„Dla Olkowskiego to sezon prawdy. Bundesliga może go wypluć”

Wikimedia Commons

Dzisiejszym odcinkiem zamykamy tygodniowy okres przygotowawczy do Bundesligi. Mam nadzieję, że przekonaliście się, że w Polsce mamy wielu bardzo ciekawych ekspertów od Bundesligi, którzy może i w niej nie grali, ale mają coś ciekawego do powiedzenia. Ale taki cykl byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Tomasza Urbana, czołowego speca od Bundesligi w tym kraju. Z Tomkiem porozmawiałem o klubach, którym w ciągu tygodnia jeszcze nie mieliśmy się okazji bliżej przyjrzeć. Udanego sezonu, Bundesligowicze!

urban

Jakub Błaszczykowski znowu w Bundeslidze. Myślisz, że w Wolfsburgu w końcu będzie grał regularnie?

Tomasz URBAN: – Wszystko zależy od tego, jak będzie chciał Dieter Hecking. W Pucharze Niemiec wyszli na mecz ustawieniem 4-3-3, z Kubą teoretycznie na prawej obronie. Choć to było nietypowe, mocno niesymetryczne, ustawienie, bo w posiadaniu piłki grał bardzo wysoko, więc trudno go było nazwać obrońcą. Jeśli będą chcieli grać 4-3-3, to Kubie zostaje tylko prawa obrona, o którą będzie rywalizował z Vieirinhą, Sebastianem Jungiem i Christianem Traeschem. Tyle, że ten ostatni może grać też jako środkowy pomocnik, co przy kontuzji Joshui Guilavoguiego może się przydać, a pozostali dwaj są kontuzjowani. Więc tak, Kuba będzie grał. Wniesie do tej drużyny coś ekstra. Nie tylko klasę piłkarską, ale i mentalność.

Nie widzisz możliwości, żeby przy 4-3-3 grał jako jeden z ofensywnych skrzydłowych?

Nie, przy 4-3-3 nie będzie grał wyżej. Daniel Didavi i Julian Draxler będą trochę podwieszeni pod Mario Gomeza. Mówi się o Hueng-Min Sonie z Tottenhamu, ale to też nie byłby konkurent dla Kuby, a raczej dla Didaviego i Draxlera. Ewentualnie mógłby czasem zastąpić Gomeza. Generalnie, w Wolfsburgu widać pewien trend – chcą odmładzać zespół. To nie jest przypadek.

Będą mocniejsi niż w zeszłym sezonie?

Nie wiem, bo są mocni „od pasa w górę”. Ofensywę mają bardzo mocną. Trójka Draxler-Didavi-Gomez to absolutny top. Może nie jest to Bayern, może nie Borussia, ale ścisła czołówka. Tyle że są problemy z defensywą. Po odejściu Dantego do Nicei zostało im trzech środkowych obrońców, z czego Robina Knochego chcieli oddać, Carlos Ascues dopiero się uczy Bundesligi. Są duże dziury w obronie. Myślę, że w ostatnim tygodniu okienka VfL dogada się z Hannoverem w sprawie Salifa Sanego. Obskoczyłby dwie pozycje – stopera i środkowego pomocnika, więc byłby bardzo cenny. Myślę, że gdyby nie mieli kogoś na oku, to nie puszczaliby Dantego. Zobaczymy, jak Hecking to wszystko poukłada. Mogą odegrać lepszą rolę niż w zeszłym sezonie, ale zagadkami są gra defensywna i to czy system zaskoczy.

O Kubę jesteśmy jednak generalnie spokojni. A o Pawła Olkowskiego?

- Byłem trochę zaskoczony, że w Pucharze Niemiec, mimo że grali 4-4-2, wyszedł Milos Jojić, a nie Paweł i jeszcze do tego strzelił gola. Podobnie jak ty, uważam, że przy systemie z trójką obrońców, Olkowski nie ma szans na grę. Widziałem dla niego szansę przy 4-4-2, gdzie mogliby z Marcelem Rissem grać po prawej stronie, niezależnie od tego, kto na obronie, a kto w pomocy. Jeśli w pierwszym meczu, przy sprzyjającym mu systemie, nie było dla niego miejsca, to znaczy, że jest w najlepszym przypadku drugim-trzecim wyborem. A to dość niepokojący sygnał. Peter Stoeger wypowiada się o nim ciepło, podkreśla, że wraca do siebie, wie, na co go stać, uporał się z kontuzjami. Ale dla Olkowskiego to będzie sezon prawdy. Jeśli znów będzie miał takie rozgrywki jak poprzednie, to Bundesliga go wypluje. Zostanie mu ewentualnie Darmstadt, zbierające odrzuty z innych klubów. Wtedy opcją mógłby być powrót do Polski, co też nie byłoby takie złe. Przykład Adama Hlouska pokazuje, że można sobie radzić w ekstraklasie bardzo dobrze, nawet jeśli w Bundeslidze się – delikatnie mówiąc – nie błyszczało.

Zapomniany trochę Eugen Polanski został kapitanem Hoffenheim. Jesteś zaskoczony?

- To była ogromna niespodzianka. Naprawdę, zastanawiam się jak Julian Nagelsmann poukłada drużynę w środku pola. Ma naprawdę dużo opcji. Typowałem, że Polanskiego nie będzie w podstawowym składzie, bo przecież są Sebastian Rudy, Pirmin Schwegler, Kevin Vogt, Polanski właśnie czy Lukas Rupp, najlepszy zawodnik Stuttgartu z poprzedniego sezonu. A jeszcze do tego Nadiem Amiri. Zastanawiam się jak ich zmieścić. Skoro Polanski jest kapitanem, to sygnał, że pewnie będzie grał. Gdzie w takim razie zmieścić innych?

Czego się spodziewasz po Hoffenheim?

- Znacznie więcej niż tego, co zrobili w zeszłym sezonie. Czuję, że Nagelsmann ma to coś, ma jakąś magię, pierwiastek szaleństwa i że to może być nowy Tuchel. Odkąd przyszedł, grali przyzwoicie, spokojnie się wyratowali. Wydaje mi się, że w tym sezonie przeprowadzili bardzo mądre transfery. Jeśli Sandro Wagner utrzyma dyspozycję z Darmstadt, będą mieli w ofensywie Andreja Kramaricia, Marka Utha, Amiriego, dobry środek pola. Wydają się mocniejsi, mimo odejścia Vollanda. Jestem przekonany, że bez problemu skończą sezon w środku tabeli. Na puchary może być jeszcze za wcześnie. Co roku trafia się jeden zespół niespodziewany, więc pewnie mają jakieś szanse. Ale jest dużo zespołów mocniejszych kadrowo.

Nowym Polakiem w Bundeslidze jest bramkarz Rafał Gikiewicz z Freiburga. Jak widzisz jego szanse na pierwszy skład?

- W Pucharze nie było go jeszcze w kadrze meczowej. Dali mu w klubie trochę czasu na potrenowanie bez presji. We Freiburgu jest trzech bramkarzy na bardzo podobnym poziomie – Alexander Schwolow, Patrick Klandt i Gikiewicz. To wszystko podobny poziom, więc wszystko w rękach Rafała. Wiele razy rozmawiałem z nim jeszcze w poprzednim sezonie. 1. Bundesliga to było jego marzenie i wymarzony cel. Dostał się tam. Schwolow to solidny bramkarz, ale do przeskoczenia. Gdy trafi mu się słabsza forma, trzeba od razu wykorzystać szansę i przekuć w złoto. Na razie musi cierpliwie czekać na swoją kolej.

Czego się spodziewasz po beniaminku?

- Mają bardzo ciekawy zespół. Mój ulubiony Vincenzo Grifo, Amir Abrashi robią fajne wrażenie. Jest kilka atutów. Nie wystarczy to pewnie do środka tabeli, będą balansować na granicy, ale myślę, że się utrzymają. Mimo wszystko, jest kilka zespołów słabszych niż Freiburg. Widzę ich na pozycjach 11-14.  Bez konieczności grania baraży, ale też bez super spokojnego sezonu. Kadrę mają nie za szeroką. Przez większość letniego okresu przygotowywali się na grę trójką z tyłu, ale kontuzje pokrzyżowały im szyki, bo z gry wypadli Marc-Oliver Kempf i Marc Torrejon. Nie mogli się do tego systemu przygotować tak, jak by chcieli. To może mieć znaczenie.

Twoja ulubiona Borussia Moenchengladbach znów będzie mieszać w ścisłej czołówce?

- Nadal nie wiemy do końca, jakim trenerem jest Andre Schubert. Widać, że ma jasną wizję. Chce grać systemem 3-4-3 i tak kompletował kadrę, by mieć możliwie dużo opcji. Kadra wyszła niesamowicie szeroka. Dokonali kilku niezłych transferów. Dla mnie błogosławieństwem jest Max Eberl. Dopóki będzie tam dyrektorem sportowym, będzie gwarancją rozwoju. Nie myśli tylko o tu i teraz, ale też dba o przyszłość. Stąd transfery Mamadou Docoure czy Laszlo Benesa. To podobne ruchy do pozyskanych wcześniej Nica Elvediego czy Djibrila Sowa. Do tego w zimie dojdzie Paragwajczyk Julio Villalba, wzięli też Mikę Hanrathsa, ponoć największy talent w Fortunie Duesseldorf od wielu lat. Opcji jest więc naprawdę sporo. Pytanie, jak poradzą sobie z potrójnym obciążeniem. Zwłaszcza, że Schubert to nie jest trener, za którym idzie się w ogień. Widać, że jest traktowany z dozą nieufność, czuć trochę do niego dystans. Nie wszyscy są przekonani, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wciąż nie wiemy, jak przetrwa jakiś kryzys na dłuższym dystansie. Pod tym względem jest niezweryfikowany. Ogólnie rzecz biorąc, o ponowną kwalifikację do Ligi Mistrzów będzie Borussii bardzo ciężko. Myślę, że skończą w Lidze Europy, choć o to czwarte miejsce mogą – przy zbiegu okoliczności – powalczyć. Może odpali im – jak pod koniec zeszłego sezonu – Andre Hahn, może Thorgan Hazard na dłużej podkreśli potencjał, bo na razie miewa przebłyski na kilka kolejek, potem gaśnie. Może pokaże się jeszcze ktoś z tylnego szeregu?

