Trener, który wie, że garnitury warto nosić

Jest Marco Silva drugim najmłodszym trenerem w Premier League, ledwie o kilka miesięcy ustępując Eddiemu Howe’owi z Bournemouth, ale jednego 39-letni menedżer Hull City zdążył się już w zawodowym życiu nauczyć: zawsze trzeba zakładać na mecz klubowy garnitur.

Cztery dni po sukcesie

 W grudniu 2014 roku jego Sporting ograł w Pucharze Portugalii FC Viselę, co było jednym z krokiem na drodze do finału rozgrywek. Lizbończycy, wygłodniale czekający od siedmiu lat na jakiekolwiek trofeum, na pięć minut przed końcem decydującego meczu, przegrywali z Bragą 0:2. I grali w dziesiątkę. Zdołali jednak jakimś cudem wyszarpać remis, przetrwać dogrywkę i wygrać rzuty karne. Sporting wprawdzie przegrał w całym sezonie tylko dwa mecze (mniej niż Benfica, która została mistrzem), ale ukończył sezon ligowy dopiero na trzecim miejscu. Puchar Portugalii, po latach oczekiwania, był jednak niewątpliwym sukcesem. Zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach. Cztery dni po finale, Silva został zwolniony.

Absurdalne zwolnienie

 Ekscentryczny prezydent Bruno de Carvalho mocno się natrudził, by uargumentować karkołomną decyzję o wyrzuceniu trenera tuż po zdobyciu trofeum, ale najbardziej absurdalnym, z całej listy powodów, było złamanie przez Silvę zapisów kontraktu, poprzez paradowanie bez klubowego garnituru w trakcie meczu z Viselą (sześć miesięcy wcześniej!). De Carvalho chciał w ten sposób zrobić miejsce dla Jorgego Jesusa, który krótko przedtem odszedł z Benfiki. Lokalny rywal zaproponował mu sześciokrotnie wyższą pensję niż tę, z którą pracował Silva. Do młodego trenera zgłosiły się Benfica i Porto. Sporting zadbał jednak o to, by przy rozwiązaniu umowy ze szkoleniowcem umieścić punkt, wedle którego objęcie przez Silvę innego portugalskiego klubu w okresie kilku miesięcy, skutkowałoby koniecznością płacenia Sportingowi. Świetnie zapowiadająca się kariera młodego trenera w ojczyźnie, musiała zostać zahamowana.

Szaleństwa Estorilu Praia

 Ledwie rok wcześniej, Silva był w Lizbonie witany jako zbawca. W tym mieście się urodził i zebrał szlify w tamtejszym Belenenses, ale na Sporting i Benfikę zabrakło mu piłkarskiego talentu. W zawodowej karierze rozegrał tylko dwa mecze w portugalskiej ekstraklasie, większość czasu spędziwszy w II lidze. W 2009 roku, gdy już zbliżał się do końca kariery, II-ligowy, zapyziały, Estoril Praia, którego był kapitanem, był zagrożony spadkiem i upadkiem, a zawodnicy myśleli o opuszczeniu klubu, z powodu zaległości finansowych. Silva miał ich przekonać, by jeszcze powalczyli, bo wiedział, że negocjacje z brazylijską agencją Traffic Sports były w zaawansowanej fazie. Sam w nich uczestniczył, dbając, by potencjalni inwestorzy czuli się jak najlepiej i ostatecznie pomógł w osiągnięciu celu. W nagrodę, tuż po zakończeniu gry w piłkę, został dyrektorem sportowym tego klubu. Estorilowi, mimo lepszej sytuacji finansowej, na boisku nie wiodło się jednak dobrze i znów był zagrożony spadkiem. Dlatego nie mający żadnego doświadczenia Silva, sam wskoczył na ławkę trenerską. Niespodziewanie, z 24 meczów pod jego wodzą, drużyna przegrała tylko trzy i dźwignęła się ze strefy spadkowej, do premiowanej awansem. Estoril wrócił do ekstraklasy po siedmiu latach, ale bajka dopiero się zaczynała. W pierwszym sezonie, mimo jednego z najniższych budżetów w stawce, zajął piąte miejsce i po raz pierwszy w historii zakwalifikował się do europejskich pucharów. W lecie stracił na rzecz wielkiej trójki czterech zawodników. Wbrew temu, w kolejnym sezonie jeszcze poprawił wynik, kończąc rozgrywki na czwartym miejscu, wyrównując najlepszy wynik w historii klubu, z 1948 roku. Wyniki Estorilu i odważny styl gry sprawiły, że w Portugalii obwieszczono narodziny nowej trenerskiej gwiazdy. Sporting, który kończył rozgrywki za Estorilem i regularnie tracił z nim punkty, dał Silvie czteroletni kontrakt, zanim po obiecującym pierwszym roku zwolnił go z powodu nieprzestrzegania dress-code’u.

