Nieciecza. Stare grzechy, a nie powiew świeżości

20170322_140330

Moje początki z Niecieczą nie były łatwe. Ledwo zacząłem się tym klubem zajmować, podczas pierwszej służbowej wizyty, zaliczyłem czołowy wypadek samochodowy z jednym z miejscowych. Do dziś nie przepadam za tamtą trasą, do dziś rejestracje „KTA” omijam łukiem. Ale mimo nieprzyjemnych doświadczeń, do Niecieczy stopniowo się przekonywałem. Imponowało mi, jakie boiska i obiekty treningowe udało się tam zbudować. Z podziwem przyglądałem się pracy analityka Kamila Potrykusa, o którym słyszałem wcześniej, ale którego poznałem dopiero tam. Drony to jedno, uszyte na miarę programy komputerowe to drugie, tablety dla zawodników to trzecie. Najważniejsza w tym wszystkim była dbałość o każdy szczegół. By nic nie umknęło. By ciężko pracować. Że trener Czesław Michniewicz tak pracuje, wiedziałem już z Bielska. Ale w Podbeskidziu było wiele niesprzyjających okoliczności do budowy poważnego klubu – wtrącający się we wszystko prezydent, specyficzny prezes, absolutny brak infrastruktury. Nieciecza to co innego. Można było wierzyć, że to miejsce, w którym da się zbudować coś trwałego.

Michniewicz stworzył potwora

Polska narzekała na to, w jakim stylu Bruk-Bet gromadził punkty, ja patrzyłem z podziwem. Jesienią Michniewicz stworzył potwora. By strzelić Niecieczy gola, musiało się pomylić trzech zawodników z rzędu. Jeśli myliło się dwóch, trzeci zawsze go asekurował. Ten klub był dla mnie najlepszym dowodem, że w futbolu organizacją i dbałością o szczegóły da się zrobić bardzo dużo. I że naprawdę lepsza armia baranów dowodzona przez lwa niż odwrotnie. Krzysztof Pilarz przed przyjściem do Niecieczy był rezerwowym Cracovii. Patryka Fryca nie chciano w Wiśle, Kornela Osyry w Piaście, Mateusza Kupczaka w Podbeskidziu. Roman Gergel i Samuel Štefanik chwilę wcześniej zaliczyli spadki z ligi. Podobnie jak Sebastian Ziajka. Vladislavsa Gutkovskisa po pierwszym półroczu w Polsce można było uznawać za ligowy szrot, a nie za „białego Lukaku”. Patrik Mišak był słowackim Michałem Janotą – wszyscy mówili o jego potencjale, ale pokazywał go dwa razy na rundę. I tak częściej niż Bartłomiej Smuczyński. Dalibor Pleva, czyli rzeźnik, o którym się nie mówi, był dla mnie symbolem i twarzą tej zbieraniny. Dawid Nowak przez dwa lata nie grał w piłkę (jego pojawienie się w klubie to akurat wina Michniewicza), a Wojciech Kędziora miał na karku 36 lat. Z tej drużyny chyba tylko Artem Putiwcew, Guilherme, Vlastimir Jovanović, Bartłomiej Babiarz i może David Guba załapaliby się do podstawowych składów innych ekstraklasowych klubów. Tym składem dało się jednak zdobyć na czołowej czwórce ligi dziesięć punktów. Nawet polubiłem te wyjazdy do Niecieczy.

Rabacja na twarzach

 Pojawiały się jednak z czasem rysy na idyllicznym obrazie. Miejscowe trybuny były wiecznie niezadowolone. O tym, że na miejscu nie było presji, może mówić tylko ten, kto uważa, że presję są w stanie wytwarzać tylko karki krzyczące „jak spadniemy, zajeb…my”. Wściekli dziadkowie, narzekający po każdym zagraniu, wrzeszczący na Michniewicza, gdy tylko nie było 2:0 po dwudziestu minutach, sprawiali przykre wrażenie. Widząc ich wściekłe grymasy, rozumiałem, czym była rabacja galicyjska. Patrząc na te okoliczne pola, na których nic nie ma, na tereny, na które nikt by nigdy nie zaglądał, gdyby nie było w pobliżu ekstraklasowego klubu, wyobrażałem sobie, że ludzie będą wdzięczni, choćby ich drużyna przegrała trzydzieści meczów. Wdzięczności nie było. Widziałem głównie skrzywione twarze, narzekające na fatalny styl. Jakby to miejsce w czołówce szokowało tylko przyjezdnych, a przez miejscowych było traktowane jako oczywistość. Czy właściciele będą to w stanie wytrzymać? Czy żyjąc w tej społeczności, siedząc wśród tych ludzi, słuchając ich codziennie, będą w stanie wznieść się ponad wszystko i oceniać racjonalnie? Czy wytrzymają ciśnienie i gdy przyjdzie potrzeba, pójdą pod prąd? Czy przy ewentualnym konflikcie trenera z zawodnikami, będą na tyle twardzi, by wyrzucić zawodników?

