„Werder wzmocnił skład, a kasa i tak została w budżecie”

294336535_b1954acf83_z

Werder Brema to jeszcze jakiś czas temu był poważny kandydat do czołowych miejsc w Bundeslidze. W ostatnich latach, z powodu problemów finansowych, klub popadł w przeciętność i nierzadko musiał drżeć do samego końca o utrzymanie. W lecie doszło w Bremie do zmiany na stanowisku dyrektora sportowego, co zawsze rodzi nowe nadzieje. Czy Werder w końcu rozpoczął drogę do odbudowy dawnej potęgi? Pytam o to dzisiaj, w dniu inauguracji Bundesligi, w której Bayern Monachium podejmie właśnie bremeńczyków, Mariusza Mońskiego, kibica Werderu, prowadzącego twitterowy, polskojęzyczny profil na temat tego klubu.

monski

Lata minęły od czasów, kiedy Werder Brema ostatni raz liczył się choćby w walce o europejskie puchary. Widzisz chociaż jakieś światełko w tunelu, że bremeńczycy będą powoli wracać do czołówki?

Mariusz MOŃSKI: – Bardziej liczyłem przed meczem w Pucharze Niemiec (Werder odpadł ze Sportfreunde Lotte – przyp. MT). To był dla mnie trochę kubeł zimnej wody przed nowym sezonem. Ale generalnie, Frank Baumann, nowy dyrektor sportowy, zrobił fantastyczną robotę. W jedno okienko zrobił więcej dobrego niż Thomas Eichin przez całą karierę. Mam poczucie, że wzmocnił skład, a kasa i tak została w budżecie. Przyszło bardzo dużo nowych piłkarzy, jest cała nowa obrona. Jest na czym opierać nadzieję.

W poprzednim sezonie posada trenera Viktora Skripnika parę razy wisiała na włosku. Jesteś zadowolony, że jednak z klubu odszedł dyrektor sportowy Eichin, a nie trener?

- Jeżeli mają do niego szczere zaufanie, to jestem zadowolony. A jeżeli mają już kogoś innego nagranego, a tylko czekają na jego wpadkę, to moim zdaniem nie ma to sensu. Jeśli go nie zwolnią po kilku nieudanych meczach, to będzie znaczyło, że jest częścią jakiegoś planu. Ma w końcu pięciu nowych piłkarzy. Nie da się zrobić tak, żeby wszystko grało od razu. Zwłaszcza, że to zmiany w obronie. W ofensywie to można sobie jeszcze pokombinować, ale w defensywie zawodnicy muszą się choć trochę nawzajem znać. Z czasem pewnie defensywa będzie wyglądać lepiej, ale na inaugurację, z Bayernem Monachium, może być łomot…

Zachwycałeś się transferami Baumanna. Dlaczego?

- Odniosłem wrażenie, że wszystkie były przemyślane. Nie kupował ludzi tylko do zapełnienia składu, ale na konkretne pozycje. Kadra jest teraz bardzo liczna. Moim zdaniem zbyt liczna. Jeszcze z dziesięciu piłkarzy trzeba wytransferować lub przynajmniej wypożyczyć. 33 graczy do grania na jednym froncie, to za dużo. Szkoda na to pieniędzy. W ostatnich dniach okienka transferowego trzeba usiąść i zacząć ostre wycinanie. Przy takiej liczebności kadry, zbyt dużo byłoby ludzi niezadowolonych, siedzących wiecznie na trybunach.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „NIE ZABOLAŁA MNIE STRATA LEROYA SANEGO. ZA ROK MÓGŁBY PRZEJŚĆ DO BAYERNU”

Kilku piłkarzy też odeszło. Którego będzie ci brakować najbardziej?

- Na pewno boli strata Jannika Vestergaarda, bo to był prawdziwy lider defensywy. Gdy przychodził, różnie się o nim mówiło, ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Zarówno na nim, jak na Anthonym Ujahu, Werder zarobił kupę pieniędzy. Obaj musieli odejść, bo Bremy nie stać, by odrzucać takie wielomilionowe oferty. Ale z nazwisk wynika, że następcy powinni być dobrze. Kompletnie się nie spodziewałem, że Baumann tak szybko załata te ubytki. I to nie piłkarzami nie wiadomo skąd, tylko konkretnymi, o realnej wartości. Gdy dany zawodnik odchodził, dwa dni później przychodził nowy. Widać, że dyrektor sportowy działał z planem.

Po którym ze wzmocnień obiecujesz sobie najwięcej?

- Będę mało obiektywny – po Florianie Kainzu. Oglądam go już wielu lat w austriackiej lidze. Dla mnie to najlepszy piłkarz austriackiej Bundesligi obok Jonathana Soriana z Salzburga. Kainz musi w Niemczech nabrać trochę masy, bo na razie może mieć syndrom Marcina Kamińskiego w Stuttgarcie. Ma umiejętności, ale twardzi obrońcy z Bundesligi go zniszczą. Podobnie było z Kevinem Kamplem po transferze z Austrii do Niemiec – w Borussii Dortmund przepadł, ale w Bayerze Leverkusen zaczął grać bardzo dobrze. Jeżeli Skripnik chwilę poczeka, da mu czas, to będzie z niego pożytek. Zresztą chyba tak będzie, bo nie ma potrzeby, by od razu go wstawiać, skoro jest chociażby Fin Bartels. Z tym że Kainz to dla mnie piłkarz o klasę lepszy od Bartelsa. Ciekaw jestem też nowych francuskich obrońców. Lamine Sane w Bordeaux podobno był długo liderem obrony, ciepło mówili o nim spece od Ligue 1. Niklas Moisander to były kapitan Ajaksu Amsterdam, co ma swoją wymowę. Swego czasu to był świetny obrońca. Pytanie, jak jest dzisiaj. Umiejętności zostają, ale szybkość może już nie być ta. Szybkim testem będzie mecz Bayernem.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „TO MOŻE BYĆ PRZEŁOMOWY SEZON BAYERU LEVERKUSEN”

Gdzie w tej kadrze widzisz największe braki, które z czasem mogą być problemem Werderu?

- Trudno powiedzieć o brakach, ale moim zdaniem największym błędem Skripnika jest to, że Sambou Yatabare jest ustawiany jako prawy, a nie defensywny pomocnik. W Belgii grał tylko i wyłącznie na środku pomocy. On nie ma technicznych umiejętności, kreatywności i szybkości na skrzydłowego. Jeżeli trener dalej będzie tak robił – a w Pucharze Niemiec tak zrobił – to wyrządzi krzywdę zarówno drużynie, jak i chłopakowi, wystawiając go cały czas na nie jego pozycji. W środku pomocy mógłby sobie świetnie poradzić. Nie znam Roberta Bauera, wziętego z Ingolstadt, ale Santiago Garcia przynajmniej będzie czuł, że ma na prawej obronie jakiegoś zmiennika. Ważne, że na każdej pozycji są po dwaj zawodnicy, nikt – poza Claudiem Pizarrem – nie ma pewnego miejsca w składzie.

Nie boisz się o obsadę bramki?

- Mam nadzieję, że Raphael Wolff szybko spakuje walizki. Doszedł Jaroslav Drobny, który swoim doświadczeniem może bardzo pomóc Feliksowi Wiedwaldowi na treningach. Może nie poprawi jego bramkarskich umiejętności, ale przekaże trochę doświadczenia. Jeśli Wiedwald będzie bronił tak, jak w końcówce poprzedniej rundy, to nie mam się czego obawiać. W dużej mierze to on uratował Werderowi miejsce w Bundeslidze. Trudno, żebym teraz wieszał na niego psy, skoro bronił całkiem niedawno rewelacyjnie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „PISZCZEK OPIERA SIĘ ODMŁODZENIU W BORUSSII, BŁASZCZYKOWSKI MUSIAŁ ODEJSĆ”

Najgłośniejszym nazwiskiem, które trafiło do Werderu, był niewątpliwie Max Kruse. Czego się po nim spodziewasz?

- Wydaje mi się, że wszystko zależy od tego, jak będzie szło drużynie. Jeśli będą punkty i atmosfera, to powinien szybko – po wyleczeniu kontuzji – wpaść w swój rytm. Jeśli zespół będzie przegrywać, od niego będzie się natychmiast wymagało bramek, nie dadzą mu kilku meczów na złapanie formy. Kosztował bardzo duże – jak na Werder – pieniądze. Jeśli początek sezonu będzie jak za Robina Dutta i bremeńczycy będą dostawać od każdego bęcki, będzie problem. Wiadomo, że z Bayernem przegrają, ale później w miarę może się to ułożyć. A wtedy Kruse będzie bardzo silnym punktem zespołu, bo to klasowy piłkarz. Generalnie, w Werderze napastnicy z Bundesligi generalnie nie zawodzą. Ten klub wypromował kilku napastników. Niektórzy w Werderze się sprawdzali, a w innych klubach już nie. Ale nigdy nie było problemu z tym, żeby napastnicy strzelali dla Werderu gole.

Znów wszystko się będzie kręcić wokół nieśmiertelnego Claudia Pizarra?

- Myślę, że nie. Poprzedni sezon miał rewelacyjny, choć zawodnicy w tym wieku, po 60 minutach powinni być zmieniani. A on był za bardzo eksploatowany przez cały sezon. Od niego wymaga się za dużo, dlatego grał prawie bez przerwy. Myślę, że teraz to skutkuje kontuzjami. Jeśli będzie zdrowy, to on nie musi biegać, żeby strzelić gola. Wie, gdzie stać, ma umiejętności. Ale Werder ma teraz taką możliwość rotacji, tylu napastników, że powinien się trochę od Peruwiańczyka uniezależnić. Pytanie, czy Skripnik będzie potrafił z tych napastników korzystać.

PRZECZYTAJ TAKŻE

„Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego”

„Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego”

14798256151_98187e9352_z

Jako że za pięć dni rusza Bundesliga, czas się do niej właściwie przygotować. A nikt nie przygotuje was do sezonu lepiej niż najwięksi eksperci. W kolejnych dniach na „Z nogą w głowie” będziecie mogli przeczytać rozmowy z ludźmi spoza pierwszych stron gazet, którzy jednak o swoich niemieckich klubach wiedzą wszystko. Prowadzą bowiem ich polskie serwisy internetowe, czytają wszelkie możliwe informacje, śledzą wszystkie możliwe sparingi. Nie grali nigdy w Bundeslidze, ale znają ją jak mało kto. Na pierwszy ogień zachęcam do przeczytania rozmowy o Bayernie Monachium z Michałem Jeziornym, tłumaczem, który przełożył na polski biografie m.in. Roberta Enkego, Philippa Lahma, Francka Ribery’ego, a do niedawna redaktorem polskiej strony Bayernu. Bez wątpienia jeden z największych ekspertów od spraw monachijczyków w Polsce.

jeziorny

Cztery lata z rzędu Bayern Monachium dominuje w Bundeslidze. Czy zmiana trenera może być czynnikiem, który zakończy tę dominacje?

Michał JEZIORNY: – Myślę, że dominacja nie minie, chyba, że naprawdę odpaliłyby od razu wszystkie młode gwiazdy Borussii Dortmund. Ale muszę przyznać, że te początki Carla Ancelottiego ogląda mi się póki co bardzo dziwnie. Jestem już bardziej przyzwyczajony do tego, że Bayern cały czas posiada piłkę. Gra w pierwszych meczach za Włocha wydawała mi się jakaś taka nienaturalna. Ale gdy przypominam sobie kontrataki, jakie wyprowadzał Real Ancelottiego, gdy grał z Bayernem, gola Karima Benzemy z tamtego pierwszego meczu półfinałowego, nabieram przekonania, że będzie dobrze. Do tego, że posiadanie piłki będzie niższe, trzeba się przyzwyczaić.

Wiemy, że drużyny Ancelottiego często miały problemy w rozgrywkach ligowych. Czy w Bayernie te częste straty punktów mogą się powtórzyć?

- To możliwe, że Bayern będzie częściej niż ostatnio tracić punkty. Zmiana taktyki może się okazać bardzo duża, co będzie wymagało trochę czasu. Jakość jest jednak duża, że powinni sobie poradzić. Ale nie wolno lekceważyć przeciwników. O mistrzostwo mogą powalczyć też inne mocne ekipy – przede wszystkim Borussia Dortmund i Bayer Leverkusen, ale ja doliczyłbym do tego grona jeszcze Schalke.

Transfery Matsa Hummelsa i Renato Sanchesa to były brakujące ogniwa Bawarczyków?

- Sanches niekoniecznie, bo pomoc jest tak wysokiej jakości, że może się to okazać transfer dopiero na przyszłość. W tym momencie niekoniecznie zrobi różnicę. Hummels natomiast jak najbardziej. To piłkarz, którego brakowało. Gdyby Holger Badstuber nie miał tylu kontuzji, mógłby regularnie grać u boku Jerome’a Boatenga. Javi Martinez nie jest typowym środkowym obrońcą, najlepsze mecze grał przecież u boku Bastiana Schweinsteigera na środku pomocy, za Juppa Heynckesa w sezonie 2012/2013. Hummels z Boatengiem to będzie wspaniały duet. Szczerze żałuję, że Mats nie trafił do Monachium rok temu, tak by miał jeszcze możliwość popracować z Pepem Guardiolą.

Wspomniałeś o Martinezie. Jaki będzie los takich piłkarzy jak on czy David Alaba, którym Guardiola zmienił pozycje? Myślisz, że u Włocha wrócą tam, gdzie zaczynali?

