Polski futbol obnażony

Janusz Filipiak powiedział, że „wywleka bebechy Cracovii“. Nie chcący obnażył całą ligę.

Gdy wróciłem z meczu Cracovii i napisałem, że jako środowisko nie jesteśmy gotowi na futbol proponowany przez Stawowego, nie mogłem wiedzieć, że w tym samym czasie właściciel „Pasów” udziela absurdalnego wywiadu. Im więcej mówił, tym bardziej ludzik z logo mundialu zakrywał twarz.

Stawowy odpowiedział na terazpasy.pl. Z żalem, ale bez emocji. Z klasą, uszanowaniem swojego pracodawcy, lecz merytorycznie. Słusznie stwierdził, że jego dni w Cracovii dobiegają końca. Nie może być inaczej.

Po raz kolejny dostaliśmy informację, że ci, którzy mają najwięcej narzędzi, by nasz futbol zmieniać, najbardziej go nie rozumieją i topią w nim kolejne miliony, dochodząc na koniec do wniosku, że na tym sporcie zarobić się nie da.

Całemu polskiemu futbolowi brakuje rozwiązania systemowego, tradycji czy dobrych praktyk w działaniach transferowych. Myślisz „Anglia”, widzisz menedżera. Czyli kogoś więcej niż trenera. Szefa całego działu sportowego. Kogoś, kto nie ustawia pachołków na treningu, tylko nadaje wizję na lata, wytycza kierunki. Odpowiada za transfery, wie, co się dzieje w drużynach młodzieżowych, gdzie wymurować płot, by nie zaglądali dziennikarze i na ile centymetrów przycinać trawę. Są oczywiście wyjątki, ale generalnie trener ma w Anglii władzę jak nigdzie indziej.

Niemcy mają wypracowany model zupełnie inny. Tam w każdym klubie, oprócz tego, w którym pracuje Felix Magath, kluczową postacią jest dyrektor sportowy. Trener odpowiada za pierwszą drużynę, a dyrektor sportowy za cały pion sportowy klubu. Także za transfery. To kluczowa postać, prawa ręka trenera, w wielu klubach siedząca na ławce rezerwowych (Sammer, Kreuzer, etc.). Wywiadów pomeczowych udziela trener, bądź dyrektor sportowy. Gdy trener ma problem, idzie do dyrektora sportowego, który jest jego bezpośrednim przełożonym. Dyrektor sportowy wybiera zresztą i zwalnia trenerów. W klubie skonfliktowani mogą być absolutnie wszyscy, mogą się nie odzywać, ale trener i dyrektor sportowy MUSZĄ rozumieć się bez słów. Bez tego klub nie ma prawa funkcjonować. Dobrze pokazuje to przypadek Augsburga. Nie jest tajemnicą, że trener Markus Weinzierl nie dogadywał się dobrze z Juergenem Rollmanem, dyrektorem sportowym Augsburga. Gdy więc drużyna w 2012 roku zanotowała fatalną jesień i zdobyła tylko dziewięć punktów, zwolniono nie trenera, a dyrektora sportowego. Zatrudniony na jego miejsce Stefan Reuter to z Weinzierlem papużki nierozłączki. A Augsburg walczy o Ligę Europy. Powtarzam, ŻADEN niemiecki klub nie ma prawa dobrego funkcjonowania bez znakomitej współpracy trenera z dyrektorem sportowym.

W Polsce nie ma żadnego modelu. Miotamy się od ściany do ściany. We Wrocławiu Stanislav Levy najpierw miał nad sobą dyrektora sportowego, później na krótko dostał pełnię władzy, jak w Anglii, a po następnych kilku tygodniach został zwolniony. W Cracovii Stawowy na dzień dobry dostał władzę transferową, później zatrudniono mu dyrektora sportowego, o którym było wiadomo od dawna, że nie lubi się ze Stawowym, a za chwilę trener zostanie zwolniony. W Wiśle też najpierw byli dyrektorzy sportowi (Grzegorz Mielcarski, Stan Valckx), później decydowali o transferach sami prezesi. W Podbeskidziu dyrektor sportowy z prawdziwego zdarzenia był przez miesiąc (Piotr Sadowski).W Zagłębiu Lubin też miotali się już od modelu z dyrektorem sportowym Pawłem Wojtalą do modelu z dyktatorem sportowym Pavlem Hapalem. I tak dalej w każdym klubie.

