Naiwna wiara w Guardiolę

Nigdy nie byłem fanem Guardioli. Moment, w którym jego Barcelona zaczęła demolować rywali, był chwilą mojego wiecznego rozwodu z tym klubem. Wychowałem się w poczuciu kibicowania zespołowi, który nigdy niczego nie wygra (naprawdę), nie mogłem spać w nerwowym oczekiwaniu wyniku z Teneryfą (bo czasy były takie, że na serio się o Barcelonę obawiałem), emocjonowałem się dramatyczną walką o zajęcie szóstego czy tam czwartego miejsca. Barcelona ananasów w stylu Bonano, Hespa, Christanvala, to była moja Barcelona. Nawet gdy już za Rijkaarda wygrywała Ligę Mistrzów, to nadal było piękne, bo czuło się, że wszystko się zaraz rozsypie i to, że sezon później najlepsza niby drużyna w Europie finiszowała za Villarrealem było naturalną konsekwencją.

A później przyszedł Guardiola i zaczął wygrywać wszystko i ze wszystkimi. Wysoko. Regularnie. Niemal bez pomyłek. Wysypało się wokół pełno kibiców Barcelony – wychowałem się w czasach, gdy pełno było kibiców galaktycznego Realu – a mnie kibicowanie drużynie, o której wiadomo było, że wszystko wygra, przestało cieszyć. Mniej więcej w tym samym czasie zadurzyłem się w Hull City. Co więcej, pretensje do Guardioli miałem nie tylko o to, że uczynił z „mojego” klubu maszynkę do wygrywania, ale też o styl. Dzisiaj to oczywiste, bo tzw. tiki-taka jest passe. W 2008 roku pisząc, że to Guardiola a nie Mourinho zabija futbol czułem się jak heretyk. Szczerze wierzę, że byłem w gronie kilku pierwszych ludzi, którym styl Barcelony Guardioli się nie podobał. Mniej więcej od tego 2008 roku Barcelona zaczęła dla mnie znaczyć tyle, co inne wielkie kluby tego świata, czyli niewiele. I jedynym tego winnym był Guardiola.

 Ale co innego rozmawiać o jakichś dziecięco-nastoletnich fantazjach i zawodach, a co innego patrzeć na Guardiolę trzeźwo i merytorycznie. Nigdy nie ulegało dla mnie wątpliwości, że to trener wybitny. I wylewanie na niego kubłów pomyj, które po paru latach jego sukcesów z Barceloną zrobiło się notoryczne, wyśmiewanie jego futbolu na forach internetowych całego świata, kolportowanie bzdur o jego przychodzeniu „na gotowe”, sprawiło, że paradoksalnie zacząłem mu życzyć sukcesów.

Naiwna wiara w Guardiolę towarzyszyła mi więc od pierwszego dnia jego pracy w Monachium. Wtedy, gdy jawnie demontował genialną drużynę Heynckessa – po latach, cóż to była za genialna drużyna! Nigdy nie widziałem piękniejszego futbolu niż w dwumeczu z Barceloną – stwierdzałem, że musi ją zdemontować, bo drugi raz takiego sukcesu z tymi samymi ludźmi, grając w ten sam sposób, nie udałoby się osiągnąć. Gdy zmieniał wszystkim możliwym piłkarzom pozycje na boisku, Lahma wystawiając na środku boiska, Alabę rzucając po całym świecie, nie widziałem w tym przekombinowania, a tego, że trener widzi coś więcej. Gdy Bayern notorycznie zanudzał w Bundeslidze, widziałem w tym raczej genialne wyrachowanie. Gdy wszystko się ewidentnie waliło, wierzyłem, że wszystko ma pod kontrolą. Nawet gdy Real wygrał pierwszy mecz półfinałowy, byłem przekonany, że Guardiola ma genialny plan na rewanż. Nawet gdy w rewanżu Bayern był demolowany, wierzyłem, że to dlatego, iż nie dostał pełni władzy. Nawet gdy w drugim sezonie Bayern cały czas grał tak samo i wydawało się, że popełnia te same błędy, wierzyłem, że akurat Barcelonę Guardiola rozpracuje jak nikt inny. A gdy się okazało, że nie rozpracował, to myślałem, że rozwiąże problemy z kontuzjami, wzmocni zespół i trzeci sezon to będzie triumfalny marsz Guardioli przez historię. Bo przecież nie mogą mieć racji te tłumy internetowych hejterów, podkreślających na każdym kroku, że to trener przereklamowany.

