Neverlandy

Rude są fałszywe. Pokażą się młodemu, niewinnemu chłopcu, urzeką go swoim pięknem, zaproszą do zmysłowej, subtelnej gry, obiecają wiele, a gdy on odda się im bez reszty i zaufa im w pełni, pstrykną palcami i zaśmieją się w twarz, że się naiwniak kolejny raz dał nabrać. Rude barwy reprezentacji Holandii.

Hej ojcowie, bacznie strzeżcie swoich pociech! Niech się nie dadzą uwieść jak wielu mi podobnych. W reprezentacji Holandii, choć dziś już trochę trudniej, łatwo się zakochać. Pierwsi byli ci urodzeni początkiem i w połowie lat 60., których zachwycił futbol totalny Michelsa i powiew wolności Cruyffa. Cieszyli się z prowadzenia przeciwko Niemcom w finale, zanim ci w ogóle zdążyli dotknąć piłki. Przegrali.

Następni ci, którzy urodzili się za wczesnego Gierka, widzieli Holendrów prujących po złoto mundialu w Argentynie. Widzieli Rensenbrinka bijącego w słupek w ostatniej minucie przy stanie 1:1. I widzieli Argentynę wygrywającą w dogrywce.

Pokolenie początku lat 90. widziało odrodzenie, widziało najbogatszą w talent reprezentację świata. I porażki po karnych. Wszędzie. Euro 1996, Mundial 1998, Euro 2000. Tam już zadziwiająca niemoc na polu 11. metrów sięgnęła absurdu, gdy w półfinale Holendrzy nie potrafili wbić grającym w dziesiątkę Włochom gola z dwóch rzutów karnych w podstawowym czasie gry (sic!). Oczywiście w serii jedenastek odpadli.

Młodsi, urodzeni w XXI wieku, mają trudniej. Holenderskie koszulki dalej są najbardziej efektowne na turnieju, a wielcy piłkarze dalej tam się rodzą, ale już nie na kamieniu. To moja nadzieja na to, że coraz mniej jest nieszczęśników wybranych przez masakryczną pomarańczę. Dwa razy uwierzyłem, że skoro się nie da siłą (talentu), to trzeba sposobem. I że te ubogie w umiejętności zgarną to, czego nie potrafiły zgarnąć w umiejętności bogate. Ale najpierw Robben w 116. minucie przysolił w Casillasa, a potem oczywiście walili w karnych w bramkarza.

Nie. Teraz wiem, że Holandia nie będzie mistrzem świata nigdy. Tylko co mi z tego, że teraz wiem, jak za dwa lata znowu będę siedział tocząc pianę z ust przy meczu Holendrów i wierzył, że to ten moment.

Mówcie co chcecie, mówcie, że statystyki są dla dziennikarzy, a czarne serie dla czarnych kotów. Wytłumaczcie mi więc proszę was uprzejmie racjonalnie, jak to się dzieje, że jedne narody pełne świetnych piłkarzy karne strzelać potrafią i wygrywają po nich zawsze (Niemcy), a inne przegrywają zawsze (Anglia) lub prawie zawsze (Holandia).

Mówię sobie często wściekły po porażce, że kiedyś zacznę kibicować drużynom, które wszystko wygrywają. Ale potem sobie przypominam, że Hiszpanie, którzy wygrywali wszystko, dostali od Holendrów 5:1. Że najbardziej utytułowany naród świata wyleciał właśnie z mundialu po porażce 1:7. Że ci, którzy ten naród wyrzucili, mimo szatni, w której talent trzeba upychać jak kapustę w beczce, wgramolił się do finału po raz pierwszy od 24 lat. Nie ma w piłce pewnych zwycięzców, są tylko pewni przegrani.

Neverlandy.

Czy Niemcy będą cyniczni

Jak się ogląda mundial, trzeba oglądać wszystko. Tylko frajerzy oglądają wybrane mecze, tylko oni wiedzą, które wybrać. Dziecinada czysta – na mundialu nie ma meczów mniej ważnych. Ileż to razy, gdy byłem młody i naiwny, opuszczałem jakieś spotkania na oko bezbarwne i na rozum bez znaczenia i zawsze się okazywało, że na tych trzeciorzędnych sparingach działy się rzeczy wstrząsające i niepoczytalne: jakieś monstrualne wyniki, jakieś niebywałe ekscesy, jakieś krwawe porażki stuprocentowych faworytów, jacyś kuwejccy szejkowie na płycie.

Chyba żaden mecz mundialu nie potwierdzał tych słów Jerzego Pilcha bardziej niż spotkanie Algierii z Koreą Południową. Jeszcze bluźnierczo kwiliłem na Twitterze, że z grupy H nikt nie powinien wyjść, a zamiast tego powinniśmy dobrać dwie najfajniejsze odpadające drużyny z innych grup. Ustawiałem w głowie, kogo bym wybrał i wyszło mi, że dwie to za mało. Bo za dobrzy żeby odpaść są Meksyk/Chorwacja, Anglia, Włochy/Urugwaj, Ghana/Stany Zjednoczone. Wyszło więc na to, że system jest jednak bardzo sprawiedliwy i wychodzi dokładnie tylu, ilu trzeba. A na końcu okazało się nawet, że tę grupę H strasznie niesprawiedliwie oceniłem.

Dlaczego niby taka Algieria miałaby nie wyjść? Zagrała wczoraj z Koreą znakomitą piłkę (nudne to już, wszyscy znakomici). Odkryła ponownie piękno „lagi do przodu”. To była w pełni zdyscyplinowana drużyna, która z zamysłem nie bawiła się w rozegranie tylko waliła z całej siły w kierunku napastnika. Podwórkowość w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ja się wychowałem na podwórkach, na których grało się lagę do przodu. Żal mi było patrzeć, gdy dzisiejsi młodzi utrzymywali piłkę i próbowali grać tiki-takę. Nuda. Nam się najfajniej grało – laga od obrony lub bramkarza, bieg, strzał. Futbol to szybki sport jak Algieria. A Korea, choć do przerwy wyglądała na przybłędę, po przerwie pokazała, po co tam przyjechała. Hueng Min Son przechodził samego siebie. I tylko szkoda, że Belgia nie musiała nic pokazać, by wygrać grupę. Dalej uważam, że ta drużyna świata nie zawojuje.

