Jak nie zmarnować Ligi Mistrzów

 legiaflickr.com

Jak awans polskiej drużyny do Ligi Mistrzów wpłynie na ekstraklasę? Przez lata rozmawialiśmy o tym czysto teoretycznie, teraz to realne pytanie. Rok w rok twierdzono, że kto pierwszy przebrnie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ten odstawi polską ligę o lata świetlne. Powtarzano to tak często, że wielu zaczęło wierzyć. W ostatnich tygodniach media zaczęły ten mit odkręcać, podając przykłady drużyn, które grały w Lidze Mistrzów, a chwilę później wpadały w poważne tarapaty – FC Thun, Artmedia Petrżałka czy Boavista Porto. To ciekawe przykłady, ale wnoszą do sytuacji polskiej stosunkowo niewiele, bo przed albo po tych drużynach, wchodziły do Ligi Mistrzów inne kluby z tych krajów. Niwelowała się więc ich przewaga nad resztą stawki. FC Thun nie mógł wielce zdominować ligi szwajcarskiej dzięki pieniądzom z Ligi Mistrzów, bo na przestrzeni kilku lat grały w elicie także Grasshoppers Zurych, FC Zurich czy FC Basel. Artmedię poprzedziło MFK Koszyce, a kilka lat po niej nastąpiła MSK Żylina. Boavista Porto to już zupełnie nietrafiona analogia, bo przecież przy Porto, Sportingu i Benfice, Boavista nawet w sezonie, gdy grała w Lidze Mistrzów, była biedakiem. Te przykłady coś mówią, ale nie tyle, ile by mogły.

By szukać analogii do ekstraklasy, trzeba byłoby znaleźć przypadki podobne do polskiego. A więc ligi, których tylko jeden przedstawiciel, tylko raz, dostał się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Lata posuchy – jeden awans, zgarnięcie pieniędzy i nie wiadomo, co dalej. Niewykluczone, że Legia zacznie grać w Lidze Mistrzów regularnie, niewykluczone, że wkrótce awansuje do niej inny polski klub. Na razie zakładamy, że to jednorazowy wybryk.

Nie jest łatwo znaleźć w Europie podobne przypadki. Na najbardziej zbliżony wygląda przykład węgierski. W sezonie 2009/2010, po raz pierwszy w XXI wieku, do Ligi Mistrzów zakwalifikował się klub z tego kraju – Debreceni VSC. Zgodnie z teorią o zależności jednorazowego awansu do Ligi Mistrzów i dominacji w kraju, Debreczyn powinien był do dziś niepodzielnie panować w biednej lidze węgierskiej. Minęło już od tego czasu siedem sezonów. To wystarczająco długi okres, żeby zobaczyć, na ile Debreczyn potrafił wykorzystać awans:

W sezonie awansu: mistrzostwo

rok później: 5. miejsce

dwa lata później: mistrzostwo

trzy lata później: 6. miejsce

cztery lata później: mistrzostwo

pięć lat później: 4. miejsce

sześć lat później: 3. miejsce

 W siedem sezonów, które upłynęło od gry w Lidze Mistrzów, Debreczyn trzy razy wygrał ligę węgierską. To dużo, ale trudno mówić o dominacji nad Videotonem Fehervar, Ferencvarosem, Gyori ETO czy Paksi, które o milionach z UEFA mogły pomarzyć.

 Podobnie było z Mariborem. Tu mamy krótszy okres analizy. Niemniej, w sezonie awansu do elity Maribor został mistrzem Słowenii, ale już rok później przegrał z Olimpią Lublana. Potrzeba jeszcze czasu, by ocenić, jak ułoży się sytuacja w Kazachstanie. FK Astana grał w Lidze Mistrzów przed rokiem. W tym roku idzie pewnie po mistrzostwo. Ale to jeszcze niczego nie dowodzi, bo na przykładach Debreczyna i Mariboru widać, że w sezonie awansu do Ligi Mistrzów drużyny zwykle wygrywały ligę krajową. Problemy zaczynały się od drugiego sezonu.

 Jest jeszcze kilka przykładów zbliżonych do Polski, choć nie identycznych. Chodzi o ligi, które w XXI wieku miały tylko jednego przedstawiciela w Lidze Mistrzów, ale za to kilkakrotnie. To Norwegia z Rosenborgiem Trondheim, Serbia z Partizanem, Białoruś z BATE Borysów, Szwecja z Malmoe FF i Chorwacja z Dinamem Zagrzeb. W ciągu dziewięciu sezonów od ostatniego awansu do Ligi Mistrzów, Rosenborg trzy razy był mistrzem Norwegii. Żadnej dominacji nad Brann Bergen czy Stabaekiem nie widać. Partizan w ciągu sześciu sezonów, dwa razy przegrywał z Crveną Zvezdą. Znowu – to nie jest dominacja, tylko normalne, odwieczne serbskie realia. Malmoe w roku pierwszego awansu, wygrało ligę szwedzką, ale w roku drugiego już piąte miejsce. O prawdziwych dominacjach, absolutnym monopolu na wygrywanie, można mówić tylko w dwóch przypadkach – Dinama Zagrzeb, wygrywającego ligę chorwacką jedenaście (!) razy z rzędu i BATE Borysów, rządzącego na Białorusi nieprzerwanie od dziesięciu lat. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że pierwsze w XXI wieku awanse tych klubów do Ligi Mistrzów przypadały na środek krajowej dominacji. Awans do Ligi Mistrzów nie rozpoczynał rządów, tylko był ich potwierdzeniem. Bardzo prawdopodobne, że bez gry w elicie oba kluby i tak byłyby najsilniejsze w swoich krajach.

 A byłyby najsilniejsze, bo jako jedyne tak mocno postawiły na szkolenie i akademie. Dinamo Zagrzeb raz do Ligi Mistrzów wchodzi, innym razem nie. To bonusy. Klub utrzymuje się jednak przede wszystkim ze sprzedaży swoich perełek na Zachód, za olbrzymie pieniądze. 23 miliony euro za Marko Pjacę do Juventusu, 21 milionów euro za Lukę Modricia do Tottenhamu, 13,5 miliona za Eduardo do Arsenalu, 13 milonów za Vedrana Corlukę do Manchesteru City, 11 milionów za Mateo Kovacicia do Interu Mediolan, itd. W ostatnich dziesięciu latach Dinamo zarobiło na transferach około 180 milionów euro. To dużo więcej niż za regularne zbieranie batów w Lidze Mistrzów. To, a nie Liga Mistrzów, jest źródłem dominacji klubu z Zagrzebia. Choć Champions League niewątpliwie bardzo pomaga – po pierwsze, pozwala pokazywać największe talenty na najbardziej atrakcyjnych wybiegach, a po drugie pozwala inwestować w akademię i pozyskiwać największe talenty z innych bałkańskich klubów. Gdyby jednak Dinamo pierwszy awans do Ligi Mistrzów wykorzystało, by kupić kilku drogich emerytów z nazwiskami, pewnie nie miałoby tak imponujących przychodów z transferów.

 BATE również wybudowało najnowocześniejszą akademię na Białorusi, zbierającą największe talenty ze swojego kraju. Tutaj oczywiście przychody z transferów nie są aż tak imponujące, niemniej w Lidze Mistrzów grają regularnie, choć skład zawsze w zdecydowanej większości oparty jest na Białorusinach, narodzie przecież niespecjalnie liczącym się w piłce. BATE sprzedało w ostatniej dekadzie swoich zawodników za ponad 15 milionów euro, co nie rzuca na kolana, ale za to samo korzysta ze swojej akademii, zapewniając sobie dominację w kraju i od czasu do czasu, niezłe występy za granicą.

 Jednym z najciekawszych pytań, jakie pojawia się dziś w polskim futbolu, jest to jak Legia wykorzysta swój awans do Ligi Mistrzów. Inwestowanie w gotowych zawodników, „na już”, mijałoby się w tym momencie z celem. Obecnym składem Legia jest w stanie wygrać ekstraklasę, a choćby kupiła teraz najlepszych zawodników, na jakich ją aktualnie stać i tak niczego nie zmieni to w rywalizacji z wielokrotnie bogatszymi i lepszymi Sportingiem, Borussią Dortmund, o Realu nie wspominając. Moment trzeba byłoby wykorzystać najpełniej, jak się da – sprzedając 29-letniego Nemanję Nikolicia najdrożej jak to możliwe, umożliwiając odejście 29-letniemu Pazdanowi, z pokorą przyjąć baty w Lidze Mistrzów, a na koniec sezonu przeliczyć. Kilkanaście milionów euro z tytułu awansu do fazy grupowej, około dziesięciu milionów euro ze sprzedaży Ondreja Dudy, Pazdana i Nikolicia. Mając w rękach ponadprogramowe około 30 milionów euro można zbudować niezły, europejski klub, na solidnych podstawach.

 Przede wszystkim, zastanowić się nad strukturą składu, który niebezpiecznie zaczyna przypominać Wisłę Kraków Maaskanta – z tą różnicą, że Wisła nie przebiła się do Ligi Mistrzów. Pomijając Pazdana i Nikolicia, Legia nie bardzo ma już kogo sprzedać za ponad milion euro. Mających ponad lub blisko 30 lat Arkadiusza Malarza, Tomasza Jodłowca, Igora Lewczuka, Kaspra Hamalainena czy Tomasza Brzyskiego? Odrzuconych na Zachodzie – Thibaulta Moulina, Stevena Langila, Vadisa Odidję-Ofoego, Adama Hlouska? Z obecnej kadry, jakąkolwiek nadzieję na przyzwoite pieniądze dają jedynie Guilherme i – o zgrozo – Michał Kucharczyk. Reszty nie uda się drogo sprzedać nikomu, nawet Chińczykom.

