„Dla Olkowskiego to sezon prawdy. Bundesliga może go wypluć”

Wikimedia Commons

Dzisiejszym odcinkiem zamykamy tygodniowy okres przygotowawczy do Bundesligi. Mam nadzieję, że przekonaliście się, że w Polsce mamy wielu bardzo ciekawych ekspertów od Bundesligi, którzy może i w niej nie grali, ale mają coś ciekawego do powiedzenia. Ale taki cykl byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Tomasza Urbana, czołowego speca od Bundesligi w tym kraju. Z Tomkiem porozmawiałem o klubach, którym w ciągu tygodnia jeszcze nie mieliśmy się okazji bliżej przyjrzeć. Udanego sezonu, Bundesligowicze!

urban

Jakub Błaszczykowski znowu w Bundeslidze. Myślisz, że w Wolfsburgu w końcu będzie grał regularnie?

Tomasz URBAN: – Wszystko zależy od tego, jak będzie chciał Dieter Hecking. W Pucharze Niemiec wyszli na mecz ustawieniem 4-3-3, z Kubą teoretycznie na prawej obronie. Choć to było nietypowe, mocno niesymetryczne, ustawienie, bo w posiadaniu piłki grał bardzo wysoko, więc trudno go było nazwać obrońcą. Jeśli będą chcieli grać 4-3-3, to Kubie zostaje tylko prawa obrona, o którą będzie rywalizował z Vieirinhą, Sebastianem Jungiem i Christianem Traeschem. Tyle, że ten ostatni może grać też jako środkowy pomocnik, co przy kontuzji Joshui Guilavoguiego może się przydać, a pozostali dwaj są kontuzjowani. Więc tak, Kuba będzie grał. Wniesie do tej drużyny coś ekstra. Nie tylko klasę piłkarską, ale i mentalność.

Nie widzisz możliwości, żeby przy 4-3-3 grał jako jeden z ofensywnych skrzydłowych?

Nie, przy 4-3-3 nie będzie grał wyżej. Daniel Didavi i Julian Draxler będą trochę podwieszeni pod Mario Gomeza. Mówi się o Hueng-Min Sonie z Tottenhamu, ale to też nie byłby konkurent dla Kuby, a raczej dla Didaviego i Draxlera. Ewentualnie mógłby czasem zastąpić Gomeza. Generalnie, w Wolfsburgu widać pewien trend – chcą odmładzać zespół. To nie jest przypadek.

Będą mocniejsi niż w zeszłym sezonie?

Nie wiem, bo są mocni „od pasa w górę”. Ofensywę mają bardzo mocną. Trójka Draxler-Didavi-Gomez to absolutny top. Może nie jest to Bayern, może nie Borussia, ale ścisła czołówka. Tyle że są problemy z defensywą. Po odejściu Dantego do Nicei zostało im trzech środkowych obrońców, z czego Robina Knochego chcieli oddać, Carlos Ascues dopiero się uczy Bundesligi. Są duże dziury w obronie. Myślę, że w ostatnim tygodniu okienka VfL dogada się z Hannoverem w sprawie Salifa Sanego. Obskoczyłby dwie pozycje – stopera i środkowego pomocnika, więc byłby bardzo cenny. Myślę, że gdyby nie mieli kogoś na oku, to nie puszczaliby Dantego. Zobaczymy, jak Hecking to wszystko poukłada. Mogą odegrać lepszą rolę niż w zeszłym sezonie, ale zagadkami są gra defensywna i to czy system zaskoczy.

O Kubę jesteśmy jednak generalnie spokojni. A o Pawła Olkowskiego?

- Byłem trochę zaskoczony, że w Pucharze Niemiec, mimo że grali 4-4-2, wyszedł Milos Jojić, a nie Paweł i jeszcze do tego strzelił gola. Podobnie jak ty, uważam, że przy systemie z trójką obrońców, Olkowski nie ma szans na grę. Widziałem dla niego szansę przy 4-4-2, gdzie mogliby z Marcelem Rissem grać po prawej stronie, niezależnie od tego, kto na obronie, a kto w pomocy. Jeśli w pierwszym meczu, przy sprzyjającym mu systemie, nie było dla niego miejsca, to znaczy, że jest w najlepszym przypadku drugim-trzecim wyborem. A to dość niepokojący sygnał. Peter Stoeger wypowiada się o nim ciepło, podkreśla, że wraca do siebie, wie, na co go stać, uporał się z kontuzjami. Ale dla Olkowskiego to będzie sezon prawdy. Jeśli znów będzie miał takie rozgrywki jak poprzednie, to Bundesliga go wypluje. Zostanie mu ewentualnie Darmstadt, zbierające odrzuty z innych klubów. Wtedy opcją mógłby być powrót do Polski, co też nie byłoby takie złe. Przykład Adama Hlouska pokazuje, że można sobie radzić w ekstraklasie bardzo dobrze, nawet jeśli w Bundeslidze się – delikatnie mówiąc – nie błyszczało.

Zapomniany trochę Eugen Polanski został kapitanem Hoffenheim. Jesteś zaskoczony?

- To była ogromna niespodzianka. Naprawdę, zastanawiam się jak Julian Nagelsmann poukłada drużynę w środku pola. Ma naprawdę dużo opcji. Typowałem, że Polanskiego nie będzie w podstawowym składzie, bo przecież są Sebastian Rudy, Pirmin Schwegler, Kevin Vogt, Polanski właśnie czy Lukas Rupp, najlepszy zawodnik Stuttgartu z poprzedniego sezonu. A jeszcze do tego Nadiem Amiri. Zastanawiam się jak ich zmieścić. Skoro Polanski jest kapitanem, to sygnał, że pewnie będzie grał. Gdzie w takim razie zmieścić innych?

Czego się spodziewasz po Hoffenheim?

- Znacznie więcej niż tego, co zrobili w zeszłym sezonie. Czuję, że Nagelsmann ma to coś, ma jakąś magię, pierwiastek szaleństwa i że to może być nowy Tuchel. Odkąd przyszedł, grali przyzwoicie, spokojnie się wyratowali. Wydaje mi się, że w tym sezonie przeprowadzili bardzo mądre transfery. Jeśli Sandro Wagner utrzyma dyspozycję z Darmstadt, będą mieli w ofensywie Andreja Kramaricia, Marka Utha, Amiriego, dobry środek pola. Wydają się mocniejsi, mimo odejścia Vollanda. Jestem przekonany, że bez problemu skończą sezon w środku tabeli. Na puchary może być jeszcze za wcześnie. Co roku trafia się jeden zespół niespodziewany, więc pewnie mają jakieś szanse. Ale jest dużo zespołów mocniejszych kadrowo.

Nowym Polakiem w Bundeslidze jest bramkarz Rafał Gikiewicz z Freiburga. Jak widzisz jego szanse na pierwszy skład?

- W Pucharze nie było go jeszcze w kadrze meczowej. Dali mu w klubie trochę czasu na potrenowanie bez presji. We Freiburgu jest trzech bramkarzy na bardzo podobnym poziomie – Alexander Schwolow, Patrick Klandt i Gikiewicz. To wszystko podobny poziom, więc wszystko w rękach Rafała. Wiele razy rozmawiałem z nim jeszcze w poprzednim sezonie. 1. Bundesliga to było jego marzenie i wymarzony cel. Dostał się tam. Schwolow to solidny bramkarz, ale do przeskoczenia. Gdy trafi mu się słabsza forma, trzeba od razu wykorzystać szansę i przekuć w złoto. Na razie musi cierpliwie czekać na swoją kolej.

Czego się spodziewasz po beniaminku?