Świat zawojują Amerykanie, czy nam się to podoba czy nie, choć jeszcze nie teraz. Zrobili to z siatkówką, która była dla nich obcym sportem, ale nauczyli się podbijać i dziś są w tym jednymi z najlepszych na świecie. Z piłką idzie im dłużej, oporniej, ale też to zrobią. Robią wielkie postępy, które każą mi o Klinsmannie zacząć myśleć jako o naprawdę porządnym trenerze. Tym razem mecz kompletnie im się nie ułożył, kiks Camerona to był kryminał, to, że bramkarz siadł na tyłku przed strzałem – też. Wszystko układało się przeciw nim. A jednak byli za dobrzy, by przegrać. Pudłowali na potęgę, inaczej niż w meczu z Ghaną, ale zasługiwali. Nigdy nie widziałem Fabiana Johnsona tak biegającego do przodu. Mamy mundial bocznych obrońców, ale występ Johnsona i tak był jednym z najbardziej spektakularnych na tych mistrzostwach.

Podobnie gol Jermaina Jonesa, po takich nie ma co zbierać. Zasłużenie Amerykanie prowadzili, bo Portugalia była szokująco słaba. Tym razem Jankesi nie zagrali do końca, a to przede wszystkim wina Bradley’a. Sorry, ale jak w 95. minucie tak głupio traci się piłkę w środku pola, to zawsze kończy się to golem. Futbol nie wybacza błędów w doliczonym czasie gry.

Sytuację mają Amerykanie i tak dość przyzwoitą. Szykuje się mecz przyjaźni Loewa z Klinsmannem, choć… oni się wcale nie przyjaźnią. Turniej to jednak turniej, trzeba umieć kalkulować. W dłuższej perspektywie wiadomo, że Amerykanie nie zagrożą Niemcom w wygraniu turnieju, a Portugalczycy – jak się rozkręcą, jak strzeleckie buty znajdzie Ronaldo – już mogą. Według mnie należy cynicznie wykorzystać okazję, perfidnie zremisować i nie wypuścić z grupy Portugalczyków. Sport zawodowy i podwórkowy łączy może piękno lagi do przodu, ale dzieli kalkulacja. W tym pierwszym jest pożądana, w drugim zakazana.

Bośnia o’Leary’egowina

spahić

Gdyby nie sędzia, sprawa byłaby wyjątkowo jasna: Bośnia i razem z nią Hercegowina zagrała z Nigerią żenująco słabo i nie ma co nad nią płakać.

Gdyby skupić się na sędzim, sprawa też byłaby wyjątkowo jasna. Tego Nowozelandczyka O’Leary’ego trzeba by było wysłać najbliższym samolotem do Nowej Zelandii, tak jak to zrobiono z Kolumbijczykiem (tzn. jego wysłali do Kolumbii), który nie uznał dwóch goli Meksykowi z Kamerunem.

Ale sprawa nie jest prosta. Sprawa jest cholernie skomplikowana. Skomplikowana jak Bośnia i Hercegowina i jak w ogóle całe Bałkany.

Bo czy ten stanowczo za krótki występ Bośni i Hercegowiny na mundialu nie jest wręcz stereotypowo bałkański? Eksperci TVP bezrefleksyjnie cały czas powtarzają slogany o „skupiających się głównie na defensywie Włochach” (podczas gdy ich poczynania ofensywne np. w meczu z Anglią zachwycały), o „zawsze solidnych Niemcach” (którzy akurat grają z polotem, ale niekoniecznie solidnie), o „afrykańskiej żywiołowości” (podczas gdy Ghana jest tak zdyscyplinowana jak… Niemcy nie są). O Bośniakach akurat nic nie powiedzieli, a to byłby jedyny przypadek, w którym byłoby to uzasadnione.

Ileż to razy już jugosłowiańskie drużyny grały zachwycające mecze z wielkimi faworytami, by później w niezrozumiały sposób wyłożyć się na najprostszej przeszkodzie? Albo nie potrafiły się oderwać myślami od jednego wydarzenia. Dokładnie tak, jak wczoraj, gdy Bośniacy zaczęli nieźle, zdobyli bardzo ładną bramkę, której sędzia nie uznał.

Ja nie mogłem o tym przestać myśleć, a co dopiero zawodnicy. Nie chcę mówić, że gdyby nie sędzia, to by to wygrali, ale ten jeden gol mógł napisać historię Bośni i Hercegowiny na nowo. Z drugiej strony, Meksykanie potrafili zapomnieć o dwóch nieuznanych golach i strzelić trzeciego, już uznanego, a Bośniacy grali irytująco po polsku. Nie wiem jak to się dzieje, że drużyna, która długimi minutami dominuje nad Argentyną, parę dni później stanowi najbardziej polski akcent na mundialu. Wszystkie piłki na Dżeko/Lewandowskiego, obskakiwanie go przez trzech obrońców, frustracje, marnowane wysiłki. Da się to chyba tylko wytłumaczyć mentalnością czy brakiem doświadczenia, bo czym innym?

Nie umiem sobie poradzić z tym występem Bośni. Niby wiem, że jest lepsza od Nigerii, ale skoro nie umiała tego potwierdzić, to niby skąd wiem? No… nie wiem. Szkoda. Jedna moja drużyna już jedzie do domu. W piłkę nożną gra się głową, a niestety u Bośniaków (ich trenera też) głowa wyraźnie ustępowała nogom i nie mówię tu o nieumiejętności główkowania.

 

Dzień 6. Mundialowe szaleństwo transferowe

Jest coś niedorzecznego w mundialu i szaleństwie z nim związanym, a także w transferach, które po nim następują. Mówi się, że takie turnieje to największe okno wystawowe i jest to prawda. Ale właściwie, dlaczego?