 Legia ma teraz doskonałą okazję, by zainwestować jeszcze mocniej, w planowaną i tak, akademię. Rozwinąć skauting młodzieżowy, zmienić strukturę kadry. Działać jak, nie przymierzając, RB Lipsk – zbierać ciekawych zawodników od juniorów do 23. roku życia z tej części Europy. Sprawić, by dla zdolnego nastolatka było jasne, że droga do kariery wiedzie przez Legię, tak jak dla zdolnego Szwajcara wiedzie przez Bazyleę, dla zdolnego Białorusina przez BATE, a dla zdolnego Chorwata przez Dinamo Zagrzeb. By Robert Lewandowski czy Artjoms Rudnevs odchodzili do Bundesligi z Legii, a nie z Lecha, by Bartosz Kapustka czy Arkadiusz Milik, przed pójściem na Zachód widzieli korzyść w przejściu z Cracovii czy Górnika do Legii. Nie chodzi o to, by zapomnieć o aktualnych wynikach, ale o to, by ściągać i wychowywać na tyle dobrych, młodych piłkarzy, by móc jednocześnie wygrywać w lidze, grać w pucharach i zarabiać na transferach. Tak funkcjonują zdrowe kluby z drugiego szeregu. Miejsce polskiej ligi w europejskim łańcuchu pokarmowym jest takie, że nigdy nie będzie szansy zatrzymania najlepszych piłkarzy w Legii. Naturalne ma być, że kto się wybije, zostanie sprzedany. Legia nie zaczyna od zera, bo w ostatnich latach miała już wiele ciekawych, wielomilionowych transferów. Ale i tak jest dopiero na początku drogi.

Działając w ten sposób, Legia ma szansę zdominować polski rynek na lata. Wydając zarobione pieniądze na najlepszych aktualnie w polskiej lidze 29-latków, na podstarzałe odrzuty z poważnych lig i na odprawy dla zwalnianych co kilka miesięcy trenerów, za chwilę przegra mistrzostwo z jakimś Zagłębiem Lubin. Ten awans Legii do Ligi Mistrzów może mieć piękny walor edukacyjny w skali ogólnonarodowej. Wszystkim wydawało się, że gdy już ktoś przebije się z Polski do fazy grupowej, zrobi to po wielkiej ofensywie transferowej, w doskonałym stylu, wyważając bramę. Okazało się, że czasem ułańskie szarże znaczą mniej niż rzetelna, coroczna, solidna praca i ciułanie punktów do rankingu. Życzę Legii, żeby pieniądze z Ligi Mistrzów wydawała tak, jak do niej awansowała – mało spektakularnie. Sami w tym roku w Warszawie zobaczyli, że nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nagroda za lata rzetelnej pracy, krok po kroku.

„Piszczek opiera się odmłodzeniu w Borussii. Błaszczykowski musiał odejść”

10575605576_edc3655e7e_z

Na „Z nogą w głowie” kontynuujemy przygotowania do startu Bundesligi z najlepszymi polskimi ekspertami od niemieckich klubów. Po rozmowie z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium, dziś przyglądamy się sytuacji Borussii Dortmund, głównej nadziei całej ligi na zdetronizowanie Bawarczyków. Naszym przewodnikiem będzie Paweł Musiał, redaktor polskiego serwisu klubu z Dortmundu – borussia.com.pl.

Masz jakiekolwiek nadzieje, że Borussia Dortmund w tym sezonie wreszcie poważnie zagrozi Bayernowi Monachium?

Paweł MUSIAŁ: – Z jednej strony, zmiana trenera w Bayernie czy też – biorąc pod uwagę podatność kilku zawodników na kontuzje – nieco zbyt wąska kadra monachijczyków, to jakieś przejawy tego, że to jest właśnie ten sezon, w którym Bawarczyków uda się zdetronizować. Z drugiej strony, mam świadomość, że Borussia straciła trzech kluczowych zawodników, piłkarzy klasy światowej. W klubie panuje rewolucja personalna, więc ciężko wymagać, by wszystko grało od początku. Spodziewam się, że Thomas Tuchel będzie jednak potrzebował trochę czasu zanim to wszystko zaskoczy. Czyli są jakieś przesłanki, że to może być słabszy sezon Bayernu, ale zmiany w Borussii mogą sprawić, że nie uda się tego wykorzystać.

Do tego dochodzi jeszcze Liga Mistrzów, którą Dortmund nie musiał sobie w zeszłym sezonie zaprzątać głowy.

Zdecydowanie. Dla Tuchela to będzie debiut w Lidze Mistrzów i to też pewien znak zapytania, jak drużyna będzie w stanie to łączyć z Bundesligą. Na pewno Liga Mistrzów wymaga innej motywacji, Tuchel też będzie musiał pokazać coś nowego. Faktycznie, może to mieć przełożenie na ligę, ale kadra Borussii jest jednak dość szeroka. Mam nadzieję, że wystarczająco.

Borussia dostała za piłkarzy ponad sto milionów i wydała na nowych graczy sto milionów. Wzmocniła się czy osłabiła?

Z początku byłem trochę podłamany. Spodziewałem się, że Ilkay Guendogan odejdzie, bo na to się zanosiło od dawna. Mats Hummels dał do zrozumienia, że szanse na jego pozostanie wynoszą 50 na 50, więc też można się było spodziewać, że odejdzie. Ale najbardziej zszokowało mnie, że odszedł Henrich Mchitarian, po roku tak owocnej współpracy z Tuchelem. Odejście całej trójki musiało boleć. Zwłaszcza, że klub dawał do zrozumienia, że wzmocnienia mogą się skończyć na kilku młodych zawodnikach. Potem jednak doszli Andre Schuerrle oraz Mario Goetze i sytuacja zaczęła wyglądać lepiej. Zespół opuściło trzech klasowych piłkarzy, ale z drugiej strony – Hummels miał fantastyczną rundę, lecz wcześniej nie brakowało głosów, że to dobry moment na zmianę środowiska, bo był nierówny, chimeryczny. Guendogana cały czas trapiły kontuzje i w ostatnich sezonach nie zawsze był ważnym ogniwem. A Mchitarian – przed przyjściem Tuchela – był największą klapą transferową w historii klubu. Do tego w ostatnich latach z nimi, Borussia nie zdobyła żadnych trofeów. Nie chcę być źle zrozumiany – to świetni zawodnicy, ale mam wrażenie, że to był odpowiedni moment na zmianę. Też nie wyobrażałem sobie klubu bez Juergena Kloppa, a po roku wszyscy zachwycamy się Tuchelem, jego Borussią, stylem prowadzenia drużyny. Dlatego mam nadzieję, że teraz wszystko też pójdzie w dobrą stronę.

8682625903_724832bf5e_z

Wspomniałeś o Goetzem. Jak – jako kibic Borussii – traktujesz jego powrót? Jako policzek ze strony klubu w kierunku fanów?

- Jeszcze przed kilkunastoma miesiącami taki transfer wydawał mi się nierealny i nie do zaakceptowania. Ale wiemy, ile się od tego czasu wydarzyło. Nie pomyślałbym też, że Hummels wróci do Bayernu. Takie jest życie kibica. Futbol jest szalony. Dziś fani Bayernu witają Hummelsa, fani Borussii witają Goetzego. Dobro klubu jest najważniejsze. Wierzę, że Mario doda Borussii jakości. To nadal bardzo młody zawodnik, ale już z ogromnym bagażem doświadczeń. Nadal ma ogromny talent, bo to się przecież nie zmieniło w czasie jego pobytu w Monachium. Obudziliśmy się w takiej rzeczywistości. Trzeba to zaakceptować, dać mu szansę i wierzyć, że znów poprowadzi Borussię do sukcesów.

A co z Andrem Schuerrlem? On też nie był oczywistym wyborem.

To fakt, ten transfer też wzbudził w Dortmundzie kontrowersje. Kosztował około 30 milionów euro, a wszyscy mają w pamięci, że w ostatnich latach był bardzo nierówny. Ciężko powiedzieć, jak się rozwinie. Ale trzeba pamiętać, że swój bardzo dobry okres w Bundeslidze przeżywał w Mainz, pod skrzydłami Tuchela. Borussia zdecydowała się na bardzo odważny ruch. To taki autorski transfer Tuchela. Mam nadzieję, że Schuerrle się przebudzi, a Tuchel będzie w stanie dobrze zagospodarować go dla drużyny.

Schuerrle przychodzi w ramach pewnej wymiany z Wolfsburgiem za Jakuba Błaszczykowskiego. Byłeś zaskoczony tym, że Kuba nie dostał szansy?

Bardzo ubolewam nad tym, jak sprawy potoczyły się przede wszystkim przed rokiem. Żałuję, że wtedy nie zdecydował się na pozostanie w BVB. Łatwo mówić z perspektywy czasu, ale to była najlepsza okazja, by przekonać do siebie Tuchela. Jak się okazało, Adnan Januzaj nie odegrał w Borussii żadnej roli. Jonas Hofmann, po dobrym początku, również rzadko pojawiał się w składzie. Później często pierwszą opcją na skrzydło bywał Gonzalo Castro czy – w dalszej fazie sezonu – Erik Durm. Tego mi najbardziej szkoda. Błaszczykowski mógł wtedy wrócić do łask. Teraz, po transferach Emrego Mora i Ousmane’a Dembelego, można się było jeszcze łudzić, że znajdzie się miejsce dla Kuby. Ale pozyskanie Goetzego i Schuerrlego postawiło sprawę jasno. Wtedy byłem już przekonany, że Polak odejdzie. Od strony kibicowskiej, to wielka szkoda, że tracimy kolejnego zasłużonego zawodnika, jednak jak najbardziej rozumiem decyzję Tuchela. Kuba jest już dość zaawansowany wiekowo. Nie chcę robić z niego emeryta, ale znamy jego podatność na kontuzje. Do tego dochodzi chęć odmłodzenia kadry BVB. Musiał szukać szczęścia gdzie indziej.