Dla FSV Mainz podobnym gwarantem rozwoju był zawsze dyrektor sportowy Christian Heidel. Jak klub poradzi sobie bez niego?

- Trener Martin Schmidt wykonuje tam genialną robotę. Skład udało się utrzymać. Największy skarb to zatrzymanie Yunusa Malliego, mimo że miał klauzulę odejścia. Nikt z niej jednak nie skorzystał. To bardzo solidny zespół, budowany już od jakiegoś czasu. Ogromne osłabienie to odejście Juliana Baumgartlingera do Leverkusen. Wykonywał ogromną robotę. Wydaje mi się jednak, że Mainz jakoś sobie poradzi. To zespół na miejsca 8-12. Kilka zespołów ma słabsze kadry. Odejście Heidela powinno nastąpić bez większych perturbacji. Wiedzą, co mają robić, a Schmidt to bardzo dobry trener. Kłopoty mogą się pojawić dopiero w dalszej perspektywie, jeśli Rouven Schroeder nie da sobie rady tak dobrze jak jego poprzednik. W tym sezonie pojadą jeszcze trochę siłą rozpędu po pracy Heidela.

Sezon temu zaskoczyła Hertha Berlin, wchodząc do pucharów. W eliminacjach Ligi Europy zagrała jednak bardzo źle i odpadła z Broendby Kopenhaga. Myślisz, że dla ekipy Pala Dardaia Liga Europy jest do powtórzenia?

- Spodziewam się po nich przede wszystkim bezpłciowej gry. Czasem zaskoczą znienacka i wygrają z mocniejszym, czasem przegrają ze słabszymi. Raczej nie załapią się w okolice pucharów. Wbrew pozorom, nie mam do Dardaia jakiegoś super przekonania, nie mogę się do niego do końca przekonać. Odpadnięcie z Broendby to ogromna niespodzianka in minus. Może zostać w głowie piłkarzom, że byli o krok od finału Pucharu Niemiec na swoim stadionie, o krok od eliminacji Ligi Mistrzów i o krok od Ligi Europy, a ostatecznie nic z tego się nie udało. W głowach piłkarzy może się rodzić myśl, że pewnych barier nie przeskoczą. Typuję dla nich miejsca 9-10. Na pewno nie jest to też zespół do walki o utrzymanie.

Do Berlina trafił w lecie Ondrej Duda. Jak widzisz jego rolę?

-To był jeden z najwyższych transferów w historii Herthy. Tylko cztery były wyższe. Duda był sprowadzany z myślą o grze jako „dziesiątka”. Co może niepokoić, to pomysł z ustawieniem na tej pozycji Salomona Kalou. Do składu powoli wraca Valentin Stocker, który jest ponoć jednym z wygranych okresu przygotowawczego. Jeśli sprawdzi się na lewej stronie, a współpraca Kalou z Vedadem Ibiseviciem będzie się układać, to Duda będzie miał problem. Zwłaszcza, że przez większość okresu przygotowawczego się leczył i nie miał gdzie się pokazać. Trudno liczyć, że z miejsca dostanie pewny plac. Trzeba sobie go będzie wypracować, a trudno się pokazać, wchodząc z ławki. Miał pecha, że zaczęły go męczyć urazy zaraz na wejściu do nowego zespołu. Nie będzie miał łatwo, ale w klubie są do niego przekonali. Michael Preetz, dyrektor sportowy, czy Dardai, wiedzieli, kogo biorą i jakie ma zalety. Preetz oglądał go specjalnie w trakcie Euro. Szansę na pewno dostanie. Ale pamiętajmy, że wspomniany Stocker kosztował podobne pieniądze, a po kilku słabszych meczach na długo usiadł na ławce. Pieniądze nie są gwarantem gry.

Widzisz w Hamburgerze SV jakieś symptomy powrotu do normalności?

- Co roku mi się wydaje, że wreszcie zrobili mądre transfery, a potem okazuje się, że jednak nie. Największe problemy znowu będą mieli w defensywie. Jakościowo nie ruszyli tam nic. Wzmacniali tylko ofensywę. A nie przekonują mnie ani Matthias Ostrzolek, Gotoku Sakai na bokach, ani tym bardziej Cleber, Emir Spahić czy Johan Djourou na środku. Zdziwiło mnie, że nic z tym nie zrobili. To może hamować dużą siłę ofensywną. Myślę, że Filip Kostić, Bobby Wood czy Pierre-Michel Lasogga nie nastrzelają tyle goli, ile Cleber i Djourou zawalą. HSV widzę w dolnej części tabeli. Myślę, że raczej nie spadną. Po VfB Stuttgart też się tego nie spodziewałem.

 To kto spadnie?

- Głównym kandydatem jest dla mnie Darmstadt. Nie wierzę, że powtórzą to, co w zeszłym roku. Drugiego spadkowicza szukałbym w gronie Ingolstadt, Augsburg, Frankfurt. Te trzy drużyny mogą mieć spore problemy.

Nie wymieniłeś RB Lipsk. Ale beniaminek chyba nie od razu zatrzęsie Bundesligą?

- Popatrzmy choćby na letnie wydatki. Lipsk nie szalał jakoś bardzo. Dortmund wydał na transfery ponad 100 milionów euro, a RB 26 milionów. Oni narzucili sobie kryterium płacowe, mówiące, że nie będą dawać pensji większych niż 3 miliony euro rocznie. Mają swoją linię, ściągają zawodników mających nie więcej niż 23 lata. Spodziewam się po nich spokojnego utrzymania. Ligi nie zawojują, bo nie mają aż tak wielkiej jakości. Jest dużo dziur do załatania. 

Po kim z lipskiej młodzieży spodziewasz się najwięcej?

- Znakomity na igrzyskach olimpijskich był Lukas Klostermann. To może być rewelacja ligi. Naby Keita z Salzburga może ugruntuje środek pola. Do dyspozycji jest bardzo mocna ofensywa, z Emilem Forsbergiem, Yusufem Poulsenem czy Daviem Selkem. Fajne w RB jest to, że obrali swoją drogę, widać po nich klarowną wizję Rangnicka. Chcą jak Wolfsburg, wychować sobie tożsamość drużyny. Dortmund idzie tą samą drogą. Celowo postawił na młodych, żeby ich związać z klubem i wychować w duchu „echte Liebe”, żeby trudniej było im potem pójść do Bayernu. 

Wydaje się, że selekcjonera Joachima Loewa może ucieszyć awans właśnie Lipska.

- Zdecydowanie. Jeśli chodzi o graczy w reprezentacjach młodzieżowych, RB przegrywa tylko z Dortmundem. Loew będzie na ten zespół patrzeć uważnie, bo tam może być rozwiązanie problemu z bokami obrony. Jonas Hector grał ostatnio na lewej obronie kadry, ale on w Kolonii jest planowany do występów w środku pola. Po długiej przerwie, nie wiadomo, jak będzie sobie radził na lewej obronie. Na prawej obronie też jest wakat. A Klostermann to prawy obrońca mogący grać w środku. Jeśli będzie grał w lidze tak, jak na igrzyskach, to jest gotowym reprezentantem. Równie dobrze po drugiej stronie prezentował się Jeremy Toljan z Hoffenheim. Obaj szybko mogą trafić do kadry i na bokach obrony już nie będzie problemów.

PRZECZYTAJ TAKŻE POPRZEDNIE ODCINKI CYKLU:

Z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium

Z Pawłem Musiałem o Borussii Dortmund

Z Martinem Huciem o Bayerze Leverkusen

Z Marcinem Borzęckim o Schalke 04

Z Mariuszem Mońskim o Werderze Brema

Olkowski, przypadek wyjątkowy

O tym, że Paweł Olkowski wszedł w Bundesligę aż szokująco dobrze, miałem ochotę napisać już dawno temu, ale dziś nikt mi nie uwierzy. Trzeba było pisać wtedy, byłbym hipsterski, dziś to już mainstreamowe pisać o Olkowskim. Ale co tam, podzielę się, bo Olkowski to rzadki jak cholera przypadek, kiedy zagraniczni ocenili kogoś naszego lepiej, w sensie korzystniej, niż miejscowi. Zazwyczaj oceniają naszych piłkarzy lepiej, w sensie trafniej: my myślimy, że są świetni, a oni, że nie jest z nich taki cud. I zwykle wychodzi na ich. Teraz też wyszło, ale skala zdziwienia większa.

Te dwa gole z Hoffenheim, choć piękne, odpuśćmy. Nie chcę, żeby to był tekst o tym, że Olkowski zdobył dwie bramki i prasa okrzyknęła go księciem goli. Skupmy się na tym, że chłopak, niby młody, ale już nie tak bardzo młody, wyjechał z polskiej ligi, do ligi niemieckiej pierwszej i nie dość, że łapał się do kadry, nie dość, że wchodził na końcówki, nie dość, że zaczął w pierwszym składzie na nieswojej pozycji, nie dość, że wychodził w podstawowym składzie już na swojej pozycji, to wychodził w podstawowym składzie na swojej pozycji kosztem kapitana drużyny. Wieloletniego. Takiego, o którym wydawało się, że nie do wygryzienia.