Wracając jeszcze na chwilę do Cracovii, dyrektor sportowy ma oczywiście prawo nie lubić Stawowego i ma prawo nie podzielać jego wizji. Nie ma tylko prawa w tak chorym układzie trwać przez rok, bo to działanie na szkodę spółki. Jeśli Stawowy mu się nie podoba, to miał go zwolnić w zeszłe wakacje.

Musimy się zdecydować, w którą stronę chcemy iść. Każdy z modeli ma wady i zalety, ale nie ma nic po środku. Któryś trzeba wybrać. Jeśli nasze kluby mają być budowane z wizją, to ktoś musi tę wizję mieć, dostać czas na wcielenie jej w życie i być z niej po latach rozliczony. Może to być trener-menedżer, może być dyrektor sportowy, jest mi obojętne. Byle nie obaj jednocześnie. To kolejny przykład na to, że na Ligę Mistrzów nie brakuje nam ani pieniędzy ani umiejętności. Brakuje nam na nią pomysłu.

Wojciech Stawowy. Straszliwie sam

Mam problem z oceną Wojciecha Stawowego. Za często odlatuje i widzi Cracovię jakieś cztery półki wyżej niż rzeczywiście jest. Ale jednocześnie to dziś jedyny trener w ekstraklasie, który zaszczepił drużynie swój styl.

Widzew gra podobnie do Jagiellonii. Podbeskidzie do Wisły. Zagłębie do Legii. Śląsk do Ruchu. Piast do Lechii. Zamienisz Górnika z Pogonią strojami i poznasz różnicę tylko po Robaku. Drużyny w ekstraklasie rozróżniają raczej indywidualne umiejętności paru zawodników, a nie sposoby gry. Zresztą świadomie mówią paru zawodników, bo wielu z nich można byłoby przenieść z 14. drużyny ligi do 2. i odwrotnie, różnicy nikt by nie zauważył.

Cracovia gra inaczej. Bardziej europejsko, wnosi do naszej ekstraklasy inny świat. Jest jednocześnie kontrowersyjna, bo Stawowy chce grać jak Barcelona, mając piłkarzy jak Cracovia, co daje miejsce gdzieś pomiędzy Jagiellonią a Piastem. Ale próbuje zrobić coś nowego. Pisał już zresztą o tym kompletnie, konkretnie Michał Zachodny.

Ja chciałbym się skupić na tym czy my sami jesteśmy gotowi na taką grę. Czy my dorośliśmy do tego futbolu. Bo już w zeszłym sezonie, oglądając I-ligowe mecze Cracovii, miałem wrażenie, że nie. I dziś mi się to wrażenie spotęgowało. Trybunom przy Kałuży – w czasie tkania akcji przez Pasy – włącza się szydera jak trybunom przy Reymonta na widok Daniela Sikorskiego. Ironicznie liczą graczom podania, sugerują zagrania do tyłu („Krzysiek gra!”), wymachują rękami, gdy Pasy znów nie próbują oddać strzału. Dostają białej gorączki na krótkie rozegrania bramkarza, w okolicy własnego pola karnego.

Wiem, co czują, bo gdy Podbeskidzie jeszcze próbowało grać w piłkę (trzy lata temu), też mnie to irytowało. Stwierdzałem wtedy, że mając takich zawodników, jakich mieli (mają) bielszczanie, trzeba jak najszybciej wybić piłkę na chaos i do przodu. Tak robią wszyscy. Albo bramkarz wykopuje na drąga do przodu, albo podaje do obrońcy, który wykopuje na drąga do przodu. A może to błąd. Może nie trzeba było porzucać tej drogi w imię krótkofalowych efektów, bo teraz minęły trzy lata i Podbeskidzie dalej gra jak nakazał Piotr Świerczewski „Miętowemu”.

Nie ma dla mnie żadnych racjonalnych przesłanek, by dla Cracovii awans do najlepszej ósemki miał być jakimś obowiązkiem. Cały czas pamiętam dość podobną personalnie drużynę, którą rozbijał i dominował każdy, jak chciał. Dziś, mimo konfliktów i notorycznych osłabień, Pasy wciąż są blisko awansu do grupy mistrzowskiej. Tymczasem Stawowy co tydzień gra o posadę. Wiadomo, że to pokłosie konfliktu z dyrektorem Burlikowskim, ale żeby kibice też nie mieli dla trenera zrozumienia?