 Piszę o tym w podsumowaniu szóstego dnia mundialowego, bowiem objawiła nam się póki co największa bramkarska gwiazda mistrzostw, czyli Guillermo Ochoa. Dobry bramkarz potrafi drużynie wybronić mecz i Meksykanin właśnie to zrobił. Zatrzymał Brazylię i wiele w nim było z Tomaszewskiego. Dużo szczęścia, dużo brawury, no i zwycięski remis. Ktoś słusznie napisał na Twitterze, że za 100 lat Ochoa będzie gadał dyrdymały na każdy temat i wejdzie do meksykańskiego parlamentu.

 Ale czy Ochoa to tak naprawdę dobry bramkarz?

 Możecie potraktować go jako symbol, to się właściwie tyczy każdego innego piłkarza mistrzostw. Ochoa jechał do Brazylii jako piłkarz, który nie mógł być pewny, że za dwa tygodnie znajdzie prace. Jeśli Meksykowi będzie dobrze szło na turnieju, to może się okazać, że w decydujących fazach będzie bronił bezrobotny bramkarz. Gigantyczna pomyłka czy co?

 Zastanawiające jest, że w dobie klubów, które monitorują każde dziecko raczkujące wokół piłki w każdym zakątku planety, nagle na miesiąc wszyscy zapominają o logice. Przecież kupowanie gwiazd czy objawień mistrzostw świata to tak naprawdę kupowanie kota w worku, kogoś, kto zagrał parę dobrych meczów. W klubie może być patałachem, ale wystrzelił w dobrym momencie. Ilu już było zawodników, którzy przeciętnie grali w przeciętnych klubach, by potem trzema dobrymi meczami na turnieju się wypromować i parę miesięcy później przeciętnie grać już w dobrych klubach? Że przypomnę tylko Jurija Żirkowa, który wczoraj z Rosją strasznie kaleczył, ale sześć lat temu dobrym turniejem wypromował się do Chelsea? Albo Arszawina do Arsenalu, Pawljuczenkę do Tottenhamu czy Biljalietdinowa do Evertonu? Oczywiście zjawisko nie dotyczy tylko Rosjan, ale ich udany kilkumeczowy wyskok z 2008 roku stanowi idealną ilustrację tego, co mam na myśli. Nie trzeba mówić, że wszyscy wyżej wymienieni okazali się w nowych klubach większymi lub mniejszymi niewypałami i dość szybko odchodzili.

 Guillermo Ochoa przez osiem lat występował w mocnej lidze meksykańskiej. Daję głowę, że największe kluby świata śledzą, co się dzieje w tych rozgrywkach i gdyby trafiła się jakaś perła, to nie daliby jej za długo tam pograć. Tymczasem Ochoa dopiero jako 26-latek pojawił się w Europie, w słabiutkim francuskim Ajaccio. Tu grał przez trzy lata, a ostatnio spadł z ligi i obecnie nie jest pewny przyszłości. Wyskakuje na mistrzostwach i już czytam, że przygląda mu się Real, a chrapkę na niego ma pół Europy.

 Kluby mają skautów, którzy znają Ochoę od dobrych 10 lat, ale nigdy nie zawracali sobie nim głowy. Zawracają dopiero, gdy rozegrał dobre 90 minut. A to bardzo, bardzo ryzykowne.

 Mistrzostwa świata produkują nowych bohaterów, ale też daję głowę, że przede wszystkim produkują niewypały transferowe i przepłaconych piłkarzy. Słusznie zwrócił uwagę Jacek Staszak, że Serge Aurier, prawy obrońca Wybrzeża Kości Słoniowej, dwoma asystami z Japonią podbił cenę o jakieś pięć milionów. Czy to nie chore? Przecież podstawą jego oceny i wyceny powinna być przede wszystkim gra w Tuluzie przez cały sezon, a nie dwa błyski w meczu mistrzostw świata.

 Analogicznie, fani Arsenalu zaczęli się upominać o danie szansy Joelowi Campbellowi, ale gdyby przed mundialem Arsene Wenger powiedział, że nie kupi żadnego napastnika, tylko ściągnie Kostarykanina z wypożyczenia do Olympiakosu Pireus, Francuza by ukrzyżowano.

 Jest to wszystko bardzo ciekawe, nakręca biznes transferowy, ale przypomina szał zakupów, w którym zatracamy się, chcąc kupić to, o czym wszyscy mówią, nawet po zawyżonej cenie. Nie mówię, że Ochoa jest słaby, bo zagrał fantastycznie. Ale jeden znakomity mecz z Brazylią mniej o nim mówi niż ponad 100 spotkań, jakie rozegrał w lidze francuskiej.

Dzień 2. Pięknie jest i godnie bardzo jest

Rozumiem, że można nie spodziewać się, że za chwilę będzie się oglądać jeden z meczów roku. Można się nie kapnąć w 10. minucie. Ale po 40 minutach coś się chyba powinno czuć po kościach. Ja nie miałem świadomości oglądania czegoś wielkiego.

Precyzyjniej mówiąc, byłem załamany. Początek jeszcze jakoś wyglądał, Robben stworzył Sneijderowi świetną szansę, podobną do tej, jaką Sneijder stworzył Robbenowi cztery lata wcześniej, ale tak wtedy, jak i dziś, Casillas obronił. Ale potem ta niechlujna pomoc Holendrów, ci gubiący piłkę w najmniej odpowiednim momencie obrońcy. Ten Vlaar ratujący sytuacje dramatycznymi wślizgami i świadomość, że wszystkiego nie wyratuje. W końcu kontrowersyjny karny, gol Xabiego i narastająca przewaga Hiszpanów.