- Tego, że Alaba będzie grał na lewej obronie, jestem pewny. Zbyt dobrze sobie tam radził, żeby wystawiać go gdzie indziej. Zwłaszcza, że Juan Bernat nie jest piłkarzem, któremu udałoby się wygryźć Austriaka ze składu. Martineza może mi być szkoda. Nie został powołany na Euro, bo okazało się, że są piłkarze, którzy grali równie dobrze. Dochodzi w tym momencie Sanches, który gra na podobnej pozycji. Chciałbym zobaczyć rotacje na tej pozycji. A jeśli już miałbym kogoś wybierać, wolałbym, żeby wypadł Xabi Alonso. Chociaż w formie z zeszłego sezonu może być bardzo potrzebny.

7513565668_25cb9f84d5_z

Wiadomo, że kadra Bayernu jest niemal idealna. Ale gdybyś miał znaleźć jakiś jej słaby punkt, gdzie byś go szukał?

To może brzmieć absurdalnie, ale jednak na skrzydłach. Przede wszystkim przez problemy zdrowotne bocznych pomocników. Jest w tym momencie czterech klasowych skrzydłowych, ale dwóch – Arjen Robben i Kingsley Coman mają kontuzje. Pozostała dwójka nie będzie w stanie uciągnąć wszystkich meczów. Spore znaczenie będzie miało, jakim ustawieniem będzie grał Ancelotti. Zobaczymy, czy wróci do ustawienia Heynckesa – 4-2-3-1. Jestem ciekaw, czy nie postawi na dwóch napastników – z Thomasem Muellerem trochę cofniętym za Robertem Lewandowskim. Może to mieć sens. Innych rażących słabych punktów, poza skrzydłami, raczej nie ma. Jeśli obrona się ułoży i zacznie grać na swoim poziomie – ze zdrowym Boatengiem i Hummelsem na środku oraz Lahmem i Alabą na bokach, powinna być bardzo solidna. Największym wrogiem Bayernu mogą się znów okazać kontuzje. Bardzo mnie ciekawi, jak zmiana trenera, treningów, całego procesu szkoleniowego, wpłynie na sprawy zdrowotne. Na razie wszyscy po kolei się rozkładają. Urazy mogą powstrzymać Bayern.

Przez lata Bayern opierał się na Francku Riberym i Arjenie Robbenie. Dziś o Francuzie jest głośno głównie z racji kolejnych uderzeń łokciami, Holender nie gra w ogóle. Wierzysz w ich renesans czy raczej będą powoli wypierani?

- Costa i Coman powinni ich stopniowo wybierać. Ribery ma 33 lata, Robben 32. Jeśli już dziś są tak podatni na kontuzje, to pewnie z każdym rokiem będzie coraz gorzej. Zdrowia nie oszukamy. Regeneracja jest u nich już coraz wolniejsza. Wielkim znakiem zapytania jest Robben. Leczy się długo, a dalej właściwie nie ma perspektyw na jego powrót. Zmiana na skrzydłach powoli będzie następować, nowi będą coraz mocniej wchodzić. Ribery czy Robben na pewno zagrają jeszcze dobre mecze, ale to już nie będzie taki duet jak w sezonie 2012/2013.

Znowu jedynym napastnikiem Bayernu będzie Robert Lewandowski. Myślisz, że znów będzie królem strzelców? I czy nie sądzisz, że Bayern potrzebowałby jakiegoś jego zastępcy?

- Liczyłem po cichu, że Mario Gomez wróci i będzie zmiennikiem Lewandowskiego. Czuję do niego wielką sympatię i bardzo liczyłem, że znów trafi do Monachium. W tym momencie nie ma żadnego sensownego zmiennika dla Lewandowskiego. Robert jest bardzo silny, wspaniały. Było to widać w pucharze. Zwłaszcza ta trzecia bramka, gdy stanął i z takim luzem kopnął piłkę w lewy róg. Jeśli będzie karmiony piłkami z kontr, jak to było w Realu z Benzemą, to będzie jeszcze większą bestią niż jest. Granica trzydziestu bramek znów jest realna. Mam nadzieję, że kontuzje nadal będą go omijać. Fizycznie jest póki co nie do zdarcia.

Nastawiasz się, że to będzie ostatni sezon Lewandowskiego w Monachium i za rok będzie już nie do zatrzymania?

Za 12 miesięcy będziemy mieli 2017 rok. Lewandowski ma kontrakt do 2019. Nie wierzę, że w Bayernie zgodzą się na jego odejście. Wszyscy znamy jego profesjonalizm. Wiemy, jakie miał nastawienie w Dortmundzie. Chciał odejść, Borussia go blokowała, a on grał tak samo dobrze jak wcześniej, poziom jego gry ani trochę nie spadł. W Bayernie mają tego świadomość i też będą go blokować. Bayern nie potrzebuje pieniędzy z jego transferu. Potrzebuje Lewandowskiego. Jeśli Robert bardzo by się uparł na odejście, to myślę, że najwcześniej będzie to możliwe w 2018 roku, na rok przed końcem umowy, żeby nie odszedł za darmo.

Dla którego zawodnika to może być sezon ostatniej szansy?

- Bardzo lubię Badstubera i mam do niego duży sentyment, bo jest wychowankiem. Ale ma tyle tych kontuzji, że dla niego ten sezon to zdecydowanie jest być albo nie być. Tego lata odeszli wszyscy piłkarze, przy których nazwiskach były znaki zapytania. Sebastian Rode jako zmiennik był fantastyczny, ale jego jakość przy reszcie była trochę niższa. Minimalnie, ale nie okazał się piłkarzem klasy Bayernu. Mario Goetze się nie sprawdził. Medhi Benatia nie dał rady kontuzjom. To była trójka potencjalnie do odejścia i wszyscy odeszli. W tym roku, oprócz Badstubera, byłby to ewentualnie Juan Bernat. Pytanie, jak Ancelotti go zaplanował. Alaby nie przejdzie, nie ma co dyskutować, ale może Włoch będzie miał na niego inny pomysł. Ci dwaj muszą się sprawdzić. Reszta jest dość bezpieczna.

 

Hummels i Bayern. Transfer niemal idealny

Transfer Matsa Hummelsa do Monachium nabiera coraz wyraźniejszych kształtów. Najpierw zamieszanie swoimi wypowiedziami wywołał ojciec piłkarza, teraz coraz poważniejsze źródła potwierdzają rozmowy. Nawet Hans-Joachim Watzke, prezes Borussii Dortmund, przyznał wczoraj, że „jeśli Hummels odejdzie z Borussii, to raczej do Bayernu”. To byłby dla obu stron transfer ze wszech miar zrozumiały.

Fatalny błąd Klinsmanna

Hummels nie ukrywa, że Monachium jest docelowym miejscem, w którym ma osiąść jego rodzina. Zamieszkał tam, wraz z rodzicami, jako siedmiolatek w 1995 roku. Żył w stolicy Bawarii przez 13 lat. Na przedmieściach Monachium, w Unterhaching, do dziś pracuje jego ojciec. W tamtejszym IV-ligowym klubie gra jego młodszy brat. Z Monachium pochodzi jego żona. A on sam przez 13 lat grał w Bayernie. Przeszedł przez wszystkie grupy wiekowe. W 2007 roku, jako 19-latek, zagrał 38 minut w kończącym sezon meczu z FSV Mainz. Na więcej u Ottmara Hitzfelda nie mógł liczyć, bo przegrywał rywalizację z ówczesnymi stoperami Martinem Demichelisem i Luciem. Gdy pół roku później bawarski klub ściągnął za 12 milionów brazylijskiego stopera Breno, który zasłynął tylko tym, że spalił swój dom, Hummels zdecydował się odejść na wypożyczenie. Chciało go Hoffenheim, ale trafił do Dortmundu. Miał tam otrzaskać się z Bundesligą i wrócić do Bayernu jako podstawowy zawodnik. Ale talentu nie rozpoznał w nim Jürgen Klinsmann i stoper został sprzedany do Dortmundu za cztery miliony euro.

Od dziecka fan Bayernu

To była pomyłka, która ludziom w Bayernie długo tkwiła w głowie. Próbowali ściągnąć Hummelsa z powrotem w 2012 roku. Później spekulowało się o tym transferze jeszcze kilka razy. Ostatnio – pół roku temu, gdy Bayern na gwałt potrzebował stopera. Ale takiego transferu nie da się przeprowadzić w cztery dni, zwłaszcza w zimowym okienku transferowym. Teraz powrót wydaje się dużo bardziej prawdopodobny. Zwłaszcza, że lata temu Hummels podkreślał, że do momentu odejścia z Bayernu, był fanem tego klubu i „jego celem zawsze było grać dla Bayernu”. O tym, że perspektywy finansowe i sportowe w Monachium są lepsze niż w Dortmundzie, nie trzeba nikogo przekonywać. Dla Hummelsa to ruch praktycznie bez wad. W Borussii gra osiem i pół roku. Ma 27 lat. Obecny kontrakt obowiązuje do 2017 roku. Pozostając teraz w Dortmundzie, musiałby sobie odpowiedzieć na pytanie czy nie zostanie tam aby do końca kariery. Bardzo ryzykując, że nigdy nie wygra Ligi Mistrzów i wiedząc, że ciężko mu będzie zostać mistrzem Niemiec.

Wizerunkowe mistrzostwo świata

Dla Bayernu Hummels też byłby transferem idealnym. Takiego zawodnika Bayernowi brakowało od dawna. W Jeromie Boatengu Bawarczycy mają jednego z najlepszych stoperów świata. Ale Boateng jest tylko jeden. Ustawiani obok Niemca David Alaba czy Javi Martinez są oczywiście świetnymi piłkarzami, ale na najwyższym poziomie często wychodzi, że brakuje im tych kilku procent. Zwłaszcza jako stoperom, w czasach przed Guardiolą grali przecież w innych rejonach boiska. Hummels to postać godna Bayernu. Z Boatengiem znają się od lat. Tworzą przecież duet stoperów reprezentacji Niemiec. Razem zdobyli mistrzostwo świata. Uzupełniają się idealnie. Sportowo byłby wielkim wzmocnieniem i zapełnieniem pewnej luki. Także wizerunkowo byłby bardzo wygodny.Od lat narzeka się, że w Bayernie gra coraz mniej Niemców i coraz mniej wychowanków, co było niegdyś klubowym fundamentem. Hummels jest jednym z nielicznych piłkarzy spełniających trzy warunki: a) gracz światowej klasy b) Niemiec c) wychowanek Bayernu. Aż dziw, że dopiero dziś ten transfer nabiera kształtów.

Lepszy Bayern niż Barcelona

Miotają mną mieszane uczucia czy to dobry transfer dla bezstronnych fanów Bundesligi. Odejście Hummelsa będzie wielkim osłabieniem Borussii. Bayern znów skumuluje u siebie najlepszych piłkarzy ligi niemieckiej. W momencie, w którym rywalizacja o mistrzostwo Niemiec zaczynała się robić ciekawa, to będzie spory cios w Dortmund. Z drugiej strony, ostatnimi czasy zaczynała się nasilać niebezpieczna tendencja, w której najlepsi piłkarze Bundesligi nie idą do Monachium, ale do innych lig. Rozumiem, że zatrzymanie Hummelsa w Dortmundzie będzie trudne. Rozumiem, że nadszedł moment na transfer. A jeśli już ma odejść z Dortmundu, to lepiej, żeby trafił do Monachium i pozostał w Bundeslidze niż żeby grał w Barcelonie czy innym Manchesterze. Jeśli angielskie pieniądze sprawiają, że najlepsi piłkarze z Niemiec mają wyjeżdżać do Premier League, to cieszę się, że Bayern jest w stanie się temu przeciwstawić.

A poza wszystkim, transfer Hummelsa do Monachium miałby istotny walor estetyczny. Oznaczałby, że będziemy mogli co tydzień – a nie raz na kilka miesięcy, gdy gra reprezentacja Niemiec – podziwiać najlepiej wyprowadzających piłkę, najbardziej elegancko grających, stoperów świata, występujących obok siebie. Ta perspektywa nie pozwala mi pomstować na Bayern, że znów uderza w konkurencję.

Atletico z koszmarów Guardioli

Doprawdy, futbol nie oszczędza nam w tym roku emocji. Jeszcze całkiem nie doszliśmy do siebie po nieziemskim starciu Liverpoolu z Borussią, a właśnie spadła na nas jak donica z balkonu wiadomość, że w półfinale Ligi Mistrzów Bayern zagra z Atletico.

W emocjach bloguję, może się okazać, że za tydzień, jak już trochę ochłonę, zobaczę jakiś cień szansy dla Bayernu i rysę słabości na Atletico. Na ten moment wszelkiej nadziei się wyzbyłem. Jeśli wielu przez lata czuło, że drużyny Pepa Guardioli nie są idealne i mają pewne słabości, to chyba los właśnie daje wszystkim sceptykom względem tego trenera koronne argumenty.

Atletico jawi się w mojej głowie jako drużyna wprost stworzona do ogrywania Bayernu. Z hordą Diego Simeone nie lubi grać nikt na świecie, ale najbardziej nie będą tego lubiły drużyny Guardioli. Szczęśliwie dla reputacji Pepa, póki co udawało mu się praktycznie unikać starć z Simeone. Gdyby zebrać wszelkie drobne słabostki, chwiejne momenty Bayernu i z całego świata zmontować ekipę, która spróbowałaby je wykorzystać, wyszłoby nam Atletico Madryt. Każdy, kto pokonywał Barcelonę w ostatnich latach, robił to stosując taktykę Atletico. A nikt nie doprowadził do takiego mistrzostwa taktyki Atletico jak samo Atletico.