Narzekamy dzień w dzień, że nasz futbol wygląda, jak wygląda, by miażdżyć szyderą jedynego gościa, który chociaż próbuje to zmienić. Gdy obejrzy się mecz dowolnej ligi zagranicznej i porówna z dowolną polską ekipą, mamy wrażenie, że to inna dyscyplina sportu. Przy Cracovii mam wrażenie, że to ta sama dyscyplina, tylko nieudolnie wykonywana. A to już spory plus dla trenera. Porównajmy, jak „poprawił” grę Lecha w dwa lata Mariusz Rumak, a jak zmienił Cracovię Stawowy. I zastanówmy się, kogo krytykować, a z kogo szydzić.

Wyssaliśmy jako dogmat z piersi matek, że polskie drużyny nie umieją grać atakiem pozycyjnym i jedyny sposób, w jaki mamy szansę coś ugrać, to kontratak. Tacy dziwacy jak Stawowy mogą ten mit obalić. Nawet jeśli gimby nie rozumiejo  w tej epoce nikt go nie doceni.

P.S. Miesiąc temu pisałem o książce „Futbol obnażony. Szpieg w szatni Premier League„. Dziś mam dla jednego z czytelników jej egzemplarz do wygrania. Szczegóły TUTAJ

Chciałem pochwalić kibiców. Nie pozwolili mi

Siedziałem dzisiaj na derbach Krakowa i myślałem, że ten świat jednak nie upada tak nisko. Po meczu na Wiśle sprzed dwóch lat, spodziewałem się wszystkiego najgorszego, na czele z tańcem nad grobami. A tu było jakoś tak… normalnie.

Wzdłuż całych Błoń stała zawsze eskorta smutnych policjantów, z twarzami pozasłanianymi jak u ortodoksyjnych muzułmanów. I pełno wozów, jakie widać z archiwalnych filmów ze stanu wojennego. A tutaj miłe zaskoczenie. Starsze panie, ludzie z dziećmi, psy (w sensie kynologicznym), zrzucający zbędne i niezbędne kilogramy biegacze. Jasne, gdzieś tam w tle hufce jak na polach grunwaldzkich, trochę policji, ale nie więcej niż na normalnym meczu ligowym.

Nikt nie rzucał racami w sektor rodzinny. Nikt nie forsował płotów. Nie śpiewał, że „Żydy, Żydy palą się”. „Człowiek nie rządził w Krakowie”, „Darek nie witał w naszym garnku”. Przesadą byłoby stwierdzić, że mecz toczył się w atmosferze papieskiego pojednania, nie sposób było nie zauważyć „AJ” na sektorze Wisły, ale nawet to było jakoś zamaskowane, tak że można było przypuszczać, że chodzi o „Armani Jeans” czy „Annę Jantar” ;) Bluzgi były standardowe, tradycyjne. Bluzgi są na każdym derbowym meczu świata i nic raczej nie jest w stanie tego zmienić. Gdy Wisła gra z Bogu ducha winnym przykładowym Świtem NDM i słyszę „strzelcie k… gola”, to wydaje mi się to przesadzone. No, ale nie sposób oczekiwać, by nie śpiewali tak o odwiecznym rywalu. I vice versa, takie już prawo natury.

Więc tak siedziałem błogo, delektując się całkiem niezłym meczem, gdy strumień rac poleciał na boisko (w kierunku wiślackiego bramkarza!). Znów ktoś pokazał, że Wisłę ma tak naprawdę w poważaniu, liczy się wrzucenie błyskotki na boisko. Prawie pełny stadion, dobre wyniki, znowu walka o wysokie cele, sprzyjająca pogoda. Wisła miałaby wszelkie szanse, by na następne mecze, jak ten z Ruchem, przyszło te 20 tysięcy widzów. Teraz klub dostanie na pewno gigantyczną karę finansową, a pewnie też zostanie zamknięty cały stadion bądź trybuna. W Warszawie byłoby to pewne, przy wojewodzie małopolskim może się upiecze.

Ale jeśli się upiecze, będzie to skandal.

Normalnie uważałem, że odpowiedzialność zbiorowa w postaci zamykania trybun, to idiotyzm, nawet za odpalenie rac. Ale za wrzucenie ich kilkunastu na boisko, nie powinno być litości. Niech im zamkną stadion, niech to odczuje klubowa kasa, może ktoś z tym zrobi porządek.

Kraków jest na dobrej drodze z barbarzyństwa do cywilizacji. Ale to niestety długa droga.

