i pozostać w niej na długie lata. W Polsce ponad połowa beniaminków zostaje w lidze na przynajmniej cztery sezony, a ponad 1/3 na minimum pięć sezonów.

 Absolutni beniaminkowie mają przekichane

 W terminologii piłkarskiej funkcjonuje określenie „beniaminek tylko z nazwy”. Chodzi o klub, który teoretycznie rozgrywa pierwszy sezon po awansie, ale w praktyce nikt go jako beniaminka nie traktuje, bo jego nieobecność w lidze była tylko incydentalna. Jeśli chodzi o beniaminków absolutnych, którzy nigdy wcześniej nie grali w elicie, trudność pierwszego sezonu jeszcze wzrasta. 43% absolutnych beniaminków spada z ligi od razu w pierwszym sezonie (wśród wszystkich beniaminków 32%), a aż 58% opuszcza ligę po maksymalnie dwóch sezonach (wśród wszystkich beniaminków 46%). Najtrudniej mają nowi przybysze we Francji, bo aż 3/4 z nich spada z Ligue 1 od razu, a najłatwiej – o dziwo – w Premier League. W XXI wieku żaden absolutny beniaminek ligi angielskiej, nie spadł z niej w swoim pierwszym sezonie. W Polsce nowym też nie jest łatwo. W XXI wieku w ekstraklasie zagrało dziewięciu kompletnych nowicjuszy – Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Szczakowianka Jaworzno, RKS Radomsko, Piast Gliwice, Korona Kielce, Górnik Łęczna, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Cztery pierwsze drużyny spadły od razu w debiutanckim sezonie (45%), po dwóch sezonach „śmiertelność” wynosi już 62,5%. Żaden XXI-wieczny beniaminek nie wytrwał w lidze dłużej niż pięć sezonów z rzędu (Górnika i Koronę wycięły korupcyjne degradacje). Najdłużej walczyło Podbeskidzie, które spadło w piątym sezonie po awansie. W Polsce brakuje póki co przykładów takich jak za granicą, gdzie nowicjusz Hoffenheim gra w Bundeslidze już dziewiąty sezon, a Augsburg szósty, Getafe spędziło w La Liga dwanaście sezonów z rzędu, a Wigan Athletic osiem lat w Premier League. A to nie wróży dobrze Bruk-Betowi Termalice Nieciecza. Z każdym kolejnym rokiem obecności w ekstraklasie, prawdopodobieństwo jego spadku będzie rosnąć. Historia pokazuje, że pierwszy awans do ekstraklasy służy otrzaskaniu się z elitą, a dopiero drugi może dać prawdziwą, wieloletnią stabilizację wśród najlepszych.

„Kryzys” niemieckiego futbolu

niemcy

Niemiecka kadra U-21 została niedawno zdemolowana w półfinale mistrzostw Europy przez Portugalię. W Niemczech rozpoczęła się seria lamentów, której echa dochodzą też do nas. Wynik 0:5 miał pokazać, że złote pokolenie wcale nie jest takie złote, jak wydawało się rok temu, następcy mistrzów świata wcale nie rodzą się na kamieniu, system szkolenia jednak nie jest tak genialny, jak się wydawało, a problem niemieckiej piłki mają też pokazywać gorsze niż zwykle wyniki niemieckiej kadry w eliminacjach Euro 2016. Jeszcze chwilę i ktoś naprawdę uwierzy w kryzys.

Kryzys niemieckiego futbolu owszem, miał miejsce, gdy dorosła reprezentacja na dwóch mistrzostwach Europy z rzędu nie wychodziła z grupy, chociaż nie należy zapominać, że w środku tego kryzysu została wicemistrzem świata. Porażka młodzieżówki, nawet 0:5, w PÓŁFINALE, nie jest objawem kryzysu.