Przez lata żyliśmy w świecie, w którym przeciwieństwem Guardioli był Jose Mourinho. Podczas gdy najprawdziwszym przeciwieństwem jest Diego Simeone. To antyteza najkompletniejsza. Jeśli Guardiola uczy, że w futbolu da się wygrywać tylko na jego modłę, to Simeone wygrywa robiąc wszystko odwrotnie. Starcie tych światów będzie fascynujące. Dotychczas obaj zmierzyli się tylko raz. W 2012 roku Barcelona schyłkowego Guardioli grała z wschodzącym Atletico Simeone. Barcelona wygrała, ale Simeone dopiero uczył swoich piłkarzy sztuki bronienia, którą dziś doprowadzili do perfekcji.

Już widzę oczami wyobraźni Bayern mający piłkę przez 176 ze 180 minut rywalizacji z Atletico. I wymieniający ją od lewa do prawa i prawa do lewa, nie potrafiąc znaleźć pół luki w murze madrytczyków. Widzę próby dryblingów Ribery’ego i Douglasa Costy, rozbijające się o potrojoną asekurację rywali. Widzę jak Lewandowski upada po każdym starciu z Godinem, a cały nadwiślański naród drży o jego zdrowie w kontekście Euro. Widzę jak Guardiola drapie się po głowie. Widzę jak wszyscy piszą: „Brakuje Robbena”. No i widzę jak w ciągu tych czterech minut, w których Bayern nie będzie miał piłki, daje się kontrować. Jak traci piłkę w środku pola, jak obrońcy dają się rozjeżdżać, jak bezradni są wobec kontrującego rywala. I jak jeden Arturo Vidal walczy przeciwko jedenastu Arturom Vidalom.

Tak, gdyby Bayern trafił na Manchester City, nastawiałbym się na spacerek. Gdyby trafił na Real, szanse dawałbym 50 na 50. Jako że trafił na Atletico, jedynej mikrej szansy Bayernu upatruję w Thomasie Müllerze. Jeśli ktoś ma znaleźć szparę w murze Atletico, to tylko on, Raumdeuter.

Naiwna wiara w Guardiolę

Nigdy nie byłem fanem Guardioli. Moment, w którym jego Barcelona zaczęła demolować rywali, był chwilą mojego wiecznego rozwodu z tym klubem. Wychowałem się w poczuciu kibicowania zespołowi, który nigdy niczego nie wygra (naprawdę), nie mogłem spać w nerwowym oczekiwaniu wyniku z Teneryfą (bo czasy były takie, że na serio się o Barcelonę obawiałem), emocjonowałem się dramatyczną walką o zajęcie szóstego czy tam czwartego miejsca. Barcelona ananasów w stylu Bonano, Hespa, Christanvala, to była moja Barcelona. Nawet gdy już za Rijkaarda wygrywała Ligę Mistrzów, to nadal było piękne, bo czuło się, że wszystko się zaraz rozsypie i to, że sezon później najlepsza niby drużyna w Europie finiszowała za Villarrealem było naturalną konsekwencją.

A później przyszedł Guardiola i zaczął wygrywać wszystko i ze wszystkimi. Wysoko. Regularnie. Niemal bez pomyłek. Wysypało się wokół pełno kibiców Barcelony – wychowałem się w czasach, gdy pełno było kibiców galaktycznego Realu – a mnie kibicowanie drużynie, o której wiadomo było, że wszystko wygra, przestało cieszyć. Mniej więcej w tym samym czasie zadurzyłem się w Hull City. Co więcej, pretensje do Guardioli miałem nie tylko o to, że uczynił z „mojego” klubu maszynkę do wygrywania, ale też o styl. Dzisiaj to oczywiste, bo tzw. tiki-taka jest passe. W 2008 roku pisząc, że to Guardiola a nie Mourinho zabija futbol czułem się jak heretyk. Szczerze wierzę, że byłem w gronie kilku pierwszych ludzi, którym styl Barcelony Guardioli się nie podobał. Mniej więcej od tego 2008 roku Barcelona zaczęła dla mnie znaczyć tyle, co inne wielkie kluby tego świata, czyli niewiele. I jedynym tego winnym był Guardiola.

 Ale co innego rozmawiać o jakichś dziecięco-nastoletnich fantazjach i zawodach, a co innego patrzeć na Guardiolę trzeźwo i merytorycznie. Nigdy nie ulegało dla mnie wątpliwości, że to trener wybitny. I wylewanie na niego kubłów pomyj, które po paru latach jego sukcesów z Barceloną zrobiło się notoryczne, wyśmiewanie jego futbolu na forach internetowych całego świata, kolportowanie bzdur o jego przychodzeniu „na gotowe”, sprawiło, że paradoksalnie zacząłem mu życzyć sukcesów.

Naiwna wiara w Guardiolę towarzyszyła mi więc od pierwszego dnia jego pracy w Monachium. Wtedy, gdy jawnie demontował genialną drużynę Heynckessa – po latach, cóż to była za genialna drużyna! Nigdy nie widziałem piękniejszego futbolu niż w dwumeczu z Barceloną – stwierdzałem, że musi ją zdemontować, bo drugi raz takiego sukcesu z tymi samymi ludźmi, grając w ten sam sposób, nie udałoby się osiągnąć. Gdy zmieniał wszystkim możliwym piłkarzom pozycje na boisku, Lahma wystawiając na środku boiska, Alabę rzucając po całym świecie, nie widziałem w tym przekombinowania, a tego, że trener widzi coś więcej. Gdy Bayern notorycznie zanudzał w Bundeslidze, widziałem w tym raczej genialne wyrachowanie. Gdy wszystko się ewidentnie waliło, wierzyłem, że wszystko ma pod kontrolą. Nawet gdy Real wygrał pierwszy mecz półfinałowy, byłem przekonany, że Guardiola ma genialny plan na rewanż. Nawet gdy w rewanżu Bayern był demolowany, wierzyłem, że to dlatego, iż nie dostał pełni władzy. Nawet gdy w drugim sezonie Bayern cały czas grał tak samo i wydawało się, że popełnia te same błędy, wierzyłem, że akurat Barcelonę Guardiola rozpracuje jak nikt inny. A gdy się okazało, że nie rozpracował, to myślałem, że rozwiąże problemy z kontuzjami, wzmocni zespół i trzeci sezon to będzie triumfalny marsz Guardioli przez historię. Bo przecież nie mogą mieć racji te tłumy internetowych hejterów, podkreślających na każdym kroku, że to trener przereklamowany.

Przez poprzednie dwa lata nazywałem to wiarą w Guardiolę. Dziś, choć biję się z podobnymi myślami, nazwałbym to już naiwną wiarę w Guardiolę. Przecież widzę, że wyrzucenie Muellera-Wohlfahrta w niczym nie pomogło, a kontuzji jest nawet więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Przecież widzę, że Bayern jest bardzo daleki od bardzo dobrej formy. Przecież widzę, że mam problemy z przypomnieniem sobie naprawdę zachwycającego meczu Bayernu (z Dortmundem? Było lanie, ale nie zachwycający mecz. Z Wolfsburgiem? To był zachwycający mecz Lewandowskiego, a nie Bayernu. Chyba pozostanę przy meczach z Manchesterem City i z Romą na wyjeździe, ale to było cholernie dawno temu). Przecież widzę, że świetnie kontrująca drużyna jest w stanie zrobić z Bayernu miazgę i wcale nie trzeba do tego Messiego czy Cristiano Ronaldo, wystarczy mający świetny dzień VfL Wolfsburg czy Borussia Moenchengladbach. Przecież widzę, że Juventusu nie da się zatrzymać dwoma niskimi środkowymi pomocnikami na środku obrony i przecież wiem, że Ligę Mistrzów wygrywa się przede wszystkim obroną, a nie atakiem, czyli dokładnie tym, czego Bayern dziś nie ma.

Jedyny powód, dla którego nie jestem skrajnym pesymistą, to naiwna wiara w Guardiolę. Dotychczas się nie sprawdzała. Ale może w momencie, w którym Juventus jest tak rozpędzony, a Bayern zdradza więcej oznak słabości niż kiedykolwiek, wreszcie okaże się, że ta wiara nie jest naiwna, tylko trener rzeczywiście ma jakiś plan i że wszystko idzie zgodnie z nim? Że te chybotliwe mecze z Darmstadt, Hamburgiem, męczenie się z Hoffenheim, niemożność sforsowania obrony Leverkusen (Dortmund wygrał tam dwa dni temu mocno eksperymentalnym składem), to tylko usypianie czujności rywala? Głupie? Chyba tak.

 Sam wiem doskonale, że nie pomoże wygranie Bundesligi cztery razy z rzędu, nie pomoże absolutna wszechdominacja w Niemczech. Nic nie pomoże, jeśli Bayern z Juventusem odpadnie. Guardiola odejdzie z Monachium jako przegrany. Wszyscy, którzy w niego wierzyli, będą się musieli zmierzyć z triumfalnym i wszechobecnym: „A nie mówiłem?”. Choćby z tego powodu życzę Guardioli spektakularnego sukcesu i zamknięcia ust krytykom. Nie lubię, gdy mówi się, że futbol to prosta gra, uważam, że jest bardzo skomplikowana. Efektowny triumf Guardioli pokazałby, że trener widzi więcej niż śmiertelnicy.

Ale jak życzę Hiszpanowi sukcesu, tak cieszę się, że wkrótce zastąpi go Ancelotti, przywróci futbol z czasów Heynckessa, prawego obrońcę będzie wystawiał na prawej obronie a lewego na lewej. Eksperymentami Guardioli jestem skrajnie zmęczony, w najbliższych tygodniach rozstrzygnie się czy będę nim również skrajnie rozczarowany.

„Były dwa kluby, a Borussia była bardziej sexy”. Moenchengladbach znów w latach 70

gladbach

Póki co najpiękniejsza różnicą, jaką dostrzegam między południem Niemiec, które zjeździłem wzdłuż i wszerz, a Zagłębiem Ruhry, w którym stawiam pierwsze kroki, polega na krzyżowaniu się szlaków kibicowskich. Na południu kibice Bayernu rzadko podróżowali w jednym pociągu z kibicami Norymbergi, nie mijali się raczej z jadącymi na mecz fanami Stuttgartu i Hoffenheim. W Zagłębiu Ruhry jest inaczej. W jednym pociągu widzi się grupy kibiców różnych klubów. Kibice Kolonii jadący na mecz z Augsburgiem, przekomarzają się z fanami Moenchengladbach podróżującymi na spotkanie z Bayernem i życzą powodzenia fanom Dortmundu jadącym do Wolfsburga.

 Jako że niemieccy kibice są mistrzami pociągowego small-talku i nawiązywania krótkich znajomości, wychodzą przy tej okazji zabawne dyskusje. Wczoraj okazało się po raz kolejny, że nikt nie zna swojej drużyny lepiej niż jej kibice. Fani Kolonii jechali wczoraj na mecz z tkwiącym w strefie spadkowej bez żadnej nadziei, choć przecież ich drużyna była zdecydowanym faworytem. – Na sto procent przegramy. Z teoretycznie słabszymi od siebie zawsze przegrywamy – mówili. I przegrali.

 Im bliżej Moenchengladbach, tym w pociągu robiło się bardziej zielono-czarno i biało. Pierwsze wrażenia z miasta – rozczarowujące. To faktycznie dziura, znana tylko z tego, że ma dobry klub piłkarski. Dworzec główny budzi koszmarne skojarzenia z dworcem w Bytomiu, jednym z najgorszych miejsc w Polsce. Wybudowany 11 lat temu stadion powstał na przedmieściach, co dla mieszkańców pewnie jest wygodne, ale dla przyjezdnych bardzo niewygodne. Sam stadion z zewnątrz też nie zachwyca, ale Borussia budowała go w czasach, gdy była biedna i bardziej chodziło jej o to, by stadion był nowy i duży, a nie piękny. Nastrój pogarsza jeszcze konieczność biegania od Annasza do Kajfasza za akredytacją, która niby ma być, a jej nie ma. Gdy już w końcu jest, przy wejściu na stadion napotykam hasło: „Gęsia skórka wliczona w cenę biletu”. No, mam nadzieję.

 Najlepsze miejsce w Moenchengladbach to bezsprzecznie wnętrze Borussia-Park. To ono czyni z Borussii jeden z najbardziej klimatycznych klubów w Niemczech, który w latach 70. razem z Bayernem podzielił Niemcy ideologicznie. – Polityka, filozofia, sztuka, a czasem nawet i sport – cokolwiek wymagające klasyfikacji – można było sprowadzić do odpowiedzi na pytanie: Gladbach czy Bayern? – pisał Uli Hesse w książce „Tor”. Nikt tyle nie zrobił dla promocji Borussii w Polsce, co on.

 „Gladbach i Bayern: radykalizm czy racjonalizacja, rewolucja czy pragmatyzm. Jeśli była potrzeba, Bayern wygrywał 1:0. Bayern nigdy nie grał do upojenia, wygrywał w wyrachowany sposób. Młode źrebaki grały wolne od wszelkich oporów nieodparcie prąc do przodu”. To Helmut Böttiger, eseista. „Wszyscy reformatorzy, progresywiści trzymali z Borussią a nie z Bayernem. Uznawali ryzykowny uważajcie – nadchodzimy – futbol zespołu za kontynuację politycznych przemian przy użyciu piłkarskich środków”. To zdanie Holgera Jenricha. „Od chwili awansu do Bundesligi Źrebaki kultywowały lekkomyślny styl, który dawał im rekordowe zwycięstwa 11:0 z Schalke czy 10:0 z Neunkirchen, ale z drugiej strony także i porażkę u siebie z Bremą 0:7″. Tak pisał socjolog Norbert Seitz.