Przez poprzednie dwa lata nazywałem to wiarą w Guardiolę. Dziś, choć biję się z podobnymi myślami, nazwałbym to już naiwną wiarę w Guardiolę. Przecież widzę, że wyrzucenie Muellera-Wohlfahrta w niczym nie pomogło, a kontuzji jest nawet więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Przecież widzę, że Bayern jest bardzo daleki od bardzo dobrej formy. Przecież widzę, że mam problemy z przypomnieniem sobie naprawdę zachwycającego meczu Bayernu (z Dortmundem? Było lanie, ale nie zachwycający mecz. Z Wolfsburgiem? To był zachwycający mecz Lewandowskiego, a nie Bayernu. Chyba pozostanę przy meczach z Manchesterem City i z Romą na wyjeździe, ale to było cholernie dawno temu). Przecież widzę, że świetnie kontrująca drużyna jest w stanie zrobić z Bayernu miazgę i wcale nie trzeba do tego Messiego czy Cristiano Ronaldo, wystarczy mający świetny dzień VfL Wolfsburg czy Borussia Moenchengladbach. Przecież widzę, że Juventusu nie da się zatrzymać dwoma niskimi środkowymi pomocnikami na środku obrony i przecież wiem, że Ligę Mistrzów wygrywa się przede wszystkim obroną, a nie atakiem, czyli dokładnie tym, czego Bayern dziś nie ma.

Jedyny powód, dla którego nie jestem skrajnym pesymistą, to naiwna wiara w Guardiolę. Dotychczas się nie sprawdzała. Ale może w momencie, w którym Juventus jest tak rozpędzony, a Bayern zdradza więcej oznak słabości niż kiedykolwiek, wreszcie okaże się, że ta wiara nie jest naiwna, tylko trener rzeczywiście ma jakiś plan i że wszystko idzie zgodnie z nim? Że te chybotliwe mecze z Darmstadt, Hamburgiem, męczenie się z Hoffenheim, niemożność sforsowania obrony Leverkusen (Dortmund wygrał tam dwa dni temu mocno eksperymentalnym składem), to tylko usypianie czujności rywala? Głupie? Chyba tak.

 Sam wiem doskonale, że nie pomoże wygranie Bundesligi cztery razy z rzędu, nie pomoże absolutna wszechdominacja w Niemczech. Nic nie pomoże, jeśli Bayern z Juventusem odpadnie. Guardiola odejdzie z Monachium jako przegrany. Wszyscy, którzy w niego wierzyli, będą się musieli zmierzyć z triumfalnym i wszechobecnym: „A nie mówiłem?”. Choćby z tego powodu życzę Guardioli spektakularnego sukcesu i zamknięcia ust krytykom. Nie lubię, gdy mówi się, że futbol to prosta gra, uważam, że jest bardzo skomplikowana. Efektowny triumf Guardioli pokazałby, że trener widzi więcej niż śmiertelnicy.

Ale jak życzę Hiszpanowi sukcesu, tak cieszę się, że wkrótce zastąpi go Ancelotti, przywróci futbol z czasów Heynckessa, prawego obrońcę będzie wystawiał na prawej obronie a lewego na lewej. Eksperymentami Guardioli jestem skrajnie zmęczony, w najbliższych tygodniach rozstrzygnie się czy będę nim również skrajnie rozczarowany.

Bayer Leverkusen. Porażka w DNA

bayer

Miasta jak filmy. Mają strzelać piorunem od pierwszego wejrzenia, wolno rozkręcać mogą się tylko piosenki. Kolonia jest jak dobry film. Największa atrakcja miasta – katedra, to pierwsze, co widać, gdy wysiądzie na dworcu. I tak ma być. Najlepsze od razu na początek, można wracać. Tak jakby Wawel było widać z peronu.

koloniakatedra

 Duesseldorf rozkręcał się bardzo powoli, trzeba się było do niego przekonywać. Kolonia jest mistrzynią pierwszego wrażenia. Na pierwszy rzut oka – imponująca katedra. Ucha – grajkowie uliczni z Afryki. To niedoceniany element tworzenia atmosfery miasta. Jeden facet z Bałkanów z akordeonem, z Andów z jakimiś piszczałkami czy z Afryki z czymkolwiek brzęczącym, potrafi kompletnie odmienić atmosferę w mieście. Na miejscu urzędów miast, bym ich wynajmował. W Kolonii nie trzeba nigdzie chodzić, by zobaczyć miasto. Najlepsza dzielnica to ta tuż obok dworca.

koloniakosciol

Kolonia dzienna budzi zachwyt. Pełna ludzi, życia, gwaru, zapachu pieczonych kasztanów. Przed wyjazdem zdziwiony odkryłem, że nie istnieje w polskich księgarniach coś takiego jak przewodnik po Zagłębiu Ruhry, a w przewodnikach po Niemczech opis całej Nadrenii-Północnej Westfalii zaczyna się i kończy na Kolonii, ewentualnie wspominając jeszcze Akwizgran i Monastyr. Początkowo byłem oburzony, jak można tak nie doceniać atrakcyjności turystycznej Duisburga i Bochum, ale po 10 minutach pobytu w Kolonii żałowałem, że nie siedziałem tam cały tydzień, zamiast tułać się od miasta do miasta.