Sprostowanie. Miso Brecko to nie Philipp Lahm. To Miso Brecko. Ale jednak tenże Brecko w tejże Kolonii grał od lat. Nie imały się go kontuzje, nie wylatywał za kartki, nie miał dołków formy, nie wchodził w konflikty z trenerami. Ot, typowy kat polskiego zawodnika wyjeżdżającego za granicę. Olkowski mógłby wrócić do Polski i z czystym sumieniem mielić ozorem, że Brecki z Kolonii nie da się wygryźć i mówiłby z grubsza prawdę. Wiadomo było, że jak Olkowski ma tam grać, to na skrzydle.

Rozmawiałem w maju, po awansie Kolonii, ze Stephanem Von Nocksem, dziennikarzem Kicera zajmującym się 1. FC Koeln. Mówił to wszystko, co napisałem powyżej o Breczce, dodając, że nie mówi, że jest nie do wygryzienia, bo nie wie jak gra Olkowski. „Jeśli się okaże drugim Piszczkiem, to oczywiście Breckę wygryzie”, a ja rechotałem. I to rechotałem jako zwolennik talentu Olkowskiego od pierwszego wejrzenia, czyli meczów za trenera Wojciecha Stawowego w GieKSie, gdy „Olo” grał na środku ataku (tak). Jasne, toczyłem zaciekłe dyskusje, twierdząc, że Olkowski dałby radę na poziomie średniaka Bundesligi. Ale potem ostudził mnie dzisiejszy bohater narodowy Milik.

Akurat te dyskusje w obronie Olkowskiego toczyłem, gdy dzisiejszy bohater narodowy Milik siedział na ławce w Augsburgu, a ja powyżej niego, na trybunach w Augsburgu, regularnie, co tydzień. Patrzyłem na jego próby podbijania Bundesligi i załamywałem ręce nad stanem polskiego futbolu. Ja takiego nastolatka jak Milik w polskiej lidze wcześniej nie widziałem. Na moje oko Milik z Górnika momentami kasował Lewandowskiego z Lecha. Jak widziałem, jak źle wygląda na tle – przepraszam za wyrażenie – FC Augsburg, to przestałem wierzyć, że jakikolwiek Polak jeszcze kiedyś przebije się w poważnej lidze. Koniec. Jeśli nie Milik, to nikt. Dalej zresztą jestem Milikiem zawiedziony. Uważam, że w Ajaksie przeżywa syndrom Mateusza Klicha, czyli radzi sobie jako tako – bo znowu bez przesady, że rewelacyjnie – w lidze holenderskiej, a to wcale nie znaczy, że w Bundeslidze będzie znaczył cokolwiek. Milik zachwiał strasznie moją wiarą w Olkowskiego.

A udało się. Już uważam, że osiągnął chłopak wiele. Bo nie czekał jak Penelopa na debiut, jak czekają Stępiński i Klich. Bo nie przepadł jak Furman w Tuluzie. Bo osiągnął w Europie więcej niż ten cały Sławomir Peszko. W ogóle, jest Olkowski jednym z nielicznych przykładów wymykających się kategorii. Dotychczas, jeśli chciałeś coś znaczyć na świecie, musiałeś:

a) wyjechać jako nastolatek: Szczęsny, Krychowiak.

b) wyjechać jako gwiazda naszej ligi: Lewandowski, Boruc, Fabiański.

c)  nie wyjechać, tylko już tam być: E. Smolarek, Polanski, Matuszczyk, Boenisch.

Są jeszcze tacy, którzy potrafili przezwyciężyć przeciwności i się wybić. Albo przez gorszą ligę, albo przez gorszą drużynę. Do tej kategorii zaliczyłbym Glika, Wasilewskiego, Dudka, Tytonia, Wilka czy Grosickiego czy Piszczka, który przecież zanim został światowej klasy obrońcą był słabym napastnikiem siedzącym na ławie Herthy.

Bardzo naszemu futbolowi brakuje karier podobnych do tej Olkowskiego, czyli płynnego przejścia ze średniaka polskiej ligi do średniaka ligi niemieckiej. Ot tak, jak udało się np. Juniorowi Diazowi, a polskim piłkarzom jakoś się nie udawało.

Szansa dla polskiego futbolu, to nie wychowanie 11 Lewandowskich, bo Lewandowski polega na tym, że jest jeden. Tacy się nie rodzą na kamieniu. Chodzi o to, by na kamieniu rodzili się solidni wyrobnicy, którzy nie będą piłkarzami sezonu w Bundeslidze, ale w swojej solidnej drużynie będą trzymać solidny poziom. Musimy – jako polski futbol – wychowywać więcej Olkowskich. Ten chłopak jest tak solidnym powiewem optymizmu, że trudno w ostatnich miesiącach o większy.

Wielka ankieta przed nowym sezonem. Bundesligowi eksperci dla Z nogą w głowie

bvb

To oni przez wszystkie miesiące w roku atakują nasze ekrany na Twitterze i serwisach internetowych informacjami z Bundesligi. Dyskutują o perspektywach Mainz, Freiburga czy Augsburga. Nie skupiają się tylko na tym czy Lewandowski sobie poradzi czy nie, ale wchodzą  w Bundesligę najgłębiej jak tylko się da. Sam się jeszcze na temat niemieckiej piłki nagadam nie raz. Dziś zaprosiłem na Z nogą w głowie polskich ekspertów od Bundesligi, którzy może sami nie grali w Schalke, ale o niemieckiej piłce wiedzą wszystko. Dziesięć osób, dziesięć pytań. Tak, by nowy sezon niczym już was nie zaskoczył. Dziękuję wszystkim uczestnikom ankiety za to, że zgodzili się wziąć w niej udział. Myślę, że dzięki nim powstało spore kompendium informacji o niemieckiej piłce.

 Czy w Bundeslidze będzie wreszcie WALKA o mistrzostwo Niemiec?

PIOTR TOMASIK (Weszło!): – Wierzę, a właściwie chciałbym wierzyć, że tak. Mam jednak poważne wątpliwości, czy wierzą w to sami ludzie z Dortmund czy Leverkusen. Oni są świadomi, że podjęcie tej walki z Bayernem o tytuł będzie kosztowało mnóstwo sił, oznacza zminimalizowanie ryzyka jakichkolwiek wpadek. I tutaj pojawia się pytanie, czy warto aż tak rzucać się na ligę do atakowania Bayernu, mając jeszcze Champions League i Puchar Niemiec? W poprzednim sezonie Borussia nieraz odpuszczała Bundesligę, by spokojnie skończyć ligę w trójce, z ćwierćfinałem LM i krajowym pucharem. I na pewno nie żałuje.

MATEUSZ KAROŃ (Przegląd Sportowy): Oby. Na szczęście są ku temu przesłanki. Bayern Monachium będzie musiał zapłacić haracz za mistrzostwa świata. Borussia Dortmund – nawet bez Roberta Lewandowskiego – jest silna, a dodatkowo uzupełniła kadrę. Ligę wygrywa się w meczach ze słabszymi rywalami, a nie z najsilniejszym. Tego w BVB zabrakło przed rokiem. Od początku poprzedniego sezonu do końca marca Jürgen Klopp zastosował 16 różnych wariantów ustawienia linii defensywnej . Wtedy to był kadrowy kataklizm. Teraz – żeby tamte problemy się powtórzyły – musiałby nastąpić koniec świata.

MARCIN BORZĘCKI: Sądzę, że to jeszcze nie ten sezon. Owszem, będzie szansa nawiązać równorzędną walkę z Bayernem na początku sezonu w świetle pomundialowego wyczerpania zawodników oraz licznych kontuzji, ale w perspektywie całego sezonu trzeba wyzbyć się złudzeń. Jednocześnie jednak jestem spokojny o czas ostatecznego rozstrzygnięcia – tak wcześnie jak w ostatnim sezonie monachijczycy trofeum nie wzniosą. Kluczem do sukcesu dla 17-elementowej grupy pościgowej będzie… podejście psychiczne. Maszynka Guardioli masakrująca od początku sezonu 2013/14 sprawiła, że już w okolicach października oraz listopada rywale wychodzili na murawę tylko w celu odbębnienia przykrego obowiązku. Niektórzy nawet jak Eintracht, już kilka dni przed meczem zapowiadali, że odmawiają podniesienia rękawiczki i pod stadion zajadą autokarem z wetkniętą na dachu białą flagą. A niektórzy jednak, jak choćby Moguncja, pokazali że odpowiedni podejście psychiczne i taktyczne pozwala rzucać Bayernowi kolosalne kłody pod nogi.

Czy ktoś może zaatakować pozycję Borussii Dortmund?