 Z tymi mitami Hesse rozprawiał się bezlitośnie: – Debata Bayern czy Gladbach nie miała nic wspólnego z futbolem. Oba zespoły często grały ładnie, zabawiając tłumy, a czasem nie. Bawarczycy prawdopodobnie nawet na początku byli nieco bardziej zaawansowani jeśli chodzi o umiejętność oszczędzania sił i mieli lepsze wyczucie czasu, ale działo się tak dlatego, że mieli po prostu więcej utalentowanych piłkarzy w składzie, a nie dlatego, że grali „racjonalnie” lub „pragmatycznie”. Takie rzeczy wymyślają socjologowie i politolodzy, gdy każe im się tłumaczyć kulturę popularną, podczas gdy rzeczywistość jest zazwyczaj znacznie prostsza. Były dwie drużyny, a Borussia była bardziej sexy. Różniły się jednym: elementem tragicznym, który miało Gladbach, a nie miał Bayern. To czyniło Gladbach sexy w stylu Jamesa Deana. Każdy wyczuwał, że ci piłkarze są w pewien sposób z góry skazani na porażkę, pechowi”.

 „Borussia była bardziej sexy”. I dalej jest. Atmosfera wczorajszego meczu pozwoliła poczuć namiastkę lat 70. Znów na stadionie było więcej kibiców niż miejsc, choć myślałem, że to się już w Niemczech nie zdarza. Nad ostatnim rzędem trybun, tuż pod dachem, stali poupychani kibice. Myślę, że w ten sposób spokojnie udało się powiększyć powierzchnię trybun o jakieś dwa tysiące miejsc.

 Trybuny w Moenchengladbach na pewno są jednymi z najgłośniejszych w Niemczech. W ogóle, co się tyczy kibiców, odnoszę wrażenie, że do Polski dociera przekaz nie do końca zgodny z rzeczywistością. Czytając i słuchając opowiadań, można dojść do wniosku, że kibice dortmundzcy dominują na trybunach Bundesligi tak, jak Bayern na jej boiskach. W rzeczywistości, najgłośniejsze miejsca w Niemczech, jakie słyszałem to Frankfurt (a słyszał ktoś kiedyś zachwyty nad kibicami Eintrachtu?) i Gelsenkirchen (tu swoje mógł zrobić zamknięty dach, który czynił ze stadionu wielką halę i potęgował tumult). Moenchengladbach jest w ścisłej czołówce. W Dortmundzie atmosfera jest oczywiście fantastyczna, ale we Frankfurcie, Gelsenkirchen czy Moenchengladbach nie jest ani trochę gorsza, a może nawet lepsza.

 Do lat 70. pozwolili też bardzo niespodziewanie wrócić piłkarze, którzy zagrali dokładnie taki futbol, jaki uwielbiam. Bardzo szybki, na olbrzymiej intensywności, ze świetnymi kontratakami i prostopadłymi podaniami. A przy tym nie zamurowali bramki. Andre Schubert przeżywa najlepszy trenerski start w historii Bundesligi. Pod względem piłkarskim, nic mnie już chyba lepszego w czasie tego wyjazdu nie czeka. Co ciekawe, identyczną, jak po golach dla Borussii ekstazę w Moenchengladbach wywołał gol dla Augsburga przeciwko Kolonii. Gol obwieszczony z głośników poprzez koński odgłos paszczą. Źrebaki w końcu.

 Borussia zdecydowanie oferuje gęsią skórkę w cenie biletu, Moenchengladbach już niestety nie. Spodziewałem się, że po rozbiciu Bayernu, miasto nie zaśnie i będzie długo świętować. W rzeczywistości, półtorej godziny po meczu, na ulicy nie można już było spotkać żywej duszy. Miasto żyje tylko, gdy gra Borussia. Bez futbolu byłoby tylko dziurą. Na szczęście, po 40 latach przerwy znów ma futbol na fantastycznym poziomie.

Po sezonie Bundesligi. Co dało się przewidzieć, co nie przyśniło się nikomu?

kula

To potwierdzone naukowo, że mamy tendencję do przeceniania swoich zdolności przewidywania. To znaczy, po fakcie zwykle często myślimy, że czegoś się spodziewaliśmy, podczas gdy się tego nie spodziewaliśmy. Ciężko więc stwierdzić, co tak naprawdę jest niespodzianką. Na szczęście jest obiektywne narzędzie, czyli zapisywanie typów przed faktem i sprawdzanie ich po fakcie.

Jak może pamiętacie, przed sezonem, zapytałem dziesięć najtęższych bundesligowych głów w Polsce, a więc Tomasza Urbana, Marcina Borzęckiego, Mateusza Karonia, Marcina Oltona, Martina Hucia, Michała Jeziornego, Adriana Liputa, Piotra Tomasika, Macieja Zarembę i Piotra Klamę, jak potoczy się sezon w Niemczech. Jako że ci ludzie śledzą niemiecką piłkę szczegółowo i od lat, można spokojnie powiedzieć, że to, czego nie przewidział żaden z nich, jest sensacją. Co więc się w tym sezonie Bundesligi wydarzyło? Przypomnijmy sobie 10 kluczowych pytań, jakie zadawaliśmy sobie przed sezonem i sprawdźmy, co z nich wyszło.

Czy w Bundeslidze będzie wreszcie walka o mistrzostwo Niemiec?

Choć każdy z pytanych, wskazał Bayern Monachium jako mistrza Niemiec,  aż trzy osoby odpowiedziały na pytanie twierdząco. Naprawdę wierzyliśmy, że Bawarczycy po mistrzostwach świata będą w kryzysie i ktoś – w sensie Borussia Dortmund – będzie w stanie ich zaatakować. Połowa zaznaczyła, że walki nie będzie.

Czy ktoś może zaatakować pozycję Dortmundu?

Sama konstrukcja mojego pytania wskazywała, że nie dopuszczałem do głowy, że Borussia może zająć siódme miejsce i jeszcze się z tego cieszyć. Nie dopuszczali też moi respondenci. Powiedzmy sobie szczerze, gdyby ktoś wytypował tak słaby sezon Dortmundu i postawił na to jakiekolwiek pieniądze, dziś miałby liczne domy nad morzem na sprzedaż. Upadku Borussii nie przewidział jednak absolutnie nikt. Niektórzy wskazywali, że Bayer Leverkusen czy Schalke 04 mogą powalczyć o wicemistrzostwo. Specjalny szacunek dla Michała Jeziornego, który jako jedyny wskazał Wolfsburg jako potencjalny zespół atakujący pozycję Dortmundu.

Wolfsburg w Lidze Mistrzów – to jest ten moment czy jeszcze za wcześnie?

Przez ankietowanych przemawiał żal, że Wolfsburg, zamiast ściągnąć poważnego napastnika, sięgnął po Nicklasa Bendtnera. Ten okazał się niewypałem, ale nikt nie podejrzewał, że wiosną w poważnego napastnika przekształci się Bas Dost. Wzlot Wolfsburga na drugie miejsce jest niespodzianką. Ponad połowa pytanych stwierdziła, że to jeszcze nie moment dla Wolfsburga. Trzy osoby wskazały, że VfL może wejść do pierwszej czwórki, ale raczej na jej czwarte miejsce. Wicemistrzostwo to niespodzianka.

Która drużyna będzie objawieniem sezonu?

Najczęściej podawana odpowiedź: TSG Hoffenheim. Zespół Gisdola faktycznie zagrał lepszy sezon niż poprzedni i był blisko awansu do pucharów, ale objawienie może być tylko jedno i jako jedyny wskazał je Piotr Klama, przewidując, że FC Augsburg może w tym roku awansować do pucharów, do których sezon wcześniej brakło mu niewiele.

Czy HSV i Werder znów będą walczyć o utrzymanie?

Wszyscy, poza Mateuszem Karoniem, dali się zwieść sensownie wyglądającym ruchom transferowym Hamburga i przewidywali dla niego raczej spokojny środek tabeli. Większość sądziła, że do końca problemy będzie miała Brema. W pierwszej części sezonu się to potwierdzało, ale pojawienia się w Bundeslidze Viktora Skripnika nikt nie mógł przewidzieć.

Kto będzie „Andre Hahnem” sezonu 2014/2015?

Pytałem o największe odkrycie personalne. Swoją drogą, Andre Hahn, po udanej rundzie jesiennej, w Gladbach jednak mocno przygasł. A następcy byli. Muszę przyznać, że w tym pytaniu eksperci pokazali, że naprawdę są ekspertami.

Marcin Olton przewidywał dobry sezon Pierre’a Emile’a Hoejbjerga, Erica-Maxima Choupo-Motinga, Marca Stendery i Karima Bellarabiego. Zadziwiająca skuteczność. Zwłaszcza w przypadku tego ostatniego, który rok temu niczym nie wyróżniał się w Brunszwiku, a dziś jest reprezentantem Niemiec i jednym z liderów czołowej drużyny Bundesligi.

Tomasz Urban przewidywał, że mocną rolę do odegrania będzie miał Jonas Hector. Człowiek, o którym mało kto w sierpniu słyszał, w listopadzie zadebiutował w reprezentacji Niemiec.

Adrian Liput i Martin Huć przewidzieli wzlot Daviego Selke, który błyszczał na turniejach młodzieżowych, ale w Bundeslidze nie odgrywał wówczas żadnej roli. Za miesiąc, za osiem milionów euro, przeniesie się do RB Lipsk po bardzo dobrym sezonie w Bremie.

Powtarzały się też u innych nazwiska Hoejbjerga czy Tina Jedvaja. Generalnie, jeśli czytacie Z nogą w głowie, to mogliście się spodziewać, kto wystrzeli w górę, bo skuteczność ekspertów była zadziwiająca.

Kto spadnie?

Każdy, bez wyjątku, wskazał SC Paderborn, choć absolutnie nikt się nie spodziewał, że spadnie w takim stylu, na 60 minut przed końcem sezonu będąc nad kreską. Jako drugiego spadkowicza najczęściej wskazywano Moguncję, co kompletnie się nie sprawdziło. Jedynym, który przewidział skutecznie komplet spadkowiczów był Maciej Zaremba, przeczuwając, że nadchodzi moment, w którym Freiburgowi już nie uda się uciec spod topora. Szacunek, panie Macieju.

Czy Kasper Hjulmand udźwignie ciężar bycia następcą Thomasa Tuchela?

Kasper, who? Mocno przestrzeliłem z pytaniem, bo niespełna rok później trzeba się nieźle wysilić, żeby sobie przypomnieć, że ktoś taki jak Kasper Hjulmand faktycznie w Bundeslidze był. Wszyscy przewidzieli, że Duńczyk sobie nie poradzi. Choć spektakularnej klęski nie poniósł, wiosną pogonili go z Moguncji i zatrudnili Martina Schmidta. Nikt nie jest zaskoczony.

Który trener zostanie zwolniony jako pierwszy?

Najczęściej wskazywano Hjulmanda. Jedynie Tomasz Urban wiedział, że w HSV króluje chaos i to Mirko Slomka będzie pierwszym, który stracił posadę. Swoją drogą, wydaje się, że Slomka w HSV był jakąś dekadę temu. Przecież od tego czasu zespół prowadzili już Zinnbauer, Knaebel, Labbadia. Rok w HSV to jak 10 lat gdzie indziej.

Jaki to będzie sezon dla Polaków?

Wbrew ogólnointernetowej histerii, wielu przeze mnie zapytanych wskazało, że Robert Lewandowski obroni tytuł króla strzelców. Pomylili się, ale nieznacznie. Kilka razy przewijało się przypuszczenie, że będzie to kolejny ciężki sezon dla Jakuba Błaszczykowskiego. Więcej spodziewaliśmy się natomiast po Łukaszu Piszczku. Absolutnie nikt nie przewidział, że Paweł Olkowski wygryzie ze składu Kolonii jej kapitana i będzie jednym z ciekawszych zawodników tej drużyny. Nie mam wątpliwości, że jeśli chodzi o Polaków to właśnie Olkowski jest największym wygranym sezonu.

Swoją drogą, strasznie smutny to dzień, ta ostatnia kolejka Bundesligi. Z jednej strony, czekam nań cały sezon, żeby wreszcie się dowiedzieć, jak się to wszystko skończy. Z drugiej, im bardziej się zbliża, tym bardziej chciałbym jego nadejście oddalić. Jeszcze tylko finał Pucharu Niemiec, baraże i znów zostaniemy z czystą kartką i mnóstwem pytań. Na niektóre najlepsi eksperci będą w stanie odpowiedzieć. Znów zdarzą się jednak rzeczy, które się nikomu nie śniły.

Dzień rozstrzygnięć w Bundeslidze, po którym wciąż… wiele nie wiemy!

bundes

W Bundeslidze tylko jedna drużyna nie gra już absolutnie o nic. To Bayern Monachium. Pozostałe 17 drużyn jeszcze może coś zyskać albo stracić. Dziś o 15.30 w Niemczech ruszy przedostatnia kolejka, a na Z nogą w głowie od rana do wieczora będę blogował mniej lub bardziej na bieżąco, zależy jak redakcyjne sprawy pozwolą, na wszystkie związane z Bundesligą tematy. Będzie się na pewno działo, bo w Bundeslidze, ile drużyn, tyle historii do opisania.