Kolonia nocna jest dużo gorsza i w tym jest już podobna do Duesseldorfu. To spory problem. Atmosferę miasta, w podobnym stopniu jak grajkowie, buduje życie w godzinach wieczornych. Uwielbiam miasta, które nie zasypiają, w których zawsze coś się dzieje, w których o każdej porze znajdzie się otwarte knajpy. Taki jest Kraków. Taki jest Berlin. W dziwny sposób dotychczas nie zauważałem, że takie nie są niemieckie miasta.

Podczas mieszkania we frankońskim Erlangen tego nie poczułem. Ale to było miasteczko studenckie, więc żyło – zwłaszcza nocą – bardziej niż Bangkok. W Berlinie tego nie poczułem, bo bez problemu przesiedziałem noc w otwartej 24-godzinnej knajpie. Ale to stolica. W Augsburgu poczułem, ale myślałem, że to wynik małomiasteczkowości Augsburga. A to nie tak. W piątek czy w sobotę w Augsburgu też tętni życie. Ale w tygodniu Niemcy pracują, więc knajpy nie pracują. Atmosferze w centrach nie sprzyja też wyprzedanie wielkich połaci przestrzeni pod sklepy globalnych marek. Dlatego w godzinach otwarcia sklepów centra tętnią życiem, ale o 21 się wyludniają. Koło północy otwartą knajpę w Kolonii trudno znaleźć, a w ciągu 20-minutowej przechadzki przez centrum spotkałem dokładnie… siedem osób. Kilka godzin wcześniej były ich tam tysiące.

 Po zmroku, nie sprawia już Kolonia tak dobrego wrażenia.

 W Kolonii w ogóle by mnie nie było, gdyby nie to, że przespać noc w Leverkusen jest niemal niemożliwością. Leverkusen leży mniej więcej w połowie drogi między Kolonią a Duesseldorfem. Ciężko uwierzyć, że miejscowość, o której tyle się mówi co weekend na całym świecie, jest taką dziurą.

 Przejść całe Leverkusen zdążysz zanim powiesz „placek z jagodami”. Stacja kolejowa, sklepy, kiermasz bożonarodzeniowy, ze trzy kawiarnie, stadion, fabryka Bayera, kopcące kominy. Koniec miasta. Jeśli ktoś nie wierzy, jaką futbol ma moc promocyjną, niech spojrzy na Leverkusen. Bez klubu nie byłoby żadnego powodu, by kiedykolwiek wymienić nazwę tego miasta, ewentualnie raz za czas kwartalnikach farmaceutycznych.

leverkusenkominy

Leverkusen to zresztą wyjątkowy przypadek, w którym klub jest starszy od miasta, z którego pochodzi. W XIX wieku Leverkusen nie było wioską. W ogóle go nie było. Było polami między Kolonią a Duesseldorfem. Chemik Carl Leverkus zbudował na tych polach swoje zakłady chemiczne. Początkiem XX wieku, korzystając z bliskości zakładów, obok wybudowała się firma Bayer. W 1904 jeden z jej pracowników poprosił kierownictwo o możliwość założenia klubu piłkarskiego, w którym pracownicy mogliby grać po godzinach. Miasto Leverkusen powstało dopiero ponad 20 lat później.

bayarena

 Nie ma wątpliwości, że jedyne warte odwiedzenie miejsce w Leverkusen to BayArena. Trzeba przyznać, że jest dopieszczona. Nowoczesna, wydaje się większa niż jest w rzeczywistości (30-tysięcy miejsc), zadbana i ładnie podświetlona. Można by ją jednak uznać za obiekt bez duszy. Ot, nowoczesny stadion, dużo świateł, ale nic wyjątkowego. Podobnie jak można by uznać Bayer za klub bez duszy. Kibiców w mieście spotyka się mało, na co dzień Bayer, mimo dobrych wyników, ma problem z zapełnieniem trybun, jeśli chodzi o oglądalność w telewizji też wypada kiepsko. Mimo gry w Bundeslidze od 30 lat, nadal jest uważany za trochę sztuczny twór, którego sztuczność tylko trochę umniejsza obecność tworów jeszcze sztuczniejszych jak Wolfsburg, Hoffenheim czy RB Lipsk. Dowód na to, że Bayer nie jest postrzegany całkiem jak inne kluby, mieliśmy niedawno, gdy FC St. Pauli wystąpiło do ligi, by dla zakładowych klubów (notabene, w Niemczech Bayer nazywa się właśnie klubem zakładowym – „Werkself”, a nie „Aptekarzami” – jak w Polsce) ustalić osobne reguły rozdziału telewizyjnych pieniędzy. W większości Niemiec Bayer jest po prostu obojętny. Nie wywołuje emocji.