TOMASZ URBAN (Tylkopilka.pl): - Tak, myślę, że Leverkusen ma potężny potencjał ofensywny i jeśli Schmidt będzie potrafił ustabilizować zespół na odpowiednim poziomie, to BVB musi się mieć na baczności. Schalke też kadrowo wygląda bardzo dobrze, ale zbyt częśto przytrafiają im się głupie straty punktów. No i od Kellera jakoś nie bije charyzmą…

ADRIAN LIPUT: (BayerLeverkusen.pl) – Jako kibic Bayeru, dałem się nieco zachłysnąć odświeżeniem drużyny prowadzonej obecnie przez Rogera Schmidta. Pisząc to dzień po meczu z Kopenhagą mogę stwierdzić, że rzeczywiście, w Leverkusen nastąpiły spore zmiany i wydaje się, iż będą to zmiany na lepsze. Z drugiej strony nie sposób zauważyć, że Aptekarze potrzebują godnego partnera dla Omera Topraka na środku obrony. Oczywiście Dortmundowi powinno zagrażać również Schalke, które niejako z urzędu co rok ma miejsce w czołówce. Być może do walki o drugą pozycję włączy się również
Wolfsburg, ale wydaje mi się, że póki co pozycje 3.-4. to szczyt ich możliwości. Poza
tymi trzema ekipami nikt raczej Borussii zagrozić nie może, a druga taka plaga kontuzji jak w zeszłym sezonie, która mogłaby zaszkodzić ich pozycji w tabeli, raczej się nie przydarzy (jeśli tak, to chyba rzeczywiście ktoś rzucił na nich klątwę).

MARTIN HUĆ (BayerLeverkusen.pl): Z wielkim przekonaniem napisałbym, że będzie to Bayer, ale mimo wzmocnień w ofensywie, Aptekarze poza Toprakiem na środku obrony i Leno w bramce, mają zbyt wiele zagadek w defensywie. Choć jeśli odpalą Jedvaj i Wendell, wtedy może być naprawdę ciekawie. Dortmund może mieć trudny początek sezonu przez brak Lewego i to, że wielu zawodników ciągle dochodzi do siebie po kontuzjach, ale mają Kloppa na ławce i ten z pewnością już teraz wie, co ma zrobić.

3. Wolfsburg w Lidze Mistrzów: „to jest ten moment” czy „jeszcze za wcześnie”?

MARCIN OLTON (Krotkapilka.pl): Chyba mimo wszystko za wcześnie. Jeśli jednak pogodzą grę w pucharach z ligą, a brak snajpera z prawdziwego zdarzenia nie wyjdzie im bokiem, mogą i w tym sezonie zakręcić się wokół czołowej czwórki.

PIOTR KLAMA (Bayern.munchen.pl): Jeszcze za wcześnie. Wilki w tym oknie nie zaszalały na rynku transferowym, czego wielu się spodziewało. A jeśli przeprowadza się „wzmocnienia” pokroju Bendtnera, to…

MACIEJ ZAREMBA (Transfery.info): Dla mnie VfL to wielka niewiadoma. Okienko transferowe rozpoczęli kapitalnie, bo transfer Sebastiana Junga to dla mnie jeden z lepszych ruchów w Bundeslidze. Wszyscy czekaliśmy jednak na głośne nazwisko w ataku. Miał być Lukaku czy Morata, a jest Bendtner. Zobaczymy. Myślę, że „Wilki” mogą jednak spokojnie powalczyć o pozycję numer cztery.

Która drużyna będzie objawieniem sezonu?

TOMASZ URBAN: - Hoffenheim. Wzmocnili się bardzo mądrze, mają w składzie i gwiazdy (Firmino, Volland), i młodych (Süle, Kim), i doświadczonych (Beck, Schwegler, Salihovic) i takich, którym zależy na udowodnieniu własnej wartości (Szalai). Poza tym naprawdę doceniam pracę Gisdola. Jeśli udało im się w okresie przygotowawczym odpowiednio poukładać klocki w defensywie, to w przyszłym roku zagrają w pucharach.

MARCIN OLTON: Hoffenheim. Wieśniakom nie tylko udało się zatrzymać Firmina i Vollanda, ale też i (wreszcie) sprowadzić bramkarza i wzmocnić rywalizację w ataku. Kilku zawodników po debiutanckim sezonie (Bicakcić, Elyounoussi, Suele), zdrowy Rudy, a na ławce jeden ze zdolniejszych trenerów młodego pokolenia, z prawdopodobnie najbezpieczniejszą posadą w lidze. To musi się udać.

MACIEJ ZAREMBA: Eintracht Frankfurt. Typuję tak pewnie trochę z sympatii do tej drużyny, ale wierzę, że Schaaf poukłada klocki we Frankfrucie. Do tego podobają mi się wzmocnienia w tej ekipie. Chandler i Hasebe to cytując Tomasza Hajtę „wyrobnicy”, którzy może nie zastąpią w 100% Junga i Rodego, ale dadzą wystarczająco dużo jakości, aby spokojnie rywalizować w Bundeslidze. Do tego Seferović, doświadczony Valdez i utalentowany Piazon. Eintracht będzie nam się podobał.

Czy kluby z północy – HSV i Werder – znów będą walczyć o utrzymanie?

MICHAŁ JEZIORNY (Bayern.munchen.pl): Dziwi mnie sytuacja w HSV. Klub ma wszelkie zadatki na bycie potęgą, jednak zatraca się w złych decyzjach. W tym sezonie nie będą zamykać stawki, a podobnie jak Werder ustawiłbym ich w połowie stawki.

MARTIN HUĆ : Nieco desperackie ruchy transferowe po katastrofalnym sezonie nie wróżą niczego dobrego kibicom Werderu i to dla mnie jeden z głównych kandydatów do spadku. Hamburg, mimo utraty Calhanoglu, powinien z czasem odskoczyć od strefy spadkowej, ale na pewno zakończą sezon w drugiej połówce tabeli.

MARCIN BORZĘCKI: Koszmar fanów HSV już się nie powtórzy. Rozsądne transfery, przebojowy Müller, bardzo solidny Behrami i kilku cennych graczy do rotacji + pozbycie się kilku parodystów odpowiedzialnych dotąd za destrukcję. Spokojny środek tabeli. Werder natomiast poziomem plasuje się wg mnie w miejscach 12-15. Drżenia o byt w pierwszoligowej śmietance jednak nie będzie.

Który z zawodników może być „Andre Hahnem sezonu 2014/15″, czyli wyskoczy znikąd i zostanie objawieniem?

TOMASZ URBAN: Oglądałem kilka meczów Kolonii w 2. Bundeslidze i mam bardzo dobre zdanie o lewym obroncy Kozłów – Jonasie Hectorze. To może być dla mnie objawienie ligi. Liczę także na przełomowy sezon w karierze Marka Stendery z Eintrachtu.

PIOTR TOMASIK: - Chciałbym zobaczyć, jak wystrzeli Hoejbjerg w Bayernie, bo przez kontuzje zrobiło się trochę luźniej, ale chłopak zawiódł jednak z Borussią. Bardzo jestem ciekaw Tina Jedvaja, 18-latka z Leverkusen, który rok wcześniej przychodził do Romy za prawie pięć baniek. Nie będzie to zbytnie odkrycie, ale liczę na naprawdę dobry rok w wykonaniu Timo Wernera – czuję, że nadchodzi jego czas.

MARCIN BORZĘCKI: Do zdrowia wrócił Marc Stendera, „wtajemniczonym” co prawda znany, ale wśród przeciętnych kibiców nazwisko pomocnika z Frankfurtu wciąz jest obce. Jeśli zdrowie dopisze to o 18-latku może być bardzo głośno. Polecam zwrócić uwagę na sposób egzekwowania przez tego chłopaka stałych fragmentów gry. Ka-pi-tal-ne centry. Usłyszeć głośniej możemy też o Kaanie Ayhanie z Schalke, który może na stałe wskoczyć do pierwszej jedenastki. Mam przeczucie, że stawiając na niego na prawej obronie Jens Keller może trafić w dziesiątkę. Świetny technicznie, dynamiczny. I co znamienne dla moich typów w tej kwestii – świetnie wykonując rzuty wolny. Póki co na wyrost, ale łudząco przypomina wolne bite przez Beckhama.

Kto spadnie z ligi?

MATEUSZ KAROŃ: SC Paderborn i 1. FSV Mainz 05. Paderborn to typowy beniaminek, który o Bundeslidze myśli bardziej w kategoriach spłacenia długów z budowy stadionu. Moguncja z kolei zaliczyła doskonały sezon i teraz musi udowodnić, że życie bez Thomasa Tuchela jednak istnieje.

MICHAŁ JEZIORNY: Ciężko będzie Paderborn, VfB Stuttgart oraz SC Freiburgowi.

ADRIAN LIPUT: Jestem kiepski w typowaniu, ale spróbuję. Paderborn – wydają się być idealnym kandydatem na czerwoną latarnię. Będę im kibicował, bo mam słabość do piłkarskich „kopciuszków”, ale o ile nie wydarzy się cud, znajdą się na samym dole tabeli. Werder. Eintracht Frankfurt – kiepska kadra, nie wydaje się, żeby mogli „poszaleć” w lidze. Oczywiście, to samo można powiedzieć o kilku innych zespołach, ale wydaje mi się, że najbliżej spadku będzie właśnie zespół Schaafa.

Czy Kasper Hjulmand poradzi sobie w Mainz?

PIOTR KLAMA: Przedsezonowe blamaże wskazują na to, że nie. Wyniki pokazują to ile Tuchel znaczył dla tej drużyny.

MARCIN OLTON: Nie, ale prawdopodobnie mało który trener dałby sobie radę. Moguncja to był autorski projekt Tuchela i on trzymał go w ryzach. Projekt krok po kroku ulepszany, wzmacniany odpowiednimi piłkarzami, na których Hjulmand nie ma teraz zupełnie pomysłu. Aktualnie zespół zatracił wszystkie swoje niedawne atuty: dobrze ustawiony pressing, szybkie przejście z obrony do ataku i reagowanie trenera na boiskowe wydarzenia. Tuchel płacze, jak patrzy, a na koniec sezonu płakać będzie cała Moguncja.