JKH zmartwychwstał. Prawdziwie zmartwychwstał

Po trzecim finałowym meczu Cracovii z JKH GKS-em Jastrzębie, kiedy „Pasy” zrobiły z jastrzębian jesień średniowiecza, w ciasnej krakowskiej salce konferencyjnej, miejscowi dziennikarze maglowali Rudolfa Rohaczka, trenera krakowian. – Wiem, że będzie pan teraz mówił, że dopóki krążek grze, wszystko jest możliwe, ale czy wyobraża pan sobie, żeby Cracovia nie zdobyła złotego medalu?

- Proszę pana, ja już wiele rzeczy w hokeju widziałem – powiedział Czech. Oczywiście nikt mu nie uwierzył. Ja też. Może dlatego, że ja sam niewiele rzeczy w hokeju widziałem. Przecież sam czytałem, co lepiej znający się na tym sporcie koledzy po fachu pisali: „Nikt nigdy w historii PLH nie odrobił trzymeczowej straty w finale”. Po raz kolejny okazuje się, że im więcej dziennikarze i kibice podkreślają, że coś się nigdy nie zdarzyło, tym bardziej prawdopodobne, że zdarzy się akurat teraz.

To ostatnie zdanie do głowy przyszło mi jednak dopiero dzisiaj, właśnie przed chwilą. Bo gdy widziałem, że w drugiej tercji czwartego meczu Cracovia prowadziła z Jastrzębiem 2-1, myślałem, że już po wszystkim. Ktoś w komentarzach na SportSlaski.pl pisał, że „szkoda, iż Cracovia trafiła na tak słabego rywala w finale”. Ja ubolewałem, że toczy się to wszystko tak szybko i bez emocji. JKH GKS grał po raz pierwszy w finale, a nawet przez moment nie poczuł, że naprawdę może zdobyć mistrzostwo. Jeden cios, drugi, trzeci… „Byliśmy w grobie” – otwarcie mówił Radek Prochazka.

Każda taka rywalizacja, w każdym sporcie uczy pokory. Można psioczyć na gadki „dopóki piłka/krążek w grze…”, ale raz za czas okazuje się, jak bardzo są prawdziwe. Co się dzieje, gdy w grę wchodzi męski honor. JKH wyciągnęło czwarty mecz na 3-2. Odroczyło egzekucję. W piątym meczu pojechało Cracovię pięcioma bramkami. Pięć goli na tym poziomie? Zwykle tyle to przegrywało Zagłębie Sosnowiec i nikt inny.

W zeszłą niedzielę wieczorem, krakowscy dziennikarze mówili, że hokeiści przegrali, bo chcą świętować w urodziny swojego trenera (obchodził je w poniedziałek). W poniedziałek wieczorem mówili, że „Pasy” chcą świętować na swoim lodowisku. Teraz nie wiem, co mówią, ale podejrzewam, że nic mądrego. Może co najwyżej szepczą kręcąc głowami „Hockey, bloody hell…”

Ja za to wypowiem – mam nadzieję, że prorocze słowa – HEJ, HEJA HEJA – JASTRZĘBIE MISTRZEM HOKEJA!

Niezależnie od piątkowego wyniku, panowie szacunek!

 

„Pasy” – GKS 2-1. Futbol bywa sprawiedliwy nawet dla Cracovii

Wydarzenie

W 90. minucie idealnie rzut wolny wykonał Vladimir Boljević. Piłkę ustawił tuż za polem karnym i przymierzył obok muru w róg bramki. Trafił fantastycznie, strzelił zwycięskiego gola  (swojego pierwszego w Polsce) w ostatnim meczu „Pasów” na własnym stadionie, z radości zerwał z siebie koszulkę, dostał drugą żółtą kartkę, wyleciał z boiska, a sędzia w tym momencie zakończył spotkanie. Rewelacyjne zakończenie meczu, w którym „Pasy” były lepsze.

Bohater…

…ów dwóch. Najpierw z Cracovii. Niesamowite, jakie ten sport pisze historie. Mateusz Żytko latem przechodził do Krakowa jako najlepszy obrońca Polonii Bytom, co sztuką może nie było, ale uchodził za solidnego ligowca. Po kilku miesiącach, przeciętnemu obywatelowi był znany już z wywiadu udzielonego po meczu z Lechem, w którym zagrał tragicznie. Przez 10 minut opowiadał potem dziennikarzom, że „leży na kolanach”, „nie jest godny nosić tej koszulki” i „rozumiałby swoją słabą grę, gdyby chlał, miał problemy w domu”. Sporo od gry odpoczywał. W dzień 29. urodzin trener Pasieka wystawił go na boku obrony, czyli nie jego ulubionej pozycji. A on w 5. minucie ładnie z bliska dołożył nogę po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Milosa Kosanovicia. Zagrał nareszcie bardzo przyzwoicie i sprawił sobie ładny prezent.