Greckie rekordy

 Nie mogąc w praktyce pracować w ojczyźnie, Silva ruszył do Grecji, gdzie dostał do rąk Olympiacos Pireus. Jako trener wyciskający z kiepskich zawodników maksimum możliwości sprawdził się w Praii bardzo dobrze, a w Grecji udowodnił, że potrafi też dominować nad rywalami atakiem pozycyjnym. W lidze greckiej wygrał 28 z 30 meczów, sezon ukończył trzydzieści punktów przed drugim Panathinaikosem, zwyciężył we wszystkich spotkaniach u siebie, a pracę zaczął od siedemnastu ligowych wygranych z rzędu, co było rekordem nie tylko klubu, ale i całej Europy w XXI wieku. Olympiacos dał mu też okazję debiutu w Lidze Mistrzów, w której ograł w Londynie Arsenal, jako pierwszy grecki klub na angielskiej ziemi od pół wieku. Po spektakularnym sezonie, Silva zrezygnował z pracy z powodów osobistych.

Raz na sto lat

 Od tego momentu, czyli od lipca 2016, łączono go już z kilkoma niezłymi klubami. Miał być trenerem Wolverhampton czy Interu Mediolan, a o odpowiedni rozgłos dbał opiekujący się jego interesami wszechpotężny agent Jorge Mendes. Przed dwoma tygodniami objął Hull City, co ze strony „Tygrysów” jest ruchem wręcz szokującym. Hull było od lat jednym z nielicznych klubów, które bezgranicznie ufały coraz bardziej skompromitowanej brytyjskiej myśli szkoleniowej. W ciągu ponad stu lat istnienia, klub miał ledwie jednego trenera spoza Wysp, Duńczyka Jana Molby’ego, który piętnaście lat temu wytrwał w Hull siedemnaście meczów. „Tygrysy” największe sukcesy w historii osiągały pod wodzą Anglików Phila Browna i Steve’a Bruce’a, rękami i nogami broniły się przed zalewem zagranicznych szkoleniowców. I mimo wszystko źle na tym kończyły, bo klub mógł tylko podziwiać, jak zagraniczni, głównie kontynentalni fachowcy, w typie Claudio Ranieriego, Roberta Martineza, Quique Sancheza Floresa i innych, podnosili kluby, które jeszcze niedawno plątały się w tych samych, co „Tygrysy”, rejonach tabeli. Niespodziewanie Hull zerwało z tradycją, co spotkało się z krytyką Paula Mersona, narzekającego, że „kluby biorą bezmyślnie obcokrajowców bez sukcesów, zamiast spojrzeć na angielskich trenerów” (skąd my to znamy). Ale krytyką Paula Mersona niekoniecznie warto się przejmować.

Portugalska władza

 Zatrudnienie młodego, a już mającego sukcesy, trenera, który słynie z wykorzystywania w pracy zdobyczy naukowych, dawania szans skreślonym gdzie indziej zawodnikom, to dla Hull wielka szansa, by zerwać z odwieczną bylejakością. Zwłaszcza, że Silva dostał sporą władzę. Choć podpisał kontrakt tylko na pół roku, z miejsca pozwolono mu na wymienienie całego sztabu, nie wyłączając trenera bramkarzy. Wszystkie stanowiska obsadził fachowcami z Portugalii, co raczej klubowi nie zaszkodzi. Zadanie ma skrajnie trudne, bo do dyspozycji na pierwszych treningach miał tylko czternastu graczy z pola. Klub, znajdujący się w stanie permanentnej wojny właścicieli z kibicami, w lecie niemal nie kupował zawodników i generalnie stroni od transferów, przez co w debiucie przeciwko Swansea, na środku obrony Silva musiał wystawić dwóch stoperów, a na kolejny mecz z Manchesterem United miał do dyspozycji tylko piętnastu graczy. Ale Swansea ograł, a w sobotę, w swoim pierwszym meczu w Premier League, wygrał też z Bournemouth. Dla Hull było to pierwsze ligowe zwycięstwo od dziesięciu spotkań. Po raz pierwszy od sierpnia zdarzyło się też, by „Tygrysy” wygrały dwa z trzech kolejnych meczów.