- Mają bardzo ciekawy zespół. Mój ulubiony Vincenzo Grifo, Amir Abrashi robią fajne wrażenie. Jest kilka atutów. Nie wystarczy to pewnie do środka tabeli, będą balansować na granicy, ale myślę, że się utrzymają. Mimo wszystko, jest kilka zespołów słabszych niż Freiburg. Widzę ich na pozycjach 11-14.  Bez konieczności grania baraży, ale też bez super spokojnego sezonu. Kadrę mają nie za szeroką. Przez większość letniego okresu przygotowywali się na grę trójką z tyłu, ale kontuzje pokrzyżowały im szyki, bo z gry wypadli Marc-Oliver Kempf i Marc Torrejon. Nie mogli się do tego systemu przygotować tak, jak by chcieli. To może mieć znaczenie.

Twoja ulubiona Borussia Moenchengladbach znów będzie mieszać w ścisłej czołówce?

- Nadal nie wiemy do końca, jakim trenerem jest Andre Schubert. Widać, że ma jasną wizję. Chce grać systemem 3-4-3 i tak kompletował kadrę, by mieć możliwie dużo opcji. Kadra wyszła niesamowicie szeroka. Dokonali kilku niezłych transferów. Dla mnie błogosławieństwem jest Max Eberl. Dopóki będzie tam dyrektorem sportowym, będzie gwarancją rozwoju. Nie myśli tylko o tu i teraz, ale też dba o przyszłość. Stąd transfery Mamadou Docoure czy Laszlo Benesa. To podobne ruchy do pozyskanych wcześniej Nica Elvediego czy Djibrila Sowa. Do tego w zimie dojdzie Paragwajczyk Julio Villalba, wzięli też Mikę Hanrathsa, ponoć największy talent w Fortunie Duesseldorf od wielu lat. Opcji jest więc naprawdę sporo. Pytanie, jak poradzą sobie z potrójnym obciążeniem. Zwłaszcza, że Schubert to nie jest trener, za którym idzie się w ogień. Widać, że jest traktowany z dozą nieufność, czuć trochę do niego dystans. Nie wszyscy są przekonani, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wciąż nie wiemy, jak przetrwa jakiś kryzys na dłuższym dystansie. Pod tym względem jest niezweryfikowany. Ogólnie rzecz biorąc, o ponowną kwalifikację do Ligi Mistrzów będzie Borussii bardzo ciężko. Myślę, że skończą w Lidze Europy, choć o to czwarte miejsce mogą – przy zbiegu okoliczności – powalczyć. Może odpali im – jak pod koniec zeszłego sezonu – Andre Hahn, może Thorgan Hazard na dłużej podkreśli potencjał, bo na razie miewa przebłyski na kilka kolejek, potem gaśnie. Może pokaże się jeszcze ktoś z tylnego szeregu?

Dla FSV Mainz podobnym gwarantem rozwoju był zawsze dyrektor sportowy Christian Heidel. Jak klub poradzi sobie bez niego?

- Trener Martin Schmidt wykonuje tam genialną robotę. Skład udało się utrzymać. Największy skarb to zatrzymanie Yunusa Malliego, mimo że miał klauzulę odejścia. Nikt z niej jednak nie skorzystał. To bardzo solidny zespół, budowany już od jakiegoś czasu. Ogromne osłabienie to odejście Juliana Baumgartlingera do Leverkusen. Wykonywał ogromną robotę. Wydaje mi się jednak, że Mainz jakoś sobie poradzi. To zespół na miejsca 8-12. Kilka zespołów ma słabsze kadry. Odejście Heidela powinno nastąpić bez większych perturbacji. Wiedzą, co mają robić, a Schmidt to bardzo dobry trener. Kłopoty mogą się pojawić dopiero w dalszej perspektywie, jeśli Rouven Schroeder nie da sobie rady tak dobrze jak jego poprzednik. W tym sezonie pojadą jeszcze trochę siłą rozpędu po pracy Heidela.

Sezon temu zaskoczyła Hertha Berlin, wchodząc do pucharów. W eliminacjach Ligi Europy zagrała jednak bardzo źle i odpadła z Broendby Kopenhaga. Myślisz, że dla ekipy Pala Dardaia Liga Europy jest do powtórzenia?

- Spodziewam się po nich przede wszystkim bezpłciowej gry. Czasem zaskoczą znienacka i wygrają z mocniejszym, czasem przegrają ze słabszymi. Raczej nie załapią się w okolice pucharów. Wbrew pozorom, nie mam do Dardaia jakiegoś super przekonania, nie mogę się do niego do końca przekonać. Odpadnięcie z Broendby to ogromna niespodzianka in minus. Może zostać w głowie piłkarzom, że byli o krok od finału Pucharu Niemiec na swoim stadionie, o krok od eliminacji Ligi Mistrzów i o krok od Ligi Europy, a ostatecznie nic z tego się nie udało. W głowach piłkarzy może się rodzić myśl, że pewnych barier nie przeskoczą. Typuję dla nich miejsca 9-10. Na pewno nie jest to też zespół do walki o utrzymanie.

Do Berlina trafił w lecie Ondrej Duda. Jak widzisz jego rolę?

-To był jeden z najwyższych transferów w historii Herthy. Tylko cztery były wyższe. Duda był sprowadzany z myślą o grze jako „dziesiątka”. Co może niepokoić, to pomysł z ustawieniem na tej pozycji Salomona Kalou. Do składu powoli wraca Valentin Stocker, który jest ponoć jednym z wygranych okresu przygotowawczego. Jeśli sprawdzi się na lewej stronie, a współpraca Kalou z Vedadem Ibiseviciem będzie się układać, to Duda będzie miał problem. Zwłaszcza, że przez większość okresu przygotowawczego się leczył i nie miał gdzie się pokazać. Trudno liczyć, że z miejsca dostanie pewny plac. Trzeba sobie go będzie wypracować, a trudno się pokazać, wchodząc z ławki. Miał pecha, że zaczęły go męczyć urazy zaraz na wejściu do nowego zespołu. Nie będzie miał łatwo, ale w klubie są do niego przekonali. Michael Preetz, dyrektor sportowy, czy Dardai, wiedzieli, kogo biorą i jakie ma zalety. Preetz oglądał go specjalnie w trakcie Euro. Szansę na pewno dostanie. Ale pamiętajmy, że wspomniany Stocker kosztował podobne pieniądze, a po kilku słabszych meczach na długo usiadł na ławce. Pieniądze nie są gwarantem gry.

Widzisz w Hamburgerze SV jakieś symptomy powrotu do normalności?

- Co roku mi się wydaje, że wreszcie zrobili mądre transfery, a potem okazuje się, że jednak nie. Największe problemy znowu będą mieli w defensywie. Jakościowo nie ruszyli tam nic. Wzmacniali tylko ofensywę. A nie przekonują mnie ani Matthias Ostrzolek, Gotoku Sakai na bokach, ani tym bardziej Cleber, Emir Spahić czy Johan Djourou na środku. Zdziwiło mnie, że nic z tym nie zrobili. To może hamować dużą siłę ofensywną. Myślę, że Filip Kostić, Bobby Wood czy Pierre-Michel Lasogga nie nastrzelają tyle goli, ile Cleber i Djourou zawalą. HSV widzę w dolnej części tabeli. Myślę, że raczej nie spadną. Po VfB Stuttgart też się tego nie spodziewałem.

 To kto spadnie?

- Głównym kandydatem jest dla mnie Darmstadt. Nie wierzę, że powtórzą to, co w zeszłym roku. Drugiego spadkowicza szukałbym w gronie Ingolstadt, Augsburg, Frankfurt. Te trzy drużyny mogą mieć spore problemy.

Nie wymieniłeś RB Lipsk. Ale beniaminek chyba nie od razu zatrzęsie Bundesligą?