 Temu odmłodzeniu cały czas opiera się Łukasz Piszczek, najstarszy piłkarz Borussii z pola. Myślisz, że znów będzie wyborem numer jeden na prawej obronie?

- Przed rokiem bałem się co z nim będzie, po tych jego problemach z biodrem. Na szczęście przetrwał tę rewolucję Tuchela, przetrwał świetną rundę Matthiasa Gintera i potrafił na nowo wywalczyć sobie miejsce w składzie. W tym sezonie raczej nic się w tej kwestii nie zmieni. Felix Passlack to moim zdaniem przyszłość reprezentacji Niemiec na prawej obronie, ale będzie potrzebował trochę czasu. Na pewno rozegra kilka spotkań, zbierze doświadczenia, ale Piszczek nie musi się obawiać z jego strony o miejsce w składzie. Opcją jest również Ginter, ale Tuchel w tym sezonie da mu więcej szans na środku obrony. Nie będzie bezpośrednim rywalem Piszczka, tylko ewentualną możliwością na wypadek kontuzji Polaka. On też ma swoje predyspozycje, ale znamy jego braki w dynamice. Jest jeszcze Durm. Nie wiemy, ile potrwa jego przerwa. Docelowo jednak myślę, że to ostatni sezon Durma w Borussii. Pałeczkę po nim przejmie Passlack i to on będzie powoli wdrażany w zespół. To jednak trochę potrwa i Łukasz ma jeszcze przynajmniej sezon regularnej gry przed sobą.

 Na wiosnę Tuchel wystawiał czasem Piszczka jako jednego ze stoperów w systemie z trójką obrońców. Myślisz, że może w tym miejscu zostać na dłużej?

- Raczej będzie zmieniał ustawienie tylko w pewnych fragmentach meczu, zależnie od sytuacji. Myślę, że nie będzie uwzględniany jako środkowy obrońca, nie licząc pewnych krótkich, awaryjnych sytuacji. Ogólnie, przed sezonem pojawiały się głosy, że Tuchel może chcieć częściej grać na trzech obrońców. To pewnie możliwe, ale na razie wygląda na to, że bazowym ustawieniem pozostaje system z czterema defensorami.

Borussia wprowadza do Bundesligi kilku nowych, bardzo ciekawych piłkarzy. Po kim obiecujesz sobie najwięcej?

- Borussia sprowadziła ośmiu nowych piłkarzy. Każdy jest wciąż młody i z potencjałem na jeszcze lepszą grę. Gdybym miał wybrać jednego, wskazałbym na Dembelego. Wszyscy wiążą z nim duże nadzieje, ze względu na swobodę poruszania się z piłką. Borussia będzie miała z niego wiele radości, a przypuszczam, że w przyszłości także wiele pieniędzy. Ciekawy jest też Emre Mor. Na razie trochę chaotyczny, pytanie czy będzie potrafił przejść granicę z juniorskiej do seniorskiej piłki, bo znamy jednak przypadki graczy imponujących techniką, szybkością, dryblingiem, ale nazywamy ich jeźdźcami bez głowy. Niemniej, w obu przypadkach, ich umiejętności są naprawdę imponujące i z przyjemnością patrzy się jak mijają kolejnych rywali.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego

Zdjęcia: Flickr.com/creative commons

 

Hummels i Bayern. Transfer niemal idealny

Transfer Matsa Hummelsa do Monachium nabiera coraz wyraźniejszych kształtów. Najpierw zamieszanie swoimi wypowiedziami wywołał ojciec piłkarza, teraz coraz poważniejsze źródła potwierdzają rozmowy. Nawet Hans-Joachim Watzke, prezes Borussii Dortmund, przyznał wczoraj, że „jeśli Hummels odejdzie z Borussii, to raczej do Bayernu”. To byłby dla obu stron transfer ze wszech miar zrozumiały.

Fatalny błąd Klinsmanna

Hummels nie ukrywa, że Monachium jest docelowym miejscem, w którym ma osiąść jego rodzina. Zamieszkał tam, wraz z rodzicami, jako siedmiolatek w 1995 roku. Żył w stolicy Bawarii przez 13 lat. Na przedmieściach Monachium, w Unterhaching, do dziś pracuje jego ojciec. W tamtejszym IV-ligowym klubie gra jego młodszy brat. Z Monachium pochodzi jego żona. A on sam przez 13 lat grał w Bayernie. Przeszedł przez wszystkie grupy wiekowe. W 2007 roku, jako 19-latek, zagrał 38 minut w kończącym sezon meczu z FSV Mainz. Na więcej u Ottmara Hitzfelda nie mógł liczyć, bo przegrywał rywalizację z ówczesnymi stoperami Martinem Demichelisem i Luciem. Gdy pół roku później bawarski klub ściągnął za 12 milionów brazylijskiego stopera Breno, który zasłynął tylko tym, że spalił swój dom, Hummels zdecydował się odejść na wypożyczenie. Chciało go Hoffenheim, ale trafił do Dortmundu. Miał tam otrzaskać się z Bundesligą i wrócić do Bayernu jako podstawowy zawodnik. Ale talentu nie rozpoznał w nim Jürgen Klinsmann i stoper został sprzedany do Dortmundu za cztery miliony euro.

Od dziecka fan Bayernu

To była pomyłka, która ludziom w Bayernie długo tkwiła w głowie. Próbowali ściągnąć Hummelsa z powrotem w 2012 roku. Później spekulowało się o tym transferze jeszcze kilka razy. Ostatnio – pół roku temu, gdy Bayern na gwałt potrzebował stopera. Ale takiego transferu nie da się przeprowadzić w cztery dni, zwłaszcza w zimowym okienku transferowym. Teraz powrót wydaje się dużo bardziej prawdopodobny. Zwłaszcza, że lata temu Hummels podkreślał, że do momentu odejścia z Bayernu, był fanem tego klubu i „jego celem zawsze było grać dla Bayernu”. O tym, że perspektywy finansowe i sportowe w Monachium są lepsze niż w Dortmundzie, nie trzeba nikogo przekonywać. Dla Hummelsa to ruch praktycznie bez wad. W Borussii gra osiem i pół roku. Ma 27 lat. Obecny kontrakt obowiązuje do 2017 roku. Pozostając teraz w Dortmundzie, musiałby sobie odpowiedzieć na pytanie czy nie zostanie tam aby do końca kariery. Bardzo ryzykując, że nigdy nie wygra Ligi Mistrzów i wiedząc, że ciężko mu będzie zostać mistrzem Niemiec.

Wizerunkowe mistrzostwo świata

Dla Bayernu Hummels też byłby transferem idealnym. Takiego zawodnika Bayernowi brakowało od dawna. W Jeromie Boatengu Bawarczycy mają jednego z najlepszych stoperów świata. Ale Boateng jest tylko jeden. Ustawiani obok Niemca David Alaba czy Javi Martinez są oczywiście świetnymi piłkarzami, ale na najwyższym poziomie często wychodzi, że brakuje im tych kilku procent. Zwłaszcza jako stoperom, w czasach przed Guardiolą grali przecież w innych rejonach boiska. Hummels to postać godna Bayernu. Z Boatengiem znają się od lat. Tworzą przecież duet stoperów reprezentacji Niemiec. Razem zdobyli mistrzostwo świata. Uzupełniają się idealnie. Sportowo byłby wielkim wzmocnieniem i zapełnieniem pewnej luki. Także wizerunkowo byłby bardzo wygodny.Od lat narzeka się, że w Bayernie gra coraz mniej Niemców i coraz mniej wychowanków, co było niegdyś klubowym fundamentem. Hummels jest jednym z nielicznych piłkarzy spełniających trzy warunki: a) gracz światowej klasy b) Niemiec c) wychowanek Bayernu. Aż dziw, że dopiero dziś ten transfer nabiera kształtów.

Lepszy Bayern niż Barcelona

Miotają mną mieszane uczucia czy to dobry transfer dla bezstronnych fanów Bundesligi. Odejście Hummelsa będzie wielkim osłabieniem Borussii. Bayern znów skumuluje u siebie najlepszych piłkarzy ligi niemieckiej. W momencie, w którym rywalizacja o mistrzostwo Niemiec zaczynała się robić ciekawa, to będzie spory cios w Dortmund. Z drugiej strony, ostatnimi czasy zaczynała się nasilać niebezpieczna tendencja, w której najlepsi piłkarze Bundesligi nie idą do Monachium, ale do innych lig. Rozumiem, że zatrzymanie Hummelsa w Dortmundzie będzie trudne. Rozumiem, że nadszedł moment na transfer. A jeśli już ma odejść z Dortmundu, to lepiej, żeby trafił do Monachium i pozostał w Bundeslidze niż żeby grał w Barcelonie czy innym Manchesterze. Jeśli angielskie pieniądze sprawiają, że najlepsi piłkarze z Niemiec mają wyjeżdżać do Premier League, to cieszę się, że Bayern jest w stanie się temu przeciwstawić.

A poza wszystkim, transfer Hummelsa do Monachium miałby istotny walor estetyczny. Oznaczałby, że będziemy mogli co tydzień – a nie raz na kilka miesięcy, gdy gra reprezentacja Niemiec – podziwiać najlepiej wyprowadzających piłkę, najbardziej elegancko grających, stoperów świata, występujących obok siebie. Ta perspektywa nie pozwala mi pomstować na Bayern, że znów uderza w konkurencję.

Juergen Klopp w Liverpoolu. Kibicuję i mam obawy

Muszę przyznać, że decyzją o wzięciu Liverpoolu, Juergen Klopp mnie zaskoczył. Z jakiegoś powodu, po jego odejściu z Borussii Dortmund, wszyscy spodziewali się, że weźmie jakiś romantyczny, trochę podupadły, klub z duszą, twierdząc, że do nowoczesnej piłkarskiej korporacji nie pasuje. Myślałem, że to naiwne myślenie, byłem niemal pewny, że trafi raczej prędzej niż później do Bayernu Monachium, a jednak Klopp pozytywnie mnie zaskoczył. Nie poszedł na łatwiznę. Wziął klub niewątpliwie wielki, ale nie tak wielki jak mógłby wziąć. To ładne. Podtrzymuje jego wizerunek swojskiego gościa, który pójście do Bayernu niewątpliwie by nadszarpnęło.