Ratunek znów z Brazylii

Hull nadal ma mało punktów, zawodników i pieniędzy. Musi rywalizować w jednej z najbardziej wymagających lig świata. Zadanie utrzymania w lidze jest z gatunku niemożliwych. Dlatego wzięcie Silvy wydaje się strzałem w dziesiątkę. O Mike’u Phelanie, jego poprzedniku, było wiadomo, że prochu już nigdy nie wymyśli. O Silvie jeszcze tego nie wiadomo. Portugalczyk, gdzie tylko pracował, osiągał dobre wyniki, a w Estorilu Praia udowodnił, że wie, jak wychodzić z sytuacji beznadziejnych. Jego pierwszym krokiem do wyprowadzenia Hull z kryzysu, było odkupienie z Porto Brazylijczyka Evandro. Tego, którego Porto trzy lata wcześniej zabrało mu z Estorilu. Tak, jak w 2009 roku, ratunek ma nadejść z Brazylii.

W tym średniactwie jest metoda

Z mojego punktu widzenia, Liga Europy jest o tyle atrakcyjna, o ile daje możliwość zobaczenia w ciągu tygodnia którejś z drużyn Bundesligi, rozbijając w ten sposób na pół czterodniowy okres bez niemieckiej piłki. Generalnie jednak w tym roku patrzeć za bardzo nie ma co. Do pucharów zakwalifikowały się rok temu takie drużyny, że nie było co się po nich spodziewać jakiegoś wielkiego nabijania punktów do rankingu UEFA.

Najbardziej renomowany i – na papierze – najmocniejszy z niemieckich reprezentantów w LE, czyli Stuttgart, nie dotarł nawet do fazy grupowej, kompromitując cały tamtejszy futbol, odpadając z Rijeką, która bardziej kojarzy nam się ze słonecznymi wakacjami nad Adriatykiem, a nie z graniem w piłkę. Freiburg zgodnie z przewidywaniami nie wyszedł z grupy. Eintracht Frankfurt natomiast szaleje. Grupę wygrał z pięcioma zwycięstwami, podczas gdy w Bundeslidze tyle samo uciułał przez całą 17-meczową jesień.

Tydzień z europejskimi pucharami zaczął się smutnymi wątpliwościami dotyczącymi siły Bundesligi. Wtedy trzeba było pytać, jak to możliwe, że wicelider tak się kompromituje w Europie. Dziś jest bardziej optymistycznie, trzeba pytać jak to możliwe, że niemiecki średniak walczący o utrzymanie, radzi sobie z zespołem, który w XXI wieku zgarnął trzy europejskie puchary.

Eintracht to dla mnie synonim przeciętniactwa. Ich meczów nie ogląda się dla przyjemności. Niewielu graczy mają charakterystycznych, na których warto zawiesić oko, zwrócić uwagę. Dla kogoś, kto nie ogląda Bundesligi nałogowo, nie ma tam praktycznie rozpoznawalnych nazwisk. Jego awans do europejskich pucharów rok temu, był kolejnym potwierdzeniem tezy o szczególnych przywilejach beniaminka, zaś tegoroczna walka o utrzymanie to kolejne potwierdzenie, że te przywileje szybko się kończą.

Zespół Armina Veh w Porto teoretycznie nie miał prawa nawiązać walki. Zjawiskowy jak zwykle gol Quaresmy (choć nie z fałsza), dał gospodarzom prowadzenie do szatni, gol Vareli na 2-0 po przerwie zdawał się nieuchronnie przybliżać moment, w którym Ligi Europy nie będzie już po co w tym sezonie oglądać.