MARTIN HUĆ: Będzie mu bardzo ciężko. Tuchel to był dla kibiców i drużyny facet za którym wskoczyliby w ogień. Najtrudniejszy będzie dla niego początek sezonu, gdy będzie musiał przede wszystkim przekonać do swojej osoby szatnię, która na każdym kroku będzie go porównywać do poprzedniego trenera. Odpadnięcie z Pucharu Niemiec i Ligi Europejskiej to nie przypadek. Przed Mainz najtrudniejszy sezon w Bundeslidze po powrocie do niej.

Który z trenerów zostanie zwolniony jako pierwszy?

PIOTR KLAMA: Hjulmand.

ADRIAN LIPUT: Robin Dutt z Werderu lub Jens Keller z Schalke. Chyba jednak ten drugi. Jak patrzę na wyniki ostatnich sparingów Gelsenkirchen i wynik ich potyczki z trzecioligowcem z Drezna, to wydaje mi się faworytem do szybkiego wylotu, chyba że to niepowodzenie zostanie szybko przyćmione przez dobre wyniki w lidze. Ktoś ostatnio na twitterze nazwał Kellera ”niemieckim Rumakiem” i chyba trafił w sedno.

MARCIN BORZĘCKI: Sądzę, że Tayfun Korkut. W Hanowerze władze są bardzo niecierpliwe.

Jaki to będzie sezon dla Polaków?

MATEUSZ KAROŃ: - Osobiście liczę, że błyśnie ktoś inny niż dwójka z Dortmundu albo Robert Lewandowski. Polska to nie tylko czterech piłkarzy. Stawiałbym na Mateusza Klicha. W Bundeslidze trzeba dużo biegać, a to nigdy nie była domena tego zawodnika. Jeśli się przyłoży, może być ważnym zawodnikiem Wilków.

PIOTR TOMASIK: Niewiele się zmieni od poprzedniego, bo w roli głównej znów wystąpi Lewandowski, a reszta będzie w tle. Na pewno spodziewam się powrotu do wysokiej formy Piszczka, który jeden sezon ma właściwie wyjęty z życiorysu. Obawiam się natomiast coraz mocniej o Kubę, który znów ma problemy ze zdrowiem i któremu może być trudniej o regularną grę. Klich wraca do dawnej roli w Wolfsburgu, Obraniaka mają już serdecznie dość, Sobiech nie przekroczy pułapu 6-7 bramek, a z Polaków z Koeln raz na jakiś czas błyśnie Peszko, czyli – jak mówi Andrzej Grajewski – człowiek-kontra. Mocnego konkurenta zyskał Boenisch, dla którego będzie to wóz albo przewóz. Mimo wszystko, typuję wóz.

MACIEJ ZAREMBA: Słaby. Poza Lewandowskim i Piszczkiem nikt nie ma zapewnionej gry w pierwszym składzie. Wszyscy nasi rodacy to w kadrach zespołów Bundesligi niestety tylko jedni z wielu, a nie zawodnicy pierwszoplanowi. Warto wspomnieć o Błaszczykowskim, który po powrocie po kontuzji może mieć duże problemy z regularną grą, bo rywalizacja w BVB jest bardzo duża.

MICHAŁ JEZIORNY: Lewnadowski obroni tytuł króla strzelców. Kuba i Piszczek dalej będą decydować o jakości BVB. Reszta odegra niespecjalne role. Polacy w Bundeslidze mają ciężko. Jeśli któryś z piłkarzy ma za konkurenta Niemca, to musi być od niego lepszy w każdym elemencie gry. Jeśli będzie taki sam, to przegra rywalizację.

Kolejny potentat samochodowy chce klubu w Bundeslidze

ingolstadt

Gdy niemiecki kibic ma koszmary, śni mu się, że w Bundeslidze rządzą same kluby bez tradycji, z małych miast, ale wielkimi pieniędzmi. Koszmary kibiców w każdym kraju wyglądają zresztą w miarę podobnie. U nas rolę Buki spełniały Amica, Groclin a ostatnio Termalica. W Niemczech liga jak z Hitchcocka to taka zdominowana przez RB Lipsk, Wolfsburg, Leverkusen, Hoffenheim… No właśnie, wiele wskazuje na to, że lista będzie się rozrastać, bo akces do Bundesligi zgłasza kolejny wielki koncern.

Gdy jedziesz pociągiem z Norymbergi do Monachium, na środku drogi znajdziesz Ingolstadt. To pustynia pomiędzy dwoma oazami. W Monachium i okolicach mają Bayern i Augsburg w Bundeslidze, TSV 1860 w 2. Bundeslidze, a przez jakiś czas w najwyższej lidze było też Unterhaching. Po drugiej stronie, we wrogiej Frankonii, mają Norymbergę i Greuther Fuerth. A w środku przez lata była czarna dziura.

Jak na czarną dziurę, wygląda to całkiem przyjemnie. Po prawej stronie za oknem, przez długie kilometry ciągną się rzędy platform wypełnione nowiuśkimi Audi. Po lewej podobnie. Stoi tych wymarzonych aut tysiące. BMW, choć piękne, za bardzo kojarzy mi się z wiejskim lanserem. Mercedesa kupiłbym na 70. urodziny. O, a Audi byłoby w sam raz na teraz. Rozumiecie, że ciężko się tamtędy jeździło. Tu tysiące aut stoi i moknie, więc może by tak jedno… wicie, rozumicie… i tak nikt nie zauważy…

Audi to słowo klucz. Do 2004 roku po Ingolstadt ganiały się po lasach marne drużynki, które w chwilach najwyższej chwały, za czasów gdy Uli Hoeness był dopiero początkującym menedżerem, grały w 2. lidze. A potem kryzys zmusił je do połączenia w jeden podmiot. Powstało FC Ingolstadt, a w nowy projekt zdecydowało się zainwestować miejscowe Audi. Ma swój klub w Bundeslidze Mercedes (Stuttgart), ma pośrednio BMW (Bayern), ma całkiem bezpośrednio Volkswagen (wiadomo), to może i Audi.

Na pustyni postawiono 15-tysięczny nowoczesny stadion „Audi Sportpark”. Postawiono też, nowiutką jak te Audi przy torach, bazę treningową dla młodzieży. I zaczęto budować drużynę. Nikt w Ingolstadt nie ma planów podboju cywilizacji w stylu Red Bulla z Lipska, ale krok po kroku chciano iść do przodu. Startowano z pułapu IV ligi, ale od razu wzięto znane nazwiska. Dyrektorem sportowym mianowano Thomasa Linkego, byłego reprezentanta Niemiec. A trenerów w krótkiej historii klubu też się już trochę z Ingolstadt wybiło. Awans do 3. ligi wywalczył Thorsten Fink, późniejszy szkoleniowiec Bazylei i Hamburga, ponowny awans po spadku zrobił już Michael Wiesinger, znany z Norymbergi.

Co roku z większymi pieniędzmi, ale drużyna nie potrafiła póki co włączyć się do gry o Bundesligę. Ingolstadt co roku zajmuje miejsce w dolnej połówce tabeli – tak jak i w tym roku – i trzeba przyznać, że Linke nie bardzo sprawdza się jako dyrektor sportowy, skupując raczej podstarzałe, zmanierowane gwiazdki, zachęcone łatwymi pieniędzmi. W Ingolstadt planują jednak położyć kres przeciętniactwu i w najbliższych latach awansować do Bundesligi. Prezes Peter Jackwerth twierdzi, że „klub ma potencjał Freiburga czy Mainz” i chyba wie, co mówi. Musi tylko zacząć wydawać pieniądze tak mądrze jak Freiburg czy Mainz.

Nikt poważny nie będzie przepowiadał, że Bayernowi pod nosem wyrasta konkurencja, zwłaszcza, że Volkswagen i Audi to dziś jeden koncern, którego flagowym okrętem piłkarskim ma być bezsprzecznie Wolfsburg. Ale nikt nie powinien być zdziwiony, jeśli do Bundesligi w najbliższych latach awansuje kolejny tzw. „sztuczny twór”. Bayern, Augsburg, Norymberga, za chwilę Fuerth, gdzieś w odwodzie TSV 1860, Ingolstadt… Bawaria powoli robi się jak Zagłębie Ruhry. Gdzie spojrzysz – tam klub. Przypadku nie ma w tym żadnego, bo dziś to jeden z dwóch najbogatszych regionów w kraju.

PS Na przeglądowym Z nogą w głowie napisałem o najszybszym trenerskim upadku w Bundeslidze.

PPS A na slask.sport.pl o najtrudniejszej lidze świata, z której może spaść nawet 13 drużyn!

Polski futbol obnażony

Janusz Filipiak powiedział, że „wywleka bebechy Cracovii“. Nie chcący obnażył całą ligę.

Gdy wróciłem z meczu Cracovii i napisałem, że jako środowisko nie jesteśmy gotowi na futbol proponowany przez Stawowego, nie mogłem wiedzieć, że w tym samym czasie właściciel „Pasów” udziela absurdalnego wywiadu. Im więcej mówił, tym bardziej ludzik z logo mundialu zakrywał twarz.

Stawowy odpowiedział na terazpasy.pl. Z żalem, ale bez emocji. Z klasą, uszanowaniem swojego pracodawcy, lecz merytorycznie. Słusznie stwierdził, że jego dni w Cracovii dobiegają końca. Nie może być inaczej.