Bohater drugi – Kamil Kosowski. Lżony i wygwizdywany, za wiślacką przeszłość, pokazał, że na naszą ligę jest magiem. To piłkarz z innego świata. Każda akcja Bełchatowa przechodzi przez niego, to on oczywiście zaliczył asystę, idealnie wykładając piłkę na środek pola karnego w 60. minucie. To było takie zagranie, po którym musiał paść gol, obojętnie, kto go wbije. Ostatecznie zrobił to do swojej bramki Kosanović. „Kosa” teraz więcej myśli niż biega, ma pełny autorytet. Gdy jest pociągany za koszulkę nawet niewidocznie, zatrzymuje się i rozkłada ręce, a sędzia czuje się w obowiązku podyktować rzut wolny i dać rywalowi kartkę, choć żaden inny zawodnik w tej sytuacji nawet wolnego by nie wywalczył. Profesor.

Rozczarowanie

Brak inteligencji obrońców Bełchatowa. Znam Macieja Szmatiuka i wiem, że to inteligentny facet. Ale do spółki z kolegami w pierwszej połowie zachowywał się jak półgłówek. Scenariusz był taki sam – cała drużyna szła w pole karne Cracovii przy rzutach rożnych i wolnych, piłkę wyłapywał Wojciech Kaczmarek, który natychmiast rzucał przez całą połowę i zawodnicy „Pasów” wychodzili sam na sam z bramkarzem. W pierwszej połowie naliczyłem siedem stuprocentowych sytuacji Cracovii, w tym trzy po takich rzutach Kaczmarka. Gdyby Visnakovs nie był „dziki” (czyli za szybki jak na swą marną technikę), a Niedzielan nie był wyciśniętą cytryną, a pod stadionem Cracovii nie było żyły wodnej, sprawiającej, że wszyscy w tej drużynie zapominają jak się gra, to GKS do przerwy przegrywałby siedmioma bramkami.

Co ciekawego

- Sytuacja z 30. minuty była dla Cracovii symbolem. Klub mógłby ją wykorzystać, jako materiał promujący. Po pięknej akcji Aleksiejs Visnakovs wyszedł sam na sam z Łukaszem Sapelą. Miał naprawdę niesamowicie dużo miejsca. Łotysz miał czas, żeby spytać kolegów z którego roku jest najstarsza kamienica przy rynku. Biegł z piłką jednak za długo, nieudolnie próbował nabrać bramkarza na zwód, ale mimo, że co się dało zepsuć, zepsuł, zdołał dziubnąć piłkę do bramki. Tyle, że ten okrągły kawał szmaty odbił się od czyjejś nogi, trafił w słupek, poturlał się po linii bramkowej, jednak za nią nie wpadł. To było przy stanie 1-0 dla „Pasów”.

- Na derbach tego nie widziałem, bo było ciemno, ale teraz odkryłem, że z sektora prasowego widać stadion Wisły. Prawie jak w Nottingham czy Dundee…

- Nie miał łatwo sędzia Robert Małek, który po ostatnich fatalnych błędach został mocno napiętnowany, ale PZPN i tak pozwala mu sędziować. Wygwizdano go jeszcze zanim wyszedł na boisko, a jak już wyszedł stadion zaintonował „Sędzia Małek to pedałek, hej, hej”

- W 67. minucie Dawid Nowak miał okazję zostać prawdopodobnie pierwszym piłkarzem w naszej lidze, który może się pochwalić zdobyciem gola głową… na siedząco. Najpierw strzelał po bożemu, ale trafił w słupek. On siadł z wrażenia, a piłka tak się odbiła, że spadła na jego głowę. No to strzelił, ale Kaczmarek zdążył złapać.

- Żeby dobrze dośrodkowywać trzeba chyba mieć ksywkę „Kosa”. O Kosowskim już było. Tymczasem w Cracovii asystę po świetnym dograniu z rogu zaliczył Milos Kosanović. Trzy minuty później dograł tak samo dobrze, ale tym razem strzał Jana Hoska wybili z linii bramkowej obrońcy. W ogóle, jak żyję, nie widziałem tak dobrego początku „Pasów”.