- Popatrzmy choćby na letnie wydatki. Lipsk nie szalał jakoś bardzo. Dortmund wydał na transfery ponad 100 milionów euro, a RB 26 milionów. Oni narzucili sobie kryterium płacowe, mówiące, że nie będą dawać pensji większych niż 3 miliony euro rocznie. Mają swoją linię, ściągają zawodników mających nie więcej niż 23 lata. Spodziewam się po nich spokojnego utrzymania. Ligi nie zawojują, bo nie mają aż tak wielkiej jakości. Jest dużo dziur do załatania. 

Po kim z lipskiej młodzieży spodziewasz się najwięcej?

- Znakomity na igrzyskach olimpijskich był Lukas Klostermann. To może być rewelacja ligi. Naby Keita z Salzburga może ugruntuje środek pola. Do dyspozycji jest bardzo mocna ofensywa, z Emilem Forsbergiem, Yusufem Poulsenem czy Daviem Selkem. Fajne w RB jest to, że obrali swoją drogę, widać po nich klarowną wizję Rangnicka. Chcą jak Wolfsburg, wychować sobie tożsamość drużyny. Dortmund idzie tą samą drogą. Celowo postawił na młodych, żeby ich związać z klubem i wychować w duchu „echte Liebe”, żeby trudniej było im potem pójść do Bayernu. 

Wydaje się, że selekcjonera Joachima Loewa może ucieszyć awans właśnie Lipska.

- Zdecydowanie. Jeśli chodzi o graczy w reprezentacjach młodzieżowych, RB przegrywa tylko z Dortmundem. Loew będzie na ten zespół patrzeć uważnie, bo tam może być rozwiązanie problemu z bokami obrony. Jonas Hector grał ostatnio na lewej obronie kadry, ale on w Kolonii jest planowany do występów w środku pola. Po długiej przerwie, nie wiadomo, jak będzie sobie radził na lewej obronie. Na prawej obronie też jest wakat. A Klostermann to prawy obrońca mogący grać w środku. Jeśli będzie grał w lidze tak, jak na igrzyskach, to jest gotowym reprezentantem. Równie dobrze po drugiej stronie prezentował się Jeremy Toljan z Hoffenheim. Obaj szybko mogą trafić do kadry i na bokach obrony już nie będzie problemów.

PRZECZYTAJ TAKŻE POPRZEDNIE ODCINKI CYKLU:

Z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium

Z Pawłem Musiałem o Borussii Dortmund

Z Martinem Huciem o Bayerze Leverkusen

Z Marcinem Borzęckim o Schalke 04

Z Mariuszem Mońskim o Werderze Brema

Dziwny przypadek Armina Veha

veh

Młode szopy-pracze umierają, gdy ktoś wypowiada zdanie: „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Bo nawet jeśli ta rzeka dalej nazywa się VfB Stuttgart, tak jak siedem lat temu, to woda, która płynęła w niej siedem lat temu, już dawno w morzu. Teraz nowa woda.

Że się nie da, wiedział Armin Veh od początku. Po sezonie ciężkiej walki o utrzymanie, był witany jak zbawiciel, zapowiedź lepszych czasów. Lepszych, czyli najlepszych. Takie, które sprowadził na krainę Mercedesów w 2007 roku. Oczywiście, każdy racjonalnie myślący mówił, że przypominanie 2007 roku tylko Vehowi zaszkodzi. Ale kibice są z tych myślących magicznie. A wtedy też nikt się nie spodziewał, że Stuttgart ligę wygra. Więc Veh miał zbawiać, a nie trenować. Sam trener wiedział, że problem jest głębszy i od początku mówił, że Stuttgart czeka trudny sezon.

Vehowi dziwiło się jednak naprawdę wielu. Ten trener nie jeden raz wzlatywał i upadał, ale akurat ostatnio wzlatywał. Rozsypany po spadku z ligi Frankfurt poskładał, awansował, jako beniaminka wprowadził do Ligi Europy, gdzie wyszedł z grupy i pechowo odpadł z Porto. Sezon później – mimo problemów z wygrywaniem u siebie – w ostatecznym efekcie bez większych kłopotów utrzymał w lidze. Po czym ogłosił, że odchodzi, bo brakuje mu sportowych perspektyw we Frankfurcie. Hmm? Trenerzy zabijają się o posadę w Bundeslidze, a ten, będąc w średniaku, ale jednak solidnym, mówi, że mu brakuje perspektywy? Dziwne.

Gdyby był dogadany z Schalke, Bayerem, Wolfsburgiem czy choćby nawet Hoffenheim, dałoby się zrozumieć. Ale pójście do Stuttgartu? Czy naprawdę w Stuttgarcie perspektywy są większe niż we Frankfurcie? Z chaosem organizacyjnym, brakiem klarownej wizji, notorycznie złymi transferami i problemami finansowymi? Któremu Huub Stevens, utrzymawszy go w lidze i zobaczywszy, jakie są perspektywy na kolejny rok, ledwie kilkanaście dni wcześniej odmówił? Bardzo dziwne.

Kiedy zbawicielowi nie szło, na ukrzyżowanie poszedł Fredi Bobic. Oczywiście słusznie, bo wspomniany wyżej chaos to w dużej mierze jego zasługa. Akurat wtedy Stuttgart zremisował w Dortmundzie. Veh miał już zbawiać bez przeszkód. Zwłaszcza, że jego kompetencje się zwiększyły. Klub nie zatrudnił do dziś następcy Bobicia, więc część zadań przeszła do trenera. A to nie jest w Niemczech popularny model. Veh dostał naprawdę sporo władzy.

Jeszcze w piątek żartował, że ostatnie miejsce nie jest takie złe, bo nikt cię przynajmniej nie wyprzedzi. W niedzielę pechowo przegrał z Augsburgiem. I odszedł.

veh2

Znowu – odejście nie tak nawet dziwne, jak jego wytłumaczenie. Trenerzy z powodów finansowych generalnie wolą być zwalniani niż samemu się zwalniać. Niektórzy nazywają podanie się do dymisji honorem, dla mnie to pójście na łatwiznę. Ale gdyby wyszedł i powiedział, że zajrzał w wyniki badań i okazało się, że popełnił szereg błędów w czasie przygotowań, które sprawiły, że drużyna jest niezdolna do gry w Bundeslidze, do tego dokupił złych piłkarzy, a szatnia go nie słucha – zrozumiałbym. A on? „Drużyna nie gra tak źle, jak wskazuje na to miejsce w tabeli, brakowało nam często tylko trochę szczęścia. Jestem pewien, że wkrótce wszystko się odmieni”. Skoro brakuje tylko szczęścia, to czemu nie został? Za długo siedzi w tym biznesie, żeby nie wiedzieć, że pech nie trwa wiecznie.

Nie wierzę w takie wytłumaczenia.

Veh spalił sobie Stuttgart jako miejsce, w którym go wielbią. Veh miał podjąć się misji budowy nowego VfB na lata. A poddał się przy pierwszych problemach. Dziwny trener. Przy wszystkich swoich sukcesach, które przez lata w Bundeslidze uzbierał, miał też masę nieudanych epizodów. Zrezygnował zresztą z posady nie po raz pierwszy. To samo wywinął w Reutlingen i Hansie Rostock. Ale to były Reutlingen i Hansa Rostock, a nie JEGO VfB Stuttgart. Klub, w którym był kimś więcej niż trenerem.

Pouczająca historia. Dla kibiców i dziennikarzy, by zobaczyli, że problemy klubów są często bardziej złożone niż tylko: zły trener, zły dyrektor sportowy. Dla trenerów, by doceniali, co mają. Lepszy Frankfurt w garści, niż Stuttgart w piwnicy.