Jest jednak coś, co sprawia, że Bayer Leverkusen jest charakterystyczny, że z czymś się jednak kojarzy. To ta nieuchronna tragedia, która zawsze na niego spada. Pod tym względem jest podobny do Borussii Moenchengladbach lat 70. I to dodaje mu uroku.

Wszyscy na stadionie emocjonują się pasjonującą walką z Barceloną, ani przez moment nie łudząc się, że się uda. Po nieszczęśliwym odpadnięciu, nie są załamani. Są przyzwyczajeni. Bayer Leverkusen z każdym meczem coraz bardziej pracuje na umocnienie przezwisk „Vicekusen” i „Neverkusen”, które ukuto właśnie z powodu niemożności klubu do wygrania czegokolwiek, mimo że zawsze jest blisko. Mecz z Barceloną to historia klubu opowiedziana w 90 minut. Świetna gra, porywające ataki, mnóstwo zmarnowanych szans, jeszcze więcej pecha. I nieszczęśliwe zakończenie.

 Kilka lat temu Bayer zastrzegł prawnie nazwy „Vicekusen” i „Neverkusen” niejako je uznając, choć przecież pierwotnie powstały jako określenia pejoratywne. Żaden klub nie chce się kojarzyć z tym, że jest wiecznie drugi. Ale Bayer przede wszystkim chce się kojarzyć. Chce wywoływać emocje, chce być jakiś, chce przestać być klubem bez duszy z miasta bez wyrazu. Pod tym względem remis taki jak z Barceloną, „honorowa”, idealnie wpasowuje się w wizerunek klubu. A ludzie kochają bohaterów, którym nie wychodzi, ale przynajmniej próbowali. W tym nadzieja Bayeru.

Valdes, czyli zawsze byłem najgorszy

valdes

Jest taka pieśń kościelna, którą w duchu nazywałem sobie zawsze pieśnią ascety, w której wierny prosi Boga, żeby zabrał go na pustynię, tam gdzie głód, gdzie pragnienie, gdzie cisza, a wcześniej pyta, w stylu Patryka Małeckiego, tylko samego siebie. Kim ja jestem, żeby fikać?

Tłukła mi się ta słyszana przed laty pieśń przy czytaniu biografii Victora Valdesa „Samotność bramkarza”, którą przysłało mi wydawnictwo SQN. No, bo kimże Victor Valdes jest, żeby mnie uczyć życia? Początkowo był dla mnie tym, który zawsze coś spartaczy w najmniej odpowiednim momencie, potem się do niego przekonałem, ale nigdy nie przestał dla mnie wyglądać jak średnio inteligentny chłopak z sąsiedztwa. Na pewno nie chciałbym go mieć za nauczyciela życia. Zwłaszcza w formie książkowej, bo pierwsza zasada książek sportowych mówi:

Im bardziej jesteś piłkarzem Barcelony, tym nudniejsze autobiografie piszesz

Piłkarze Barcelony nie umieją pisać i już. Ich opowieści to zawsze: od zawsze kopałem piłką o ścianę, potem zrobiliśmy coś szalonego, bo zjedliśmy cztery oliwki na kolację, zamiast trzech, a gdy wygrywałem Ligę Mistrzów byłem bardzo szczęśliwy.

Otóż ta Valdesa taka nie jest.

Jestem w ciężkim szoku. Pomijając fakt, że książka jest quasi poradnikiem psychologicznym, jest naprawdę dobra. A nawet pal licho, że jest poradnikiem. Może to dobrze, niektórzy ludzie ponoć potrzebują takiego zewnętrznego głosy, który powie im jak zmienić życie.