Ciach, ciach, ciach…

O sporcie innym niż piłka nożna, piszę nieprzymuszony raz na 702 dni. Wypada dzisiaj. Bo przecież, choć futbol, nie równa się niczemu innemu na świecie, to nie nim samym człowiek żyje. Czasem bywa się przecież na innych dyscyplinach.

Względnie regularnie bywam obok siatkarskich parkietów w polskiej lidze kobiet, ale tego nie lubię. Nudzi mnie, wyłączam się na 47 minut, słowem, nie jestem wzorem profesjonalizmu. Futsal za to jest fantastyczny. To piłka nożna minus plamy nudy. Dziś zadebiutowałem hokejem, na co od dawna miałem ochotę.

I teraz w głowie mam tylko „szuuuuuust”, „szaaaast”, „ciaaaach”. Nie wiem, czy moje onomatopeje trafiają do was, ale starałem się oddać dźwięk łyżew przecinających lód. Zderzane kije też mają swój urok. Myślę, że można te dźwięki umieścić w rankingu najfajniejszych sportowych dźwięków obok piłki uderzającej w słupek/poprzeczkę, czy piłki wpadającej łagodnie do siatki.

Nie wiem, czy powinienem się do tego przyznawać, bo mogę wyjść na ostatniego półgłówka, ale negatywnie zdziwiło mnie tylko jedno. Otóż… było mi zimno. Pod koniec to już nawet mało powiedziane. Myślę, że moje zęby brzmiały podobnie jak te kije hokeistów Cracovii i GKS-u Tychy. Ja wiem, sport zimowy, wiem, że lód musi mieć chłodno, ale – do diaska – hala kojarzyła mi się jednak z przyjemnym ciepełkiem.

Przede wszystkim jednak podobało mi się to, co w telewizji przeszkadzało mi lubić ten sport. Widziałem krążek! Nie było to nawet specjalnie trudne. A w telewizji tylko czasem przelatywała mi po tafli jakaś mucha i tyle. Ciężko się było tym emocjonować. Poza tym, wszyscy hokeiści wyglądają na wielkie chłopiska. Ciekawe, czy w rzeczywistości są między nimi tacy, co mają 1,60 m. w kapeluszu, a powiększają ich tylko obfite ochraniacze? Jak na takie monstra, poruszają się całkiem zwiewnie, lekko. Ta gracja i elegancja też mi się podobała.

No i było też to, czego w moich, laika oczach, w hokeju nie mogło zabraknąć. Ci zwiewni, lekko się poruszający, z gracją, lali się po mordach aż miło. Było takie pranie, że widok leżących na ziemi powyrywanych kasków i porzuconych kijów naprawdę robił wrażenie, jakby przed chwilą odbyła się tu druga część bitwy pod Beresteczkiem.

Wiem jedno. Hokej polecam i na hokej chcę wrócić. I tylko Tychów szkoda.

„Pasy” pany

Dotychczas byłem na trzech meczach derbowych.. Pierwszy – Koszarawy Żywiec z Czarnymi-Góral był dość ‚ciepły”. Bardziej niż sparingowy mecz Rekordu z Podbeskidziem Bielsko-Biała i rezerw Podbeskidzia z Rekordem. Ale derby Krakowa… Sami wiecie, większego meczu chyba w Polsce nie ma. Byłem, widziałem i mogę potwierdzić – jest gorąco. Czy najgoręcej? Muszę jeszcze zaliczyć Wielkie Derby Śląska.

Wydarzenie

W 36. minucie Saidi Ntibazonkiza wrzucił piłkę z rzutu wolnego, a głową do siatki skierował ją Koen van der Biezen. Trzeba przyznać, że Holender idealnie wybrał sobie moment na strzelenie pierwszego gola w Polsce. Dotychczas był pokraczny, nieskuteczny, pasował do tej ogólnej żałości Cracovii. Dzisiaj nie dość, że strzelił, to grał bardzo dobrze. Podobnie „Pasy” w dobrym momencie się przełamały, bo to było dla nich pierwsze zwycięstwo na własnym boisku w tym sezonie. Musi smakować niezwykle…

Bohater

Cały ofensywny tercet „Pasów”. Saidi z Alexandru Suvorovem napędzali kolejne ataki gospodarzy, zawodnik z Burundi zaliczył asystę. A o van der Biezenie już było. Warto też wyróżnić Sławomira Szeligę, za to, jak w drugiej połowie wybił, stojąc na linii, piłkę lecącą do bramki. Bez niego tej derbowej wygranej by nie było.