Prawdziwie rodzinny klub

 Druga rysa pokazała się w grudniu. Razem z fotografem, byliśmy w Niecieczy z wizytą. Trener Michniewicz zgodził się pokazać nam różne klubowe zakamarki, zabrał nas na odprawę, wpuścił z aparatem do szatni (zawodnicy wyglądali na niezadowolonych). W pewnym momencie treningu ktoś z miejscowych zaczął atakować fotografa za to, że nie robi zdjęć rozgrzewających się zawodników. Byłem w szoku, nie wiedziałem, o co człowiekowi chodzi. Okazało się, że zawodnicy rozciągali się na tle loga firmy Bruk-Bet. O odpowiednie lokowanie produktu chciał zadbać Jan Pochroń, drugi trener, prywatnie brat pani prezes. W sztabie szkoleniowym odpowiadał za rozkładanie grzybków i znaczników. Podczas treningu stał na trybunie i patrzył na wszystko z góry, okiem gospodarza. W innych klubach prezesi starają się czasem mieć kogoś, kto szepnie im, czym żyje szatnia i co myśli o trenerze. W Niecieczy nie trzeba szeptać ani uprawiać fikcji. Wiedziałem, że to nie może się na dłuższą metę skończyć dobrze. Każda rozmowa, każdy grymas niezadowolenia zawodnika z trenera, na pewno były pilnie rejestrowane przez ucho pani prezes. W kluczowym momencie to się musiało zemścić. Pochroń pracował już u poprzednich trenerów. Pewnie będzie pracował też u następnych. Gabriel Starzec, wiceprezes, jest szwagrem pani prezes. To naprawdę rodzinny klub. Domyślam się, że przyjezdnym nie jest łatwo tam pracować i mieć inne zdanie niż miejscowi.

Transfer za plecami

 Trzecia rysa była już całkiem wyraźnym sygnałem, że jest źle. Gdy na początku marca zadzwoniłem do trenera Michniewicza, z pytaniem o nowo pozyskanego Słowaka Martina Mikovicia, usłyszałem, że szkoleniowiec dowiedział się o jego kupnie z 90minut.pl. Myślałem, że to sprawka dyrektora sportowego Marcina Baszczyńskiego i dowód na to, że między nim a Michniewiczem nie jest dobrze (z Mandryszem Baszczyński był skonfliktowany). Ale Baszczyński też o niczym nie wiedział. Decyzja o wydaniu blisko 200 tysięcy złotych zapadła gdzieś w klubowych gabinetach, gdzie uznano, że trener nie musi o niczym wiedzieć. A gdy nie znający się na piłce prezesi, kupują zawodników, to zwykle kończy się źle.

Nieciecza jak Sanford

 W filmie „Hot fuzz. Ostre psy”, nadgorliwy policjant zostaje oddelegowany z Londynu do spokojnego miasteczka Sanford. Na pierwszy rzut oka, w mieście panuje sielanka i nie dzieje się nic złego. Nadgorliwość policjanta pozwala jednak odkrywać całkiem poważne przestępstwa, tuszowane przez miejscowych, bo zagrażają wizerunkowi miasta, rok w rok wygrywającego plebiscyty na najspokojniejsze, najczystsze i najlepsze do życia miasto w Anglii. Z perspektywy kilku miesięcy, trochę przypomina mi to Niecieczę, która na pierwszy rzut oka wygląda na najzdrowsze miejsce polskiego futbolu, ale gdy się jej bliżej przyjrzeć, popełnia wiele grzechów niepozwalających ekstraklasie od lat pójść do przodu. Dzisiejsza decyzja o zwolnieniu Michniewicza jest tego dowodem. Ten trener gdzie indziej sobie poradzi. Zwykle radzi sobie lepiej niż kluby, które go zwalniają. Potrykus, którego w zimie zaprosił do siebie trener Middlesbrough też. A Nieciecza? Dziś już nie dałbym za nią złamanego grosza. Może tzw. efekt nowej miotły da nawet awans do grupy mistrzowskiej, ale na dłuższą metę to niczego nie zmieni. Ręczne sterowanie klubem przez działaczy nigdzie nie skończyło się dobrze, nawet jeśli przynosiło doraźne efekty.