Tyle, że – na tyle na ile się orientuję w psychologii – pod tym podręcznikiem nie podpisałby się żaden psycholog. Wszyscy motywatorzy mówią, żeby wyobrażać sobie sukces i myśleć pozytywnie. Valdes mówi, że na szczyt doszedł, bo myślał negatywnie. Powtarzał sobie, że jest najgorszy, wszystko pójdzie źle, nikt od niego już niczego dobrego nie oczekuje i widział nawet nagłówki, które prasa wymyśli po kolejnym klopsie. Treningi nawet lubił, ale meczów nienawidził. Bo była ona. Presja. Nieustanna presja. Ojca, który odbijał sobie niespełnione piłkarskie ambicje na synu. Całego narodu katalońskiego. Rodziny. Prasy. Trenera. Całego świata. Valdes boi się gry w piłkę.

Gdy był w rezerwach Barcelony, a więc tuż tuż od celu (swojego ojca, nie swojego), chciał porzucić piłkę, ale widział, jakie rozczarowanie sprawił rodzicom, którzy wierzyli, że dzięki synowi będą w lepszej sytuacji ekonomicznej. Więc zagryzł zęby i grał dalej.

Straszne, nie? Grał na największych stadionach, ale nie dlatego, że o tym marzył, tylko żeby rodzice mieli więcej kasy.

Valdes objawił się jako typ samotnika i postać dramatyczna. Człowiek, który osiągnął wszystko kilkakrotnie, ale z każdej strony książki bije wyniszczenie i psychiczne wycieńczenie. Nie dziwię się, że kumpel Valdesa z drużyny popełnił samobójstwo. Dziwię się, że nie zrobił tego sam Valdes. Jeśli miałbym do czegoś porównać metodę Valdesa, to do mitu Syzyfa Camus. Syzyf wygrywa dopiero wtedy, gdy nie ma nadziei, że wturla kamień, doskonale wie, co się stanie, więc gdy kamień się turla w dół, nie jest zaskoczony, a się śmieje. To jego moment triumfu. Tak mniej więcej radzi młodym adeptom piłkarstwa Victor Valdes. Metoda specyficzna, postać tragiczna, książka bardzo dobra.

Piłkarze Barcelony nie potrafią pisać dobrych książek. Chyba że bramkarze i lewoskrzydłowi.

Dla czytelników Z nogą w głowie mam dwa egzemplarze książki „Victor Valdes. Samotność bramkarza”. Szczegóły na Facebookowym profilu bloga.

Dlatego myślę, że Atletico wszystko przegra

atleti

Oczywiście może się okazać, że wszystko wygra. Prognozowanie jest bardzo trudne, zwłaszcza jeśli dotyczy przyszłości.

I oczywiście w ten weekend najbardziej interesuje mnie, żeby Podbeskidzie zapewniło sobie utrzymanie, Hull City wygrało Puchar Anglii, a Greuther Fuerth awansował do Bundesligi.

Ale będzie też miał weekend smaczki poboczne. Takim będzie walka o mistrzostwo Hiszpanii. Walka niesamowita, która bardzo dobrze zrobiła tej lidze i w której wszystko rozstrzygnie się w bezpośrednim meczu dwóch delikwentów. Pisałem już kiedyś, że ten sezon La Liga jest Desperadem. A Desperado kończy się przyjściem El Mariachi do hacjendy Bucha. I jatką.

Myślę, że Atletico przegra. Bo futbol jest okrutny. Atletico miało przed sobą dwa scenariusze – albo zgarnie trofea bogatym i za to zapłaci okrutnym rozgrabieniem latem, albo będzie blisko zgarnięcia trofeów, ale polegnie na finiszu. Atletico miało wszystko w swoich nogach, ale szans nie wykorzystało. Teoria mówi, że na Camp Nou wystarczy nie przegrać. Doświadczenie i znajomość przewrotności futbolu mówi, że wygra Barcelona.

Ile to razy ten romantyczny przegrywał na finiszu? Ile razy wszystko miało pójść jak nigdy, a szło jak zawsze? Weźmy choćby ten tegoroczny Liverpool, który jak już stał się bardzo blisko zgarnięcia trofeum, to zaczął nagle trwonić trzybramkowe prowadzenia z rywalami, którzy o nic nie walczą, a jego najlepszy zawodnik ślizgał się w najważniejszych momentach na skórce od banana. Tak, jeśli jest możliwość, by futbol zrobił coś okrutnego, to na pewno to zrobi.