Rozczarowanie

Trener Robert Maaskant w przerwie wpuścił Tsvetana Genkova jako drugiego napastnika za Łukasza Gargułę. Zadaniem Bułgara było uratowanie pozycji holenderskiego trenera w Krakowie, czyli sprawienie, by Wisła nie przegrała derbów. I Genkov w drugiej połowie miał idealną okazję do wyrównania. Z pięciu metrów huknął jednak z woleja w Aleję Focha. Nie musicie wiedzieć, gdzie to jest. Ważne, że daleko od bramki

Co ciekawego

- Spiker nie wymienił nazwy „Wisła” ani razu. Mówił „nasi rywale”, „dzisiejsi goście” itp. Ze szczególną satysfakcją wymienił wyniki Wisły z Podbeskidziem Bielsko-Biała (0-1) i z Fulham (1-4), podkreślając, że „Biała Gwiazda” praktycznie straciła szanse na awans.

- W 41. minucie Łukasz Garguła wykonywał rzut wolny. Wszyscy spodziewali się wrzutki. Gervasio Nunez również, więc Argentyńczyka totalnie zaskoczyło, gdy piłka leciała mocno wprost na niego (do ustawionego za nim zawodnika). Przewrócił się więc,  by nie zablokować podania, ku uciesze całego stadionu.

- Gdy ultrasi gospodarzy zaintonowali „Kto nie skacze jest za Wisłą”, podskakiwał nawet sektor VIP.

- „Walczyć jak Sparta, Cracovia jest tego warta” – przyśpiewka gospodarzy jest pomysłowa, udana, oryginalna i działa, bo piłkarze rzeczywiście tak dziś walczyli.

- Alexandru Suvorov dostał od chłopca do podawania piłek dwie piłki (30′). Tę niepotrzebną mocno wykopał z woleja w sektor gości. To było głupie, bo po pierwsze mógł dostać zwrotne uderzenie w najlepszym wypadku tą samą piłką. A po drugie piłkarze nie powinni prowokować. Fani Wisły jednak niespecjalnie zareagowali.

- Kibice zaprzestali dzisiaj „doradzania” swoim piłkarzom. Nie krzyczeli, kto ma jak podać, nie krytykowali po złych zagraniach. Zwycięstwo w „świętej wojnie” wymagało pełnego wsparcia.

- Kibice mistrzów Polski jednak zaśpiewali nieśmiertelne „Zawsze nad wami, pier*******  Żydami”. To, że najlepsi piłkarze ich drużyny są Żydami nie miało tym razem specjalnego znaczenia.

- Fani Cracovii przed meczem śpiewali razem z Shakirą „Loca, loca, loca”. Trochę kłóci mi się to z ich pozostałymi zaśpiewami.

- Podoba mi się, że oba kluby zaakceptowały ksywki, które pierwotnie miały być pejoratywne. Cracovia („Żydy”) ma fanę „Naród wybrany – Cracovia pany”, a Wisła  („Psy”) skanduje „To my, to my, wściekłe psy”.

- Zdziwiło mnie, że fani Wisły byli ubrani na czarno (ciemno), a nie w barwach swojego klubu.

- Szczególnie wybrzmiał dzisiaj hymn „Pasów” wykonywany przez Macieja Maleńczuka i kończące go wersy: „Pamiętam te święte słowa: Nigdy nie zejdę na psy”. W tym momencie cały stadion nachylił się do sektora Wisły. A ten nachylił się w stronę reszty stadionu i ryknął „To my, to my, wściekłe psy”.

- O ile przed normalnymi meczami ligowymi w Krakowie jest dość spokojnie, teraz czuło się narastającą gorącą atmosferę. W tle było słychać kibiców Wisły śpiewających „To my, to my, wściekłe psy”. Z kolei ci wspierający Cracovię wspomagani przez zgodę z Sandecji Nowy Sącz krążyli złowrogo wokół Błoń, wołając „Każdy to powie, Cracovia rządzi w Krakowie”.

- Do pierwszych przepychanek doszło już na 32 minuty przed rozpoczęciem meczu. Kibice Cracovii próbowali przedostać się do sektora gości, jednak powstrzymała ich ściana ochroniarzy wyposażonych w jakiś gaz.