Myślałem sobie, że niektórzy tak mają ze ślubem. Żenią się z piękną i dobrą, a parę/paręnaście lat później żyją z brzydką i zołzą. Z dziećmi też chyba tak jest. Cytat z jakiegoś holenderskiego filmu: „A takiego ładnego synka urodziłam”. I ja się tak samo czułem oszukany. Bo zadurzyć się w Kluivertach, Overmarsach, Cocu’ach i Davidsach, by potem cierpieć oglądając De Jongów, De Guzmanów, De Vrijów, Janmaatów czy Martins Indiów? Nie na moje nerwy. Liczyłem, że Sneijder będzie nadal wielki, a nie był, liczyłem, że rozbłyśnie Daley Blind, a nie rozbłyskiwał. Holendrom dramatycznie brakowało jakości.

Hiszpanie popadli moim zdaniem w chorobę, która kiedyś była charakterystyczna dla Włochów. Z jednej strony można powiedzieć, że to genialne oszczędzanie sił i sposób, który dał im nie jedno trofeum, ale jednak nigdy nie zrozumiem futbolu najmniejszym nakładem sił. Hiszpanie wcisnęli z kontrowersyjnego karnego, kontrolowali grę i nic się nie miało wydarzyć. Ile razy już takie ich mecze widzieliśmy?

Do teraz nie mogę rozstrzygnąć, czy bardziej mnie zachwycił w tym meczu Van Persie, Blind czy Robben. Van Persie zdobył mocnego kandydata do gola turnieju. Robben szybkościowo wyglądał rewelacyjnie. Nie dogoniłby go nie tylko Bale z finału Pucharu Króla, ale nawet Bolt miałby problem. Casillasem powycierał ziemię, poczekał aż obrońcy wbiegną do bramki. Genialny. Ale jednak najlepszy chyba ten najmniej znany.

Gdyby nie to, że Blind był ustawiony bliżej lewej strony, a nie w kole środkowym, powiedziałbym, że zagrał jak reżyser w starym stylu. Tak sobie wyobrażam Deynę i paru innych wielkich historycznych playmakerów. Przez lata utarło się, że trzeba podawać tylko po ziemi i krótko. Blind dwoma zagraniami przywołał ginący kunszt grania długich piłek przez pół boiska. Zagrał genialnie, a jego koledzy genialnie to wykańczali. Symboliczne było, gdy Blind w 91. minucie powstrzymał Torresa przed pustą bramką. Nawet gola na 5-2 nie dali im strzelić.

Dałem się na Twitterze ponieść po meczu emocjom, pisząc, że mogliśmy być świadkami narodzin wielkiej drużyny. Bo mogliśmy. To dogranie Blinda i lot Van Persiego mogą być idealnymi składnikami do mitu założycielskiego. Ale tak naprawdę dopiero teraz zacząłem się o Holandię obawiać. Typowe w ich stylu byłoby teraz przegranie z Chile i Australią, a w konsekwencji niewyjście z grupy. Albo jak to ujął Bohdan Pękacki…

pekacki

Jestem i meczem i wynikiem i bramkami absolutnie zachwycony. Ale spokojnie, to tylko jeden mecz. Na Euro 2008 Holendrzy też zaczęli wybitnie. A Hiszpanie cztery lata temu zaczęli od porażki. Bez pochopnych wniosków. Holenderskiej obronie i dużej części pomocy jakości jak brakowało, tak brakuje. Dzisiejszy mecz rozstrzygnęły trzy indywidualności i świetnie wyprowadzane kontry. Z sądami na temat Holendrów trzeba ostrożnie.

* * *

Jeśli chodzi o Hiszpanię, myślę, że to już najwyższy czas coś pozmieniać. Ta drużyna jeszcze może wszystko, ale chyba koniec z lojalnością i wyrozumiałością dla wielkich mistrzów. Wygrali razem wszystko, teraz razem dostali po twarzach. Czas wpuścić paru głodnych. Grupa będzie ciekawsza.

***

Z wielką niecierpliwością wypatrywałem meczu Chilijczyków. Do 10. minuty się męczyli, ale potem zaczęli koncertować. Dwa gole w dwie minuty, cudowne akcje, w tym jedna z udziałem chyba całej drużyny. Palce lizać. Przypomnienie, że tiki-taka kiedyś była piękna mniej więcej dla wszystkich i nie kojarzyła się tylko z hiszpańskim człapaniem i wiecznym podawaniem w miejscu. Chilijczycy są ruchliwi, dzicy, z wysokim pressingiem i pewni technicznie. Zanosiło się na pogrom.

Ale nie wiedzieliśmy chyba wszyscy, że Australia tak się postawi. Drużyna bez takich gwiazd jak jeszcze parę lat temu, z ledwie kilkoma graczami występującymi w Europie, z nieznanym trenerem, budowana raczej z myślą o przyszłorocznym Pucharze Azji i następnym mundialu. Generalnie w kryzysie. Wyszli Australijczycy na zespół do bólu prymitywny, ale trudny do ogrania. Stare, dobre kick&rush. Przejęcie piłki, szybki transport na skrzydło, szalony bieg Leckiego lub Oara przed siebie i dośrodkowanie na Cahilla. 34-letni napastnik wygrywa dzisiaj Mundialową Nagrodę im. Dariusza Łatki dla najlepiej główkującego zawodnika poniżej 180 centymetrów wzrostu. Chilijscy stoperzy to nie wielkoludy, ale jednak przy 178 centymetrach wygrywać niemal wszystkie główki w polu karnym? Panie Cahill, chapeau z głów.

Wynik sugeruje, że było w miarę łatwo. Przeciwnie. W drugiej połowie Chile pokazało słabszą twarz. Marnie grał wracający po kontuzji Vidal, a zawodnicy z każdą chwilą popełniali coraz prostsze błędy. Wyrównanie wisiało w powietrzu. Jest 3-1 i to Hiszpanie w meczu z Chilijczykami będą pod ścianą. Grupa będzie ciekawsza.