Petardę z dystansu odpalił jednak Joselu, co do którego mogę mieć wypaczony obraz. Gdy widziałem Eintracht na żywo przeciwko Schalke, zdobył dwa piękne gole po strzałach z dystansu w odstępie kilku minut. Wyglądało, jakby robił to od niechcenia, co sobotę. Tymczasem te trafienia to były 2/3 jego dorobku w tym sezonie. Dziś wystrzelił w najlepszym możliwym momencie. Porto osłabło i po rzucie rożnym strzeliło sobie samobója.

Bramkowy remis na Dragao to wielki sukces Eintrachtu i niespodziewana nadzieja na rewanż. Teraz to Niemcy są w lepszej sytuacji i wcale nie jest wykluczone, że w kolejnej fazie europejskich pucharów Bundesligę – obok Bayernu i (może) Borussii – będzie reprezentował właśnie Eintracht. Brzmi trochę niedorzecznie, ale kibicom jeżdżącym tłumnie po całej Europie to nie przeszkadza. W grudniu pojechali do Bordeaux w 12 tysięcy, dziś w Porto było ich o połowę mniej. Wszędzie słychać ich mocniej niż gospodarzy, a że są najbardziej muzykalnymi kibicami Bundesligi, to robią wrażenie.

Szczególnie uważnie patrzyłem dziś na Sebastiana Rodego, który od 1 lipca trafi do Monachium obok sami wiecie kogo. Korzyści dla samego piłkarza oczywiście widzę, bo trochę posiedzi na ławce, wpisze do życiorysu Bayern Monachium, pójdzie na wypożyczenie i finansowo na tym nie straci. Zastanawiam się tylko, po kiego czorta taki zawodnik Bayernowi. Ani to osłabianie konkurencji, bo co z Eintrachtu za konkurencja, ani branie młodego talentu, bo Rode ma już 24 lata, ani uzupełnianie newralgicznych pozycji, bo nic nie jest w Bayernie mocniej obsadzone niż środek pomocy. Jakieś krzywe rozliczenia? Bo że nie chodzi o jakiś niewyobrażalny talent, to chyba się zgadzamy. Choćby nie wiem jak dobrze go ukrywał, coś by mu się jednak ponadprzeciętnego wymsknęło. Więc po co?

The most Special One?

Jeśli myślicie, że Jose Mourinho to The Special One i nikt go nigdy nie przerośnie to być może macie racje. Sęk w tym, że Portugalczyk miał też uczniów, którym przekazywał wiedzę, uczył podejścia do zawodników, pokazywał jak sprawić, by każdy czuł się tak ważny, jak cyfra w numerze telefonu. I kiedy już im wszystkie te arkana magii przekazał, czeladnicy zaczęli czmychać by pracować samodzielnie. A uczniowie mają to do siebie, że  czasem przerastają mistrzów.

Ich droga jest bardzo podobna. O Mourinho napisano już więcej niż o Jezusie Chrystusie, więc nie ma sensu po raz kolejny przytaczać opisu jego „nazarejskich lat”. O Andre Villasie Boasie wiadomo jeszcze stosunkowo niewiele. Kiedyś także będzie o nim więcej niż o bohaterze ewangelii. Już zresztą teraz ma z nim wiele wspólnego. Niedawno skończył bowiem 33 lata.

Co może zrobić właściciel wielkiego klubu, gdy bardzo doświadczony trener, szanowany nestor i guru, który co rano zjadał zęby na piłce, zajął tragiczne, katastrofalne i nie do przyjęcia trzecie miejsce w lidze? Może z rozpaczy spektakularnie doprowadzić swoje ciało do eksplozji przy tysiącach pielgrzymów w Fatimie, albo powierzyć zespół trenerowi, którego największym osiągnięciem jest jedenaste miejsce w lidze portugalskiej i oddychanie tym samym powietrzem, co Józef święty. Oba rozwiązania na podobnym poziomie absurdu. Wybrał drugie.