- Spotkanie prowadził Dawid Piasecki ze Słupska, który jest specjalistą od derbów. Nie dlatego, że tak dobrze mu idzie, ale dlatego, że jest do nich ciągle wyznaczany. W tym roku prowadził już derby Łodzi, a półtora roku temu był arbitrem derbów Krakowa rozgrywanych na Suchych Stawach, kiedy Mariusz Jop, pamiętnym samobójem, dał Cracovii utrzymanie, a Wiśle odebrał mistrzostwo Polski na korzyść Lecha – zgody „Pasów”.

- W 80. minucie piłkarze obu drużyn się pobili. Trzeba przyznać, że zrobili to w najgorszym miejscu, jakie mogli wybrać, bo w narożniku między kibicami Wisły i Cracovii. W stronę leżących piłkarzy „Pasów’ natychmiast zaczęły lecieć różne przedmioty, przyjezdni odpalili jakieś petardy i wzajemna niechęć – delikatnie mówiąc – się nasiliła.

- Trener Robert Maaskant podobno pokłócił się w szatni po meczu z Fulham z Michaelem Lameyem. Poskutkowało to rozbiciem fantastycznie spisującego się duetu Holendrów – Lameya  z Kew Jaliensem, który szczególnie błysnął w pucharowym spotkaniu w Londynie.

- Żal mi było Dudu Bitona. Umiejętnościami przewyższał absolutnie wszystkich na boisku. W 7. minucie Wojciech Kaczmarek wybronił mu strzał głową z bliska, a w 24. uderzenie z wola z dalszej odległości. Chciało mu się też zdecydowanie bardziej niż większości Wiślaków (oprócz Cezarego Wilka). A do zagranicznych piłkarzy Cracovii chyba bardziej trafiło przesłanie, przekazane im na treningu przez kibiców – „Walczyć, trenować, Cracovia musi panować.” No i panuje…

- W ciągu tygodnia Wisła straciła pięć goli ze stałych fragmentów gry. Jednego z Podbeskidziem, trzy z Fulham i jednego z Cracovią. Na konferencję prasową dopiero idę, ale już obstawiam, że to będzie dla Maaskanta argument za tym, że Wisła nie zasłużyła na porażkę. Wszak gola straciła ze stałego fragmentu. A – przepraszam – to się nie liczy?

Futbol to sztuka dla… punktów

W studiu telewizyjnym po meczu Portugalia-Wybrzeże Kości Słoniowej, w czasie niedawnych Mistrzostw Świata, gościł Rafał Ulatowski, zdolny trener, którego niegdyś na blogu, pochopnie, namaszczałem nawet na przyszłego selekcjonera. Otóż obecny opiekun Cracovii powiedział z pełną pogardą, że WKS grało, jak drużyna europejska, bardzo defensywny futbol, wyrzekło się typowo afrykańskiej żywiołowości. Największym zarzutem było to, że kompletnie nie pozwoliło grać gwiazdom portugalskim. Dokładnie jak drużyny Mourinho.

Przyznaję, że moje ciepłe uczucia do Ulatowskiego odfrunęły w jednym momencie, jak bociany do Afryki. Myślałem, że młody, uznawany za dobrego, szkoleniowiec będzie jednak bardziej otwarty na genialne posunięcia taktyczne najlepszego kolegi po fachu na świecie, czyli Mourinho, a nie będzie stosował jego nazwiska jako obelgi. Choć pamiętliwy nie jestem, ten tekst brzęczy mi dziwnie w uszach aż do dzisiaj.

Muszę jednak przyznać, że szczerze trenera Ulatowskiego podziwiam. Potrafi przekuć swoje słowa w czyny. Wyrażał pogardę dla brzydkiej, defensywnej, acz przynoszącej korzyści gry, więc jego drużyna gra zupełnie inaczej. Jest ofensywna, piękna piłka, radość futbolu, ludzie walą na stadion drzwiami i oknami. Jedynym problemem są wyniki – sześć meczów, sześć porażek, ostatnie miejsce w tabeli, mimo posiadania całkiem niezłego składu, który został jeszcze latem wzmocniony. Może z tej krakowskiej lekcji zdolny Ulatowski wyciągnie naukę – w tej grze chodzi właśnie o to, by grać w sposób zorganizowany, neutralizować atuty przeciwnika i przede wszystkim zdobywać punkty. A nie przede wszystkim zachwycać (czego notabene Cracovia i tak nie robi).