***

A zaczęło się dzisiaj od kolejnego sporego sędziowskiego niesmaku. Kolumbijski arbiter nie uznał trzech goli – jednego dla Kamerunu (słusznie) i dwóch dla Meksyku (niesłusznie). Kameruńczycy kiedyś byli zespołem budzącym sympatię i szalenie groźnym. Zgarniali wielu neutralnych kibiców. Gdzieś się jednak zatracili w tych targach, kłótniach o premie, wykupywanych apartamentach. Zapomnieli o graniu w piłkę. Wiedziałem, że to już nie taka drużyna jak kiedyś, ale nie spodziewałem się, że aż tak słaba. Jedyny wart uwagi zawodnik to Benoit Assou-Ekotto. Stoperzy stali o dwa kilometry od siebie, prawi obrońcy nie nadążali, środkowi łatwo gubili piłkę, skrzydłowi nie istnieli, Eto’o zauważałem tylko dlatego, że dobrze znam jego sylwetkę. Dra-mat. Powinno się było skończyć 4-0 dla Meksykanów.

Meksykanie znów pokazali bardzo ciekawą ekipę. Bohaterem meczu był dla mnie znakomity pomocnik Hector Herrera, ale bardzo dobrze wyglądali też wahadłowi Aguilar i zwłaszcza Layun. Kameruńczycy stwarzali zagrożenie głównie po stałych fragmentach gry. Dobrze było znów zobaczyć Rafę Marqueza, o którego dziś znajomy spytał mnie, czy jeszcze żyje. Żyje, został pierwszym piłkarzem, który czwarty raz z rzędu zagrał na mundialu jako kapitan. Rzucił mi się w oczy szczególnie w pierwszej połowie, gdy IDEALNIE dośrodkował na głowę Peralty. Niby zawsze defensywny zawodnik, ale technika dośrodkowania nienaganna. Mecz Meksyku z Chorwacją o wyjście z grupy zapowiada się znakomicie. Kamerun już swoje osiągnął – 7 tysięcy premii.

Paulinho? Z samych siebie się śmiejmy

paulinho

Od kiedy Paulinho przeszedł do Tottenhamu i stał się podstawowym zawodnikiem reprezentacji Brazylii, podniósł się śmiech z polskich trenerów, którzy nie widzieli w nim wielkiego potencjału, gdy grał w Łódzkim KS-ie.

To nie jest przypadek Michaela Essiena, który – jak głosi legenda – miał kiedyś nie przejść testów w Zagłębiu Lubin. Nie wiadomo czy to prawda, ale tak się mówi.

Polskich trenerów jest za co krytykować, nie mam żadnych wątpliwości. Ale najpierw trzeba patrzeć na siebie. Paulinho zagrał w Polsce w 17 meczach. Ilu z was, patrząc na niego wtedy, powiedziała: Boże, toż to piłkarski diament i facet na reprezentację Brazylii?

Kto z nas po 11 meczach Gorana Popova w Odrze Wodzisław, złapał się za głowę i powiedział: ten gość kiedyś będzie grał w Premier League! A kto patrząc na Carlo Costly’ego w GKS-ie Bełchatów powiedziałby, że dwa razy pojedzie na mundial i będzie podstawowym zawodnikiem swojej reprezentacji? I że Junior Diaz z Wisły Kraków będzie regularnie występował w zespole, który awansował z Bundesligi do europejskich pucharów?

Regularnie – jako środowisko – zachwycaliśmy się piłkarskimi półproduktami, które błyszczą tylko w Polsce, jak Semir Stilić, Maor Melikson, Manuel Arboleda czy Roger Guerreiro. Jednocześnie nie potrafimy ocenić potencjału innych zawodników. Trenerzy są śmieszni? Może i tak. Ale my też. Gapiliśmy się w tego nieszczęsnego Paulinho i widzieliśmy gościa z ŁKS-u, a nie środkowego pomocnika reprezentacji Brazylii na mundial.

Dzień 1. Brazylia ma charakter

Zaczęli. Niestety, od razu z niesmakiem.

Przeczytałem dziś, przygotowując się do mundialu, mądre zdanie. „Jedno jest przed mistrzostwami świata pewne. Będą sędziowskie kontrowersje”. Szkoda, że tak szybko.

Sam mecz oglądało się znakomicie. Potwierdziło się wszystko, co o obu drużynach się pisało. Kto dobrze odrobił zadanie domowe, nie mógł czuć się zaskoczony.

I tak, największa wątpliwość jeśli chodzi o Brazylijczyków dotyczyła tego, jak boczni obrońcy będą sobie radzić w defensywie, bo że atakować potrafią, to wszyscy wiemy. Przy golu dla Chorwatów Dani Alves zagalopował się bezsensownie do bramkarza, a potem już przez całą kontrę był o parę metrów spóźniony. Gospodarze nie zdążyli z asekuracją, a samobójczego gola (ich pierwszego w historii występów na mundialach) władował drugi boczny obrońca, choć za to akurat przesadnie bym go nie winił. Jelavić (Hull City!) z bliska go nastrzelił.

O Chorwatach wiedzieliśmy, że mają świetną drugą linię i groźne skrzydła (Olić!), ale wiedzieliśmy też niestety o obronie. W pierwszej połowie większość akcji Brazylijczyków wchodziła jak w masło z lewej strony, tej bronionej przez Simego Vrsaljko. Gracz Genoi nie dawał sobie rady ani z Neymarem, ani ze schodzącym tam często Oscarem.

Po przerwie objawiła się niestety kolejna słabość Chorwatów. Stoperzy. Gapiostwo Corluki przy stanie 1:1 mogło kosztować wiele, ale wtedy uratował się faulem. Gapiostwo Lovrena dało gola na 2:1, lecz nie umiem się z czystym sumieniem irytować na obrońcę Southamptonu. Jak świat światem, w takich meczach sędzia gospodarzom takiego karnego da i jest to jasne. Inna sprawa, że cholernie irytujące. Ale nie można nawet dawać pretekstu.