***
33 lata wcześniej w Porto na świat przychodzi Andre, syn Luísa Filipe Manuela Henrique do Vale Peixoto de Sousa de Villas-Boas, którego na świat wydała Teresa Maria de Pina Cabral e Silva. Jego dziadkowie pochodzą z Anglii. Chłopak dzieckiem był dziwnym. Niby coś tam grał w piłkę z rówieśnikami, ale mając kilkanaście lat postanowił w ogóle nie próbować robić kariery zawodniczej. Poświęcił się taktyce, wyszukiwaniu talentów i trenerce. Gdy miał 17 lat (!) zrobił w Szkocji licencję trenerską UEFA klasy C. Rok później, ze względu na biegłe posługiwanie się angielskim nawet przez sen, zapragnął go mieć w sztabie szkoleniowym słynny Bobby Robson. Wkracza w dorosłość będąc scoutem najsłynniejszego portugalskiego klubu.

Młodość pcha go jednak do przenikania ludzkości całych ogromów z końca do końca. Wylatuje więc na Karaiby i zostaje selekcjonerem kadry… Wysp Dziewiczych. Ma wówczas 21 lat. W Polsce dopiero mógłby się żenić. Po 18 miesiącach wraca do Portugalii i zostaje trenerem zespołu U-19 Porto. Od swoich zawodników był niewiele starszy i w ogóle nie bardziej doświadczony. Zauważył go tam Jose i zaprosił do swojego sztabu. U jego boku wygrał Puchar UEFA i Ligę Mistrzów. Wdzięczny święty Józef wziął go do Chelsea. I tam się zaczęło!

Villas Boas mógł rozwijać swoje taktyczne zboczenie. Godzinami oglądał kolejnych rywali, analizował, myślał, wycinał, kopiował, wklejał i każdemu z piłkarzy dawał gotowe płyty DVD, na których była zawarta w przystępny sposób podana taktyka na kolejne mecze. Na pewno pustaczek do sukcesów Mourinho dołożył i jego szef to wiedział. Zabrał go więc do Mediolanu.

W 2009 roku asystent powiedział sobie dość. Chciał zacząć pracować na swoje nazwisko. Wsadził się jednak na minę. W październiku objął portugalską Academikę Coimbra, która teoretycznie do niego pasowała. „Lizbona się bawi, Porto pracuje, Coimbra się uczy, a Braga modli” – tak mówi portugalskie porzekadło. No i uniwersytecki klub wydawał się być jak znalazł dla pasjonata taktyki i teoretyka futbolu. Tyle, że po kilkunastu kolejkach zespół zajmował ostatnie miejsce w tabeli i nie miał jeszcze na koncie zwycięstwa. Zacząć pracę od spuszczenia zespołu z ligi, to, chyba przyznacie, nie jest wymarzony początek kariery.

A jednak ofensywny styl gry wpojony przez Villasa Boasa sprawdził się znakomicie. Coimbra uciekła spod topora, ruszyła w górę tabeli, skończyła sezon na jedenastym miejscu z dziesięcioma punktami przewagi nad strefą spadkową i doszła do półfinału Pucharu Ligi. O najmłodszym trenerze w lidze zaczęło być głośno.

***
Wracamy więc do punktu wyjścia, w którym Villas Boas zostaje zatrudniony w Porto. Ma zażegnać kryzys, w który wszedł zespół pod wodzą doświadczonego Jesualdo Ferreiry. Aby mu w tym pomóc, klub sprzedaje dwóch najważniejszych zawodników – obrońcę Bruno Alvesa do Zenita Sankt Petersburg i Raula Meirelesa do Liverpoolu. Po miesiącu pracy zdobył pierwsze trofeum – Superpuchar kraju po zwycięstwie nad Benficą. A później przyszła fantastyczna seria…