Na to, że Klopp wyląduje w Anglii, wskazywało wiele czynników. Po pierwsze, sam trener podkreślał, że nie wyobraża sobie pracy w kraju, którego języka nie zna. Z tego powodu raczej odpadała Hiszpania – bo wiemy, że po hiszpańsku umiał tylko zamówić piwo, a w grę wchodziła Anglia i Niemcy. A że w Niemczech sens miałoby jedynie pójście do Bayernu, ale nie pasowałoby do jego wizerunku, Anglia wydaje się naturalnym kierunkiem. Po drugie, już od dawna pomiędzy Kloppem a angielskimi mediami dało się wyczuć szaleństwo. Angielska prasa uwielbiała Kloppa od wielu lat. Uwielbiała tak bardzo, jak żadnego trenera od czasów wczesnego Mourinho w Chelsea. Jestem absolutnie przekonany, że jego konferencje prasowe w pierwszych miesiącach będą hitami. To dla Kloppa miejsce, w którym będzie się czuł doskonale.

Z drugiej strony, obawiam się o niego. Obawiam się, że Anglicy nie będą potrafili się z Kloppem obchodzić. Sposobem zarządzania, większość klubów Premier League nie dorasta do pięt klubom Niemieckim. Są chaotyczne, przepłacone, miotające się od ściany, żądające natychmiastowych wyników. Liverpool, owszem, dał Brendanowi Rodgersowi sporo czasu, ale obawiam się, że Kloppa wita się w klubie jak Jezusa. Cudotwórcę, który wszystko od razu odmieni. Obawiam się, co się stanie, gdy nie okaże się Jezusem i nie wszystko odmieni. Liverpool nigdy nie wygrał Premier League. Ma lata zapóźnień. W drużynie nie ma dziś ani jednej gwiazdy światowego czy choćby europejskiego formatu, którymi przepełnione są kluby konkurencyjne. Jeśli Liverpool bierze trenera na lata, robi doskonały ruch. Jeśli nie odda się mu w pełni, może się okazać, że wyrzuca pieniądze w błoto.

Pamiętajmy, że Kloppowi zdarzyło się spaść z ligi. Że zanim podbił Bundesligę, najpierw zajął z Borussią szóste miejsce, później piąte, a dopiero w trzecim sezonie pierwsze. Że zanim awansował do Ligi Mistrzów, słabo spisał się z Dortmundem w Lidze Europy. Zanim podbił Ligę Mistrzów, odpadł z Borussią w fazie grupowej. Historia Kloppa w Dortmundzie była dlatego piękna, że była PROCESEM stopniowego wzrostu piłkarzy, trenera i klubu. Procesem, a nie magicznym dotknięciem, którego – mam wrażenie – Anglicy oczekują.

Zagadką pozostaje też struktura samego klubu. Nie zaniżając zasług Kloppa, bo te są ogromne, nie on sam dźwignął klub na nogi. Klopp miał w Dortmundzie największe skarby – mądrego i cierpliwego prezesa oraz skutecznego i sensownego dyrektora sportowego. Był w Dortmundzie idealnie dobranym bardzo ważnym, ale jednak tylko elementem układanki, która doprowadziła do sukcesu. Jeśli Liverpool nie ma wypracowanych takich struktur, wcale nie jest pewne, że Kloppowi się powiedzie. Poza tym, w Niemczech Klopp pracował tylko jako trener. W Anglii dostanie pewnie pełnię władzy, bez żadnego dyrektora sportowego nad sobą. Będzie musiał się zajmować całym klubem, a nie tylko samą drużyną. Nikt nie jest w stanie na ten moment powiedzieć, jak sobie z tym poradzi, ale nie jeden znakomity trener już w tym modelu sobie nie poradził. Nie jest przypadkiem, że dotychczas w Premier League pracował tylko jeden niemiecki trener – Felix Magath – który na dodatek spadł z ligi. Modele pracy w obu ligach są skrajnie różne, trudno przeskakiwać pomiędzy jednym a drugim.

Liverpool kupuje sobie w osobie Kloppa fantastyczne narzędzie. Jeśli będzie w stanie się nim umiejętnie posługiwać, tylko zyska. Ale Premier League jest ligą tak wynaturzoną, że wcale nie jest to pewne. Wiadomo natomiast, że jedno Liverpoolowi pod Kloppem uda się osiągnąć już od pierwszego wejrzenia: znaczny wzrost sympatii dla klubu na całym świecie. Nie wiem czy Liverpool wziął najlepszego trenera na świecie, ale na pewno najfajniejszego. Każdy kibic chciałby go w swojej drużynie. Fani Liverpoolu, wiedzcie: zazdroszczę wam. Nie zmarnujcie tej szansy.

Borussia Dortmund a Błaszczykowski. Jestem zawiedziony

kuba

Cały czas miałem nadzieję, że ten wpis nie będzie musiał powstać. Prawdopodobnie byłem jedną z ostatnich osób, która cały czas wierzyła, że ktoś się w Dortmundzie zreflektuje. Niestety, Jakub Błaszczykowski odszedł z Borussii, odszedł z Bundesligi i trudno nie odbierać tego jako końca pewnej epoki.

Błaszczykowski od zawsze

Nie staram się nawet ukrywać, że Kubę Błaszczykowskiego darzę wielką sympatią. Być może nawet największą spośród wszystkich współczesnych polskich piłkarzy. Roberta Lewandowskiego czy Łukasza Piszczka szanuję i podziwiam, Błaszczykowskiego lubię. Choć rzadko mi się to zdarza, od pierwszego zobaczenia Błaszczykowskiego w barwach Wisły Kraków, było dla mnie jasne, że zrobi karierę. Miał wszystkie zalety dobrego skrzydłowego – drybling, przebojowość, szybkość, ciąg na bramkę, waleczność, a nie miał wad typowego polskiego skrzydłowego, czyli nie był jeźdźcem bez głowy. W jego przypadku byłem pewien, że nie przepadnie jak wiele polskich talentów na zachodzie. W przypadku Lewandowskiego takiej pewności nie miałem, nie mówiąc już o Piszczku.

Reklama Polaków w Bundeslidze

Dla postrzegania Polaków w Niemczech był postacią szczególną. W 2007 roku, gdy przechodził do Dortmundu, akurat dokonywała się wymiana pokoleniowa. Roczniki – nazwijmy je – Engelowe już odeszły, albo w Bundeslidze dogorywały – Dariusz Żuraw, Mariusz Kukiełka czy Jacek Krzynówek. Artur Wichniarek wprawdzie grał i strzelał, ale dla Niemców nie był już żadną reklamą polskiego futbolu, bo Hertha już go negatywnie zweryfikowała. Tomasza Zdebela Niemcy w ogóle nie uznawali za Polaka, a Łukasz Piszczek w Hercie nie robił jeszcze niczego, co kazałoby pozytywnie pomyśleć o polskiej piłce. Błaszczykowski był pierwszym od kilku lat wziętym z polskiej ligi zawodnikiem, który wniósł świeżość, dynamikę, który potrafił grać. Jego dobre wejście w Dortmund przyczyniło się do powrotu mody na Polaków.

Został tylko Roman

Kuba przyszedł do Dortmundu w czasach przed Juergenem Kloppem. Z Borussią walczył o utrzymanie. Mats Hummels był wtedy anonimowym 18-latkiem, któremu nie udało się w Bayernie. O Mario Goetzem nikt wówczas nie słyszał. Do obecnych czasów z tamtej ekipy, oprócz Błaszczykowskiego, przetrwał tylko Roman Weidenfeller.

Bohater piosenek

Niesamowite było obserwowanie, jak wzrastał Dortmund, a Błaszczykowski wraz z nim. Jak Klopp podnosił Borussię z kolan. Jak pchał ją na szczyt, a Kuba nie tracił miejsca w składzie, choć czasem nie trafił na pustą bramkę, jak w niezapomnianym meczu we Fryburgu. Wreszcie jak Błaszczykowski z tym Dortmundem grał w finale Ligi Mistrzów. Jak był jednym z czołowych europejskich skrzydłowych, a Manchester City oferował za niego miliony, co zbiegło się w czasie z transferem Goetzego do Monachium i wyniosło Kubę na idola trybun, jako człowieka idącego – jakkolwiek patetycznie to brzmi – za głosem serca, a nie portfela. O ilu, oprócz Glika, Polakach za granicą nagrano piosenki? Podpisanie wtedy kontraktu do 2018 roku wydawało się idealną opowieścią. Brakowało tylko mistrzowskiego pożegnania, jak Sebastiana Kehla i zaoferowania mu pracy po zakończeniu kariery.

Dlatego mam do Borussii Dortmund pretensje. A może nie pretensje. Może po prostu odczuwam żal. Teoretycznie Borussia nie zrobiła niczego złego. Błaszczykowskiego z Dortmundu nikt nie wykopał. Nikt nie kazał mu odchodzić. Nie kazano mu biegać po schodach stadionu. Zrobiła to, co robi się w zawodowym futbolu, czyli pozbyła się zawodnika, który nie pasuje trenerowi do koncepcji, bez żadnych sentymentów.

Echte Liebe to slogan

A jednak to do Borussii Dortmund nie pasuje. Wraz z Kloppem i jego sukcesami, wzrastał slogan „Echte Liebe” – prawdziwa miłość i cała kampania marketingowa, przedstawiająca Dortmund jako przeciwieństwo korporacyjnego futbolu rodem choćby z Monachium. Borussia kreowała się jako klub owszem, ze ścisłego topu, ale przy tym szanujący swoich ludzi i taki, po prostu, po ludzku „fajny”.