W drugiej połowie osłabł Olić, ale przyzwoicie wyglądał Perisić. Dobrą zmianę dał ruchliwy i waleczny napastnik Ante Rebić. Niestety, Chorwaci mają jeszcze jedną słabość. Bramkarza. Stipe Pletikosa przez lata był naprawdę solidnym fachowcem, który w eliminacjach do mundialu 12 lat temu puścił tylko dwa gole. Ale właśnie, 12 lat temu. Dziś na uboczu wielkiej piłki, w Rostowie nad Donem, 35-letni. Nie jest już tym bramkarzem, co kiedyś. Chyba mógł lepiej zachować się przy pierwszym golu. Drugi to karny, więc nie ma co go winić, ale jednak piłkę miał na rękach. Trzecia bramka to oczywiście świetny strzał z czuba Oscara, tyle że niespecjalnie mocny, zza pola karnego, w róg, w którym stał bramkarz. Szanujący się bramkarze takie uderzenia bronią. Pytania o siedzącego na ławce Danijela Subasicia, który ma za sobą dobry sezon, wrócą pewnie ze zdwojoną siłą.

U Brazylijczyków rozczarował mnie środek pomocy. Mimo że Chorwaci oddali inicjatywę, to jednak Modrić z Rakiticiem nakryli czapką Paulinho i Luisa Gustavo, wyprowadzając kontry i dyktując tempo jak chcieli i kiedy chcieli. Kluczowy okazał się jednak Oscar. Ze zrozumiałych względów to o Neymarze będzie się mówić jako o bohaterze, ale Oscar… Oscar zagrał znakomicie. 11 przechwytów to znakomity wynik. Był ruchliwy, groźnie dośrodkowywał, brał odpowiedzialność na siebie, no i na koniec strzelił gola. To definitywnie będzie motor Brazylii.

Neymar zrobił swoje, czyli udźwignął ciężar całego narodu. Nie zagrał wybitnego meczu, ale jest na ustach wszystkich, bo zrobił swoje. Najtrudniejszy krok już za Brazylią, teraz pójdzie już z górki. Najważniejsza informacja dzisiejszego dnia jest taka, że gospodarze potrafią odrabiać straty. Na Pucharze Konfederacji ani razu nie musieli tego robić, a na mundialu cztery lata temu, gdy już raz pierwsi stracili gola, to wylecieli z turnieju. Dziś pokazali psychiczną siłę.

Chorwacja wstydu na pewno nie przyniosła. Potwierdziła nie tylko słabości w niektórych miejscach, ale przede wszystkim potworną siłę w środku.

I tylko szkoda, że znów, zamiast wspominać naprawdę udany, zwłaszcza w porównaniu do kilku poprzednich, mecz otwarcia, musimy myśleć o gospodarskim sędziowaniu.

Na plus: Oscar, Neymar, Olić, Modrić, Rakitić, Perisić.

Na minus: Paulinho, Gustavo, Kovacić, Vrsaljko.

Przechowalnia mundialowych typów

ilustracja

Teraz się wszyscy zastanawiamy, analizujemy, sprawdzamy kadry, śledzimy ewentualną drogę w fazie pucharowej, by za chwilę się mądrzyć w domach. Przyjdą wujkowie, ciocie, którzy interesują się piłką od mundialu do mundialu. Trzeba będzie pokazać, że po coś przez te cztery lata się gapimy w piłkę z tygodnia na tydzień i coś jednak z tego kapujemy. Rozpaczliwie próbujemy więc typować, choć najmądrzej byłoby powiedzieć, że mecz można wygrać, przegrać lub zremisować.

Po mundialu część z nas będzie wszystkich przekonywać, że od początku tak mówiła. Ja nigdy nie ukrywam, że jestem najgorszym typerem na świecie, ale za to jaką radość mi sprawia, gdy wracam do starego tekstu i widzę, że raz na milion lat coś trafnie wytypowałem! Jak przed każdym turniejem mam masę typów, niektóre poparte wnikliwą analizą, inne strzelaniem w gnatach. Wiecie, o co mi chodzi. Ci wygrają, bo dobrze przesuwają jako formacja i płynnie przechodzą z obrony do ataku, a ci przegrają „bo tak”. Postanowiłem obnażyć się z wszystkiego, co czuję przed tym mundialem, a za miesiąc wrócić i się pośmiać. Jeśli ktoś chce podobnie, to zapraszam. Nie obiecuję, ale nie wykluczam, że jeśli objawi się wśród czytelników Z nogą w głowie nowa ośmiornica Paul, to zamiast ją – jak Niemcy – usmażyć, uhonoruję ją/go jakimś blogowym upominkiem.

Mistrzem świata będzie Brazylia. Niewiadomą będzie postawa bramkarza, ale Brazylijczycy mają świetną obronę, dobrych defensywnych pomocników, znakomitego trenera, który już wie jak wygrywać mistrzostwo świata. Myślę, że jako gospodarz nie zawiodą. Nawet jeśli atak nie powala na kolana. Jednocześnie uważam, że Brazylia nie wygra meczu otwarcia. Chorwaci to jeden z najbardziej niewygodnych przeciwników jacy istnieją. Nie byłbym pewny, że ograją Luksemburg, ale gdy cały świat będzie na nich patrzył, mogą stanąć ością w gardle. I myślę, że staną.

Lepiej niż się sądzi poradzą sobie Hiszpanie. Mają być jak Barcelona – wypaleni, bez błysku, syci. Ale myślę, że w ostatnich latach przekształcili się w drużynę turniejową. Najlepsze mecze w ciągu czterech lat pewnie zagrają w Brazylii. Hiszpanii daję półfinał albo finał.

Niemcy będą gigantycznym rozczarowaniem. Może nie na miarę odpadnięcia w grupie, ale myślę, że nie zakręcą się wokół strefy medalowej. Braków w obronie i na trenerskiej ławce nie uda się przeskoczyć.

Chile nie odpadnie w fazie grupowej. A biorąc pod uwagę, że myślę, iż Hiszpania poradzi sobie dobrze, typuję, że Holendrzy nie wyjdą z grupy. Jeśli jednak wyjdą, to z holenderskiej drużyny będzie się wywodzić jedno z objawień mistrzostw.

Kolumbijczycy dojdą przynajmniej do ćwierćfinału.