11 grudnia 2010 roku pobił rekord swojego mentora Mourinho. Jego Porto nie przegrało w 33 kolejnych meczach we wszystkich rozgrywkach. Poległo dopiero w styczniu w pucharowym meczu z Nacionalem Madeira, dziś w lidze ma 11 punktów przewagi nad mistrzem z Lizbony, Porto wygrało 17 z 19 meczów, dwa zremisowało, czyli nie przegrało ani razu. Bramki zdobyte? 44 – najwięcej w lidze. Bramki stracone? 7 – najmniej w lidze. Europejskie puchary? 5 zwycięstw, jeden remis, pierwsze miejsce w grupie. Za kilka dni Porto zagra z Sevillą. Ma szansę zdobyć w tym sezonie cztery trofea (jedno już zdobył). Jeśliby wygrał Ligę Europejską, co nie jest niemożliwe, porównania do Mourinho jeszcze by się nasiliły. Przecież guru wszedł na kontynentalną scenę wygrywając Puchar UEFA. Rok później triumfował w Lidze Mistrzów. Za rok Porto prawie na pewno do niej powróci. Ja wam dobrze zawczasu radzę – ładujcie wszystkie swoje oszczędności w obstawianie triumfu „Smoków” – za rok będziecie milionerami, o ile bukmacherzy nie zbankrutują. Jest też ryzyko, że ktoś go Portugalczykom wykradnie – zimą był już nim zainteresowany Liverpool.

A on? Znajomo nonszalancki styl, charakter na twarzy, świetne przygotowanie do zawodu. Jak trochę posiwieje, dojrzałym paniom będą na jego widok drżały kolana, jak teraz drżą na myśl o Mourinho. Villas Boas odcina się od porównań do trenera Realu Madryt. Przyznaje, że był dla niego bardzo ważny, ale spokojnie przekonuje, że jest sobą i swoją karierę prowadzi. Niby każdy to mówi, ale jemu chyba wyjątkowo można wierzyć.

Sześć lat później*

 