KLIKNIJ TUTAJ, ABY ODŚWIEŻYĆ

19.00 Tymczasem dziękuję za wspólnie spędzone 11 godzin z Bundesligą. Przez cały tydzień, jak zwykle, na Z nogą w głowie, znajdziecie niemieckie tematy. Ostatnia kolejka za tydzień. Czy będzie z niej relacja Z nogą w głowie na żywo, to się jeszcze okaże.

18.52 Niezwykle nonszalancko pewny awans do pucharów wypuścił Augsburg. Gdyby dziś zremisował z Hanowerem, minimum szóste miejsce miałby zapewnione. Mimo bardzo sprzyjających okoliczności nie dał rady i teraz musi patrzeć za siebie. Jeśli w Gladbach chociaż zremisuje, zagra w Lidze Europy. Ale najciekawiej będzie w przypadku – bardzo prawdopodobnej – porażki. Za plecami Augsburga dojdzie bowiem do pojedynku siódmej Borussii z ósmym Werderem. Jeśli wygra Borussia, to Augsburg na pewno zagra w pucharach. Dortmundczycy wprawdzie wyprzedzą drużynę ze Szwabii, ale jako że są w finale Pucharu Niemiec, siódme miejsce da puchary. Jeśli będzie remis Augsburg zajmie szóste miejsce. Ale jeśli wygra Werder, wtedy sam przeskoczy Augsburg, zajmie szóste miejsce, a Augsburg będzie musiał liczyć, że Borussia wygra Puchar Niemiec. Teoretyczne szanse na puchary ma jeszcze Hoffenheim. Musi liczyć na remis Borussii z Werderem, samemu ogrywając Herthę 11:0 (nie śmiejcie się, bo jesienią w Berlinie wygrało 5:0), a później trzymać kciuki za wygraną Dortmundu w Pucharze Niemiec. Prędzej jednak Polanski zagra w pucharach, jeśli odejdzie z Hoffenheim.

18.48 Wciąż nie wiemy, kto będzie wicemistrzem Niemiec. Wolfsburg dzisiaj ograł Borussię Dortmund i do finału Pucharu Niemiec przystąpi z przewagą psychologiczną. Wygrana była dla „Wilków” koniecznością, bo Gladbach potwierdza, że jest najlepszą drużyną rundy wiosennej i w Bremie znów wygrało. W ostatniej kolejce Wolfsburg potrzebuje wygrać w Kolonii, a w praktyce wystarczy nie przegrać, by zająć drugie miejsce. Gladbach musi liczyć na potknięcie „Wilków” i samemu ograć Augsburg.

17.54 Przegrani kolejki? Zdecydowanie Hamburger SV. Po golu Kacara wydawało się, że walka o utrzymanie będzie się za tydzień odbywać już bez HSV. Tymczasem teraz zespół z Hamburga jest na przedostatnim miejscu w tabeli. W ostatniej kolejce gra u siebie z Schalke. Jeśli wygra i ułożą się inne wyniki, pozostanie w Bundeslidze. Jeśli zremisuje albo przegra, definitywnie, po raz pierwszy w historii, spadnie z ligi.

Sporo pecha miało w Gelsenkirchen Paderborn. Długimi momentami było drużyną lepszą, stwarzało sporo sytuacji, a jednak przegrało po samobójczym golu. Beniaminek, realnie patrząc, nie ma już szans na bezpośrednie utrzymanie, bo musiałby odrobić w jednym meczu kilkanaście bramek do Hanoweru i Freiburga, ale wciąż może zająć miejsce barażowe. Potrzebuje do tego własnej wygranej nad Stuttgartem i porażki HSV. Trudne, ale całkiem realne.

17.48 Najwięksi wygrani kolejki na dole tabeli? Freiburg i Hanower. Freiburg zdołał odwrócić losy meczu z samym Bayernem, grającego prawie w najmocniejszym składzie. Drużyna Christiana Streicha niemal w ogóle nie utrzymywała się przy piłce, ale dwa razy dobrze skontrowała mistrzów. Cudowną asystę przy drugim golu zaliczył Karim Guede. Jeśli Streich z takim napastnikiem, przesuniętym rok temu z obrony, utrzyma ligę, będzie magikiem. Freiburg wygrał z Bayernem po raz pierwszy od 1996 roku i ma sprawy w swoich rękach. Bayern przegrał natomiast trzeci mecz z rzędu w Bundeslidze. Ostatni raz taką serię miał w 1998 roku.

Hanower z kolei odniósł pierwszą wygraną w tym roku. Zapewnił to drużynie Michaela Frontzecka Lars Stindl, który latem odejdzie z Hanoweru, zdobywając dwa gole. Drużyna musiała się przez większość meczu bronić w dziesiątkę, frajersko sfaulowała Babę w polu karnym, ale tym razem dowiozła arcyważną wygraną do końca i wyskoczyła ponad strefę spadkową. W ostatniej kolejce zagra u siebie z Freiburgiem i ma wszelkie szanse na utrzymanie.

Do wygranych należy też zaliczyć Stuttgart. VfB potwierdziło, że jest aktualnie w najlepszej formie z całego dołu tabeli. Zaczęło źle, ale zasłużenie ograło Hamburg, wyskoczyło z ostatniego miejsca w tabeli do strefy barażowej. Za tydzień zagra o wszystko w bezpośrednim starciu w Paderborn.

17.40 Co za szalona kolejka! Tyle bramek padło, a… najważniejszych rzeczy i tak dalej nie wiemy. Ale na początek mała inwentaryzacja. Czego się dowiedzieliśmy?

Borussia Moenchengladbach awansowała po raz pierwszy w historii do Ligi Mistrzów. Wcześniej grała oczywiście w Pucharze Mistrzów, była w eliminacjach Ligi Mistrzów, ale w fazie grupowej będzie po raz pierwszy. Osiągnęła to dzięki dwóm bramkom Raffaela w Bremie. Pierwszy gol był szczególnie dziwny, bo dość przypadkowo Brazylijczyk wturlał piłkę do bramki udem.

Schalke awansowało do Ligi Europy. Zespół z Gelsenkirchen rozegrał przeciwko Paderborn fatalny mecz, w fatalnej atmosferze, ale w 89. minucie po strzale samobójczym jednak zwyciężył i zapewnił sobie awans do pucharów.

Mainz się utrzymało. To była formalność. Zespół z Moguncji zasłużenie ograł Kolonię i w przyszłym sezonie nadal będzie w Bundeslidze. Obawy o to, jak zespół poradzi sobie po odejściu Thomasa Tuchela okazały się więc bezpodstawne.

16.21 Słusznie przypuszczałem, że będą się dziś dziać rzeczy niezwykłe. Uff.. Najgoręcej jest w walce o utrzymanie. Gojko Kacar chce w pojedynkę utrzymać Hamburg, dlatego trafił w trzecim meczu z rzędu i wydawało się, że HSV wypisze się z walki o utrzymanie, ale znakomite sześć minut Stuttgartu pozwoliło zdobyć dwa gole i wyskoczyć aktualnie z ostatniego aż na 14. miejsce! VfB znów gra dobrze w ofensywie i zwyczajnie zasługuje, by w tej lidze pozostać. Ale to dopiero 1/4 drogi. W Hamburgu z kolei robi się nerwowo.

Freiburg, choć prawie w ogóle nie dotyka piłki w meczu z Bayernem, zdołał wyrównać po ładnym strzale Mehmediego. Hannover 96 z kolei frajersko wypuścił prowadzenie w Augsburgu, faulując w polu karnym szarżującego Babę.

Stan na ten moment jest taki, że na kolejkę przed końcem cztery ostatnie drużyny mają po 32 punkty i o spadku, barażach i utrzymaniu decyduje… stosunek bramek. Niesamowity ścisk i to bez podziału punktów. Ale druga połowa pewnie jeszcze dziesięć razy wywróci to do góry nogami.

hertha

14.40 Jeszcze uwaga techniczna, nie spodziewajcie się tu w czasie meczu relacji minuta po minucie. W przerwie pewnie wpadnę tu z jakimś spostrzeżeniem, ale w czasie meczów będę się zajmował raczej śledzeniem meczów, po to, byście mogli tu powrócić po zakończeniu kolejki i poczytać, co się działo. Wpisy będą się więc teraz pojawiać z mniejszą niż dotychczas częstotliwością.

14.35 W pierwszych składach trzech Polaków. Oprócz Roberta Lewandowskiego i Eugena Polanskiego, niespodziewanie także Adam Matuszczyk. Kolonia pozwala się swojemu wychowankowi godnie pożegnać. Od 1 lipca Polak będzie grał w Eintrachcie Brunszwik.

14.14 Zaczynają spływać pierwsze składy, bo to już tylko trochę ponad godzina do meczów. Bayern nie odpuszcza Freiburgowi, gra niemal najsilniejszym składem. W bramce jednak Neuer a nie Lucić.

Neuer – Rafinha, Boateng, Benatia, Bernat – Weiser, Schweinsteiger, Alonso, Rode, Götze – Lewandowski

13.05 Cichym bohaterem sezonu jest – niezależnie od końcowych rozstrzygnięć – Viktor Skripnik, trener-debiutant z Werderu Brema. Doświadczony Robin Dutt, mający za sobą pracę choćby we Freiburgu, Bayerze Leverkusen czy w niemieckiej federacji został zwolniony w październiku, gdy drużyna nie miała na koncie ani jednego zwycięstwa i wyglądała jak główny, niezaprzeczalny kandydat do spadku. Ukrainiec, mający wcześniej doświadczenie tylko w prowadzeniu zespołu rezerw, wziął Werder w takiej sytuacji:

skripnik

Tak wygląda tabela za rządów Skripnika:

werder

Drużyna, która wcześniej nie pasowała do Bundesligi, od listopada jest gorsza tylko od największych potęg ligi. Werder wciąż może awansować do europejskich pucharów, chociaż terminarz ma trudny. Dziś gra z Gladbach, za tydzień w Dortmundzie. Ten ostatni mecz, może być bezpośrednim starciem o Ligę Europy. Kto by pomyślał, że Werder właśnie o to będzie się bił do ostatniej kolejki.

12.43 Niektóre drużyny rozgrywają dziś ostatnie mecze na własnym stadionie w tym sezonie, co oznacza dla kilku piłkarzy pożegnania z kibicami. Nie ma może tak efektownych przypadków jak w Anglii, gdzie Steven Gerrard żegna się dziś z Anfield Road, ale i tak kilka znaczących postaci odchodzi. W Bayerze Leverkusen żegnać będą się Simon Rolfes, kapitan, który kończy karierę oraz Stefan Reinartz, który odchodzi, ale jeszcze nie wie dokąd gdzie. Z Moguncją rozstaje się rekordzista Nikolce Noveski. Pavel Krmas po ośmiu latach odchodzi z Freiburga i wraca do Czech. Z Werderu do RB Lipsk odchodzi Davie Selke, zdolny wychowanek, który dziś ostatni raz zagra w Bremie jako gospodarz. Być może podobny los czeka jego partnera z ataku Franca Di Santa, którego chce choćby Borussia Moenchengladbach.

12.29 Wielki dzień może dziś mieć FC Augsburg. Wygrana z Hanowerem nie tylko postawi gości w jeszcze trudniejszej sytuacji (da się), ale prawdopodobnie pozwoli także szwabskiej – nazwa regionu, a nie obelga – drużynie awansować po raz pierwszy w historii do europejskich pucharów. A to byłoby osiągnięcie nieprawdopodobne, bo Augsburg dysponuje drugim najniższym budżetem w Bundeslidze, wyprzedzając tylko Paderborn, przed sezonem stracił dwa objawienia zeszłego sezonu – Andre Hahna i Matthiasa Ostrzolka, wartość rynkowa kadry też jest druga najniższa w Bundeslidze, tymczasem Markus Weinzierl do spółki z dyrektorem Stefanem Reuterem trzeci sezon z rzędu robią z tym klubem cuda. W pierwszym sezonie utrzymali go w lidze, choć po jesieni wydawało się to niemożliwe. W drugim sezonie minimalnie przegrali walkę o Ligę Europy. W trzecim sezonie mogą wejść do pucharów. To może być rewelacyjna, wielka sprawa dla tego małego i skromnego klubiku.

12.14 Zajrzyjmy, co czeka w tej kolejce Polaków. Robert Lewandowski gra przeciwko swojemu ulubionemu przeciwnikowi w Bundeslidze. Z Freiburgiem grał osiem razy i wszystkie mecze wygrał, strzelając w nich 10 goli. W hicie Wolfsburg – Dortmund Łukasz Piszczek raczej rozpocznie na ławce rezerwowych, podobnie jak Adam Matuszczyk i Sławomir Peszko w barwach Kolonii w Moguncji. Na pewno zagra Eugen Polanski, którego Hoffenheim znów zdaje się wypuszczać pierwszy awans do europejskich pucharów. Na polski dzień się jednak niespecjalnie zanosi.

12.00 Jakbyście przeoczyli, Bundesliga od nowego sezonu już oficjalnie będzie drugą najlepszą ligą w Europie, przeskakując Premier League. Oczywiście wszyscy, którzy te słowa czytają, wiedzą, że Bundesliga jest najlepsza, ale rankingowo potwierdzić to będzie bardzo ciężko, bo przewaga hiszpańska jest niezagrożona.