Anglicy nie odpadną w fazie grupowej i dojdą przynajmniej do ćwierćfinału.

Lepiej niż się sądzi, poradzi sobie Szwajcaria. Nie dość, że wyjdzie z grupy, to myślę, że dotrwa minimum do ćwierćfinału. I też będzie miała jedno z objawień mistrzostw.

Belgowie nie zostaną czarnym koniem, a rozczarowaniem. Odpadną z mistrzostw po fazie grupowej lub najdalej w drugiej rundzie. Nadspodziewanie dobrze poradzą sobie natomiast Rosjanie.

Argentyńczycy dojdą do strefy medalowej, może nawet do finału. Ale mistrzostwa świata nie zdobędą.

A was coś strzela w kościach? Dajcie znać w komentarzach. Wrócimy tu po 13 lipca.

Polacy nie chcą oglądać mundialu!

foto

My Polacy jesteśmy dość często zmuszeni do tego, by wybierać sobie na mundiale drugą reprezentację do kibicowania. A właściwie pierwszą, bo naszej nie ma już od połowy eliminacji. Ja ten problem rozwiązuję zawsze dość łatwo: kibicuję Holendrom i najsłabszym teoretycznie drużynom. Gdy już odpadną i Holendrzy i najsłabsze zespoły, sympatyzuję z Niemcami, co zazwyczaj pozwala mi przetrwać do samego końca mundialu z drużyną, której dobrze życzę.

Zastanawiało mnie jednak zawsze, jak rozkładają się sympatie w innych krajach i teraz pierwszy raz miałem okazję to sprawdzić. Przy okazji, mogłem też prześledzić nastroje w krajach mundialowych na dwa tygodnie przed startem turnieju. A konkretnie zrobili to za mnie badacze przeprowadzający ankiety w ramach projektu Komisji Europejskiej*. Mnie tylko przesłali bardzo ciekawe wyniki.

POLSKA

Spośród badanych krajów europejskich, najmniej osób planuje śledzić mundial w Polsce.

Szok numer jeden. 62,3 procenta ankietowanych deklaruje, że NIE BĘDZIE ŚLEDZIĆ MISTRZOSTW ŚWIATA. To bardziej przerażający wynik niż siedem procent dla króla w ostatnich wyborach. Z Korwina się wyrasta, z nieoglądania mistrzostw świata, obawiam się, że nie.

Nasi rodacy uważają w większości, że mistrzem świata zostanie Brazylia (17,3%) albo Hiszpania (15,6%). W inne kraje nie wierzymy niemal kompletnie. Bo jak nazwać ledwie 2% dla Argentyny?

Większość Polaków twierdzi, że mundial wygra Brazylia.

Z kolei sympatia nad Wisłą będzie wędrować raczej w kierunku Hiszpanów, którym będzie kibicowało 16,3% spośród ankietowanych. Na drugim miejscu jest Brazylia (8,4%) i Niemcy (6,2%).

EUROPA

Jeśli chodzi o śledzenie mistrzostw świata, w Europie będzie dużo lepiej niż w Polsce. Mundial chce oglądać 82,2% ankietowanych Niemców, 67,6% Duńczyków (nie podejrzewałbym ich o to), 67,3% Hiszpanów, 66,1% Francuzów itd. W żadnym z przepytywanych krajów tak często nie zgłaszano niechęci dla mundialu!

Największą dumę ze zwycięstw reprezentacji odczuwają Turcy, przed Niemcami. Najmniejszą Polacy, bo nie pamiętamy chyba jak to jest wygrywać i czuć z tego powodu dumę.

Co ciekawe, o ile Niemcy są dumni ze zwycięstw, to zupełnie nie smucą się porażkami. Przygnębienie po przegranej ich reprezentacji zadeklarowało tylko 3,9% respondentów. Oni z kolei chyba nie pamiętają, jak to jest przegrywać. Najsmutniejsi po porażkach są Włosi, przed Brytyjczykami.

Jeśli chodzi o wiarę w reprezentację przed mundialem, najlepiej wypadają Niemcy i Hiszpanie. Tylko 1,1% pytanych Niemców uważa, że ich drużyna nie wyjdzie z fazy grupowej, podczas gdy boi się tego aż 17,8% zagadniętych Anglików i Francuzów. Pewnych zwycięstwa w całym Turnieju jest blisko 10% Niemców i aż 17 procent Hiszpanów!

Jeśli chodzi o faworytów mundialu:

Austriacy wskazują Niemców.
Duńczycy, Niemcy, Francuzi, Włosi, Polacy, Hiszpanie, Brytyjczycy i Turcy Brazylijczyków. Swoją drogą, największą wiarę w Wybrzeże Kości Słoniowej wykazują Austriacy (0,8%), a w Kamerun Francuzi (0,9%). W moich biednych Holendrów najbardziej wierzą Turcy (4%).

I najciekawsze. Jak rozkładają się sympatie?

Austriacy kibicują głównie Niemcom. Bez zaskoczeń.
Duńczycy wolą Hiszpanów. Podobnie jak Francuzi, Polacy i Włosi. Hiszpanie najlepiej życzą sobie, ale gdy dowiadują się, że mają wybrać inną kadrę, wskazują Brazylię. Turcy też o dziwo najlepiej życzą Brazylii, a potem dopiero Niemcom.

Polska jest jedynym krajem obok Danii, w którym nikt nie wskazał sympatii dla reprezentacji Rosji. Bez zaskoczeń.

A czytelnicy Z nogą w głowie kogo będą wspierać na mundialu?

NAJ, NAJ, NAJ MUNDIALU…

Najmniej osób planujących śledzić mundial: Polska.

Najwięcej osób planujących śledzić mundial: Niemcy.

Najdumniejsi po zwycięstwach: Turcy.

Najmniej dumni po zwycięstwach: Polacy

Najmniej rozpaczający po porażkach: Niemcy.

Najbardziej rozpaczający po porażkach: Włosi i Anglicy

Najbardziej będziemy kibicować: Hiszpanii

Najbardziej wierzymy w: Brazylię.