Sześć lat to niby tak niedługo, a czuję jakby minęła już cała epoka. To już sześć lat upłynęło od najwspanialszej edycji Ligi Mistrzów jaką pamiętam! Ciekawe czy taka się jeszcze powtórzy? Ależ to był powiew świeżości! Takie sobie FC Porto zgarnęło główne trofeum, zaczęła się era Jose Mourinho, ale jego ówcześni piłkarze też zrobili jakieś mniejsze, lub większe, kariery. To tam grali Deco, Maniche, Carvalho, Costinha, Paulo Ferreira, Nuno Valente, którzy szybko zostali wiodącymi postaciami reprezentacji Portugalii. Było też w półfinale Deportivo La Coruna, które rozegrało bodaj najpiękniejszy mecz tej edycji. Po przegranej w Mediolanie z Milanem 4-1, rozbili Rossonerich na Riazor aż 4-0. To było coś niesamowitego. To spotkanie pozostało mi w pamięci jako ‚pojedynek panów’. Komentował tę potyczkę Maciej Iwański i co chwilę padało: „PANcaro, PANdiani, Juan Valeron (fonetycznie: PAN Valeron), i sędzia PAN Urs Meier. Co było jednak najpiękniejsze w tamtym sezonie to AS Monaco. Wzięło mnie na wspomnienia akurat dotyczące tej drużyny. Kim byli, jakie kariery zrobili ówcześni bohaterowie Księstwa?
Pierwszy fantastyczny mecz Monaco rozegrało jeszcze w fazie grupowej. U siebie, na stadionie Louisa II, rozbili… Deportivo 8-3, a Dado Prso strzelł cztery gole. Kto by wtedy pomyślał, że obie drużyny dojdą do najlepszej czwórki? Później było wspaniałe, niezapomniane wyeliminowanie Realu Madryt w ćwierćfinale. Piękna zemsta Fernando Morientesa, który stał się wtedy jednym z moich ulubionych piłkarzy. Wyglądał jak śmierć. Nieprzyjemna twarz, straszne oczy. Nazwisko kojarzy się z Morią, więc też nie najlepiej. Wypchnęli go Królewscy, bo mieli w ataku Ronaldo, Raula, Owena. A on został królem strzelców tamtej edycji, strzelał gole Casillasowi i z satysfakcją patrzył na to Santiago Bernabeu, które go nie chciało.
W ataku królował Hiszpan razem ze wspomnianym Chorwatem Prso. Wyglądał chłop jak Janosik, grał, też jak prosty zbój, rozpychał się, strzelał, rywali nie mijał, ale tratował. Był skuteczny. Za nimi ten wspaniały, ten przebojowy Mały Książe. Oj Ludovic Giuly! Jego gola piętką przeciwko Realowi będę pamiętać nawet w ewentualnym życiu pozagrobowym. Stałe fragmenty gry to Jerome Rothen. Jeśli chodzi o bycie specjalistą od dośrodkowań, przyćmił wtedy Davida Beckhama. Blond czuprynka faluje – Hieronim mija rywali, chwila spokoju, odchylenie, dośrodkowanie z zegarmistrzowską precyzją i Morientes lub Prso cieszą się z gola. Tak to najczęściej wyglądało. Na boku obrony szalało czarne TGV, czyli Patrice Evra. Wyglądem i grą przypominający Michaela Reizigera, ale zdecydowanie lepszy od Holendra. Wreszcie w bramce Flavio Roma, który wtedy spisywał się wyśmienicie. Ach, cóż to była za drużyna!
Nie wszyscy byli tak wspaniali. Pamiętam trio Lucas Bernardi-Gael Givet-Jaroslav Plasil. Wkurzali mnie niemożebnie. Nie potrafiłem dostrzec w nich wirtuozerii, widziałem głupotę i nieporadność. Z czasem Bernardi zniknął, potwierdzając słuszność moich wątpliwości, Givet (Blackburn) przestał mnie denerwować, a do Plasila (dziś Bordeaux) nie jestem przekonany nadal.
Co ciekawe, z tej drużyny największą karierę zrobił ten, który wtedy znaczył niewiele – Emmanuel Adebayor (Manchester City). Przebił się też Evra (Manchester United). Droga supersnajpera Shabaniego Nondy (Galatasaray) była już pochyła. W 2004 roku zasłynął tym, że w jednym z meczów zdobył gola… 14 sekund po wejściu na boisku. Morientes po sezonie wrócił do Realu, nie zachwycał, tułał się po Valencii i Marsylii w poszukiwaniu straconej formy. Nigdy jej już nie znalazł. Prso wybrał Glasgow Rangers, gdzie był gwiazdą, prowincjonalnych jednak rozgrywek. Kilka lat temu skończył karierę. Giuly grał w Barcelonie i radził sobie nieźle, ale wielką gwiazdą nie został. Ostatnie lata spędził w Paris Saint Germain. W tej samej drużynie utknął też ten, który miał bodaj największy potencjał. Jerome Rothen przez lata grał w Paryżu, nie mogąc nic zdobyć, formy nie było. Wypożyczono go do Ankaragucu, wrócił do Francji, ale nie mógł się przebić. W tym tygodniu PSG rozwiązało z nim kontrakt. Ciekawe, że z dwóch świeżych, świetnych, pełnych nowych nazwisk, drużyn najwięcej znaczą dziś dwaj młodzi wówczas trenerzy – Mourinho (Real Madryt) i Didier Deschamps (Olympique Marsylia).

Sześć lat to niby tak niedawno temu, a czuję jakby minęła już cała epoka. To już tyle czasu upłynęło od najwspanialszej edycji Ligi Mistrzów jaką pamiętam! Ciekawe czy taka się jeszcze powtórzy? Ależ to był powiew świeżości! Takie sobie FC Porto zgarnęło główne trofeum, zaczęła się era Jose Mourinho, ale jego ówcześni piłkarze też zrobili jakieś mniejsze, lub większe, kariery. To tam grali Deco, Maniche, Carvalho, Costinha, Paulo Ferreira, Nuno Valente, którzy szybko zostali wiodącymi postaciami reprezentacji Portugalii. Było też w półfinale Deportivo La Coruna, które rozegrało bodaj najpiękniejszy mecz tej edycji. Po przegranej w Mediolanie z Milanem 4-1, rozbili Rossonerich na Riazor aż 4-0. To było coś niesamowitego. To spotkanie pozostało mi w pamięci jako ‚pojedynek panów’. Komentował tę potyczkę Maciej Iwański i co chwilę padało: „PANcaro, PANdiani, Juan Valeron (fonetycznie: PAN Valeron), i sędzia PAN Urs Meier. Co było jednak najpiękniejsze w tamtym sezonie to AS Monaco. Wzięło mnie na wspomnienia akurat dotyczące tej drużyny. Kim byli, jakie kariery zrobili ówcześni bohaterowie Księstwa?