Niemieccy fani walczą o nazwy stadionów

eintracht

To chwalebne, że Bundesliga i 2. Bundesliga nie zezwalają na przejmowanie większościowych pakietów własnościowych klubów przez prywatne przedsiębiorstwa. Godne szacunku, że nie jest możliwe wstawienie nazwy sponsora do nazwy klubu. Ale już jeśli chodzi o stadiony, jest w Niemczech wolna amerykanka. Signal-Iduna Park zamiast „Westfalenstadion”, Veltins Arena zamiast Arena Auf Schalke, Imtech Arena zamiast Volksparkstadion czy Commerzbank Arena zamiast Waldstadion. Inaczej rzecz się ma z Allianz Areną, bo ta od samego początku istnienia tak się nazywała i już weszła do świadomości fanów. Największy problem jest ze stadionami, które przez lata nazywały się po ludzku, a później nastał XXI wiek i nazwa zmienia się co pięć lat.

Potworki są mniejsze i większe. Do największych należy chyba zaliczyć easyCredit Stadion zamiast Frankenstadion w Norymberdze. To tak, jakby Stadion Śląski nazwać „Kredyty chwilówki Arena”. Nic dziwnego, że to bodaj właśnie w Norymberdze zaczął się pierwszy w Niemczech ruch mający na celu odzyskanie nazwy stadionu dla kibiców. Od 2006 roku fani forsowali nazwę „Max Morlock Stadion”, takiej używali w języku mówionym, z czasem nawet media zaczęły lekceważyć człon „easyCredit”, więc firma się wycofała. Szybko przemianowano jednak posthitlerowski obiekt na Grundig Arena. Lepiej, ale dalej źle, więc walka o Maksa Morlocka trwa nadal. W styczniu „Bild” poinformował, że gdy wygaśnie umowa z Grundigiem, właścicielem praw do nazwy stadionu zostanie firma Lotto, która zgodzi się na nazwę „Max Morlock Stadion”. W zamian, dostanie zdecydowanie więcej powierzchni reklamowych na obiekcie niż jej poprzednicy. Byłby to przykład udanej inicjatywy, ale póki co nie ma oficjalnego potwierdzenia tej informacji.

morlock

Nie ulega jednak wątpliwości, że kibice Norymbergi dali przykład i lawina ruszyła. Od 2012 roku kibice Dynama Drezno toczą podobną, choć zakrojoną na mniejszą skalę, walkę. Latem tego roku obiekt III-ligowca zmienił nazwę z „Glücksgas-Stadion” na „Stadion Dresden”, ale można obstawiać, że to tylko tymczasowy zabieg, zanim władze miasta znajdą nowego sponsora tytularnego. Walka o „Dynamo-Stadion” lub „Rudolf-Harbig-Stadion” wciąż trwa, ale pierwszy krok został już osiągnięty.

Najświeższa akcja kibicowska to ta we Frankfurcie i można obstawiać, że będzie się działo sporo, bo Eintracht naprawdę ma psychofanów. Ich trafiła jedna z gorszych nazw. Na Waldstadionie, Stadionie Leśnym, który naprawdę jest w lesie, na którym w 1974 Polacy zagrali z Niemcami na wodzie półfinał mistrzostw świata, Eintracht nie gra już od wielu lat. Gra na Commerzbank Arenie. Kibice mają tego dość i chcą przystąpić do konkursu na wykupienie nazwy stadionu. Skąd wezmą pieniądze? Z wygranej na… loterii.

- Siedzieliśmy w grupie razem i zastanawialiśmy się, jak duże są szanse, że nasz stadion kiedyś jeszcze będzie się nazywał Waldstadion. Oczywiście miasto nie zrezygnuje z milionów od sponsorów, a zebranie w gronie kibiców kilku milionów jest niemal niemożliwe. Byłoby, gdybyśmy wygrali na loterii. Rozpoczęliśmy akcję. W sobotę 13 września o 16 spotkamy się, by razem zagrać w lotto. Jeśli wygramy, chcemy przystąpić do negocjacji z miastem – mówi „11 Freunde” Dominik Zierga, inicjator akcji.

Szanse na to, że akcja się powiedzie, wynoszą jakieś 1:139 836 160. - Jeśli będziemy mieć pecha, wygramy tylko milion albo dwa i może wystarczy chociaż na rok (śmiech). Jasne, wiemy, że wygrana jest mało prawdopodobna, ale chodzi o to, by przynajmniej pokazać, że dyskusja o powrocie do tradycyjnych nazw stadionów nie jest skończona. Chcemy przynajmniej powalczyć o zmianę stadionu na jeden mecz, by zwrócić uwagę na problem.

Choć akcje w Norymberdze i Dreźnie nie zakończyły się pełnymi sukcesami, ich przykłady pokazują, że warto próbować. Jeśli wbrew wszelkiej logice, któryś z kibiców Eintrachtu trafi szóstkę, dopiero może się zacząć w kwestii odzyskiwania nazw stadionów dziać ciekawie. Można być pewnym, że to dopiero początek i także kibice innych klubów upomną się w końcu o swoje obiekty. Trudno budować identyfikację z miejscem, w które chodzi się z dziada, pradziada, co tydzień, przez całe życie, jeśli nosi ono nazwę „easyCredit”.

Najbardziej potworne nazwy stadionów w Niemczech:

1. easyCredit Stadion – 1. FC Nürnberg (do 2012 roku)

2. Commerzbank Arena – Eintracht Frankfurt

3. Trolli Arena – Greuther Fürth (do 2014 roku. Trolli to producent żelków)

4. Generali Sportpark – Unterhaching

5. Volksbank Stadion – FSV Frankfurt

6. rewirPOWER Stadion – Bochum

7. ESPRIT Arena – Fortuna Düsseldorf

8. Imtech Arena – Hamburger SV

9. Signal Iduna Park – Borussia Dortmund

10. Mage Solar Stadion – Freiburg

Schalke, Bayerze – tak się przegrywa

Ligę Europy, począwszy od 1/8 finału, zdecydowanie da się oglądać. Dwa mecze, które dziś obejrzałem, stanowiły leczniczą odtrutkę po blamażu Schalke.

Pierwsza faza pucharowa – choć jeszcze trwa, piszę o niej w trybie dokonanym, bo nic się nie ma prawa zmienić – pokazała dla niemieckiej piłki jedno: w Bundeslidze może się dziać wszystko, ale tylko Borussia i Bayern są w stanie rywalizować na najwyższym europejskim poziomie. Na wielkie, silne marki, Bayeru Leverkusen i Schalke lepiej nie wypuszczać, bo od razu wywieszą ręcznik. Nie wiem czyj wynik i czyja gra była bardziej kompromitująca. I jak patrzeć na dziewięć straconych goli Leverkusen w meczach z Manchesterem w fazie grupowej, widząc bezradność United z nie najmocniejszym przecież Olympiakosem Pireus.

O ile po tych blamażach, o Bayerze i Schalke nie powinno się już w tym sezonie napisać ani jednego pozytywnego słowa, o tyle Eintracht Frankfurt, który też dziś odpadł, pokazał, że z mocniejszymi da się jednak rywalizować.

Dla frankfurtczyków dwumecz z FC Porto był mniej więcej czymś takim jak dla Leverkusen gra z Manchesterem United. Starcie ze zdecydowanie większą firmą, ale będącą w kryzysie. Można w takim starciu dostać dziewięć goli, można też stworzyć fantastyczne widowisko. Tydzień temu Porto w pięć minut roztrwoniło u siebie dwubramkową przewagę, dziś Eintracht popełnił ten sam grzech. Chociaż czy to grzech stracić dwa gole po strzałach głową Mangali? Tylko Afryka mogła zrodzić taką skoczną górę mięśni. Gdy francuski stoper frunął na Kevina Trappa, w ogóle nie było widać, że bramkarz Eintrachtu ma przewagę rąk. Trapp się bał i ja go rozumiem.