A historia z Barceloną? Toż to taki chichot losu, jaki tylko futbol potrafi napisać. Wszyscy już napisali artykuły o końcu Barcelony, końcu epoki, końcu posiadania piłki, wszyscy stwierdzili, że Barcelona od odejścia Guardioli nie ma trenera. Do tego stopnia wszyscy, że dyrektor sportowy Andoni Zubizaretta zaczął za plecami Martino negocjować już kontrakt z Luisem Enrique. Miał to robić cichaczem, ale wie o tym cały świat. I w tym momencie nagle okazuje się, że Barcelona jest o jeden mecz od obronienia mistrzostwa Hiszpanii. I ocena sezonu diametralnie się zmienia. W walce z bardzo trudnymi rywalami – Realem i Atletico, zdołała zwyciężyć, była w finale Pucharu Hiszpanii. Wtedy nawet to odpadnięcie z Atletico po dwóch remisach łatwiej przeboleć.

Barcelona to wielcy, syci mistrzowie, ale z mentalnością zwycięzców. Jasne, Atletico będzie wypruwać żyły, ale daję głowę, że wielcy mistrzowie akurat tego wieczoru, akurat w tym momencie, zagrają ten jeden jedyny porywający mecz w sezonie, kiedy nikt na świecie nie będzie ich umiał zatrzymać. Rozumiem Xaviego czy Iniestę, że nie grzeje ich już wygrywanie z Valladolid czy Elche, ale na ten jeden wieczór będą potrafili się spiąć.

Rozbite Atletico wyjdzie z nosami na kwintę na Real w finale Ligi Mistrzów i wiadomo, jak się to skończy. Bo – Michał Okoński naprawdę znalazł kamień filozoficzny tej dyscypliny – futbol jest okrutny. Jak cholera.

Vlog. Tajemnica Guendogana

Jak co poniedziałek zachęcam was do zamienienia się z czytelników w słuchaczy „Z nogą w głowie”. Poniżej znajdziecie moją gadającą głowę, która trochę przybliży wam, co się właściwie dzieje z Ilkay’em Guendoganem, który w sierpniu miał pauzować przez dwa tygodnie, a na boisku nie ma go do dziś. Nie będzie też na mistrzostwach świata.

W każdy poniedziałek publikuję też felietony dla SportSlaski.pl. Dzisiejszy, o podejściu sportowca do kibica na podstawie pana Janowicza, znajdziecie TUTAJ.

La Liga starantinizowana

Kto widział Desperado, ten wie. Kto w ogóle czuje klimat Rodrigueza i Tarantino, temu gęba śmieje się szeroko, gdy patrzy na tę hiszpańską bajkę. Bo to się nie dzieje serio.

To jest Bucho. Zawsze ubrany na biało.

Stać go na wszystko. Rządzi całą okolicą i terroryzuje każdego. Całe miasteczko jest w jego sieci powiązań. Nie zna kogoś, to do niego strzela. Ma jednak rywala, który na niego poluje. Śmiertelny wróg, ale brat. Są do siebie podobni, ale różni. Nie mogą żyć bez siebie, próbują się przez całą opowieść wzajemnie załatwić.

Jego brat to El Mariachi.

Też zły, ale jednak wielu dobrze mu życzy. Bo budzi sympatię i pomaga uczyć małe dzieci. Zabija nie mniej niż Bucho, ale tworzy wrażenie, że robi to w słusznej sprawie. Ma naturalny talent, dlatego nazywają go „El Mariachi”. Jego popisowy numer na gitarze to tiki-taka.

Ten trzeci, to właściwie nie wiadomo kto.

Przyjechał z Ameryki Południowej i nikt go nie zna. Nie wiadomo do końca, kto za nim stoi i przeciwko komu walczy. Walczy w sumie przeciwko wszystkim. Chodzi po mieście i rzuca nożami jak psychopata. Celnie.

Od środy wiadomo, że futbolowi bogowie postanowili odegrać w La Liga Desperado do końca. Zerwali więc więzadła Valdesowi i ściągnęli do Santa Cecilia kościelnym autobusem, nieobliczalnego, ale budzącego sympatię Campę. Czyli Jose Manuela Pinto (pierwszy z prawej).

Wejście 39-letniego piekielnie dobrego szajbusa do bramki Barcelony na najważniejsze mecze sezonu jest tak nierealne, że aż Tarantinowskie. Dotychczas La Liga była jak dobre kino akcji. Wskoczenie do bramki Pinto, z miłości do którego już się zwierzałem, to nadanie jej Tarantinowskiego rysu.

W ostatniej scenie sezonu nożownik spotka się na jednym placu z Mariachim i Campą. „Let’s play…”. Będzie fajna jatka, jak w Desperado.

Kibic w klapkach. Na oczach

Choć przy okazji madrycko-barcelońskich starć, sympatie mam, od kiedy pamiętam, rozłożone zdecydowanie i kategorycznie niesprawiedliwie, wszystko co ciepłe pozostawiając Katalończykom, są sytuacje, w których aż przekornie chciałbym, żeby „Królewscy” zdobyli gola. Pewne nosy zasługują na utarcie wbrew wszystkiemu.