Skreślony przy pierwszej okazji

Nie mogę się pozbyć wrażenia, że Błaszczykowskiego pozbyto się przy pierwszym większym kryzysie. Przez osiem lat w Dortmundzie, Kuba nigdy nie miał rundy, w której siedziałby na ławie, bo przegrał rywalizację. Gdy pauzował z powodu kontuzji – jasne, nie można było na niego liczyć. Ale już po kontuzji, zeszłej wiosny, grał całkiem sporo. Oczywiście, nie grał dobrze, ale czy on jeden? Pierwszy raz ewidentnie wypadł z obiegu dopiero tego lata i od razu skreślono go na dobre. Nie pozwolono powalczyć o miejsce. Ktoś powie, że go nie skreślono. Skreślono, tyle, że w białych rękawiczkach. Gdyby nadal wiązano z nim jakieś nadzieje, wzięto by go na ławkę w jakimś meczu z Odd Grenland czy choćby złożono jakąś jasną deklarację, dano jasny sygnał, że na niego liczą. A nie przetrzymano na trybunach przez siedem meczów, a potem, gdy zawodnik miał już jasny sygnał, że go w Dortmundzie nie chcą i zgłosił chęć odejścia, wzruszono ramionami, mówiąc „skoro tak chcesz…”.

Kłopoty bogactwa?

Inna sprawa, że tak do końca Borussii nie rozumiem. Nie kupuję gadki o szerokiej kadrze i dużej konkurencji. Dortmund gra na trzech frontach. Ma zawodników w kadrach narodowych i na trzy ofensywne pozycje w pomocy ma pięciu piłkarzy - Mchitariana, Kagawę, Reusa, Januzaja, Hofmanna. Biorąc pod uwagę, że taki Reus nie jest mniej podatny na kontuzje niż Błaszczykowski, nie są to kłopoty bogactwa. Zwłaszcza, że nie mam poczucia, by Hofmann był od Kuby lepszym zawodnikiem. Oddanie Kampla i Błaszczykowskiego śmierdzi mi tu krótkowzrocznością. „Skoro teraz idzie, to już zawsze będzie szło”. A co jeśli Kagawa i Mchitarian nie będą wiecznie w takiej formie, Reus dozna kontuzji, Januzaj nie sprawdzi się w Bundeslidze, co przecież może się zdarzyć? Dziwne.

Dudek pożegnany lepiej

Skoro jednak Dortmund uznał, że Błaszczykowski już się nie przyda, mógł odpowiednie wieści przekazać mu w lipcu, w sierpniu, przecież zanosiło się na to od dawna. Przestałby Kuba żyć nadzieją i mógłby znaleźć sobie nowy klub wcześniej. Ostatecznie można było przy okazji meczu z Herthą (30 sierpnia), wpuścić go na parę minut albo dać kwiaty przed meczem, pozwolić, by trybuny ostatni raz wykrzyczały jego imię. Nie zrobiono tego. Jeden z symboli Borussii ostatnich lat odszedł cichaczem i bez pożegnania, skreślony przy pierwszej możliwej okazji. Jerzy Dudek w Realu Madryt dostał dużo lepsze pożegnanie, choć zagrał dla niego jakieś 200 meczów mniej.

Echte Liebe to tylko slogan. Zręczny, ale slogan. Wstyd po tylu latach oglądania zawodowej piłki być w ogóle taką konstatacją zaskoczony, ale trudno, widać jestem naiwny. Zaskoczyło mnie, że akurat Dortmund postąpił w ten sposób.

Po sezonie Bundesligi. Co dało się przewidzieć, co nie przyśniło się nikomu?

kula

To potwierdzone naukowo, że mamy tendencję do przeceniania swoich zdolności przewidywania. To znaczy, po fakcie zwykle często myślimy, że czegoś się spodziewaliśmy, podczas gdy się tego nie spodziewaliśmy. Ciężko więc stwierdzić, co tak naprawdę jest niespodzianką. Na szczęście jest obiektywne narzędzie, czyli zapisywanie typów przed faktem i sprawdzanie ich po fakcie.

Jak może pamiętacie, przed sezonem, zapytałem dziesięć najtęższych bundesligowych głów w Polsce, a więc Tomasza Urbana, Marcina Borzęckiego, Mateusza Karonia, Marcina Oltona, Martina Hucia, Michała Jeziornego, Adriana Liputa, Piotra Tomasika, Macieja Zarembę i Piotra Klamę, jak potoczy się sezon w Niemczech. Jako że ci ludzie śledzą niemiecką piłkę szczegółowo i od lat, można spokojnie powiedzieć, że to, czego nie przewidział żaden z nich, jest sensacją. Co więc się w tym sezonie Bundesligi wydarzyło? Przypomnijmy sobie 10 kluczowych pytań, jakie zadawaliśmy sobie przed sezonem i sprawdźmy, co z nich wyszło.

Czy w Bundeslidze będzie wreszcie walka o mistrzostwo Niemiec?

Choć każdy z pytanych, wskazał Bayern Monachium jako mistrza Niemiec,  aż trzy osoby odpowiedziały na pytanie twierdząco. Naprawdę wierzyliśmy, że Bawarczycy po mistrzostwach świata będą w kryzysie i ktoś – w sensie Borussia Dortmund – będzie w stanie ich zaatakować. Połowa zaznaczyła, że walki nie będzie.

Czy ktoś może zaatakować pozycję Dortmundu?

Sama konstrukcja mojego pytania wskazywała, że nie dopuszczałem do głowy, że Borussia może zająć siódme miejsce i jeszcze się z tego cieszyć. Nie dopuszczali też moi respondenci. Powiedzmy sobie szczerze, gdyby ktoś wytypował tak słaby sezon Dortmundu i postawił na to jakiekolwiek pieniądze, dziś miałby liczne domy nad morzem na sprzedaż. Upadku Borussii nie przewidział jednak absolutnie nikt. Niektórzy wskazywali, że Bayer Leverkusen czy Schalke 04 mogą powalczyć o wicemistrzostwo. Specjalny szacunek dla Michała Jeziornego, który jako jedyny wskazał Wolfsburg jako potencjalny zespół atakujący pozycję Dortmundu.

Wolfsburg w Lidze Mistrzów – to jest ten moment czy jeszcze za wcześnie?

Przez ankietowanych przemawiał żal, że Wolfsburg, zamiast ściągnąć poważnego napastnika, sięgnął po Nicklasa Bendtnera. Ten okazał się niewypałem, ale nikt nie podejrzewał, że wiosną w poważnego napastnika przekształci się Bas Dost. Wzlot Wolfsburga na drugie miejsce jest niespodzianką. Ponad połowa pytanych stwierdziła, że to jeszcze nie moment dla Wolfsburga. Trzy osoby wskazały, że VfL może wejść do pierwszej czwórki, ale raczej na jej czwarte miejsce. Wicemistrzostwo to niespodzianka.

Która drużyna będzie objawieniem sezonu?

Najczęściej podawana odpowiedź: TSG Hoffenheim. Zespół Gisdola faktycznie zagrał lepszy sezon niż poprzedni i był blisko awansu do pucharów, ale objawienie może być tylko jedno i jako jedyny wskazał je Piotr Klama, przewidując, że FC Augsburg może w tym roku awansować do pucharów, do których sezon wcześniej brakło mu niewiele.

Czy HSV i Werder znów będą walczyć o utrzymanie?

Wszyscy, poza Mateuszem Karoniem, dali się zwieść sensownie wyglądającym ruchom transferowym Hamburga i przewidywali dla niego raczej spokojny środek tabeli. Większość sądziła, że do końca problemy będzie miała Brema. W pierwszej części sezonu się to potwierdzało, ale pojawienia się w Bundeslidze Viktora Skripnika nikt nie mógł przewidzieć.

Kto będzie „Andre Hahnem” sezonu 2014/2015?

Pytałem o największe odkrycie personalne. Swoją drogą, Andre Hahn, po udanej rundzie jesiennej, w Gladbach jednak mocno przygasł. A następcy byli. Muszę przyznać, że w tym pytaniu eksperci pokazali, że naprawdę są ekspertami.

Marcin Olton przewidywał dobry sezon Pierre’a Emile’a Hoejbjerga, Erica-Maxima Choupo-Motinga, Marca Stendery i Karima Bellarabiego. Zadziwiająca skuteczność. Zwłaszcza w przypadku tego ostatniego, który rok temu niczym nie wyróżniał się w Brunszwiku, a dziś jest reprezentantem Niemiec i jednym z liderów czołowej drużyny Bundesligi.

Tomasz Urban przewidywał, że mocną rolę do odegrania będzie miał Jonas Hector. Człowiek, o którym mało kto w sierpniu słyszał, w listopadzie zadebiutował w reprezentacji Niemiec.

Adrian Liput i Martin Huć przewidzieli wzlot Daviego Selke, który błyszczał na turniejach młodzieżowych, ale w Bundeslidze nie odgrywał wówczas żadnej roli. Za miesiąc, za osiem milionów euro, przeniesie się do RB Lipsk po bardzo dobrym sezonie w Bremie.

Powtarzały się też u innych nazwiska Hoejbjerga czy Tina Jedvaja. Generalnie, jeśli czytacie Z nogą w głowie, to mogliście się spodziewać, kto wystrzeli w górę, bo skuteczność ekspertów była zadziwiająca.

Kto spadnie?

Każdy, bez wyjątku, wskazał SC Paderborn, choć absolutnie nikt się nie spodziewał, że spadnie w takim stylu, na 60 minut przed końcem sezonu będąc nad kreską. Jako drugiego spadkowicza najczęściej wskazywano Moguncję, co kompletnie się nie sprawdziło. Jedynym, który przewidział skutecznie komplet spadkowiczów był Maciej Zaremba, przeczuwając, że nadchodzi moment, w którym Freiburgowi już nie uda się uciec spod topora. Szacunek, panie Macieju.