Ale Frankfurt się podniósł. Po pięknym dośrodkowaniu Oczipki, wolej Meiera wydawał się rozstrzygać sprawę. Niestety, Porto też się podniosło i wyszarpało 3-3. Można się tylko zastanawiać, co by było gdyby świetną sytuację po strzale piętką wykorzystał dobrze grający Jung. Trener Armin Veh, który splamił się niedawno odpuszczeniem meczu z Bayernem Monachium (0-5), którego zespół katastrofalnie grał z Borussią (0-4), pokazał, że też potrafi nakręcić drużynę na walkę z lepszymi od siebie. Zabrakło tyle co Holendrowi do Bródki.

***

Małym niewiele zabrakło też w Londynie. Dnipro wygrało pierwszy mecz z Tottenhamem 1-0 i na White Hart Lane od początku znakomicie kontrowało. Matheus, Konoplianka, Zozulja, Rotan zamiatali w ofensywie i wiadomo było, że coś się z tego musi urodzić. Urodziło się tuż po rozpoczęciu drugiej połowy, gdy gola głową po dobrym rzucie wolnym strzelił Zozulja. Zresztą stałe fragmenty gry zespołu Juande Ramosa wyglądały naprawdę ciekawie. Znów można sobie zadawać pytanie, co by było gdyby któryś z piorunujących strzałów Konoplianki trafił nie w rękawice Llorisa czy w słupek, ale do bramki. Choć doceniam klasę ligi ukraińskiej, Konoplianka to zdecydowanie zawodnik, który powinien stamtąd uciekać i pokazać się Europie.

Tottenham potrzebował trzech goli i swoje zrobił. Błyskawicznie, efektownie, ale z niesmakiem. Kluczowym momentem meczu była czerwona kartka Zozulji przy stanie 1-1. Między nim a Vertonghenem iskrzyło już w pierwszej połowie, a w drugiej Belg to wykorzystał i odstawił żałosny teatrzyk. Przystawiając głowę do Zozulji i padając jakby przystawił się do Kliczki. Jasne, nie on pierwszy i nie ostatni. Ale to było słabe.

Koguty do kolejnej fazy przepchnęła inna góra mięśni, czyli Adebayor, przy wsparciu mikrusa Eriksena, który strzelił ważnego gola z wolnego na 1-1. Miałby też asystę, gdyby nie podawał do Soldado. Hiszpan ma takiego pecha, że nawet gdy już w końcu, pierwszy raz od grudnia trafi z akcji, sędzia i tak gwizdnie spalonego…

W tym średniactwie jest metoda

Z mojego punktu widzenia, Liga Europy jest o tyle atrakcyjna, o ile daje możliwość zobaczenia w ciągu tygodnia którejś z drużyn Bundesligi, rozbijając w ten sposób na pół czterodniowy okres bez niemieckiej piłki. Generalnie jednak w tym roku patrzeć za bardzo nie ma co. Do pucharów zakwalifikowały się rok temu takie drużyny, że nie było co się po nich spodziewać jakiegoś wielkiego nabijania punktów do rankingu UEFA.

Najbardziej renomowany i – na papierze – najmocniejszy z niemieckich reprezentantów w LE, czyli Stuttgart, nie dotarł nawet do fazy grupowej, kompromitując cały tamtejszy futbol, odpadając z Rijeką, która bardziej kojarzy nam się ze słonecznymi wakacjami nad Adriatykiem, a nie z graniem w piłkę. Freiburg zgodnie z przewidywaniami nie wyszedł z grupy. Eintracht Frankfurt natomiast szaleje. Grupę wygrał z pięcioma zwycięstwami, podczas gdy w Bundeslidze tyle samo uciułał przez całą 17-meczową jesień.

Tydzień z europejskimi pucharami zaczął się smutnymi wątpliwościami dotyczącymi siły Bundesligi. Wtedy trzeba było pytać, jak to możliwe, że wicelider tak się kompromituje w Europie. Dziś jest bardziej optymistycznie, trzeba pytać jak to możliwe, że niemiecki średniak walczący o utrzymanie, radzi sobie z zespołem, który w XXI wieku zgarnął trzy europejskie puchary.

Eintracht to dla mnie synonim przeciętniactwa. Ich meczów nie ogląda się dla przyjemności. Niewielu graczy mają charakterystycznych, na których warto zawiesić oko, zwrócić uwagę. Dla kogoś, kto nie ogląda Bundesligi nałogowo, nie ma tam praktycznie rozpoznawalnych nazwisk. Jego awans do europejskich pucharów rok temu, był kolejnym potwierdzeniem tezy o szczególnych przywilejach beniaminka, zaś tegoroczna walka o utrzymanie to kolejne potwierdzenie, że te przywileje szybko się kończą.

Zespół Armina Veh w Porto teoretycznie nie miał prawa nawiązać walki. Zjawiskowy jak zwykle gol Quaresmy (choć nie z fałsza), dał gospodarzom prowadzenie do szatni, gol Vareli na 2-0 po przerwie zdawał się nieuchronnie przybliżać moment, w którym Ligi Europy nie będzie już po co w tym sezonie oglądać.

Petardę z dystansu odpalił jednak Joselu, co do którego mogę mieć wypaczony obraz. Gdy widziałem Eintracht na żywo przeciwko Schalke, zdobył dwa piękne gole po strzałach z dystansu w odstępie kilku minut. Wyglądało, jakby robił to od niechcenia, co sobotę. Tymczasem te trafienia to były 2/3 jego dorobku w tym sezonie. Dziś wystrzelił w najlepszym możliwym momencie. Porto osłabło i po rzucie rożnym strzeliło sobie samobója.

Bramkowy remis na Dragao to wielki sukces Eintrachtu i niespodziewana nadzieja na rewanż. Teraz to Niemcy są w lepszej sytuacji i wcale nie jest wykluczone, że w kolejnej fazie europejskich pucharów Bundesligę – obok Bayernu i (może) Borussii – będzie reprezentował właśnie Eintracht. Brzmi trochę niedorzecznie, ale kibicom jeżdżącym tłumnie po całej Europie to nie przeszkadza. W grudniu pojechali do Bordeaux w 12 tysięcy, dziś w Porto było ich o połowę mniej. Wszędzie słychać ich mocniej niż gospodarzy, a że są najbardziej muzykalnymi kibicami Bundesligi, to robią wrażenie.

Szczególnie uważnie patrzyłem dziś na Sebastiana Rodego, który od 1 lipca trafi do Monachium obok sami wiecie kogo. Korzyści dla samego piłkarza oczywiście widzę, bo trochę posiedzi na ławce, wpisze do życiorysu Bayern Monachium, pójdzie na wypożyczenie i finansowo na tym nie straci. Zastanawiam się tylko, po kiego czorta taki zawodnik Bayernowi. Ani to osłabianie konkurencji, bo co z Eintrachtu za konkurencja, ani branie młodego talentu, bo Rode ma już 24 lata, ani uzupełnianie newralgicznych pozycji, bo nic nie jest w Bayernie mocniej obsadzone niż środek pomocy. Jakieś krzywe rozliczenia? Bo że nie chodzi o jakiś niewyobrażalny talent, to chyba się zgadzamy. Choćby nie wiem jak dobrze go ukrywał, coś by mu się jednak ponadprzeciętnego wymsknęło. Więc po co?