Ciągła wymiana elit. Kariera trenerska krótsza niż piłkarska

elity

Jacques Bertaux – Prise du palais des Tuileries – Wikimedia Commons

Regularnie, przy kolejnych zmianach trenerskich, gdy w mediach pojawiają się nazwiska kandydatów przymierzanych do danego klubu, słychać wszechobecne stękania: „znów ci sami”, „cały czas te same nazwiska”, „dlaczego nikt nie daje szansy młodym/nowym/świeżym/nieuwikłanym w układy?”. W tym tonie często wypowiadają się też prezesi, którzy, zatrudniając kogoś nieznanego, tłumaczą, że chcieli wyjść poza „zamknięty krąg” czy sięgnąć po kogoś „spoza karuzeli”. Przekonanie o istnieniu tej właśnie karuzeli, z której, gdy się już na nią wsiądzie, ciężko wypaść, bo ona cały czas się kręci i wyrzuca następnych trenerów w kolejnych klubach, jest bardzo silnie zakorzenione w umyśle polskiego kibica.

Dekada – inna epoka

Ale to mit. Nie ma czegoś takiego jak karuzela trenerska, a przynajmniej nie na tak długą metę, jak niektórzy chcieliby to widzieć. I wypaść z niej niezwykle łatwo. By to udowodnić, sięgnąłem do ligi sprzed dziesięciu lat. Uznałem, że to dobry okres, by zauważyć odpowiednie tendencje. Jeśli ktoś utrzymuje się w lidze przez dziesięć lat, to znaczy, że wyrobił sobie renomę niezależną od pojedynczych niepowodzeń czy zmian trendów. Samemu trudno było mi uwierzyć, że zaledwie przed dziesięcioma laty pracowali w polskiej lidze Bogusław Baniak, Czesław Jakołcewicz, Przemysław Cecherz, Marek Piotrowicz czy Zdzisław Podedworny. Wymienianie tych nazwisk brzmi, jak podawanie składu z meczu Polska – Brazylia na mundialu w 1938 roku. Prehistoria.

Pięć lat – inna epoka

Spośród trzydziestu trzech trenerów (!), którzy w sezonie 2006/2007 pracowali w ekstraklasie, tylko pięciu prowadzi kluby z naszej najwyższej ligi także obecnie. To Czesław Michniewicz, Waldemar Fornalik, Jacek Zieliński, Michał Probierz i Kazimierz Moskal. Na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dziesięć lat to jednak zbyt długi okres i w ciągu pięciu lat to już na pewno niewiele się zmieniło – też będzie w błędzie. Z ekstraklasy sprzed Euro 2012 (przecież to było wczoraj!) wytrwało do dziś tylko sześciu szkoleniowców – oprócz pięciu wymienionych wcześniej także Mariusz Rumak. W ciągu pięciu lat, tylko 22% trenerów pracuje w elicie dalej. Blisko 80% z niej wypada. To było ledwie pięć lat temu, a w lidze pracowały tak dziś oddalone od niej nazwiska jak Andrzej Pyrdoł, Robert Kasperczyk, Tomasz Wieszczycki czy Rafał Ulatowski. Nie wspominając, o Tomaszu Hajcie. W porównaniu do najlepszych lig europejskich, Polska zalicza się do tych krajów, w których zmian następuje najwięcej. Przegrywa pod tym względem tylko z Bundesligą, która jest absolutnym ewenementem. W lidze niemieckiej nie pracuje obecnie żaden trener, który byłby w niej przed dziesięcioma laty – najwięcej meczów ma na koncie 43-letni Thomas Tuchel. W pozostałych przypadkach różnice są kosmetyczne. Zwraca uwagę ogólna tendencja: na najstabilniejszym rynku francuskim i tak 80% trenerów sprzed dziesięciu lat zniknęło z ligi.

 

Pozycja

Liga Odsetek trenerów sprzed dziesięciu lat, którzy aktualnie pracują w lidze
1 Ligue 1 21,00%
2 Premier League 20,00%
3 La Liga 16,00%
4 Ekstraklasa 15,00%
Serie A 15%
6 Bundesliga 0,00%

Polski przypadek pokazuje, że ekstraklasowych trenerów możemy podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią szkoleniowcy nietykalni. Mogą być zwalniani, mogą podpadać prezesom, ale na rynku bronią się od dekady. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jest ich tylko czterech. To Probierz, Michniewicz, Zieliński i Fornalik. Probierz i Zieliński pracowali w lidze w każdym z ostatnich dziesięciu sezonów, Michniewicz w dziewięciu, Fornalik w siedmiu, ale gdyby nie był przez dwa lata selekcjonerem, wynik byłby podobny. Od dziesięciu lat, najdłuższy okres bezrobocia Probierza wynosił pół roku. Cokolwiek się o nim myśli, to imponujący, zasługujący na szacunek, wynik.