Zresztą, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, o co chodzi w turniejach młodzieżowych. O to, by je wygrywać czy by przygotować jak największą liczbę ich uczestników do gry na najwyższym poziomie? Mało kto tak dobrze rozumie, jak niewiele warte są triumfy w młodzieżowych kategoriach wiekowych, jak Polacy. Co z tego, że taki Dariusz Zawadzki był gwiazdą mistrzostw Europy, skoro w wieku 33 lat gra w Sparcie Kazimierza Wielka, nie zadebiutowawszy nawet w polskiej ekstraklasie? Co z tego, że Mariusz Sacha grał w kadrze, która wychodziła z grupy mistrzostw świata U-20, skoro mając 27 lat jest byłym piłkarzem, podobnie jak jego koledzy z drużyny Dawid Janczyk czy Krzysztof Strugarek. Młodzieżowe turnieje są fajną, ciekawą rozrywką na letnie miesiące, gdy nie dzieje się nic ciekawszego, można z nich wyciągnąć perełki i jakieś wnioski, ale nie należy ich traktować ze śmiertelną powagą.

Ważniejsze od tego czy Niemcy ograją Portugalię czy z nią przegrają jest jak radzą sobie w dorosłym futbolu.

Bramkarz Portugalii Jose Sa to rezerwowy klubu Maritimo. Bramkarz Niemiec Marc Andre ter Stegen wygrał w tym roku Ligę Mistrzów i to wygrał aktywnie, broniąc we wszystkich meczach Barcelony. Jego zmiennikami w kadrze byli Bernd Leno, który wyszedł z grupy Ligi Mistrzów i Timo Horn z Kolonii, bramkarskie objawienie sezonu jednej z najlepszych lig Europy.

W składzie Portugalii zmieścili się jeszcze Ricardo Esgaio, wypożyczony ze Sportingu Lizbona do Pacos Ferreira, rezerwowy Sportingu Tobias Figueiredo czy rezerwowy Porto Ricardo Pereira. Najwięcej w seniorskiej piłce znaczy William Carvalho, podstawowy zawodnik, jedna z gwiazd Sportingu, ale to dalej liga portugalska, piekielnie silne, lecz tylko zaplecze najwyższego europejskiego poziomu. Tego, na którym od lat grają rówieśnicy z Niemiec.

Za Matthiasa Gintera Borussia Dortmund zapłaciła 10 milionów euro. Ma już w dorobku dorosłe mistrzostwo świata. Emre Can regularnie grał w Liverpoolu, po świetnym sezonie w Bayerze Leverkusen. W Bundeslidze miejsce w składach swoich drużyn mieli też Christian Guenter, Julian Korb, Nico Schulz, Johannes Geis, za którego tego lata Schalke dało 10 milionów euro, Kevin Volland, Max Meyer, Leonardo Bittencourt, Felix Klaus, Maximilian Arnold i Robin Knoche (wicemistrzostwo i Puchar Niemiec) czy Yunus Malli. Joshuę Kimmicha Bayern kupił w tym roku za osiem milionów euro. Widzicie różnicę?

Portugalczycy zmietli Niemców, mogą sięgnąć po mistrzostwo Europy U-21, natomiast gdy już się nacieszą i wrócą z wakacji, w większości nadal będą dopiero aspirantami na najwyższy poziom. A młodzi Niemcy pozbierają się, odpoczną i wrócą do odgrywania centralnych ról w liczących się europejskich klubach. Taki jest ten kryzys niemieckiego szkolenia.

Podobnie ma się rzecz z dorosłą reprezentacją. Pewnego rodzaju odprężenie pomundialowe, połączone z wieloma kontuzjami przyniosło trochę gorsze wyniki. Swoje musiała też zrobić reforma mistrzostw Europy. Reprezentacja taka jak Niemcy wie, że cokolwiek by zrobiła i tak na turnieju zagra. Selekcjoner może sobie eksperymentować do woli, nawet kosztem jakiejś porażki z Polską czy remisu z Irlandią. W przypadku reprezentacji Niemiec, liczą się tylko wielkie turnieje. Przypomnę, że przed zgarnięciem mistrzostwa świata w imponującym stylu, Niemcy w meczach towarzyskich nie wyglądali na faworyta mundialu – wymęczyli wygraną z Chile, będąc wyraźnie słabszym, zremisowali z Polską i Kamerunem, rozjechali jedynie Armenię, choć i tak niżej niż miesiąc później Brazylię. Taka specyfika. Wielcy piłkarze grają wielkie mecze w wielkie wieczory, co nie oznacza, że błyszczą zawsze i wszędzie. Rozlicza się ich z mistrzostw świata i mistrzostw Europy. A tu ostatnimi czasy mają: mistrzostwo, trzecie miejsce, trzecie miejsce, wicemistrzostwo, trzecie miejsce. Ot, niemiecki kryzys.