Najbardziej wierzą w swoją reprezentację: Hiszpanie.

Największy faworyt mundialu to dla Austriaków: Niemcy, ale dla pozostałych badanych państw: Brazylia.

Austriacy najlepiej życzą: Niemcom, Turcy i Hiszpanie: Brazylijczykom, pozostali: Hiszpanom.

*Projekt “FREE – Football Research in an Enlarged Europe” jest innowacyjnym przedsięwzięciem akademickim z zakresu nauk społecznych, którego tematami są piłka nożna oraz europejska tożsamość. Projekt trwa trzy lata (2012-2015) i finansowany jest ze środków europejskiego siódmego programu ramowego (7PR) na rzecz badań i rozwoju technologicznego, na podstawie umowy grantowej numer 290805. Jego koordynatorem jest Szkoła Zarządzania ESSCA we Francji, która współfinansowała ankietę.Badania przeprowadzono przy współpracy wszystkich uniwersytetów zaangażowanych w projekt FREE: Københavns Universitet (Dania), Loughborough University (Wielka Brytania), Middle East Technical University (Turcja), Universitat de València (Hiszpana), Universität Stuttgart (Niemcy), Universität Wien (Austria), Université de Franche-Comté (Francja) oraz Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Koordynatorem badań ankietowych we wszystkich dziewięciu krajach była Céline Bracq z firmy BVA France. W Polsce badania zostały przeprowadzone przez firmę Mareco Polska w okresie grudzień 2013/styczeń 2014. Ankiety zostały przeprowadzone w formie telefonicznej. W każdym kraju zapytano po 800 osób. 

Neymar nawet w domu ćwiczył symulowanie

neymar

Najgłupszy tekst jaki napisałem –  mam nadzieję – jest już za mną. To był wpis „Neymar jak Tomek, który zatruł się grzybami„. Pisałem wtedy, że Neymar to jedynie dobrze wykreowane, samonakręcające się zjawisko medialne, ale żaden wielki piłkarz. Cóż, dziś myślę, że owszem jest umiejętnie stworzonym produktem, choć na pewno nie samonakręcającym się, ale przede wszystkim świetnym piłkarzem.

Wydawnictwo SQN przysłało mi biografię Neymara autorstwa Luki Caioliego. Westchnąłem, bo pisanie biografii 22-latka jest dla mnie jakimś wynaturzeniem i dowodem na to, że świat jednak mimo wszystko upada.

No, ale czytamy. Mniej zwracam uwagę na fragmenty, które są stworzone po to, by mrozić krew w żyłach – jak ten o małym Neymarze, który miał wypadek samochodowy i zalał się krwią. Mógł zginąć! W ogóle, mniej zwracam uwagę na samego Neymara, a bardziej na tło. Jak się pisze biografię 22-latka? Ano, rozpoczyna się od futbolu w Brazylii, potem pisze się o dziadku i ojcu bohatera, a potem wspomina się dopiero o nim samym. Caioli niewątpliwie się napracował. Rozmawiał nawet z lekarzem, który odbierał poród Neymara i dzieli się w książce odkrywczą myślą: „Wtedy nie miał jeszcze irokeza, więc nie rzucał się aż tak w oczy”.

Książka dobrze pokazuje, jak Brazylia jest świrnięta na punkcie futbolu. U nas transmituje się ekstraklasę, dwa mecze z I ligi i to wszystko. II ligi nie ma już w żadnej telewizji. W Brazylii są transmisje nawet z dziecięcych rozgrywek futsalowych (!!!). Dziecięcych, czyli 11-latków. Jak jesteś Brazylijczykiem, 20-letnią gwiazdę znasz już od 10 lat. Caioli ciekawie przedstawia też, dlaczego Neymar był tak ważny dla ligi brazylijskiej i tak długo nie przechodził do Europy. Jak cały sztab ludzi stworzył z niego celebrytę, jak pracował na jego wizerunek w mediach, jak dbał o pozyskiwanie sponsorów. Myślę, że to w dzisiejszych czasach wzorzec. Na długo zanim Europa widziała jak Neymar gra w piłkę, wszyscy podniecali się Neymarem.

Książka dokładnie potwierdza też, dlaczego Neymar do dziś mnie irytuje. Dokładnie widać w niej mechanizmy tworzenia jego sztuczności, wymyślanie przed meczem jak będzie celebrował gole (nie cierpię tego), zmienianie fryzur i tatuaży dla podtrzymania zainteresowania. Jeśli czujecie, że Neymar was wkurza, a nie wiecie czym, to po przeczytaniu tej książki dokładnie będziecie wiedzieli.

Ale najbardziej w tym wszystkim zszokował mnie fragment o mieszkaniu małego Neymara, w którym oczywiście grał w piłkę (kto nie?) i – uwaga – „ĆWICZYŁ PRZEWRACANIE SIĘ PRZEZ KANAPĘ”. Brzydzę się symulowaniem fauli i wszelkiego rodzaju nurkowaniem czy tłumaczeniami, że to część zawodowego futbolu, uważam, że to część, którą najbardziej trzeba wyciąć, bardziej niż brutalne faule. Ale pierwszy raz widzę, żeby ktoś już w domu czy na podwórku ćwiczył się w symulowaniu. U mnie na podwórku nawet ze złamaną nogą szło się na pogotowie dopiero gdy zapadł zmrok i już nie można było grać, nie mówiąc już o jakimś symulowaniu.

Neymar jest inny. Wkurzający, irytujący, ale genialny. Biografię warto przeczytać, by sobie wyrobić zdanie na temat faceta, który od czerwca pewnie będzie wam wyskakiwał z lodówki.

Tradycyjnie mam dla jednego z czytelników egzemplarz jego biografii. Wyślę go tej osobie, która na FANPAGE’U Z NOGĄ W GŁOWIE (tylko tam!) jako pierwsza poprawnie wytypuje wynik dzisiejszego meczu Realu Madryt z Barceloną.