Po raz kolejny dostaliśmy informację, że ci, którzy mają najwięcej narzędzi, by nasz futbol zmieniać, najbardziej go nie rozumieją i topią w nim kolejne miliony, dochodząc na koniec do wniosku, że na tym sporcie zarobić się nie da.

Całemu polskiemu futbolowi brakuje rozwiązania systemowego, tradycji czy dobrych praktyk w działaniach transferowych. Myślisz „Anglia”, widzisz menedżera. Czyli kogoś więcej niż trenera. Szefa całego działu sportowego. Kogoś, kto nie ustawia pachołków na treningu, tylko nadaje wizję na lata, wytycza kierunki. Odpowiada za transfery, wie, co się dzieje w drużynach młodzieżowych, gdzie wymurować płot, by nie zaglądali dziennikarze i na ile centymetrów przycinać trawę. Są oczywiście wyjątki, ale generalnie trener ma w Anglii władzę jak nigdzie indziej.

Niemcy mają wypracowany model zupełnie inny. Tam w każdym klubie, oprócz tego, w którym pracuje Felix Magath, kluczową postacią jest dyrektor sportowy. Trener odpowiada za pierwszą drużynę, a dyrektor sportowy za cały pion sportowy klubu. Także za transfery. To kluczowa postać, prawa ręka trenera, w wielu klubach siedząca na ławce rezerwowych (Sammer, Kreuzer, etc.). Wywiadów pomeczowych udziela trener, bądź dyrektor sportowy. Gdy trener ma problem, idzie do dyrektora sportowego, który jest jego bezpośrednim przełożonym. Dyrektor sportowy wybiera zresztą i zwalnia trenerów. W klubie skonfliktowani mogą być absolutnie wszyscy, mogą się nie odzywać, ale trener i dyrektor sportowy MUSZĄ rozumieć się bez słów. Bez tego klub nie ma prawa funkcjonować. Dobrze pokazuje to przypadek Augsburga. Nie jest tajemnicą, że trener Markus Weinzierl nie dogadywał się dobrze z Juergenem Rollmanem, dyrektorem sportowym Augsburga. Gdy więc drużyna w 2012 roku zanotowała fatalną jesień i zdobyła tylko dziewięć punktów, zwolniono nie trenera, a dyrektora sportowego. Zatrudniony na jego miejsce Stefan Reuter to z Weinzierlem papużki nierozłączki. A Augsburg walczy o Ligę Europy. Powtarzam, ŻADEN niemiecki klub nie ma prawa dobrego funkcjonowania bez znakomitej współpracy trenera z dyrektorem sportowym.

W Polsce nie ma żadnego modelu. Miotamy się od ściany do ściany. We Wrocławiu Stanislav Levy najpierw miał nad sobą dyrektora sportowego, później na krótko dostał pełnię władzy, jak w Anglii, a po następnych kilku tygodniach został zwolniony. W Cracovii Stawowy na dzień dobry dostał władzę transferową, później zatrudniono mu dyrektora sportowego, o którym było wiadomo od dawna, że nie lubi się ze Stawowym, a za chwilę trener zostanie zwolniony. W Wiśle też najpierw byli dyrektorzy sportowi (Grzegorz Mielcarski, Stan Valckx), później decydowali o transferach sami prezesi. W Podbeskidziu dyrektor sportowy z prawdziwego zdarzenia był przez miesiąc (Piotr Sadowski).W Zagłębiu Lubin też miotali się już od modelu z dyrektorem sportowym Pawłem Wojtalą do modelu z dyktatorem sportowym Pavlem Hapalem. I tak dalej w każdym klubie.

Wracając jeszcze na chwilę do Cracovii, dyrektor sportowy ma oczywiście prawo nie lubić Stawowego i ma prawo nie podzielać jego wizji. Nie ma tylko prawa w tak chorym układzie trwać przez rok, bo to działanie na szkodę spółki. Jeśli Stawowy mu się nie podoba, to miał go zwolnić w zeszłe wakacje.

Musimy się zdecydować, w którą stronę chcemy iść. Każdy z modeli ma wady i zalety, ale nie ma nic po środku. Któryś trzeba wybrać. Jeśli nasze kluby mają być budowane z wizją, to ktoś musi tę wizję mieć, dostać czas na wcielenie jej w życie i być z niej po latach rozliczony. Może to być trener-menedżer, może być dyrektor sportowy, jest mi obojętne. Byle nie obaj jednocześnie. To kolejny przykład na to, że na Ligę Mistrzów nie brakuje nam ani pieniędzy ani umiejętności. Brakuje nam na nią pomysłu.

Dzieciństwo Augsburga

Stuttgart zagrał katastrofalnie – fakt.

Vedad Ibisević zachował się jak idiota, jako kapitan uderzając tak po prostu Callsen-Brackera w twarz – nie ma wątpliwości.

Taka skuteczność, jaką miał Augsburg, prędko się nie powtórzy.

Ale wielkie chapeau bas przed tymi chłopakami, ich trenerem i dyrektorem sportowym. To w tej chwili zdecydowanie najfajniejsza drużyna Bundesligi. Nie najlepsza, nie najbardziej efektowna, nie najlepiej poukładana i nie najbardziej perspektywiczna. Ale akurat w tym momencie człowiek na nią patrzy i gęba mu się śmieje.

I chciałoby się, żeby chwila trwała, bo jest piękna. Augsburg ma osiem meczów bez porażki, Augsburg walczy o puchary, mimo że rok temu był już po pas w 2 lidze. A i tak wiadomo, że lepiej pewnie nie będzie.

Przed Augsburgiem teraz najpiękniejszy czas. Trzeba go docenić. Później przyjdzie czas najciekawszy, który rozstrzygnie, w którą stronę drużyna pójdzie.

Jak zareaguje, gdy pojawi się oferta za Andre Hahna? Przyjmie? Da piłkarzowi podwyżkę? Jeśli da piłkarzowi podwyżkę, to jak zareaguje gdy po podwyżkę przyjdzie też Daniel Baier? I Ostrzolek? I Vogt. Jak zareaguje, gdy po trenera zgłosi się ktoś większy? Czy będzie ściągał bardziej takich Hahnów czy raczej Altintopów?

Augsburg stoi teraz na rozdrożu. Albo da się rozgrabić jak np. Freiburg i za rok będzie stał tam, gdzie dziś Freiburg. Albo będzie się dawał rozgrabić jak Mainz, czyli tak, by zarobić, ale utrzymać dobry poziom sportowy. Najbliższe miesiące rozstrzygną czy Augsburg ustabilizuje pozycję w Bundeslidze czy będzie tylko sympatycznym jednorazowym wyskokiem.

Czas na niczym nieskrępowane hasanie – jak koń Rafał – bez presji, jest właśnie teraz. Taki odpowiednik dzieciństwa. Zawsze się mówi, ciesz się z dzieciństwa, bo jest beztroskie, potem przyjdą problemy, praca, wybory. A wszyscy wiedzą, że najwięcej problemów przynosi czas dojrzewania…

P.S. Dzisiejszy mecz zakończył (póki co, jeszcze tu wrócę!) moje pół roku beztroskiego hasania po niemieckich boiskach. Łącznie zobaczyłem 32 mecze: 19 Bundesligi, cztery 2. Bundesligi, 2 Pucharu Niemiec, po dwa IV, V i VIII ligi. Udało mi się zobaczyć na żywo każdą drużynę Bundesligi, a z zaplanowanych miejsc nie udało mi się pojechać do Mainz. Jest po co wracać.

Teraz czas do kraju tego, gdzie regułą jest dużą/popsować gniazdo na gruszy bocianie

Dośrodkowaniem.

Obraniak będzie gwiazdą Werderu

Widziałem dziś na żywo Werder Brema w Augsburgu i utwierdziłem się w przekonaniu, że to najbardziej mdła, nijaka, bezjajeczna i nieciekawa drużyna Bundesligi. Od patrzenia na jej grę bolą zęby. W ogóle, słowa drużyna używam tylko z przyzwyczajenia, bo ten zespół w niczym nie przypomina drużyny w rozumieniu grupy ludzi, których coś łączy i mają jakiś wspólny cel.

Werder niby postraszył rewelację ligi, bo przecież od początku prowadził, ale tak można by powiedzieć tylko jeśli się nie widziało meczu. Bo w praktyce Augsburg w 3. minucie sam „dla utrudnienia dodał jodyny”, strzelając sobie samobója bez żadnej pomocy Werderu, a później bez oporu Werderu wbił trzy gole już do właściwej bramki. Jasne, nie było Aarona Hunta, który generalnie jest zawodnikiem, na którym ewentualnie można zawiesić oko. Jasne, przez 45 minut Brema grała w dziesiątkę. Ale w jedenastkę nie wyglądała lepiej.

Obraniak będzie gwiazdą tej drużyny.

Oczywiście, nie wiadomo jak się zaaklimatyzuje, nie wiadomo jak sobie poradzi nie znając języka, oczywiście każdy transfer, zwłaszcza zagraniczny jest obarczony pewnym ryzykiem. Ale jeśli będzie grał tak, jak potrafi najlepiej, to piłkarsko będzie liderem Werderu. Zresztą jedynym argumentem, który z perspektywy Obraniaka mógł przemawiać za transferem, jest liga. Bo na pewno nie klasa drużyny i także nie pieniądze.