Gdyby mit Polski od morza do morza się ziścił

Za Kazimierza Wielkiego narodziła się w Polsce koncepcja Corona Regni Poloniae, która, w dużym skrócie, mówiła o niepodzielności terytorium kraju, oraz o tym, że każdy władca miał obowiązek starać się przyłączyć do Polski ziemie, które niegdyś do niej należały. Co z tego wyszło, po raz pierwszy była okazja zobaczyć w 1795 roku, a później już cyklicznie, aż do dziś wszyscy udowadniali Polakom, że idea Korony Królestwa Polskiego była zadziwiająco niedorzeczna. Wszystkich, którzy są zdziwieni takim wstępem na piłkarskim blogu, uspokajam: to naprawdę wpis o piłce nożnej!

Pobawmy się trochę w polityków i pomanipulujmy historią. Załóżmy, że każdy król Polski brał sobie mocno do serca ową koncepcję, stopniowo przyłączał do kraju kolejne ziemie i dziś Polska sięga od Morza Czarnego do Morza Bałtyckiego. Jak wyglądałby nasz futbol?

Na początek ekstraklasa:

1. Dynamo Kijów

2. Arsenał Kijów

3. Karpaty Lwów

4. Dnipro Dniepropietrowsk

5. Energie Cottbus

6. Dinamo Mińsk

7. BATE Borysów

8. Sigma Ołomuniec

9. Banik Ostrawa

10. FBK Kowno

11. MSK Żylina

12. Skonto Ryga

13. Vetra Wilno

14. Worskła Połtawa

15. Sparta Praga

16. Lech Poznań

17. Wisła Kraków

18. Legia Warszawa

Kolejność oczywiście przypadkowa, ale… czy to naprawdę nierealne żeby trzy polskie drużyny znalazły się w strefie spadkowej? Pewnie nierealne, bo PZPN by zmienił regulamin. W tegorocznej Lidze Mistrzów grałaby jedna polska drużyna – MSK Żylina, zaś w Lidze Europejskiej Dynamo Kijów, BATE Borysów, Lech Poznań, Sparta Praga. Nasza liga zamiast być 28 w Europie byłaby w granicach szóstego-siódmego miejsca. Najbardziej prestiżowym meczem byłoby oczywiście starcie Legii z Vetrą Wilno. Sami wiecie dlaczego…

A reprezentacja? Mielibyśmy w niej prawdziwe gwiazdy światowego formatu:

Tomasz Kuszczak (Manchester United) – Jakub Błaszczykowski (Borussia Dortmund), Dmytro Chyhrynski (Szachtar Donieck), Martin Skrtel (Liverpool), Marek Jankulovski (Milan) – Aleksandr Hleb (Birmingham), Tomas Galasek (Norymberga), Michael Ballack (Bayer Leverkusen), Libor Sionko (Sparta Praga) – Milan Baros (Galatasaray Stambuł), Andrij Szewczenko (Dynamo Kijów).

Fajnie, nie? Szkoda, że się nie powiodło. Tylko wiecie co? Problem w tym, że pewnie tak schrzanilibyśmy system szkolenia, że ci wszyscy wymienieni wyżej zawodnicy byliby stolarzami, żulami, czy w najlepszym wypadku wuefistami. Po prostu większa niż obecnie część Europy byłaby futbolowym obszarem pustynnym. Dlatego te wszystkie ziemie, narody, niech Bogu dziękują, że nie pozwolił Polakom wcielić ich do Lechistanu. Są teraz szczęśliwsi i mniej sfrustrowani.