Czy Kasper Hjulmand udźwignie ciężar bycia następcą Thomasa Tuchela?

Kasper, who? Mocno przestrzeliłem z pytaniem, bo niespełna rok później trzeba się nieźle wysilić, żeby sobie przypomnieć, że ktoś taki jak Kasper Hjulmand faktycznie w Bundeslidze był. Wszyscy przewidzieli, że Duńczyk sobie nie poradzi. Choć spektakularnej klęski nie poniósł, wiosną pogonili go z Moguncji i zatrudnili Martina Schmidta. Nikt nie jest zaskoczony.

Który trener zostanie zwolniony jako pierwszy?

Najczęściej wskazywano Hjulmanda. Jedynie Tomasz Urban wiedział, że w HSV króluje chaos i to Mirko Slomka będzie pierwszym, który stracił posadę. Swoją drogą, wydaje się, że Slomka w HSV był jakąś dekadę temu. Przecież od tego czasu zespół prowadzili już Zinnbauer, Knaebel, Labbadia. Rok w HSV to jak 10 lat gdzie indziej.

Jaki to będzie sezon dla Polaków?

Wbrew ogólnointernetowej histerii, wielu przeze mnie zapytanych wskazało, że Robert Lewandowski obroni tytuł króla strzelców. Pomylili się, ale nieznacznie. Kilka razy przewijało się przypuszczenie, że będzie to kolejny ciężki sezon dla Jakuba Błaszczykowskiego. Więcej spodziewaliśmy się natomiast po Łukaszu Piszczku. Absolutnie nikt nie przewidział, że Paweł Olkowski wygryzie ze składu Kolonii jej kapitana i będzie jednym z ciekawszych zawodników tej drużyny. Nie mam wątpliwości, że jeśli chodzi o Polaków to właśnie Olkowski jest największym wygranym sezonu.

Swoją drogą, strasznie smutny to dzień, ta ostatnia kolejka Bundesligi. Z jednej strony, czekam nań cały sezon, żeby wreszcie się dowiedzieć, jak się to wszystko skończy. Z drugiej, im bardziej się zbliża, tym bardziej chciałbym jego nadejście oddalić. Jeszcze tylko finał Pucharu Niemiec, baraże i znów zostaniemy z czystą kartką i mnóstwem pytań. Na niektóre najlepsi eksperci będą w stanie odpowiedzieć. Znów zdarzą się jednak rzeczy, które się nikomu nie śniły.

Dortmund, czyli Zagłębie Rury

bvb6

Mieszkając w Niemczech, szukałem sobie co tydzień jakiegoś meczu, najlepiej Bundesligi, w promieniu 400 kilometrów. Pod jednym warunkiem: moja stopa nie stanie w Zagłębiu Ruhry. Wiedziałem, że gdy się tam pojawię, w głowie ujrzę napis znany z murów pod polskimi stadionami: „Stój, Polaczku. Przyjechałeś, nie wyjedziesz”. Wiedziałem, że stężenie miast, stadionów, klubowych muzeów, meczów na kilometr kwadratowy zostawi mnie bez żadnych pieniędzy, z zawalonymi studiami i pracą, bo pochłonie mnie na kilka miesięcy. Choć kusiło czasem wsiąść do pociągu z napisem Moenchengladbach albo nie wysiąść z autobusu jadącego do Kolonii, wytrzymałem. Planowałem, że kiedyś, raz, pojadę, koniecznie sam, na długo i będę oglądał mecze do porzygu. I dalej planuję.

Póki co był tylko Dortmund, sprawiający wrażenie najbardziej piłkarskiego miasta świata. Nad wieloma znanymi stadionami w teorii przelatywałem, Camp Nou, Wembley i co tam jeszcze, a jakoś nigdy z samolotu ani trochę ich nie widziałem. A tu, jeszcze nie postawiłem stopy na tej ziemi, a już przelatywałem nad środkowym kołem Signal Iduna Park, w dodatku będąc tego w pełni świadomy. Oczywiście w tym momencie okazało się, że połowa tegoż samolotu leci do Niemiec nie na święta, ale na mecz.

Potem, gdy już postawiłem stopę na tej ziemi, ale jeszcze wciąż nie byłem w mieście, stadion widziałem po raz drugi. Tym razem z okna pociągu z lotniska na dworzec. Dortmund to takie cudowne miejsce na ziemi, które na początku wizyty zawsze pokazuje stadion. Będąc w Barcelonie, Camp Nou zobaczyłem jakoś po pięciu dniach. Będąc w Londynie, Wembley jakoś po czterech latach. A tu na pierwszy rzut oka – dwa razy.

dortmund

Ze strzępków rozmów dolatujących mnie w pociągu, dochodziło tylko „Borussia”, „Bayern”, „Fussball”, „Stadion”. Niezależnie od tego czy rozmawiały tureckie nastolatki czy postaryjscy dziadkowie. Zapowiadało się, że jestem we właściwym miejscu.

Potwierdziło się to już po wyjściu z dworca. Pierwszy rzut oka na centrum Dortmundu? Tablica informacyjna z budowy powstającego właśnie Muzeum Niemieckiego Futbolu. Czyli trzeba tam koniecznie wrócić, to będzie jedno z najlepszych miejsc na planecie.

museum

Pomijając futbol, na pierwszy (krótki) rzut oka, Dortmund ma niewiele do zaoferowania. Zawsze uważałem, że żadne polskie miasto nie wygląda dobrze z perspektywy torów kolejowych, a w Dortmundzie miałem to samo wrażenie. Na trasie wjazdowej, oprócz stadionu, rzucały się w oczy kilometry szemranych fabryk i hurtowni, w których nie chciałoby się znaleźć po zmroku, podejrzane ścieki, wyrzucone do pseudolasków śmieci. Niczym nie różniło się to od trasy Radom – Puławy. I wszędzie, wszędzie rury. Żeliwne, pordzewiałe, brzydkie, pokręcone rury. Zapominałem, że w nazwie regionu jest jednak „h” i że Ruhra to rzeka a nie rura. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, bzdurę o niemieckim porządku i zorganizowaniu może powtarzać tylko ten, kto nigdy w Niemczech nie był.

Sam Dortmund? Szału też nie robi. Miasto nie sprawia wrażenia ani szczególnie starego, ani szczególnie nowoczesnego. Bardzo przypomina Katowice. Potwierdziło się, przynajmniej na pierwsze wrażenie, że Górny Śląsk i Zagłębie Ruhry są bardzo podobne. Idąc głównymi ulicami starego miasta, miałem wrażenie, że znajduję się na rogu Stawowej i 3 maja. Niby względnie stare i potencjalnie ładne ulice, ale na każdym kroku walące po oczach szyldy znanych, globalnych marek. Domyślam się, że gdyby przyjechać z PRL czy z NRD do Dortmundu, robiłyby wrażenie te „kolorowe neony”, ale te czasy już minęły.

Wszystko to sprawia, że nie dziwię się, że Dortmund tak kocha swoją Borussię. Ona się naprawdę Dortmundowi udała. Oprócz rozmawiających o niej ludzi, na każdym kroku wpada się na samochody z logo Borussii, ludzi w klubowych koszulkach czy herby wywieszone w oknach. Kompletnie przestało mnie dziwić 80 tysięcy ludzi na każdym meczu i zgłaszane czasem zapotrzebowanie na bilety sięgające pół miliona. Borussia to absolutnie podstawowa miłość Dortmundu.

W drodze do Niemiec przeczytałem ciekawy artykuł w jednej z niemieckich gazet. Autorzy, specjaliści od marketingu, przekonywali, że marka Borussii Dortmund jest nawet silniejsza niż Bayernu Monachium. Bayern zbudował swoją tożsamość wokół hasła „Mia san mia”, czyli „Wir sind wir”, czyli „My to my”, czyli „Jesteśmy jacy jesteśmy” – nikt nas nie lubi, wszystkich wkurzamy, jesteśmy aroganccy, zabieramy waszych najlepszych piłkarzy, mieliśmy wasze kobiety i zawsze wygrywamy. Na takiej marce poważną rysą byłaby seria pięciu porażek z rzędu, nie mówiąc już o obsunięciu się na piąte miejsce w tabeli. Żeby marka Bayernu była mocna i wiarygodna, drużyna musi wygrywać zawsze i wszędzie.

goetze

Borussia natomiast buduje wizerunek globalnej firmy, która jednak pamięta o tym, skąd się wywodzi, o swoich robotniczych korzeniach i kibicach, którzy zarabiają na życie ciężką fizyczną pracą, a nie są biznesmenami. Borussia to „Echte Liebe”, czyli „Prawdziwa miłość”. W opisie marki Borussii mieści się, że czasem klub może znaleźć się na skraju bankructwa, a czasem zajmować ostatnie miejsce w tabeli. Takie jest życie. A najbardziej wiarygodnym składnikiem tej marki jest trener Juergen Klopp, potrafiący pokazać cały repertuar min – od najgroźniejszego człowieka, po najsympatyczniejszego. Jednego z największych trenerów na świecie, ale też gościa, który chętnie pogada z kibicami o meczu przy piwie.

oprawa

I to na stadionie Borussii widać. Pal już sześć te 80 tysięcy, imponującą żółtą ścianę – nie czuje się, że jest się na tak wielkim stadionie, wszyscy są blisko siebie i blisko murawy. Oczywiście, doping robi potężne wrażenie, oczywiście gdy gwizdano na Goetzego, trąbka Eustachiusza machała białą flagą. Ale największe wrażenie zrobiło na mnie odczytywanie składów. Zwykle nazwiska podstawowych piłkarzy wykrzykują kibice, a rezerwowych i trenera odczytuje spiker. Jeśli trener jest szczególnie lubiany, i jego nazwisko wykrzykują kibice. A tutaj? Odczytywanie nazwiska trenera było najważniejszym punktem ceremonii. Brzmiało to tak, jakby Norbert Dickel odczytał nazwiska jakichś tam 11 piłkarzy, siedmiu rezerwowych, a potem… „I trener, NASZ, JÜRGEN…”

… KLOPP!