W Augsburgu Obraniak mógłby sobie natomiast nie poradzić. To znakomita, fascynująca drużyna. Zorganizowana, ale przy tym mająca w sobie jakąś pierwotną radość z gry w piłkę. Tych ludzi, na czele z dyrektorem Stefanem Reuterem i trenerem Markusem Weinzierlem, zwyczajnie cieszy ta fascynująca przygoda. Po siedmiu meczach bez porażki, po wskoczeniu do górnej części tabeli, wszyscy tu mają wypisane na twarzach: „Ale jaja, nie?”.

Nie mam wątpliwości, że bogatsi latem rozgrabią Augsburg. Pierwszy w kolejności do wzięcia jest Andre Hahn, który wyrósł na gwiazdę. Szybki, przebojowy, grający do końca. Na pewno jedno z objawień sezonu. Drugi w kolejności Kevin Vogt, 22-letni środkowy pomocnik nowego typu – który łączy w sobie zalety dawnych defensywnego i ofensywnego pomocnika. Dalej Matthias Ostrzolek. Ten, którego przymierza się do reprezentacji Polski. Nie wiem, jak inne względy, ale piłkarsko – nie mam wątpliwości – byłby wzmocnieniem. Jest lepszy od każdego lewego obrońcy, jakiego mamy. Bo i broni i świetnie atakuje. Jeden z ciekawszych młodych graczy na tej pozycji w Bundeslidze. O Daniela Baiera pewnie nikt się zabijać nie będzie, bo on ma już 30 lat. Ale to najlepszy i najważniejszy gracz Augsburga. Łączy obronę i atak w formacji 4-1-4-1, schodzi głęboko, by rozgrywać, podaje piłki na nos.

Dziś przyuważyłem ciekawą scenkę z jego udziałem. Ustawił sobie piłkę do rzutu wolnego. Widać, że będzie krótko podawał do szykującego się obok do strzału Wernera. Cała linia obrony Werderu szykuje się, by wyskoczyć do blokowania uderzenia. Baier markuje zagranie nogą – obrońcy wyskakują, on nie dotknął piłki. Sędzia ustawia obrońców jeszcze raz. I tak cztery – pięć razy. Za szóstym masz już wrażenie, że nigdy nie kopnie tej piłki. I wtedy kopie. Obrońcy wyskakują spóźnieni, nie blokują strzału. Za pierwszym razem skończyło się to słupkiem. Za drugim golem na 1-1.

W tym towarzystwie nie wybija się niestety ten jeden, na którym nam zależy. Fajnie, że gra, ale mijają miesiące, a wcale nie mam wrażenia, że Arkadiusz Milik bardziej pasuje do Augsburga niż w pierwszym meczu. Gra, walczy, stara się strzelać, ale często mam wrażenie, że nie za dobrze się ustawia, przez co do dużej ilości piłek dobiega spóźniony. Wygląda jak ciało obce w tym mechanizmie. Weinzierl cały czas daje mu szanse, ale obawiam się, że to już nie potrwa długo. Bobadilla czy Dong dają mocniejsze powody, by na nich stawiać. Altintop może i gra gorzej, ale gdy przychodzi co do czego, to strzela on, a nie Milik. Moelders rozczarowuje, lecz przynajmniej wiadomo, że potrafi walnąć 10 bramek w sezonie w Bundeslidze. O Miliku nikt tego nie wie.

Polak nie może narzekać, że trafił na wypożyczenie w złe miejsce do rozwoju. Trafił w znakomite i dostał w nim szansę. Czy ją wykorzystał…?

Dlaczego nie chcę Ostrzolka w kadrze

Znacie na pewno ten typ ludzi, który nie tylko potrafi wypowiedzieć się na każdy temat, ale ma też taką wewnętrzną potrzebę. Zrzucony z samolotu do obcego miasta, podniósłby się, otrzepał i zagadnięty przez Japończyka, w którą stronę na pocztę, powiedziałby, że dwie przecznice prosto, a potem 200 metrów na lewo.

Szczególnie mają tak tzw. eksperci. Dla dziennikarzy są często zbawieniem i ostatnią deską ratującą tekst. Masz mieć rozmówkę o transferach śląskich drużyn na 20:00, jest 19:32 i dwóch ci nie odebrało, a trzech nie chciało rozmawiać? Telefon do Marka Motyki i:

- Przygotowuję tekst o transferach Piasta Gliwice. Jak pan je ocenia?

- Hm, a przypomniałby mi pan, kogo oni tam ściągnęli?

- Kornela Osyrę, Bartosza Szeligę…

- Aaaa! Nooo, Szeliga to ciekawy zawodnik, w Cracovii i Widzewie pokazywał się dobrze na…

- Ale to nie ten Szeliga, panie Marku!

- Aaa, Bartosz. Trener Brosz na pewno jakoś to poukłada i będzie dobrze.

Nie ma się czym chwalić, ale każdy, kto trochę liznął mediów sportowych to zna. Są ludzie, do których dzwoni się, gdy wszyscy inni zawiodą. Sądząc po ilości tematów, na które wypowiada się pan Marek, wiele redakcji ma go za koło ratunkowe.

W ostatnich dniach narobiłem trochę zamieszania (w dwóch krajach!) informacjami o tym, że PZPN próbuje przekonać do gry dla Polski Matthiasa Ostrzolka. Nagle okazało się, że w Polsce mamy pokaźną grupkę entuzjastów FC Augsburg, którzy chętnie wypowiedzieli się na temat wad i zalet 23-letniego obrońcy.

Oprócz nazwiska, zwykle niewiele się zgadza.

Jestem w tym sezonie jednym z nielicznych Polaków regularnie oglądających Augsburg, w dodatku oglądających na żywo i w dodatku mających za sobą rozmowę z Ostrzolkiem, pozwolę sobie więc dorzucić swoje trzy grosze.

Andrzej Juskowiak w rozmowie z Mateuszem Karoniem stwierdził, że Ostrzolek przyzwoicie wygląda w grze obronnej, ale nie radzi sobie z ofensywą. Podejrzewam, że były reprezentant Polski oglądał akurat mecze z Bayernem i Borussią. Na ich tle całkiem niewielu zawodników na świecie radzi sobie z grą ofensywną.

Już kiedyś pisałem, jak gra Augsburg – z zupełnym pominięciem środka i wielkim naciskiem na skrzydła. Do prostopadłych piłek zagrywanych przez Daniela Baiera schodzą zwykle do środka skrzydłowi Tobias Werner i Andre Hahn. Zadanie biegania od linii końcowej do linii końcowej spada na bocznych obrońców, z których Paul Verhaegh jest tym bardziej trzymającym głębię, a Ostrzolek grającym momentami właściwie na skrzydle. Moim zdaniem Ostrzolek może mieć problem, ale z nadążeniem z powrotem za akcją. W grze ofensywnej jest bardzo przydatny, bo szybki, przebojowy i bardzo dobrze dośrodkowujący lewą nogą. W tym sezonie zaliczył cztery asysty, co jak na bocznego obrońcę, „słabo radzącego sobie z grą ofensywną” jest – przyznacie – dość przyzwoitym wynikiem.

Pada też w cytowanej rozmowie stwierdzenie, że Boenisch w optymalnej formie jest lepszy od Ostrzolka, a Twitterowi „eksperci” dodają „znacznie lepszy”. Boenischa w optymalnej formie widziałem jakieś cztery lata temu, w Werderze Brema, albo w meczu z Australią w reprezentacji Polski, przed kontuzjami, 10 kilo temu. Wtedy był znacznie lepszy od Ostrzolka. Dziś jest na jednym poziomie. Chyba trochę lepiej atakuje (tak) i trochę gorzej broni. W tym sezonie Boenisch ma w Kickerze średnią not 3,71, a Ostrzolek 3,81. Tu nie ma różnicy klas.

Piłkarsko ten chłopak zasługuje na sprawdzenie, zwłaszcza, że gra na tak newralgicznej pozycji. Ja jednak widziałbym go w kadrze niechętnie. W imię zasad.

Nie cierpię nagonki na „farbowane lisy” i tego łatwego szafowania wyrokami, kto jest Polakiem, a kto nie („gdy swoją krew i waszą sprawdzę, wierzcie mi – jedna będzie jucha”), a już nazywanie Ostrzolka „farbowanym lisem” zakrawa na kpinę. Kto jest Polakiem, skoro nie syn Polaka i Polki?

Niemniej, Matthias, który okazał się naprawdę niesamowicie sympatycznym chłopakiem, powiedział swego czasu jasno i wyraźnie, że nie czuje się Polakiem i chce reprezentować Niemcy. Super, brawo za otwartość. Oczekiwałem, że w środę powtórzy mi, że z panem Chorążykiem spotyka się tylko kurtuazyjnie, by osobiście przekonać, że chce walczyć o miejsce w kadrze Loewa.

Zamiast tego usłyszałem wykręcanie się, kombinowanie, kalkulacje. W takie coś się nie bawmy. Masz być zdecydowany na 100 procent. Dlatego tak podoba mi się postawa Daniela Ginczka, który od dawna, jako juniorski reprezentant Niemiec opowiadał, że gra w Polsce go nie interesuje i teraz, już będąc bardzo daleko od reprezentacji Niemiec, to zdanie podtrzymuje.

Takich przykładów będzie coraz więcej. Jak kluczysz, to klucz od początku do końca. Ale jak się już opowiesz po którejś stronie, to tego się trzymaj. Zyskasz szacunek w obu krajach.

Czy Milik jest za słaby na Bundesligę

Tytułowe pytanie zadali tydzień temu w magazynie „Total Fussball” moi redakcyjni koledzy. Oni uważali, że tak.

Ja uważam, że nie. A właściwie, że wciąż jeszcze nie wiadomo.