11.41 Wszystkie katastroficzne scenriusze spadkowe przebija to, co działoby się w Hamburgu. Po pierwsze, byłaby to tragedia historyczna, bo z Bundesligi zniknąłby ostatni klub, który grał w niej zawsze, przez wszystkie, sezony. Po drugie, byłaby to tragedia historycznie droga. Jeszcze nigdy z ligi nie zleciał klub, który na zawodników i ich pensje wydał około 90 milionów euro. Na same wzmocnienia przed sezonem poszły 33 miliony euro. Latem wygasają umowy Van der Vaarta, Jansena i Ilicevicia, z klubu może też odejść Gojko Kacar. Z drugiej strony, w razie wygranej w Stuttgarcie, HSV może zapewnić sobie utrzymanie już dzisiaj i odsunąć wszystkie katastroficzne wizje.

11.29

Jeszcze cztery godziny do meczów, a nam niespodziewanie zrobił się tu live z walki o utrzymanie. Nic dziwnego, bo kolejny rok z rzędu najwięcej dzieje się na dole Bundesligi. W naszej wędrówce po potencjalnych spadkowiczach, trafiamy do pięknego Fryburga, który atmosferę walki o utrzymanie zna doskonale. Drużyna Christiana Streicha mogła być dużo wyżej, ale w fatalny sposób wypuszczała wygrane w końcówkach meczów, jak tydzień temu w Hamburgu w ostatniej akcji. Dzisiaj przed Freiburgiem mecz z Bayernem Monachium, a za tydzień starcie o wszystko w Hanowerze. Co jeśli się nie uda? Na pewno odejdzie Roman Buerki, absolutnie najlepszy piłkarz zespołu w tym sezonie. Szwajcarski bramkarz już powiedział, że nie wyobraża sobie gry w 2. Bundeslidze. Odszedłby też jego rodak, napastnik Admir Mehmedi, który miałby być następcą Maksa Krusego w Gladbach. Do Bremy wróciłby wypożyczony Nils Petersen. Budżet klubu zostałby zredukowany z 24 do 14 milionów. Kolejny awans byłby wymagany pewnie nie od razu, ale… na cztery lata. W 2019 Freiburg ma oddać do użytku nowy, kosztujący 117 milionów euro stadion na 35 tysięcy i najpóźniej wtedy miałby znów grać w Bundeslidze.

11.16 Co stałoby się z Hannoverem 96 w przypadku degradacji? W klubie deklarują, że nic strasznego. – Mamy stabilną sytuację finansową, solidne podstawy i płynność – mówi Martin Kind, prezydent Hannoveru 96. Gdyby zespół spadł, Kind pozostałby więc na stanowisku i postawił za cel ponowny awans. 2/3 kadry pozostałoby bez zmian. Pewne jest odejście kapitana Larsa Stindla do Borussii Moenchengladbach, nie do zatrzymania byłby też bramkarz Ron-Robert Zieler. Nadal nie wiadomo, kto poprowadzi drużynę w przyszłym sezonie. Media informowały o Breitenreiterze z Paderborn, ale zostało to ostro zdementowane. Kind mówił o możliwym powrocie Mirka Slomki, pisało się też o porozumieniu z Thorstenem Finkiem. Planowania nie ułatwia niepewna pozycja dyrektora sportowego Dirka Dufnera. Wczoraj niektóre media donosiły, że miałby go latem zastąpić Martin Bader z Norymbergi.

11.00 Tegoroczna walka o utrzymanie w Bundeslidze jest bardziej okrutna niż kiedykolwiek wcześniej. Jeszcze nigdy po 32. kolejkach ostatni zespół ligi nie miał aż 30 punktów. W zeszłym sezonie do utrzymania wystarczało 27 punktów. Po raz pierwszy od 15 lat zdarzyło się, że wszystkie drużyny Bundesligi mają ponad 30 punktów.

10.53 Hercie brakuje do utrzymania właściwie jednego zwycięstwa. Niewiele, ale w ostatnich meczach zespołowi z Berlina szło źle. Jeśli Palowi Dardaiowi uda się utrzymać Bundesligę, na Węgra czeka ponoć sześciocyfrowa premia i do tego podwyżka. A co jeśli doszłoby do spadku? Prezydent Werder Gegenbauer zapowiedział, że w takim wariancie natychmiast odszedłby z klubu. Problemy miałby również menedżer Michael Preetz. Wciąż nie jest znaleziony sponsor na koszulki od przyszłego sezonu, a do tego doszłoby do straty 13 milionów euro z praw telewizyjnych. Gdyby Hertha znalazła się w barażach, doszłoby też do kolizji z finałem Pucharu Niemiec, który zostanie rozegrany na stadionie w Berlinie, dlatego baraż musiałby zostać przesunięty o jeden dzień. Taki scenariusz jest jednak mało realny, bo Hertha gra dziś z będącym w przeciętnej formie Frankfurtem. Jeśli nie wyczyni niczego dziwnego, powinna zapewnić sobie utrzymanie3

10.35 Niezależnie od tego, w której lidze będzie grał jego zespół, przed Alexandrem Zornigerem, który latem zastąpi Huuba Stevensa w Stuttgarcie, totalna przebudowa drużyny. VfB chce się pożegnać minimum z ośmioma piłkarzami, przede wszystkim z tymi, którzy zarabiają najwięcej, jak Vedad Ibisević (dziś po raz kolejny na trybunach) czy Mohammed Abdellaoue. Być może sprzedani zostaną Antonio Ruediger czy Alexandru Maxim. Gdyby nastąpił spadek z ligi, sytuacja finansowa zrobiłaby się naprawdę trudna. Strata wyniosłaby około 30-40 milionów. Budżet na drużynę musiałby zostać zredukowany z 40 do 25 milionów. Około 1/3 ze 120 zatrudnionych w klubie osób musiałaby się liczyć ze stratą pracy. Jedyną dobrą wiadomością jest fakt, że większość sponsorów VfB zadeklarowała pozostanie przy klubie nawet w przypadku spadku. Niesamowite, jak dużo zależy od tego czy w ostatnim tygodniu trafisz piłką w słupek czy do bramki. Jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, zależy od tego finansowy los wielu rodzin. To na pewno nie zdejmuje presji.

10.26 Niezależnie od tego, jak się sezon skończy, SC Paderborn będzie jego jednym z największych wygranych. Nikt, absolutnie nikt się nie spodziewał, że do ostatniej kolejki ten biedny jak mysz kościelna beniaminek będzie miał jakiekolwiek szanse na utrzymanie. Ma jednak całkiem realne. Z dzisiejszego wyjazdu na Schalke może być ciężko przywieźć punkty, ale w ostatniej kolejce zawodnicy Andre Breitenreitera podejmują Stuttgart i tam może się zdarzyć wszystko. Atutem Paderborn jest psychologia – od nich nikt niczego nie oczekuje. Kibice nie stoją im nad głowami i nie skandują – jak kiedyś w Bytomiu – „jak spadniemy, zaje…my”. Bundesligowy zegar nie tyka nad głową. Artykuły o tym, ile milionów straci zespół w razie spadku, nie zaprzątają myśli. Paderborn w głowach ludzi spadło już w momencie awansu do Bundesligi. W tym tygodniu może więc tylko zyskać. A spokojna głowa to spory handicap w walce o utrzymanie.

10.18 W Dortmundzie oglądamy ostatnio jeden z najbardziej spektakularnych powrotów z zaświatów ostatnich miesięcy. Henrich Mchtarian był obiektem internetowych i gazetowych drwin przez dobre półtora roku, nazywano go najgorszym zakupem w historii Borussii i zapowiadano, że latem Ormianin na pewno odejdzie, a głównym zainteresowanym miał być Juventus Turyn. W pierwszym sezonie były gracz Szachtara Donieck nie do końca poradził sobie z presją bycia następcą Maria Goetzego, w drugim poszedł na dno razem z całą drużyną. Zwłaszcza, że walka i przepychanie się łokciami w grze o utrzymanie, to nie są jego atuty. Bilans miał długo haniebny, nie zaliczywszy żadnej asysty, a pierwszą bramkę zapisawszy na koncie dopiero w lutowych derbach z Schalke 04. Ale w ostatnich kolejkach obserwujemy renesans formy Mchitariana, który znów należy do podstawowych zawodników Dortmundu, a w ciągu minionego miesiąca miał bezpośredni udział przy sześciu bramkach. Według „Die Welt” spotkał się z nim trener Thomas Tuchel i zapewnił go, że widzi go w swojej drużynie na przyszły sezon. Pogłoski o śmierci Mchitariana były stanowczo przedwczesne.

10.03 Piłkarsko najciekawiej zapowiada się chyba spotkanie na szczycie, pomiędzy Wolfsburgiem a Borussią Dortmund. To preludium do rywalizacji, jaka powinna się rozegrać w przyszłym sezonie o to, kto będzie drugą siłą ligi po Bayernie. W pierwszym meczu był remis 2:2. Dziś Wolfsburg potrzebuje punktów, by zapewnić sobie wicemistrzostwo, a Dortmund, by wywalczyć awans do pucharów. Obie ekipy spotkają się w tym sezonie jeszcze raz. 30 maja powalczą o Puchar Niemiec.

9.50 W cieniu rywalizacji drużyn, toczy się też walka indywidualna o koronę – a raczej w Niemczech armatę – króla strzelców. Wyścig jest wyjątkowo ślamazarny. Pierwsze miejsce, z 19 bramkami na koncie, ma Alexander Meier z Frankfurtu, kontuzjowany od kilku tygodni, który już w tym sezonie nie zagra. Drugi, z 17 golami, jest Arjen Robben, także nie grający od paru tygodni i mający już sezon za sobą. Zdrowi są Bas Dost i Robert Lewandowski z 16 bramkami na koncie. W dwóch ostatnich kolejkach musieliby więc strzelić trzy gole, by powalczyć o nagrodę. Polak jednak ostatnio się zaciął, wraz z całym Bayernem, a Dost i tak już przechodzi samego siebie. Dość powiedzieć, że po rundzie jesiennej miał na koncie… dwa gole. Imponująca pogoń, nie ma co. Wolfsburg jednak i tak szykuje dla niego poważnego rywala. Jak donosi dzisiejszy „Bild”, „Wilki” chcą latem pozyskać Christiana Benteke z Aston Villi.

9.42 Dzisiejszy „Bild” publikuje bardzo ciekawe informacje na temat dwóch gwiazd ekstraklasy. Zdaniem niemieckiego dziennika, Borussia Moenchengladbach chce pozyskać Karola Linetty’ego z Lecha Poznań i Ondreja Dudę z Legii Warszawa, któremu miała już zresztą przedstawić pisemną ofertę.

linetty

9.37 Najwyższą temperaturę będzie chyba miał mecz Stuttgartu z HSV. Dwie wielkie firmy walczące o utrzymanie, a co najlepsze, obie ostatnio w całkiem dobrej formie. Jeśli VfB utrzyma się w lidze, to dzięki ofensywie. W tym tygodniu niemieckie media informowały, że Borussia Dortmund będzie latem chciała pozyskać napastnika Daniela Ginczka i skrzydłowego Tima Wernera. Ale w najlepszej formie i tak jest ostatnio Filip Kostić. Serb, który w zeszłym sezonie pociągnął do pucharów holenderskie Groningen, kosztował górę pieniędzy, bo ponad pięć milionów euro, jednak przez całą rundę jesienną był absolutnym niewypałem. Nie radził sobie z grą w defensywie, a w ataku też nie dawał wiele. Na wiosnę jednak, to on i Kevin De Bruyne stworzyli najwięcej szans w całej Bundeslidze, z tym, że Belg z Wolfsburga grał jednak dużo częściej. Dietmar Hamann już mówi, że Kostić jest jednym z najlepszych skrzydłowych Bundesligi, a w Niemczech porównuje się go do Arjena Robbena. Faktycznie, Kostić uwielbia dryblować, robi to częściej niż ktokolwiek w lidze, ale z korzyścią dla drużyny. Pytanie tylko czy eksplozja formy nie nastąpiła za późno i pozwoli jeszcze uratować Stuttgart przed pierwszym od 40 lat spadkiem.

9.29 A’propos kontuzji, w Bayernie może dziś dojść do przedziwnej sytuacji z bramkarzami. Bardzo prawdopodobny jest bowiem debiut… czwartego bramkarza. Manuel Neuer ma problemy ze stawem skokowym, wczoraj wziął udział tylko w rozgrzewce. Do Fryburga pojechał, ale nie wiadomo czy będzie w stanie zagrać. Drugi bramkarz Pepe Reina jest zawieszony za kartki, a trzeci Tom Starke dopiero dochodzi do siebie po zerwaniu więzadeł. 20-letni Ivan Lucić, bramkarz zespołu rezerw, został więc wczoraj wezwany na trening pierwszej drużyny, a po nim wsiadł do autobusu i pojechał na mecz do Freiburga. – Ivan może zagrać – przyznał Pep Guardiola.

9.19 Ważnym, a często niedocenianym aspektem, który może rozstrzygnąć ostatnie kolejki jest sytuacja kadrowa w poszczególnych zespołach. Stuttgart jest aktualnie jedyną drużyną, w której nikt nie jest kontuzjowany i nie pauzuje za kartki, więc Huub Stevens ma pełen komfort doboru kadry. Wszyscy inni trenerzy muszą się borykać z mniejszymi lub większymi problemami. Oto bundesligowy przegląd nieobecnych.

Schalke: Giefer, Ayhan, Uchida, Boateng, Hoeger, Obasi, Sam.

Paderborn: Bertels, Meha, Ducksch.

Leverkusen: Papadopoulos, Bender, Kruse.

Hoffenheim: Suele, Firmino, Schipplock.

Wolfsburg: Felipe.

Dortmund: Błaszczykowski, Grosskreutz, Sahin, Ramos.

Mainz: Zentner, Brosinski, Hofmann, Nedelev, Soto, Castillo.