Nasz Juergen. Borussia naprawdę nie mogła zwolnić Kloppa. To by się kłóciło z całą otoczką klubu i regionu.

Wymyślić Borussię na nowo

klopp

Wszystko już było. Bezideowy jak cywilizacja zachodnia? Nie przemawia to do mnie. Bezideowy jak Borussia Dortmund! Ostatnie miesiące pokazują, że między „Borussia w kryzysie“ a „stara, dobra Borussia“ jest jeszcze masa stanów pośrednich. Po raz nie wiadomo który potwierdza się, że świat nie jest czarno-biały i nie toczy się tylko od skrajności do skrajności, a ma jeszcze masę odcieni szarości.

 Dziś nie można już powiedzieć, że Borussia jest w kryzysie. Nie, z kryzysu wyszła. Przestała przegrywać ze wszystkimi jak leci, traci bramki trochę mniej niefrasobliwie, strzela trochę więcej. Z ligi na pewno nie spadnie. To już nie myślenie magiczne, ale stwierdzenie faktu. Może nawet wgramoli się do Ligi Europy (to już myślenie trochę magiczne), jednak dalej nie będzie to „stara, dobra Borussia“.

 Może to truizm nad truizmami, mnie trafiło – pozazdrościć refleksu – dopiero dzisiaj: już nigdy nie będzie takiej Borussii.

 Cały czas obracałem się w kręgu myślenia czarno-białego. Było dobrze, wyłączył się jakiś przycisk, było źle, Klopp szukał przycisku, znalazł go, nacisnął, teraz już będzie znowu dobrze. Nie ma tak. Kryzys jest zażegnany, a została pustka. Borussię Dortmund trzeba wymyślić na nowo.

 Wszystko, co Juergen Klopp od początku w Dortmundzie robił, miało ręce i nogi. Borussia ma grać kontrpressingiem, biegać więcej i szybciej od rywali, osaczać ich natychmiast po stracie, odbierać, kontratakować. Miała grać formacją 4-2-3-1, gdzie jeden stoper dobrze wprowadzał piłkę do gry, dwóch bocznych obrońców szorowało od linii do linii, jeden środkowy pomocnik był bardzo kreatywny, drugi mniej, ale dobrze go asekurował, trójka pomocników ofensywnych tasowała się na wszelkie sposoby, a środkowy napastnik był ścianą, która albo kleiła i odgrywała do wbiegających pomocników, albo odbijała, stojąc tyłem do bramki. Proste i genialne.

 Nie doceniliśmy wagi Lewandowskiego dla Dortmundu, przynajmniej ja nie. Przychylałem się nawet do często kolportowanego zdania, że to Dortmund jest potrzebny Lewandowskiemu, a nie Lewandowski Dortmundowi. Nie sprawdzimy, gdzie by dziś była Borussia, gdyby Lewandowski grał w niej dalej, ale z całą pewnością jego odejście skończyło epokę. Nie Kagawy czy Goetzego, bo znaleźć ich następców było stosunkowo łatwo. Może nie tak dobrych, ale jednak w charakterystyce podobnych. Napastników a’la Lewandowski i podobnych mu klasą jest na świecie paru i żaden nie jest na półce finansowej, na której szuka Dortmund.

 To wszystko wiedzieliśmy już jednak od lata. Powtarzał też Klopp, potwierdzały transfery Ramosa i Immobilego. O ile Ramos miał być pewną niedoskonałą formą zastąpienia Lewandowskiego, o tyle Immobile, w zamyśle pierwszy napastnik, kimś zupełnie innym. Klopp ostrzegał, że Dortmund trzeba wymyślić na nowo. I po siedmiu miesiącach i przegranym z kretesem sezonie, to zadanie jest nadal aktualne.

 Chodzi mi po głowie, że najtrudniejsze dopiero przed Kloppem. Udało mu się wprowadzić drużynę na szczyt, zahamować spadek na dno, ale wprowadzenie jej z powrotem na szczyt może być trudniejsze niż wszystko dotychczasowe. W meczu z Juventusem stawały mi – a pewnie i wam – przed głową obrazy z poprzednich meczów wielkiego Dortmundu, na czele z tym niesamowitym z Malagą z 2013 roku. I z każdą minutą uświadamiałem sobie, że ta drużyna tego nie potrafi. Nie ma co przykładać kalki z wielkiego Dortmundu do dzisiejszej drużyny, bo to do niczego nie prowadzi.

 Dortmund jest dziś drużyną, która potrafi wyjść z grupy Ligi Mistrzów i w fazie pucharowej bezwzględnie odpaść. W stylu Leverkusen czy Schalke sprzed roku. Bo dziś, trzeba zauważyć, z niemieckich drużyn Dortmund przegrał najbardziej dotkliwie. Nawet Schalke i Bayer, mając za rywali finalistów poprzedniej edyccji Ligi Mistrzów, były o włos od ćwierćfinału. Borussia ani przez moment nie wyglądała w tym dwumeczu na lepszą.

 Przyjdzie nowy sezon i od Borussii znów będziemy oczekiwać, że nieobarczona stratami z fatalnej rundy jesiennej, zaczynając od zera, powalczy z Bayernem i odeprze napory Wolfsburgu. Ale bez ponownego wymyślenia Dortmundu, to się nie uda. Borussia niby gra dziś formacją identyczną jak z Lewandowskim, ale bez odpowiednich do tego wykonawców. Aubameyang jest zawodnikiem odpowiedniego formatu do złojenia Freiburga, ale na arenie międzynarodowej piłkarz grający tak bezmyślnie nie może się sprawdzić. Immobile się po prostu nie sprawdza, albo Klopp nie ma na niego pomysłu. Ramos też, ale jego nie można za to winić, bo to ani przez moment nie był piłkarz takiego formatu.

 Ryzyko stałego popadnięcia w przeciętność jest bardzo duże, bo obecny zespół walczyć z najlepszymi nie potrafi, a transfery… niczego dobrego nie wróżą. Borussia była w ostatnich latach bardzo chwalona za transfery, ale jakby nie zauważano, że te złote i tanie strzały – Piszczek, Lewandowski, Guendogan, Bender, Kagawa – skończyły się bardzo dawno temu. Ostatni udany transfer Borussii, choć już nie tani, to Marco Reus. Miliony wydane na Mchitariana (kosztował więcej niż De Bruyne!), Ramosa, Immobilego, Gintera, Papastathopoulosa, Aubameyanga wyglądają na mniej lub bardziej wyrzucone w błoto. A Kevin Kampl, mam wrażenie, jest na najlepszej drodze, by do tej listy dołączyć. Mało który dyrektor sportowy w Niemczech miał w ostatnich latach do wydania tyle, co Michael Zorc i mało którego efekty pracy są tak mizerne (mówimy o czasach najnowszych). Gdyby taki Stefan Reuter zaliczył tyle pomyłek co Zorc, Augsburga już od lat nie byłoby w Bundeslidze.

 I to właśnie chyba jest największym wyzwaniem dla trenera, gdy pracuje się w jednym klubie przez lata. Nie wystarczy, że raz wymyślisz coś genialnego. Coś genialnego – nowego! – musisz wymyślić co kilka lat, koniecznie z innymi wykonawcami. Przez lata podkreślano, że w tym tkwi fenomen Aleksa Fergusona. Parę już osób aspirowało do bycia Fergusonami swoich klubów. A Ferguson nadal jest tylko jeden, co daje do myślenia czy Kloppowi się uda.

Gdzie się rozgrywa spadek z ligi. Na przykładzie Borussii Dortmund

Z 11 sezonów, które w całości, świadomie, spędziłem na stadionie Podbeskidzia Bielsko-Biała, w sześciu oglądałem walkę o utrzymanie. Dramatyczną walkę. Z Podbeskidziem nigdy nie było tak, żeby spokojnie się utrzymało. Same ekstrema. To sprawia, że walkę o utrzymanie autodestrukcyjnie – choć oczywiście jej nienawidzę – uwielbiam. Zgadzam się z Nickiem Hornby’m, że wywołuje ona nieporównanie większe emocje niż gra o czołowe miejsca w lidze. I śmiem twierdzić, że dobrze znam mechanizmy sprawiające, że zespół nagle, choć wcale nie był do tego typowany, zaczyna bronić się rozpaczliwie przed spadkiem. Kibice drużyn w stylu Podbeskidzia są w tej kwestii wręcz ekspertami.

Zaczyna się na przedsezonowej prezentacji, gdy nigdy, przenigdy nie padają słowa „utrzymanie” czy „bronienie się przed spadkiem”. Zawsze stawiany cel jest wyższy. Nawet jeśli klub ściąga bandę anonimowych zawodników, łudzisz się, że akurat udało się przechytrzyć konkurencję i wyłowić perełkę za bezcen, bo przecież „pieniądze nie grają”. Sezon się zaczyna i twoja drużyna na ogół nie gra źle. Wygląda wręcz obiecująco. Rzadko kiedy kandydat do spadku przegrywa pierwszy mecz haniebnie, powiedzmy 0:4. Raczej ambitnie walczy, pokazuje ciekawy futbol, stwarza masę sytuacji i pechowo przegrywa, dając się skontrować w końcówce. Tydzień później schemat się powtarza. Tym razem o porażce przesądził ewidentny błąd sędziego. Później wyjazd do lidera, więc tam akurat przegrana niczego nie przesądza. Za tydzień u siebie, znów, po dobrej grze, w końcówce bramkarz w niewytłumaczalny sposób źle wychodzi do dośrodkowania. I przegrywacie, mimo czterech sytuacji sam na sam i dwóch strzałów w poprzeczkę. Zaczyna się szkoła, a w knajpach zaczyna się picie. Za oknem szarzeje. Powoli z meczu na mecz, gra siada. Porażki robią się coraz mniej pechowe, a coraz bardziej zasłużone. Deszczu za oknem coraz więcej, sytuacji bramkowych coraz mniej. Zawodnicy w formie coraz gorszej. Z prasy dochodzą sygnały o kłótni w szatni. Prezes obwinia trenera, trener narzeka na nietrafione transfery. Rozbita drużyna przestaje pasować do ligi. Na trybuny chodzi garstka osób.