Pracują na renomę

Druga grupa to trenerzy o uznanej pozycji na polskim rynku, ale jeszcze za wcześnie, by z całkowitą pewnością stwierdzić, że żaden wiatr ich nie ruszy. Takich szkoleniowców też jest tylko czterech. To Mariusz Rumak, Piotr Stokowiec, Kazimierz Moskal i Radoslav Latal. Wszyscy pracują trzeci sezon lub dłużej. Mylący może być jedynie przypadek Moskala, który teoretycznie pracuje w lidze już w piątych rozgrywkach, ale w praktyce poprowadził jedynie 59 meczów (o jeden więcej od Latala). Wynika to z faktu, że przez lata bywał w Wiśle Kraków trenerem tymczasowym, co sprawiło, że liczba sezonów, w których pracował, wygląda imponująco, ale długo nie przekładało się to na prawdziwą szansę. Zwraca uwagę, że spośród aktualnie pracujących trenerów, tylko sześciu ma na koncie ponad sto meczów w ekstraklasie.

Połowa ligi nowa

Trzecią grupę tworzą absolutni nowicjusze, nie mający na koncie jeszcze ani jednego przepracowanego sezonu. Co pewnie dla wielu zaskakujące, to połowa ligi! Aż ośmiu obecnych trenerów, pojawiło się w ekstraklasie ledwie w zeszłym sezonie. Rok temu o tej porze nie było w ekstraklasie: Jacka Magiery, Piotra Nowaka, Macieja Bartoszka, Andrzeja Rybarskiego, Nenada Bjelicy, Grzegorza Nicińskiego, Radosława Sobolewskiego i Marcina Kaczmarka. Jak się okazuje, to także tendencja ogólnoeuropejska. Ligę angielską kojarzymy zwykle z długodystansowcami jak Arsene Wenger czy kiedyś Alex Ferguson, ale w rzeczywistości rotacja na ławkach jest tam najwyższa (nie mylić z częstymi zmianami trenerów w konkretnych klubach; chodzi raczej o zatrudnianie ludzi spoza danej ligi).

 

Pozycja

Liga Odsetek aktualnych trenerów, którzy w ostatnich dziesięciu latach pracowali w danej lidze tylko w jednym sezonie lub krócej
1 Premier League 60,00%
2 Bundesliga 56,00%
3 Ekstraklasa 50,00%
4 La Liga 45,00%
5 Ligue 1 40,00%
6 Serie A 35,00%

Sporą płynność wśród ekstraklasowych trenerów na tle lig europejskich widać także w statystyce średnio przepracowanych sezonów. Polski szkoleniowiec pracuje w naszej lidze przeciętnie ledwie przez 2,5 sezonu. We Francji jest to trochę ponad cztery lata. To nadal bardzo mało. Tyle zwykle trwa pobyt trenera na topie i to w najbardziej optymistycznym wariancie. Nielicznym udaje się wytrwać na szczycie dłużej. W pięciu najlepszych ligach europejskich jest tylko dwóch trenerów, którzy pracowali w ostatnich dziesięciu latach w każdym sezonie: Arsene Wenger i Mark Hughes (Stoke City). Pozostali wiedzą, co to długie oczekiwanie na pracę zgodną z oczekiwaniami. Polskie przypadki Probierza i Zielińskiego są na tle europejskim wielką rzadkością.

Pozycja Liga Liczba sezonów przepracowanych średnio przez trenera w danej lidze
1 Ligue 1 4,13
2 Premier League 4,07
3 Serie A 4
4 La Liga 3,4
5 Ekstraklasa 2,6
6 Bundesliga 1,7