Kolonia: Olkowski, Helmes.

Augsburg: Callsen-Bracker, Framberger, Reinhardt, Caiuby, Moravek, Parker.

Hanower: Miller, Hoffmann, Pander, Bittencourt, Schmiedebach, Sobiech.

Hertha: Baumjohann, Ben Hatira, Cigerci, Schieber.

Eintracht: Anderson, Kittel, Medojević, Meier, Russ.

Werder: Fritz, Galvez, Garcia, Yildrim, Lorenzen.

Gladbach: Stranzl.

Freiburg: Sorg, Moeller Daehli.

Bayern: Reina, Starke, Alaba, Badstuber, Dante, Ribery, Robben.

Stuttgart: -

HSV: Behrami, Mueller.

9.11

Najgoręcej było w tym tygodniu zdecydowanie wokół Schalke 04 Gelsenkirchen. Po beznadziejnym występie z 1. FC Koeln sprzed tygodnia, klub rozstał się w trybie natychmiastowym z Kevinem-Princem Boatengiem (kontrakt do 2016) i Sidney’em Samem (2018), a Marco Hoegera, kumplującego się z reprezentantem Ghany, zawiesił na tydzień, by ten „przemyślał pewne sprawy”. Do Gelsenkirchen przyjeżdża dziś Paderborn, więc teoretycznie zadanie jest z gatunku najłatwiejszych, jakie oferuje Bundesliga, ale Schalke pod wodzą Roberta Di Mattea już nie z takimi tuzami się męczyło. Ciekawe, czy swoim zwyczajem Włoch również i dzisiaj odda rywalowi inicjatywę, zamuruje bramkę i będzie grał z kontry? Kibice Schalke zapowiedzieli, że przez pierwsze 45 minut nie będą dopingować swojego zespołu. Czy doping wróci na drugą połowę, zależy już od samych piłkarzy i ich dzisiejszego występu. Pewne jest, że w Schalke zrobiło się nerwowo. Przez dwa poprzednie sezony drużyna prowadzona przez wyszydzanego Jensa Kellera dwa razy wchodziła do Ligi Mistrzów. Teraz nie ma już na to szans, a za chwilę może wylądować nawet poza Ligą Europy. W lutym miała 15 punktów przewagi nad Borussią Dortmund, a dziś może się dać sąsiadce wyprzedzić. Nerwowe ruchy z tego tygodnia mają uratować sezon. Jeśli nie przyniosą efektu, problemy może mieć latem dyrektor sportowy Horst Heldt lub trener Di Matteo. Możliwe, że kłopoty czekają ich obu. Patrząc na to, jak kolejny rok z rzędu marnowany jest wielki potencjał tej ekipy – zasłużone.

9.01 

Jedną z drużyn, które do samego końca będą walczyć o utrzymanie w lidze, jest Hannover 96, który nie wygrał w tym roku jeszcze ani jednego meczu. Trenerowi Michaelowi Frontzeckowi nie udało się tchnąć życia w klub, który na początku sezonu zgłaszał pucharowe aspiracje. Dlaczego jednak miałoby się udać, skoro Frontzeck to doświadczony specjalista od… spadków, a nie obrony przed nimi. W karierze ma już na koncie dwa i pół spadku z Bundesligi. Czy w Hanowerze stanie się niemieckim Mateuszem Żytką? Szczegóły TUTAJ.

8.45

Po odpadnięciu z Ligi Mistrzów i Pucharu Niemiec i zapewnieniu sobie mistrzostwa, dla Bayernu gra nie toczy się już w tym sezonie o nic. Sezon znów zakończył się w Bawarii zbyt wcześnie, za co dostaje się mocno Pepowi Guardioli. Nie zważa się na to, że pod Guardiolą Bayern przeżywa jeden z najlepszych okresów w swej nowożytnej historii. Czy na pewno warto strzelać do Guardioli? 

8.41 

Pewne rozstrzygnięcia mogą zapaść już dzisiaj, na inne będziemy musieli poczekać jeszcze tydzień. Co może być jasne już dzisiaj?

Wicemistrzostwo: Jeśli Wolfsburg wygra, a Gladbach nie wygra, „Wilki” zajmą na pewno drugie miejsce.

Trzecie miejsce: Jeśli Gladbach wygra, albo Bayer nie wygra, Borussia zagra w Lidze Mistrzów.

Liga Europy. Augsburg zapewni sobie pierwszy w historii awans do europejskich pucharów jeśli: nie przegra, a Dortmund i Werder przegrają.

Schalke zagra w pucharach, jeśli wygra a Dortmund i Werder przegrają.

Z grona zespołów walczących o utrzymanie mogą się wypisać trzy drużyny. FSV Mainz pozostanie w Bundelidze jeśli:

- nie przegra

- przegra, a ktoś z czwórki Hamburg, Paderborn, Hanower, Freiburg nie wygra.

Hertha zapewni sobie utrzymanie jeśli:

- wygra, a dwa zespoły z czwórki Hanower, Freiburg, HSV, Paderborn nie wygrają.

- zremisuje, a dwa zespoły z trójki Freiburg, Hanower, Paderborn przegrają.

Utrzymanie w lidze może sobie także zapewnić Hamburg. By tak się stało, potrzebuje:

- wygrać ze Stuttgartem i liczyć, że dwa zespoły z trójki Freiburg, Hanower, Paderborn przegrają.

Dziś możemy także poznać jednego spadkowicza. Zostanie nim VfB Stuttgart, jeśli:

- przegra, a dwie drużyny z trójki Freiburg, Hanower, Paderborn wygrają.

Według skomplikowanych obliczeń „Z nogą w głowie”, przeprowadzonych już dwa tygodnie temu, z Bundesligi spadną Hanower i Paderborn, a w barażach zagra Stuttgart. Tak uczy doświadczenie z poprzednich dziesięciu sezonów. Szczegóły TUTAJ.

8.30 Co nas dzisiaj czeka?

Augsburg – Hanower

Werder – Gladbach

Freiburg – Bayern

Hertha – Eintracht

Bayer Leverkusen – Hoffenheim

FSV Mainz – Kolonia

Schalke 04 – Paderborn

VfB Stuttgart – Hamburger SV

VfL Wolfsburg – Borussia Dortmund.

Tak wygląda aktualna tabela:

tabela

Kto o co walczy?

Wicemistrzostwo. VfL Wolfsburg i Borussia Moenchengladbach.

Trzecie miejsce, premiowane bezpośrednią grą w Lidze Mistrzów: Borussia Moenchengladbach i Bayer Leverkusen.

Liga Europy – aż osiem drużyn! Dlaczego? Jeśli VfL Wolfsburg wygra 30 maja Puchar Niemiec, albo Dortmund zajmie miejsce w pierwszej szóstce ligi i zwycięży w Pucharze Niemiec, awans do kwalifikacji Ligi Europy da – tak jak w zeszłym roku – siódme miejsce w Bundeslidze. Walczą o nie: Augsburg, Schalke, Dortmund, Werder Brema, Hoffenheim, Kolonia, Eintracht i Mainz.

Utrzymanie – zagrożonych spadkiem jest aż siedem zespołów. To FSV Mainz, Hertha Berlin, Hamburger SV, Freiburg, Hannover 96, SC Paderborn i VfB Stuttgart.

Nowa tożsamość TSV 1860 – być jak St. Pauli, zamiast ścigać się z Bayernem

tsv

TSV 1860 Monachium jest właśnie na fascynującym rozstaju dróg. Kiedyś chciało się ścigać z Bayernem, za co za dwa tygodnie może zapłacić spadkiem do III ligi. Dziś chce raczej być drugim FC St. Pauli czy Unionem Berlin, czyli klubem ze statusem modnego, kultowego. Tyle że żaden szanujący hipster nie przekroczy bram Allianz Areny. Żeby stać się Mekką symboliczną, najpierw trzeba mieć Mekkę geograficzną.

 Gdy powstawała Bundesliga, nabór drużyn do pierwszego sezonu miał mało wspólnego ze sportem. Władze ligi nie chciały, by grały w niej dwa zespoły z tego samego miasta, nie wpuściły więc Bayernu Monachium, bo sportowo lepsze było – dziś niewyobrażalne – TSV 1860. Pierwsze lata istnienia rozgrywek, nawet po tym, jak Bayern już w końcu się do nich dostał, potwierdzały słuszność decyzji z 1963 roku. W 1965 roku TSV grało w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, gdzie przegrało z West Hamem. Rok później było mistrzem Niemiec. Wcześniej niż po raz pierwszy zrobił to Bayern.

 Historia świata mogła się potoczyć zupełnie inaczej, gdyby bójka z kilkoma krnąbrnymi młodymi graczami 1860 podczas meczu juniorów, nie odwiodła Franza Beckenbauera i kilku jego kumpli od zapisania się to TSV. Poszli do mniej wówczas renomowanego Bayernu i w niedługim czasie zrobili z niego najlepszą drużynę w Europie. O ile tamta decyzja Beckenbauera zdeterminowała na lata podział sił w monachijskim futbolu, o tyle decyzja, jaką TSV 1860 podjęło w 1995 roku może przesądzić o dalszym istnieniu tego klubu.

 Zasłużony klub leży właśnie na przedostatnim miejscu w 2. Bundeslidze. Wielce prawdopodobne, że za dwa tygodnie spadnie do trzeciej. Prawdziwą katastrofą nie jest jednak to, jak wygląda sportowo, bo to może być przejściowe, o ile klub nie wygląda katastrofalnie pod każdym innym względem. Tyle że TSV wygląda.

 Do 1995 roku „Sechzig“ – w Niemczech o tym klubie mówi się niemal wyłącznie „sześćdziesiątka“ – grali na małym, ciasnym i przestarzałym Gruenwalder Stadion (bardziej od zielonego lasu niż naszego Grunwaldu, którzy Niemcy nazywają raczej Tannenbergiem – jodłowym lasem). Wiedzieli, że na takim obiekcie nie mogą się rozwijać, a byli wówczas klubem I-ligowym, całkiem niezłym , zdarzyło im się na przełomie wieków zająć nawet 4. miejsce w Bundeslidze i ograć Bayern. Podjęli wówczas – z dzisiejszej perspektywy trzeba powiedzieć: koszmarną – decyzję o przenosinach na Stadion Olimpijski, ówczesny dom Bayernu. TSV 1860 nigdy nie czuło się na tym wielkim i obcym stadionie u siebie. Na szczęście nie musiało długo. W 2001 roku zdecydowali się wziąć udział w budowie hipernowoczesnej Allianz Areny, co miało dać klubowi niewyobrażalne wcześniej możliwości rozwoju.

 Wszystko byłoby pewnie znakomicie, gdyby w 2003 roku nie spadli nagle z ligi. Próbowali natychmiast wrócić i byli bardzo blisko w 2005 roku. Zajęli jednak czwarte miejsce i popadli w prawdziwe problemy. Kibice Stuttgartu czy HSV zastanawiają się dzisiaj czy ich klubom nie zrobiłoby lepiej, gdyby spadły w tym roku z Bundesligi i w spokoju się „oczyściły“. Przykład TSV 1860 pokazuje, że nie byłoby lepiej. Jeśli nie spadasz przygotowany, możesz się roztrzaskać.

 W 2006 roku monachijski klub popadł w tak duże długi, że właścicieli zdecydowali się pójść na skróty, sprzedając swoje udziały w Allianz Arenie Bayernowi. Doraźnie pomogło to poprawić sytuację, jednak mało kto wówczas zwrócił uwagę na fakt, że TSV stało się z dnia na dzień klubem bezdomnym. Stało się najemcą „własnego“ stadionu. Do Olimpijskiego nie mieli żadnych praw, a ich stary Gruenwalder od lat popadał w coraz większą ruinę. 1860 popadać zaczęło za to w ruinę finansową. Allianz Arenę musiało wynajmować z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli także z bardzo drogimi lożami, zapełnionymi na II-ligowych meczach zaledwie w 1/10. Sprzedanie udziałów Bayernowi sprawiło też, że wielu kibiców TSV odwróciło się od zespołu. Do dziś kilka tysięcy z nich przyznaje, że nie chodzi na mecze swojej drużyny, by nie sponsorować Bayernu. Średnia frekwencja spadła z ponad 41 tysięcy w 2005 roku do 19 tysięcy w 2013.

 Obecność na Allianz Arenie być może będzie wkrótce gwoździem do trumny dla zasłużonego klubu, ale w 2011 roku go uratowała. TSV 1860 było wtedy na krawędzi bankructwa. Ocalił go tajemniczy jordański inwestor Hasan Ismaik, który na dzień dobry zainwestował w klub 18,4 mln euro, przejmując 49% udziałów w klubie, czyli wszystko, co wedle reguły 51 mógł przejąć. Usłyszał opowieści o podupdłej dawnej potędze, w którą wystarczy wpompować trochę pieniędzy, by wejść na europejskie salony. Kusiła go wizja bycia właścicielem klubu, który gra na takim stadionie.

 W jego imieniu w Monachium zarządza kuzyn Noor Basha. Siedzi w stolicy Bawarii od trzech lat i już coraz bardziej widzi, jak bardzo jego kuzyn wdepnął, ale nadziei nie chce go pozbawiać. Cały czas deklaruje, że wierzy w postawienie TSV 1860 na nogi. Choć Jordańczycy przez kolejne lata wpompowali w klub już 40 milionów euro, ten dalej ma 10 milionów długu i sportowo jest w fatalnym położeniu.