Sprawa jest oczywiście nie do sprawdzenia, ale jestem przekonany, że gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka w drugiej i trzeciej kolejce, gdyby wtedy mieć szczęście, żadnej walki o utrzymanie by nie było. Z każdym meczem, którego nie udaje się – nawet mimo dobrej gry – wygrać, zawodnicy są coraz bardziej sparaliżowani, trener coraz bardziej myśli o zwolnieniu, kibice i prasa wywierają coraz większą presję. I drużyna wygląda coraz gorzej.

Z tego względu panicznie się boję nieudanych, pechowych początków sezonu. Później trzeba olbrzymiej siły mentalnej trenera i piłkarzy, by coś takiego przezwyciężyć. Zazwyczaj nie trzeba wiele. Jedno efektowne, ale naprawdę efektowne zwycięstwo, potrafi zdziałać cuda. Podbeskidzie po rundzie, w której zdobyło sześć punktów, wbiło Jagiellonii cztery gole, grając koncertowo. I wszystko się odmieniło. Jasne, później czasem remisowało, czasem nawet przegrywało, ale nie miało to już nic wspólnego z beznadzieją jesienną, chociaż drużyna mocniejsza wcale nie była.

Johann Cruyff, w jednym z przebłysków geniuszu, powiedział kiedyś, że w piłkę nożną gra się głową. Zazwyczaj to głowy, a nie nogi, czynią spadkowicza spadkowiczem. Niesamowite, że działa to także w przypadku najlepszych.

Bo Borussia Dortmund z tego sezonu wypisz-wymaluj pasuje do powyższego schematu. W pierwszych kolejkach nie wyglądała wcale źle. W jesiennej sondzie „Kickera” ponad 50% osób jako głównego winnego zapaści Dortmundu wskazało pecha i trafiło tym w sedno. Borussia jesienią grała wiele dobrych meczów. Wyjazdowy w Augsburgu, wyjąwszy ostatnie 10 minut. Wyjazdowy w Monachium, gdzie była jak dawny Dortmund. U siebie z Arsenalem, który Juergen Klopp nazwał meczem „niemal perfekcyjnym”. Gdyby przyczyn zapaści Borussii szukać w przygotowaniu fizycznym, nietrafionych transferach itp., nie grałaby jesienią tak dobrze w Lidze Mistrzów. Ale w piłkę nożną gra się głową. W Lidze Mistrzów Dortmund grał na luzie, bo wszystko się układało. W Bundeslidze, po kilku pechowych meczach, wpadła Borussia w spiralę, z której naprawdę bardzo trudno wyjść.

Co się dzieje teraz? Czy od beznadziejnego meczu z Augsburgiem miesiąc temu, po którym całe Niemcy i pół Polski dyskutowało poważnie o zwolnieniu Kloppa, coś się zmieniło? Czy diametralnie zmienił się skład? Czy trener przestawił taktykę? Czy poprawił przygotowanie fizyczne? Nie, po prostu następny mecz z Freiburgiem ułożył się szczęśliwie. Z Mainz, mimo momentami fatalnych błędów, udało się wygrać. Ze Stuttgartem szczęście też dopisywało. Przestało się mówić o zwolnieniu trenera, przestało się wytykać nieudane transfery, przestano mówić o II lidze, kibice przestali robić bury piłkarzom. I ci przestali mieć spętane nogi.

Przecież w meczu z Schalke Dortmund bardzo długo miał niesamowitego pecha. Robił to, co przez cały sezon – strzelał wszędzie, tylko nie do bramki. Pamiętajmy, że Borussia we wszystkich wskaźnikach typu posiadanie piłki, bieganie, sprinty itp. miała w tym sezonie wyniki na poziomie tych z najlepszych czasów. Beznadziejnie pogorszyła tylko skuteczność. Śmiem twierdzić, że jeszcze miesiąc temu, gdyby Borussia po takiej nawałnicy jak w sobotę, przez 30 minut nie strzeliła gola, piłkarze by się załamali, spięli i stracili w końcu głupiego gola. Na jesień robili tak notorycznie. Ale w sobotę byli już po trzech wygranych z rzędu luźniejsi psychicznie. Po 28 nieudanych strzałach, nie siedli i nie zaczęli płakać, tylko parli dalej i oddali skuteczne strzały numer 29, 30, 31. W piłkę nożną gra się głową.

Śmiesznie brzmią czasem trenerzy mówiący, że ich drużyna potrzebuje „meczu na przełamanie”, ale tak, historia z Borussią Dortmund utwierdza mnie w przekonaniu, że to słuszne postawienie sprawy. Kryzysy zaczynają się w głowach i w nich kończą.

Nie zwolniłbym Juergena Kloppa

Tuż po meczu z Augsburgiem nie byłbym tego taki pewny. To spotkanie – mam wrażenie, że nie tylko u mnie – sprawiło, że wszyscy poczuli, że kryzys Borussii jest poważniejszy niż się wszystkim wydawało. Doszło do mnie, że tak, Borussia Dortmund faktycznie może spaść.

Dyskusja na temat przyszłości Juergena Kloppa zaczęła się naprawdę mocno toczyć, choć jeszcze nie tak dawno nikomu nie przyszłoby do głowy, by w ogóle na ten temat spekulować. Ale toczyć się musi. Fakt jest taki, że w przypadku każdego innego trenera, który pozwoliłby czołowej europejskiej drużynie stoczyć się na dno swojej ligi, nie byłoby żadnej dyskusji, tylko dawno by go wymieniono. Faktem jest też, że Klopp dostał zimowe przygotowania po to, by naprawić swoje błędy i wyprowadzić drużynę na prostą, tymczasem w dwóch pierwszych meczach wiosny nie było widać żadnej poprawy i choćby promyka nadziei. Do końca zostało 15 spotkań. Niby dużo, ale jednak wcale nie tak bardzo.

Czytam opinie na temat Kloppa kibiców i dziennikarzy polskich i niemieckich. I jestem przerażony okrucieństwem tego zawodu. Mało kto już pamięta jakąkolwiek zasługę Kloppa. Pojawiają się nawet opinie, że ta jego wielka drużyna była tak naprawdę przeciętna i finał Ligi Mistrzów był „na wyrost”. Z wszystkich frazesów używanych w piłce, jeden jest naprawdę straszliwie prawdziwy: „Jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz”.

Ja Juergena Kloppa jednak bym nie zwolnił.

Uważam go za jednego z najlepszych trenerów na świecie. Nadal. Uważam, że nie da się przypadkiem stworzyć takiej drużyny, jaką on w ostatnich latach z przeciętnego Dortmundu stworzył. A skoro tak, to mamy do czynienia z jednym z najlepszych trenerów na świecie. Jednym z wąskiego grona, powiedzmy, 10 najlepszych. Czy ktoś z tej ścisłej czołówki byłby jego następcą? Nie. Nikt normalny z wielkim nazwiskiem nie wpakuje się teraz na taką minę. Siłą rzeczy Borussia wzięłaby trenera dziś uznawanego za słabszego. OK, może okazałby się drugim Kloppem, albo jeszcze lepszym, ale – śmiem twierdzić – że Kloppy nie rodzą się na kamieniu. Nawet w Niemczech.

A skoro następca Kloppa byłby raczej trenerem słabszym od niego, a pewnie też z mniejszym doświadczeniem (nie widzę sensu brania „strażaka” do takiego klubu), to po co go brać? Po co wymieniać dobrego trenera na słabszego? Przewaga Borussii nad rywalami jest taka, że ma lepszego trenera. Po co się jej z własnej woli pozbywać?

Trzeba patrzeć dłużej niż na dwa mecze do przodu. Kibice zwolniliby, licząc na ten magiczny „wstrząs”. Nikt nie wie na czym to polega, ale każdy w niego wierzy. „Drużyna potrzebuje wstrząsu”. Ja myślę, że Borussia jest już wystarczająco wstrząśnięta. Efekt nowej miotły – choć naukowcy nie potwierdzają jego istnienia – ewentualnie działa w dwóch-trzech kolejkach. Trochę mało.

Przy czym oczywiście jest możliwość, że faktycznie formuła Kloppa się wypaliła, a drużyna wygląda tak fatalnie głównie przez jego błędy. Zdecydowanie ważniejszy jest dla mnie inny argument.

Otóż przede wszystkim, rozumiem Watzkego, tak po ludzku. Przyzwyczailiśmy się, że w świecie wielkich klubów, gdzie rządzi wielki pieniądz, za zasługi to można dostać order i im częściej prezes powtarza, że trenera nie zwolni, tym bardziej prawdopodobne, że za chwilę go zwolni. W swojej naiwności tego nie akceptuję. Wierzę, że akurat Kloppowi Borussia tego nie zrobi. Ten facet zrobił w Dortmundzie w ostatnich latach 400% normy. Byłoby wyjątkowym świństwem nie pozwolić mu dokończyć tego sezonu. Nikt mu nie przerywał walki o finał Ligi Mistrzów, to niech nikt mu nie przerywa walki o utrzymanie.

Nie wiem czy to się jeszcze liczy w tym świecie, ale u mnie Borussia zyskałaby nieziemski szacunek, gdyby Watzke dotrzymał słowa i Kloppa faktycznie nie zwolnił nigdy.