Przyznając sześć punktów za dorobek świadczący o największej wymianie na ławkach i jeden za najmniejszą rotację, w każdej z tych trzech kategorii, można uzyskać zbiorczy obraz tego, w której lidze najszybciej następuje wymiana trenerskich elit. W tym umownym zestawieniu, ekstraklasa jest druga, jedynie za Bundesligą. Co jednak chyba najbardziej zadziwia – nawet w przypadku Francji nie można powiedzieć o istnieniu jakiejś trenerskiej elity, która tylko wymienia się stołkami. Nawet tam, cykl pracy topowego trenera jest stosunkowo krótki. Mówi się, że kariera trenera jest długa. Zwykle w ligach pracują szkoleniowcy w wieku pomiędzy 40 a 70 lat. Błędne byłoby jednak stwierdzenie, że kariera trenera trwa około trzydziestu lat. To dotyczy nielicznych, wybitnych jednostek, utrzymujących się w każdej lidze na powierzchni przez różne epoki. W zdecydowanej większości, trenerzy kształcą się, zbierają doświadczenia, wydają pieniądze, nie śpią po nocach po to, by przez maksymalnie cztery lata zbierać tego owoce, a przez pozostałe 26 tułać się po niższych ligach, chwytać posad asystentów, dyrektorów sportowych, komentatorów telewizyjnych albo w ogóle pracować poza piłką (vide Bartoszek zarządzający niegdyś wysypiskiem śmieci). Nie ma karuzeli trenerskiej, ani w Polsce, ani za granicą. Dla większości jest tylko pięć minut chwały. Ekstraklasowa kariera szkoleniowa jest krótsza niż piłkarska. Kolejny dowód na to, że zawód trenera piłkarskiego jest jednym z najtrudniejszych na świecie.

Pozycja Liga Liczba punktów (im wyższa, tym bardziej „przewiewny” światek trenerski)
1 Bundesliga 17
2 Ekstraklasa 13
3 Premier League i La Liga po 10
5 Serie A 8
6 Ligue 1 4

Obliczenia własne. Dane ze stron 90minut.pl, transfermarkt.de, sklady.hostmix.pl

Trenerska rewolucja wybuchnie na prowincji

Przynajmniej od czasów pierwszych niepowodzeń Leo Beenhakkera z reprezentacją Polski, ale prawdopodobnie od jeszcze bardziej zamierzchłej przeszłości, polscy trenerzy ligowi zaczęli podnosić głowy. Przestali się pokornie godzić z tym, że są słabsi od szkoleniowców zagranicznych. Nieformalnym liderem tej odsieczy został Michał Probierz – który kiedyś na Twitterze raczył stwierdzić, że Pep Guardiola nie jest od niego lepszym trenerem, tylko ma lepszych piłkarzy – ale bardzo chętnie podążyli jego śladami inni. Gdy Borussia Dortmund boleśnie uświadamiała mistrzowi Polski, jak wiele dzieli go od solidnego futbolu, Maciej Bartoszek z I-ligowej Chojniczanki wyciągał triumfalny wniosek, że gdyby polski trener przegrał chociaż 0:3, to już byłby zwolniony – czemu kłam zadały ochy i achy po porażce (polskiego trenera) 1:5 w Madrycie. To nie były jedyne nazwiska. Znakomita większość polskich trenerów ligowych powiedziała kiedyś coś, co miało wskazywać, że trenerzy ze światowego topu różnią się od nich tylko umiejętnościami trenowanych piłkarzy.

Gdybym miał na transfery tyle co Mourinho…”

 Trzeba oddzielić dwie sprawy. Pierwszą jest ślepe przyjmowanie wszystkiego, co zagraniczne, jako lepszego. Nie, nie wszystko, co zagraniczne, jest lepsze od polskiego, nawet nie każdy zagraniczny trener jest lepszy od polskiego, co pokazało wiele przypadków w polskiej lidze – Pacheta nie był lepszy od Ojrzyńskiego, Perez Garcia od Brosza, Hasi od Urbana etc. W tej krucjacie jestem w stanie polskim trenerom przyznać rację. Zatrudniając trenerów, trzeba umieć identyfikować hochsztaplerów, bo czasem może się okazać, że lepiej zatrudnić Jacka Magierę niż Besnika Hasiego. Drugą sprawą, jest powszechne zakładanie, że trenerzy z najlepszych lig europejskich, mają lepsze wyniki, bo pracują z lepszymi piłkarzami. Szyderczo zwracają często trenerzy uwagę, że wydając po 200 milionów na transfery jak Jose Mourinho czy Louis Van Gaal, też by mogli być rozliczani za wyniki.