 TSV rozgrywa na zapleczu ekstraklasy już jedenasty sezon. Naprawdę blisko awansu było tylko w pierwszym. W tym roku obsunęło się tak nisko, jak już dawno nie było. W ciągu tych jedenastu lat, klub prowadziło już 13 trenerów. Tylko w tym sezonie było ich czterech. Razem z trenerami zmieniali się też oczywiście dyrektorzy sportowi, a wraz z nimi cała wizja klubu. Nie poradził sobie Stefan Reuter, którego w 2009 roku pogoniono. Jak pokazuje, budując Augsburg, klub przecież o dużo mniejszym potencjale – przedwcześnie. Miroslavovi Steviciowi pozwolono porządzić rok dłużej. Teraz króluje Gerhard Poschner, ale jak pokazuje ten sezon, chyba nie za bardzo wie co robi. – Rok w TSV jest jak dziesięć lat gdzie indziej – przyznał w chwili zwątpienia. Sprawy nie ułatwia prezydent Gerhard Mayrhofer. Kontrowersyjny, mający tysiąc pomysłów na minutę, najczęściej wzajemnie się wykluczających. Nic dziwnego, że w tym chaosie wszyscy zapominają o piłkarzach.

 A ci przez lata beznadziei przewinęli się przez Monachium nieprzeciętni. Szkółka TSV 1860 wychowuje coraz mniej ciekawych graczy, to już bardziej kopalnia kamienia, a nie diamentów, ale i tak lista wypromowanych piłkarzy robi wrażenie. Najbardziej znani z ostatnich lat to choćby bracia Benderowie (Bayer Leverkusen i Borussia Dortmund) oraz Kevin Volland (Hoffenheim), w komplecie reprezentanci Niemiec. Gdyby całą ekipę utrzymać w jednym miejscu, TSV 1860 nie miałoby problemów z awansem. Ale żeby utrzymać takich graczy, trzeba nie mieć innych problemów.

 W 2014 roku w klubie pojawił się Markus Rejek, który przez 14 lat pracował w Borussii Dortmund. Najpierw widział jak potęga upada, a później jak błyskawicznie się podnosi. To on jest jednym z współautorów jednego z najbardziej cenionych klubowych sloganów na świecie „Echte Liebe“. To on wymyślił, że do klubowego wizerunku pasowałoby, gdyby Juergen Klopp nosił czapeczkę z daszkiem (swoją drogą, to straszne, że Klopp jest, jaki jest także dlatego, że stworzył go takim zręczny marketingowiec). Rejek przyszedł do Monachium, by dryfującemu bez celu klubowi nadać pomysł na dalsze istnienie.

 Aktualnie „Lwy“ pracują nad uzyskaniem statusu klubu „kultowego“. Chodzi o to, by stać się modnym, niezależnie od sportowych wyników. Ktoś kiedyś, w latach 90. uwierzył, że TSV 1860 powinno się ścigać z Bayernem, co poskutkowało opuszczeniem własnego stadionu i popadnięciem w długi. Nie, w tej rywalizacji jest już sportowo z góry skazane na niepowodzenie. Decyzji Beckenbauera sprzed 40 lat nic już nie zmieni. TSV 1860 marzy teraz, by stać się drugim FC St. Pauli czy Unionem Berlin. Klubami, które cokolwiek zrobią i tak będą Mekkami hipsterów z całej Europy.

 Mekka to jednak pojęcie tyleż symboliczne, co geograficzne. By hipsterzy mieli dokąd pielgrzymować, najpierw trzeba mieć siedzibę. Żaden szanujący się hipster nie wejdzie na Allianz Arenę. Potrzebny byłby raczej ciasny, klimatyczny, mocno pokryty patyną, ale własny stadion. Dlatego TSV 1860 coraz tęskniej spogląda w kierunku starego, 12-tysięcznego Gruenwalder Stadionu. Padły już nawet, wprawdzie natychmiast dementowane, wypowiedzi o tym, że w razie spadku do III ligi, nie ma mowy o dalszej grze na Allianz Arenie, mimo umowy wynajmu obowiązującej do 2025 roku. TSV 1860 Monachium chce naprawić wielki, historyczny błąd sprzed 20 lat. O ile jeszcze nie jest za późno.

Czy warto strzelać do Guardioli

pep

Pisanie o Pepie Guardioli w takich okolicznościach wpędza mnie w pewną niezręczność. Z jednej strony, futbolu proponowanego przez tego trenera zwyczajnie nie lubię. Większość meczów jego drużyn zwyczajnie mi się nie podoba. Mój futbol, to szybkie kontrataki. Im szybsze, tym lepiej. Wściekły pressing, ale po to, by jak najszybciej dostać się w pole karne. Czyli Borussia Dortmund z najlepszych czasów albo Bayern z ostatniego sezonu Heynckesa. Z drugiej, jest jednak różnica pomiędzy wrażeniami estetycznymi, a suchymi faktami.

Sprawdza się to, co pisałem dwa i pół roku temu, gdy ogłoszono, że Guardiola zastąpi Heynckesa. Wtedy komentowano tę decyzję zwykle w duchu „poszedł na łatwiznę, bo wziął samograj”. Okazało się przeciwnie. Wziął najtrudniejsze, co tylko można było. Heynckesowi zostało zapomniane, że w przedostatnim sezonie nie wygrał nic. Po sezonie, w którym wygrał wszystko, odszedł i zostawił pomnik. Gdyby pociągnął jeszcze rok, zostawiłby na nim sporą rysę, to pewne. Na absolutnie najwyższym poziomie nikt nie wytrzymuje dwóch lat z rzędu, co potwierdza fakt, że nikt nigdy nie obronił trofeum w Lidze Mistrzów. Heynckes odszedł więc w doskonałym momencie i to być może osiągnięcie większe niż potrójna korona 2013.

Od lat wychodzę z założenia, że w Lidze Mistrzów można coś przewidzieć do poziomu półfinałów. Tam zwykle dochodzą absolutnie najlepsze drużyny sezonu, te, które przerastają wszystkie inne o głowę. Później decydują już detale. Ktoś jest akurat bardziej rozpędzony, ktoś się poślizgnie, ktoś ma więcej szczęścia, albo mniej kontuzji. Dlatego dla największych klubów minimum przyzwoitości to powinien być awans do półfinału, a tam może się zdarzyć wszystko.

Jasne, żyjemy w świecie klubów, które muszą być „naj”. Sęk w tym, że tych „naj” klubów jest kilka, a puchar jeden. Dochodzimy więc do paranoi, w której trener, który akurat przegrał w półfinale czy w finale musi się gęsto tłumaczyć. Prasa huczy o tym, że jeśli Carlo Ancelotti nie wygra Ligi Mistrzów, pożegna się z posadą trenera Realu Madryt, choć jako jedyny od dekady zdołał sobie z tą drużyną poradzić. Pep Guardiola ma absolutnie przekichane, bo dwa razy z rzędu przegrał w półfinale. Na tym polega okrucieństwo czołówki futbolu, że zderzają się naprawdę najlepsi. Przegranie z najlepszym nie powinno oznaczać, że jest się automatycznie beznadziejnym, ale niestety dla wielu oznacza.

Rok temu, owszem, Bayern został zdemolowany. Haniebnie wysoko. Wpadł na rozpędzony Real Madryt, ale rozmiary porażki rzeczywiście mogły szokować. Teraz odpadnie z Barceloną, ale okoliczności łagodzące są tak łagodzące, że naprawdę trudno mi odsądzać Guardiolę od czci i wiary. Jeśli mówimy o trzech wielkich, niesamowicie silnych klubach, jak Real Madryt, Barcelona i Bayern, nieobecność niezwykle ważnych graczy staje się kluczowa. Real raczej nie postawiłby się Bayernowi w najsilniejszym składzie, gdyby musiał grać bez Ronaldo, Bale’a i do tego Ramosa. Barcelona bez Messiego, Suareza i Pique też prawdopodobnie nie wygrałaby 3:0. Jeśli ktoś chce budować klub rozsądnie, nie może powiedzieć trenerowi: Liga Mistrzów albo śmierć, jeśli o wygranej bądź przegranej decydują czasem rzeczy mikroskopijne. Nie można przyjmować, że „ten jest ostatni, który nie pierwszy”. Okoliczności trzeba brać pod uwagę.

Guardiola drugi rok z rzędu pozostanie królem niemieckiego podwórka, a i to nie do końca, bo z półfinału Pucharu Niemiec ośmielił się odpaść z Borussią Dortmund, w meczu, który był całkowitym potwierdzeniem przypadkowości futbolu. Jeszcze nigdy Juergen Klopp nie ograł Bayernu, mając do dyspozycji tak słabo dysponowaną drużynę.

Daliśmy sobie w ostatnich latach wmówić, że wygranie Bundesligi to dla Bayernu pestka, oczywistość, jak splunięcie. Tymczasem nie chcemy zauważać, że raptem czwarty raz w historii Bayern zdobył trzy mistrzostwa z rzędu, a ostatni raz udało mu się to jeszcze w zeszłym stuleciu. Nie chcemy zauważać, że jeszcze nigdy w dwóch kolejnych latach, Bayern nie odstawił Bundesligi o tyle długości. Bayern zawsze skupował najlepszych niemieckich piłkarzy, przynajmniej od otwarcia stadionu olimpijskiego w latach 70. był zdecydowanie bogatszy niż wszystkie niemieckie kluby, a dopiero pod wodzą Guardioli wziął całe Niemcy, przepraszam za wyrażenie, za mordę. Wcześniej zdarzało się, że Bayern odskoczył w jednym sezonie, czasem nawet na 25 punktów, ale na przestrzeni dwóch sezonów, zawsze można było chociaż z nim rywalizować.

Wcześniej zawsze mogło się zdarzyć, że Bayern potknie się w 2. rundzie Pucharu Niemiec na jakiejś Alemannii Aachen czy Magdeburgu. Że zleje go przynajmniej parę razy w sezonie jakieś Mainz czy Freiburg. Dziś Bayern, jeśli przegrywa, to tylko w wyjątkowych okolicznościach i tylko ze ścisłą czołówką. Guardiola nie daje póki co klubowi pięknych wyskoków, takich, jakie miały miejsce w ostatnim roku Heynckesa czy pierwszych latach Hitzfelda. Daje za to doskonałą niemal regularność. Sami zobaczcie. Oto dorobek Bayernu z ostatnich 23 sezonów, czyli piłkarskiej nowożytności. Od powstania Ligi Mistrzów:

guardiola

Widzimy wyraźnie, że w erze nowożytnej tylko trzem trenerom udało się z Bayernem dwa razy z rzędu awansować do półfinału Ligi Mistrzów – Heynckesowi, Guardioli i Hitzfeldowi jeszcze w XX wieku. Tyle, że Hitzfeldowi zdarzało się też odpaść w fazie grupowej. Dopiero dwaj ostatni trenerzy Bayernu dali temu klubowi regularność na najwyższym europejskim poziomie. Wcześniej Bayern w czołówce bywał, teraz w tej czołówce jest.

Bundesligę Guardiola wygrywał w tym okresie dwa razy z rzędu jako jedyny obok Hitzfelda i Magatha. Tyle, że robi to z przewagą, o jakiej tamci dwaj mogą tylko pomarzyć. Poza tym, Hitzfeldowi oprócz mistrzostw zdarzało się też zajmować czwarte miejsce i w ogóle nie awansować do Ligi Mistrzów, co dziś wydaje nam się nierealne, a przecież działo się nie tak dawno.

Odpadnięcie w półfinale Pucharu Niemiec też nie jawi się w tej tabelce jako straszliwe faux pas. Dwa razy z rzędu to trofeum w ostatnim ćwierćwieczu wygrał dla Bayernu tylko Magath.

Jeśli spojrzymy na średnią ważoną trofeów, jakie trenerzy dawali Bayernowi w nowożytności, najlepsi okazują się Magath i Heynckes. Tyle że to Magatha, a nie Guardiolę można nazwać królem własnego podwórka, bo jego Bayern w Lidze Mistrzów wiele nie zdziałał, a Heynckes cały swój dorobek zawdzięcza genialnemu, ale jednemu sezonowi, bo w pierwszym przegrał wszystko. Guardiola, ze średnią 2,5 na sezon, jest na równi z Hitzfeldem. Wahania formy z sezonu na sezon są jednak u jego drużyn mniejsze niż u Szwajcara.

Oczywiście, Bayern nie wziął trenera z najwyższej światowej półki po to, by nosił stylowe koszule i miał porównywalne wyniki do poprzedników, ale po to, by zdecydowanie ich przerósł. Czy to się jednak komuś podoba czy nie, pod Guardiolą Bayern przeżywa jeden z najlepszych okresów w swojej najnowszej historii. Suma talentów w zeszłorocznym Realu i tegorocznej Barcelonie jest jednak wyższa niż w dzisiejszym Bayernie. Władze klubu mogą oczywiście posłuchać głosów z internetowych forum i Guardiolę wyrzucić, ale może jednak sensowniej byłoby, widząc, że drużyna może nie milowymi krokami, jednak idzie do przodu, pozwolić mu dalej pracować i sprawić w letnim okienku transferowym, że wypadnięcie Robbena nie będzie dla Bayernu oznaczało końca sezonu?

Guardiola oczywiście święty nie jest i wiele błędów popełnił. Ale futbol nie jest zero-jedynkowy. Czy jesteście absolutnie przekonani, że z innym trenerem tegoroczny Bayern rozbiłby Barcelonę na Camp Nou? I nie mówcie, że Heynckes wygrał z Barceloną dwumecz 7:0. Ówczesna i dzisiejsza Barcelona to jak ówczesna i dzisiejsza Borussia Dortmund.