Kiedy słyszę słowo „antyfutbol” wykręca mi śledzionę. Która to tęga głowa wydedukowała, że futbol to jest wtedy, gdy pada jedenaście bramek, nie ma żadnej obrony, a wszyscy radośnie i z uśmiechem na ustach strzelają sobie bramki? Kiedy słyszę słowa „antyfutbol” i „Mourinho” umieszczone niebezpiecznie blisko siebie w zdaniu, śledziona fika mi kozła. Pochylmy głowę przed geniuszem, który umie sprawić, że drużyna posiadająca piłkę przez 29 procent czasu gry strzela gola, trafia w słupek i ma bramkowych sytuacji nie mniej niż najwspanialsza drużyna świata. (Powstrzymujmy się przed sformułowaniem „wszech czasów”, bo zbyt dużo było genialnych drużyn na całej ziemi w ciągu minionych 150 lat, żeby kategorycznie stwierdzać, że to, co widzimy jest najcudowniejsze.)

Kibice Barcelony, wespół z którymi pochłaniałem wczorajsze delicje, mają kompletnie upośledzone zmysły i połączenia nerwowe z rozumem. – Fanatycy to ludzie pozbawieni słuchu – pisał Stanisław Jerzy Lec. A w towarzystwie ludzi emocjonujących się piłką nożną widać to wyjątkowo znakomicie.Nie, Barceloniści. Ronaldo nie jest patałachem, który powinien grać w Maksymilianie Cisiec. Mourinho to nie trener nadający się do Zapory Porąbka. Nie każde przewrócenie się madrytczyka to symulowanie. Nie każde przewrócenie się barcelończyka to brutalny faul. A dyskredytowanie Realu poprzez jakże błyskotliwe stwierdzenie „Jak można przegrać u siebie ze Sportingiem Gijon?” (A jak można przegrać u siebie z Herculesem Alicante?), tylko potęguje niepowodzenie Barcelony.

Oczywiście i tak wszystkie moje wątroby i pęcherzyki płucne wyrywały się, by pomóc Katalończykom w strzeleniu drugiego gola. Wszak piłkarze temu nie są winni, że wytworzyli we własnych fanach iluzję bycia predestynowaną arystokracją. Teraz byle smród, co kibicuje Barcelonie, myśli, że jest tak dobry, jak jego ulubieni zawodnicy.

Minus i minus nie dadzą plusa

Oleguerowi miejsce w reprezentacji Katalonii należy się dożywotnio, bo od zawsze jest bardziej znany ze swojej politycznej agitacji na rzecz suwerennej Katalonii, aniżeli z umiejętności piłkarskich.

Podział Belgii na dwa osobne państwa – Flandrię i Walonię – jest już chyba tylko kwestią czasu. Katalończycy są dużo dalej od oderwania się od Hiszpanii, ale na niwie piłkarskiej coraz bardziej eksponują swoją odrębną reprezentację. Właśnie ten aspekt futbolowy obu podziałów mnie zainteresował. Jak wyglądałyby ligi nowych krajów, jaka byłaby reprezentacja, komu by to wyszło na dobre?

Katalonia

Jeśli chodzi o kopanie piłki, Katalończycy nie skorzystaliby na niepodległości. Reprezentacja zaliczałaby się do najmocniejszych w Europie, bo ze składem, jaki byliby w stanie dziś wystawić, chyba nie mogłoby być inaczej. Sami zobaczcie:

Victor Valdes (Barcelona)

Oleguer (Ajax), Carles Puyol (Barcelona), Gerard Pique (Barcelona), David Garcia (Espanyol)

Sergio Busquets (Barcelona)

Cesc Fabregas (Arsenal), Xavi (Barcelona)

Andres Iniesta (Barcelona), Bojan Krkić (Barcelona), Pedro (Barcelona).

A na ławce rezerwowych: Jeffren (Barcelona), Mikel Arteta (Everton), Joan Verdu (Espanyol), Luis Garcia (Panathinaikos), Raul Tamudo (Espanyol), Albert Luque (Malaga).