Osiągnąć wynik ponad stan

 Żeby mieć do wydania 200 milionów na transfery, trzeba na to zasłużyć. Rozmawiając z wieloma trenerami, przez kilka lat, o ten brak autorefleksji mam do polskich trenerów – uogólniając, bo są oczywiście wyjątki – największy żal. Mało kogo stać na refleksję, że Van Gaal zaczął chodzić po największych klubach, bo kiedyś, dwadzieścia lat temu, potrafił z Ajaksem Amsterdam zdobyć Ligę Mistrzów, mając nieporównywalnie mniejsze możliwości finansowe niż rywale, których pokonywał. Że Mourinho, zanim zaczął być zapraszany na wielkie przyjęcia, sam się na nie, nieproszony, wdarł, prowadząc FC Porto. Że Pep Guardiola nie dostał Barcelony, jak się powszechnie uważa, dlatego, że był dobrym piłkarzem – tak, jakby Barcelona nie miała pod ręką setek dobrych, byłych piłkarzy – ale dlatego, że był wybitnym kandydatem na trenera. Rynek trenerski, także na szczycie, jest wbrew pozorom bardzo sprawiedliwy. Czasem ktoś przypadkowy, jak Avram Grant czy Roberto Di Matteo, chwilowo wskoczy na szczyt, ale bardzo szybko jest weryfikowany. Ci, którzy się utrzymują, nigdy nie są tam przypadkiem. Czy którykolwiek polski trener spróbował wskoczyć do tego wyższego kręgu? Nie do Manchesteru United, nawet nie do Stoke, ale choćby do Karpat Lwów? Czy, skoro polscy trenerzy są tak dobrzy, jak ci z samego szczytu, ktoś zdołał wycisnąć z drużyny tyle, by pobić choć trochę bogatszych? Nie mówię o biciu od razu Realu Madryt, to inna galaktyka. Ale czy polscy trenerzy, skoro są tacy dobrzy, zdołali z Jagiellonią Białystok, Cracovią, Śląskiem Wrocław czy Zawiszą Bydgoszcz osiągnąć w Europie jakiekolwiek wyniki ponad stan? Zrobili cokolwiek, by ktokolwiek ich zauważył? W ostatnich latach pamiętam tylko jeden przypadek, w którym polska drużyna w europejskich pucharach zagrała wyraźnie powyżej oczekiwań – Ruch Chorzów. Prowadzony przez Słowaka. W pozostałych przypadkach trenerzy skupiają się raczej na pokazywaniu, że rywal miał wyższy budżet.

Zmiana pokolenia nie wystarczy

 Gdy wchodziłem w świat piłki, myślałem, że to kwestia zmiany pokoleniowej. To były czasy, w których jeszcze pracowali w polskim futbolu trenerzy pokroju Janusza Wójcika, Mieczysława Broniszewskiego czy Mariusza Kurasa. Po kilkunastu latach okazuje się, że to myślenie jest zakorzenione dużo głębiej. Że wchodzące pokolenie młodych Probierzy, Ojrzyńskich czy Urbanów, nie sprawiło, że polska liga zaczęła gonić świat. Polski trener nadal najczęściej jest tym pokrzywdzonym, który urodził się w złym miejscu. Bo gdyby był tym, kim jest i urodził się w Katalonii, wołaliby na niego „Pep”. A takie myślenie jest wyjątkowo demobilizujące. Bo jeśli jest się tak dobrym, jak najlepsi na świecie, a trenuje się Grzelczaka zamiast Aguera, nie pozostaje nic innego jak załamać ręce i złorzeczyć wokoło.

Sygnały zmiany?

 Dlatego bardzo doceniam choćby ślady pojawiających się u polskich trenerów myśli, że to jednak nie przypadek, że nasz futbol ligowy od lat tkwi, tu, gdzie tkwi. Że to jednak nie jest przypadek, że absolutnie nikt z zagranicy nie chce zatrudniać polskich trenerów. Takie myśli prowadzą do wniosku, że trzeba nadganiać świat. Że jeśli mamy się zacząć zbliżać choćby do europejskich średniaków, musimy biec szybciej od nich. A mam wrażenie, że w ostatnim czasie takich trenerów zaczęło się pojawiać jakby więcej.