Współczuję kibicom Bayernu

Z każdą wizytą na Allianz Arenie coraz wnikliwiej patrzę na twarze ludzi na trybunach i zastanawiam się: jak to jest? Czy oni wiedzą, że Bayern wygra i zastanawiają się tylko ile? Czy przychodzą oczekując „ogolenia frajerów?“ Idą zobaczyć jak wygrywają „nasi“? A może za każdym razem obawiają się, że tym razem się nie uda?

 Wreszcie najważniejsze: czy kibice Bayernu, ale w tym miejscu może też być Barcelona, Real i inne drużyny z tej półki, też podpisaliby się oboma rękami pod najświętszą prawdą, że futbol jest okrutny? Czy dla nich jest jednak sprawiedliwy?

 To zupełnie inny gatunek kibica. Dla mnie obcy, bo nie rozumiem go, nie wiem jakie myśli nim kierują. Gdy widzę kibica Augsburga czy Eintrachtu Brunszwik potrafię sobie dość dokładnie wyobrazić, co myśli w danym momencie meczu. Czuję z nimi wspólnotę, mimo że akurat mnie ich klub nie grzeje, a oni nie wymówiliby nawet nazwy mojego klubu.

 Tych z Monachium nie potrafię rozgryźć. Niby się cieszą po golach, ale ta radość jest inna, taka kontrolowana. Nie ma Pilchowego „całowania obcej kobiety w usta i piersi“ w ekstazie po golu dla Auxerre czy Bordeaux. Cieszą się z kolejnych goli Bayernu, jak ja z sukcesów skoczków narciarskich. Zastanawiam się, czy oni rzeczywiście potrafią sobie wmówić, że to super, iż Thiago dotkął piłki 185 razy w jednym meczu. I że za pół roku wyciągną największemu rywalowi największą gwiazdę, co może pozwoli przekroczyć granicę 100 punktów w jednym sezonie w lidze, w której maksymalnie można zdobyc 102?

 A może oni przeżywają wszystko tak samo, tylko na innym poziomie? Ich wprawdzie nie grzeje liga, jak nas nie grzeją sparingi, ale na poziomie półfinału Ligi Mistrzów doświadczają jednak normalnych, kibicowskich emocji? I mają złamane serca gdy ich zespół przegra finał?

 Nie wiem, ale ja im intuicyjnie współczuję. W gruncie rzeczy to oni powinni mi współczuć, że naoglądawszy się przez parę miesięcy Toniego Kroosa, pomocnika moich marzeń, za chwilę będę oglądał środkowego pomocnika, który wprawdzie nie umie ani podawać ani strzelać, ale dobrze robi wślizgi. Że za chwilę boczni obrońcy na moich oczach dziewięć na dziesięć dośrodkowań będą wyrzucać w trybuny, a nie odwrotnie.

 Ale myślę, że nie mają racji. Są jednak w jakiś sposób upośledzeni. Nie są temu winni, tak jak upośledzony nie jest winny swojego upośledzenia, ale nie znają jednak futbolu w najczystszej postaci. Futbolu, w którym z kimkolwiek twoja drużyna gra, spodziewasz się porażki. Ile by nie prowadziła, spodziewasz się, że za chwilę wszystko roztrwoni. I wiesz, że nawet jak masz w składzie największy talent od lat, to za chwilę kupi go największy rywal.

 Guardiola po meczu z Frankfurtem powiedział, że to był najlepszy Bayern w tym sezonie Bundesligi. Pewnie ma rację, bo nie ma się właściwie do czego przyczepić. A jednak mi się nie podobało. Ja się wynudziłem. Futbol, w którym jedynym pytaniem jest nie czy tylko ile, jest dla mnie nudny jak skoki narciarskie.

 Piłkarze i drużyna Bayernu są dla mnie zbyt doskonali. Doceniam kunszt każdego z nich, podziwiam, ale nie potrafię się tym emocjonować. To, że idealny profesjonalista strzela w okienko jest dla mnie dość naturalne. Ale o ile więcej radości daje, gdy to przebrzydłe drewno, które ma 30 lat i w całej karierze strzeliło cztery gole, nagle na 10 sekund w życiu zmienia się w Messiego i mija pięciu rywali? To właśnie tłumaczy nabożny szacunek Szkotów do gola Archiego Gemmila z mundialu w 1978. Czczą go nie dlatego, że minął czterech Holendrów, ale dlatego, że przez całe życie – wyjąwszy ten moment – mijał czterech obrońców w sezonie a nie w jednej akcji.

 Tak, regularne obcowanie z doskonałością Bayernu pokazało mi na czym tak naprawdę polega futbol. I to mają w Bełchatowie, Szczecinie czy Moguncji. Nie w Monachium, chyba, że w TSV.

Za mocni, by spadać

Kiedy kibicujesz takiej drużynie, najgorsze co możesz zrobić, to uwierzyć. Masz sobie traktaty sceptyków przybijać nad łóżkiem i jak się już musisz modlić, to tylko do św. Tomasza. Nigdy nie wierz zanim nie wsadzisz palca w ranę.

Wiem co mówię, przeżywałem to nie raz. Siedzę na Łazienkowskiej. Mój klub ma dostać czterema, pięcioma bramkami, to kwestia czasu. Piłki nie dotyka w ogóle. Legia klepie jak Barcelona. Pudłuje. Raz, drugi, trzeci. Bramkarz znowu ma dzień konia. Rok temu na Łazienkowskiej też miał. Ile jeszcze? Cholera, 72 minuty. Wytrzymać do przerwy. Dobra, przerwa. Karny dla Legii. Obroniony. Idą we trzech sam na sam. Nie trafili. Patrzę na zegar. 82. minuta. To się chyba uda… Kur.. 0-1 „. Błąd. Jak kibicujesz takiej drużynie nigdy nie możesz pomyśleć, że to się uda. 

Dlatego wiem, co przeżywają teraz kibice Eintrachtu Brunszwik. Weszli do Bundesligi sensacyjnie, bez nakładów, bez bogatego sponsora w zarządzie, bez świetnej szkółki, bez wielkich transferów. Sukces wyrwany z kontekstu, autorski wynalazek piłki nożnej. Sami doskonale wiecie, że czasem zdarzają się w piłce rzeczy, które dopiero potem obuduje się odpowiednią narracją. W momencie, w którym się dzieją, można je tylko skwitować wzruszeniem ramion i stwierdzić „No, tak to już czasami bywa… Przegrywali, a teraz wygrywają. Odwróciło się”

W Bundeslidze mieli plan, żeby mądrze spaść. Jeszcze nie rozegrali pierwszego meczu, a już mówili o spadku, podkreślając, że utrzymanie byłoby większym cudem niż awans. Chodziło o to, by dalej kupować tanio, zasysać pieniądze z telewizji, od sponsorów i biletów, wzmocnić drużynę tak, by po spadku szybko wrócić i dopiero wtedy normalnie rywalizować. Tak jak zrobiło w Anglii chociażby Hull City. Tak jak próbuje robić Fuerth.

Eintracht też wyglądał w Bundeslidze na ciało obce, które nie wiadomo jakim cudem się tam znalazło. W pierwszych czterech meczach cztery klęski, strzałów prawie w ogóle, nawet dobrych akcji. To miał być słabszy beniaminek niż Greuther Fuerth rok temu, który nie wygrał – jako pierwszy w historii Bundesligi – ani jednego meczu u siebie.

Ale tu w tej historii następuje „wtem”. Wtem Brunszwik wygrał derby w Wolfsburgu. Wtem Brunszwik wygrał z wiceliderem z Leverkusen, który w tym sezonie nie zwykł łatwo rozdawać punktów. Wtem okazało się, że Eintracht potrafił uciułać jesienią 11 punktów i dziś traci tylko trzy punkty do miejsca barażowego. Zaczyna się pojawiać cień nadziei.