Z tyloma piłkarzami Barcelony, uzupełnionymi najlepszymi z Espanyolu, pojedynczymi z innych, mocnych klubów, dowodzeni przez Josepa Guardiolę, Katalończycy byliby porównywalnie mocni, jak Hiszpania. Jest jednak jedno „ale”…

Słaba liga. Już teraz Barca nie musi się specjalnie przemęczać, by regularnie gromić rywali. Na mecz z Realem się spręża i efekt jest taki sam. W przyszłej lidze katalońskiej Barcelona nie miałaby godnego rywala, byłaby dożywotnim mistrzem. Rozgrywki obejmowałyby bowiem takie 12 drużyn (w nawiasie klasa rozgrywkowa, w której dziś klub gra)

  1. FC Barcelona (1)
  2. Espanyol Barcelona (1)
  3. Gimnastic Tarragona (2)
  4. FC Girona (2)
  5. Barcelona II (2) (Aby mogła grać w lidze katalońskiej, proponuję zmienienie nazwy i zostanie klubem filialnym FCB. Graliby tam chłopcy, którzy jeszcze byliby za słabi na Barcę, a i tak pewnie… zajęliby drugie, no może trzecie miejsce w lidze.
  6. CE Sabadell (3)
  7. Badalona (3)
  8. UE Lleida (3)
  9. L’Hospitalet (3)
  10. UE Sant Andreu (Barcelona) (3)
  11. Gramenet (3)
  12. FC Santboia (3)

Większość tych klubów nigdy nie zagrała i nie zagra w hiszpańskiej Primera Division. Gdyby tacy rywale mieli co tydzień stawać naprzeciw Xaviego, Messiego czy Iniesty, to prędko ci panowie rozpuściliby się, zaczęli zabawy, bo i tak nie mieliby motywacji do utrzymywania formy. Messi z urwaną nogą i tak byłby nie do zatrzymania dla wszystkich rywali. Nawet gdyby grał sam.

Istnieje oczywiście możliwość, by powstało państwo Katalonia, mające wspólną ligę z Hiszpanią, ale… nie chce mi się w to wierzyć. Po pierwsze, po ewentualnej separacji, zadry pomiędzy oboma krajami byłyby tak silne, że raczej nikogo nie skłoniono by do gry rywalizacji w jednych rozgrywkach. Po drugie, już teraz, gdy do rozpadu jeszcze długa droga, kluby hiszpańskie, napędzane przez prezesa Sevilli Jose Marię del Nido, dążą do utworzenia nowej ligi, w której nie grałyby Barcelona i Real. Wszystko po to, by podział zysków z praw telewizyjnych był równy. Skoro w jednym państwie chcą ich wyrolować, to w dwóch osobnych zrobiliby to tym bardziej.

Belgia

Tutaj sprawy mają się o wiele poważniej, a piłkarsko ewentualny podział także i tu niewiele dobrego zrobi. Belgijski futbol już teraz przeżywa poważny kryzys. Flandria czy Walonia osobno miałyby jeszcze większy problem, by awansować na wielkie imprezy. Gdyby pokusić się o stworzenie dwóch niezależnych lig, byłoby doskonale widać, jak wiele znaczy w dzisiejszej Jupiler League Flandria, a jak niewiele Walonia. Oto liga tej pierwszej składałaby się z prawie samych znanych klubów.

Liga Flandrii:

  1. Anderlecht Bruksela
  2. Genk
  3. Sint-Truiden
  4. KV Mechelen
  5. Gent
  6. Lokeren
  7. Club Brugge
  8. Cercle Brugge
  9. Roeselare
  10. Lierse
  11. GB Antwerpia
  12. Kortrijk

A w drugoligowym zanadrzu czekałyby jeszcze m.in. FC Brussels, Royal Antwerp czy Lommel. Liga flandryjska byłaby słabsza od belgijskiej, ale już od takiej polskiej raczej nie.

Co innego z Walonią, w której udało mi się uzbierać tylko sześć względnie znanych klubów. Nie wyglądałoby to najciekawiej…

  1. Standard Liege
  2. Royal Charleroi
  3. Mons Bergen
  4. Eupen
  5. Excelsior Mouskron
  6. La Louviere

I tyle! Pięć dość nędznych drużyn, plus mocne Liege, ale jest jedno zastrzeżenie. Jakiś czas temu ogłoszono, że w przypadku podziału Belgii, Standard będzie grał we… francuskiej Ligue 1. A kto miałby biegać po boiskach walońskich? Chyba pasterze, którzy dziś grają w belgijskiej okręgówce. W ekspresowym tempie awansowaliby na ekstraklasowych zawodników, ale prędko głowy załamaliby kibice, sami piłkarze, a zwłaszcza selekcjoner reprezentacji narodowej.

* To tylko fantazjowanie i moje ulubione sprawdzanie, co by było gdyby. Wiem, że do żadnego podziału nie doszło i, kto wie, może nie dojdzie.