Byłem znów na meczu Augsburga i znów widziałem Milika wchodzącego z ławki. Przez pierwsze 20 minut kopnął piłkę dosłownie trzy razy. Kolejny już raz wgapiałem się na niego bardziej niż w jakąkolwiek dziewczynę i stwierdzałem, że zachowuje się tak, jak ja prawdopodobnie zachowywałbym się, gdyby mnie wpuścili na mecz Bundesligi: dużo bezproduktywnie biegać, walczyć, zapie…ć bez żadnego pożytku, a gdy się już dostanie piłkę, to w panice i lekko niedokładnie oddać ją od razu najbliższemu. Tak gra w Augsburgu Arek Milik. Nawet gdy z Moenchengladbach zaliczał jedyną bramkową akcję w Bundeslidze, to rozpoczął ją koszmarnym dośrodkowaniem, które tylko ambicją wyratował kolega z drużyny. A nie musiał. Miał pełne prawo odpuścić i pozwolić piłce wyjść na aut, bo podanie było beznadziejne. Milik miałby dalej na koncie okrągłe zero, a my nie mówilibyśmy, że zaczął i skończył akcję, po której Augsburg wyrównał.

W Leverkusen nie miał szans ruszyć pozycji Stefana Kiesslinga, trener Hyypia mówił, że nie ma drugiego napastnika. Bayer to dla niego w tym momencie zdecydowanie za wysokie progi. Jeśli Milik po transferze z Górnika mówił, że Leverkusen jest tylko przystankiem, to miał chyba na myśli, że szybko się zorientują, że to nie ten rozmiar kapelusza.

W Augburg miało być lepiej, ale tu też wchodzi z ławki. Raz strzelił gola, wczoraj miał dobrą końcówkę, w której wreszcie zachowywał się jak piłkarz Bundesligi. Minął bramkarza w sytuacji sam na sam i tylko faul powstrzymał go od strzelenia gola. Wypracował jednak czerwoną kartkę, oddał groźny strzał, mógł zaliczyć asystę. Ostatnie osiem minut napawa nadzieją, ale tak naprawdę: co to zmieni?

Wszystko, co piszę wskazuje na to, że moi redakcyjni koledzy mieli rację. Skoro nawet w Augsburgu Milik się nie łapie, to jest za słaby na Bundesligę.

Augsburg to drużyna dla futbolowych hipsterów, więc pewnie nie wszyscy ją śledzą. Ja tak, bo mam blisko. Już od kilku meczów widzę, że Szwabów napędza trójkąt – środkowy defensywny pomocnik i skrzydła.

Środkowy defensywny pomocnik Daniel Baier jest centrum dowodzącym Augsburga. To jego mierzone na centymetr podania uruchamiają dynamicznych i przebojowych skrzydłowych – Hahna i Wernera, albo też ofensywnie usposobionego lewego obrońcę Matthiasa Ostrzolka. Główne ofensywne zagrożenie stanowią właśnie skrzydłowi. Gdy Baier zagrywa im prostopadłą piłkę, jak w niedzielę przy pierwszej bramce Hahnowi, zwykle nie ma czego zbierać.

Gorzej, gdy Werner, Hahn lub Ostrzolek dostaną piłkę na bok i muszą dośrodkowywać. Wtedy kluczowa jest rola napastnika, który ma wpakować piłkę do siatki. I tu dochodzimy do sedna – Augsburg nie może wykorzystać pełni potencjału swoich skrzydłowych, bo ma tylko jeden skuteczny sposób rozegrania – zejście do środka. Gdyby miał napastnika, który potrafi wykorzystać ten potencjał, miałby parę punktów więcej.

To truizm.

27 lutego 2012 roku mój ulubiony Czadoblog tak pisał o Górniku Zabrze:

W Górniku od pewnego czasu niezwykle istotna jest gra skrzydłami. Czterech ludzi po obu stronach nadaje się do hasania wzdłuż linii. (…) Żeby cała układanka się poukładała (…) potrzebny jest jeszcze jeden element. Ten element jest mozolnie szlifowany i na razie jeszcze nie jest idealnie, ale kiedy zaskoczy, parę ptaszków zostanie strawionych:-)

Przy tak agresywnych i mających taki potencjał skrzydłach idealnie byłoby, gdyby Górnik dysponował wyrazistym, skutecznym centrem. (…) Wtedy te wykonywane z dużą częstotliwością, mocno bite bilardowe dośrodkowania przyniosą efekt. Tam na środku pola karnego musi być napadzior, który będzie potrafił uderzyć głową albo odegrać. 

I taki napadzior już w Zabrzu… jest! Musicie się tylko uzbroić w cierpliwość. Nie jest łatwo spełniać tak odpowiedzialną rolę, jaką nakreśliłem, mając zaledwie 18 lat (tak się składa, że te wyjątkowe urodziny chłopak o którym piszę będzie świętował akurat jutro!). Jednak Arkadiusz Milik ma wszelkie dane żeby podołać zadaniu. (…) Niektórzy już wyliczają, że bajtel jeszcze nie zdobył gola, ale zważcie, że przy jego sposobie gry (ciągłe przepychanie jest niezwykle wyczerpujące) i niedużym na razie doświadczeniu te wszystkie fochy i anse są jedynie… nieeleganckie. Poczekajcie; już za chwileczkę, już za momencik:-)

Brzmi bardzo podobnie, prawda? Różnica jest taka, że dziś to nie Milik jest tym, na którego się stawia.

W Augsburgu niemal we wszystkich meczach gra Sascha Moelders. Silny, wysoki i co z tego? W tym sezonie zdobył jedną bramkę, czyli tyle, co jego zmiennik Milik. Nie asystuje. Niby się zastawia, ale też nie jakoś wybitnie, głową też za wiele nie wygrywa. Są napastnicy, którzy nie strzelają goli, a mają niemożliwy wręcz wpływ na drużynę (wczesny Demjan). W schemacie gry Augsburga, Moelders zawadza. Gra ofensywna odbywa się we wspomnianym trójkącie, Moelders byłby potrzebny tylko do wykończenia dośrodkowań, a że tego nie robi, to pożytek z niego właściwie żaden.

Nie mogę zrozumieć ciągłego stawiania na Moeldersa i nie ma w tym żadnego podtekstu polskiego. Rozmawiałem z niemieckimi dziennikarzami i kibicami i oni też dziwią się, że Milik czy Bobadilla (był kontuzjowany, teraz wraca do treningów) nie dostają prawdziwej szansy. Pech Milika polega na tym, że trener tak ślepo stawia na jego konkurenta, jak Adam Nawałka stawiał na Milika. Tyle, że on był młody i można go było dobrze sprzedać, a Moelders ma 28 lat i wyżej już nie pójdzie.

Mimo wszystko, moim zdaniem z ferowaniem wyroków potrzeba cierpliwości. Milik, mając trochę więcej pewności, którą prezentował choćby w końcówce meczu z Mainz, jest w stanie być ważnym ogniwem tej drużyny, bo ma większe umiejętności piłkarskie od swojego konkurenta. Milik w każdym meczu regularnie pojawia się na boisku, często jako pierwszy rezerwowy. Jest więc 12-14 zawodnikiem w kadrze zespołu z najlepszej ligi świata w wieku 19 lat! To nie jest facet, który ogląda Bundesligę z trybun jak Stępiński czy swego czasu Klich. On nie wypadł z obiegu, tylko cały czas jest blisko.

Mam wrażenie, że w przypadku Milika akurat zbyt często zapomina się o wieku. Nam się wydaje, że w Niemczech grają same niepełnoletnie chłystki. Nie. Owszem jest ich trochę, ale zwykle miejscowych, niemieckich, od śliniaczka szykowanych do Bundesligi. Takich, którzy mając 19 lat zdążyli zagrać półtora sezonu w swojej lidze, przebić się do reprezentacji i zaliczyć występy w dwóch klubach Bundesligi, nie ma za wielu. Mamy chłopakowi za złe, że nie podbił Niemiec szturmem jak Robert Lewandowski. Tyle, że Lewandowski w wieku Milika grał w Zniczu Pruszków. Zanim „Lewy” nauczył się w Niemczech przestawiać wszystkich, to on częściej leżał niż stał. Adaptacja trwa.

Oczywiście wielu było w lepszych miejscach niż Lewandowski w wieku 19 lat, a jednak nie rozwinęło się jak on (Krkić, Dos Santos), ale bierzmy poprawkę, że akurat Milik rozwija się – nie tylko na warunki naszego futbolu – wyjątkowo szybko.

Milik zaczynając w Górniku Zabrze nie potrafił przepchnąć polskich obrońców. Nawałka wciągnął go na pierwszy poziom mocnego stania na nogach, co przy jego wieku i umiejętnościach piłkarskich popchnęło go do Niemiec. Teraz Milik pracuje nad drugim poziomem mocnego stania na nogach. Gdy na niego wskoczy, zacznie grać w podstawowym składzie. Jestem tego pewny.

Daleko nie trzeba szukać. Rok temu, zimą 23-letni Andre Hahn przeszedł z III-ligowego Kickers Offenbach do Augsburga. Przez pół roku grał ogony, można by mówić, że przepadł, że jest za słaby na Bundesligę, a przecież był już znacząco starszy. Okrzepł, wywalczył miejsce w składzie, od końca września zdobył już cztery gole i wyrasta na gwiazdę drużyny. To się wszystko nie dzieje od razu.

Augsburg to klub, w którym Milik w końcu dostanie szansę. Dopiero wtedy dowiemy się, czy jest za słaby na Bundesligę.