W Norymberdze też popełnili błąd, myśląc, że najgorsze przetrwali. Po latach biedy, spadków i drżenia o własny byt, nagle trafił się trener, który rozumiał specyfikę klubu i potrafił osiągać wyniki wbrew otoczeniu. Dieter Hecking potrafił znaleźć tanią perełkę i z odpowiednim przebiciem posłać ją dalej, a Norymberga wreszcie poczuła co to bezpieczny środek tabeli. Odejścia Heckinga do Norymbergi bali się wszyscy. Ale runda wiosenna pod batutą żółtodzioba Michaela Wiesingera była więcej niż obiecująca. O ile Norymberga w XXI wieku cały czas drży przed spadkiem, tak tego lata wreszcie spodziewano się nudnego, spokojnego sezonu, bez wielkich wzlotów i upadków.

I przyszły wszystkie klęski. Niewytłumaczalne 0-5 z Hamburgiem. Dobra gra w większości meczów i fatalne rezultaty. Typowa Norymberga to ciekawa drużyna, która stwarza multum sytuacji, wszystkie marnuje, a w czasie jednego pięciominutowego przestoju w grze traci trzy gole po metrowym spalonym, koszmarnym kiksie niezawodnego obrońcy  i strzale życia rywala. Jesienią nieszczęścia bombardowały Norymbergę jak alianci. Zmiana trenera nie pomogła. Może nawet u Verbeeka ten tragizm się jeszcze bardziej uwidocznił. Apogeum (a może ono jeszcze przed nami?) fatum było widać w Hanowerze, gdy Norymberga prowadziła 3-0, by dać sobie strzelić „honorową” bramkę, a w końcówce po grubych pomyłkach sędziów roztrwonić całą przewagę. Jako pierwsza drużyna w historii nie wygrała ani jednego meczu przez całą rundę. Mimo to nikt nie wierzy, że spadnie, bo gra naprawdę dobrze i uzyskała aż 11 punktów za remisy. Z Norymbergą wcale się łatwo nie wygrywa.

A Freiburg? Dla nich spadek w tym sezonie byłby taki typowo polski. Jak już polski sportowiec wyjdzie z grupy śmierci, po heroicznych bojach bijąc największe potęgi, to w następnej rundzie przegra z jakimś anonimowym nikomu nieznanym rywalem. Sprawdzone, potwierdzone. Gdy ma być już z górki, to akurat robi się pod górkę. Freiburg walkę o utrzymanie ma wpisaną w statut. Tkwi ona w klubowym DNA. Ale akurat rok temu do samego końca walczył o Ligę Mistrzów. Co z tego, gdy latem rozgrabili Christianowi Streichowi pół drużyny i kazali grać na trzech frontach. Freiburg ma tę zaletę, że której pozycji by mu nie ucięli, to i tak odrośnie. Przy tym systemie wychowywania talentów, Freiburg w długofalowej perspektywie zawsze jakoś da radę. Tylko czasem w krótkofalowej nie daje rady. Talenty nie zdążą dojrzeć. Wtedy zdarzy się spadek z ligi i dojrzewanie na boiskach 2. ligi, by znów awansować.

A Eintracht Frankfurt? Przecież tego nikt nie traktuje poważnie. Wiadomo, że jego zaplątanie w walkę o utrzymanie to tylko coś chwilowego. To samo mówiło się po piątej, dziesiątej i piętnastej kolejce. Ten klub, który świetnie radzi sobie w europejskich pucharach i w Pucharze Niemiec może być groźny absolutnie dla każdego, tylko jakoś się nie składało. Gdyby Eintracht nie tracił bramek w końcówkach meczów, byłby gdzieś 20 punktów przed Bayernem. Ale tracił. Ale nie wygrał w rundzie żadnego meczu u siebie. I żeby w maju nie trzeba było mówić: „Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka”.

Tę wyliczankę mógłbym kontynuować do jutra w południe, mając przecież z tyłu głowy, że z Bundesligi nigdy nie spadają drużyny, które po jesieni zamykają tabelę, a jeden z zeszłorocznych spadkowiczów – Fortuna Duesseldorf – zimował w środku tabeli w wydawałoby się komfortowej sytuacji. Być może przyszłego spadkowicza znajdziemy w drużynie, o której dziś powiedzielibyśmy, że walczy o puchary?

Z Bundesligi nie ma komu spaść. Jest ten jeden nieszczęsny Brunszwik, który jednak wcale nie jest tak słaby, by nie mógł wywinąć numeru. A kto na drugie miejsce spadkowe? A kto do baraży? – W Bundeslidze nie mogę teraz znaleźć drużyny, która skupiałaby się na wybijaniu piłki i czekaniu na kontry. Każdy próbuje prowadzić grę – mówi Christian Streich. Właśnie. Wszyscy tacy kulturalni w grze, tacy poukładani, tacy ułożeni, a jak nawet szaleni to z metodą. Wiosną z Bundesligi nie spadną dwie najsłabsze drużyny, tylko dwie najmniej dobre.

Najbardziej muzyczny klub Bundesligi

Zwierzałem wam się już jakiś czas temu, że lubię, gdy kibice biorą się za nagrywanie piosenek. Zadziwiająco – zwłaszcza dla mnie samego – chętnie słucham o ustawkach, o walce na śmierć i życie z wrogiem, z policją, słucham pozdrowień do więzienia, albo „tych którzy już odeszli w stronę słońca, którzy byli wierni aż do końca, którzy na stadionach zostali pomszczeni – na zawsze są w sercu stalowowolskiej ziemi”. Też mnie to dziwi. Niby nie moje klimaty, ale jednak często dają poczuć jakąś atmosferę klubu.

Nasz rynek w tej kwestii jednak dopiero raczkuje. W Niemczech skala zjawiska tak mnie uderzyła, że przez kilka dni nie słuchałem niczego innego niż tylko kibicowskich piosenek. Przebijałem się przez rozmaite pieśni biesiadne, przy których Niemcy lubią się kiwać (przy stole), znajdowałem polskie wątki (w piosence Hamburgera SV: – Jesteś z Cottbus, to tak jakbyś był z Polski), odkrywałem, że w hymnie Bayernu jest jakże bezdyskusyjna fraza „Nigdy nie spadnie”, by stworzyć bundesligową listę przebojów. Ale nie wyszło, bo zatrzymałem się przy Eintrachcie Frankfurt.

Już przy okazji wizyty tam, pisałem, że ci kibice wydają mi się jakoś bardziej fanatyczni niż gdzie indziej. Że z tej trybuny bije jakaś groza. Wyjazd w 12 tysięcy osób do Bordeaux w grudniu zdawał się to potwierdzać. A teraz wiem na pewno, fani Eintrachtu są jacyś inni. Nigdy wcześniej nie widziałem, by kibice wydali aż trzy pełne płyty (!), łącznie około 50 utworów, tylko o jednym zespole. O ile u nas – z drobnymi wyjątkami – są to zwykle kawałki rapowe, we Frankfurcie mamy pełną różnorodność.

Od piosenki na melodię Pippi Langstrumpf…

http://www.youtube.com/watch?v=npgtMh4SOZ0

… przez coś zahaczającego o reggae


… techno

… rap

… rock

… metal

i coś czego nie umiem nazwać, a jest nietypowe i ciekawe…

I wiele, wiele innych. To jest znakomita droga, idźcie nią wszyscy kibice świata. Skoro można się ubierać tylko w produkty z klubowym znaczkiem, skoro można zjadać towary wyprodukowane przez klub, skoro można karmić kota z miski z herbem APOEL-u Nikozja, a żonie kupić bieliznę z Realu Oviedo (sobie też), skoro można nosić słuchawki z klubowymi logami, dlaczego nie ma z nich płynąć muzyka związana z klubami? Wciska się nam futbol w każdą dziedzinę życia, niech wciska się też do głowy przez uszy. A może o to chodzi w futbolu totalnym? A może o to chodzi w nazwie „Z nogą w głowie”?