Pierwszy fantastyczny, mecz Monaco rozegrało jeszcze w fazie grupowej. U siebie, na stadionie Louisa II, rozbili… Deportivo 8-3, a Dado Prso strzelł cztery gole. Kto by wtedy pomyślał, że obie drużyny dojdą do najlepszej czwórki? Później było wspaniałe, niezapomniane wyeliminowanie Realu Madryt w ćwierćfinale. Piękna zemsta Fernando Morientesa, który stał się wtedy jednym z moich ulubionych piłkarzy. Wyglądał jak śmierć. Nieprzyjemna twarz, straszne oczy. Nazwisko kojarzy się z Morią, więc też nie najlepiej. Wypchnęli go Królewscy, bo mieli w ataku Ronaldo, Raula, Owena. A on został królem strzelców tamtej edycji, strzelał gole Casillasowi i z satysfakcją patrzył na to Santiago Bernabeu, które go nie chciało.

W ataku królował Hiszpan razem ze wspomnianym Chorwatem Prso. Wyglądał chłop jak Janosik, grał, też jak prosty zbój, rozpychał się, strzelał, rywali nie mijał, ale tratował. Był skuteczny. Za nimi ten wspaniały, ten przebojowy Mały Książe. Oj Ludovic Giuly! Jego gola piętką przeciwko Realowi będę pamiętać nawet w ewentualnym życiu pozagrobowym. Stałe fragmenty gry to Jerome Rothen. Jeśli chodzi o bycie specjalistą od dośrodkowań, przyćmił wtedy Davida Beckhama. Blond czuprynka faluje – Hieronim mija rywali, chwila spokoju, odchylenie, dośrodkowanie z zegarmistrzowską precyzją i Morientes lub Prso cieszą się z gola. Tak to najczęściej wyglądało. Na boku obrony szalało czarne TGV, czyli Patrice Evra. Wyglądem i grą przypominający Michaela Reizigera, ale zdecydowanie lepszy od Holendra. Wreszcie w bramce Flavio Roma, który wtedy spisywał się wyśmienicie. Ach, cóż to była za drużyna!

Nie wszyscy byli tak wspaniali. Pamiętam trio Lucas Bernardi-Gael Givet-Jaroslav Plasil. Wkurzali mnie niemożebnie. Nie potrafiłem dostrzec w nich wirtuozerii, widziałem głupotę i nieporadność. Z czasem Bernardi zniknął, potwierdzając słuszność moich wątpliwości, Givet (Blackburn) przestał mnie denerwować, a do Plasila (dziś Bordeaux) nie jestem przekonany nadal.

Co ciekawe, z tej drużyny największą karierę zrobił ten, który wtedy znaczył niewiele – Emmanuel Adebayor (Manchester City). Przebił się też Evra (Manchester United). Droga supersnajpera Shabaniego Nondy (Galatasaray) była już pochyła. W 2004 roku zasłynął tym, że w jednym z meczów zdobył gola… 14 sekund po wejściu na boisku. Morientes po sezonie wrócił do Realu, nie zachwycał, tułał się po Valencii i Marsylii w poszukiwaniu straconej formy. Nigdy jej już nie znalazł. Prso wybrał Glasgow Rangers, gdzie był gwiazdą, prowincjonalnych jednak rozgrywek. Kilka lat temu skończył karierę. Giuly grał w Barcelonie i radził sobie nieźle, ale wielką gwiazdą nie został. Ostatnie lata spędził w Paris Saint Germain. W tej samej drużynie utknął też ten, który miał bodaj największy potencjał. Jerome Rothen przez lata grał w Paryżu, nie mogąc nic zdobyć, formy nie było. Wypożyczono go do Ankaragucu, wrócił do Francji, ale nie mógł się przebić. W tym tygodniu PSG rozwiązało z nim kontrakt. Ciekawe, że z dwóch świeżych, świetnych, pełnych nowych nazwisk, drużyn najwięcej znaczą dziś dwaj młodzi wówczas trenerzy – Mourinho (Real Madryt) i Didier Deschamps (Olympique Marsylia).

* Jak tylko mogę w tekście umieścić aluzję do Kultu to ją umieszczam.