System ważniejszy niż Zlatan

 Wprawdzie środowisko dalej nie do końca jest gotowe, wprawdzie gdy Marcin Brosz zaprasza do sztabu Górnika Zabrze człowieka, który w Borussii Dortmund pracował nad poprawą działania mózgu piłkarzy, słyszy krytykę, że „każe piłkarzom bawić się jakimiś piłkami tenisowymi”, ale zaczynają się pojawiać ślady normalności. Ruszyło mnie niedawne zdziwienie światowych dziennikarzy, gdy Roberto Martinez, selekcjoner reprezentacji Belgii, zaczął nagrywać dronem treningi swojej drużyny. Ruszyło mnie, bo u nas to już oklepany temat – trener Czesław Michniewicz robił to już w Pogoni Szczecin i robi dalej w Bruk-Becie Termalice Nieciecza. Ruszyła mnie niedawna rozmowa z Andrzejem Rybarskim, trenerem Górnika Łęczna, który absolutnie wszystkie aspekty pracy jego drużyny, stara się przeliczyć na mierzalne elementy, fascynuje go koncepcja „Moneyball” w piłce nożnej i interesuje model Midtjylland. Ruszyło mnie nie dlatego, że myślę, że „Moneyball” da się przenieść z baseballa do piłki nożnej, bo tego jeszcze nie wiemy, ale dlatego, że w zapyziałym Górniku Łęczna pracuje człowiek, który się w ogóle nad tym zastanawia, zamiast patrzeć, jak jego piłkarze wchodzą po schodach. Właśnie w takich Górnikach Łęczna, Bruk-Betach, I-ligowcach potrzeba nam trenerów myślących w ten sposób. „W ten sposób” nie oznacza, że Rybarski, Brosz czy Michniewicz myślą tak samo. Myślą o futbolu zupełnie różnie. Ale łączy ich to, że rzeczywiście chwytają się wszelkich sposobów, by swoich piłkarzy popchnąć na wyższy poziom. Przez lata słyszałem od polskich trenerów „dajcie mi 200 milionów, a będę grał jak Barcelona”. Nie dziwcie mi się, że zdębiałem, gdy usłyszałem: „na warunki Górnika Łęczna, gdybym miał do wyboru Zlatana Ibrahimovicia albo nowoczesny system analityczny, raczej wybrałbym system analityczny”.

Pionierom sterczą strzały z pleców

 Wierzę, że takich trenerów będzie coraz więcej. I właśnie w takich, trochę prowincjonalnych klubach. Myślę, że w dużej mierze w tym tkwi współczesny fenomen niemieckiego futbolu, że Juergen Klopp, Thomas Tuchel objawiali się w FSV Mainz, a nie w Bayernie, Jezus w Betlejem, a nie w Jerozolimie, że Ralf Rangnick przez większość swojego życia nauczał futbolu w Ulm, Hoffenheim czy w Lipsku, a nie w Borussii Dortmund, że Volker Finke wprowadzał ustawienie bez libero we Freiburgu, a nie w Hamburgu. Rewolucja wybucha na prowincji, dopiero potem maszeruje na stolice. I chociaż nie będzie im łatwo, cieszę się, że ślady takiego myślenia zaczynają się w Polsce pojawiać. Nawet jeśli oni sami nie dadzą rady (Brosz czy Michniewicz pracują w zawodowej piłce od ponad 10 lat i nigdy nie dostali do prowadzenia klubów nawet z polskiego topu), nawet jeśli pionierom sterczą strzały z pleców, pojawia się nadzieja, że za nimi pójdą kolejni, którym już się uda. To kwestia nie jednego, a pewnie paru pokoleń, ale może programowe myślenie polskiego futbolu, że „się nie da”, kiedyś jednak zniknie. To więcej niż pewne, że w „magiczny sposób” pójdzie za tym i poprawa wyników i poprawa opinii o polskich trenerach za granicą.

Oto, jak wygląda sytuacja z trenerem Podbeskidzia

W ostatnich dniach pojawiało się sporo newsów pt: „X blisko Podbeskidzia”, „Y już dogadany z bielszczanami”. Na razie nikt nie jest do końca blisko ani nikt nie jest do końca dogadany.

Stworzyła się tego lata na polskim rynku dziwna sytuacja, w której niemal w połowie klubów nie było wiadomo, kto będzie trenerem. Pogoń nie przedłużyła kontraktu z Czesławem Michniewiczem, Korona z Marcinem Broszem, Piotr Mandrysz niby powiedział zawodnikom Termaliki, że zostaje i wyjechał na urlop, ale coś podejrzanie długo klub nie ogłasza tego jego pozostania, z Legii mógł (może?) odejść Czerczesow, niektórzy spekulowali czy Łęczna pozostawi na stanowisku Rybarskiego, niepewna była przyszłość Latala w Piaście, a do tego doszli spadkowicze, czyli Podbeskidzie i Górnik. Pomieszanie z poplątaniem.

 

Wszystkie te drużyny zaczęły się odzywać do mniej więcej tych samych trenerów, a wszyscy trenerzy zaczęli dostawać propozycje z mniej więcej tych samych klubów. Byli jak panny na wydaniu, rozmawiali z jednymi, ale drugim uchem wysłuchiwali propozycji drugich. Dopóki jeden klub nie podejmie konkretnej decyzji, pat będzie trwał.