Najkrótszy mecz Bundesligi

6

Przez test „Guardiana” głośno było o futbolowym hipsterstwie. Dziś byłem – przypadkiem – idealnym przykładem. Gdy ja śledzę Bundesligę, niedzielni kibice patrzą na Premier League czy gdzie tam akurat hity grają. Gdy niedzielni kibice w 207 krajach świata patrzą na Borussię z Bayernem, ja akurat meczu nie oglądam.

 Przypadkiem. Naprawdę chciałem i zaległości nadrobię. Ale miałem ważniejsze sprawy do roboty – musiałem wracać z Frankfurtu. Jakoś się szczęśliwie złożyło, że chyba trafiłem na najlepszy mecz, jaki dziś w Niemczech rozgrywano.

 Frankfurt, finansowa stolica Europy. Czasu miałem akurat na tyle, żeby strzelić fotę Mekki wszystkich studiujących europeistykę – Europejskiego Banku Centralnego – przejść się z głową w chmurach i stwierdzić, że to Nowy Jork Europy. Albo City Niemiec.

1

Każdy budynek wygląda na postawiony w ostatnich 20 latach, najstarszy to chyba powstał krótko po zjednoczeniu Niemiec, ale nie tym XIX-wiecznym. Tak, Frankfurt jest ultranowoczesny, a tego nie lubimy. Gdy przechadzałem się po centrum, stwierdziłem, że grzechem by było, gdyby stadion nazywał się inaczej niż Commerzbank Arena. W mieście, gdzie jest tyle banków, po prostu musi tak być.

 Tyle, że gdy przechadzałem się już pod stadionem, stwierdziłem, że grzechem jest, iż stadion już nie nazywa się Waldstadionem. O, tak. Widziałem już wielkie areny zakryte blokami (Camp Nou), ale lasem to jeszcze nigdy. Przeszedłem już przez bramki, kontrole itd., a dalej nie widziałem stadionu. To najbardziej leśny stadion z możliwych. Nam jednak już do końca – naszego lub jego – będzie się kojarzył z wodą. Doceniałem powagę chwili, gdy wstępowałem na stadion, na którym nasi piłkarze przegrywali najważniejszy mecz w historii polskiej piłki.

8

 Teraz nagły przeskok akcji notki do Augsburga. Jechałem kiedyś po meczu tramwajem i spotkałem Polaków, którzy tam pracują i wyrwali się na Bundesligę. „To są frajerzy! Niby frekwencję mają dobrą, ale dopingu żadnego, tylko klaszczą i coś krzykną. Frajerzy jesteście, słyszycie?!”. Tak, Polak może odnieść na wielu niemieckich stadionach podobne wrażenie. Niby pełno, niby jakiś doping, a jakoś atmosfery nie ma. Ale Frankfurt to inna bajka.

 Ci kibice byli jacyś nienormalni. Nie wiem, nie widziałem z bliska ich twarzy, ale gdy słuchałem tego, co krzyczeli, wyobrażałem sobie naprawdę fanatyczne, groźne twarze. O, mniej więcej takie.

Takiego kopa jak na stadionie we Frankfurcie nie przeżyłem nigdzie w Niemczech. Zauważyłem w rozmowach ze znajomymi w Polsce coś takiego: „Oglądam Bundesligę, ale takie mniejsze kluby jak Eintracht czy Koeln mnie nudzą”. Błąd. Może Eintracht aktualnie nie jest wielką drużyną, ale wielkim klubem na pewno jest. Nogi się uginają.

 Stadion po wielu przebudowach przypomina bardzo – od wewnątrz, bo z zewnątrz jest dużo brzydszy – nasz Narodowy w Warszawie. Zasuwany dach, telebimy pośrodku w cztery strony świata, podobny układ architektoniczny. Wyglądał znajomo. Catering też trzeba przyznać godny. Łączy w sobie pieczenie z Bayernu i parówki z Augsburga, ale daje wybór, więc pieczeń pierwszeństwa wędruje do Eintrachtu (sorry, Bayern).

9

 Ale mecz, mecz! Szkoda, że był taki krótki. To był najkrótszy mecz w Niemczech na jakim byłem, a może i w ogóle najkrótszy. Ledwo przyjechałem, a już musiałem wracać.

 Przez pierwsze 13 minut myślałem, że to niemożliwe, żeby Eintracht był tak nisko w tabeli. Zjawiskowa drużyna, która przycisnęła Schalke do ściany jak trzecioklasista pierwszoklasiste.

 W 14. minucie Schalke zagrało nie fair, bo olało leżącego na ziemi kolegę z drużyny. Kontynuowało akcję i strzeliło gola. Dokładniej: pięknego samobója od poprzeczki załadował Flum. Ale się to potoczyło – ci atakowali i ci strzelili, tylko nie tam gdzie trzeba.

 W 18. minucie Schalke prowadziło 2-0, po rzucie wolnym. Nie mam pojęcia jak się to stało, że drużyna, która nic nie prezentowała, strzeliła dwa gole na wyjeździe.

 W 45. minucie miałem już niemal gotowy tekst o tym, że Schalke powoli wraca na właściwe tory i po nieudanym początku sezonu włącza się do walki o Ligę Mistrzów. Możecie to krytykować, ale po co? Tak musimy robić – pisać w trakcie meczu.

 W 56. minucie ten sam Flum, tą samą głową, na tę samą bramkę, ale innemu bramkarzowi i było 1-2. Zrehabilitował się jak trzeba. Na stadionie zrobił się taki kocioł, że na miejscu Schalke sam bym sobie dla świętego spokoju strzelił.

 W 61. minucie Joselu cudownie na 2-2. Czwarty gol głową w tym meczu. Eintracht, który nie umiał odrabiać strat, odrobił w pięć minut. Gdyby nie to, jak potoczyła się pierwsza połowa, byłbym pewien, że pójdzie za ciosem.

 W 66. minucie poszedł za ciosem. Sposób, w jaki Joselu przełożył sobie piłkę z prawej na lewą nogę to majstersztyk.

 W 75. minucie miałem już gotowy tekst o tym, że Eintracht wreszcie wygrał u siebie, a Schalke brakuje regularności potrzebnej do walki o najwyższe cele.

 W 86. minucie Hoewedes w zamieszaniu podbramkowym strzelił jedynego brzydkiego gola w tym meczu. 3-3. Cholera, by go wzięła. Ale nic, niech stracę, w 90. minucie miałem gotowy tekst o tym, że Schalke brakuje regularności potrzebnej do walki o najwyższe cele, ale Eintracht wciąż nie wygrywa u siebie.

 Odetchnąłem, gdy sędzia gwizdnął. Bundesliga to nie jest łatwa liga dla dziennikarza, ale dla kibica jest cudowna.

 I jeszcze scenka na koniec, z niemieckich kolei państwowych. Tłum jak cholera. Pociąg stoi i stoi. Przez megafon zapowiedź opóźnienia pięciominutowego. Potem dziesięcio. Potem zapowiedź odjazdu, ale nie poparta czynami. Czekamy pół godziny, zawieramy znajomości w tym krępująco bliskim kontakcie, tak, też byłem na meczu, ale Joselu przywalił, nie? Pociąg w końcu rusza, ktoś krzyczy: „Applaus fuer DB (Deutsche Bahn)” i robi się tumult jak po niedoszłym czwartym golu dla Eintrachtu. Tak, kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że nie będę psioczył na PKP. Nigdy.