 

Teraz wiadomo już trochę więcej. Pogoń wzięła Moskala, Korona Wilmana, Czerczesow raczej zostanie w Legii, Latal raczej zostanie w Gliwicach, a Mandrysz raczej w Niecieczy. Jak się można domyślić, Podbeskidzie i Górnik są na dole tego łańcucha pokarmowego. Trenerzy przede wszystkim chcą się załapać do ekstraklasy i to do jak najmocniejszych klubów. Jak się nie załapią, to wtedy ewentualnie zajmą się Podbeskidziem i Górnikiem. Na razie rozmawiają, wszystko fajnie, ale liczą, że uda im się popracować wyżej.

 

Dlatego sprawy trwają. Podbeskidzie chciało mieć nowego trenera do końca maja, czyli do dzisiaj, ale to się nie uda. Bo prezes Tomasz Mikołajko chce podjąć decyzję w spokoju. Wbrew pozorom, pośpiechu nie ma. I liga rusza na początku sierpnia, czyli za dwa miesiące. Piłkarze mają urlopy do 20 czerwca, więc parę dni opóźnienia nie sprawi, że klub się zawali.

 

Mikołajko rozmawiał z kilkunastoma trenerami. Byli wśród nich uznani i nieznani, utytułowani i nieutytułowani, polscy i zagraniczni. Do nieutytułowanych i nieznanych w klubie nie mają przekonania, bo to bardzo duże ryzyko. Podbeskidzie musi podjąć dobrą decyzję. Jeśli postawi teraz na dobrego konia, to spadek prawdopodobnie okaże się oczyszczeniem i przykrym doświadczeniem, ale niczym więcej. Ot, klub ma solidne fundamenty, nowy stadion, niezły skład, który nowy trener pewnie  poukłada i szybko uda się wrócić. Tak jak Zagłębie Lubin, które zrobiło puchary w większości zawodnikami, którzy dwa lata wcześniej spadli z ligi. Po prostu postawiło na dobrego trenera, czyli Piotra Stokowca. Ale postawienie na złego trenera w tym momencie może się skończyć jak w GKS-ie Bełchatów. Czy w SC Paderborn. Spadkiem rok po roku. Decyzja jest kluczowa. Dużo ważniejsza od tego czy zostanie Mójta (nie zostanie, na stole jest oferta z Wisły. Konkretna, za gotówkę) albo czy zostanie Zubas (możliwe, bo ma wysoką kwotę odstępnego).

 

Do zagranicznych też w klubie nie mają przekonania, bo I liga jest specyficzna i wcale nie taka łatwa. Wymaga dobrego rozeznania. Jego zwykle zagraniczni trenerzy nie mają. Mogliby się zderzyć ze ścianą. Zorientowanie się w realiach mogłoby zająć zbyt dużo czasu.

 

W Podbeskidziu chcą więc trenera z jakąś renomą. Po rozmowach, grono kandydatów mocno się zawęziło. Rozmawiali z Marcinem Broszem, do którego ani prezesa ani sponsorów nie trzeba przekonywać. Rozmawiali z Czesławem Michniewiczem (wczoraj).  Mówi się, że trenerowi bardzo zależy na pozostaniu Roberta Demjana i że chciałby wsparcia finansowego Murapolu na transfery. Sam trener mówi, że dobrze wspomina Bielsko i wyobraża sobie pracę w I lidze, ale na dłużej, a nie tylko na rok. No, ale obaj to trenerzy renomowani. Czyli chcieliby grać o poważne cele. Do I ligi mogą pójść, ale raczej na kilkuletni kontrakt. No i jeśli nie dostaną czegoś w ekstraklasie. I to nie są desperaci. Ich kariera pokazała, że potrafią czekać i nie biorą pierwszej lepszej oferty. Jeśli ani Podbeskidzie ani nikt inny nie da im tego, czego oczekują, to prawdopodobnie się nie ugną. Do 30 czerwca mają kontrakty w obecnych klubach. Potem pooglądają Euro, zrobią sobie urlop. A w połowie lipca zacznie się ekstraklasa i jeszcze przed końcem wakacji kilka posad się zwolni. To jest zawodowy rynek, zawodowych trenerów i zawodowych klubów. Sentymenty mają tu dość małe znaczenie.

 

Dlatego Podbeskidzie jest skazane na czekanie. Pewnie jeszcze przez kilka dni. Kilka klubów oficjalnie się zadeklaruje, wtedy przyjdą konkrety. Na razie trwają objazdowe negocjacje. Trwa wymiana wizji. Nawet jeśli wydaje ci się, że razem z trenerem się rozumiecie, musisz mieć świadomość, że za kilka godzin ma umówione spotkanie w innym mieście. Czasem łatwiej znaleźć trenera w trakcie sezonu, gdy na decyzję jest kilkanaście godzin, a na rynku dwóch desperatów do wyboru.